środa, 25 grudnia 2013

File:Georges de La Tour - Adoration of the Shepherds - WGA12348.jpg


Wczoraj pisałem o tym zachwycie nad misterium Wcielenia, które rodzi się z przyjętej postawy dziecka. Trzeba się choć trochę zdumieć aby wejść całkowicie w wielki dar betlejemskiego światła emanującego od Dzieciątka Jezus. Każde narodziny są powodem do radości i nadziei, dumy z tego że pojawia się Życie, a tu szczególnie kiedy adorujemy wcielenie Boga w ludzkim, malutkim i drobnym ciele człowieka. Każde dziecko które przychodzi na świat jest ucieleśnieniem tej wielkiej miłości Boga, której eksplozja dokonała się w grocie gdzie pokorna Dziewczyna z Nazaretu ofiarowała dla świata Miłość. Przychodzimy do groty, czy stajenki aby zaprosić Boga-Człowieka do naszego życia, aby wlepić w Zbawcę swoje czasami zapłakane od bólu egzystencji oczy, poczuć się choć raz kochanym i potrzebnym. Przyjście Chrystusa do nas to liturgia światła i pokarmu. Przychodzimy aby tak jak zwierzęta zagonione do groty przed zimnem, znaleźć pożywienie i ciepło. Tu jest coś więcej niż poczucie bezpieczeństwa, ochrona przed chłodem czy wiatrem od pustyni. Tu leży w żłobie Ten, który ukazał samego siebie jako chleb, który zstąpił z nieba-jak Pokarm aby nasycić człowieka spragnionego miłości. W ten sposób jak pisał Papież Benedykt XVI- żłób wskazuje na stół Boga, gdzie człowiek jest zaproszony, by spożywać chleb Boga. Przy żłobie, który stał pomiędzy wołem a osłem, św. Franciszek kazał sprawować najświętszą Eucharystię. Postawił ołtarz, aby tam gdzie zwierzęta jadły siano, teraz ludzie dla zdrowia duszy i ciała mogli otrzymywać Ciało Niepokalanego Baranka-Jezusa Chrystusa. Georges la Tour, francuski artysta doby baroku, mistrz światła tworzącego mistyczne refleksy dla oka,  na obrazie Pokłonu Pasterzy, ukazał subtelnie kontemplującą Dzieciątko Marię, jej spojrzenie jest inne niż zebranych wokół ciekawskich pasterzy. To spojrzenie prowadzi dalej, przenika przez słodki sen położonego na sianku Chłopca. Trzeba nam takich skierowanych na Boga oczu, aby uchwycić święto, aby dać porwać się prostocie obecnego piękna, w szepcie bijącego serca. Aby jak pisał Janusz Pasierb: Abyśmy czcząc dziecko wrócili do kolebki istnienia.

wtorek, 24 grudnia 2013



Dziecko zawinięte w pieluszki

Po raz kolejny przeżywam tajemnicę Wcielenia Bożego Syna. Wyobrażam sobie w sposób bardzo prosty i pozbawiony jakiegoś intelektualnego wysiłku, jak mogła wyglądać ta cudowna chwila przyjścia na świat Chrystusa, jak Maryja wyczekiwała tego momentu, jak w swoim sercu przeżywała to wyjątkowe dla Niej wydarzenie. W jedyną i wyjątkową noc w roku trzeba te sprawy kontemplować jak małe dziecko, ciekawie i ufnie...brakuje mi tej postawy dziecka. Wczoraj dzwoniła do mnie młoda dziewczyna, poraniona przez życie i ludzi. Pytała czy powinna pozbyć się dziecka które nosi pod swoim sercem. Wszystko przestało mieć dla niej sens...a dziecko stanowi największy problem dla niej, oraz mężczyzny który przekazał życie w szybkiej i namiętnej chwili szczęścia. Tłumaczyłem i błagałem że warto urodzić dziecko, że kiedyś będzie spoglądała w jego oczy i będzie szczęśliwa. A jeśli go nie chce dla siebie, niech złoży do okienka życia aby ktoś inny mógł przyjąć je z miłością. Deklarowałem swoją pomoc, a najbardziej to modlę się za nią, i jest to dla mnie smutniejsze święto niż zawsze, bo nie wiem czy moje słowa dotarły i przemówiły do serca. Dla Maryi to też nie było łatwe, owinęła go w pieluszki, położyła w żłobie i spoglądając w Jego oczy widziała już to co się wydarzy w przyszłości; że zostanie złożony w ofierze, będzie cierpiał aż po dramat krzyża i grób w który również zostanie zawinięty w całuny i złożony. Ale twarzyczka Dziecięcia jak pisał Olivier Clement-rozdarła na zawsze matowość świata, sprawiając, że wytrysnęło w nim światło zmartwychwstania. Bóg tej nocy rodzi się w Betlejem naszego serca. W dzień Narodzenia-jak głosi liturgia chrześcijańskiego Wschodu-"Stwórca staje się sercem swojego stworzenia". Przychodzi do każdego człowieka, do tych którzy doświadczają bezradności, ciemności i lęku. Przychodzi do matek które nie potrafią już kochać swoich dzieci, staje się darem życia. NIECH MIŁOŚĆ zawinięta w pieluszki będzie kochana !

wtorek, 6 sierpnia 2013

Przemienienie- słowo które jest kluczowe dla dzisiejszego Święta celebrowanego w liturgii. Przemienić się to tyle co pozwolić się zmienić, choć pewnie w tej konfiguracji słów to zbyt mało wyczerpujące stwierdzenie. Przemienić się to znaczy pozwolić się ogarnąć światłu, zabłysnąć na nowo, pozwolić Bogu wydobyć jasność z tego co jeszcze jest ciemnością...Wydarzenie Przemienienia opisane w Ewangelii, i cudownie wypisane w ikonografii-słowo i obraz, stanowi nie tylko refleksyjną próbę ukazania wydarzenia które miało miejsce na górze Tabor. Kiedyś o tym pisałem ale sama góra jako miejsce przestrzenne, wpisane w określoną topografię jest już symboliczna. "Góra jako miejsce wspinania się-rozumianego nie tylko zewnętrznie, ale wewnętrznie. Góra jako wyzwolenie od ciężaru dnia powszedniego, jako zaczerpniecie czystego powietrza natury. Góra jako możność dostrzeżenia nieogarnionych wymiarów stworzenia i jego piękna. Góra która podnosi ducha i nasuwa myśl o Stwórcy". W końcu nasze osobiste doświadczenie góry jako naszych zmagań, trudności, doświadczenia ciężaru codzienności z radościami i smutkami które nosimy w sobie. Ewangelia powie: "Tam przemienił się wobec nich"- to było zdumiewające doświadczenie dla uczniów, pełne iluminacji, i jednocześnie owoc głębokiej modlitwy Jezusa z Ojcem; wewnętrzne przenikanie Jego bytu przez Boga, które staje się czystym światłem. W swym zjednoczeniu z Ojcem sam Jezus staje się światłem oświecającym każdego człowieka. On jest światłem ze światłości, Jego odzienie staje się lśniąco białe, jako symbol istoty nie z tego świata, jawi się jako obywatel Nieba. "Apokalipsa Jana mówi o białych szatach, które będą nosić zbawieni. Szaty wybranych są białe, ponieważ obmyli je we krwi Baranka (por. Ap 7,14)-ponieważ przez chrzest są złączeni z Męką Jezusa, a Jego Męka jest oczyszczeniem, które nam zwraca pierwotną szatę, utraconą przez grzech. Przez chrzest zostaliśmy wraz z Jezusem przyodziani w światło i sami staliśmy się światłem"-napisze Benedykt XVI. Tym przenikaniem  Boskiego Światła przepełniona jest ikona Przemienienia. "Cała jej powierzchnia staje się jakby "światłoczuła"-napisze Leonid Krug. Rozmieszczenie poszczególnych przedstawień: obłok spowijający Zbawiciela, emanacja promieni symbolizujących boskie energie-moce, dynamika samej góry i wirujących jakby w powietrzu apostołów w pełnym dynamiki tańcu, jest dotknięte światłem. Światłem napełniony jest obłok, chwała Ducha Świętego spoczywającego i ocieniającego Pana, szaty Zbawiciela utkane ze światła, ich materia jest pleciona żyłkami złocistych promieni znamionujących ogromną eksplozję mocy Bożej. Refleksy które modelują ciało Jezusa rozświetlają pozostałe postacie świadków Mojżesza i Eliasza, szaty powalonych i trochę pewnie zalęknionych apostołów, a nawet schodkowe uskoki góry. "Bóstwo"-stwierdza Innocenty Chersoński-ukryte pod zasłoną ciała, objawiło swoją obecność i zajaśniało niczym błyskawica. Modlitwa rozpromieniła i spotęgowała skrytą w Jezusowym człowieczeństwie pełnię Bóstwa, że ta, przepełniła swym światłem duszę Bogaczłowieka, przeniknęła poprzez ciało i zajaśniała na obliczu.." To światło przemienienia ciągle napełnia Kościół nową mocą, twórczą, dynamiczną, rozpromieniającą ciemności, pesymizm i bylejakość. Kiedy przychodzą trudności zawsze można na nowo podjąć trud wędrówki na górę, po to aby napełnić serce światłością Boga. Z góry zawsze człowiek schodzi już inny, pełen zachwytu, pozostają w nim na długo piękne obrazy, żyją w sercu i pamięci. Chciałbym kiedyś wdrapać się na górę Tabor, zaczerpnąć powietrza, wzruszyć się głęboko, powiedzieć sobie w duchu-dobrze tu być, zatrzymać w migawce aparatu rozpościerający się widok, i szybko zbiec na dół. Może to emocjonalne marzenie...apostołom też się nie marzyło że staną się świadkami takiego widowiska, które rozświetliło ich życie całkowicie, bo stało się to przez Pana i cudem jest w naszych oczach. Przemienienie to zatrzymanie w swoim sercu odrobiny światła, może wszycia w swoje zabrudzone "ubranie" jednej nici z tuniki Chrystusa, aby w ciemności wątpiącego świata zajaśnieć.

niedziela, 19 maja 2013



J 20,19–23

Wieczorem w dniu zmartwychwstania, tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Przyszedł Jezus, stanął pośrodku, i rzekł do nich: ”Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.

A Jezus znowu rzeki do nich: ”Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: ”Weźmijcie Ducha Świętego. Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.
 
 
Zostaje dany każdemu z nas, zstępujący w darach i charyzmatach Duch Święty. Miłość Ojca i Syna. Jego obrazy są delikatne ale również wymowne dla naszej percepcji: szum gwałtowanego wiatru, tchnienie które przenika serca i umysły, zapach-wonność świętości, namaszczenie, gołębica czysta i unosząca się, zwiastująca nawiedzenie. W swym obdarowaniu Duch Święty, najbardziej tajemniczy z Trzech Osób Boskich, jest zawsze w ruchu, dynamice aby objawić i uobecnić nam Jezusa. Obecność Ducha jest ukryta w Synu jak tchnienie i głos "usuwający sie"przed słowem, które staje się słyszalne. Syn jest ikoną Ojca, a Duch Święty jest obrazem Syna, z natury misteryjny, nieuchwytny, Pocieszyciel, Paraklet ten który wstawia się za nami. Jak sobie poradzić i zgłębić Jego subtelną obecność wśród nas. Trzeba pozwolić się napełnić...otworzyć się na działanie łaski, pozwolić sie zaskoczyć jak Apostolowie w Wieczerniku. To z ran Jezusa, chwalebnych i zdobytych w boju ze złym duchem, wytryskuje dla nas siła i odwaga do przemieniania świata. Mamy usłyszeć szum z nieba, gwałtowny który przetrąci nasze myślenie, rozbudzi miłość w sercu, przykryje słabość. mamy stać się "synami wiatru"jak starożytni mnisi napełnieni Duchem, odważni i pełni wyobraźni wiary. na ścianach katakumb w Rzymie można zobaczyć namalowaną sylwetkę modlącej się kobiety zwanej Orantką. Wpatruje się ona w niebo, jej otwarte ręce wzniesione dłońmi ku górze, wyrażają tęsknotę za wielkim darem. To dobra ilustracja przywołania szumu z nieba, oczekiwania na indywidualną Pięćdziesiątnicę Miłości. Warto wznieść ręce ku górze i z pokorą wołać: O Stworzycielu Duchu przyjdź, do mojego życia, i rozpal ogniem swojej miłości. Bo tylko Ty możesz sprawić że nawet z naszych zranień wytryskuje woda żywa. I przez Ciebie to, co było pustynią rozkwita jak ogród. A w życiu wewnętrznym, które nie ma ani początku, ani końca, cud Twojej nieustannej obecności rodzi stale nową świeżość.

sobota, 6 kwietnia 2013

 
J 20,19-31

Było to wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia. Tam, gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: ”Pokój wam!”. A to powiedziawszy, pokazał im ręce i bok. Uradowali się zatem uczniowie, ujrzawszy Pana.

A Jezus znowu rzekł do nich: ”Pokój wam! Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam”. Po tych słowach tchnął na nich i powiedział im: ”Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane”.

Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: ”Widzieliśmy Pana!”.

Ale on rzekł do nich: ”Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”.

A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: ”Pokój wam!”. Następnie rzekł do Tomasza: ”Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”.

Tomasz Mu odpowiedział: ”Pan mój i Bóg mój!”.

Powiedział mu Jezus: ”Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.
I wiele innych znaków, których nie zapisano w tej księdze, uczynił Jezus wobec uczniów. Te zaś zapisano, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego.
Czasami można usłyszeć z ust innych ludzi taki zwrot: zachowujesz się jak niedowiarek, ciągle szukasz racjonalnych przesłanek, dowodu aby się poczuć pewnie w rzeczywistości jaką jest wiara. Rzeczywiście Apostoł Tomasz jest takim patronem niedowiarków, sceptyków oraz tych którzy krętymi drogami szukają swojego miejsca w sobie, życiu, chrześcijaństwie itd. Potrzebne było to racjonalne przekonanie się o prawdziwości Jezusowego zmartwychwstania, jeżeli nie zobaczę, to nie uwierzę...Dobrze że Pan zachował stygmaty swojej Męki po wydarzeniu zmartwychwstania, może właśnie po, to aby nikt już więcej nie miał wątpliwości że, to prawdziwy Pan, On żyje! Potrzebny był Tomasz z tym swoim upartym szukaniem prawdy o autentyczności faktu Jezusowej obecności, potrzebny był jego balec włożony do chwalebnych ran na dłoniach i boku, aby nikt już więcej nie zakłamał najważniejszego świadectwa  położonego w sercu chrześcijaństwa, którego my teraz jesteśmy świadkami. Istnieje jeszcze jeden powód dla którego Jezus ukazuje swoje rany. Daje nam w ten sposób do zrozumienia, że i my nie musimy przed Nim wstydzić się naszych ran. Każdy z nas ma swoje wewnętrzne rany, które krwawią, czasami bardzo bolą, słabo się goją to nasze frustracje, zranienia, lęki, odrzucenia i brak zdolności do kochania ze strony osób nam bliskich. Jezus chce nam dać odczuć że nie musimy się przed Nim chować z naszymi ranami, nie musimy wstydzić i wpadać w rozpacz. "Właśnie dlatego, że nosi swoje rany, może uzdrowić także nasze." Pięknie pisze o tym ks. Tomasz Halik: "Wolno mi mieć swoje rany! To wielki wyzwalający krok ku uzdrowieniu. Nie musze być silny i piękny, i skuteczny jak bohaterowie filmów i seriali telewizyjnych, nie muszę być szczęśliwy na pokaz, absolutnie zdrowy i wiecznie młody jak kukły we wszechobecnych reklamach wszystkiego i niczego, nie musze mięć oczu pałających zdecydowaniem, naprężonych rąk i sztucznego uśmiechu jak politycy.."Przychodzimy z naszymi ranami, ponieważ przez założone na nich plastry i gazę przecieka krew i ropa. Tylko Jezus może je uczynić znośnymi do przyjęcia lub całkowicie uzdrowić albo przemienić. Tomasz kiedy dotknął ran Mistrza wyznał: Pan mój i Bóg mój ! Myślę sobie że kiedy sam nie będę potrafił przyznać się do swoich ran, i oddać ich Jemu, nie będę wtedy wolny..może mi zabraknąć siły na wyznanie miłosci, bo wtedy zasklepię się w swoich ranach, i będę smutny. Przemień proszę Panie moje rany, niech zajaśnieją jak Twoje po Zmartwychwstaniu !
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

sobota, 30 marca 2013


Obrazy Zmartwychwstania

Święto Zmartwychwstania Chrystusa, Wielkanoc, nie mieści się w cyklu dwunastu głównych świąt Kościoła Wschodniego. Jak mówi św. Grzegorz Teolog: „Jest to dla nas święto świąt, uroczystość uroczystości; przewyższa wszystkie inne święta, tak jak słońce przewyższa swym blaskiem gwiazdy; i jest to prawdą nie tylko w odniesieniu do ludzkich i ziemskich świąt, lecz również do tych, które odnoszą się do Chrystusa i obchodzonych dla Chrystusa”1. To największe ze wszystkich świąt Cerkwi wyodrębnione jest spośród innych świąt jako największa manifestacja wszechmocy Chrystusa, potwierdzenie wiary i znak naszego własnego zmartwychwstania. „Jeśli Chrystus nie został wzbudzony, daremna jest wiara wasza", mówi Apostoł Paweł (1 Kor 15,17).

Chrześcijańska ikonografia zna kilka przedstawień Zmartwychwstania Chrystusa. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa używała starotestamentowego praobrazu tego wydarzenia, mianowicie wyjście Proroka Jonasza z wieloryba2. Jednakże już w bardzo wczesnym okresie pojawia się też i historyczne, wynikające z ewangelicznego przekazu, przedstawienie Zmartwychwstania Chrystusa - anioł ukazujący się kobietom niosącym wonności do grobu. Według pewnych i potwierdzonych danych, istniało ono już w III wieku (świątynia w Dura Europos, 232 r.)3. Następnym w chronologicznej kolejności typem ikonograficznym Zmartwychwstania Chrystusa jest Zstąpienie do Otchłani. Najwcześniejsze ze znanych przedstawień tego rodzaju pochodzi z VI w. i znajduje się na jednej z kolumn cyborium katedry św. Marka w Wenecji. Obydwie kompozycje używane są w Kościele prawosławnym jako ikony święta Paschy. W tradycyjnej ikonografii prawosławnej rzeczywisty moment Zmartwychwstania Chrystusa nie był przedstawiany. W odróżnieniu do przekazu o wskrzeszeniu Łazarza, zarówno Ewangelie, jak i Tradycja Kościoła prawosławnego nie mówią o tym jak Chrystus powstał z martwych i zachowują milczenie o tej chwili. Ikona również jej nie ukazuje.4

To milczenie dobitnie wyraża różnicę pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami. Wskrzeszenie Łazarza było cudem, który mógł być zauważony przez wszystkich, podczas gdy Zmartwychwstanie Chrystusa było niedostępne dla żadnej percepcji. W szóstej pieśni paschalnego kanonu Kościół prawosławny przeprowadza paralelę pomiędzy Zmartwychwstaniem Chrystusa i Jego Narodzeniem. „Zachowując nienaruszonymi pieczęcie, powstałeś z grobu, a w Narodzeniu Swym nienaruszonym pozostawiając łono niepokalanej Dziewicy, otwarłeś nam, O Chryste, wrota Raju”. Tak jak Jego narodziny z Dziewicy, Zmartwychwstanie Chrystusa jest wysławiane tutaj jako niewysłowione, niedostępne żadnemu dociekaniu misterium. „Nie tylko kamień nie został odsunięty od wejścia do grobu, ale i pieczęcie na nim pozostały nienaruszone, gdy Chrystus powstał i życie zajaśniało z grobu póki jeszcze grób był zapieczętowany. Zmartwychwstały Chrystus wyszedł z grobu dokładnie tak, jak przyszedł do Apostołów gdy drzwi były zamknięte, i nikt ich nie otworzył; wyszedł z grobu bez żadnych zewnętrznych oznak zauważalnych dla przechodnia”.5 Powodem braku ikon samego Zmartwychwstania jest niezgłębiony dla ludzkiego umysłu charakter tego wydarzenia i, w konsekwencji, niemożliwość jego przedstawienia. To właśnie dlatego w prawosławnej ikonografii są, jak już wspomniano, dwa zgodne ze znaczeniem tego wydarzenia i uzupełniające się nawzajem wyobrażenia. Jedno z nich jest typowo symbolicznym przedstawieniem i opisuje moment poprzedzający Zmartwychwstanie Chrystusa w ciele. Drugie zaś - moment po Zmartwychwstaniu ciała Zbawiciela, znaną z historii wizytę niewiast niosących wonności do grobu Chrystusa.

Zstąpienie do Otchłani

 

W nauczaniu Cerkwi, Zejście do Otchłani jest nierozerwalnie związane ze Zbawieniem. Skoro Adam umarł, poniżenie Zbawiciela, który przyjął jego naturę, musiało sięgnąć tej samej głębi, do której zstąpił Adam. Innymi słowy, zejście do piekieł obrazuje kres poniżenia Chrystusa i jednocześnie początek Jego chwały. Choć Ewangeliści nie wspominają o tym tajemniczym wydarzeniu, Apostoł Piotr mówi o nim zarówno w natchnionych przez Boga słowach wypowiedzianych w dzień Pięćdziesiątnicy (Zesłania Ducha Świętego) (Dzieje 2,14-39), jak i w trzecim rozdziale swego listu apostolskiego: „Poszedł i zwiastował duchom będącym w więzieniu” (1 Piotra 3,19). Zwycięstwo Chrystusa nad piekłem oraz uwolnienie Adama i sprawiedliwych Starego Testamentu są tematem wiodącym nabożeństwa Wielkiej Soboty; przewija się on przez wszystkie Paschalne nabożeństwa i jest nierozłączny z gloryfikacją Zmartwychwstania Chrystusa w ciele. Temat ten niejako przeplata się z tematem Zmartwychwstania. „Zstąpiłeś w otchłań ziemi i skruszyłeś wieczne wrota, które niewoliły więzionych, i po trzech dniach, jak Jonasz z wieloryba, powstałeś, O Chryste, z grobu”.

Nawiązując do tekstów liturgicznych, ikona Zejścia do Piekieł wyraża duchową, transcendentną rzeczywistość Zmartwychwstania - zstąpienie duszy naszego Pana do piekieł - jak również objawia cel i rezultaty tego zstąpienia. Zgodnie ze znaczeniem tego wydarzenia, ikona przedstawia głębię ziemi, piekło, ukazane jako rozwarta czeluść czarnej otchłani. Centrum ikony to wyraźnie wyróżniający się postawą i kolorami Zbawiciel. Św. Jan Damasceński, autor kanonu święta Paschy, mówi: „Mimo że Chrystus umarł jako człowiek i Jego święta dusza opuściła Jego nieskalane ciało, Jego Boskość pozostała nieodłączną im obu - mam na myśli zarówno duszę, jak i ciało”6. Chrystus pojawia się w otchłani nie jako jeniec, lecz jako Zdobywca, Wyzwoliciel tych, którzy byli tam uwięzieni; nie jako niewolnik, ale jako Władca życia. Na ikonie ukazany jest w promieniejącej aureoli, symbolu chwały, przedstawianej zwykle w różnych odcieniach błękitu, rozjaśnionej rozsianymi na jej zewnętrznej warstwie gwiazdami i wychodzącymi z Niego świetlistymi promieniami. Jego szaty to już nie te, w których przedstawiany był czasie posługi na ziemi. Są złoto-żółtego koloru, rozświetlone przez tryskające z nich złote promienie (assiste). Ciemność piekieł wypełniona jest światłem tych Boskich promieni chwały Tego, który zstąpił tam będąc Bogoczłowiekiem. Jest to światło nachodzącego już Zmartwychwstania, są to promyki brzasku nadchodzącej Paschy. Zbawiciel stąpa po wyważonych przez Siebie, dwu skrzydłach wrót piekieł. Na wielu ikonach, poniżej tych wrót, w ciemnej otchłani, ukazana jest odrażająca, zdeprymowana postać księcia ciemności - Szatan. W późniejszych ikonach pojawiają się tu szereg różnych detali: oznaki zniszczenia mocy piekieł - rozerwane okowy, którymi aniołowie krępują teraz Szatana, klucze, gwoździe i tym podobne. Zgodnie ze słowami Apostoła Piotra, w Swej lewej dłoni Chrystus trzyma zwój - symbol głoszenia Zmartwychwstania w piekle. Zdarza się, iż zamiast ze zwojem, Chrystus przedstawiany jest z krzyżem, który nie jest już haniebnym narzędziem kary a stał się symbolem zwycięstwa nad śmiercią. Rozerwawszy Swą wszechmocą okowy piekieł, prawą dłonią Chrystus wyprowadza z grobu Adama a w ślad za Adamem, z dłońmi złożonymi w modlitewnym geście, powstaje Ewa; uwalnia duszę Adama i wraz z nią dusze wszystkich oczekujących z wiarą na Jego przyjście. To właśnie dlatego po lewej i po prawej stronie ukazane są dwie grupy świętych Starego Testamentu z prorokami na czele. Po lewej stronie widzimy króla Dawida i króla Salomona w ich królewskich szatach i koronach, a tuż za nimi Jana Poprzednika (cs Predtiecza); po prawej zaś Mojżesza z tablicami Zakonu w dłoni. Widząc zstępującego do piekieł Zbawiciela, natychmiast rozpoznają Go i ukazują innym Tego, o którym prorokowali i Którego przyjście przepowiedzieli.7

Zejście do piekieł było ostatnim krokiem Chrystusa uczynionym na drodze Jego poniżenia. Poprzez sam fakt "zstąpienia to otchłani ziemi" otworzył nam dostęp do nieba. Uwalniając starego Adama i wraz z nim całą ludzkość z niewoli tego, który jest wcieleniem grzechu, położył podwaliny nowego życia dla tych, którzy zjednoczyli się z Chrystusem w odrodzony na nowo rodzaj ludzki. Tak więc duchowe wskrzeszenie Adama przedstawione jest na ikonie Zejścia do Otchłani jako symbol nadchodzącego zmartwychwstania ciał, którego pierwociną było Zmartwychwstanie Chrystusa. Dlatego też, mimo że ikona ta wyraża znaczenie wydarzenia, które celebrujemy w Wielką Sobotę i w tenże dzień wprowadzana jest do nabożeństwa, nazywana jest i jest ikoną Zmartwychwstania, jako prefiguracja (praobraz) zbliżającego się święta Zmartwychwstania Chrystusa i przez to przyszłego wskrzeszenia umarłych.

Leonid Uspienski

 

piątek, 29 marca 2013


 Moc krwi Chrystusowej

 
Chcesz poznać moc krwi Chrystusa? Trzeba się cofnąć do jej prawzoru i wspomnieć jej typ opisany na kartach Starego Testamentu.
Mojżesz poleca: "Zabijcie baranka i jego krwią pokropcie próg i odrzwia waszych domów". Co mówisz, Mojżeszu? Czyż krew nierozumnego zwierzęcia może ocalić człowieka, istotę rozumną? Owszem, może, lecz nie dlatego, że jest to krew, ale dlatego, że jest ona obrazem krwi Zbawiciela. Dlatego też obecnie prędzej ucieka nieprzyjaciel, gdy ujrzy już nie odrzwia skropione krwią, która była tylko obrazem, lecz rozjaśnione krwią prawdy usta wiernych - odrzwia świątyni poświęconej Chrystusowi.
Chcesz poznać jeszcze inną moc tej krwi? Przypatrzmy się, skąd zaczęła płynąć - i z jakiego wytrysnęła źródła. Wypłynęła ona z samego krzyża i wzięła początek z boku Zbawiciela. Czytamy bowiem w Ewangelii, że po śmierci Jezusa, gdy On jeszcze wisiał na krzyżu, jeden z żołnierzy zbliżył się, włócznią przebił Mu bok, i natychmiast wypłynęła krew i woda. Woda była obrazem chrztu, a krew Eucharystii. Żołnierz więc przebił Mu bok i otworzył wejście do świątyni, a ja tam znalazłem cudowny skarb, i cieszę się ze wspaniałych bogactw. To więc się stało z Barankiem: Żydzi Go zabili, a ja zebrałem owoc ofiary.
"Z przebitego boku wypłynęła krew i woda". Nie chcę, abyś, słuchaczu, przechodził obojętnie wobec tak wielkich tajemnic, zostaje bowiem jeszcze inny i tajemny sens. Powiedziałem już, że woda i krew są obrazem chrztu i Eucharystii. Z tych dwóch sakramentów bierze swój początek Kościół "przez obmycie odradzające i odnawiające w Duchu Świętym", to znaczy przez chrzest i Eucharystię, które wywodzą się z boku Zbawiciela. Kościół więc powstał z boku Chrystusa, podobnie jak z boku Adama wyszła jego małżonka, Ewa.
Dlatego świadczy o tym św. Paweł, kiedy mówi: "Jesteśmy z Jego ciała i z Jego kości" - a ma on tu na myśli bok Chrystusa. Albowiem jak z boku Adama Bóg stworzył kobietę, tak też Chrystus dał nam ze swego boku wodę i krew, z których utworzył Kościół. I tak jak Bóg wyprowadził Ewę z głęboko uśpionego Adama, tak też Chrystus po śmierci dał nam wodę i krew.
Widzicie więc jak Chrystus połączył się z oblubienicą, widzicie, jakim żywi nas pokarmem. Dzięki temu samemu pokarmowi rodzimy się i żywimy. Jak matka powodowana naturalną miłością do dziecka, spieszy, by je nakarmić własnym mlekiem i krwią, tak Chrystus poi swoją krwią tych, których odrodził.
Katecheza chrzcielna św. Jana Chryzostoma, biskupa
 

"Jaśnieje krzyż chwalebny, unosi ciało Pana. Zaś On swej krwi strumieniem obmywa nasze rany". Wielki Piątek stawia nam przed oczy narzędzie kąźni- Krzyż, na którym Chrystus dokonał dzieła Odkupienia. Krzyż nie jest dziś znakiem hańby i powodem wstydu, lecz staje w centrum naszych serc jako znak chwały. Dzisiaj podniesiemy ten znak i będziemy śpiewać "Oto drzewo Krzyża na którym zawisło Zbawienie świata". Pragniemy przyjąć dar krzyża który będzie się nam jawił jako pełen blasku i chwały..Bóg króluje z drzewa życia. W chwili największego poniżenia na Krzyżu Chrystus jest tak samo wiecznym i żywym Bogiem. Tak więc spoglądając na ukrzyżowanego Chrystusa, widzę nie tylko cierpiącego człowieka, ale i cierpiącego Boga, śmierć na Krzyżu Pana jest zwycięstwem cierpiącej miłości. To Miłość jest silniejsza niż śmierć. To zwycięstwo miłości nad nienawiścią. "Życie Moje oddaję za owce...Nikt mi Go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję"(J10,15-18). "Chrystus na krzyżu objawia się nam jako zwycięski wojownik. Jezus wstąpił na krzyż jak wojownik na rydwan królewski, aby odnnieść na nim zwycięstwo nad wrogiem. Ręce Chrystusa, Jego nogi i bok zostały zranione w boju. Przez swoje rany uleczył rany grzechu, zadane naszej naturze przez przewrotnego węża. Życie zostało dane w miejsce śmierci, chwała przyznana zamiast hańby. Dlatego wołamy za Apostołem: "Nie daj Boże abym miał się chlubić z czego innego jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa, dzięki któremu świat stał się ukrzyżowany dla mnie a ja dla świata" (Ga 6,14). Do zwycięstwa Pana na krzyżu można zastosować słowa wypowiedziane przez pewnego rosyjskiego kapłana kiedy przeżył cudem dramat obozu na Syberii: "Cierpienie zniszczyło wszystko. Jedno tylko przetrwało-MIŁOŚĆ".

czwartek, 28 marca 2013

"Twych uczniów napełniłeś, o Dobry, zbawczym kielichem radości, kielichem zbawiającym rodzaj ludzki. Ty sam bowiem celebrowałeś swoją ofiarę, wołając: "Pijcie moją krew i umacnijacie się w wierze". (hirmos z liturgii bizantyjskiej). Dzisiaj jest wielki dzień łaski, gdzie Bóg każdego napełnia radością i miłością, w eucharystycznym darze z Siebie. Przenosimy się myślami i sercem do Wieczernika, liturgia będzie antycypacją tych pięknych narracji, w których skosztujemy i przekonamy się że dobry jest Pan. Wypowiedziana przez niego miłość ma czynić  nas może bardziej wiarygodnych, przebudzonych.. autentycznych i pełnych odwagi  przed światem świadków. Otrzymujemy w czasie tego wydarzenia życie Pana, ale także Jego śmierć, która stała się dla nas płodna i owocna. To nasza Pascha-przejście przez śmierć do życia, to nie tylko pamiątka pożegnalnej wieczerzy, ale wydarzenie które ma nas uczynić nowym człowiekiem. Wychodzac z Wieczernika, zabierając ze sobą Ciało Pana mamy nakaz aby przemieniać się w Niego, aby Jego życie obajwiło sie w całej pełni w nas, słabych, grzesznych i zagubionych.
To również dzień w którym z pokorą stajemy przed tajemnicą kapłaństwa, tego Chrystusowego..pokornego jako daru i tajemnicy. Przy tej okazji dziękuję wszystkim za pamieć, życzenia i modlitwę. Dziękuję za wiarę którą na codzień dostrzegam w oczach owieczek mi powierzonych. Niech w waszym życiu Pan będzie uwielbiony. Dzięki. z darem modlitwy. Rafał

Godzina Wieczernika to godzina zdrady i zarazem godzina przyjaźni. Chrystus jak gdyby prowokuje Judasza, zmusza do deklaracji: "Co chcesz czynić, czyn prędzej !"(J 13,27). Chrystus ujawania wewnętrzną rzeczywistość i prowadzi do tego, że Judasz musi się zdecydować i przejść na stronę przeciwników Jezusa. Z tej sceny musimy wyprowadzić bardzo konkretne wnioski. Dlaczego ? Bo ta sama sytuacja bedzie się powtarzała tam, gdzie powstają Chrystusa uczniów. Wśród nich musi się dokonać powzięcie decyzji i wybór: za Chrystusem lub przeciw Niemu. Jest to czas oczyszczenia grona uczniów. To, co mogłoby nam zakłócić przezywanie tajemnic paschalnych, np: sprzątanie, gotowanie, zakupy, a nawet miłość do najbliższych, powinniśmy zostawić, by we wspólnocie lufu Bożego przeżywać i wnikać w tajemnice Paschy Chrystusa. Rozpoczynając święty obchód musimy uzmysłowić, że właśnie teraz ma dokonać się nasze oczyszczenie. Na zewnątrz mogą być maski, może być pocałunek Judasza. Ale Chrystus nas wzywa i przynagla, aby nasza decyzja została ujawniona. Wiemy, że istnieją, którzy werbalnie przyznają, że są z grona uczniów Chrystusa, a w sercu zdradzają. I to nie tylko w sensie grzechu, który jest zawsze zdradą Jezusa, ale w znaczeniu dosłownym tak, jak to zrobił Judasz. Są to ludzie-narzędzia pewnych systemów, instytucji, złych mocy, które dążą do śmierci Chrystusa, śmierci wiary w Niego, śmierci Kościoła. Chyba nie mamy wątpliwości, że plan zniszczenia Kościoła jest realizowany z żelazną konsekwencją. A plan szatański nie ulega zmianie: zabicie Chrystusa rękami własnych uczniów. Dlatego Jezus chce zdemaskowania zdrajcy. Judasz musi być nazwany po imieniu. Często określa się mianem Kościoła jakąś instytucję, która ma swoich biskupów, urzędy, zabytkowe gmachy, które nawet państwo konserwuje. To wszystko to tolerowane dlatego, że nie stanowi zagrożenia. Siły zła nie boją się instytucji zwanej tylko Kościołem. Istnieje ona za cenę oddania pokłonu Księciu ciemności. Ale istnieją również ludzie, którzy doszli do przekonania, że dalej tą drogą iść nie można. Poszli więc do więzień, kopalni na drogę cierpienia i prześladowania. W nich Kościół jest żywy.
Wieczernik to też godzina Chrystusowych przyjaciół. Jezus oczyszcza przez jawną prowokację grono apostołów i nazywa ich przyjaciółmi. Jako przyjaciele możemy przyjąć dar miłości Boga aż do końca. Posiadając ten dar możemy kochać innych. "Miłujcie się wzajemnie, jak Ja was umiłowałem.."(por. J 15,12). W tym właśnie przykazaniu zawiera się dar miłości Chrystusa. Chrystus umywa nogi. W Wielki Czwartek ponownie na oczach zgromadzonego ludu Jezus dokonuje tego samego. Nie jest to żaden gest spektakularny. Sam Chrystus w sakramencie kapłaństwa pochyla się przed dwunastoma, a przez nich przed każdym. Jezus umywa nogi, czyni posługę niewolnika ! Nawet nie zdajemy sobie sprawy, czym był gest umycia nóg, który wywołał taki sprzeciw Piotra. Żyd dźwigający piętno niewoli wiedział, kim jest niewolnik. Nam może się to rzeczywiście jawić jako gest spektakularny. Ale nie tym, którzy nosili piętno niewolnika, a potem oddaje swoje życie aż do końca. "Nie ma większej miłości, gdy ktoś oddaje swoje życie.."(por. J 15,13). Ale to jeszcze nie jest ostateczna miara miłości Boga. Przewyższa ją miara Eucharystii. Właśnie w Eucharystii dokonała się i trwa największa kenoza, czyli wyniszczenie Boga. Chrystus daje się nam pod postacią chleba, a więc rzeczy ! Z chlebem możesz zrobić co chcesz, zlekceważyć, nie odróżnić od zwykłego chleba, wyrzucić, podeptać, użyć do odprawiania czarnej mszy szatańskiej, kładac na organach płciowych kobiety konsekrowane hostie. Nie mógłbyś tego zrobić z osobą Chrystusa, z Jego martwym ciałem zdjętym z krzyża, bo jest za ciężkie, trudno je ukryć itd. A chleb...Przedmiot, rzecz...Możesz go spożyć w grzechu, odwrócić się plecami, przykryć kołdrą. Tak Bóg jest traktowany np. w szpitalach. Byłem w jednym z nich przez pięć lat kapelanem. Gdyby przyszła osoba Chrystusa w Jego Ciele, gdyby niesiono krzyż z wiszącym Chrystusem, może ludzie inaczej by reagowali. Wywołałoby to ludzki odruch współczucia nad bólem. Niejeden z nas jest w stanie miłować, oddając swoje życie. Ale nie potrafimy się tak wyniszczyć, aby nas traktowano jak chleb. To jest miara, o której mówi św. Jan: "Umiłował nas aż do końca"(por. J 13,1). Na miłość przyjaciele odpowiadają miłością. Ale miłość nie może zamknąć się w sferze uczuć, słów i gestów. Musi być konkretna, ukierunkowana na miłość ku drugiemu człowiekowi. Nie ku ludzkości, bo ludzkości nie jesteśmy wstanie pokochać. Wyrazem tego ma być znak procesji z darami. Ta miłość ma być znakiem dla świata. Miłość i jedność, o których Chrystus mówi w modlitwie arcykapłańskiej, to znaki obajwiające światu Kościół. "Po tym wszyscy poznają żeście moimi uczniami, jeśli się będziecie wzajemnie miłowali".(por. J13,35) oraz "Świat wtedy uwierzy, jeśli jedność zachowacie" (por. J17, 21). Jeżeli nasza wspólnota ma te znamiona, możemy być pewni, że jesteśmy życiodajnym Kościołem, czyli wzbudzającym wiarę w innych. Nie jest więc ważne ilu ludzi się ochrzci, wybierzmuje, namaści, pogrzebie, ile kościołów wybuduje, ile akcji przeprowadzi. Odkryjmy dalej tajemnicę Wielkiego Czwartku. Tajemnicę kapłaństwa. Chrystus przekazuje swoje kapłaństwo Kościołowi mówiąc: "...Czyńcie to na Moją pamiątkę" (por. Łk 22,19). Cały lud Boży- Kościół- pełni funkcję kapłańską ! W dniu dzisiejszym bardzo mocno podkreśla się kapłaństwo. Ale łączy się je tylko z prezbiterami. Chrystus nie przekazał kapłaństwa jedynie prezbiterom, lecz powierzył je całemu Kościołowi ! Wszyscy mężczyźni i wszystkie kobiety są kapłanami. Jezus wskazuje na inny niż w Starym Testamencie wymiar kapłaństwa, inny niż w religiach naturalnych. Tam kapłan jest reprezentantem ludu przed Bogiem, w imieniu ludu składa ofiarę przebłagania, w jego imieniu się modli. To nie jest Chrystusowa wizja kapłaństwa. Cały lud Boży jest ludem kapłańskim, ale każdy ma w nim swoje miejsce. Na chrzcie świętym wszyscy stajemy się kapłanami. Wspólnota jednak potrzebuje pasterzy, przywódców, celebransów. W każdym zgromadzeniu musi być ten, który przewodniczy. Spośród ludu kapłańskiego biskup, przez gest nałożenia rąk, przeznacza mężczyzn do przewodniczenia. Tej funkcji nikt sam nie może wziąć. Jej cel stanowi jedność i zgodność pełnienia roli kapłanów przez cały lud. Posługa pasterza, prezbitera nie jest jedyną posługą kapłańską w Kościele. Wszyscy jako Kościół jesteśmy "wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym"(1P 2,9). W Wieczerniku wszyscy sprawujemy pamiątkę Pana! W znaku prezbitera obecny jest sam Chrystus, jako Głowa Kościoła. Oczywiście bez prezbitera sam lud Boży nie może pełnić funkcji kapłańskiej. Bez głowy ciało nie może nic zrobić. W Jezusie stajemy sie zdolni do uczynienia niemożliwej wręcz rzeczy dla człowieka; do oddania siebie samego ojcu w świętej ofierze. Również Bóg pragnie złożenia przez nas ofiary najdoskonalszej -z siebie. Sami nie potrafimy tego uczynić, za dużo w nas egoizmu, jesteśmy przetrąceni. Tylko poprzez przylgnięcie do Chrystusa możemy być razem z Nim ofiarowani Ojcu. Widzimy więc, że Wieczernik ujawnia nam wiele tajemnic: tajemnicę zdrady i przyjaźni z Jezusem; miłości i jedności znaków epifanijnych Kościoła wobec świata; Eucharystii, czyli największej kenozy Chrystusa i miłości do końca; i wreszcie tajemnicę kapłaństwa.
 
(dziękuję serdecznie mojemu Przyjacielowi o. Januszowi Jędryszkowi, za możliwość umieszczenia jego kazania).
 
 

niedziela, 24 marca 2013



Błogosławiony, który przychodzi w imię Pana, Król Izraela

 

Chodźcie, wstąpmy i my na Górę Oliwną! Biegnijmy naprzeciw Chrystusa, który powraca dzisiaj z Betanii i spieszy dobrowolnie na tę swoją świętą i czcigodną mękę, aby wypełnić do końca tajemnicę naszego zbawienia.

Przychodzi więc i z własnej woli odbywa drogę w stronę Jerozolimy Ten, który dla nas zstąpił z nieba, aby wespół z sobą wywyższyć tych, co leżą w prochu ziemi i posadzić ich, jak mówi Pismo, "ponad wszelką Zwierzchnością i Władzą, i Mocą, i Panowaniem, i ponad wszelkim innym imieniem wzywanym".

Przychodzi zaś nie z dumą i przepychem jak ten, co chciwie szuka sławy. On "nie będzie się spierał ani krzyczał i nikt nie usłyszy Jego głosu". Będzie natomiast cichy i łagodny, lichego odzienia i skromny w urządzaniu wystawności swojego wejścia.

Nuże więc, biegnijmyż i my razem z Chrystusem, któremu spieszno na mękę. Naśladujmy tych, co wyszli Mu na spotkanie, ale nie w ten sposób, by słać na drodze gałązki palm i oliwek oraz kłaść kosztowne szaty, lecz my sami, jak tylko możemy, rozścielmy się na ziemi w pokorze ducha i prostocie serca, abyśmy przyjęli nadchodzące Słowo i pochwycili Boga, który nigdzie nie daje się ująć.

On bowiem cieszy się z tego, że może nam się okazać łagodnym, On, który naprawdę jest łagodny i "wstępuje na zachód" naszej mizernej słabości, aby przyjść do nas, obcować z nami i przyciągnąć nas do siebie przez pokrewieństwo z nami.

Bo chociaż przez ofiarę z naszej ludzkiej natury "wstąpił na niebiosa niebios, na wschód słońca", czyli na wyżyny własnej chwały i Bóstwa, to jednak nie wyrzeknie się nigdy przywiązania do rodzaju ludzkiego, lecz będzie dźwigał naturę człowieka z prochu ziemi do coraz wyższej chwały, aż wreszcie jednocząc się z nią, udzieli jej swej nieskończonej godności.

A zatem siebie samych ścielmy przed Chrystusem, a nie tuniki, martwe gałęzie i łodygi krzewów tracących zieleń, gdy staną się pokarmem, i przez krótki tylko czas radujących oczy. Obleczmy się natomiast w Jego łaskę, czyli w Niego samego. Pismo św. bowiem mówi: "Wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa". Kładźmy się pod Jego nogi jak rozścielone tuniki.

Nasze grzechy były czerwone jak szkarłat, teraz obmyci w zbawczych wodach chrztu osiągnęliśmy lśniącą biel wełny, ofiarujmy Zwycięzcy śmierci już nie gałązki palmowe, ale wieńce naszego zwycięstwa.

Wysławiajmy Go w każdy dzień świętą pieśnią razem z izraelskimi dziećmi, potrząsając duchowymi gałązkami i mówiąc: "Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie".

 

 św. Andrzej z Krety Kazanie na Niedzielę Palmową
 
 

Przez krzyż do chwały
W pierwszym dniu tego Wielkiego Tygodnia możemy, z palmami w ręku, wychwalać Zbawiciela świata i śpiewać wszyscy razem: Hosanna Synowi Dawida!
Możemy wylewać łzy żalu nad krzyżową śmiercią Tego, który jest Chlebem Życia, i usłyszeć Go, jak powtarza: „Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią”. Droga zbawienia została oto wyznaczona. Przez osiem dni będzie nas ona prowadzić śladami Zbawiciela ludzi. Jedynie miłość jest godna wiary i to dlatego do chwały idzie się tylko przez krzyż. Bo poza krzyżem jawi się wieczność!
Wiemy dobrze, że końcem nie był kamień zatoczony u wejścia do grobu (por. Mk 15,46), co nie przeszkadza, że zawsze pozostaje w nas jakieś, niemożliwe do przemilczenia lub zapomnienia „dlaczego”. Jakieś „dlaczego”, na które nie za bardzo potrafimy odpowiedzieć. Tak bardzo to, co widzimy, przekracza nasze oczekiwania. Nawet gdy trwamy długo wpatrując się w Przebitego. Ostatecznie, dlaczegóż zabito Tego, który jest Dawcą Życia (por. Dz 3,15)?
Być może nie był On jedynie nieszczęśliwą ofiarą spisku przeciwko swojej osobie. Nawet jeśli tamtego dnia wszyscy sprzysięgli się, by skazać Go na śmierć (por. Dz 4,27). „Czy myślisz — Szymonie — że nie mógłbym poprosić Ojca mojego, a zaraz wystawiłby Mi więcej niż dwanaście zastępów aniołów?” (Mt 26,53). „Gdyby królestwo moje — Piłacie — było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany... Teraz zaś królestwo moje nie jest stąd” (J 18,36). Chrystus do końca był Synem „Tego, który mógł Go wybawić od śmierci” (Hbr 5,7). A więc, dlaczegóż to uniżenie na krzyżu (por. Flp 2,8)?
Tym bardziej chyba nie z powodu „ofiarniczej woli Ojca” pragnącego, „poprzez unicestwienie swojego Syna”, odkupić grzech człowieka. Bóg nie potrzebuje się uniżać, by nas wywyższyć; lub cierpieć, by nas odkupić. „Starajcie się zrozumieć, co znaczy: Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary” (Mt 9,13). W śmierci Jezusa na Kalwarii nie ma ani ludzkiego fatalizmu, ani Bożego przymusu. Dlaczego więc owo przekleństwo krzyża (por. Ga 3,13)?
Chyba nie chodzi również o to, że Chrystus pragnął zostawić nam piękny „przykład” odwagi i wiary w obliczu śmierci. „Smutna jest moja dusza aż do śmierci, zostańcie tu i czuwajcie ze Mną. (...) Ojcze mój, jeśli to możliwe, niech Mnie ominie ten kielich” (Mt 26,38-39). Jezus podążał z Getsemani na Golgotę nie jak bohater, ale jak święty. I nie przeszkodziło to naszemu przewodnikowi w wierze (por. Hbr 12,2) opuścić ten świat mówiąc: „Odwagi, jam zwyciężył świat” (J 16,33). Bo śmierć, którą poniósł, ani nie spowodowała Jego rozpaczy, ani Go nie unicestwiła. Dlaczego więc w drzewo krzyża wpisane jest owo pełne szaleństwa świadectwo?
Bracia i siostry, skoro świat, stworzony z miłości i dla miłości, skoro świat przez mądrość, to znaczy przez przyjęcie tej miłości; „skoro świat przez mądrość nie poznał Boga w mądrości Bożej, spodobało się Bogu przez głupstwo głoszenia słowa zbawić wierzących” (1 Kor 1,21). I to przez głoszenie czego? Przez głoszenie niewiarygodnie szalonego daru miłości nie cofającej się nawet przed męką (por. J 15,13; Rz 5,8).
I ostatecznie, dlaczego to wszystko? Bracia i siostry! Dlatego że zło istniało na świecie! Dlatego że zło nadal istnieje. Dlatego że zło ciągle będzie istniało. A także dlatego że ostatnie słowo nie może należeć do zła, to znaczy do cierpienia, samotności, smutku, śmierci i grzechu, ale do dobra. Do dobra, to znaczy do łaski, do życia, radości, jedności. Jednym słowem — do szczęścia w końcu przywróconego, odnalezionego i na zawsze dzielonego.
Przypomnijmy sobie: zło pojawiło się już na samym początku. Martwe drzewo ogrodu Eden nigdy więcej nie wydało owocu. „Ból i pożądanie — znój i pot — ciernie i nieurodzajna ziemia” (por. Rdz 3,16-18). Bratobójstwo i tułaczka na pustyni. „Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, co wiedzie ku tej śmierci?” (Rz 7,24).
Za dni ciała Jego zło się rozpleniło. Chrystus dostrzegał i doświadczał nędzy swojego ludu. Od wieków wygnania, przesiedlenia, obce panowania, niesprawiedliwości znaczyły drogę zagubionych owiec z Domu Izraela. A kiedy Jezus zbliżał się do Jerozolimy, „na widok miasta, zapłakał nad nim” (Łk 19,41).
A cóż powiedzieć o naszym stuleciu (z plejadą jego wojen, głodów, totalitaryzmów, tortur, holokaustów, samobójstw, samotności)? Choć było najbardziej cywilizowane, zostawiło po sobie wspomnienie jako także najbardziej mordercze i chyba najbardziej okrutne. I wszyscy znamy dobrze ciężar naszego krzyża, wszystkich naszych krzyży, odczuwany w pewne dni, w pewne wieczory naszego życia w głębi naszej duszy.
Oto dlaczego, bracia i siostry, serce Boga zwróciło się ku nam. I Syn przyszedł. Stał się Synem Człowieczym. Jak zaczyn w cieście zanurzył swoją boską naturę w nasz ludzki stan. Wziął na siebie naszą nędzą, by lepiej móc jej doświadczyć. Zanurzył się w nasze grzechy, aby nas z nich wyzwolić. Umieścił swój ogień pośrodku chłodu śmierci przenikając ją swoim Życiem (por. Łk 12,49).
Przyszedł nas wydobyć z głębin naszych rozpaczy. Zstąpił aż do naszych otchłani, by nas z nich wyzwolić. W pośrodku całkowitej ciemności światłość świata rozpoczęła swój bieg. Pośrodku nienawiści rozkwitła miłość. A bolesny krzyż Jego śmierci stał się chwalebnym krzyżem naszego odkupienia. O krzyżu, wznoszący się w pośrodku naszego życia, o krzyżu Jezusa Chrystusa! Rozumiemy więc odtąd Pisma: „Z głośnym wołaniem i płaczem za swych dni doczesnych zanosił On gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci... i chociaż był Synem, nauczył się posłuszeństwa przez to, co wycierpiał” (Hbr 5,7). Dlaczego istnieją łzy?
Pewien żydowski midrasz opowiada, że po swoim upadku Adam i Ewa, aby wynagrodzić swą winę, ze skruszonym sercem przez siedem kolejnych szabatów chodzili zanurzać się w rzece Giszon, błagając Boga, by im wybaczył. Bóg, przejęty współczuciem, wziął ze swego skarbca perłę i darował ją im i ich potomkom. Otóż perłą tą była łza! Dosłownie: dam hayim, krew oczu. Z wpisanym w to podwójnym obrazem — źródła (oko) i życia (krew). Odwieczny powiedział im wówczas: „Kiedy będziecie zasmuceni, wylejecie tę łzę z waszych oczu. W waszym smutku zostaniecie pocieszeni, a ziemia, na którą ona spadnie, zostanie nią uświęcona”. I midrasz, nie bez racji, dodaje: „Nikt poza potomstwem Adama, żadna z istot żywych nie potrafi wylewać łez, by płakać w swoim smutku”. Ale, bracia i siostry, łzy, które człowiek wylewał i których był powodem, znaczą historię na wszystkich ludzkich drogach! I oto nagle nasze pytanie „dlaczego” rozjaśnione zostaje wstrząsającym światłem! Jezus, mówi nam Ewangelia, „pogrążony w udręce, jeszcze usilniej się modlił, a Jego pot był jak gęste krople krwi, sączące się na ziemię” (Łk 22,44).
I począwszy od tamtego dnia wszyscy synowie Adama poznali, jak ogromną miłością obdarzył ich Syn Boga, który stał się człowiekiem.
br. Pierre-Marie Delfieux „Medytacje Paschalne”

 

 

 

niedziela, 10 marca 2013


 
Niedziela niewidomego od urodzenia
Gaudete.. Radujcie się!” Zadziwiający jest początek antyfony tej czwartej niedzieli Wielkiego Postu, która wydaje się zrywać z surowością tego okresu liturgicznego! A to dlatego, że w połowie drogi pozwala nam ona dostrzec cel, niebieskie Jeruzalem, które nas zgromadzi: „Radujcie się wraz z Jerozolimą, weselcie się w niej wszyscy, co ją miłujecie! (...) ...ażebyście ssać mogli aż do nasycenia z piersi jej pociech” (Iz 66,10-11).
Liturgia tej niedzieli cała skąpana jest w świetle. To jest to światło, które odkrywa niewidomy od urodzenia, uzdrowiony przez Jezusa w Jerozolimie; światło słońca; widzi je wychodząc z sadzawki Siloe, w której Jezus kazał mu się obmyć; światło wiary, która pozwala mu stawić czoło faryzeuszom i oddać pokłon Jezusowi: „Wierzę, Panie!” (J 9,38). Światło, którym stają się wierzący, jak uczy nas Paweł: „Niegdyś bowiem byliście ciemnością, lecz teraz jesteście światłością w Panu: postępujcie jak dzieci światłości” (Ef 5,8).
Ale trwamy jeszcze w okresie Wielkiego Postu, a nie w pełnej chwale zmartwychwstania. Światło, które jaśnieje tej niedzieli, stawia czoło ciemnościom trwającym w nas i wokół nas. A gra toczy się o całkowite uzdrowienie naszej istoty — ciała, duszy i ducha. Długa opowieść o uzdrowieniu niewidomego od urodzenia pokazuje nowe stworzenie człowieka. Błoto położone na jego oczach i woda, która je obmywa, ukazują powolne postępowanie naprzód — poprzez spór i kontrowersje— ku pełnemu światłu wiary, ku wyrazistości rozeznania. Bo chodzi o to, by zobaczyć prawdę oczami serca. Pierwsze czytanie, wyjęte z Pierwszej Księgi Samuela, przytaczające namaszczenie Dawida, pasterza wybranego, by stał się królem Izraela, przypomina, że „Bóg widzi nie tak jak człowiek, bo człowiek widzi to, co dostępne dla oczu, a Pan widzi serce” (1 Sm 16,7).
Prawdziwą światłością, którą człowiek ma rozpoznać, jest Jezus: „Światłości świata, Jezu Chryste, ten, kto idzie za Tobą, będzie miał światło życia” (por. J 8,12) — głosi śpiew przed Ewangelią. Światło życia, ale także światło osądzenia, podziału między tymi, którzy je przyjmują, i tymi, którzy je odrzucają: „Przyszedłem na ten świat, aby przeprowadzić sąd, żeby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi” (J 9,39); podziału zwłaszcza naszego życia na uczynki ciemności i to, „co podoba się Panu” (por. Ef 5,10-11, drugie czytanie).
Człowiek dokonuje tego podziału poprzez skruchę — i tu na nowo odnajdujemy nastrój Wielkiego Postu.
„Niech moje łzy będą mi sadzawką Siloe,
Abym mógł w niej obmyć niewidome oko mojej duszy!
Wówczas ujrzę, Panie, Ciebie, światłości przedwieczna!”
(Kanon Pokutny św. Andrzeja z Krety)
Potrzeba mi jednak do tego pomocy łaski. Tak więc ta niedziela ma wydźwięk wyraźnie sakramentalny: sadzawka Siloe zapowiada sadzawkę chrzcielną, a modlitwa na wejście wspomina katechumenów, którzy zostaną ochrzczeni w noc paschalną: „Panie, daj twojemu Kościołowi radość przekazywania życia tym, którzy przygotowują się do chrztu”.
Prefacja jednoczy wszystkie te misteria kontemplacji Chrystusa — światłości, która przyszła na świat — i wskazuje źródło prawdziwej radości: „On jest światłością, która na świat przyszła, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie chodził w ciemności, lecz miał światło życia. Przez sakrament chrztu świętego uwalnia nas od ciemności grzechu, abyśmy byli dziećmi światłości”.
s. Marie-Laure(...)
Cóż Jezus czyni w rzeczywistości? Uczynił błoto ze śliny i posłał niewidomego, aby „obmył się w sadzawce Siloam” (por. J 9,6). Jesteśmy tu w jakiś sposób świadkami przypomnienia gestu pierwszego stworzenia, po którym Adam, ulepiony z prochu ziemi, cały został przyobleczony w światło.
Dziś Słowo — prawdziwa światłość — „przez które wszystko się stało” (por. J 1,2.9), w pewnym sensie powtórnie stwarza tego syna ciemności, otwierając jego oczy na rzeczywistość nigdy dotąd nie oglądaną (por. 1 J 4,12), na tego Boga, którego nikt nigdy nie widział (por. J 1,18). „«A któż to jest, Panie, abym w Niego wierzył?» Rzekł do niego Jezus: «Jest nim Ten, którego widzisz i który mówi do ciebie»” (J 9,36-37). Ale niewidomy dochodzi do tego pełnego spojrzenia wiary powoli, krok po kroku, po przebyciu długiej drogi.
Tak jest i z nami, którzy by wejść do życia wiecznego, musimy w pewnym sensie odrodzić się po trzykroć: pierwszego dnia, każdego dnia i w dzień ostatni. Ów niewidomy, uzdrowiony tutaj, swoim postępowaniem przekazuje nam jakby cały program na życie. Słucha. Jest posłuszny. Idzie tam, gdzie Chrystus mu nakazuje. Potem świadczy. Powraca do Pana. Oddaje Mu cześć. I na koniec, idzie za Nim. Mamy tutaj w pewien sposób cały obrazowy wykład drogi dochodzenia do wiary. W istocie, my również idziemy naprzód, w Kościele, krok po kroku, pokonując wszystkie zakręty życia, pomimo otaczającego nas sceptycyzmu i być może nieprzychylności rodziny lub społeczeństwa. Ale przez cały czas towarzyszy nam Jego łaska. Pan, choć niewidoczny, pozostaje zawsze obecny. Niewyczuwalny, ale zawsze we wszystkim działający.
Tak, wiem o tym — i każdy z nas ma swoją własną historię — pewnego dnia Bóg mnie spotkał, przemówił do mnie, wezwał mnie... Sprawił, że ruszyłem w drogę, otworzył mi oczy, podtrzymał swoim słowem. Jak młodego Dawida zabranego spośród swoich stad, tak nas wszystkich wybrał. „Nie zważając na wygląd” (por. 1 Sm 16,7). „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili” (J 15,16). Mamy przed sobą całe nasze życie, w którym kroczymy, choćby tylko jakby po omacku (por. Dz 17,27; 2 Kor 5,7), by pewnego dnia móc w końcu wejść w pełnię światła.
Rozumiemy więc powód wszystkich ukazanych tu kontrastów. Streszczają się one wszystkie w tym słynnym stwierdzeniu Jezusa: „Przyszedłem na ten świat (...), ażeby ci, którzy nie widzą, przejrzeli, a ci, którzy widzą, stali się niewidomymi” (J 9,39). Pojmujemy dobrze, co to znaczy w szczególnym kontekście, w jakim usytuowane jest posłannictwo Jezusa. Oto jest otoczony całym tym światem uczonych w Piśmie, uczonych w Prawie i faryzeuszy, którzy bez przerwy badają Pisma, a wszystkie Pisma Go zapowiadają, ukazują, ogłaszają jako Mesjasza tak bardzo wyczekiwanego i Zbawiciela tak bardzo wyglądanego (por. Łk 24,25-27).
Ale oni nie chcą uznać oczywistości. „Badacie Pisma, ponieważ sądzicie, że w nich zawarte jest życie wieczne: to one właśnie dają o Mnie świadectwo. A przecież nie chcecie przyjść do Mnie, aby mieć życie” (J 5,39-40) — wyrzuca im Jezus. Uważają się za oświeconych. Lecz w rzeczywistości są niewidomi! Są winni, i to winni grzechu wiecznego; to właśnie zostaje im powiedziane, bo jest to grzech przeciwko światłości (por. Mk 3,28-30). „Gdybyście byli niewidomi, nie mielibyście grzechu, ale ponieważ mówicie: «Widzimy», grzech wasz trwa nadal” (J 9,41).
Przeciwnie, ten niewidomy od urodzenia, któremu faryzeusze wyrzucają: „Cały urodziłeś się w grzechach” (por. J 9,34), słucha Jezusa, idzie za Nim, wierzy Mu i czyniąc to, odkrywa, że ten człowiek jest Chrystusem (por. J 9,11), Światłem i Życiem. I przez Niego wchodzi w życie. Jego oczy, a w końcu on cały zostaje oświecony. Zostaje zbawiony!
My również możemy zadać sobie pytanie. Co czynimy z Pismami, przecież je znamy? Jaką korzyść wynosimy z pouczeń i liturgii, w których wiernie uczestniczymy? „Francjo, co uczyniłaś ze swoim chrztem?” — wołał pewnego dnia papież Jan Paweł II na placu Notre-Dame. To właśnie taki jest sens pytania tkwiącego w dzisiejszej Ewangelii. Pokrzepieni tym objawieniem, w co wierzymy w głębi nas samych? Jak tym żyjemy i jak o tym świadczymy? Kiedy jesteśmy oświeceni przez chrzest, mówi nam apostoł Paweł, przynosimy owoce dobroci, sprawiedliwości i prawdy, bo potrafimy „rozpoznać, co jest miłe Panu” (por. Ef 5,9-10).
Rozumiemy odtąd, dlaczego na tej jednej stronie Ewangelii zostało nagromadzonych tyle tytułów Chrystusa. Kiedy ciemność zostaje przepędzona, kiedy budzi się światło wiary, podążamy, jak ów uzdrowiony niewidomy, z zachwytu w zachwyt. I rozpoznajemy w Jezusie po kolei: Posłańca Bożego na ziemi (por. J 9,4); prawdziwego Proroka obwieszczającego całą prawdę (por. J 9,5); prawdziwą Światłość oświecającą świat (por. J 9,5); Chrystusa, który jest prawdziwym Odkupicielem ludzi (por. J 9,22); Syna Człowieczego, który wszystko potrafi zbawić (por. J 9,35); i w końcu Pana, przed którym możemy, my także, upaść na twarz (por. J 9,31). Ta opowieść ewangeliczna nie jest tylko wykładem wiary, jest to prawdziwe teologiczne objawienie tajemnicy Chrystusa.
Ostatnie pojawiające się pytanie otrzymuje odpowiedź samo przez się. Dlaczego ów niewidomy, który uwierzył w Chrystusa, zostaje wyrzucony z synagogi? Dlatego że aby uznać, iż Jezus jest Panem, należy uczynić krok naprzód w stosunku do Prawa i proroków. Nie po to, by je znieść, ale by je wypełnić. „Jak długo bowiem wiedliśmy życie cielesne, grzeszne namiętności wzbudzane przez Prawo działały w naszych członkach, by owoc przynosić śmierci” (Rz 7,5). Świątynia zbudowana z kamieni może zostać zburzona (por. J 2,19). Oto nowa Świątynia z żywych kamieni jest budowana (por. 1 P 2,4-5) „Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście” (1 Kor 3,17).
Na nas również przychodzi kolej, by wyruszyć. Stać się światłem na drodze dla naszych braci i sióstr z zewnątrz, wobec których mamy być tym, do czego zostaliśmy powołani, to znaczy posłanymi. Jedynie za sprawą łaski Chrystusa — ośmielamy się to powtórzyć — mamy być, wedle stwierdzenia samego Chrystusa, solą ziemi i światłem świata (por. Mt 5,13.16). Aby świat poznał, że Ojciec posłał swojego Syna i że my wszyscy jesteśmy owymi uzdrowionymi z Siloe.
Spraw, Panie, abym przejrzał!
I abym przejrzawszy, uwierzył!
I abym wierząc, świadczył o Tobie!
Abyśmy byli coraz liczniejsi,
by radować się w Twojej światłości.
br. Pierre-Marie(...)