poniedziałek, 24 grudnia 2012

Adoration of the Magi - Giotto

Przebudź się, człowiecze: dla ciebie Bóg stał się człowiekiem! "Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus". Dla ciebie, powtarzam, Bóg stał się człowiekiem.

Umarłbyś na wieki, gdyby On nie narodził się w czasie. Przenigdy nie byłbyś wyzwolony z ciała grzechu, gdyby On nie przyjął ciała, podobnego do ciała grzechu. Byłbyś skazany na niemiłosierną wieczność, gdyby Bóg nie okazał ci wiecznego miłosierdzia. Nie byłbyś przywrócony życiu, gdyby On nie poddał się dobrowolnie prawu śmierci. Bez Jego pomocy byłbyś zgubiony, zginąłbyś, gdyby nie przyszedł.

Świętujmy więc z radością nadejście naszego zbawienia i odkupienia. Świętujmy dzień uroczysty, w którym Ten, co sam jest jedynym i wiekuistym dniem Ojca, zechciał zstąpić w krótki i przemijający dzień doczesności. On "stał się dla nas mądrością od Boga i sprawiedliwością, i uświęceniem, i odkupieniem, aby jak to napisano, w Panu się chlubił ten, kto się chlubi".

"Prawda z ziemi wyrosła". Chrystus, który powiedział o sobie "Ja jestem prawdą", narodził się z Dziewicy. "A sprawiedliwość z nieba się wychyliła", bo ten, kto uwierzy w Narodzonego, dostępuje usprawiedliwienia nie z siebie, lecz od Boga. "Prawda z ziemi wyrosła", albowiem "Słowo Ciałem się stało"; a "sprawiedliwość z nieba się wychyliła", bo "każde dobro, jakie otrzymujemy, i wszelki dar doskonały zstępuje z góry".

"Prawda z ziemi wyrosła", to znaczy z łona Maryi, a "sprawiedliwość z nieba się wychyliła", albowiem "człowiek nie może otrzymać niczego, co by nie było mu dane z nieba".

"Dostąpiwszy więc usprawiedliwienia przez wiarę, zachowujmy pokój z Bogiem", bo "spotkały się sprawiedliwość i pokój" przez Pana naszego Jezusa Chrystusa, gdyż "prawda z ziemi wyrosła". "Dzięki Niemu uzyskaliśmy przez wiarę dostęp do tej łaski, w której trwamy i chlubimy się nadzieją chwały Bożej". Apostoł nie mówi "chwały naszej", lecz "chwały Bożej", albowiem sprawiedliwość nie pochodzi od nas, lecz "z nieba się wychyliła". A więc ten, "kto się chlubi", niech się chlubi nie w sobie, ale "w Panu".

Toteż i Panu, narodzonemu z Dziewicy, aniołowie śpiewają: "Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom, w których sobie upodobał". Skąd bowiem bierze się pokój na ziemi, jeśli nie z tego, że "prawda z ziemi wyrosła", to znaczy, że Chrystus narodził się z ciała? "On jest naszym pokojem, On, który obie części ludzkości uczynił jednością", abyśmy byli ludźmi, w których sobie upodobał, złączeni więzią jedności, pełną słodyczy.

Radujmy się więc dostąpiwszy takiej łaski, a świadectwo sumienia niech będzie naszą chlubą; a wtedy będziemy się chlubili w Panu, a nie w sobie: Jest bowiem powiedziane: "Ty jesteś moją chwałą, Ty głowę mą wznosisz". Czy mógł nam Pan okazać większą łaskę? Swojego Jedynego Syna uczynił Synem Człowieczym, a synów ludzkich uczynił synami Bożymi.

A jeśli chcesz wiedzieć, jaka jest w tym twoja zasługa, jaki powód tak wielkiego daru i jaka twoja sprawiedliwość, to doszukując się przyczyn nie znajdziesz nic innego, jak tylko łaskę Boga.

Kazanie św. Augustyna

 
Adoration of the Shepherds - Bartolome Esteban Murillo
Dzięcię nam się narodziło Syn Boży został nam dany !
W tym bezbronnym Dziecku ukazała się wielka łaska Boga, który niesie zbawienie wszystkim ludziom. Niemowle leżące w ubogim żłóbku wśród zwierząt i oglądane oczyma pasterzy jest Bożym znakiem. Jezus Miłość wcielona, pragnie być kochany...w zamian przynosi pocieszenie i pokój, poczucie sensu i radość, że można żyć i kochać wszystkich. Niech święta Bożego Narodzenia będą pełne miłości i obdarowania, spokoju i duchowej refleksji na darem życia. Niech Chrystus rodzi się w sercu każdego człowieka i niech będzie wielkim darem dla innych, tych których serca już dawno przestały kochać.
Z darem modlitwy
Rafał Szwedowicz

sobota, 22 grudnia 2012


 
Sztuka pozwala tak wizualnie stać się uczestnikami betlejemskiej tajemnicy narodzin Boga-Człowieka. Dobrze się zatrzymać i zdumieć nad obrazem dominikańskiego artysty bł. Fra Angelico. Udajmy się do klasztoru Sam Marco we Florencji. W jednej z cel zakonnych znajduje się fresk przedstawiający Narodzenie Pana. Przedstawienie jest niezwykle ujmujące swoim przekazem. Miejsce narodzin Jezusa pokazał tak, jak widziała je tradycja chrześcijańska od początku swojej religijnej refleksji. Łącząc dwa motywy, groty i stajenki wymalował szopę przybudowaną do jaskini. Takie połączenie tradycji ikonograficznej wschodu i zachodu chrześcijańskiego. Szopa z malowidła zbita jest z solidnych desek, ma spadzisty dach i boczne ściany, stanowiące jakby obramowanie groty. od reszty świata osłaniają ją tylko dwie przegrody, zapewne kamienne, przesłaniające wnętrze do połowy, między którymi znajduje się wejście. Aby nie było wątpliwości, że jest to pomieszczenie dla domowych zwierząt, zza przegród wystawiają swoje łby wół i osioł. Malarz nawiązał do apokryficznej Ewangelii Pseudo- Mateusza: "Trzeciego dnia po urodzeniu Panna Maryja weszła do groty i udała się do stajni. tam złożyła Dzieciątko w żłobie, a wół i osioł oddali mu pokłon". Artysta przedstawił już późniejszą chwilę kiedy to Maryja wyjęła już Dziecię ze żłóbka. Przed ową szopą znajduje się obszerne klepisko, które zajmuje dużą część malowidła. Rzuca się w oczy jego surowa nagość i bezczelna twardość. To jest zbita glina, z której kiedyś ulepił Bóg człowieka. To jest materia w całej swej mizerności. Na niej właśnie, złożywszy dłonie jak do modlitwy, klęczą cztery osoby adorujące Jezusa. Maryja i Józef są szczególnie wyróżnieni. Górna połowa ciała każdego z ziemskich rodziców, a zwłaszcza głowa ze złotą aureolą, znajduje się na tle owych przegród ze zgrzebnie obrobionego jasnofioletowego kamienia. Św. Piotr Męczennik tworzy z nimi jakby trójkąt. Nieco z boku, za Matką Boską, znajduje się św. Katarzyna ze Sieny. Zamiast pasterzy, którzy jeszcze nie przybyli lub już odeszli, mamy dwoje świętych zakonu dominikańskiego, do którego należał klasztor San Marco. Geneza szopki jest dość jasna. Św. Franciszek pragnął unaocznić poniżenie i upokorzenie Boskości "Miłość nie jest kochana". Angelico malując szopkę chciał zaczerpnąć z duchowej wrażliwości Franciszka, ukazać tajemnicę poniżenia Boga. Goła ziemia była dla niego miejscem umartwienia. Usuwajac się na gołą ziemię chciał się przybliżyć do osamotnionego w akcie kenozy Jezusa. Stąd nagusieński Jezus leży na klepisku na podrzuconej pod Niego wiązce słomy. Nie zielonego sianka, lecz żółtej słomy, symbolizującej kruchość i przemijalność. Jego nimb oznaczony jest czerwonym krzyżem, znakiem przyszłej męki. Znajduje się ona dokładnie naprzeciw wejścia do stajenki, którego nie przesłaniają klęczące postaci. Na tle wystających zza przegród łbów woła i osła widoczny jest pusty żłób. Wystawiony do nas krótszym bokiem, ukazany w perspektywie, nasuwa skojarzenie ze zbitą z desek otwartą trumną. Za tym żłobem, na tej samej linii prostej, osi poniżenia możemy dostrzec ciemność groty. Tajemnicze wnętrze ziemi tak jak często zostaje przedstawione na wschodnich ikonach. To pieczara w której kiedyś zostanie złożone po okropnej śmierci ciało Pana. Żłób trumna do której chowa się po śmierci nasze kruche ciała- oto tło tajemnicy Wcielenia Pana, nazanaczonego męką, strąconego na twardą glinę i wiązkę słomy. Bóg stał się człowiekiem aby przyjąć śmierć, to nas odsyła na Golgotę "gdzie Bóg będzie królował z drzewa życia". Wprowadzając do stajenki znaki męki i śmierci, artysta chciał skierować naszą myśl od misterium Żłóbka do rzeczywistości Krzyża po, to aby przypomnieć nam istotę kerygmatu, który rozbrzmiewa przez wieki chrześcijaństwa: Bóg przyszedł aby odnowić w nas obraz Adama, i zrehabilitować miłością urzeczywistnioną w akcie Wcielenia i Odkupienia.
 
Mała dziewczynka w czasie ulicznej kolędnicy chwyciła mnie kiedyś za dłoń i powiedziała: proszę księdza Bóg musi bardzo kochać dzieci, zapytałem skąd wiesz ? Takim pewnym głosem odpowiedziała: ponieważ Bóg sam stał się Dzieckiem ! Wzruszyłem się ogromnie, radość wypisała sie na mojej twarzy od ucha do ucha i poruszyłem skrzydłami, ponieważ byłem przebrany za anioła. Prosta i piękna zarazem teologia małego człowieczka. Czy święta Bożego Narodzenia sprzyjają takim rozmyślaniom ? W tym czasie pewnie wolimy myśleć o zakupach, dobrze przygotowanym mieszkaniu, świecidełkach które oblepiają centra handlowe itd. Pragniemy radosnej atmosfery, góry prezentów, i bliskości osób wśród których czujemy się dobrze. To wszystko jest pewnie ważne, ale czy powinno aż tak, nas angażować. "Ale prawda jest taka, że Bóg przyszedł na świat, bo człowiek jest zły. Nie dlatego jednak, że został wadliwie stworzony. Jest zły, bo nie spełnia własnych oczekiwań. Jest zły, bo nie dorasta do wyobrażeń o sobie. Jest zły, bo chciałby być inny, ale nie potrafi". Boimy się tak myśleć, żeby przypadkiem nie naruszyć klimatu świątecznej sielanki. A przecież Bóg wchodzi w nasze życie, naszą nędzę i kruchość. Przynosi światło, tak jak rozświetlił ciemności betlejemskiej nocy, gdy iluminacja wytrysnęła z groty. Jezus przyszedł na świat aby zmierzyć się z naszymi lękami, obdarować serce człowieka szczęściem. "BÓG STAŁ SIĘ CZŁOWIEKIEM, ABY CZŁOWIEK MÓGŁ STAĆ SIĘ BOGIEM". Wcielenie Chrystusa samo w sobie jest już aktem zbawienia. Biorąc na siebie nasze rozbite człowieczeństwo, On odnawia je i, według słów pewnej Bożonarodzeniowej pieśni "podnosi ku górze upadły obraz". Dobrowolne uniżenie się Boga pozwala nam uchwycić najważniejsze treści wiary, mianowicie to, że nasze człowieczeństwo zostaje przeistoczone miłością. Kiedy weźmiemy do naszych dłoni opłatek to gest łamania odsyła nas do Eucharystii- Miłości i bezgranicznego daru Boga. Życie nasze ma być łamane i rozdawane w liturgii miłości. O tyle staję się człowiekiem o ile potrafię kochać, wtedy jest Boże Narodzenie. Bóg chce kochać przez nas świat, tych najmniejszych, bezradnych i łaknących miłości.

wtorek, 18 grudnia 2012



Boże Narodzenie jest Paschą

 

Oto Bóg, który nie zamyka się w swym bóstwie, nasz Bóg wcielony, niebawem ukrzyżowany i zmartwychwstały. On, Słowo, które podtrzymuje świat, staje się dzieckiem bez słowa wśród bezsłownych zwierząt. On, zarzewie ognia, zamyka się w ciemnościach groty. Któregoś dnia albo raczej nocy, nocy świetlistej, gdy ciemności zostaną przemienione, poderwie się ze śmierci niczym ogromny, skrwawiony i promienny ptak, umocniony ptak- ludzkość, przemieniony ptak – świat. Dziś jest to jeszcze słaby ptak o podkurczonych skrzydłach, ale Maryja czuwa nad Nim w milczeniu, nosząc wszystkie te rzeczy w swoim sercu. Paradoks właśnie nie do pomyślenia. My rodzimy się we krwi matczynej, co jest znakiem, że przychodzimy na świat, aby umrzeć. Jezus rodzi się w sposób dziewiczy, aby pokonać śmierć i dać nam udział w swoim zwycięstwie. Już to, gdy oddychał Duchem Świętym, już to, gdy podskakiwał – i to z jakąż bezgraniczną radością – w Tchnieniu, Jego egzystencja była ukonstytuowana w Duchu. Było to bardziej ciało w duszy niż dusza w ciele- gdybyśmy chcieli bawić się tymi obrazami przestrzennymi…Bardzo szybko Maryja nauczy Go mówić abba, ojcze, przede wszystkim do Józefa, pokornej obecności nawiedzonej przez sny, Józefa który po opisach dzieciństwa znika z Ewangelii, jakby jego rola miała polegać głównie na prawnym wprowadzeniu Jezusa w potomstwo Dawidowe. Imię Józef oznacza „Bóg, który dodaje”. Ci, inni synowie to my, synowie w Synu, których Jezus uczy wymawiać abba, słowo pełen nieskończonej czułości, boskiej otchłani, o której On nam mówi, że jest otchłanią miłości.

Jezus rodzi się nie raniąc swej Matki, ponieważ On jest czystym życiem, samym życiem, „życiem wiecznym”, można by powiedzieć, aby przywołać życie, z którym nie mieszają się żaden znak śmierci. To właśnie z posłuszeństwa Ojcu, z „szalonej miłości” ku nam – którzy uczyniliśmy i nieprzerwanie czynimy naszą skończoność zamkniętą- Słowo dobrowolnie wchodzi wchodzi w tę skończoność, niewinne Dziecię wśród mnóstwa zmasakrowanych niewiniątek. Dobrowolnie też pójdzie na mękę i swoją śmierć, aby pokonać śmierć i otworzyć- wśród naszych ciemności- drogi zmartwychwstania. Gdzie jest Bóg? – pytali Dostojewski i Camus wobec cierpienia dziecka, nierzadko cierpienia okrutnego i śmiertelnego. Gdzie jest Bóg?- pytali nasi bracia Żydzi, kiedy lud Maryi i Józefa wydawał się skazany na zagładę. Gdzie jest Bóg ? Nie tylko tam, gdzie dziecko kona, nie tylko tam, gdzie wiatr rozwiewa prochy krematoriów. Ale On jest tym dzieckiem i tym ludem, który stał się przez chwilę Izajaszowym „cierpiącym Sługą”. W dzień Narodzenia- głosi liturgia bizantyjska- „Stwórca staje się sercem swojego stworzenia”. Dzieckiem w grocie (którą ikony zawsze przedstawiają jako bardzo ciemną) jest Bóg, który przyszedł do tych, co „w mroku i cieniu śmierci mieszkają”. Jest to tajemniczo zwycięskie „zstąpienie” na ulice, którymi chodzi śmierć i które niekiedy noszą już jej ślady na ziemi… „Ogołocił się”, mówi św. Paweł, burząc w ten sposób całkowicie nasze rozumienie Boga, bo ogołocił się „stając się posłusznym”, oczywiście, aż do śmierci na krzyżu, ale wcześniej aż do narodzin w stajni. „Mesjasz na opak”- jak powiedzieliśmy – Chwała ukrzyżowana, a wiec wyzwalająca dla człowieka ukrzyżowanego w straszliwej Męce historii, Mesjasz niemal tajemniczy, dla którego nie ma miejsca w wielkiej gospodzie pożądliwości, ambicji i spektakularnych widowisk. Ten, który kładzie podwaliny pod naszą wolność, gdyż nie tylko nie narzuca się nam, ale tak bardzo nas szanuje, że pozwala nam Go ukrzyżować, aby mógł ofiarować życie- to prawdziwe- swoim zabójcom, nam, codziennym zabójcom miłości.  Bóg jest tak potężny, że oprócz swojej wolności może powołać do istnienia inne: wolność aniołów i wolność ludzi. Jego potęga w tak stworzonym świecie jest zatem potęgą prawdziwej wolności, to znaczy wolności miłości. Działa w świcie  jedynie jako przypływ światła, pod warunkiem że serca dobrowolnie się na nie otworzą. Wówczas uruchamia się szatańska spirala negacji. Odwracając się plecami do Boga, człowiek rzuca cień i przewrotne siły chaosu wybuchają z całą swą mocą w ciemnościach. Im silniej wybuchają, tym bardziej człowiek myśli, że Bóg nie istnieje. I w ten sposób ciemności gęstnieją, zło rośnie w siłę, człowiek coraz bardziej wątpi i neguje…Któregoś dnia pewna kobieta, Maryja, pozwoliła, aby odrzucony Król, który mógł dotąd podtrzymywać świat jedynie z zewnątrz, wszedł „w serce stworzenia”. I to jest Boże Narodzenie: jeśli piekło jest nieobecnością Boga, miejscem, gdzie dokonuje się rzezi niewinnych, to można powiedzieć, że Bóg przychodzi i wypełnia sobą miejsce swojej nieobecności. Milczenie Słowa zapowiada Jego ostatnie wołanie: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił ?”           

Ale mamy też: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam mego ducha”. W tej bardzo ciemnej grocie u boku Dziecięcia położyła się Maryja. Otwarcie nicości staje się łonem ludzkości zbawionej, ludzkości już wiecznej. Wśród nocy jaśnieje gwiazda, która się rozrośnie i będzie „Słońcem sprawiedliwości”.    Nic nie może oddzielić Boga od Boga. Ale to potężne pulsowanie miłości, o jakim wspomina prolog Ewangelii Jana – „Słowo było zwrócone ku Bogu (czyli ku Ojcu) i Słowo było Bogiem”- to potężne pulsowanie miłości, poczynając od Narodzenia    , wciąga, obejmuje całe stworzenie. To małe Dziecię jest Osobą Boską, to znaczy Osobą doskonałą, a więc całkowicie w komunii, całkowicie nierozłączną, współistotną Ojcu w Jego bóstwie, współistotna z nami w naszym człowieczeństwie. W Chrystusie ten sposób bycia Bogiem, jakim jest miłość, udziela się wszystkim ludziom. Słowo żywe, które stało się milczącym Dziecięciem, męką, zmartwychwstaniem, tajemniczo pociągnie ku sobie cały wszechświat. „Kiedy będę wywyższony nad ziemię, pociągnę wszystkich do siebie”.

On pociąga nas, nie tylko wchodząc do naszej rozpaczy i naszej udręki, ale wchodząc do naszych najmocniejszych radości. Czy są one silniejsze niż te płynące z dwóch macierzyństw połączonych w Maryi: macierzyństwa cielesnego i macierzyństwa duchowego, radości rodzenia i radości zbawienia ? 

Zmartwychwstanie rozciąga się na świat, poczynając od kolebki, od żłobu, zaczęło się nie w gospodzie ani nawet, jak mówią archeologowie, nie w domu, lecz poza domem, w jednej z tych grot, gdzie trzyma się zwierzęta. „W nędznej stajni mojej duszy”- komentuje pewien tekst liturgiczny.

„Przyszedłem ogień rzucić na ziemię”- mówi Jezus. W dzień Narodzenia żar jest już w otchłani, „w cieniu śmierci”. I oto znów pojawia się raj i następuje antycypacja Królestwa: ziemia i niebo łączą się w osobach i muzyce aniołów, i przychodzą pasterze z oswojonymi zwierzętami ziemi, i mędrcy, którzy wpatrują się w gwiazdy…

Boże Narodzenie. Bóg ma już oblicze ludzkie- objawiające nam zarazem boskie oblicze człowieka, każdego człowieka, żywego „obrazu”, w którym uwidaczniają się pewne przyciąganie i wezwanie. Największą „monstrancją” Boga dziś w sercu groty nihilizmu, są pewne twarze, które stały się niemal ikonami, jak twarz ojca de Foucaulda pod koniec jego życia albo twarz „starca” Trawiona, wielkiego rosyjskiego mistrza duchowego, który przez długi czas żył w obozie koncentracyjnym i do którego napływały prawdzie tłumy. Boże Narodzenie. Bóg jest już nieodłącznie związany z człowiekiem. To już nie są dwie rywalizujące ze sobą wielkości w jakiejś zamkniętej przestrzeni, jak przez długi czas sobie wyobrażano, czy to żeby zmiażdżyć człowieka, czy to żeby „zabić” Boga. Bóg i człowiek połączeni bez rozdzielenia i bez zmieszania. Bóg jest tym silniej objawiony, im bardziej staje się człowiekiem. Człowiek tym silniej człowiekiem, im bardziej łączy się z Bogiem.

Boże Narodzenie. Bóg stał się człowiekiem i człowiek może na nowo wejść w życie Boże, w przestrzenie trynitarne. Przyjmuje go ogromne i przesłodkie światło, tak jak musiało przyjąć bandytę i prostytutkę.     

Bóg daje, a kiedy dar ulegnie zniszczeniu, daje jeszcze raz. Bóg daje i przebacza, a człowiek ze swej strony również może się stać istotą przebaczającą.

Twarzyczka Dziecięcia rozdarła na zawsze matowość świata, sprawiając, że wytrysnęło w nim światło zmartwychwstania. Betlejem znaczy „dom chleba”: oto nasz chleb wieczności, niezniszczalna manna. Zachodnia sztuka średniowiecza oraz pewne ikony przedstawiały dziecko w kielichu eucharystycznym. I jest niewątpliwie prawdą, że to życie, ta słodycz, ten pokój ofiarowuje się nam niewyczerpane w chlebie i winie, które Kościół konsekruje i rozdziela ( i które tworzą Kościół w takiej mierze, w jakiej Kościół je sprawuje). Wychodząc od tej małej twarzyczki, wychodząc od Eucharystii, zrodziły się Santa Sophia i Chartes, masywne kościoły romańskie Francji i urocze kościółki archipelagu greckiego, których biel przemienia ziemię. Również dzisiaj, jeśli chcemy, jeśli dołączymy do ognia współczesne rozumienie, ten płomień, którego Kościół w swojej wytrwałej pieśni uwielbienia pozostaje lampą, może stać się gwiazdą ludzkości zmierzającej do swej jedności. Wychodząc od tajemnicy Bożego Narodzenia, wychodząc od Boga, który stał się obliczem i od kobiety bez rozdarcia wśród rozdarcia świata, możemy położyć fundamenty pod etykę osoby i komunii, możemy niestrudzenie tworzyć szkic kultury, zdolnej zjednoczyć to, co Boskie, z tym co ludzkie, „bez rozdzielenia i bez zmieszania”: człowiek humanistów, uwolniony od swoje dumnej i rozpaczliwej skończoności, obraz Boga „deizmów”, uwolniony od zamkniętej i pożerającej transcendencji. W Narodzeniu Pańskim koncentruje się zarazem niedostrzegalna i niepohamowana siła zaczynania, rozpoczynania na nowo. I dla każdego płynie wielka pewność: jestem kochany, więc istnieję.
( Olivier Clement Boże Narodzenie)

niedziela, 9 grudnia 2012


W drugą niedzielę Adwentu słyszymy: "Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki !" (Mk 1,3). Święty Jan Chrzciciel wyszedł na pustynię. Na pustyni zabrzmiał adwentowy głos. Adwent zwiastuje nam, że przemieni naszą pustynię tak, że stanie się kwitnąca. Pustynia jest dla nas obrazem naszej egzystencji. Mowimy o betonowej pustyni w naszych miastach, o pustyni w ludzkich sercach, kiedy wszystko staje się puste i jałowe. Pustynia jest obrazem samotności, opuszczenia. Pustynia oznacza bezsensowność, brak kontaktu, stan suszy, wysuszenia. Dla mnichów IV wieku pustynia była miejscem przebywania demonów, miejscem, gdzie włóczą się ciemne duchy, w którym zło dosięga ludzi. Wydaje się, że także o współczesności można powiedzieć, iż jest miejscem, gdzie panują duchy czasu- duchy czasu przemocy, nieufności, wyzysku, zniszczenia. Synonimami słowa "pustynia" są: pusty, niezabudowany, nieuprawny, niezamieszkały, samotny, dziki, nieokiełznany, brzydki, odrażający. Wszystkimi tymi wyrazami opisany został współczesny stan duszy. Odczuwamy w sobie pustkę i samotność. Jesteśmy nieokrzesani poza domem. Działają w nas dzikie i nieokiełznane siły, które szpecą naszą twarz. Pustynia jest miejscem, w którym konfrontujemy się bezwzględnie z samymi z sobą i naszą nieprzyjemną rzeczywistością. Na tej pustyni naszego serca powinniśmy przygotować drogę dla Pana. By móc utorować drogę dla Niego, najpierw musimy sami się odważyć i wejść na naszą własną pustynię. Możemy zobaczyć w nasz wszystko co to, co stłumione, ukryte, niejasne, i powierzyć to Bogu.(...) Pośrodku naszej pustyni wystrysną źródła. Jednak pustynia pozostanie. Bedziemy nieustannie krążyć wokół źródła i wkraczać na pustynię, by konfrontować się tam z własną pustką. Adwent obiecuje nam, że na naszej pustyni odnajdziemy źródło, z którego będziemy mogli się napić. To wystarczy, by użyźnić naszą pustynię. Pustynia to nie tylko miejsce pustki i bezsensowności, próby i pokusy, lecz także miejsce pierwszej miłości miedzy Jahwe i Jego ludem. Na pustyni Bóg czyni liczne cuda, i pragnie mieszkać w tobie.
Anselm Grun "Boże Narodzenie- świetować Nowy Początek"

czwartek, 6 grudnia 2012

AKATYST


 

W II Niedzielę Adwentu ( 9 XII 2012) o godz. 19.30
w kościele NMP. Wspomożenia Wiernych w Aleksandrowie Kujawskim, będziemy śpiewać AKATYST ku czci Bogurodzicy. Zapraszam wszystkich na to piękne nabożeństwo czerpiące z duchowego bogactwa chrześcijańskiego Wschodu.


wtorek, 4 grudnia 2012


Bóg przychodzi, aby nas wyzwolić od zła i śmierci

Pierwsza antyfona tej liturgii Nieszporów rozpoczyna okres Adwentu i rozbrzmiewa jako antyfona całego roku liturgicznego. Posłuchajmy jej jeszcze raz: «Zwiastujcie narodom nowinę: Oto nasz Bóg i Zbawca przychodzi». Na początku nowego cyklu rocznego liturgia wzywa Kościół, aby na nowo głosił wszystkim narodom swe przesłanie, i ujmuje je w dwóch słowach: «Bóg przychodzi». W tych tak bardzo zwięzłych słowach kryją się zawsze nowe myśli. Zatrzymajmy się przy nich na chwilę i pomyślmy: nie używa się tutaj czasu przeszłego — Bóg przyszedł, ani przyszłego — Bóg przyjdzie, lecz teraźniejszy: «Bóg przychodzi». Jak dobrze widać, jest to czas teraźniejszy ciągły, czyli czynność, która wciąż się dokonuje: już się dokonała, dokonuje się teraz i jeszcze się dokona. «Bóg przychodzi» w każdej chwili. Czasownik «przyjść» występuje tu jako słowo «teologiczne» czy wręcz «teologalne», ponieważ mówi nam o czymś, co dotyczy samej natury Boga. Głosić, że «Bóg przychodzi», znaczy więc głosić po prostu samego Boga, ukazując jedną z Jego istotnych i charakterystycznych cech: to, że jest On Bogiem-który-przychodzi.

Jedyny prawdziwy Bóg

Adwent jest wezwaniem dla wierzących, aby uświadomili sobie tę prawdę i zgodnie z nią postępowali. Niczym zbawienne wezwanie, ponawiane w kolejnych dniach, tygodniach, miesiącach, rozbrzmiewają słowa: Obudź się! Pamiętaj, że Bóg przychodzi! Nie wczoraj, nie jutro, ale dzisiaj, teraz! Jedyny prawdziwy Bóg, «Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba», nie jest Bogiem, który żyje sobie w niebie i nie interesuje się nami ani naszymi dziejami, lecz jest Bogiem-który-przychodzi. Jest Ojcem, który nigdy nie przestaje o nas myśleć i w pełni szanując naszą wolność, pragnie nas spotkać i nawiedzić; chce przyjść, zamieszkać wśród nas, pozostać z nami. Przychodzi, bo chce nas wyzwolić od zła i śmierci, od tego wszystkiego, co uniemożliwia nam prawdziwe szczęście. Bóg przychodzi, aby nas zbawić.

Wcielenie duchowe

Ojcowie Kościoła zauważają, że «przychodzenie» Boga — nieustanne i, by tak rzec, wynikające z natury samego Jego bytu — koncentruje się w dwóch głównych przyjściach Chrystusa: w Jego wcieleniu i w powrocie w chwale na końcu dziejów (por. Cyryl Jerozolimski, Katecheza 15, 1; PG 33, 870). Cały okres Adwentu skupia się na tych dwóch biegunach. W jego pierwszych dniach kładzie się akcent na oczekiwanie ostatecznego przyjścia Pana, o czym świadczą również teksty dzisiejszej liturgii Nieszporów. Gdy zbliża się Boże Narodzenie, coraz bardziej dominuje wspominanie wydarzenia z Betlejem, by w nim rozpoznać «pełnię czasu». Można mówić jeszcze o trzecim przyjściu, pomiędzy tymi dwoma «widzialnymi». Św. Bernard nazywa je przyjściem «pośrednim» i «ukrytym»; dokonuje się ono w duszy wierzących i stanowi jakby «pomost» między przyjściem pierwszym i ostatnim. «W pierwszym — pisze św. Bernard — Chrystus był naszym odkupieniem, w ostatnim objawi się jako nasze życie, w tym jest naszym odpoczynkiem i pocieszeniem» (V Przemówienie o Adwencie, 1). Archetypem tego przyjścia Chrystusa, które moglibyśmy nazwać «wcieleniem duchowym», zawsze była Maryja. Jak dziewicza Matka zachowywała w swym sercu Słowo, które stało się ciałem, tak każda dusza i cały Kościół mają podczas swej ziemskiej pielgrzymki oczekiwać Chrystusa, który przychodzi, i przyjmować Go z nieustannie odnawianą wiarą i miłością.

Przygotować Jego przyjście

Liturgia Adwentu ukazuje zatem, jak Kościół staje się wyrazicielem oczekiwania Boga, które jest głęboko wpisane w historię ludzkości, a które, niestety, zbyt często jest zakłócane lub niewłaściwie ukierunkowane. Kościół, jako Ciało mistycznie zjednoczone z Chrystusem Głową, jest sakramentem, czyli znakiem i skuteczną pomocą również w tym oczekiwaniu Boga. Wspólnota chrześcijańska może w pewnej mierze, znanej tylko Jemu, przyśpieszyć Jego ostateczne przyjście, pomagając ludzkości wyjść na spotkanie Pana, który przychodzi. Czyni to przede wszystkim, ale nie tylko, przez modlitwę. Istotne i nieoddzielne od modlitwy są również «dobre uczynki», o czym przypomina modlitwa z I Niedzieli Adwentu, w której prosimy Ojca niebieskiego, «abyśmy przez dobre uczynki przygotowali się na spotkanie przychodzącego Chrystusa». Tak rozumiany Adwent jest okresem sprzyjającym bardziej niż jakikolwiek inny, by przeżywać go w jedności ze wszystkimi — a dzięki Bogu jest ich wielu — którzy pragną świata bardziej sprawiedliwego i bardziej braterskiego. W tym działaniu na rzecz sprawiedliwości mogą w pewnej mierze spotkać się ludzie wszystkich narodów i kultur, wierzący i niewierzący. Wszyscy bowiem, choć kierują się różnymi racjami, pragną tego samego celu, a mianowicie przyszłości, w której będzie sprawiedliwość i pokój.

Przyjdź Królestwo Twoje

Pokój jest celem, do którego dąży cała ludzkość! Dla wierzących «pokój» jest jednym z najpiękniejszych imion Boga, który pragnie zgody między wszystkimi swymi dziećmi, o czym przypomniałem również podczas niedawnej pielgrzymki do Turcji. Pieśń pokoju rozbrzmiewała w niebie, kiedy Bóg stał się człowiekiem i narodził się z Niewiasty, gdy nadeszła pełnia czasu (por. Ga 4, 4). Rozpocznijmy zatem ten nowy Adwent — czas dany nam od Pana czasu — rozbudzając w naszych sercach oczekiwanie na Boga-który-przychodzi oraz nadzieję na to, że święcić się będzie Jego imię, że przyjdzie Jego Królestwo sprawiedliwości i pokoju, że wypełni się Jego wola jako w niebie, tak i na ziemi.

W tym oczekiwaniu pozwólmy się prowadzić Maryi Pannie, Matce Boga-który-przychodzi, Matce nadziei. Niech Ona, którą za kilka dni będziemy czcić jako Niepokalaną, wyjedna nam, byśmy okazali się święci i nieskalani w miłości, kiedy przyjdzie Pan nasz Jezus Chrystus, który wraz z Ojcem i Duchem Świętym niech będzie uwielbiony i pochwalony na wieki wieków. Amen

 Papież Benedykt XVI

 

 

Rozpoczął się Adwent, po raz kolejny wchodzimy  w czas oczekiwania i tęsknoty na przybycie Kogoś bardzo ważnego. Nosimy w sobie różne pragnienia: szczęścia, bliskości innych osób, poczucie bezpieczeństwa, tego czy starczy środków na egzystencję. Jest w każdym człowieku oczekiwanie i tęsknota, wyglądanie czegoś niezwykłego co może zmienić nasze życie. Życie bez oczekiwań jest tylko nędznym wegetowaniem, ślizganiem się po powierzchni egzystencji. Okres czterech niedziel często koncentruje naszą uwagę tylko na przygotowaniu do Bożego Narodzenia, a tu chodzi o coś więcej, to wejście w całą historię zbawienia w której Bóg wychowuje ludzi do przyjęcia Miłości- Umiłowanego Syna Jezusa Chrystusa. Jawi się tu również perspektywa eschatologiczna, świadomość przyjścia Pana na końcu czasów Paruzja- wydarzenie miłości. Pan przyjdzie do swoich po raz drugi i będzie to spektakularne widowisko zapierajace dech w piersiach. Matthias Gruenewald przedstawił na zewnętrznej stronie drzwi słynnego późnogotyckiego ołtarza skrzydłowego w Insenhaim obraz Wielkiego Piątku. Na tle ciemnego, pustego krajobrazu wznosi się krzyż, do którego przybito umęczone ciało Jezusa. Po prawej stronie krzyża stoi potężna postać Jana Chrzciciela. Jego ręka, której ekspresji dodaje wystający z dłoni palec wskazujący, kieruje wzrok widza na postać Ukrzyżowanego. Na swoim obrazie artysta umieścił słowa z ewangelii św. Jana: "Potrzeba, bo On wzrastał, a ja się umniejszał"(J 3,30). Jan Chrzciciel tym gestem wskazania na Jezusa objawia nam adwentowy program życia duchowego, w którym trzeba wysilić się aby zobaczyć Pana rozpoznać Go, przyjąć do swojego życia. To urzeczywistnienie tęsknoty Kościoła który woła z głębi serca: Marana Tha !

środa, 28 listopada 2012


Jeśli będziemy owcami, zwyciężymy;
jeśli wilkami - ulegniemy

 
         Jak długo pozostajemy owcami, zwyciężamy; otoczeni niezliczoną gromadą wilków, jesteśmy mocniejsi. Gdy jednak stajemy się wilkami, ulegamy, ponieważ jesteśmy pozbawieni pomocy Dobrego Pasterza. Wszak nie jest On pasterzem wilków, ale owiec; dlatego opuszcza cię i odchodzi, gdy nie oczekujesz, aby okazał swoją potęgę.
Chrystus jakby chciał powiedzieć: Nie trwóżcie się, że gdy wysyłam was między wilki, nakazuję zachowywać się jak owce i jak gołębice. Mógłbym rozporządzić inaczej i posłać was nie narażając na żadne niebezpieczeństwo; mógłbym nie czynić was owcami słabszymi od wilków, ale straszniejszymi od lwów. Ale tak właśnie trzeba. W ten sposób uwidoczni się wasze męstwo i rozsławi moja potęga.
To właśnie powiedział świętemu Pawłowi: "Wystarczy ci mojej łaski, albowiem moc moja objawia się w słabości". To Ja postanowiłem - zda się mówić Chrystus - abyście takimi byli. Gdy przeto mówi: "Posyłam was jak owce", to jakby dodaje: Nie lękajcie się, wiem doskonale, że właśnie wtedy nie zwycięży was żaden nieprzyjaciel.
Aby zaś nie popadli w bezczynność i nie wydawało się im, że wszystko otrzymają zupełnie za darmo, że otrzymają nagrodę bez wysiłku, dodaje: "Bądźcie więc roztropni jak węże, a prości jak gołębie". Na cóż jednak się przyda - zapytają - nasza roztropność pośród tak licznych niebezpieczeństw? Jakże możemy zachować roztropność, miotani tylu falami? Czegóż może dokonać nawet najroztropniejsza owca otoczona gromadą wilków? Na co się zda choćby największa prostota gołębia, skoro zostanie osaczony przez wiele sępów? Na nic w wypadku stworzeń nierozumnych, ale gdy o was idzie na bardzo wiele.
Zobaczmy, jaki rodzaj roztropności jest tu wymagany. Roztropność węża - mówi Pan. Podobnie jak wąż porzuca wszystko, nawet część swego ciała, byle tylko ocalić głowę, tak i ty - powiada - z wyjątkiem wiary porzuć wszystko: bogactwo, ciało, a nawet życie. Wiara jest bowiem głową i korzeniem. Gdy wiarę ocalisz, to choćbyś wszystko inne postradał, odzyskasz w daleko większym stopniu. Dlatego Pan nie poleca samej tylko prostoty ani samej tylko roztropności, ale jedno i drugie zarazem, aby w ten sposób stały się naprawdę cnotą. Potrzebna jest roztropność węża, abyś unikał śmiertelnych ran, potrzebna też prostota gołębia, abyś nie szukał zemsty na tych, co cię skrzywdzili, ani żądał kary na tych, co knują zasadzki. Na nic się zda roztropność, jeśli zabraknie prostoty.
I niech nikt nie sądzi, że tych poleceń nie da się spełnić. Pan wie lepiej niż ktokolwiek inny, jak się rzeczy mają. Wie, że przemocy nie pokonuje się przemocą, ale łagodnością.
 
Homilia św. Jana Chryzostoma, biskupa, do Ewangelii św. Mateusza

 

piątek, 23 listopada 2012

Niebo istnieje...Naprawdę !


„Kiedy Colton Burpo cudem wyzdrowiał po nagłej operacji wycięcia wyrostka robaczkowego, jego rodzina nie posiadała się z radości. Nie spodziewała się tylko, że w ciągu następnych kilku miesięcy usłyszy piękną i wyjątkową historię o podróży małego chłopca do nieba i z powrotem.

Niespełna czteroletni Colton oznajmił rodzicom, że opuścił swoje ciało podczas zabiegu, wiarygodnie opisując, co jego rodzice robili, gdy on leżał na stole operacyjnym. Opowiadał o wizycie w niebie i przekazywał historie ludzi, z którymi spotkał się w zaświatach, a których nigdy wcześniej nie widział. Wspominał nawet o zdarzeniach, jakie miały miejsce jeszcze przed jego narodzinami. Zaskoczył swoich rodziców opisami i mało znanymi szczegółami o niebie, dokładnie pasującymi do tego, co podaje Biblia, a przecież nie mógł ich stamtąd znać, bo jeszcze nie umiał czytać.

Z rozbrajającą niewinnością i typową dla dziecka prostolinijnością Colton opowiada o spotkaniach z członkami rodziny, którzy już dawno odeszli z tego świata. Opisuje Jezusa, anioły, i twierdzi, że Bóg jest „bardzo, bardzo duży” i naprawdę nas kocha.

Historia ta – opowiedziana przez ojca, przywołującego proste słowa własnego syna – ukazuje miejsce, które czeka na nas wszystkich, i gdzie, jak mówi Colton, „nikt nie jest stary i nikt nie nosi okularów”.

„Niebo istnieje…Naprawdę!” na zawsze zmieni sposób, w jaki myślisz o wieczności, pozwalając ci przyjąć perspektywę dziecka i uwierzyć jak ono.”

 
Dwie siostry (rozdz.17)
Zielone dni lata ustąpiły złotej jesieni, a temat nieba ciągle powracał w naszych rozmowach z Coltonem. Ale jedna kwestia przewijała się nieustannie: kiedy nasz syn widział Jezusa w niebie, to jak on wtedy wyglądał? Byliśmy tym zainteresowani, ponieważ ja jako pastor ciągle spędzam czas w szpitalach, księgarniach katolickich, przeróżnych kościołach, a w tych wszystkich miejscach znajduje się mnóstwo obrazów przedstawiających Chrystusa. Często towarzyszą mi Sonja z dziećmi, więc zaczęliśmy bawić się w pewną grę. Gdy napotykaliśmy jakiś obraz Jezusa, pytaliśmy Coltona, czy tak wygląda Chrystus. Chłopiec zawsze wpatrywał się przez chwilę, po czym kręcił swoją małą główką i wyrokował: „Nie, na tym włosy się nie zgadzają” albo „Tutaj ma inne ubranie”. Powtarzaliśmy tę grę setki razy przez następne trzy lata. Niezależnie od tego, czy był to plakat w salce szkółki niedzielnej, okładka książki lub kopia obrazu któregoś ze starych mistrzów wisząca u kogoś w domu, Colton zawsze reagował tak samo. Był za mały, żeby wyjaśnić, co dokładnie było złe w obrazie, potrafił tylko stwierdzić, że były nie takie i już. Pewnego wieczora, w październiku siedziałem przy kuchennym stole, przygotowując kazanie. Sonja w salonie ślęczała nad księgami rachunkowymi i regulowała płatności. Cassie bawiła się obok niej lalkami Barbie. Usłyszałem krokiColtona w korytarzu i zobaczyłem, jak obiegł kanapę i stanął naprzeciwko Sonji. – Mamusiu, mam dwie siostry – oznajmił. Odłożyłem długopis. Sonja pracowała dalej. – Mamusiu, mam dwie siostry – powtórzyło dziecko.Żona podniosła wzrok znad dokumentów i pokręciła lekko głową. – Nie, masz siostrę Cassie i… masz na myśli swoją siostrę cioteczną Traci? – Nie – stanowczo zaprzeczył. – Mam dwie siostry. Przecież dziecko zmarło w twoim brzuchu, prawda? W tym momencie w domu rodziny Burpo czas się zatrzymał, a oczy Sonji robiły się ogromne. Jeszcze kilka sekund wcześniej Colton usiłował bez skutecznie skupić na sobie uwagę matki. Teraz mu się to w końcu udało. – Kto ci powiedział, że dziecko zmarło w moim brzuchu? – zapytała poważnym głosem. – Ona, mamusiu. Powiedziała, że umarła w twoim brzuchu. Colton obrócił się i chciał odejść. Powiedział, co miał do powiedzenia i był gotów ruszyć dalej. Ale po bombie, którą właśnie spuścił, Sonja dopiero sięrozkręcała. Zanim zdążył obejść kanapę, głos Sonji zadudnił w całym domu. – Coltonie Toddzie Burpo, wracaj tutaj natychmiast! Colton obrócił się i odszukał mój wzrok. Jego twarz wyrażała tylko jedno pytanie: „Co ja takiego zrobiłem?”.Wiedziałem, co moja żona wtedy czuła. Utrata tego dziecka była jednym znajboleśniejszych przeżyć w jej życiu. Wytłumaczyliśmy to Cassie, bo była starsza. Jednak nic nie mówiliśmy Coltonowi, ponieważ wydawało się, że czterolatek tego nie zrozumie. Obserwowałem z kuchni, jak po twarzy Sonji przemknęły wszystkie możliwe emocje. Colton, trochę zdenerwowany, obszedł znowu kanapę i stanął naprzeciwko swojej mamy, ale tym razem znacznie mniej pewnie. – Wszystko w porządku, mamusiu – powiedział. – Nic się jej nie stało. Bóg ją adoptował. (...)

 

 

środa, 21 listopada 2012

Przeczysta świątynia Zbawcy, najcenniejszy pałac i Dziewica, święta skarbnica chwały Bożej dzisiaj wchodzi do Domu Bożego, wiodąc ze sobą łaskę Bożego Ducha. Sławią Ją aniołowie Boży: Oto jest niebieska arka. Na Jej cześć śpiewają Aniołowie Boży: Ona jest Przybytkiem Niebiańskim !
(kontakion -liturgia bizantyjska). Ofiarowanie Bogarodzicy do Świątyni należy do świąt liczby dwunastu które celebruje Kościół Wschodni, na Zachodzie obchodzi się to wydarzenie jako wspomnienie liturgiczne.  Jak scena Narodzin Marii ma formalno-ideowy związek z przedstawieniem Narodzenia Pańskiego, tak odpowiednikiem sceny Ofiarowania Marii, staje się ofiarowanie Chrystusa. Ilustrację święta stanowi tradycja ikonograficzna która swoje przesłanie czerpie z literatury apokryficznej  ( Protoewaneglii Jakuba) i zmysłu wiary przekazanego w sercu wspólnoty wierzących. To opowieść o trzyletniej Marii która zostaje przyprowadzona przez swoich rodziców Annę i Joachima, którzy pragnęli poświęcić ją Bogu. Maria została przyjęta przez kapłana Zachariasza, który wprowadził Ją do Świętego świętych, gdzie wzrastała w posłudze i uwielbieniu Boga. Chociaż wejście do miejsca Świętego odbywało się tylko raz w roku i było przywilejem arcykapłana, to jednak tradycja głosi że Maria weszła do przybytku sama, co stanowi znak jej szczególnego wybraństwa. Maria poddała się Prawu i Świątyni. Prawo zostało przezwyciężone przez miłość, Świątynią stał się Chrystus. W Niej spełniło się przejście od Starego do Nowego Testamentu. Ona jest w Świątyni, ale wkrótce stanie się Świątynią Wcielonego Słowa- Jezusa Chrystusa. Niegdyś obłok wypełniał świątynię do tego stopnia, że kapłan nie mógł wejść- to była Szekina, obecność Boga -Jego Chwała. Bóg napełnił swoją obecnością Marię, stworzenie wybrane pośród wszystkich stworzeń. Theotokos, Świątynia bardziej święta od jerozolimskiej, Maria jest świątynią par excellence, On sam Jej Syn, objawi światu nową świątynię, którą jest Kościół, lud Boży, Nowy Izrael, Jego mistyczne ciało.

sobota, 17 listopada 2012

Mk 13,24-32

Jezus powiedział do swoich uczniów:

„W owe dni, po wielkim ucisku słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą padać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte.

Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w obłokach z wielką mocą i chwałą. Wtedy pośle On aniołów i zbierze swoich wybranych z czterech stron świata, od krańca ziemi aż do szczytu nieba.

A od drzewa figowego uczcie się przez podobieństwo. Kiedy już jego gałąź nabiera soków i wypuszcza liście, poznajecie, że blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, że blisko jest, we drzwiach.

Zaprawdę powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. Lecz o dniu owym lub godzinie nikt nie wie, ani aniołowie w niebie, ani Syn, tylko Ojciec”.

Eschatologiczna wizja końca czasów którą Ewangelia przed nami rysuje, w pierwszym odczuciu jest źródłem jakiegoś duchowego napięcia i lęku. Zjawiska atmosferyczne wzbudzające poruszającą grozę i przygodność świata której zwieńczeniem jest triumf Chrystusa Sędziego. Dokonuje się tutaj wielka refleksja  nad światem który zostaje oddany we władanie Boga. Należy tu przypomnieć o istotnej różnicy między eschatologią a apokaliptyką. Eschatologia idzie w refleksji w stronę rzeczy ostatecznych, definitywnych. Termin apokalipsa wywodzi się z greki oznacza tyle co "usunięcie zasłony"czyli możliwość obserwacji realizacji Bożego Objawienia. Jedno i drugie pojęcie kieruje nas na wydarzenie kieruje nasze spojrzenie na wydarzenie które się urzeczywistnia dzięki wielkiej ingerencji Boga. "W potocznych wyobrażeniach religijnych panuje przeświadczenie, że Bóg jest Sędzią sprawiedliwym, gdyż nagradza za dobro, a karze za zło, oddając każdemu według jego uczynków. To katechizmowe rozumienie nie oddaje biblijnego bogactwa odcieni znaczeniowych. Pojęcia tego nie można redukować do jego sensu jurydycznego, który ukazuje Boga jako Sędziego, stojącego na straży ustanowionego w świecie porządku moralnego. Biblia zna o wiele szersze i głębsze pojęcie znaczenia pojecia sprawiedliwości, wykraczające poza koncepcję legalistyczną i moralną. Bóg jest "sprawiedliwym sędzią, który bada nerki i serce" (Jr 11,20). Czyni tak aby "każdemu oddać stosownie do jego postępowania, według owoców jego uczynków" (Jr 17,10). Sprawiedliwość Boża to jednak nie tylko wyrok potępienia lub kara zesłana na grzesznych ludzi, lecz również wyrok łaskawy i uwalniający (Jr 9,23; 23,6). Bóg sprawiedliwy jest również Bogiem miłosiernym (Ps 116,5-6; 129,3-4). Jego darem jest zbawienie." Piękne a zarazem mocne słowa wypowiedział kiedyś Antoni Bloom, brzmiały one tak: "gdyby Bóg był tylko sprawiedliwy to wszyscy byśmy byli w piekle", ale jest Miłosierdziem- Bogiem kochającym zranione przez grzech stworzenie. "Przemija bowiem postać tego świata" ale "kto pełni wolę Bożą trwa na wieki" (1 Kor 7,31; J 2,17). "Święty Paweł mówi o zdolności oglądania siebie z odsłoniętą twarzą, co już jest przygotowaniem do sądu, a Sąd Ostateczny polega właśnie na pełnej wizji całego człowieka. Wybitni ludzie ducha podkreślają ten wymiar sądu jako objawienie w pełnym świetle, nie zagrożenie karą, lecz Bożą Miłością. Bóg jest wiecznie tożsamy ze sobą, nie jest groźnym Sędzią, jest Miłością, i wówczas ta sama miłość subiektywnie "staje się cierpieniem dla odrzuconych i radością dla błogosławionych." Często boimy się że Bóg w momencie naszego sądu otworzy swój przenośny komputer odnajdzie plik z naszym imieniem i nazwiskiem, wtedy będzie widowisko prezentujące na samych. Zbyteczne będą te środki trochę antromorfizujące język Bożego sądu, każdy z nas zostanie dotknięty rzeczywistością prawdy, maski opadną, ludzkie kombinacje przestaną mieć sens, będziemy nadzy wobec Miłosiernej Miłości. Sąd Ostateczny będzie naszym osobistym sądem nad sobą. Pozostaje tylko mieć nadzieję że wszystko będzie dobrze.

czwartek, 15 listopada 2012

chrześcijanin jest jak ryba w wodzie


Chrześcijanie są jak ryby w wodzie tak w starożytnym Kościele św. Ambroży określał  wyznawców  którzy przez sakrament chrztu zostali właczeni w nurt życia. Ewangelie przekazują, że Zbawiciel wielokrotnie posłużył się symbolem ryby. Pierwsi uczniowie których wezwał po imieniu, byli rybakami znad jeziora Galilejskiego: "Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi"(Mt 4,19, Mk 1,17). Innym razem słyszymy słowa przynaglenia wypowiedziane do Piotra: "Nie bój się, odtąd ludzi łowić będziesz" (Łk 5,10). W eschatologicznej wizji końca dziejów, Sąd Ostateczny przedstawiony zostaje jako obraz rybaka  zagarniającego w swoją sieć dobre i złe ryby; dobre zatrzymuje a złe odrzuca (Mt 13,47). Kiedy wielki tłum zgromadził się aby słuchać Mistrza, zostają nakarmieni kilkoma rybami które przynosi chłopiec, a po swoim zmartwychwstaniu na brzegu jeziora przygotowuje Pan posiłek dla siedmiu swoich uczniów- pieczoną rybę na ogniu (J 21,9). Pierwsze wspólnoty chrześcijan wraz z Radosną Nowiną przyjęły i szacunkiem otaczały symbol ryby. Odniesieni go do chrztu narzucało się prawie samo z siebie, tymbardziej że chrzest był rzeczywiście zanurzeniem w wodzie, kiedy wchodzili do baptysterium byli jak ryby pływające w wodzie. Tertulian pisał: "My natomiast rybki zgodnie z naszym Ichtys (Ryba) Jezusem Chrystusem rodzimy się w wodzie i nie możemy się inaczej zbawić jak tylko przebywając w wodzie". Wizerunki rybaka i ryby, przedstawiające kaznodzieję i nawróconego, są jak najbardziej zrozumiałe. Istnieją jeszcze inne przyczyny powszechności symbolu ryby w chrześcijaństwie. Najważniejsza z nich to tajemniczy sens pięciu liter skaładających się na słowo ICHTHYS (Iesous Christos Theou Yios Soter). Symbol ten znajduje się na sarkofagach, tablicach nagrobnych i róznego rodzaju obiektach. Chrześcijanie nosili zawieszone na szyi małe ryby z metalu, kamienia albo macicy perłowej z napisem: "Zechciej zbawiać" lub "Zbawiaj". Równocześnie jednak symbol ten zdawał się mieć dla chrześcijan pierwszych wieków tak wielką wartość, że ukrywali jego znaczenie o wiele dłużej niż to zdarzało się w przypadku innych symboli, do tego stopnia, że na ile można wnosić z dostępnych przekazów, jeszcze w IV wieku żaden autor nie poddaje jego pełnego wyjaśnienia. Po pierwsze więc i przede wszystkim ryba oznacza samego Chrystusa. Albowiem Chrystus mógł w bezdennej otchałani tej śmiertelności niczym w głębinie wód pozostać żywy, to jest trwać bez grzechu. św. Augusty porównuje to morze ludzkiego życia do głebiny wód. W Wyznaniach opowiada zaś o "Rybie podźwignietej z głębiny", którą ludzkość spożywa na uczcie przygotowanej przez Boga i którą wyciągnięto z głębin, aby nakarmić spragnioną ziemię. W swoim komentarzu do tekstu Ewangelii Jana (21,9) symbolikę ryby pieczonej w ogniu ujmuje krótko słowami: "Piscis assus, Christus passus" - "Pieczona ryba jest cierpiącym Chrystusem". Niektórzy wczesnochrześcijańscy autorzy nazywają czasami Pana naszego "Rybą niebieską" (Ichthys ouranios). Spotyka się wizerunek statku, symbolizujący Kościół, niesiony przez Rybę: Kościół wspiera się na Chrystusie, swoim Założycielu. Gdy wizerunek ma przedstawiać Chrystusa pośród chrześcijan, których On połączył przez Chrzest, widoczne są małe rybki zgromadzone wokół jednej, większej, jak mówił o tym Tertulian: "Rodzimy się z wody, tak jak nasza ryba Ichthys"i możemy być ocaleni jeżeli pozostaniemy w wodzie". Najbardziej wymowna jest eucharystyczna symbolika ryby. Rzeczywiście wszędzie tam, gdzie spotyka się przedstawienie Eucharystii, czy to pod postacią uczty, konsekracji, czy innego symbolu, niezmiennie towarzyszy mu ryba. O "świętej uczcie ofiarnej jako rybie" mówi też znana inskrypcja nagrobna Aberacjusza, biskupa Hierapolis we Frygii (II w.) Czytamy w niej: "Wiara zaś wszędzie była mi przewodniczką. I zastawiała mi wszędzie pokarm Rybę ze źródła, bardzo wielką, czystą, którą ujęła Dziewica Niepokalana i (wiara) dawała ją przyjaciołom stale na pożywienie, mając wyborne wino i zastawiając je zmieszane ( z wodą) jako też chleb". Język tego napisu przestrzegajacy prawa tajemnicy wskazuje wyraźnie na tajemnicę wcielenia. Przez "źródło' należy więc rozumieć element niebieskiej Ryby, życie Trójcy Przenajświętszej, z której wieczne Słowo zstąpiło w łono Dziewicy. "Wielka Ryba" jest przeciwstawieniem pisciculi, "małych rybek", ukształtowanych na wzór tej wielkiej, która udziela życia łaski. Pisał w IVw. Opat z Milewe pisał: "Chrystus jest Rybą, która zostaje przywołana przy chrzcie i zanurzona w źródle". Inny napis nagrobny pochodzi z Francji, z grobu Pektoriusza z Autun. Jest to akrostych w języku greckim, którego poczatkowe litery tworzą słowo Ichthys Elpis- Jezus Chrystus, Syn Boży, Zbawieciel, Nadzieja. W "wiecznych falach mądrości ofiarowującej skarby", w "boskich wodach", które odmaładzają duszę, "boska rasa niebiańskiej ryby otrzymuje nieśmiertelność". Następnie poemat zachęca do przyjmowania słodkiego niczym miód pokarmu Zbawiciela świetych i do spożywania ICHTHYS, "którą trzymasz w zagłębieniu dłoni". Bowiem wierni przyjmowali Komunię na prawą dłoń skrzyżowaną na lewej, tak jak czynią to dzisiaj wspólnoty neokatechumenalne. Jesteśmy rybkami płynącymi pod prąd, aby stać się wiarygodnymi   świadkami  RYBY- Zbawiciela. Celem tej wyczerpującej podróży jest niebiański staw do którego wpłyniemy aby zostać wyciągnietymi z wody przez ręce Boga.

poniedziałek, 12 listopada 2012


W niedzielę przeżywaliśmy dzień solidarności z Kościołem prześladowanym, przez naszą pamięć, modlitwę i wsparcie materialne. Chrześcijaństwo na świecie, dozanje gwałtu z każdej strony, jest policzkowane przez "kulturę", i różne izmy...a przede wszystkim brak tolerancji ze strony innych religii. Dochodzimy do takiego apsuru gdzie chrześcijaństwo   bezkarnie można kopać za wszystko, wytykać palcami i obarczać odpowiedzialnością za wszystko co złe. Czy chrześcijaństwo które powołane zostało tak ewnagelicznie  aby być  głosem sumienia dla świata, ma być wdeptane w ziemię i jak kret schowane w ciemności ? Trafiłem na ciekawy tekst Pana Waldemara Łysiaka pt. "Milczenie owiec"opublikowany w stronie tygodnika "Uważam Rze", polecam lekturę i refleksję, budzi z uśpienia i otwiera oczy.
"Niedawno (we wrześniu) katolicki publicysta i reżyser, Zdzisław Bielecki, zapytał na łamach „Rzeczpospolitej": „ — Dlaczego chrześcijanie są tak bardzo cierpliwi wobec różnego rodzaju zniewag, prowokacji artystycznych i medialnych wymierzonych w swoją religię?
Dlaczego nie dbamy o to, by nasze prawdy wiary nie były szargane?". Rzucił to pytanie, lecz odpowiedzi nie udzielił. A przecież odpowiedź jest prosta: chrześcijanie drepczą pokornie przez wrogi im świat „politycznej poprawności", bo niczym stado bezwolnych owieczek i baranów dali się sterroryzować łobuzom, których sami demokratycznie wybierają do rządzenia. Ziemiami, które dawniej określano jako „świat chrześcijański", czyli tzw. Zachodem, rządzą dziś - i parlamentarnie (gabinetowo), i medialnie (opiniotwórczo) - prostytutki „tolerancji", ladacznice obyczajowego i kulturowego liberalizmu, który winien nosić znowu rokokowe miano libertynizmu. Gdzie idzie o problem kultu- ów toczący się już parę dekad i ciągle przybierający na sile dyskurs eksplodował wskutek wrześniowych ulicznych furii świata muzułmańskiego, bardzo krwawych, spowodowanych amerykańsko-izraelskim filmikiem postponującym Mahometa i księgę koraniczną. Jej nie wolno ruszać, nie wolno też ruszać ksiegi żydowskiej, tymczasem katolicką mozna bezkarnie gnoić. Latem tego roku deputowany izraelskiego Knesetu, Michael Ben-Ari, publicznie opluł "Nowy Testament", nazwał go "ksiegą odrażającą i nikczemną", rozdarł i cisnął do kosza ze śmieciami. Reakcja świata chrześcijańskiego była zerowa- potulne milczenie- tak zerowa jest reakcja świata Zachodu wobec prawodastw muzułmańskich karzących surowo za posiadanie Biblii lub krzyżyka. Piętnujemy rodzime chuligańskie mazanie na murach ( szubienice z wiszącą "gwiazdą Dawida"), lecz gdy żydowscy ortodoksi werbalizują sprayem na ścianach: "Jezus to małpka" - udajemy, iż nie widzimy, odwracamy wzrok."

niedziela, 11 listopada 2012

Mk 12,41-44

Jezus usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz.

Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: „Zaprawdę powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie”.

Jezus jakby zawiesza się na chwilę i przerywa dyskusję z faryzeuszami, oddaje się obserwacji chwili, zatrzymujac wzrok na  przypadkowych ludzich składających swoje datki na świątynię. Spojrzenie zatrzymuje na ubogiej wdowie, kobiecie która pewnie była w trudnej sytuacji materialnej, ale ofiarowała wszystko co posiadała, nie z tego co jej zbywało lub aby zaznaczyć swój wielkoduszny gest hojności. Jezus dokonuje egzegezy gestu skromnej kobiety, jej pokornego serca, te dwie monety wpadające do skarbony są wyrazem hojności wnętrza, człowiek jak kocha to rozdaje siebie dla innych. Ważne podkreślenia jest to, iż posiadała dwie monety, mogła przecież jedną zachować dla siebie ale tego, nie uczyniła. św. Paulin z Noli tak skomentował gest niewiasty: "Oddała to, co miała, aby posiąść to, czego jeszcze nie widziała. Oddała rzeczy zniszczalne, aby zyskać nieśmiertelne. Sama biedna, nie pogardziła zapowiedzianą przez Boga zapłatą niebiańską i dlatego też nie zapomniał o niej Ten, który wszystkim rządzi, co wiecej Sędzia świata wyprzedził swój wzrok i tę, którą miał uwieńczyć na sądzie, przepowiedział już w Ewanagelii".
 
 

piątek, 9 listopada 2012


J 2,13-22

Zbliżała się pora Paschy żydowskiej i Jezus udał się do Jerozolimy. W świątyni napotkał tych, którzy sprzedawali woły, baranki i gołębie, oraz siedzących za stołami bankierów.

Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał.

Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska”. Uczniowie Jego przypomnieli sobie, że napisano: „Gorliwość o dom Twój pożera Mnie”.
W odpowiedzi zaś na to Żydzi rzekli do Niego: „Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz?”.

Jezus dał im taką odpowiedź: „Zburzcie tę świątynię, a Ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo”.

Powiedzieli do Niego Żydzi: „Czterdzieści sześć lat budowano tę świątynię, a Ty ją wzniesiesz w przeciągu trzech dni?”. On zaś mówił o świątyni swego ciała.

Gdy zatem zmartwychwstał, przypomnieli sobie uczniowie Jego, że to powiedział, i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus.

 



Jezus w dość niekonwencjonalny sposób pokazał swoje niezadowolenie z tego, co się działo w Świątyni Jerozolimskiej. Wywołał takie zamieszanie jak widać słowa już nie wystarczyły, trzeba było zwerbalizować emocje i chwycić po bicz. "Chrystus rozproszył tych, którzy handlowali w cieniu Świątyni, powywracał ich stoły. "Oczyścił" dom Ojca z pieniędzy, z kapłanów i wspólników. Nie bawił się w zawiłe rozważania, nie zważał na wyjaśnienia, że na dobrą sprawę ten handel był związany z ofiarami w świątyni i wobec tego w gruncie rzeczy "służył" chwale Ojca. Jego gniew, Jego gorliwość o dom Boży nie pozwalały Mu przyjąć takich wykrętów. Miał jeden cel: położyć kres tej liturgii, która była bluźnierstwem". Świątynia stała się miejscem korporacyjnym, służącym temu aby napełnić kieszenie "sprawiedliwych" i pełnych "nieskazitelności" ludzi odpowiedzialnych za kult. Ten epizod z Ewangelii jest jakąś przestrogą dla ludzi Kościoła, abyśmy z tego, co święte nie zrobili targowiska, aby żywego kultu Boga nie wymienić na łatwą mamonę, cenniki i taryfikatory dzięki którym będzie się łatwo sprzedawało bilety do nieba. Chodzi tu też o taką osobistą postawę, chrześcijanin to człowiek który nie profanuje tej przestrzeni jaką jest Kościół. Dziś chrześcijaństwo na nowo z wielką pokorą odkrywa intencję Jezusa, ten bicz ewangeliczny dotyka również naszych pleców i świadomości, że powinno być inaczej. Pragnę przywołać wypowiedź pewnego księdza: "Chcę Kościoła biednego, bez złota, srebra, konta, bez wystawnego sprzętu, bez kosztownych ozdób. Pragnę Kościoła, który rozdaje wszystko, co otrzymuje..." Rodzi się taka tęsknota szczególnie wtedy kiedy się dostrzega przegięcia, tracąc z oczu to najważniejsze...że Bóg jest najcenniejszym skarbem, przez który to potrafię zobaczyć drugiego człowieka. Uczciwość i wiarygodność każdego z członków Kościoła będzie czyniła obraz Oblubienicy jako Tej bez skazy, której nie trzeba zaglądać do koszyka i bezczelnie szydzić sądząc że ma monopol na wszystko. Dobrze sobie wziąć  do serca słowa św. Piotra:

Najdrożsi, odrzuciwszy wszelkie zło, wszelki podstęp i udawanie, zazdrość i jakiekolwiek złe mowy, jak niedawno narodzone niemowlęta pragnijcie duchowego, niesfałszowanego mleka, abyście dzięki niemu wzrastali ku zbawieniu - jeżeli tylko zasmakowaliście, że słodki jest Pan.

 

 

 

czwartek, 8 listopada 2012

Łk 15,1-10

Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać.

Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”.

Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: „Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie?

A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: «Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła».

Powiadani wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. 

Pozwolić się odnaleźć Bogu, to motyw naczelny i jednocześnie główne przesłanie przypowieści. To opowieść o każdym z nas, o naszych pomylonych ścieżkach, pójściach na skróty, amnezji miłości wobec Tego, który nas zna i kocha. W obrazie zagubionej owcy odkrywamy być może, owo duchowe napięcie, które towarzyszy nam wtedy kiedy wdziera się grzech i wewnętrzny bunt, podyktowany zagubieniem i bezradnością. Bóg szuka człowieka, to prawda z którą trzeba się zderzyć, przyjąć i jej się ogarnąć. Pasterz jest obrazem zatroskanego i kochającego Boga, który nie prowadzi kalkulacji czy opłaca się wyjść aby szukać jedną owcę, czy dać sobie spokój. Idzie i szuka...ponieważ kocha. Owca jest zagubiona, to znaczy iż, nie da sie jej odnaleźć. Albo kiedy zostanie odnaleziona nie będzie chciała wrócić do stada, gdyż będzie sądziła że jest "wolna" i sobie sama poradzi. W takiej narracji wszystko się może wydarzyć, zmienić i przeobrazić, ale postawa Pasterza będzie stała, będzie szukał dopóki znajdzie. A kiedy znajdzie nie będzie reagował gwałtownie z agresją, czy wymierzeniem sprawiedliwości za nieposłuszeństwo. Radość ze znalezienia wypełni wszystko miłością, mimo trudów i cierpień. Jeżeli przyłożymy ludzkie kategorie wartościowania, to wielu z nas nawet by się nie ruszyło z miejsca aby zadać sobie trud szukania kogokolwiek, chyba że będzie w tym jakiś interes. Przypowieść uczy nas również szlachetnego człowieczeństwa, w którym trzeba wyjść z domu aby poszukać zagubionego brata, bez kalkulacji od tak, aby się poczuł odnaleziony to znaczy aby na nowo mógł doświadczyć sensu życia, poczucia wspólnoty i bezinteresownej miłości. Mamy zacząć naśladować Boga. "Jeśli Bóg opuści choćby jednego człowieka, to jutro Jego Królestwo okaże się opustoszałe, a Jego serce puste. Jeden opuszczony człowiek i sieć Bożego miłosierdzia rozrywa się na zawsze. Jeden opuszczony człowiek i w tamie miłości powstaje pęknięcie, które pozwala na wtargnięcie fali gniewu i zguby. Jedno zapomniane przez Boga stworzenie i sam krzyż na którym umiera jedyny Opuszczony zostałby zniweczony". Pozostaje nam szukać, kochać...

 

środa, 7 listopada 2012


 

 
Źródło stało się Ikoną

                „Rzekła do Niego kobieta: wiem że przyjdzie Mesjasz zwany, Chrystusem. A kiedy On przyjdzie, objawi nam wszystko. Powiedział do niej Jezus: Jestem Nim Ja, który z Tobą mówię”. A kiedy usłyszała te słowa „…zostawiła swój dzban i odeszła do miasta. I mówiła tam ludziom: Pójdźcie, zobaczcie człowieka, który mi powiedział wszystko, co uczyniłam: Czyż On nie jest Mesjaszem?”(J4,25-26. 28-29). Te słowa zachęty które wypowiedziała Samarytanka, aby pójść i zobaczyć Pana stanowią dla nas przestrzeń ku zrozumieniu Ikony. Źródło stało się Ikoną, Odwieczny Logos przyjąwszy ludzkie Ciało, stał się dostrzegalny naszym oczom, wypisał się w obrazie- ikonie, w której chrześcijaństwo przechowuje wizerunek Boga-Człowieka. Wyraża to święty Paweł bardzo głęboko: „On jest obrazem Boga niewidzialnego- Pierworodnym wobec każdego stworzenia, bo w Nim zostało wszystko stworzone…On jest przed wszystkim i w Nim wszystko ma istnienie…”(Kol1,15-17).  Ten tekst stanowi teologiczne potwierdzenie wykonywania sztuki chrześcijańskiej, a konkretnie wizerunków Zbawiciela. Wszystko dlatego iż zapragnął być widzialnym. Ikona stanowi w duchowości wschodniego chrześcijaństwa, niejako okno na inną przemienioną i przebóstwioną rzeczywistość to, obraz święty, nie ze względu na materię, ale ze względu na Tego, kogo przedstawia. Ikona pozwala również uchwycić lepiej misterium Eucharystii, pozwala dojrzeć w samej liturgii celebrowanej funkcję ikonograficzną, to wizualne przedstawienie naszego zbawienia.  Kiedy wchodzi się do świątyni i widzi się ikony, spowite dymem kadzidła i rozbłyskające świeczuszkami i lampkami oliwnymi, ma się wrażenie iż dotyka się innego świata, wchodzi się w to co, dla ludzkiej percepcji jest nieopisywalne, a jednocześnie takie bliskie.  Wtedy jak echo powracają do mnie słowa św. Jan Damasceńskiego: „Kiedy myśli moje dręczą mnie i przeszkadzają w zakosztowaniu lektury, wówczas udaje się do świątyni. Wzrok mój zostaje przykuty i wznosi ma dusze ku uwielbieniu Boga…Padam na ziemię, by wielbić Boga i modlić się do Niego za pośrednictwem wielu świadków( przedstawionych na ikonach).”(J.Damasceński „W obronie świętych obrazów, Traktat I, 1,16). Ikona świadczy o obecności Chrystusa, Matki Zbawiciela, świętych i przyjaciół zranionych Jego miłością. Tak jak wspominałem o proklamacji Ewangelii, iż to sam Pan przemawia, tak w ikonie zwiastuje nam i uobecnia wszystko to, co jest drogą do Źródła i samym Źródłem, za pomocą  ściśle określonej proporcji, symboliki, koloru…itd. Ikona nie stanowi sama z siebie jakieś „sakramentalnej”własnej rzeczywistości, jest drewnianą deską, pokryta malarskim wizją artysty-ikonopisty. Swoją inność i sakralność czerpie z uczestnictwa w tym, co jest inne, doświadczeniu światła którego świadkami stali się Apostołowie na górze Tabor, którego świadkiem stała się Samarytanka czerpiąca ze studni. Mam oczywiście świadomość iż, dla wielu ludzi wychowanych w kulturze zachodu, język ikony może być słabo rozumiany. Może być zetknięciem się z innością, a jednocześnie intrygować. Trudno jest zrozumieć to bogactwo ikonograficzne Wschodu, bez jakiejś podstawowej wiedzy teologicznej i swoistej świadomości, czy mentalności  duchowej tak bliskiej tym ludziom. Do dzisiaj pozostają mi w pamięci wspomnienia jak uczestniczyłem z młodzieżą prawosławną na kursie pisania ikon. Sam kurs nie obejmował tylko poznania techniki malarskiej jako takiej, ale był wejściem w całą przebogatą kulturę religijną, na która się składały spotkania modlitewne bardzo długie w czasie, pieczołowicie przygotowana Boska Liturgia, jak również post. Kiedy pewnego poranka wszedłem do cerkwi w Bielsku Podlaskim, poruszyło mnie takie zdarzenie, weszła młoda dziewczyna studentka, podeszła do ikony Matki Bożej i z głębokim zaangażowanie i czułością ucałowała Ją. Ten epizod pozostał we mnie żywy do dziś. Tak więc nie można zrozumieć ikony, bez odniesienia do wnętrza, zajrzenia do studni i zarzucenia swojego czerpaka.  Gdzie można się piękniej nauczyć kobiecości i macierzyństwa, jak u Matki która stała się przybytkiem dla Bożego Syna. Liturgia jak mówiliśmy wyraża się i osiąga swój szczyt w sprawowaniu Eucharystii, połączenia dwóch biegunów zbawienia, którymi są: Wcielenie i Przebóstwienie. Ikona Świadczy o przenikaniu Boskości w człowieka i w stworzenie, które uświeca. W tym sensie nie jest jedynie jakąś tam sztuka sakralną, ale jest sztuka przede wszystkim liturgiczną, przez którą „Pan przenika i zna nas…spostrzega nasze myśli…kładzie na nas swe dłonie…”(Por. Ps139). Jeśli Eucharystia, szczyt i źródło naszej wędrówki, pozwala każdemu ochrzczonemu z nas stać się uczestnikiem życia Bożego, przez przyjecie Świętych Postaci. Tak ikona rozpoczyna w nas trwanie i zadziwienie „twarzą w Twarz”. Mamy tu dwie niejako formy jedności misteryjnej, szczególnie mocno obecne Kościołach Wschodnich. Ważne jest świadomość iż Eucharystia i Ikona wspólnie wyrażają doświadczenie, które można oddać najprościej „Chodź i zobacz”(J1,39) Chrystusa, Zbawiciela i Odkupiciela. Na tej płaszczyźnie człowiek uświadamia sobie iż sam jest ikoną, stworzonym na Boży obraz i podobieństwo, stąd całe nasze życie winno być ukierunkowane ku przemianie, zdobywaniu Ducha Świętego przychodzącego do nas nieustannie z nową świeżością i mocą. Świat ikony rozpościera przed nami perspektywę bycia doskonałym, wskazuje kierunek do Źródła. Jeśli ewangelia stanowi słowną ikonę Chrystusa, to obraz stara się korespondować z Prawdą wyrażoną przez Słowo. Stąd obraz skierowany jest do każdego człowieka, ma charakter uniwersalny i epifaniczny, rzeczywisty i transcendentny. Stąd „Oblicze Chrystusa Nowego Adama, nabiera na ikonach koloru gliny, a to słowo w tłumaczeniu na język hebrajski brzmi „Adamah”: przypomina, że Jego oblicze należy do wszystkich ras, do wszystkich narodów, a także, że Syn Dawida zrodzony z Dziewicy Marii był Żydem w pełni zakorzenionym w historii.”(M.Quenot „Zmartwychwstanie i ikona”s.57). Dlatego wielu zapewne znana ikona przedstawiająca Twarz Chrystusa „Acheiropoietos”, „to znaczy nie uczyniony ludzką ręką”, jest charyzmatycznym potwierdzeniem tradycjo Kościoła, który w mocy Ducha przedstawia objawioną Świętość Boga. Jednocześnie usprawiedliwia obrazy świętych przedstawianych na ikonach, którym się oddaje cześć. Przez które dzięki łasce, jakim Chrystus jest przez naturę, stajemy się umiłowanym dziećmi Boga. Ponieważ Chrystus jako nowe stworzenie i Oblicze wszelkich oblicz, zakłada istnienie innych oblicz, rekapitulując ludzkość, której naturę przyjął. Dlatego my wpatrując się w oblicza ikon, jesteśmy zaproszeni do uczestnictwa w nurcie ku Źródłu. Stajemy się błogosławionymi którzy wpatrując się w Najświętsze Oblicze Boga Wcielonego, wołają: „Chwalę Cię, Panie całym sercem, opowiadam wszystkie cudowne Twe dzieła. Cieszyć się będę i radować Tobą, psalm będę śpiewać na cześć Twego imienia, Najwyższy.”(Ps 9,2)                                                                 

 

Zobaczyć Oblicze światłości

                                                              

Bóg wcielił się, aby człowiek kontemplował Jego oblicze poprzez wszystkie oblicza. Liturgia jako modlitwa wspólnoty, szuka nieustannie obecności Chrystusa i rozpoznaje ją w każdym ze swoich członków, w każdym z nas jako żywe ikony. Jedynym obrazem Chrystusa jest ikona, ale jest ich wiele, co pozwala powiedzieć, że każde ludzkie oblicze jest także ikoną Chrystusa. Odkrywa ja właśnie owa postawa modlitewna. Każde przedstawienie oblicza ludzkiego wznosi się, czy tez inaczej to ujmując, ma pragnienie wznieść się ku doskonałemu wizerunkowi Chrystusa. Dokonuje się to przez akt Wcielenia, zstąpienia Boga do naszej egzystencji. Jest to „Boskie Wcielenie Boga-Słowa i Jego uczłowieczenie.”(G.Krug „Myśli o ikonie”s.13). Każdy z nas stworzony „na obraz” w czasie, pragnie realizować swoje przeznaczenie i chce stać się na „podobieństwo” Boże. Podobnie jak Chrystus jest obrazem Ojca, każdy z nas staje się obrazem Chrystusa przez Ducha Świętego, gdyż „Słowo stało się Ciałem, abyśmy mogli przyjąć Ducha”(św. Atanazy, PG 26,996C). Dlatego ikona ukazuje człowieka w jego odrodzonym człowieczeństwie, jest to oczyszczone i przemienione oblicze dnia ósmego, nowego stworzenia ustanowione na podobieństwie Bożym. Tu odkrywamy powołanie do odbijania Boga, jest to tęsknota oblicza, aby stać się ikoną. Rozumiemy to w pełni kiedy przyglądamy się Liturgii, w czasie której diakon okadza wiernych, jak ikony. Mówienie, że „Bóg jest  światłością i człowiek jest obrazem Bożym oznacza, że byt ludzki od swego poczęcia ukrywa w sobie siłę, pragnienie ku temu, aby stać się umiłowanym dzieckiem Boga. Jak powie św. Paweł „Bowiem wolą Boga jest nasze uświęcenie.”( 1Tes 4,3), które stanowi nasze uświęcenie i poszukiwanie Światłości. „Oto dlaczego olśniewająca Światłość Zmartwychwstania nabiera pełnego sensu w obietnicy przyjścia Ducha, który Jeden sprawia wypływ wód Zmartwychwstania. Na wzór starożytnych Greków, którzy widzieli w słońcu serce świata, naszym Słońcem jest Chrystus, Światłość oświecająca każdego człowiek i ciepło ogrzewające serca.”( M.Quenot „Zmartwychwstanie i ikona” s.228). Stąd każde ludzkie oblicze jest w pewnym sensie częścią oblicza Chrystusa. Przecież imię „Adam” jest kolektywnie stosowane do całej ludzkości. Nasze oblicza skażone w pierwszym Adamie rajskim, zostały odrodzone w Nowym Adamie, gdy przyjął On ludzkie oblicze. Święty Bazyli powie że, pochodzenie człowieka „umieszcza go ponad światłością, ponad niebem, ponad gwiazdami, ponad wszystkim”.(„O pochodzeniu człowieka, II,2”). Dlatego też ma prawo od nas wymagać abyśmy stawali się świętymi „Świętymi bądźcie, bo ja jestem święty”.(!P1,16). Zaproszenie św. Pawła do „dojścia do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa”(Ef 4,13), odpowiada przebóstwieniu, o którym wspomniałem już przy okazji omawiania Eucharystii, jako doświadczenia Trójjedynego Boga w swoich energiach. Odkrywanie tej pełni, ikoniczności w sobie i innych dokonuje się w pokorze i fascynacji. W „Opowieściach pielgrzyma”, małym arcydziele przekazującym z niezwykłą subtelnością doświadczenie duchowe i tradycję słowiańskiego Wschodu, anonimowy autor tegoż dziełka, wyznaje, że kiedy w drodze odmawiał modlitwę serca, doświadczył tego o czym pisał św. Paweł. Mówi, że „wszystko, co mnie otaczało, widziałem w jakiejś zachwycającej postaci: drzewa, trawy, ptaki, ziemię, powietrze, światło. Wszystko to jakby mówiło mi, że istnieje właśnie dla ludzi, świadczy o Bożej miłości do człowiek, modli się i wyśpiewuje chwałę Boga.”(„Szczere opowieści pielgrzyma”s.43-44). Na ikonach jak zauważymy nic nie odróżnia Chrystusa od świętych, jedynie nimb (aureola) z wpisanym w niego krzyżem i niekiedy mandorla na tych przedstawieniach, gdy jest w chwale. Może dlatego   wschodnie obrzędy  pogrzebu eksponuje właśnie udział człowieka w takiej rzeczywistości, która opisuje Chrystusa. Pięknie to wyraża tekst modlitwy: „Boże, daj odpoczynek Twoim sługom i umieść ich w raju, gdzie chóry świętych, Panie, i sprawiedliwi jaśnieją jak gwiazdy, daj odpoczynek zmarłym Twoim sługom, nie pomnąc wszystkich ich grzechów”.( eulogitaria, ton 5). Tutaj światłość staje się celem i kierunkiem ku...rozprasza ciemności, wątpliwości zwyczajnie bez światłości człowiek nie znajdzie drogi, będzie się miotał to tu, a może tam. Będzie chodził jak ślepiec wyszukując drogi, potykając się do ściany do ściany, aż spotka Chrystusa- Światłość, Mandorlę. Kiedy spotka Pana będzie chciał wejść i zakosztować światłości jak ze źródła. To doświadczenie usunie lęk, i rozproszy to co, ciemne i niepewne. Wtedy dzięki Światłości, staniemy się światłością, bo będziemy szczęśliwcami którzy widzą to, co nawet przed Aniołami jest zakryte, którzy zobaczą Ikonę...strumień światła jak rzekę, Liturgię wiecznego teraz. Oświecenie naszego wnętrza, całego naszego człowieczeństwa, spowoduje iż nasze życie będzie głębią, a nasze serce czerpakiem na miłość Zbawiciela. Jak wyrazi to św. Grzegorz z Nyssy Bóg znajduje sobie mieszkanie w sercu oczyszczonym .poszukującym piękna. Gdy znajdzie takie serce, „dusza która zbliża się do światłości sama staje się światłością”.( Homilia V na Pieśń nad pieśniami, PG44,868). Ta światłość obecna w sercu każdego człowieka, zajaśnieje dopiero po przejściu bramy jaką jest śmierć, po przejściu na Liturgię Zmartwychwstania, kiedy Pan uczyni wszystko nowe. Wtedy całe stworzenie przeniknie wielka światłość, a każdy jak ikona, będzie częścią wielkiego niebiańskiego ikonostasu, spowitego dymem radości, bo zobaczymy Go, takim jakim Jest, Światłość ze Światłości, otulonego Światłością. Kończąc nasze rozważania o Eucharystii i Ikonie, jako jednym wielkim doświadczeniu wędrówki ku studni, aby zaczerpnąć ze Źródła, pragnę przywołać jeszcze jedno ikonograficzne wspomnienie. Jest taka piękna współczesna ikona grecka przedstawiająca te scenę która spinała wszystkie moje myśli . Zostało na tej ikonie ukazane z wielką drobiazgowością a jednocześnie z wielkim psychologicznym ładunkiem   spotkanie Człowieka i Boga, Samarytanki i Chrystusa. Chrystus siedzący na głazie , o pięknych dużych i przenikliwych oczach. Za Nim widać zdumionych Apostołów, zapewne bijących się z myślami i tłumiących swoje oburzenie jak On ich Mistrz może rozmawiać z ta kobietą. Przed Chrystusem widać studnię, i blisko jej otworu niewiasta, która co jest charakterystyczne trzyma w swojej dłoni lewej kubek, jej prawa dłoń z wielkim przejęciem zostaje wyciągnięta ku Chrystusowi. A On błogosławi Ją. W tej scenie każdy z nasz może siebie  znaleźć, na pewno jako spragniony wędrowiec. Może jest pytającym siebie jak Samarytanka, gdzie jest Bóg, w jakim miejscy należy oddawać Mu cześć. A może znalazł już Studnię- Kościół, i Źródło- Chrystusa Eucharystcznego i jest szczęśliwy. Niech te myśli żyją w nas, czynią bardziej wrażliwym na Boga, który pragnie manifestować swoją miłość i piękno. Bądźmy ludzi przenikniętymi troską o wielkość Liturgii, jej godne przygotowanie, niech Jej celebracja ma przedłużenie w naszym życiu, abyśmy kiedyś na końcu czasów, potrafili stanąć przed Panem i mieć świadomość iż życie nasze i  tych co, wędrowali obok nas, było spotkaniem ze Źródłem, Chrystusem Miłością i Światłością.

niedziela, 4 listopada 2012

 Mk 12,28b-34

Jeden z uczonych w Piśmie zbliżył się do Jezusa i zapytał Go: „Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań?”

Jezus odpowiedział: „Pierwsze jest: «Słuchaj, Izraelu, Pan, Bóg nasz, Pan jest jedyny. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą». Drugie jest to: «Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego». Nie ma innego przykazania większego od tych”.

Rzekł Mu uczony w Piśmie: „Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary”.
Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: „Niedaleko jesteś od królestwa Bożego”. I już nikt więcej nie odważył się Go pytać.

Jest taka piękna i humorystyczna zarazem anegdota zaczerpnięta z doświadczenia chasydów, opowiadająca o młodzieńcu, który na przekór swojemu ojcu, który pragnął aby jego syn zrobił karierę handlową, poszedł na studia rabiniczne. Kiedy po roku student wrócił na wakacje do domu, ojciec zapytał go ironicznie: "No i czego ciekawego się tam przez ten rok nauczyłeś ?" Pewnie myślał że syn zmarnował czas który świetnie wykorzystałby chociażby studiując ekonomię. Syn jednak spokojnie choć stanowczo odpowiedział ojcu: "Nauczyłem się, że Pan, nasz Bóg, jest jedynym Panem". Zdumiewająca jest siła tego wyznania. Tylko człowiek pełen miłości może zdobyć się na taką odwagę kochania. Słuchaj to tyle co, przylgnij do miłości, rozbudź ja w sobie, podaruj światu... ...zdolność kochania, bicia serca dla drugiego. Zrób coś "bo Miłość nie jest kochana".
 

Zaczerpnąć ze Źródła, aby mieć w Nim życie.                                       

 
„Panie, dobrze nam tu być...”(Mt17,4). Te słowa Uczniów odzwierciedlają radość która im towarzyszyła kiedy całym swoim człowieczeństwem, z wszystkim tym, co we wnętrzu przeżywali, chcieli aby On był z nimi. Mówiliśmy wcześniej o słowie, które czerpiemy ze studni życia, Ewangelii w której aktualizuje się, to co doświadczalne i urzeczywistniające w Bożej ekonomi zbawienia. Pragnę abyśmy teraz wspólnie podążyli już ku głębi z której to z wielką uwagą i świadomością będziemy rozważać Misterium Chleba... Życia, uobecnienia...konsekracji...przemiany materii ziemi w Boskość, której ludzki język nie jest wstanie wyrazić i ludzkie oko przeniknąć. Abyśmy jak, to wyraża misteryjny język wschodniej liturgii, zaraz po wyznaniu wiary mogli: „Stanąć dobrze, stanąć z bojaźnią, aby być uważnym, aby w pokoju złożyć świętą Ofiarę”(Liturgia Chryzostoma). Umieć wejść w komunię miłości, zapragnąć Boga tak bardzo, jak owa Samarytańska kobieta, która spotkała Pana, łaknęła Źródła, aby zrozumieć siebie i innych, aby ogarnąć to czego zwyczajnie się nie da. Jednocześnie każdy z nas ludzi ochrzczonych i namaszczonych charyzmatami Ducha, musi sobie postawić pytanie, o swój własny stosunek do Eucharystii. Trzeba nam prześledzić wnętrze, odkryć pierwotną gorliwość i zakochać się na nowo w Nim spożywanym i ciągle niespożytym. Jesteśmy zaproszeni do uczestnictwa w „łamaniu chleba”, jak wyrażali to pierwsi chrześcijanie, bo  „Chleb który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa?”( 1Kor10,16).                                                                                                                                                      Chcemy doświadczyć cudu, który był udziałem Apostołów, powrócić do Wieczernika i spocząć na piersi mistrza jak święty Jan, pozwolić umyć sobie nogi, wejść w klimat tego wydarzenia a potem stanąć pod Krzyżem i zapłakać, aby móc poczuć potem powiew poranka wielkanocnego, radości Adama i Ewy wydobytych z otchłani. W czasie każdej liturgii chleb i wino przemieniają się w realność, która nie jest z tego świata, bo jest święta i nieogarniona. Hostia którą kapłan każdej niedzieli podnosi, jest przebóstwionym, Niebiańskim Ciałem Pana. To się dzieje w wiecznym „teraz”, po za czasem i przestrzenią ale w tym momencie, miejscu, wspólnocie Kościoła. Ireneusz z Lyonu powie: „Przez epiklezę eucharystyczny chleb nie ukrywa w sobie innej obecności, ale łączy pokarm niebieski i pokarm ziemski, utożsamiając je, co jest cudem”(„Przeciwko herezjom”IV,34).  Kościół czyli my, członki doświadczamy obecności Baranka, zabitego i zmartwychwstałego „To jest Moje Ciało...Moja Krew”. Chrystus zatem staje się obecny w czynnościach liturgicznych. Jednocześnie tak jak naucza doktryna, to wykonywanie urzędu kapłańskiego, posługi, czerpania ze studni, przez które to realizuje się uświęcenie całego kosmosu i człowieka. Bóg staje się obecny wchodzi w nasze życie, pragnie w nim żyć. Chce jak rzeka zwilżać i nawadniać to, co spękane i łaknące...aby nas zjednoczyć we wspólnocie komunii i Ducha Świętego. Spróbujmy przejść krok po kroku spoglądając na poszczególne momenty liturgii ołtarza, tak nazywając to wydarzenie, gdyż cała akcja i percepcja nasza jest skupiona na tym punkcie. W  samym centrum Eucharystii znajduje się bardzo ważna modlitwa zwana „eucharystyczną”, lub na Wschodzie zwana „anaforą”. Istotnym elementem tej modlitwy jest dziękczynienie, za to wszystko co Bóg dokonał w historii świętej, w której odsłania się ponadczasowa zbawcza miłość Najświętszego. „Na podstawie tej właśnie obecności człowiek błaga Boga o nowe czyny wyzwalające go z nowych opresji. Na plan pierwszy wysuwa się zawsze dziękczynienie: to ono jest podstawa wynikającej stąd prośby. Oba te elementy tworzą dwu-wymiarową podstawowa strukturę tej wielkiej modlitwy złożonej z anamnezy i epiklezy, z wdzięcznego przypomnienia sobie tajemnicy paschalnej, która sięga wstecz aż do momentu stworzenia i kieruje się naprzód aż do ponownego przyjścia Pana (anamneza), oraz prośby Chrystusa i Jego dzieła zbawczego, jak też o wspólnotę Kościoła z Nim (epikleza).” (M.Kunzler „Liturgia Kościoła”s.365). Tak praktycznie kiedy uczestniczymy we Mszy Świętej to część eucharystyczną rozpoczyna tak zwany dialog prefacyjny, zapewne każdemu znany: „Pan z wami...W górę serca..itd.). Jest to dialog prezbitera z ludem uczestniczącym w najważniejszej części Misterium, tylko bowiem ochrzczeni i wtajemniczeni mogli od tego momentu pozostać na liturgii. Uwielbienie Boga w prefacji kieruje się do Ojca przez Chrystusa w Duchu Świętym, który jest „Niewidzialnym sprawcą działania”. Odpowiednikiem prefacji w liturgii wschodniej jest tak zwany śpiew „Hymnu Cherubinów” brzmi on następująco: „My, którzy mistycznie cherubinów przedstawiamy, i życiotwórczej Trójcy trójświętą pieśń śpiewamy, odłóżmy wszelkie troski życia...”(Liturgia Chryzostoma). To jest wyniesienie naszych modlitw ku Bogu, to uniesienie naszego serca ku rzeczom najważniejszym których udziałem za chwilę się staniemy świadkami. Następnie wyśpiewujemy „Sanctus”- Święty, bo tylko Pan jest Święty i tylko On jest godzien chwały i czci. W tym śpiewie rozbrzmiewa radosne „Hosanna”co tłumaczy się z aramejskiego „Zbaw więc! Zbaw nas!” To wezwanie Chrystusa aby w tym co, się dokona było dla nas źródło nowego życia, nadzieja pełna nieśmiertelności. To odpowiada wyrażonemu na początku celebracji „Kyrie eleison”, zmiłuj się Panie i uczyń nas godnymi stać przed Tobą. Kiedy wraz z Aniołami i całym stworzeniem „bytów subtelnych” wyśpiewamy że On jest Święty, i będziemy prosić o przyjście Ducha Świętego w modlitwie zwanej „epiklezą”. Aby Niewidzialny podobny do ognia, wiatru i tchnienia, uniósł się nad darami i przemienił je w Ciało i Krew Zbawiciela. Wyraża to jedna z modlitw eucharystycznych: „Prosimy cię Boże, niech Duch Święty uświęci te dary, aby się stały Ciałem i Krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa, dla spełnienia tego wielkiego misterium, które Ona nam zostawił jako znak wiecznego przymierza.”(IV M.E). Wtedy jest wielkie poruszenie, bo dzwonią dzwonkami i wszyscy przyjmują postawę  pokory, uniżenia przed najważniejszą częścią jaką jest „Anamneza”. Tu docieramy do naszego Źródła, tu rodzi się w nas radość Samarytanki ze spotkania, tu rozlewa się strumień łask, którego napór jest ta wielki iż przerasta nasze możliwości do ich przyjęcia. Powracamy wtedy do słów Jezusa wypowiedzianych w czasie ostatniej a zarazem ciągle aktualizującej się Wieczerzy Mistycznej. Tu wypełnia się polecenie Mistrza, aby czynić to wszystko z wielkim namaszczeniem na Jego pamiątkę „wspominając zwłaszcza Jego błogosławioną Mękę, chwalebne Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie”(WMR, 55e). To przywołanie kogoś nam bardzo bliskiego z przeszłości, to nie tyle retrospekcja wydarzenia ile uobecnienie, stanie się, choć i to słowo jest dość ograniczone. Bóg szalony z miłości do człowieka cierpi, umiera i zmartwychwstaje Żywy i Prawdziwy, taki jakim go widziały oczy Samarytanki, a teraz chcą widzieć i nasze. „Ile razy ten chleb spożywamy i pijemy z tego kielicha, głosimy śmierć Twoją, Panie oczekując Twego przyjścia w chwale”.(aklamacja po konsekracji), którą wypowiadamy pełni wiary i nadziei w spotkanie na liturgii niebiańskiej. W wielkim uproszczeniu potem włączamy się w modlitwy za tych, co poprzedzili nas w pielgrzymce wiary. W Chrystusie i przez Chrystusa, w jedności całej i niepodzielnej Trójcy, wyznajemy Boga. Później przechodzimy do modlitwy stołu eucharystycznego „Ojcze nasz”, która uświadamia nam po raz kolejny wartość wspólnoty i wprowadza nas w komunię z braćmi i siostrami, abyśmy pojednani z sobą mogli być uczestnikami Źródła- Chrystusa, którego za chwilę przyjmiemy w Świętych Postaciach. W tradycji łacińskiej przed samą Komunią wyśpiewujemy „Agnus Dei”a na wschodzie odmawia się przepiękną modlitwę która mi zawsze towarzyszy: „Wieczerzy Twojej mistycznej, synu Boży, za uczestnika dziś mnie przyjmij, albowiem wrogom Twoim tajemnicy Twojej nie powiem, ani Cię obłudnie będę całował, jako Judasz, ale jako łotr wyznaję Cię wołając: wspomnij na mnie Panie w Królestwie Twoim...”Pozwoliłem sobie na ten cytat, bo właśnie słowa niezwykłego uniżenia wobec świętości Źródła Życia, Chleba Nieśmiertelności, najlepiej wyrażają. Bowiem jesteśmy tylko niegodnymi grzesznikami łaknącymi miłości, której to udziela bo, chce Chrystus Eucharystyczny.  Pierwsi chrześcijanie przystępowali z ogromną świadomością do Komunii Świętej, wiedzieli że, to jest Pan. Dla nas współczesnych chrześcijan nie jest to, do końca takie oczywiste. Kultura w której żyjemy pozbawiła nas wrażliwości na sacrum, na pokorę wobec tego co święte. Gdybyśmy choć trochę byli jak pierwsi wyznawcy, to Liturgię byśmy przeżywali jako święto, a Komunię jako przedsmak Nieba. A tymczasem przenosimy do świątyni nasz niepokój, zaganianie, brak skupienia i grzech który stał się oczywistością. Na zachodzie ludzie wyciągają dłonie po Pana jakby był jeszcze jedną „tabletką” na codzienność zagmatwaną i beznadziejną, nieco spłycając. Pośpiech i  brak namaszczenia zabijają w samych kapłanach udzielających Eucharystii, poczucie  świadomości bycia Boga z nami. Pan się czuje jak zdradzony, przybity i niezrozumiały jak tamtego wieczoru kiedy Judasz maczał kawałek chleba z nim w jednej misie. Pierwsi chrześcijanie przyjmowali Mistyczne Ciało Pana z szacunkiem z wyobraźnią świętości i wyjątkowości. Ze swoich dłoni czynili tron dla Króla Niebios i mówili w zachwycie: „Napełniłeś mnie miłością Chryste, i przemieniłeś Boskim Twym zrządzeniem. Spal niematerialnym ogniem moje grzechy i uczyń godnym Twej słodyczy, abym radując się wielbił oba twoje przyjścia...”(Boska Liturgia-troparion). Mnisi benedyktyńscy w wielu klasztorch średniowiecznych zdejmowali swoje sandał z nóg, aby stanąć przed Panem, jak Patriarcha Mojżesz widząc płonący Krzak, Bożej Obecności. Uświadamiali sobie w pełni że są uczestnikami Boskiej natury, przebóstwionymi dzięki łasce Chrystusa Pana, której w żadnym stopniu nie jesteśmy godni. On nas obdarza nowa jakością istnienia. „W wydarzeniu Komunii moc daru i moc przyjmowania tworzą jedno. Stajemy się Tym, kogo przyjęliśmy i w kogo Duch nas przemienił. Owocem Eucharystii, ku któremu zmierza cała potęga rzeki wody życia, jest komunia Trójcy Świętej – „koinonia”. Przezywanie Boskiej „agape”w prawdzie naszego doczesnego życia będzie „synergią” miłości, która wyda owoc liturgii w życiu”. (J. Corbon „Liturgia źródło wody życia s.147). Samarytanka przy studni spotkała Pana. Również i my sami, powinniśmy w naszym życiu szukać Źródła, pragnąć Go, jeśli go nie znajdziemy będziemy sami sobie kopać studnie w których poza pustką nic nie będzie. Chrystus czeka na nas przy studni...świątyni...wspólnocie...drugim człowieku. Pragnie nieustannie prowadzić z nami dialog posługując się językiem Liturgii. Nie musimy już prowadzić życia wędrowców zniechęconych życiem, przemijaniem. Pan czeka także na samarytanki naszych czasów, tych pogubionych i zniechęconych, tych zbuntowanych i obrażonych na Niego. Czeka i spogląda na tych którzy zapomnieli iż, On jest Źródłem, które ciągle dla nich wytryskuje  nową łaską.