wtorek, 15 sierpnia 2017


Ps 45, 14-15

Córa królewska wchodzi pełna chwały,
odziana w złotogłów.
W szacie wzorzystej prowadzą ją do króla,
za nią prowadzą do ciebie dziewice, jej druhny.

W wigilię uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny nawiedziłem monaster sióstr Betlejemitek w Grabowcu. Trwały przygotowania do liturgii. Siostry zręcznie i z wielką pieczołowitością dekorowały świątynię świeżymi gałązkami drzew i kwiatów. Wszystko miało opowiadać o pięknie, tak jak piękna była Maryja przed którą Niebo uchyliło swoje wrota. Na pulpicie obok paschału umieszczono ikonę Zaśnięcia Bogurodzicy, to nie tylko ilustracja święta, ale nade wszystko spajający przestrzeń, czas i wspólnotę kolorowy teologiczny komentarz- umożliwiający głębsze przeżycie Misterium. Liturgia i ikona czynią przestrzeń napełnioną Bogiem. „Ponieważ Kościół jest dla ludzi, więc i on potrzebuje obrzędów..., obrzęd pobudza do życia” (Ch. Delhez). Przedstawienie sceny Zaśnięcia Maryi Panny, stanowi w tradycji wschodniej ostatnią uroczystość w rytmie roku liturgicznego. Wydarzenie to celebrowane w liturgii i przeniesione w artystycznej wizji na ikonografię sięga starożytności chrześcijańskiej. Jest to wydarzenie na które splata się wiele przekazów i tradycji naznaczonej zmysłem pierwotnego Kościoła  ukazując życie  Tej, której łono stało się świątynią dla Przedwiecznego. Niewiasta która została napełniona łaską Ducha Świętego i przebóstwiona w swoim człowieczeństwie. Jak powie teolog bizantyjski Mikołaj Kabasilas: "Ona okryła sobą całe ludzkie zepsucie i uczyniła ludzi godnymi tego, żeby z Nimi był Bóg, i uczyniła ziemię miejscem godnym przebywania Zbawiciela [....] Dlatego ze wszystkich ludzi od początku świata, Ona jedyna zamieszkiwała Święte Świętych, jako wstępna i oczyszczająca ofiara, złożona za cały rodzaj ludzki, przed następstwem wielkiej  Ofiary Chrystusa, i to zaprawdę za nas do Świętego Świętych wstąpił Jezus, Błogosławiona zaś przed Zbawicielem wszędłwszy najbardziej wewnętrznego pomieszczenia za zasłoną, sama siebie ofiarowała Ojcu. On umierając na krzyżu  pojednał w sposób doskonały Ojca z ludźmi; Błogosławiona zaś Dziewica ofiarowawszy siebie Bogu, tak uczestniczyła w dziele pojednania, że stała się orędowniczką ludzi i współuczyniła Orędownika, Pana naszego Jezusa Chrystusa, Brata ludzi, dla których miał On przyjść, tak że On uznaje ich za równych sobie krewnych..." Ikona Zaśnięcia jest złożona z dwóch teologicznych planów. Na ikonie widzimy bowiem Maryję leżącą na łożu, obok niej postacie Apostołów, aniołów którzy zstępują z uchylonego nad Nią nieba. Widzimy w centrum przychodzącego Chrystusa, to Kyrios w majestacie chwały, biją od Niego energie które są wyrazem boskości i nieśmiertelności. Wejdźmy trochę w szczegóły ikony: Maryja leży na łożu śmierci, ubrana jest maphorion i ma zamknięte oczy, nad Nią stoi Chrystus Ten, który jest Życiem, bierze w dłonie duszę Tej, która spoczęła bez życia, oczekując ręki  która Ją podniesie. Widzimy tu odwołanie do wielu ikon Maryjnych, takie odwrócenie sytuacji. Na ikonach Maryja trzyma Emmanuela jest dla Niego tronem, daje światu Bogaczłowieka aby każdy mógł wziąć Go do swojego życia. Tutaj Owoc Jej łona wyciąga po Nią swoje święte dłonie, Theotokos wybrane naczynie Wcielenia spoczywa jak noworodek niesiona przez Syna. To symbol nowych narodzin, wywyższenia do Nieba, przyjęcia do Królestwa Miłości i Pokoju. Dusza Theotokos jest przedstawiana w dwóch formach. Pierwszy raz w ramionach Zmartwychwstałego, który stoi przy Jej wezgłowiu . Następnie może być przedstawiona jako niesiona przez aniołów ku górze. Wysławia cudownie to wydarzenie przejścia liturgia Oficjum Zaśnięcia Matki Bożej: "W sławnym Twym zaśnięciu radują się niebiosa i weselą się anielskie zastępy, cała ziemia weseli się, głosząc Tobie pieśń pożegnalną, Matko Władcy wszystkich, nie znająca męża  najświętsza Dziewico, która wybawiłaś  ludzki rodzaj pradawnego osądzenia. Od krańców ziemi zbiegli się najlepsi z apostołów, na polecenie Pana, aby pogrzebać Ciebie, i widząc Ciebie zabraną z ziemi na wysokości, powtarzając radośnie słowa Gabriela: Raduj się Nosicielko Bóstwa, raduj się Jedyna, która połączyłaś w Twym   zrodzeniu   ziemię i niebo ! Ty, która zrodziłaś Życie, do życia przeszłaś przez swoje czcigodne zaśnięcie, Nieśmiertelna. Otaczają Cię zastępy aniołów, Potęg i Mocy, apostołowie i prorocy, i całe stworzenie, Twój niezniszczalnymi rękami przyjmuje Twoją nieskalaną duszę, Dziewicza Matko, Boża Niewiasto." Święty Jan Damasceński napisze w swojej homilii: "Wprowadził Cię Król do mieszkania swego, otaczają Cię moce, błogosławią Księstwa, wysławiają Trony, cieszą się Cherubini, chwalą Serafini, Ciebie w prawdziwej ekonomii będącą według natury Matką ich Pana.” Ikona świadczy o dwóch faktach. Po pierwsze dusza Matki Bożej nie zstąpiła do Otchłani. Po drugie Jej ciało nie zostało podległe zniszczeniu. Liturgia tego dnia oddaje chwałę ciału, Maryi, wezwanemu jak wszyscy ludzie do przemienienia i przemienionej tego samego dnia".  Tu warto usłyszeć na nowo słowa Mistrza które rozbrzmiewają z jeszcze większą siłą- proklamują nadzieję unoszącą ponad objęcia śmierci: "Ja Jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze mnie." (J 14,6-7).






 

sobota, 12 sierpnia 2017


 Mt 14, 22-33

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już o wiele stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się, myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!» Na to odezwał się Piotr: «Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie!» A On rzekł: «Przyjdź!» Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, podszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: «Panie, ratuj mnie!»

Chrystus po nakarmieniu tłumów rozmnożonymi cudownie chlebami i rybami, przynagla apostołów do pozostawienia kłębiących się rzesz ludzi i udania się na drugi brzeg jeziora. Apostołowie pewnie byli zadowoleni z siebie, widzieli dobre owoce swojej działalności. Teraz muszą pozostawić za sobą poklask tłumów, miłe spojrzenia, garście dobrych słów... Pod wieczór wsiadają do łodzi nie przewidując że może zmienić się aura i będą w poważnym niebezpieczeństwie. Wielu z nich jest oswojonych z łodziami, wodą i kaprysami pogody. Ale nawet wytrawnych i zaprawionych w licznych połowach rybaków, coś może jednak zaskoczyć; tak się stało tej nocy. Wody zaczynają przelewać się przez burtę wątłej i nadwyrężonej przez ząb czasu łodzi. Opuszcza ich entuzjazm i pojawia się na twarzach przerażenie. Spostrzegają się, że są sami i zdani tylko na siebie. Ich przerażenie potęguje widok kroczącej ku nim postaci. Myślą, że to zjawa wytworzona przez poruszony strachem umysł. Naglę słyszą słowa: „odwagi ! Ja jestem, nie bójcie się !” Piotr zdobywa się jako jedyny aby wyjść z łodzi i próbować przejść po wodzie. To istne szaleństwo. Reszta bije się z myślami i przyodziewa się w kostium lęku. Piotr idzie, ale po chwili spuszcza wzrok z Jezusa i zaczyna tonąć. Jezus chwyta go za dłoń. Po chwili burza zostaje uciszona i nastaje spokój. Zapewne odebrało mowę przemoczonym do szpiku kości uczniom. „Piotr jest figurą Kościoła- twierdził św. Augustyn pochylając się nad tym fragmentem Ewangelii- Imię Piotr nadał mu Pan i miało ono znaczenie symboliczne, wyobrażało Kościół. W istocie skałą był Chrystus, Piotr przedstawiał lud chrześcijański. Popatrzcie na tego wielkiego Apostoła, jakim był Piotr, który był wtedy symboliczną zapowiedzią nas: raz jest ufny, raz chwiejny. Konieczne zatem było, aby w jednym apostole czyli Piotrze, ukazany był Kościół, został ukazany jeden i drugi rodzaj wiernych, to znaczy silni i słabi, gdyż Kościół nie może istnieć bez jednych ani bez drugich.”  W ten sposób Kościół staje się żywym paradoksem; pozostaje samotnie na górze zanurzając się w modlitwie, a niekiedy żegluje wśród wzburzonych fal- przeciwieństw, prześladowań. Jednocześnie ten słaby i kruchy „okręt” jest „opoką” w którą na próżno biją fale chcąc ją roztrzaskać.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Mt 17,1-9

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego, Jana, zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: Twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło...

Wydarzenie przemienienia Chrystusa na Taborze niesie ogromny ładunek duchowych treści. Kontakion Święta w streszcza duchową głębię: „Na górze Przemieniłeś się, na ile mogli pojąć uczniowie chwałę Twoją i chwałę Twoją, Chryste oglądali, by gdy mieli ujrzeć Cię krzyżowanym, mękę mogli pojąć dobrowolną i całemu światu głosić potem, że Ty jesteś prawdziwym Chrystusem, Światłością Ojca.” Za teologiczną wrażliwością podąża również sztuka próbująca uczynić to wydarzenie bliższym. „Scena ta ma w sobie jakąś dziwną i niesamowitą wielkość. Wszyscy artyści na przestrzeni wieków czerpiący z niej natchnienie- czy będzie to florencki Fra Angelico, czy bizantyjski twórca mozaik z Dafni, czy romański rzeźbiarz La Charite- sur- Loire, czy miniaturzysta królowej Ingeborgi- podkreślają zawsze przerażone osłupienie i niezwykłe zmieszanie tych trzech nieszczęsnych ludzi, którzy wyrwani ze snu widzą nagle, że stoją w obecności Boga” (D. Rops). Tak skonstruowany duchowy obraz, widziany oczami i wyobraźnią późniejszych pokoleń, stanowi próbę przybliżenia się do tajemnicy, która całkowicie nas przekracza. Lęk i zdumienie, którego konsekwencją jest nasycająca serca uczniów radość- widzieliśmy Pana, który się objawił w całej pełni- Teofania. Doświadczenie prostych apostołów jest czymś w rodzaju epignozy- charyzmatycznej wiedzy uzyskanej przez boskie oświecenie (illuminatio). Ponadracjonalna i pozapojęciowa intuicja uzyskana na drodze mistycznego doświadczenia bliskości Boga. Po raz pierwszy w historii zbawienia, Bóg stał się tak niewiarygodnie bliskim i uchwytnym ludzkim oczom. „Jeśli widzieć światłość oznacza być w światłości i uczestniczyć w Jego blasku, który ożywia”- napisze św. Ireneusz z Lyonu. Bóg jest światłością i daje siebie poznać poprzez emanującą z Jego boskiego ciała- światłość. A chrześcijanie skąpani w tym cudzie prześwietlającego wszystko daru, stają się dziećmi światłości- teomorficzność- uformowanie człowieka na „podobieństwo” Boga, zgodnie z patrystyczną zasadą: „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się bogiem dzięki łasce”. Ta ekstatyczna chwila zanurzenia w boskiej światłości, przez całe wieki chrześcijaństwa- stanie się udziałem wielu świętych. Symeon Nowy Teolog, próbował w nieporadnych słowach dotknąć tej tajemnicy, kiedy pewnej nocy zalał go Boży blask. Kiedy odkrył, ze w światłości jest Chrystus, powiedział: „Zatem po raz pierwszy uznałeś mnie, marnotrawnego, za godnego, by słuchać Twojego głosu”. Wiele wieków później, podobne doświadczenie światłości stało się udziałem rosyjskiego starca- był nim św. Serafin Sarowski. Pewnego dnia Serafin wyjawił jednemu z przyjaciół, że w nim, w jego ciele, zamieszkuje dar Ducha Świętego. Motowiłow, bo tak nazywał się człowiek rozmawiający ze świętym ojcem, dowiedział się, że celem życia chrześcijańskiego jest zdobywanie Ducha Świętego. „Ale co to znaczy ?”- nalegał Motowiłow. „Popatrz na mnie”- odparł mu po prostu Serafin. Wtedy Motowiłow ujrzał stojącego w lesie na śniegu małego człowieka; jego twarz jaśniała jak słońce. Chrystus, nie tylko objawił się tylko tym trzem uprzywilejowanym uczniom- objawia się i będzie objawił tym, w których odkryje otwarte oczy serca i pokorę przyjęcia daru łaski. „My wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską…, upodobniamy się do Jego obrazu”. Potrzebne jest nam takie osobiste dotknięcie faktu, który miał miejsce na górze Tabor. Ono przywraca duchową równowagę i odnawia wiarę w to, co nadprzyrodzone i metalogiczne. Papież Leon Wielki komentując tę scenę, napisał coś szalenie ważnego również dla nas współczesnych uczniów. Wspomniał, że celem przemienienia było wyrwanie z duszy uczniów „zgorszenia krzyża”. Kiedy zderzymy się z krzyżem- spadającym na nas w postaci niezrozumienia, choroby, lęku przed śmiercią…, to wtedy przypomnijmy sobie przemienione oblicze Pana. Ten obraz jest niczym innym, jak zapowiedzią naszego zmartwychwstania i radości uczestnictwa w Światłości nieznającej zachodu- metamorfoza świata i ludzkości. „W dzień Zmartwychwstania chwała Ducha Świętego wychodzi z wnętrza, pokrywając ciała świętych- to chwała, którą posiadali wcześniej, ale skrytą w tych duszach. To, czym człowiek dysponuje teraz, ujawni się wówczas zewnętrznie w ciele.” Teraz pozostaje nam wypatrywać i nasłuchiwać kroków Pana. Zobaczymy Go z daleka odzianego w szatę światłości i niewiarygodnie pięknego. Język nam się będzie plątał jak Piotrowi, ale serce będzie opowiadało o człowieczej tęsknocie i miłości. „Dobrze, że tu jesteśmy !”

sobota, 5 sierpnia 2017

Ps 67  

Niech Bóg się zmiłuje nad nami i nam błogosławi;
niech nam ukaże pogodne oblicze.
Aby na ziemi znano Jego drogę,
Jego zbawienie wśród wszystkich narodów.

W przeddzień święta Przemienienia Pańskiego słyszymy żarliwe wołanie Psalmisty o to, aby nieuchwytny dla ludzkiego spojrzenia Bóg zechciał ukazać pełne piękna i blasku oblicze. Wcielenie Bożego Syna i wejście w ludzką historię zdaje się być spełnieniem tego pragnienia. „Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego, zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu, przez którego wszystko się stało...” W wypowiadanym w czasie każdej liturgii Credo, wyraża się wiara Kościoła wobec Tego, który zechciał zerwać zasłonę niepoznawalności i stać się bliskim człowiekowi. Wyznanie wiary nie tylko potwierdza bóstwo Chrystusa, stanowiąc syntezę nowotestamenatlnego przepowiadania, ale nad wszystko prawdę o Bogoczłowieku stającym vis a vis ludzkości nieustannie poszukującej Boga. Wyrażają to słowa ks. Pasierba: „Teraz wiem że musisz być przeraźliwie doskonały wieczny i nieśmiertelny, nierozpoczęty, nieskończony, zbawiający bo umiejący słuchać skoro nie lękałeś się umrzeć z miłości...” Piękno wcielone, przemienione, oszpecone w ramionach śmierci i zmartwychwstałe- Chrystus bliżej człowieka, niż człowiek sam siebie. „Na górze przemieniłeś się, Chryste, i jak mogli pojąć uczniowie chwałę Twoją, która widzieli, aby, gdy zobaczą Cię krzyżowanym, zrozumieli dobrowolną mękę i głosili światu, że Ty zaprawdę jesteś jasnością Ojca.” Każde świadome przeżycie istnienia staje się spojrzeniem skierowanym ku Niemu, myślą o Nim; pragnieniem bliskości. Balthasar pisał, że „kontemplacja rozpoczyna się wtedy, gdy w otchłani tajemnicy zabłyśnie światło, które oświeca wierzącego i ukazuje mu głębię tajemnicy. Nie ogarnia nas wtedy zwątpienie, ani nie naruszamy granic nietykalnych sformułowań dogmatycznych, nie chcemy ich też uczynić bardziej elastycznymi, ale przeżywamy wstrząs, poruszający nas do głębi naszego bytu.” Okazuje się że wiara z łatwością może oglądać to co boskie w tym co materialne i ograniczone. „Filipie- mówił Chrystus- kto mnie widzi, widzi Ojca.” Widzieć Go oczyma wiary, widzieć prawdziwie i bez lęku. Są to nasze oczy- organ niezwykle subtelny, które stały się wewnętrznie widzącymi dzięki uzdalniającemu nas Duchowi Świętemu. „Bóg teraz pragnie być dla grzeszników widzialnym- powie św. Symeon Nowy Teolog- Do tych, którzy widzą przybywa jak światło pośród światła. W świetlistym blasku wszyscy Go postrzegają. Patrzący bowiem widzą w świetle Ducha Świętego. A kto ujrzał Ducha, widzi również Syna. A kto Syna ujrzał, i Ojca dostrzega.”

 

środa, 2 sierpnia 2017


Wj 34, 29-35

Gdy Mojżesz zstępował z góry Synaj z dwiema tablicami Świadectwa w ręku, nie wiedział, że skóra na jego twarzy promieniała na skutek rozmowy z Panem. Gdy Aaron i Izraelici zobaczyli Mojżesza z dala i ujrzeli, że skóra na jego twarzy promienieje, bali się zbliżyć do niego. A gdy Mojżesz ich przywołał, Aaron i wszyscy przywódcy zgromadzenia przyszli do niego, i Mojżesz rozmawiał z nimi. Potem przyszli także Izraelici, a on nakazał im wszystko, co Pan mu powiedział na górze Synaj. Gdy Mojżesz zakończył z nimi rozmowę, nałożył zasłonę na twarz. Ilekroć Mojżesz wchodził przed oblicze Pana na rozmowę z Nim, zdejmował zasłonę aż do wyjścia. Gdy zaś wychodził, mówił Izraelitom to, co mu Pan rozkazał. I wtedy to Izraelici mogli widzieć twarz Mojżesza, że promienieje skóra na twarzy Mojżesza. A Mojżesz znów nakładał zasłonę na twarz, póki nie wszedł na rozmowę z Panem.

W fundamentalnym dziele Włodzimierza Łosskiego Teologia mistyczna Kościoła Wschodniego, znajdujemy obszerny rozdział zatytułowany Boskie Światło. Już na samym wstępie autor snuje następującą refleksję: „Zjednoczenie z Bogiem jest tajemnicą, która dokonuje się w osobach ludzkich.” Pierwszym akordem jest tajemnica spotkania- czyli wejścia w światłość; od razu mamy skojarzenie z dzisiejszym biblijnym opisem dialogu Boga z Mojżeszem (Jego twarz spowita intensywnością światła). Autor wspomnianego dzieła nadaje przebóstwieniu szczególne znaczenie i próbuje je opisać: „Zjednoczenie do którego zostaliśmy powołani, nie jest ani hipostatyczne jak w przypadku ludzkiej natury Chrystusa, ani substancjalne jak w przypadku trzech Osób Boskich: jest to zjednoczenie z Bogiem w Jego energiach albo zjednoczenie przez łaskę, które pozwala uczestniczyć w naturze Boskiej, bez przemiany naszej istoty w istotę Boską.” Mówiąc innymi słowy theosis oznacza spotkanie. Przebóstwienie jest wewnętrznym spotkaniem człowieka z Bogiem, w którym człowiek- niczym naczynie, zostaje napełniony Bożą obecnością. „Oblicze Chrystusa jaśnieje dla duszy chrześcijańskiej i wskazuje jej drogę życia- pisał S. Bułgakow- W chrześcijaństwie nie może być innej drogi, innego ideału życia, jak tylko stać się podobnymi Chrystusowi, „aż Chrystus w was się ukształtuje.” Przebóstwienie to nade wszystko partycypowanie w życiu Trójcy Świętej. „Chrystus przyjmuje świat i przemienia go w soma pneumatikon, „ciało duchowe”, swoją materię... „W Kościele człowiek wezwany jest do tego, by zrozumieć czym jest i czym być powinien, uczestnicząc w komunii trynitarnej... Stawać się tym, czym sakramentalnie człowiek jest w Chrystusie, pod wpływem płomieni Ducha Świętego”- pisał O. Clement. To przemienienie świata dokonuje się przez Chrystusa i w Chrystusie, matowość i nieprzejrzystość świata na skutek grzesznej kondycji ludzkiej, zostaje na nowo otwarta na przyjęcie Ducha Świętego i wejście w sposób odnowiony w wydarzenie eschatologiczne. Dlatego uczestnictwo w wiecznym życiu oznacza dla chrześcijan wschodnich przebóstwieniem. Święty Atanazy oraz inni pisarze starożytnego Kościoła interpretowali w tym pryzmacie opis przeobrażenia z 2 Listu św. Piotra Apostoła o „staniu się uczestnikami Bożej natury.” Ten podniosły i optymistyczny obraz udzielonej łaski jako uczestnictwa w naturze Boga, który stał u podstaw ukształtowania się koncepcji ostatecznego szczęścia odkupionych mogących wiedzieć Boga „twarzą w twarz.” Finał tej teologicznej parenezy jest niezwykle optymistyczny, przejmujący, wsparty na nadziei. Marzę, że ten happy end tak właśnie będzie wyglądał. Oddaję ostanie słowo rosyjskiemu filozofowi Bierdiajewowi: „Epoka końca jest nie tylko epoką zniszczenia, ale także Bogoczłowieczą epoką tworzenia nowego życia i nowego świata. Kościół Nowego Testamentu był symbolicznym obrazem wiecznego Królestwa Ducha... Kiedy zbliżymy się do wiecznego królestwa Ducha, wtedy dręczące antynomie życie zostaną przezwyciężone, a cierpienia, które nasilą się pod koniec, przejdą swoje przeciwieństwo, w radość; dokona się to nie tylko dla przyszłości, ale także dla przeszłości, czas zostanie odnaleziony i wszyscy żyjący będą uczestniczyć w końcu eonu.”

wtorek, 1 sierpnia 2017

Wj 33, 7-11; 34, 5-9. 28

Mojżesz wziął namiot i rozbił go za obozem, i nazwał go Namiotem Spotkania. A ktokolwiek chciał się zwrócić do Pana, szedł do Namiotu Spotkania, który był poza obozem. Ile zaś razy Mojżesz szedł do namiotu, cały lud stawał u wejścia do swych namiotów i patrzał na Mojżesza, aż wszedł do namiotu. Ile zaś razy Mojżesz wszedł do namiotu, zstępował słup obłoku i stawał u wejścia do namiotu, i wtedy Pan rozmawiał z Mojżeszem. Cały lud widział, że słup obłoku stawał u wejścia do namiotu. Cały lud stawał i każdy oddawał pokłon u wejścia do swego namiotu. A Pan rozmawiał z Mojżeszem twarzą w twarz, jak się rozmawia z przyjacielem... A Pan zstąpił w obłoku, i Mojżesz zatrzymał się koło Niego, i wypowiedział imię Jahwe.

Życie duchowe rodzi się w obszarze serca, dialogu i poznania krok po kroku. Trzeba przy tym ogromnej pokory, otwartości i spontaniczności, niczym małe- gotowe na ryzyko dziecko. Droga kontemplatywna którą przechodzi Mojżesz, a której błogosławionym momentem jest przebywanie w Bogiem w Namiocie Spotkania staje się drogą każdego człowieka wiary. Komentuje to w jednej z homilii dla nas św. Grzegorz z Nyssy. „Wizja Boga, jakiej doświadcza Mojżesz, zaczyna się od światła; następnie Bóg przemawiał do niego w obłoku. Kiedy jednakże Mojżesz wznosi się wyżej i staje się doskonalszy, ogląda Boga w ciemności. Nauka płynąca stąd dla nas jest następująca. Nasze początkowe odejście od fałszywych i błędnych idei o Bogu jest przejście z ciemności w światło. Z kolei przychodzi dokładniejsza świadomość rzeczy ukrytych i dzięki niej dusza prowadzona jest przez zjawiska zmysłowe do światła rzeczy niewidzialnych. Świadomość ta zaś jest rodzajem obłoku, który zaciemnia wszystko, co ukazuje się wzrokowi i powoli prowadzi duszę ku temu, co ukryte i przyzwyczaja ją patrzeć w tę stronę.” W tej przestrzeni irracjonalnego zdumienia i bliskości, Bóg zwraca oblicze ku człowiekowi, mówiąc: „Jestem, Który Jestem.” W tym imieniu zawiera się pedagogia bliskości i usunięcie zasłony niepoznawalności. „Objawienie oznacza uchylenie zasłony, ale Wcielenie jeszcze bardziej zasłania oblicze Boga” (B. Pascal). Z tej autoprezentacji Boga i zachwytu Mojżesza rodzi się teognozja, czyli teologia mistyczna opowiadająca o etapach drogi zjednoczenia z Bogiem. „Boskie „Ja” przemówiło do człowieczego „ty.” To On jest inicjatorem spotkania, rozmowy, otwarcia wzroku duszy. Ewagriusz z Pontu powie: „Kto trwa na modlitwie zostaje obleczony w ponadpostaciową światłość, jest miejscem przebywania Boga.” W chrześcijaństwie miejscem teofanicznym jest serce człowieka i przestrzeń jaką jest Kościół. Ojcowie Kościoła wyrażą to w następujący sposób: „Człowiek jest mistycznym Kościołem. Przez nawę swego ciała wyjawia on swoje możliwości twórcze; przez prezbiterium duszy ofiarowuje Bogu duchową istotę rzeczy..., przez ołtarz ducha przywołuje w swe serce Słowa Bożego ciszę, będącą pełnym mocy głosem przekraczającym wszelkie poznanie. W Kościele człowiek jednoczy się z Bóstwem w tej mierze, w jakiej jest to dostępne człowiekowi i otrzymuje pieczęć oślepiającej jasności.” Przemierzając zawiłe ścieżki poszukiwania Boga człowiek zostaje przez Niego zauważony i zaproszony do wejścia w relację miłości. Miłość tak rozumiana rodzi wzajemność. Miłość to potwierdzenie „Jestem”- wiecznej pamięci i afirmacji Kochającego. Posiłkując się słowami św. Pawła życie Boga staje się naszym życiem, a odpowiedzią na ten stan jest pełne wiary wyznanie „już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus.”

poniedziałek, 31 lipca 2017


Mt 13,31-35

Powiedział im inną przypowieść: „Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło”. To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: „Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata”.

Czytając przypowieści wypowiedziane przez Chrystusa, czasami bardzo proste- codzienne, bez filozoficznej otoczki; często odwołują się do naszego doświadczenia po to, aby przenieść nas do świata niewidzialnego. „Teologia- pisał Chenu- to nie ściśle zorganizowany system zasad, wyprowadzanych ze Słowa Bożego. Jest ona przede wszystkim słowem działającym w historii. Później dopiero idą moje racje. Tędy niewątpliwie biegnie droga, którą należy podążać: Bóg wszedł nade wszystko wraz z wcieleniem Słowa w dzieje świata, a zatem poprzez dzieje dochodzę do zrozumienia tajemnicy.” Należy przebić się przez oczywistość, aby dotknąć całkiem innego wymiaru. „Są rodzajem mostu łączącego dwa brzegi: czas i wieczność, teraźniejszość i przyszłość, świat ludzki i świat Boski, rzeczy dnia codziennego i tajemnicę. Te dwa brzegi nie znajdują się jednak na tym samym poziomie. Dzieli je jednak olbrzymia przepaść”. Przejście z jednego brzegu na drugi, wymaga naszego duchowego wysiłku i otwartości serca. Chrystus porównuje Królestwo niebieskie do zaczynu. Każda gospodyni doskonale wie, iż bez zaczynu nie wyrośnie ciasto; czynność zakwaszania wpływa na jakoś wypiekanego bochenka chleba. Przypowieść można rozumieć na dwa sposoby. Pierwszy to wizja Kościoła- wspólnoty wierzących, który powinien stać się zaczynem dla świata; uobecnić rzeczywistość Królestwa tu  i teraz. Apostołowie byli tym ugniecionym, dobrze wyrobionym ciastem z którego uformowało się „Ciało”- Kościół w którym spożywa się Chleb Życia- Chrystusa. Zakwasem może być również ożywcze i uświęcające działanie Ducha Świętego- od pierwszej Pięćdziesiątnicy, Kościół jest zapładniany wiarą, nadzieją i miłością- formowany dłońmi Boga.   

 

niedziela, 30 lipca 2017


Mt 13, 44-46

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść: «Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją».

Chrystus po raz kolejny posługuje różnymi obrazami z życia codziennego, aby przybliżyć swoim słuchaczom prawdę o Królestwie Bożym. Dwie przypowieści na których zatrzymuje się nasz uwaga, odsłaniają pewne zadanie które musi podjąć człowiek wierzący. Chodzi o to, aby szukać, wyjść ku przygodzie, pracować, dokonywać wyboru, zaangażować się, by zrobić coś na co wcale nie mamy ochoty i bardzo możliwe że jest to sprzeczne z naszym osobistym interesem. „Życie musi się skończyć..., miłość nie” (M. Abom). Przybliżanie się ku tej innej rzeczywistości- odsłanianej trochę enigmatycznie przez Chrystusa wymaga odwagi i przeorganizowania własnego życia. Odkrycie stawia człowieka przed wyborem. Jeśli Królestwo Boże jest rzeczywistością najcenniejszą, to ze względu na nie trzeba poświeć wszystko inne... Trzeba dobrze zrozumieć słowo „poświęcić”, nie jest to bowiem starta, ale w szerszej perspektywie zysk. W tym kontekście z pewnym wyrzutem o odwadze wyjścia poza, pisał M. Delbrel: „Odczuwamy potrzebę stawiania Boga na tej samej płaszczyźnie co aktualna moda dnia, tak jakby nie był On „modny” w każdy dzień, jakby można Go było wyretuszować. Kiedy już poznaliśmy słowo Boże, nie mamy prawa nie przyjmować go, kiedy już raz je przyjęliśmy, nie mamy prawa nie pozwolić mu wcielić się w nas, nie mamy prawa zatrzymywać go dla siebie: od tej chwili należymy do tych, którzy oczekują na to słowo.” Aby doświadczyć zbawienia eschatologicznego trzeba najpierw podjąć misję ucznia, potrzeba mądrości wiary- ewangelizatora i świadka. Wierzyć, to znaczy mieć świadomość, że jest się kochanym, i odpowiadać swoim życiem na tę miłość. Ks. Maliński pytał: „Po co pracujesz ? Nie uciekaj od tego pytania, nie prześlizguj się obok niego. Praca wypełnia twoje życie: poświęcasz jej lwią część swojego czasu... Pytaj o intencję. On cię kształtuje. Taki jesteś, jaka jest odpowiedź na to pytanie.” Miał rację św. Augustyn mówiąc, że my już należymy do Królestwa Bożego i do ludu Bożego „wierząc w Niego i postępując w łasce.”

piątek, 28 lipca 2017

Mt 13, 18-23

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Posłuchajcie przypowieści o siewcy. Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na grunt skalisty oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia i jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane wreszcie na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny».

Uważna lektura Ewangelii pozwala uchwycić obecność i nauczanie Chrystusa w niezwykłej bliskości względem słuchaczy. Pan posługuje się zręcznym zabiegiem formacyjnym, przechodzi niezwykle płynnie od opowieści jaką jest przypowieść do płaszczyzny głębszej- rozszerzającej nie tylko wyobraźnię odbiorców, ale i ich serca. „Istotnie, styl Pisma Świętego- pisał Klemens Aleksnadryjski w Kobieracach- jest stylem przypowieści, ponieważ Pan, nie będąc z tego świata, chciał przez poznanie, wznieść żyjącego w świecie człowieka do rzeczywistości zrozumiałych i pierwszych, a przez to sprawiać, by człowiek przeszedł z jednego świata do drugiego. Z tego powody posługiwał się metaforami… Przypowieść jest, sposobem wyrazu, który pomaga skutecznie pojąć sens główny przy pomocy innych słów. Dodajmy, iż cała prorocka ekonomia w odniesieniu do Pana, nieznającym prawdy wydaje się jedynie przypowieścią.” Jezus ma jasno spolaryzowane audytorium: „Tych, którzy słuchają słowa i rozumieją je”- mowa tu o uczniach i tych którzy przyjmą naukę dzięki ich przepowiadaniu, oraz „tych, którzy słuchają słowa i nie rozumieją go”, reprezentantami tej grupy są ludzie nie potrafiący sercem przyjąć prawdy. Święty Augustyn próbuje usunąć granicę pomiędzy jednymi i drugimi: „Jeśli jeszcze nie rozumieją, to zanim zaczniemy ich nakłaniać, trzeba ich pouczyć może poprzez znane im sprawy, zostaną tak pobudzeni, że nie potrzebne już będą wielkie wysiłki elokwencji, by ich nakłonić.” Wiara rodzi się ze słuchania- nie ma ten zabieg na celu działania podprogowego, czy w jakikolwiek sposób ubezwłasnowolnienia. Słowo padające na grunt serca powinno zrodzić owoc wiary. Doświadczenie siewcy o który opowiada Pan było czymś dobrze znanym słuchaczom, każdy rolnik powtarzał ten sam gest co roku. Z perspektywy czasu rozumiemy „słowo” jako chrześcijańskie przesłanie- Dobrą Nowinę. To słowo jest niepowtarzalne, ciągle świeże, pomimo wielokrotnego wsłuchiwania się w nie, sprawia duchowe skutki. Świat to nie tylko obsiane pole na które wchodzi Kościół, ale to miejsce wzrostu i ostatecznie dojrzałych plonów, lub nieurodzaju- ziarno może wpaść między ciernie i obumrzeć. Jezus pragnął w ten sposób wyrazić, co sądzi o trudnościach, jakie Jego słowo rodziło pośród słuchaczy. „Gdyby Pan raczył mi udzielić sztuki duchowej uprawy- rozmyślał w swojej homilii Orygenes- gdyby dał mi zręczność dobrego rolnika, to jedno z tych słów wystarczyłoby do zasiania tej powierzchni.” Tak naprawdę przypowieść o rozrzuconych przez Siewcę ziarnach dotyczy nas wszystkich; paradoksalnie ciągle jesteśmy zasiewaną ziemią i siewcą rzucającym ziarna tam, gdzie są ciernie, kamienie i peryferia nieprzychylne dynamice wiary. Ten „obrzęd” będzie cierpliwie ponawiany do momentu kiedy przyjdzie ponownie Chrystus i stanie na „polu świata,” mówiąc: „Oto czynię wszystko nowe” (Ap 21,5).

czwartek, 27 lipca 2017


Dn 3, 52. 53-54. 55-56  

Błogosławiony jesteś Ty, co spoglądasz w otchłanie,
który zasiadasz na Cherubach,
pełen chwały i wywyższony na wieki.
Błogosławiony jesteś na sklepieniu nieba,
pełen chwały i wywyższony na wieki.

Prorok Daniel jest pisarzem apokaliptycznym, z wielką starannością nakreśla wizję przyszłości ogłaszając, że Syn Człowieczy przybędzie na obłokach nieba i otrzyma od Jahwe wieczyste panowanie, chwałę i koronę królewską. Tak sformułowana starotestamentalna wizja będzie miała silne odzwierciedlenie w tradycji Nowego Testamentu, a szczególnie w rozumieniu osoby Chrystusa- Bogaczłowieka. To Chrystus jest w sercu historii zbawienia, w Nim i przez Niego wszystko zostaje włączone w ekonomię miłości i ostatecznego spotkania. Prorok wprowadza nas w kontemplację „jutrzejszego dnia”- stanowiącego akord do całkowitego przeobrażenia świata i człowieka. Kiedy przyjdzie apokaliptyczny Baranek i pękną pieczęcie, nastąpi odnowienie wszystkiego; nastąpi kosmoteoza, zgodnie z intuicją św. Pawła: „wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa, a Chrystus- Boga” (1Kor 3,22-23). A wszelkie stworzenie w porywie onieśmielającego zachwytu, wypowie Królowi jednogłośne uwielbienie: „Zasiadającemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc na wieki wieków” (Ap 5,13). Próbował to zgłębić na sposób teologiczno-ewolucjonistyczny Teilhard de Chardin: „Jak błyskawica przebiegająca od jednego bieguna do drugiego, tak nagle objawi się obecność Chrystusa niedostrzegalnie wzrastająca w stworzonej rzeczywistości… Jak błyskawica, jak gwałtowny pożar, jak potop tak przyciąganie przez Syna Człowieczego obejmie wszystkie element spiral kosmicznych, aby je złączyć lub podporządkować Jego Ciału.” Zdaniem badacza wraz ze zmartwychwstaniem Chrystusa zostaje uwolniona energia miłości, by od tego momentu organizować noosferę i poruszać ją w kierunku punktu Omega. „Ciągłość między starą a nową ziemią nie zostaje przerwana, ale dokonuje się przejście, transcensus- pisał A. Turnicew- przeskok z jednego sposobu istnienia do drugiego… Paruzja jest zjawiskiem metafizycznym, meta kosmicznym, które zmienia naturę całego wszechświata.” Czyż w tej proroczej i pełnej apofazy atmosferze nie rodzi się twórcza intuicja, która zostaje utrwalona w ikonograficznej wizji ? Sztuka zostaje przesycona pragnieniem eschatologii. Ten obraz odkształca się w ikonie i staje się epifanią świata wyrywającego się poza naszą rozumową percepcję. Sztuka wdzięcznie podejmuje ten temat, otwierając „portal wieczności” i tęskniąc za utkanym ze światłości Kyriosem. „Aniołowie otaczający Tron z góry nazwani są Dniami, a ci, którzy otaczają Tron z dołu, nazwani są Nocami”- powie księga Zoharu. Dostrzegamy to wyobrażenie w cudzie bizantyjskiej sztuki, twórczości Mistrza Rublova i galopującego w swej płodnej kulturze średniowiecza; w bazylikowych przedstawieniach Chrystusa Pantokratora zasiadającego na tronie spowitym ogniem i piętrzącymi się sferami fantazyjnie utkanych bytów. W tych malarskich wizjach jest również miejsca dla nas podniesionych z nędzy grzechu i pęt śmierci. Na mozaikach w Ravennie i rozsianych licznie miejsc Imperium Bizantinum oglądamy licznie: pawie symbolizujące nieśmiertelność, jelenie pijące ze źródła będące symbolem wiecznego życia, gołębie chłepczące nieśmiertelność z lavacrum wieczności. Jesteśmy również częścią tej idyllicznej opowieści mającej swój finał w Bogu. Modlimy się słowami wielu pokoleń chrześcijan żyjących przed nami: Przyjdź, Panie Jezu !

 

środa, 26 lipca 2017

Mt 13,16-17

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli”.

Starożytne Ody Salomona mówią o niepoznawalności Boga i przepaści miedzy światem transcendentnym a człowiekiem; choć nie wykluczają absolutnie zmniejszenia tego dystansu: „Ponieważ wszystko jest w Górze, nic nie jest na dole. Ale tak się wydaje tylko tym, którzy nie mają poznania.” Ewangelia wręcz przeciwnie opowiada o poznaniu bezpośrednim Boga, jest novum w kontekście Starego Testamentu. To zdumiewający zwrot w historii relacji między człowiekiem a Tym, którego ludzkie oczy nie mogły dostrzec. Percepcja staje się fundamentalnym elementem wiary, a wizja zostaje utrwalona w materialnym wizerunku. Kult ikon w Kościele jest najbardziej namacalnym świadectwem przez które chrześcijaństwo proklamuje prawdę o tym, że Bóg pojawił się w ludzkim ciele w osobie Jezusa Chrystusa. „Czym byłby świat, gdyby nie narodził się w nim Chrystus- pytał rosyjski myśliciel Czadajew- Odpowiem jednym słowem: niczym.” Bez Wcielenia nie możliwe byłoby zobaczenie oblicza Boga i usłyszenie Jego słów. Ukazanie się Boga w ludzkiej postaci zrodziło sztukę; umożliwiło zobrazowanie Niezobrazowanego do tej pory. Zostaje zniesiony starotestamentalny zakaz wykonywania wizerunków. Mojżesz i Eliasz starotestamentowi nestorzy teologii uchwycili wzrokiem Przemienionego Pana na Górze Tabor. Światłość wypisała kontury Tego, którego zasłaniał krzak ognisty, czy obłok. Od tej pory córki i synowie Adama mogą oglądać oblicze Boga i pozostać przy życiu. Święty Paweł tłumaczy, że „My wszyscy z jaśniejącą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską”(3,18), jak również nazywa Chrystusa ikoną Boga. Święty Jan Damasceński powie, że obraz Chrystusa został „wypalony w duszy chrześcijan,” ponieważ możemy kontemplować Boga „widocznego w ludzkim ciele.” Obecność Chrystusa Przemienionego i Zmartwychwstałego- spowitego światłem jutrzenki, utrwaliło się w duszach apostołów, jak również stało się udziałem każdego wierzącego człowieka- w głębi duszy. Święty Makary mistyk i nauczyciel mnichów pisał o doświadczeniu przez duszę przemienionego Pana: „Dusza, którą w sposób doskonały oświeciło niewypowiedziane piękno i chwała światłości oblicza Chrystusowego i która ma doskonałe uczestnictwo w Duchu Świętym i stała się zasługująca na to, by być mieszkaniem  tronem Boga, staje się całkowicie okiem i całkowicie światłem oraz całkowicie obliczem Chrystusa, który ją wiedzie i kieruje i niesie i przyprowadza wszędzie, upiększa i ozdabia duchowym pięknem.”

wtorek, 25 lipca 2017


2 Kor 4,7-15

Bracia: Przechowujemy skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas. Zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu; żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy; znosimy prześladowania, lecz nie czujemy się osamotnieni, obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy. Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiało się w naszym ciele. Ciągle bowiem jesteśmy wydawani na śmierć z powodu Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym śmiertelnym ciele. Tak więc działa w nas śmierć, podczas gdy w was - życie.

Naczynia gliniane w egzegezie chrześcijańskiej są czymś więcej niż pobożnym artefaktem w ustach świętego Pawła. Naczynie gliniane nabiera znaczenia symbolicznego, jak twierdził Cassier  „jest częścią ludzkiego świata treści.” Maksym Wyznawca przekonywał chrześcijan że „Słowo objawione powinno być rozumiane w sensie wewnętrznym i duchowym, objaśnianym przez sam Kościół. Tylko wtedy może prawdziwie oświecić każdego człowieka żyjącego na tym świecie.” W tym kluczu wewnętrznym czytamy Pawłowy symbol. Powszechną funkcją naczynia wydrążonego w środku jest zawieranie czegoś, przechowywanie i zachowywanie na później. Idąc dalej postrzegamy naczynie jako obraz ziemskiego życia człowieka i jego relacji do Boga. Somatyczność człowieka odzwierciedla kruchość ukształtowanej w dłoniach Garncarza i wypalonej w ogniu gliny. U Jeremiasza czytamy o Jechoniaszu który zostaje nazwany „naczyniem wyrzuconym.” O pozyskanym dla chrześcijaństwa Szawle Pan powiedział: „Wybrałem sobie tego człowieka jak szczególne naczynie” (Dz 9,15). Stąd naczynie również można rozumieć jak wybrane przez Boga narzędzie: „Czyż garncarz nie ma mocy nad gliną i nie może z tej samej zaprawy zrobić jednego naczynia ozdobnego, drugiego zaś na użytek niezaszczytny ?” (Rz 9,21). Zatem człowiek wiary porównany zostaje do naczynia: ukształtowanego w dłoniach, wypalonego w ogniu, kruchego, zarysowanego, czy pękniętego w jakimś miejscu. Egzystencja duchowa zostaje wyartykułowana w glinianej formie, tak bardzo nie trwałej, choć jednocześnie użytecznej. „Cechą charakterystyczną współczesności nie jest odrzucenie religii, ale odrzucenie transcendencji” (G. Ruggeri). To tak jakbyśmy świat był wielkim ogrodem z nasadzeniami różnych kwiatów, ale pozbawionym naczynia które mogłoby dostarczyć tam wodę. Gliniane naczynia są plastycznym odzwierciedleniem Kościoła- często stłuczonego, ale nieustannie wypełnianego po brzegi miłością Chrystusa. Ta łaska musi przelewać się na zewnątrz; zatrzymana tylko w naczyniu nie czyni wzrostu. W epigrafice z pierwszych wieków Kościoła najbardziej wierni świadkowie wiary byli przedstawiani jako vas Christi – „naczynie Chrystusa.” Chrześcijanie winni zatem deponować w swoich sercach łaskę wiary, po to aby nią się dzielić. Klemens Aleksandryjski dawał wskazówki katechumenom: „Przyjmijcie więc wodę poznania; jesteście jeszcze zbrukani, obmyjcie się, pokropcie się kroplami prawdy… Jesteś człowiekiem, szukaj zatem swego Stwórcy; jesteś dzieckiem, uznaj zatem swego Ojca.” Nie mamy zatem prawa utyskiwać, że jesteśmy tylko wędrowcami poruszanymi podmuchami wiary, ale naczyniami łaski i źródłem „Wody Życia” dla spragnionego, a może będącego już w stanie powolnej agonii świata.

poniedziałek, 24 lipca 2017


Wj 15, 1-20.

 Pan, wojownik potężny,
«Ten, który jest», brzmi Jego imię.
Rzucił w morze rydwany faraona i wojsko jego,
wybrani wodzowie legli w Morzu Czerwonym.

W pierwszym odczuciu wydaje nam się, że mamy do czynienia z pełnym patetyczności obrazem Boga ocalającego Izraela. „Pojęcia tworzą idole Boga, tylko wielkie wzruszenie coś przeczuwa”- pisał św. Grzegorz z Nyssy. Czy tym wzruszeniem- być może chwilowym jest świadomość bycia ocalonym ? Szczelina, którą czyni Bóg w wodach Morza Czerwonego pozwala na uświadomienie sobie, że Ten który przynosili wybawienie, prawdziwie kocha człowieka w sytuacji dramatycznej i bez wyjścia. Wielu myślicieli XX wieku odrzucający przesłanie religii po Shohah stawiało to samo pytanie: Dlaczego Bóg milczał i nie wybawił cierpiących z ucisku ? Konsekwencje tych pełnych pretensji pytań pozostawiły swój ślad do dzisiaj. Ferry w książce pt. Człowiek-Bóg, czyli o sensie życia, snuje ważną refleksję: „Faktem jest że psychologia zdetronizowała teologię. Jednak w dzień pogrzebu, kiedy stoimy przed otwartym grobem, ogarnia nas zakłopotanie. Co powiedzieć matce, która straciła córkę, co powiedzieć zapłakanemu ojcu ? Tak oto brutalnie zostajemy postawieni wobec pytania o sens, a raczej uświadamiamy sobie brak tego pytania w dzisiejszym zlaicyzowanym świecie.” Milczenie Boga rozumiane przez wielu jako Jego słabość lub wycofanie, nigdy nie było wycofaniem się, On po raz kolejny „ogołocił samego siebie” (Flp 2,7), pozwolił zmiażdżyć się ogromem absurdalnej i wypaczonej ludzkiej wolności. Skazany na śmierć protestancki pastor Bonhoeffer napisał: „Tylko cierpiący Bóg może pomóc.” Może wstydzimy się mówić o tym, że Ten który jest Panem może współcierpieć z tymi którzy są bezbronni. „Kenoza jest drogą, przejściem (Paschą !)- powie ks. Hryniewicz- do pełnej chwały i wywyższenia. Objawia ona bezmiar ofiarnej miłości Boga do ludzi, a jednocześnie odsłania realizm uczestnictwa Chrystusa w śmierci każdego człowieka. Śmierć Chrystusa ma charakter uniwersalny. W Jego umieranie włączona jest śmierć każdego człowieka: jeżeli ocala On i wskrzesza każdego, to właśnie dlatego, że prawdziwie z każdym człowiekiem współcierpi i współumiera w ciągu całej historii zbawienia.” Dlatego w noc chrześcijańskiej Paschy – Zmartwychwstania Chrystusa chrześcijanie wyśpiewują triumfalny psalm przejścia przez „Morze Czerwone” – to obraz ocalonego od żądła śmierci Kościoła. Lęk przed cierpieniem, śmiercią i bezsensem jakiegokolwiek historycznie dokonanego zła zostaje rozświetlony obecnością Zwycięskiego Wodza. Apokalipsa św. Jana porównuje zwycięstwo, jakie wybrani odnieśli nad śmiercią, do przejścia przez żywioł wody i wkłada w usta Kościoła zwycięską pieśń siostry Mojżesza: „ I ujrzałem jakby morze szklane, pomieszane z ogniem, i tych, co zwyciężają Bestię i obraz jej, i liczbę jej imienia, stojących nad morzem szklanym, mających harfy Boże. A taką śpiewają pieśń Mojżesza, sługi Bożego, i pieśń Baranka” (Ap 15, 2-3). W Bestii rozpoznajemy faraona, figurę szatana, który został zniszczony wodą sądu, podczas gdy lud zwycięski stoi na drugim brzegu przechodząc suchą nogą przez otchłań śmierci. Nie trzeba jakiejś nadzwyczajnej wyobraźni teologicznej aby nie skojarzyć tego wielkiego obrazu z Chrztem jako aktualizujące się w łonie Kościoła dzieło Odkupienia. Przejście przez żywioł stało się prototypem odkupieńczego wyzwolenia i swoistego remedium na stan pustki egzystencjalnej. Wczytując się w język Odkupienia Ojcowie Kościoła będą głosić katechezę zwycięstwa. Święty Bazyli pisze: „To, co wiąże się z wyjściem Izraela, zostaje odniesione do tych, którzy zostają ocaleni przez chrzest… Może jest figurą chrztu, który wyzwala od faraona, tak chrzest od tyranii diabła… Lud wyszedł z morza cały i zdrowy: my także wynurzamy się z wody jak żywi spośród umarłych.” I na koniec jeszcze jeden fragment- św. Augustyna: „Cóż mogło być bardziej potrzebne dla podniesienia naszej nadziei…, jeśli nie to, żeby nam dowieść, jak bardzo Bogu na nas zależało i jak bardzo nas umiłował.”

niedziela, 23 lipca 2017


Rz 8, 26-27

Bracia: Duch Święty przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą

Tajemniczą i nieuchwytną obecność Ducha Świętego wyrażają symbole którymi często posługuje się język Biblii. Jest On niczym nadchodzący wiatr- Pneuma – oddech przychodzący z niewiadomo skąd. Życie zdolne stać się ożywczą rosą, sprawiając, że martwa i nie zamieszkana pustynia przemienia się w raj. Poznajemy go po szumie drzew, rozwianych na głowie włosach, w poruszanym każdym centymetrze twarzy. Duch to żar ognia, będący w ruchu nie możliwy do zatrzymania…, żywioł tak dynamiczny, że przeobraża wszystko co spotka na swojej drodze. W końcu Ten o którym rozprawiamy z wielką pokorą jest Pięknem. Święty Cyryl pisał o Duchu przywracającym urodę, którą ludzie utracili przez grzech. Stwarzając Adama, „Bóg dał mu najdoskonalszą piękność- sprawiając jego uczestnictwo w swym duchu.” Nie potrafię inaczej nakreślić Jego portretu jak tylko za pomocą symboli oddających twórczą dynamikę Jego działania. „Jesteśmy świadomi Jego obecności- pisał K. Ware- znamy Jego siłę, ale nie możemy wyobrazić sobie Jego osoby. Druga osoba Trójcy wcieliła się, żyła na ziemi jako człowiek; ewangelie opowiadają nam o Jego słowach i czynach, Jego twarz spogląda na nas ze świętych ikon, więc nie trudno wyobrazić sobie Go w naszych sercach. Ale Duch się nie wcielił, a Jego boska osoba nie została objawiona w ludzkiej formie… Jest On jak święty hieroglif – wskazuje tajemnicę jeszcze nie do końca odkrytą.” Duch Święty nie tylko pozwala nam zrozumieć głębię naszej wiary- Jest bowiem „danym nam” (Rz 5,5), „posłanym do naszych serc” (Ga 4,6), „błagającym w nas” (Rz 8,26-27), „dającym świadectwo” w nas, że jesteśmy dziećmi Bożymi i współdziedzicami Chrystusa (Rz 8,15-16). On wewnętrznie w nas zamieszkuje, czyniąc z nas duchową świątynię w której jednoczy nas z Chrystusem. Budzi w nas uśpione niczym w letargu życie duchowe, uczy modlitwy i daje moc kochania w akcie nieustannej epiklezy. Duch Święty sprawia, że mogą dokonać się nasze „powtórne narodziny” i droga uświęcenia- przebóstwienie. Za każdym razem kiedy zwracamy przez Chrystusa pojawia się Duch i na odwrót- wchodzimy we Wspólnotę Miłości Boga. Wyjaśnia to rzetelnie św. Sylwan z Atosu: „Duch Święty jest miłością; owa miłość jest rozlana we wszystkich duszach świętych mieszkańców nieba i ten sam Duch Święty przebywa w duszach miłujących Boga.”

sobota, 22 lipca 2017


2 Kor 5,14-17

Bracia: Miłość Chrystusa przynagla nas, pomnych na to, że skoro Jeden umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli. A właśnie za wszystkich umarł Chrystus, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał. Tak więc i my odtąd już nikogo nie znamy według ciała; a jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób. Jeżeli więc kto pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe.

Krzyż i Zmartwychwstanie Chrystusa proklamowane z tak wielką siłą przez św. Pawła było decydującym wydarzeniem paschalnym w dramacie ludzkiego zbawienia. Średniowieczna poezja i utrzymująca jej kroku udramatyzowana liturgia opowiadały o Chrystusie Zwycięskim przedstawiając Go jako Rycerza- Kochanka. Wiele tych barwnych narracji opartych jest na księdze Pieśni na Pieśniami. Piękna postać rycerza, krwawiąca pod drzewem, poraniona od stóp do głowy, rysuje historię pełnego miłości cierpienia z powodu człowieczej duszy, której trzeba spieszyć na ratunek. Szeroka rana w boku Chrystusa- Kochającego rycerza jest komnatą oblubieńca w której odnajduje spełnienie oblubienica jaką jest Kościół. Tę odkupieńczą miłość Boga możemy rozumieć jako samooddanie się. „Bóg nie chciał być Bogiem bez człowieka”- jak pisał F. Baader. Teologia wschodnia niezwykle mocno akcentowała obraz Boga uniżonego i pełnego miłości – Filanthropos, który jak pisał Bierdiajew „był w świecie incognito i to było Jego kenozą.” Ale fakt, że był niejako niezauważalny w swojej boskości, było kosztownym darem miłości znajdującym swój finał jaśniejącym blasku Krzyża. Tu w całej rozciągłości wybrzmiewają słowa Gabriela Marcela: „Kochać jakiś byt, znaczy mówić: Nie umrzesz”. Miłosna aprobata Boża konkretyzuje się w najdoskonalszym i jednym w historii świata akcie Jezusa; nie tylko uwalnia od niemożności kochania, ale miażdży śmierć, ofiarowując nową przemienioną już jakość istnienia. Ewangelia opowiadając o dokonanym triumfie Chrystusa, rozpościera wizję powszechnego zmartwychwstania ludzi- bycia odtąd „nowy stworzeniem”- „niebiańską społecznością zbawionych”. To najpiękniejszy i przeniknięty nadzieją epilog chrześcijaństwa. Malarze, rzeźbiarze, muzycy, poeci i literaci stworzyli niezliczoną liczbę przedstawień zmartwychwstania ludzkości. Odwołam się tym razem do znanego wszystkim dzieła Dantego Boskiej Komedii, i zachwycającego opisu jego Paradiso. Niech XXXIII pieśń poprowadzi nas przez Niebo uchylając niezgłębioną miłość Boga: „Tak że Stworzyciel, zszedłszy z majestatu. Nie wzgardził wmieszać się w między stworzenie. W tym łonie miłość zapłonęła światu, a na nią rozgrzany i wiecznym pokojem wyrósł pąk cudownego kwiatu. Tyś nam jest światła południowy zdrojem, Ty śmiertelnikom na porze spiekoty Jesteś nadziei żyjącym napojem… W Nim, ale własnym malowanym świtem, zjawił się Twarzy Człeczej Wizerunek źrenice w niego wpoiłem z zachwytem… Miłość co wprawi w ruch słońce i gwiazdy.”

piątek, 21 lipca 2017


Ps 116

Czym się Panu odpłacę
za wszystko, co mi wyświadczył?
Podniosę kielich zbawienia
i wezwę imienia Pana.

Wcześnie rano celebrowałem Eucharystię, w samym środku tego wydarzenia można odnaleźć pokój wewnętrzny i wejść w komunię z Chrystusem. W Liturgii wszystko, co jest poza, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie- najważniejszy jest Bóg i Jego miłość którą można się nasycić. Dla kapłana sprawowanie Boskiej Liturgii jest ciągle ponawianym świętem obecności Boga. Bliskość- tak bardzo za nią tęsknimy, szamocząc się ze sobą i zasklepiając w sobie niczym ślimak. Tak rozumiana obecność przekracza dyskursywne myślenie i granice serca. Święty Jan z Kronsztadu powiedział, że „Liturgia jest nieustającym misterium.” To jedno zdanie wyczerpuje całą ludzką mądrość przekuwaną na teologiczne argumentacje, czy najbardziej piękne sformułowania. „To końcowe misterium- wyjaśnia bizantyjski teolog Kabasilas- Nie można pójść dalej poza nie, ani też czegokolwiek do niego dodać.” Eucharystia jest syntezą całego duchowego doświadczenia- „szczytem”, „źródłem”, najcudowniejszą wymianą darów, najgłębszą dystrybucją miłości. Liturgia jest obwieszczaniem pokoju, szczególnie kiedy na zewnątrz panuje zgiełk, krzyk i brak jedności. „Modlimy się o pokój całego wszechświata. Nie tylko za ludzi, lecz za wszystkie stworzenia: zwierzęta, rośliny, gwiazdy, za całą naturę”. Liturgia staje się poematem pochwalnym- wielką doksologią, w której rozbrzmiewa przesłanie miłości i uwielbienie od jej nadmiaru. Bóg wchodzi w serce stworzenia, stając się materią do spożycia- Ogniem Miłości ! Nie potrafimy do końca zrozumieć tego Święta harmonii i piękna, przeistaczania świata w miłość. Codzienny cud przebóstwiający profanów ziemi w obywateli nieba. „Wtedy też jaśniejąca niezwykłym blaskiem Boża chwała w tajemniczy sposób spoczywa na nas i sprawia, że stajemy się namaszczeni Bogiem i otrzymujemy, według danej nam obietnicy, zdolność jaśnienia jak słońce przy powtórnym przyjściu naszego Ojca” (św. Grzegorz Palamas). To zjednoczenie z Chrystusem Kościoła, sprawia, że ludzka  i brudna od grzechów wspólnota staje się przejrzysta, promieniująca światłem, obmyta u Źródła Życia. Pewnego dnia zapytano ojca Pio: „Czym jest dla ciebie Msza Święta ?” Odparł: „Odpowiedź znajduje się na Ołtarzu, wystarczy tylko pomyśleć o tym, co się tam dzieje !” Wystarczy tylko pomyśleć.

czwartek, 20 lipca 2017


Mt 11, 28-30

Jezus przemówił tymi słowami: «Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie».

Masaccio na ścianach kaplicy Brancacciego we Florencji namalował intrygującą scenę wygnania z Raju pierwszych rodziców. Zdruzgotani utratą szczęśliwości, pełni wstydu i zasklepienia w sobie wchodzą na drogę cierpień; namacalnie wyczuwamy to napięcie emocjonalne – opowiedziane pędzlem artysty: bezradność, wstrząs, samotność, drżenie, łzy, strach. Odtąd życie pierwszej ludzkiej wspólnoty będzie spękane niczym skamieniała ziemia, zroszone łzami wygnania. Ta droga prowadzi ich jednak do następnej sceny; malarz nie kończy wizji na tej dramatycznej narracji. Jesteśmy już na brzegu jeziora Genezaret, Chrystus wśród uczniów i początek misji Kościoła. Masaccio z teologiczną precyzją odzwierciedla myśl św. Pawła w kontraście dwóch postaci: pierwszego Adama, który zerwał relację z Bogiem i wszedł w grzech- naznaczając nim historię ludzkości, i Nowego Adama, który przyniósł miłość rehabilitującą grzeszny stan i otwierającą na powrót Bramy Raju. Mamy tu wyraźny obraz stworzenia i odkupienia. Przesłanie tych sekwencji malarskich jest proste- Bóg nie przestał kochać człowieka. Nie porzucił go, nie strącił w otchłań rozpaczy. Dlatego ikonografia chrześcijańskiego Wschodu ukazuje Nowego Adama jako zstępującego do ciemnej czeluści podziemnego świata i uwalniającego z demonicznych okowów niewoli Adama i Ewę. Chrystus głosi niewolnikom Ewangelię zbawienia: „Skruszyłeś odwieczne rygle wiążące niewolników.” Wychodząc z grobu historii, unicestwia piekło i przywraca stan edenicznej harmonii. „Na wielu ikonach Chrystus niesie drewniany krzyż, na którym umarł, i w ten sposób uświadamia chrześcijanom o drzewie, z którego Adam i Ewa zerwali zakazany owoc” (O’Collins). Wyzwoleni prarodzice prefigurują wszystkich ludzi odkupionych drogocenną krwią Baranka. „Chrystus Mesjasz, jest nie tylko Odkupicielem, który skreślił zapis dłużny i obmywa nas ze wszystkich grzechów- pisał D. Hildebrand- jest On także dawcą nowego, Boskiego życia, które ma nas całkowicie przemienić i uczynić „nowymi ludźmi”. Mamy zatem przyjść do Chrystusa i pozwolić się przeobrazić, zagarnąć miłości uzdrawiającej i wskrzeszającej, która niczym pulsujący gejzer bije dla nas. Jedyne co należy zrobić to stać się z Nim jedno. Zakończę mądrym żydowskim opowiadaniem. Na łożu śmierci zapytano rabina, jak myśli- jak to będzie w królestwie Bożym ? Będący już u schyłku życia mędrzec zaczął się chwilę zastanawiać. Następnie odparł: „Naprawdę, nie wiem. Ale jedno wiem. Gdy się tam znajdę, Bóg nie spyta: „Dlaczego nie byłeś Mojżeszem ?”- ani: „Dlaczego nie byłeś królem Dawidem ?” On mnie zapyta: „Dlaczego nie byłeś rabbim Zuschą ?” Każdy z nas może odnaleźć w Bogu swoje życie, tak jak kiedyś Bóg będzie chciał w nas odnaleźć Siebie. „Przyjdźcie do Mnie wszyscy !”

środa, 19 lipca 2017


Wj 3, 1-6. 9-12

Gdy Mojżesz pasł owce swego teścia imieniem Jetro, kapłana Madianitów, zaprowadził owce w głąb pustyni i doszedł do Góry Bożej Horeb. Wtedy ukazał mu się Anioł Pański w płomieniu ognia, ze środka krzewu. Mojżesz widział, jak krzew płonął ogniem, a nie spłonął od niego. Wtedy Mojżesz powiedział do siebie: «Podejdę, żeby się przyjrzeć temu niezwykłemu zjawisku. Dlaczego krzew się nie spala?» Gdy zaś Pan ujrzał, że podchodzi, by się przyjrzeć, zawołał Bóg do niego ze środka krzewu: «Mojżeszu, Mojżeszu!» On zaś odpowiedział: «Oto jestem». Rzekł mu Bóg: «Nie zbliżaj się tu! Zdejmij sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą». Powiedział jeszcze Pan: «Jestem Bogiem ojca twego, Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba». Mojżesz zasłonił twarz, bał się bowiem zwrócić oczy na Boga…

Spotkanie Mojżesza z Bogiem na Horebie jest jednym z najbardziej zdumiewających wydarzeń Starego Testamentu. Chcielibyśmy się zakraść u podnóża góry i kontemplować ten epizod jako nasze – osobiste doświadczenie, przez które możemy wejść w Obłok Boskiego Światła. „Wiara jest dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” (Hbr 11,1). Nie musimy zazdrość Mojżeszowi tej łaski bycia naprzeciw Boga; spoglądamy już na nią z perspektywy Nowego Testamentu i Chrystusa który na innej górze przemienił się na oczach świadków, „a Jego odzienie stało się lśniąco białe” (Łk 9,28). Mojżesz niczego innego nie pragnął jak tylko ujrzeć Chwałę Bożą. Nosimy to samo pragnienie, choć pewnie nie potrafimy sobie wyobrazić jak byśmy się zachowali w podobnej sytuacji. Droga Mojżesza na górę, jest odtwarzana przez chrześcijaństwo nieustannie na sposób mistyczny. Człowiek wiary musi przekroczyć siebie; porzucić na chwilę świat który go otacza, aby wejść w chwilę zachwytu i ognia- ekstaza duszy.. Święty Grzegorz z Nyssy w swoim dziele Żywot Mojżesza próbuje wyjaśnić nam ten duchowy proces: „Prawdziwe widzenie i prawdziwe poznanie tego, czego szukamy, polega właśnie na niewidzeniu, na świadomości, że nasz cel przekracza wszelką wiedzę i jest wszędzie odgrodzony od nas ciemnością niepoznawalności.” Niepoznawalność może być rozumiana jako nadmiar światła- intensywność przeżycia zamykająca zmysł wzroku, a otwierająca oczy serca. Dionizy Areopagita pisał: „I wtedy Mojżesz opuścił tych, którzy widzą, i to, co jest widzialne, i wstąpił w prawdziwie mistyczną ciemność niewiedzy, w której wykluczył wszystko, co pojmowalne przez wiedzę, i zanurzył się w tym, co całkowicie nieuchwytne i niewidzialne, należąc cały do Tego, który jest ponad wszystkim, a jednocześnie do niczego w ogóle; nie będąc ani sobą, ani kimś innym, najwznioślej zjednoczony przez absolutną bierność niewiedzy z Tym, który jest całkowicie niepoznawalny, i poznający ponad intelektem, przez absolutną niewiedzę.” Chrześcijaństwo pójdzie jeszcze dalej, dzięki Symeonowi Nowemu Teologowi, mistyka ciemności ustąpi miejsca mistyce światła. Płonący krzew, stanie się jasnością Taboru promieniującą z przebóstwionego ciała Bogaczłowieka. „Bóg jest światłością- powie Symeon- i widzenie Go przypomina światło. Teolog ten odważy się postawić pytanie: „Czy jesteś moim Bogiem ?”- by następnie usłyszeć odpowiedź: „Tak, Ja jestem Bogiem, który dla ciebie stał się człowiekiem; Ja uczyniłem cię i uczynię, tak jak to widzisz, bogiem.” Mowa tu o przebóstwieniu człowieka- utkanego niczym w kokonie nicą światłości. By przeżyć przemienienie Jezusa, trzej uczniowie musieli przyjąć Jego zaproszenie, zgadzając się na chwilowe odosobnienie, na opuszczenie codziennej rzeczywistości, obowiązków i rozmaitych obowiązków. „Tam, gdzie szli nie było niczego. Mieli jedynie wiarę w Jezusa i miłość do Niego. To właśnie one prowadziły ich wzwyż” (M. Pennington). Miał rację Trubieckoj dostrzegając w chrześcijaństwie zjednoczenie tego, co Boskie i ludzkie. Przemienienie Chrystusa na Taborze dowodzi, że „prawdziwe źródło życia pewnego dnia przyoblecze się w słońce; tego dnia, nasza relacja do słońca z zewnętrznej przemieni się w wewnętrzną, a całe życie zostanie przepojone jego blaskiem, tak jak szaty Chrystusa na górze Tabor.”

wtorek, 18 lipca 2017

Ps 69  

Patrzcie i cieszcie się, ubodzy,
niech ożyje serce szukających Boga.
Bo Pan wysłuchuje biednych
i swoimi więźniami nie gardzi.

Człowiek w świecie rozdzielanym przez duchową pustkę i krótkodystansowe doświadczenia szczęścia, spogląda w głąb własnego serca i widzi, mówiąc słowami Wiliama Blake’a że jest „bezdennym wąwozem.” W tej szamotaninie musi nastąpić jakiś duchowy zwrot, wspinanie się ku górze. Rabbi Nachman pisał: „Jak ręka trzymana przed oczami zasłania największą górę, tak małe ziemskie życie przesłania nam ogromne światła i tajemnice, których pełen jest świat, i ten, kto potrafi odsunąć je sprzed oczu, jak odsuwa się rękę, ujrzy wielki blask wewnętrznych światów.” Psalmista próbuje nam uchylić rąbek tego świata; pełen egzaltacji utkanej z niewypowiedzianego faktu odkrywania Boga, uwiarygodnia jak wielki jest Ten, wobec którego człowiek pragnie zatańczyć z radości. Serce poszukujące Boga jest synonimem kontemplacji – wędrówki w głąb siebie i duchowego oglądu. Średniowieczny mnich Wilhelm z Saint Thierry pytał siebie w duchu: „Gdzie jesteś, o Panie ? Gdzie ? I gdzie, o Panie, Ciebie nie ma ? Przynajmniej to jedno wiem i to niezachwianie, że Ty, w którym poruszamy się i jesteśmy – jesteś obecny tu ze mną. Z Twojej uzdrawiającej Obecności pochodzi tęsknota i omdlewanie mojej duszy za Twoim zbawieniem.” To nie są tylko słowa mistyka, takie emocje targają sercem każdego człowieka który jest gotowy na ryzyko przybliżenia się do „Niepoznawalnego”. Kiedy jest mi trudno przybliżyć się do Boga, czy rozkołysać duszę w modlitwie, czytam jeden krótki fragment Pieśni nad Pieśniami: „Ja śpię, lecz serce me czuwa: cicho ! Oto mój miły puka !” Ile to razy się szuka i nie znajduje, a nasz praktyczny rozum wyprowadza nas na manowce, niczym nawigacja która utraciła kontakt z nadajnikiem satelitarnym. Niektórzy dopiero otwierają Bogu drzwi kiedy już oddali się i zniknie im z przed horyzontu wzroku. Jeżeli tak się zdarzy, że przed drzwiami naszego życia nie będzie już Chrystusa to należy biec po Jego śladach…, biec, biec, aż do utraty tchu. Nie można pozostać w miejscu, trzeba pozwolić sercu bić intensywniej. Święty Augustyn pisał: „Radujmy się i dziękujmy, że jesteśmy nie tylko chrześcijanami, ale samym Chrystusem. Czy pojmujecie, bracia, łaskę, którą obdarzył nas Bóg wszechmogący ? Niech przepełni was zdumienie i radość – prawdziwie staliśmy się członkami Chrystusa.”

 

poniedziałek, 17 lipca 2017

Mt 10, 38

 Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć  swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu znajdzie je. Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał…

W Krzyżu zawiera się głębia Bożej filantropii, największego obdarowania człowieka. Święty Augustyn pisał: „Wszystko, co działo się w życiu Chrystusa: ukrzyżowanie, pogrzebanie, zmartwychwstanie dnia trzeciego…, Jego słowa i czyny – jest obrazem naszego chrześcijańskiego życia na tej ziemi. Do Jego Krzyża odnoszą się słowa: „A ci którzy należą do Chrystusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z jego namiętnościami” (Ga 5,24). Przyjęcie Chrystusa nie może się dokonać bez identyfikacji z krzyżem. Czymże jest krzyż, jeśli nie prześladowaniem i cierpieniem ? „Nie jest to znak mityczny, lecz sama istota wiary” (J. Danielou). Musimy być realistami i zdać sobie sprawę z sytuacji w której żyjemy. Jesteśmy w świecie w którym każdy z nas jest narażony na cierpienie, niezrozumienie, pogardę i odrzucenie. Świat przestał się interesować sprawami zbawienia. Z życia wewnętrznego czyni wielką farsę, postrzegając religię jako kombinat przedawnionych i nikomu niepotrzebnych zabobonnych rytuałów. Takie przeświadczenia stawiają chrześcijan w sytuacji konfrontacji, opresji, gwałtu… Ilu z nas cierpi z powodu duchowej walki i zewnętrznych szyderstw wymierzonych w sprawy które są dla nas najważniejsze – najświętsze. Dopiero w tyglu doświadczeń, mocowania się ze sobą i przeciwnikiem naszej duszy, ostatecznie urzeczywistnia się misterium Krzyża i jego zwycięstwo. Bierdiajew mówił, że Chrystus uczy niesienia krzyża życia. Ale jego zdaniem „niesienie krzyża oznacza pełne światłości przeżywanie cierpienia, to znaczy inne, niż w mrocznym przeżywaniu cierpienia… Cierpienie jest doświadczeniem człowieka, doświadczeniem jego duchowych sił, ukierunkowania wolności, która ze swego pochodzenia poprzedza świat.” Po krzyżu przychodzi moment nagrody: „Dzisiaj będziesz ze Mną w raju”- powie Chrystus swoim wiernym przyjaciołom, tak jak łotrowi przeżywającemu dramat gehenny. Pozostaje nam zatem wołać słowami św. Jana Chryzostoma: „O Ty, który jesteś jedynym spośród jedynych i który jesteś wszystkim we wszystkich ! Błagamy Cię, rozciągnij swe ramiona nad Kościołem Twoim świętym i nad całym ludem Twoim świętym, zawsze Twoim.”

 

czwartek, 13 lipca 2017


Pierwsze doświadczenie misterium, to liturgia, którą sprawujemy. Życie liturgiczne jest nie tylko zwiastowaniem Dobrej Nowiny, ale także uczestniczeniem w nowym życiu. Piękno szczególnego rodzaju, które pochodzi nie z ciała, lecz z „cielesności przenikniętej Duchem,” zapoczątkowuje oświecenie naszych władz wewnętrznych za sprawą śpiewu, ikony, a nawet płomienia świec i zapachu kadzideł – gdyż węch jest najbardziej zmysłowym pośród zmysłów, najbardziej przyziemnym. Piękno jest liturgicznym imieniem Boga.        O. Clement

                                         


środa, 12 lipca 2017


Mt 10, 1-7

Jezus przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości. A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy – Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził. Tych to Dwunastu wysłał Jezus i dał im takie wskazania: «Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie».


Z mozaiki fragmentów opisanych przez synoptyków, które przybliżają nas do zrozumienia tajemnicy wyboru i powołania, można zbudować sobie pewien spójny obraz: „Jezus wszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia… przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił dwunastu, aby Mu towarzyszyli…” Zwróćmy uwagę na dwa sformułowania klucze: wybiera tych których chce, a drugi motyw zupełnie nowatorski to towarzyszenie. W tym przypadku „towarzyszenie” nie jest tylko podążaniem z kimś, sympatyczną wędrówką, czy biernością. Mamy do czynienia z maksymalnym zaangażowaniem; pozostawieniem w jakimś sensie własnego życia, wejściem w przygodę której cel do końca nie został jeszcze sprecyzowany. Uczeń podejmuje ryzyko ! To „seminarium duchowne” ma przede wszystkim wymiar praktyczny; codzienne sytuacje życiowe w których Bóg działa znaki i cuda stają w pełnym tego słowa znaczeniu fakultetem praktycznej teologii. „Naszym życiem powinniśmy ziemię na niebo przemieniać”- pisał św. Jan Chryzostom. Ta przemiana dokonuje się przez bliskość ucznia i Mistrza. Miał rację bizantyjski myśliciel Mikołaj Kabasilas: „Naśladować Chrystusa to żyć na wzór Chrystusa i żyć w Chrystusie, a jest to dziełem wolnej woli poddającej się Bożym planom.” Stąd pojęcie naśladowania, można rozumieć jako życie na wzór Mistrza. Nie możemy o tym naśladowaniu myśleć w kategoriach bezmyślnego naśladownictwa, ale odkrywania swoich możliwości, predyspozycji w kontekście realizacji powierzonych przez Chrystusa darów i charyzmatów. Słowo „apostoł”, po grecku apostolos, znaczy dokładnie to samo co aramejskie shaluah- wysłannik. Dwunastu uczniów przyobleczonych mocą Chrystusa zostaje posłanych aby weszli w świat z odwagą i zrealizowali misję. Jest to akt miłości, który niczym magnes ma przyciągnąć ludzi potrzebujących uzdrowienia. „Jezus prosi swoich uczniów, swoich przyjaciół, aby radowali się wielką radością, której powody leżą ponad człowiekiem, w samym wstrząsającym fakcie istnienia Boga. Właśnie w tej przejrzystej radości bezinteresownego miłowania, które ofiarowuje bez reszty i bez zastrzeżeń, kryje się zbawienie świata, a wezwanie nabiera nowego wydźwięku.” Zatem wiara uczniów, a nie zaufanie swojej inteligencji czy zdolnościom, winna być motorem każdego działania; siłą do oznajmiania bliskości nadchodzącego Królestwa Boga.

wtorek, 11 lipca 2017

Mt 19,27-29

Piotr powiedział do Jezusa: „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?” Jezus zaś rzekł do nich: „Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach i będziecie sądzić dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy”.

Jeśli uważnie bada się historię Kościoła to można dostrzec, że po apostołach ludzie idący za Chrystusem nie będą aż tak bezpośrednio pytać o „korzyści” z racji porzucenia wcześniejszego życia. Bycie z Chrystusem i życie Jego nauką stanie się nie tylko ideałem dla rzeszy odważnych kobiet i mężczyzn, ale nade wszystko świadectwem podtrzymującym Kościół aby nie dostał zadyszki i nigdy nie zrezygnował z raz powziętej drogi świętości. Taką z naszego punktu widzenia – elitarną grupą naśladowców Chrystusa byli mnisi i mniszki, którzy wyszli z pustyni i rozsiali się w różnych miejscach miast i wsi, zasiewając plon Królestwa Niebieskiego. Chociaż istotą monastycyzmu było życie w samotności i oderwaniu od świata, mnisi nigdy nie byli odcięci od wspólnot chrześcijańskich. Byli „wentylem bezpieczeństwa” kiedy topniała miłość do Boga i rozmywała się w gąszczu wygodnictwa ludzka moralność. Dokądkolwiek się udawali, wszędzie ciągnęli za nimi ludzie pobożni, ciekawscy, spragnieni Boga. Im bardziej ekscentryczne było ich zachowanie, tym bardziej byli podziwiani i otaczani miłością. Radykalizm ich życia w żaden sposób nie odstraszał ale przyciągał niczym magnes tych którzy pragnęli przemiany własnego życia. Święty Bazyli pisał z wielkim przejęciem o tych, którzy oddali się życiu pięknemu: „Każdy winien to wiedzieć, że mamy oczy wewnętrzne, widzące głębiej niż te oczy, i słuch głębszy niż ten słuch. Tak jak oczy zmysłowe widzą i rozpoznają twarz przyjaciela lub ukochanej osoby, tak i oczy prawdziwej i wiernej duszy, oświetlone duchowo światłem Boga, widzą i rozpoznają prawdziwego przyjaciela… Dusza ogarnięta jest gorącą miłością do Boga.” Zatem życie mnicha zdaje się być nieustanną pamięcią o Bogu; odkrywaniem zdumiewającej miłości. Wielcy ludzie ducha pojawiali się już u początków chrześcijaństwa. Zadomowili się w Kościele czyniąc go- piękną i strojną Oblubienicą. Na Zachodzie zakorzeniła się na dobre reguła zwane benedyktyńską, na jej zasadach będą opierać się późniejsze konstytucje i regulaminy innych wspólnot zakonnych. Prawdopodobnym autorem tej reguły był Benedykt (480-547). Znamy go z drugiej księgi Dialogów Grzegorza Wielkiego, dzieła z zakresu hagiografii monastycznej- zapewne wzorowanej na wcześniejszym Żywocie św. Antoniego pióra św. Atanazego Wielkiego. Moralizujące opowieści składają się na kompletny duchowy przewodnik Męża Bożego, którego Grzegorz pragnął dla zafascynowanych drogą rad ewangelicznych odmalować. Według autora urodzony w Nursji Benedykt założył klasztor w Subiaco, w dolinie na wschód od Rzymu, a następnie na Monte Cassino, w Kampanii. Niezwykle barwny jest żywot przyszłego mnicha. Zatrzymał się w Subiaco. Zamieszkał w grocie trudno dostępnej nad potokiem. W okolicy znajdowały się klasztory, a na pejzaż składały się stada owiec wypasane przez pasterzy. Benedykt rozpoczął swoją przygodę od bycia świadkiem Boga wśród  prostych pasterzy. Oni „przynosili mu pożywienie dla ciała, a za to z jego ust serca ich otrzymywały pokarm duchowy.” To prostaczkowie przyodziani w owcze skóry uczynili Benedykta popularnym na całym terenie do tego stopnia, że mnisi jednego z klasztorów prosili aby został ich opatem. Po jakimś czasie Subiaco zaludniło się uczniami Benedykta; pragnęli naśladować Chrystusa podpatrując życie błogosławionego Ojca. Benedykt nie uważał się za człowieka wyjątkowego, mądrego, czy posiadającego jakieś szczególne predyspozycje. A jednak historia nagrodziła go przydomkiem „Patriarchy życia zakonnego na zachodzie.” Jego życie było mądre, piękne i w pełni przeniknięte Bogiem. „Od początku jego działalności odnajdujemy podziwu godną równowagę między modlitwą i pracą, uległością a szacunkiem do innych osób, samotnością w obliczu Boga a życiem wspólnotowym, odrzuceniem a użytkowaniem rzeczy koniecznych do życia radosnego, hojnością a rozważną skromnością, milczeniem a życzliwością w relacjach interpersonalnych, władzą opata a prawem braci do wyrażania opinii” (J. Leclercq). Nieświadomie stał się Ojcem wielkiej tradycji duchowej i wspaniałej kultury materialnej- liczne klasztory będące kuźniami mądrości i promieniujące w okresach ciemnoty i obskurantyzmu. Jak mówił Benedykt: „Nic nie może być ważniejsze od Służby Bożej,” a dom dla mnichów nazywał „szkołą służby Pańskiej.” Kluczową rolę w dążeniu do świętości miała pełnić stałość miejsca- stabilitas loci. Poza bycie w jednym miejscu do końca życia bracia byli zobowiązani do ślubu przemiany życia – conversio morum i posłuszeństwa opatowi. Święty Benedykt nadał chrześcijańskie oblicze umiarkowaniu – temperantia. Chodziło o stworzenie doskonałej rodziny i klasztoru będącego namiastką Paradisum. Mnisi mieli być ludźmi przepełnionymi szczęściem, nie karykaturalnymi i posępnymi nieszczęśnikami jak próbował ich przerysować Umberto Ecco w powieści Imię Róży. Po śmierci Benedykta to wielkie dzieło rozkwitło błyskawicznie, gdzie nawet trudno obliczyć ile było klasztorów i żyjących w nich mnichów. Jak pisał Duby: „…mnisi uczestniczą w ceremonii głoszenia nieustannej chwały, w której to ceremonii zespalają się wszystkie moce twórcze dzieła sztuki.” W sercu wielkich miast czy daleko na pustyniach płynie przesłanie wielkich duchowych mistrzów: „Weźcie skrzydła ogniste i przylećcie do mnie”- poznajcie i pokochajcie Chrystusa !

poniedziałek, 10 lipca 2017


Mt 9, 18-26
Gdy Jezus mówił do uczniów, oto przyszedł do Niego pewien zwierzchnik synagogi i oddając Mu pokłon, prosił: «Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i połóż na nią rękę, a żyć będzie». Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim… Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: «Odsuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi». A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy.
Określam ten fragment jako „Ewangelię nadziei.” Kiedy wszyscy poddają się rozpaczy, rozkładają ręce i snują najbardziej tragiczny scenariusz, wchodzi na „scenę” Chrystus i czyni niesamowite rzeczy. Nadzieja polega na oczekiwaniu, że spełni się to, czego się pragnie, a czego jeszcze nie ma. Wiele razy towarzyszyłem rodzicom posiadającym ciężko chore dzieci w ich bólu. Najczęściej były to choroby nowotworowe, zaskakujące i pojawiające się nagle niczym wyrok. Były to trudne – często dramatyczne momenty w których nie tylko brakowało słów pociechy, ale nade wszystko był to wielki sprawdzian wiary. Często ludzie w niemożliwości zaradzenia chorobie dziecka, zasklepiali się w najgorszych myślach o końcu. Spoglądali w oczy cierpiącego dziecka i nic nie potrafili zrobić. Ich serca napełniały się smutkiem, a niekiedy pretensjami do Boga. Mentalnie już wchodzili w śmierć dziecka, gdzie jeszcze ostatnie słowo nie należało do śmierci. W takiej chwili pozostaje tylko pociecha płynąca z modlitwy, towarzyszenie i miłość. Nie można nigdy zrezygnować z nadziei. Nie można zamykać się w bólu i rozpaczy wchodząc w tragizm niemożności uczynienia czegokolwiek. To nie my zakreślamy linię granicy między życiem a śmiercią. „Odsuńcie się, po dziewczynka nie umarła, tylko śpi”- mówi Chrystus stają w samym centrum tego najbardziej traumatycznego wydarzenia. Wiara zawsze jest wsparta nadzieją, ponieważ jak mówi św. Paweł „wiara jest poręką tych dóbr, których się nie spodziewamy” (Hbr 11,1). Jeden z Ojców pustyni powie nawet mocniej: „Jeśli nie wierzysz, nie masz też nadziei.” Cokolwiek się wydarzy człowiek nie powinien rezygnować z nadziei, że ktoś mu naprawdę bliski może zostać uzdrowiony; jeśli wyzna wiarę w Chrystusa będąc w pełni przekonanym że w Nim jest zdrowie i nowe życie. Kiedy zamkną się szanse w przestrzeni szpitala, nigdy Bóg nie zamyka swoje lecznicy. Święty Diadoch z Fotyki określa nadzieję jako „miłosną wędrówkę ducha ku temu, na co ma się nadzieję.” Cokolwiek się może wydarzyć Chrystus zawsze jest w tej sytuacji obecny. Podnosi na duchu, kładzie dłoń na sercu dziecka i tych których serca są jak spękana ziemia. Czasami mówi: Talitha cum. A niekiedy mówi do rodziców: „Pozwólcie dziecku przyjść do Mnie.” Te dwie sytuacje przenika nadzieja.