czwartek, 14 grudnia 2017


Mt 11, 11-15

Jezus powiedział do tłumów: «Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu, a zdobywają je ludzie gwałtowni. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie uznać, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha!»


Chrystus na kartach Ewangelii dokonuje niezwykłej rekomendacji człowieka. Jan Chrzciciel jawi się w przepowiadaniu jako postać wyjątkowa, charyzmatyczna, odgrywająca niezwykłą rolę „łącznika” pomiędzy przesłaniem Starego Testamentu, a tym co się rozpocznie wraz z nadejściem Syna Człowieczego. Jan- Prorok Adwentu, gwałtownik i Boży szaleniec pustyni. Wszyscy którzy proklamowali słowo Boga przed Nim, byli niczym widzący- dlatego proroków nazywano „widzącymi”. Jan jest nie tylko widzącym, ale staje się wielką tubą Boga. „Ta posługa świętego Jana pozwalała dopatrywać się w nim także poprzednika Paruzji. I w tym miejscu napotykamy najbardziej zagadkowy rys osobowości  Chrzciciela. Przyszedł w „duchu i mocy Eliasza” (Łk 1,17). Te dwie osobowości (Jan i Eliasz ) w zdumiewający sposób wyrażają tę samą duchową jakość- przybywają z głębi pustyni, ubrani w skóry zwierzęce, ale też w odzieniu synów światłości (por. 2 Krl 2,11-14). Solarny Eliasz na swoim wozie ognistym i święty Jan Chrzciciel- „lampa co płonie i świecie” (J 5,35).” Apostołowie pewnie zastanawiali się dlaczego nadejście Mesjasza nie było poprzedzone posługą Eliasza jako Poprzednika. Jezus udziela im czytelnej odpowiedzi, iż nie rozpoznali Eliasza w Janie. Według tradycji żydowskiej, prorok Eliasz jest „Pasterzem dusz”. Przyjmuje dusze zmarłych i wprowadza je do raju. Jest prefiguracją świętego Jana Chrzciciela który zwiastuje nastanie raju wraz z Wcieleniem Bożego Syna. Jan staje się świadkiem, mężem wielkiej dojrzałości aż do złożenia ofiary z własnego życia. „Blisko źródła stał ów cedr szlachetny- mówię tu o Janie, kuzynie i przyjacielu Oblubieńca, poprzedniku, chrzcicielu i męczenniku Pańskim. Zroszony tak obficie, wyrósł do tego stopnia, że wśród narodzonych z niewiast nie można znaleźć nikogo znakomitszego” (bł. Guerric z Igny). Jesteśmy w adwencie przynagleni do profetyzmu na wzór Jana, aby przywracać światu świadomość nadejścia Pana. To żywe doświadczenie Boga i na miarę naszych możliwości próba ukazania światu Jego obecności. Zakończę to rozważanie słowami modlitwy Sakramentarza z Werony: „Wszechmogący wieczny Boże, daj sercom naszym postępować w prostocie dróg Twoich, której uczył św. Jan Chrzciciel, głos wołający.”

środa, 13 grudnia 2017


Mt 11, 28-30
Jezus przemówił tymi słowami: «Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie».
„Człowiek chce stać się Bogiem bez Boga, ale Bóg nie chciał stać się Bogiem bez człowieka” (F. Baader). Ewangelia w wielu miejscach nakreśla obraz Chrystusa stającego po stronie odrzuconych, uciemiężonych, okradzionych z miłości. Bóg to Samarytanin zatrzymujący się w drodze i dostrzegający dramat poturbowanego i pozostawionego na pastwę losu człowieka. Chrześcijaństwo nieustannie przypomina światu, że wiara to świadomość, że jest się kochanym, chcianym, przyjmowanym i odnajdywanym nieustannie przez Boga. To również indywidualna – rozgrywająca się w sercu człowieka odpowiedź na darmową, często niezasłużoną miłość. W Starożytnych Odach Salomona odnajdujemy zdumiewającą refleksję: „Jego miłość do mnie ogołociła Jego majestat – On upodobnił się do mnie, abym ja Go przyjął, upodobnił się, abym przyoblekł się w Niego. Nie czułem lęku, patrząc na Niego – albowiem On jest miłosierny dla mnie- On przyjął moją naturę, abym Go poznał, i przyjął moje oblicze, abym nie odwrócił się od Niego.” Odkrywamy w tym pięknym tekście prawdę o Wcieleniu Boga; komunię do której została zaproszona poraniona grzechami ludzkość. W twarzy Chrystusa- Bogaczłowieka odbiło się piękno przebóstwionego stworzenia, powołanego do wyjścia z izolacji i poczucia pustki. Niedostępny Bóg, który objawia się w postaci człowieka – najpierw bezbronnego Dziecka, a później zmiażdżonego cierpieniem skazańca przytwierdzonego do drzewa, jest Odkupicielem wszystkich; największą manifestacją miłości. „Jest to Chrystus – przyjaciel grzeszników, biednych, słabych i ubogich duchem” (K. Isupow). Oblicze emanujące miłością i dobrocią, pociągające do naśladowania, magnetzyujace. Według św. Maksyma Wyznawcy, Chrystus leczy wszystko, co jest właściwe ludziom, przede wszystkim zaś wolę, która była źródłem grzechu. W swym uniżeniu naprawia ludzki świat, czyniąc go pierwocinami przyszłego Raju.

wtorek, 12 grudnia 2017


Iz 40, 10- 11

Wstąp na wysoką górę, zwiastunko dobrej nowiny na Syjonie! Podnieś mocno twój głos, zwiastunko dobrej nowiny w Jeruzalem! Podnieś głos, nie bój się! Powiedz miastom judzkim: «Oto wasz Bóg! Oto Pan Bóg przychodzi z mocą i ramię Jego dzierży władzę. Oto Jego nagroda z Nim idzie i przed Nim Jego zapłata. Podobnie jak pasterz pasie on swą trzodę, gromadzi ją swoim ramieniem, jagnięta nosi na swej piersi, owce karmiące prowadzi łagodnie».

Jest w tajemnicy przyjścia coś, co można śmiało określić słowem Misterium. Triumfalne nadejście Chrystusa wyczerpuje rezerwuary teologicznej wyobraźni i wymaga od chrześcijan nie tylko czujności serca, lecz przemiany widzenia, odczuwania, oderwania koncentracji od siebie. Przez całe wieki wyobraźnia ciekawskich ludzi próbowała w kulturze materialnej odcisnąć marzenie o świecie idealnym na który trzeba oczekiwać z poczuciem lęku i niepewności. Opowiadała o tremendum et fascinans rzeźba i malarstwo. W średniowieczu przyjście Pana na Sąd było postrzegane jako przerażające widowisko; Chrystus jawił się jako zastygły w miłości Sędzia. „Cała kondycja ludzka zamknięta jest w trzech słowach: żyć, umrzeć i być osądzonym” (Chevassu). W słowach tego duchownego sąd nad człowiekiem wydaje się nieuniknionym i finalnym – intensyfikującym akordem śmierci oraz życia. Nie można zapomnieć, że również istnieją pełne nadziei i miłosiernej czułości przedstawienia Zbawiciela. My współcześnie postrzegamy te rzeczywistości z większym poczuciem optymizmu, rezerwą i umiarkowanym lękiem. Niemniej sam moment spotkania z Nim będzie szczególny, emocjonalny, zdumiewający – jak myślę- pod każdym względem. Nasz Sędzia będzie zarazem Zbawicielem. „Anielska trąba zawoła nas wszystkich i pójdziemy ze swoimi uczynkami”- pisał św. Cyryl Jerozolimski. Nie ma co wyrokować zawczasu o przebiegu tego wydarzenia; ono jest przed nami. Jego istotne znaczenie wyrażają słowa Romano Guardiniego: „W końcu prawda zwycięży i wszyscy i wszystko zostanie ocenione według prawdziwej wartości.” Cieszę się ogromnie, że dzisiejszych uczniów pociąga duchowość pierwotnego chrześcijaństwa- jego eschatologiczny żar wiary. Ten optymizm jest potrzebny nam dzisiaj, szczególnie tym, którzy zagubili i nieszczęśliwie zatracili perspektywę futurystyczną. Pierwsi chrześcijanie powtarzali nieskrępowanie słowa Didache: „Niech przyjdzie łaska i niech przeminie ten świat.” Często zatrzymywali się w drodze do pracy i wyglądali znaków Paruzji. Zapalali w domach oliwne lampki i ze wzruszeniem w oczach czekali na moment pochwycenia. Chrystus był dla nich „otwartą bramą ku odrodzeniu i zmartwychwstaniu.”Oczekiwanie na Paruzję stanowi niezwykle mocno o postawie chrześcijańskiej w stosunku do życia. „Określa obecny stan Kościoła jako napięcie miedzy tym, co już spełnione, a tym, co jeszcze pozostało do spełnienia” (J. Danielou). Ci z nas, którzy bezpiecznie spoczywają w wierze, również muszą czekać na Boga; wypatrywać Go z ufnością. W eseju pt. Oczekiwanie Paul Tillich mówi o naszej spolaryzowanej relacji do Boga, opartej na tęsknocie: „Jesteśmy silniejsi, kiedy czekamy niż kiedy posiadamy. Kiedy mamy Boga (lub tak nam się wydaje), redukujemy Go do tej Jego odrobiny, którą uchwyciliśmy i poznaliśmy i robimy z niej bożka... Ale jeśli wiemy, że Go nie znamy i jeśli czekamy, aby dał nam się poznać, wtedy to On nas chwyta, poznaje i posiada.”

poniedziałek, 11 grudnia 2017


Iz 35, 1-10

Niech się rozweselą pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie! Niech wyda kwiaty jak lilie polne, niech się rozraduje, skacząc i wykrzykując z uciechy. Chwałą Libanu ją obdarzono, ozdobą Karmelu i Szaronu. oni zobaczą chwałę Pana, wspaniałość naszego Boga. Pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe! Powiedzcie małodusznym: «odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto pomsta; przychodzi Boża odpłata; on sam przychodzi, by was zbawić». Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło wykrzyknie. Bo trysną zdroje wód na pustyni i strumienie na stepie; spieczona ziemia zmieni się w pojezierze, spragniony kraj w krynice wód; a badyle w kryjówkach, gdzie legały szakale – w trzcinę i sitowie.

Izajasz jest wizjonerem o głębokiej wierze i porywa ogromną siłą poetyckiej ekspresji. Opowiada o świecie przeobrażonym- „edenicznym”, pozbawionym wewnętrznych napięć w którym Bóg postawił swoje stopy i przemienił siłą piękna. „W Jezusie schodzą się wszystkie tęsknoty ludzkości o nieśmiertelności ducha i ciała – mówił Sedlak- Niepotrzebnie przekopaliśmy definitywną granicę między Bogiem a materią. A przecież materia jest zawsze na styku z mocą Bożą, czyli na kontakcie energii Bożej i materii.” Cała natura wraz z człowiekiem uczestniczy w uniwersalnym odrodzeniu, które staje się marzeniem starotestamentalnego proroka. Duchowy pokój i pomyślność są przedstawione w postaci błogosławieństwa i uzdrawiającej mocy przechodzącej przez świat niczym żyła wody. Jest w tej porywającej wizji Shalom, pokój, którego odzwierciedleniem jest przywrócenie pierwotnej szczęśliwości. „Albowiem kraj się napełni znajomością chwały Pana, jak wody napełniają morze” (Ha 2,14). Mamy to do czynienia z kosmoteozą, tak jak ją rozumiał św. Paweł: „wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa, a Chrystus Boga” (1 Kor 3,22-23). Eschatologiczne uwielbienie które w symfonii form znajduje swoje źródło w Synu Człowieczym- obleczonym w światłość jutrzenki. W Nim rozpoczęło się odkupienie całego stworzenia. Świat jest niczym poczwarka, poddany przebudzeniu i wyzwoleniu się z kokonu ku kompletnej metamorfozie- syntezie stworzenia - „nowej ziemi” i „nowym niebie.”  Święty Ambroży pisał: „Radować się będzie stworzenie świata, które teraz wzdycha w bólach rodzenia, albowiem marności poddane zostało również to stworzenie, dopóki nie dopełni się odkupienie wszelkiego ciała...” Ten sam autor będzie sławił zmartwychwstanie Chrystusa dostrzegając w nim początek kosmicznego zmartwychwstania: „Zmartwychwstał w Nim świat- zmartwychwstało w Nim niebo – zmartwychwstała w Nim ziemia- Będzie bowiem nowe niebo i ziemia nowa.” Człowiekowi byłoby łatwiej, gdyby uświadomił sobie, że czeka go jeszcze nowe objawienie, objawienie nie tylko Ducha Świętego, ale również nowego człowieka i nowego kosmosu. W tym nowym: oczy niewidomych nigdy już nie zostaną zasłonięte mrokiem, uszy będą słyszały polifonię śpiewu aniołów, nogi i ręce dotkniętych chorobą staną się sprężyste i wychylone ku niebu. „Oto wszystko nowym czynię”- powie apokaliptyczny Jeździec na białym koniu. Epoka końca jest bogoczłowiecza - jak twierdził Bierdiajew- w której czas zostanie odnaleziony i wszyscy wierzący będą uczestniczyć w końcu eonu.

niedziela, 10 grudnia 2017


Mk 1, 1-8

Jak jest napisane u proroka Izajasza: «oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki», wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów...

Pustynia dla współczesnego człowieka, usadowionego w zabieganej egzystencji może wydawać się czymś nazbyt egzotycznym, a nawet przerażającym. Pozbawienie kogoś poczucia bezpieczeństwa, technicznych udogodnień i elektronicznych komunikatorów, mogłoby spowodować sytuację newralgiczną pod każdym względem. Pustynia rządzi się swoimi prawami, dobrze to rozumieją nomadzi akceptujący jej kaprysy, przywykli do natychmiastowej zmiany aury. Pustynia przez wieki wydawała ludzi wielkiego formatu. Mężczyzna odziany w skóry i na pierwszy rzut oka szalony, wyprowadza czytelnika Ewangelii na odludzie. Dopiero na pustyni zaczynamy rozumieć głębiej pewne sprawy; tam zaczynamy potrzebować innych ludzi, a nawet za nimi tęsknić. Widzimy wyraźniej siebie... Brat Daniel Ange wymyślił piękne stwierdzenie: „Samotność oddziela od innych, by człowiek mógł stać się bratem każdego.” Dobrze to rozumieli starożytni mnisi, kiedy całymi tabunami zaludniali pustynię; tam odkrywali topografię Raju i ślady stóp przechadzającego się Boga. Ewagriusz z Pontu- mnich i dogłębny znawca ludzkiej natury, pozostawił zaskakującą definicję: „Mnich to człowiek, który odseparował się od wszystkiego, by być złączonym ze wszystkimi.” Takim „mnichem” był święty Jan Chrzciciel- przyobleczony w skóry prorok który zaprzyjaźnił się z pustynią. Była ona dla niego domem, miejscem przepowiadania, przestrzenią w której doświadczało jego serce muśnięć Ducha Świętego. „Pustynia miłuje ludzi nagich”- twierdził Hieronim. Takim był Prorok którego głos kruszył ludzkie serca i sprawiał, że miejsce niebezpiecznie – siedlisko węży i skorpionów, stawało się przestrzenią nawrócenia i łaski. „Anioł na ziemi” – tak Go wychwala Kościół i utrwala na deskach barwna ikonografia. Przydano mu skrzydła i świetliste oczy, aby podkreślić Jego dar przenikania skamieniałych ludzkich wnętrz. „Albowiem mówić o Janie, to prorokować o Chrystusie” – stwierdza św. Ambroży. Modlitewna litania opiewająca wielkość Poprzednika nazywa go kwiatem pustyni. W Adwencie chrześcijanie wychodzą na pustynię; to duchowa wędrówka w głąb swego serca. To zatrzymanie się w zgiełku miasta i wielokrotne wyszeptanie: Marana Tha ! Niektórym jest dane udać się na prawdziwą pustynię, poczuć wiatr i piasek w oczach. Odnaleźć ciszę ! Rozczytuję się ostatnio w Ojcach Pustyni. Jakże barwne są o nich opowieści i głębokie ich przemyślenia życiowe. To ludzie wewnętrznie spójni, żyjący w harmonii ze światem który ich otaczał. Oszczędni w słowach, rozmodleni, czasami urokliwi w swoim uszczypliwym poczuciu humoru. Przeczytałem o pewnym pustelniku, który z powodu spiekoty wszedł do jaskini i natknął się tam na lwa. Ten zaczął zgrzytać zębami i ryczeć. Starzec rzekł do niego: „Dlaczego się rzucasz ? Wystarczy miejsca dla mnie i dla ciebie. Jeśli ci się nie podoba, to wstawaj i wychodź stąd.” Lew po chwili uspokoił się i wyszedł z stamtąd. Pomyślałem sobie po lekturze tego fragmentu. Adwent to droga przez pustynię i szukanie schronienia w jaskini. Tam trzeba się zderzyć ze swoimi lękami, obawami i wątpliwościami. Po doświadczeniu pustki i niemocy, wystarczy tylko blask oczu Chrystusa, aby zostać napełnionym nadzieją. Pustynia – miejsce nawrócenia i spotkania !

sobota, 9 grudnia 2017


Oto błogosławioną zwać mnie będą wszystkie pokolenia” (Łk 1,48)

Wczoraj pochylałem się nad sceną Zwiastowania; jakkolwiek byśmy podglądali tę scenę nigdy nie osłabnie nasza duchowa ciekawość, wnikliwość wiary. Intymność i podniosłość wydarzenia u początku ewangelicznego przesłania, otwiera na zachwyt i uwielbienie które wyśpiewuje całą sobą Dziewica. Święty Ireneusz komentując Zwiastowanie pisał, że „Maryja pełna wielkiej radości zawołała proroczo w imieniu Kościoła: Wielbi dusza moja Pana...” Ona wprowadziła Kościół w zachwyt wypełnionej po brzegi miłością Oblubienicy Baranka.  „Magnificat nie zostało wypowiedziane tylko jeden raz, w ogrodzie Hebronu, ale po wszystkie wieki zostało włożone w usta Kościoła. Najpoważniejszym dowodem, który pochodzi od Boga, jest to, że prowadzi do Boga” (P. Claudel). Bogurodzica duchowo i werbalnie wyraziła całe piękno ziemi, które w cudownym zrywie serca połączyło się z pięknem Boga. O czym nam przypomina liturgia Kościoła ? Gaudete in Domino ! Radujcie się w Panu. Przyjąć postawę Niewiasty rozpromienionej perspektywą nadchodzącej Paschy; która swoją przejrzystością i pokorą, otwiera na Chrystusa, aby rozpromienił ludzkość blaskiem bijącego światła z Namiotu jakim jest łono Dziewicy. Raduj się, ziemio obiecana. Raduj się, namiocie Boga oraz Słowa...(Akatyst). „W łonie Maryi, zapłodnionym przez Ducha, Słowo stało się ciałem- powie O. Clement- w łonie Kościoła, zapładnianego przez Ducha, nie przestają się rodzić synowie w Synu.” Kościół gromadzi się naprzeciw Orantki, rozpościera dłonie w modlitewnym porywie szczęścia, wołajac: „Wielkie rzeczy uczynił nam Wszechmocny !”

piątek, 8 grudnia 2017


Łk 1,26-38

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”...  

W czasie Adwentu scena Zwiastowania jest nieustannie rozważana w liturgii Kościoła. Jej znaczenie jest niezwykle ważne dla głębszego zrozumienia zamysłu Boga i pełnej dyspozycyjności Maryi w planie Zbawienia. „Ty zrodziłaś Syna bez ojca, tego Syna, którego Ojciec zrodził przed wiekami bez matki”- wyraża to poetycki geniusz bizantyjskiej hymnografii. Potężna moc daru napotyka wreszcie źródło, drążone i oczyszczane przez całe wieki oczekiwania, źródło przyjmowania, córę Syjonu. Synergia miłości ! Maryja jest nową Ewą otrzymującą zwiastowanie w Niej bierze początek Raj i z niej wytryśnie Życie. Jej Boskie macierzyństwo, posługując się refleksją św. Augustyna, jest owocem posłusznej wiary. Arka Przymierza i Tabernakulum Boga, której drzwi uchylają się dla oczekujących Miłości. Liturgia obdarza Maryję chwałą, której gra słów może zaskakiwać: „Chwała odpowiadająca Bogu.” Recz jasna nie Maryi, będącej stworzeniem, ale Maryi – Theotokos, miejscu wcielenia i największemu uobecnieniu daru. „Zwiastowanie zapowiada zesłanie Ducha Świętego i łączy całe stworzenie podnosząc je przez swoje działanie w Duchu na mocy Logosu wcielonego. Maryja jako Theotokos jest uosobionym człowieczeństwem w pełnej łączności z Bogiem, w Trójcy Jedynym” (N. Nissiotis). Wydarzenie spotkania Niewiasty i Zwiastuna, dokonało teologiczną erupcję i poruszyło wyobraźnią całe rzesze ludzi próbujących zrozumieć to jedno wydarzenie w którym Nieogarniony zstąpił w Ogniu Miłości. Nie można czytać tego opisu beztrosko i sentymentalnie; jest tu obecna intymność i duchowa dynamika; najbardziej wolne od jakiegokolwiek nacisku ludzie „tak.” Od tego momentu Maryja będzie znajdować się poza lękiem i objęciami śmierci. Najświętsza, stanie się Przewodniczką i Matką ogarniającą swym przenikliwym spojrzeniem duchowy wysiłek swych dzieci. Tak jak „Król bez miasta i domu” odnalazł w Niej bezpieczna przestrzeń, tak każdy chrześcijanin- choćby najbardziej wykluczony- może odnaleźć tę część własnego Nieba.  

czwartek, 7 grudnia 2017

Iz 55, 6

Szukajcie Pana, gdy można Go znaleźć,
wzywajcie Go, gdy jest blisko 

Niektórzy ludzie dziwią się kiedy im się mówi o wysiłku jaki powinien im towarzyszyć na drodze adwentowego przygotowania. Pozwolić sobie na błogosławiony trud wychodzenia naprzeciw Tego, którego kroki są wstanie usłyszeć ludzie oderwani od zgiełku a przyobleczeni w tęsknotę. Mądrzy Ojcowie pustyni przychodzą nam z pomocą w przezwyciężaniu duchowego lenistwa i nadmiernej ospałości. „Abba Mojżesz zapytał abba Sylwana: „Czy może człowiek każdego dnia na nowo się nawracać ?” Jeśli jest gorliwy,” odpowiedział abba Sylwan „może każdej godziny nawracać się wciąż na nowo.” Być może tym trudem człowieka wiary winna być owa powściągliwość i przemiana serca. Jeszcze inny przenikliwy Starzec powiedział: „Jeśli na zewnątrz człowiek nie będzie postępował czujnie, nie jest możliwe ustrzec wnętrza.” Zatem należy uważnie czuwać i szukać siebie w Bogu. „Niech wasze drzwi będą otwarte dla Niego, kiedy nadejdzie, otwórzcie wasze dusze, otwórzcie szeroko wasz wewnętrzny umysł, tak, ażeby mógł ujrzeć bogactwa prostoty, skarby pokoju, słodycz łaski”- przekonywał swoje duchowe dzieci św. Ambroży. Jak mamy zharmonizować te różne aspekty ? Mamy nie tworzyć pozorów. Powinniśmy wyobrażać sobie, że czas który jest nam dany- jest wyjątkowy, bez możliwości cofnięcia wskazówki zegara. Otworzyć Ewangelię i zobaczyć siebie w jej świetle- bez emocjonalnej egzaltacji, lecz w prawdzie. „Ten czeka na Chrystusa – pisał Newman- kto ma wrażliwy, chłonny, ochoczy umysł; kto nie śpi ożywiony bystrą gorliwością aby Go uhonorować; kto Go wygląda we wszystkim co się wydarza; i kto nie byłby zaskoczony, kto nie byłby ani nadmiernie podniecony ani przytłoczony, gdyby odkrył, ze On właśnie nadchodzi... To więc znaczy czuwać – być oderwanym od tego, co obecne, a żyć tym, co niewidoczne...” Człowiek wiary powinien odkryć w sobie optymizm paschalny i eschatologiczny: „Chrystus umarł, Chrystus zmartwychwstał, Chrystus powróci.” W tym zawiera się perspektywa ucznia wychylonego ku Godom Baranka !

środa, 6 grudnia 2017


Żłóbek, żłób ? To proste słowo- sielskie- przeniknięte zapachami wiejskiego ciepła, było dla wielu pokoleń źródłem cudownych uczuć i kanwą dla wielu kolęd. Opowiada o największej pokorze Narodzenia, „pokorze tak wielkiej, że aż niemiłej pierwszym chrześcijanom, którzy w licznych legendach mnożyli towarzyszące Narodzeniu cuda, aby w ten sposób uwydatnić jego znaczenie” (J. P. Roux). Kilkanaście dni przez obchodami Narodzenia Pańskiego w medialnej prasie europejskiej podniosła się po raz kolejny dyskusja nad tematem eksponowania szopek przedstawiających tajemnicę Wcielenia. Poprawność polityczna europejskich „mędrców” zagalopowała tak daleko, że przestraszyła na zachodzie samych producentów akcesoriów do konstruowania szopki: żłóbka z Małym Jezuskiem, Marii, Józefa i zwierzaków. Powodem zniknięcia szopek z przestrzeni publicznej nie jest (zabrzmi to komicznie) podłoże finansowe, czy brak inwencji w składaniu tego typu rzeźbiarskich elementów, lecz chroniczna głupota i laicyzacja przestrzeni publicznej; nie pomnę już o braku wiary. To smutne, że dokonał się taki regres w kulturze duchowej i materialnej kontynentu na którym nawet przerywano wojny w Noc Narodzenia, aby móc odśpiewać Adeste Fideles i zaprzestać  choć na chwilę zabijania w imię pokoju, który przyniósł schodzący z niebiańskich pieleszy Emanuel. „Naczelny Sąd Administracyjny Francji uznał za nielegalne organizowanie i ustawiani szopek bożonarodzeniowych w budynkach publicznych. Zdaniem sądu umieszczanie szopek przedstawiających Narodzenie Chrystusa narusza ustawodawstwo i zasady świeckości państwa”- przeczytałem z nieukrywaną irytacją na jednej ze stron internetowych. Takie prawa powinny natychmiastowo rodzić oburzenie chrześcijan i mobilizować ich do przeciwstawiania się takim przepisom. To nie tylko jawne separowanie wartości chrześcijańskich od życia publicznego, ale nade wszystko wysublimowany sposób ateizacji indywidualnych i społecznych przekonań ludzi wierzących. Komu tak naprawdę przeszkadza szopka z Jezuskiem, wołkiem i osiołkiem ? Zdaje się, że impertynenckim i pozbawionym rzetelnej wiedzy laickim ignorantom. Nawet Umberto Eco- znany ze swoich krytycznych poglądów i ostrych przytyków w stronę chrześcijaństwa, pisał: „Szopkę mógł stworzyć tylko ktoś taki jak Święty Franciszek, którego wiara wyrażała się w rozmowach z wilkami i ptakami, ponieważ szopka jest najbardziej ludzką i najmniej transcendentną rzeczą, jaką można wymyślić, by upamiętnić narodziny Jezusa. W tej świętej diatromie nic oprócz gwiazdy betlejemskiej i dwóch aniołków, które latają nad chatą, nie odwołuje się do kwestii teologicznych, a im więcej jest w niej postaci, tym bardziej celebruje ona codzienne życie i pokazuje dzieciom, jak ono wyglądało w czasach, a może budzi tęsknotę za nienaruszoną naturą.” Oczywiście bym polemizował z mądrym Eco na temat rzekomego braku teologicznego przesłania szopki, ale zostawiam to na boku. Niemniej są to symptomatyczne zjawiska jakieś erozji myślenia i kultury ludzi odpowiedzialnych za przyszłość starego kontynentu. Nie wiem w jaki sposób zareagowałby sam św. Franciszek na tak absurdalne inicjatywy. Kontemplował on Narodzenie Dziecięcia  i widział w tym afirmację największej miłości. Dlatego w noc Narodzenia polecił zbudować szopkę i umieścić w niej figury, aby wzmocnić przekaz o Miłości, która stała się Ciałem. Według przekazu zanotowanego przez Tomasza z Celano św. Franciszek wezwał swego przyjaciela Jana Velito z Greccio i rzekł mu: „Pośpiesz się i pilnie przygotuj wszystko, co ci powiem. Chcę bowiem dokonać pamiątki Dziecięcia, które narodziło się w Betlejem. Chcę naocznie pokazać Jego braki w niemowlęcych potrzebach, jak został położony na sianie w towarzystwie wołu i osła.” Tak na marginesie, rzeźby do pierwszej szopki miał wykonać Arnolfio di Cambio, najlepszy uczeń Niccola Pisano. Franciszek chciał, aby misterium tego wydarzenia było tak dosłowne i ujmujące serce, iż przemieni serca samych patrzących. Cóż, trzeba nam będzie wielkie dzieła sztuki wyrzucić do lamusa; wyeliminować z ikonosfery i zamilknąć ! Czy celem tych ataków liberalnych i oświeconych „przewodników” po ścieżkach nowoczesności nie jest przypadkiem usunięcie Bogaczłowieka w niepamięć- intelektualny i kulturowy niebyt ? Nie sposób obrócić w niepamięć najważniejszy fakt w historii ludzkości, w którym to Maryja „porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie” czy może w jasłach, stojącym luźno mniejszym żłóbku dla owiec. Być może zdobędzie się na odwagę któryś z europejskich decydentów, aby powiedzenia prawdę i wykrzyczeć – niczym Biedaczyna z Asyżu, że „Miłość nie jest kochana !”

wtorek, 5 grudnia 2017


Łk 10, 21-24

Jezus rozradował się w duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam Cię, ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie... Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: «Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli».

Odkrywam w chrześcijaństwie zdumiewającą dążność ku poznaniu Boga; pochwyceniu, przybliżeniu się, zachwycie, który może nawet spowodować jakieś ekstatyczne unieruchomienie, bezwład. „Tyś najpiękniejszy z synów ludzkich” (Ps 44). Ten, którego miłuję, musi być kimś budzącym największą radość, podziw i poczucie piękna. Myślę, że tak postrzega te rzeczywistości Kościół przeżywający czas oczekiwania- Adwentus; nie jest to kolejny splot narracji okraszonych ckliwym oczekiwaniem na Święta Narodzenia Pańskiego, lecz rzeczywistą próbą kontemplacji oblicza Wcielonego Boga. „Widzieć Chrystusa to znaczy widzieć Boga i całą ludzkość. Ta tajemnica wzbudziła we mnie gorące pragnienie, by zobaczyć twarz Chrystusa”- pisał H. Nouwen, wpatrując się w ikonę Chrystusa Zbawiciela ze Zwienigorodu. Chrześcijanin jest człowiekiem pragnienia, wychylającym się ku źródłu i pędzącym na oślep niczym wariat. Święty Augustyn w jednym z komentarzy pisał: „Niech przyjdzie do nas..., niech przyjdzie do nas On sam, Oblubieniec. Kochajmy Go ! Ileż brzydoty znalazł On w nas ! A mimo to kocha nas.” Ukaż mi Panie swoją twarz ! – to moja codzienna modlitwa pragnienia, przyzywania i miłości. Spoglądam na ikony zawieszone na ścianie mojego pokoju. Oblicze Chrystusa w tylu ikonograficznych wariantach, a jedno wspólne przesłanie: „Jestem z Tobą, przez wszystkie dni aż do skończenia świata.”  Ikony opowiadają mi o tym miłosnym zapewnieniu i rodzą odwagę przedzierania się przez duchową powierzchowność świata. „Ikona ma swe miejsce w sercu wyznania wiary Kościoła- powie Ch. Schonborn- Stanowi jakby jego rekapitulację.” Dzięki ikonie Zbawiciela spoglądamy z nadzieją w stronę przyszłego świata. Pomaga nam w tym aramejski zwrot, tak silnie zakorzeniony we wczesnochrześcijańskiej liturgii: „Marana tha”, co się tłumaczy: „Pan wraca !” lub „Przyjdź, Panie !” Jeśli naprawdę Kościół stanie w tęsknocie i z głęboką wiarą, wtedy bez wątpienia usłyszy odpowiedź: „Zaiste, przyjdę niebawem” (Ap 22,20).  

poniedziałek, 4 grudnia 2017


 
Kult ikony został uprawomocniony w Kościele przez gremialnie przyjętą decyzję na siódmej sesji VII Soboru Powszechnego. Ikona Chrystusa przedstawia boską osobę zgodnie z ludzką naturą, którą przejął od swojej Matki. Tak rozumiana koncepcja zarówno jako nosiciela boskości, jak również człowieczeństwa staje u podstaw doktryny chalecedońskiej, a tym samym spójnej teologii obrazu. Od tej pory z wielką pieczołowitością będzie się przywiązywać wagę do wizerunków w taki sposób, aby przedstawiając Boga – człowieka, czy świętych – reprezentowały autentyczną doktrynę. Dorastanie do tak dojrzałej myśli teologicznej miało swoich płodnych Ojców, którzy od początku postawiali sobie za cel obronę świętych wizerunków i niejednokrotnie było im dane w obronie tej sprawy przypłacić wygnaniem, torturami, czy życiem. Nie sposób pominąć tych wielkich osobowości bizantyjskiego Kościoła i ich zaangażowania na płaszczyźnie teologii ikony. Jan Damasceński, którego w kalendarzu liturgicznym dzisiaj wspominamy (675- 749) spośród pierwszych obrońców obrazów odwołuje się do żywej tradycji Ojców Kościoła. W Źródle poznania, które dedykuje swemu duchowemu bratu, Kosmasowi biskupowi Maiuma, przedstawia imponującą syntezę tej tradycji, która tworzy pewien piśmienniczy tryptyk: 1. Rozdziały filozoficzne, gdzie zaznajamia czytelników z licznymi definicjami filozoficznymi zapożyczonymi od Arystotelesa, Porfiriusza i Ojców Kościoła, które przypominają w dzisiejszym znaczeniu propedeutykę teologii. Traktat zawierający sto uwag O herezjach, który stanowi kompilację w formie podręcznika na temat różnych herezji; tu pojawiają się rozważania o monoteletyźmie i islamowi. W końcu najważniejsze dzieło w których znajduje się odpowiedź na zarzuty ikonoklastów Wykład szczegółowy prawdziwej wiary, w którym twierdzi, że nie ma takiego człowieka, który by nie posiadał z natury wszczepionego poznania istnienia Boga. Homilie Jana Damasceńskiego sprawiły, że zyskał sobie przydomek Chrysorohas (płynący złotem). Jemu zawdzięczamy pierwszą autentyczną syntezę myślenia o ikonie, jak również ukształtowania odpowiedniego aparatu pojęciowego w dyskursie na ten temat. W swoich trzech Mowach apologetycznych przeciw tym, którzy potępiają święte obrazy, Jan wydobył istotę nauczania Kościoła na temat Chrystusa i w sposób zdecydowany zabrał stanowisko w tej sprawie. Wykazał w swojej argumentacji, że zakaz malowania ikon kwestionuje podstawową prawdę wiary we Wcielenie, w to, że Bóg istniejąc poza czasem i przestrzenią objawił się w ludzkiej osobie, w człowieku Jezusie narodzonym z Maryi. Ze względu na to, że Bóg przyjął ludzką twarz, możemy go przedstawiać za pomocą obrazów. Ponieważ Słowo Boże, przedwieczny Syn Boży, przybrało ludzkie ciało – argumentuje Jan – możliwe jest – co więcej konieczne – by je przedstawiać  i dlatego zachęca: „maluj na obrazach Tego, który stał się widzialny, i przedstawiaj Go tak, by mógł być oglądany.” Ikonoklazm w przekonaniu bizantyjskiego teologa był pewnym rodzajem doketyzmu, który oznaczał brak poszanowania dla tajemnicy Boskiego człowieczeństwa.  Zdaniem teologa kult ikon jest najwłaściwszym sposobem w jaki Kościół daje świadectwo o tym, że Bóg pojawił się w ciele w osobie Jezusa Chrystusa. „Odważnie rysuję portret niewidzialnego Boga nie jako niewidzialnego, lecz jako tego, który się pojawił dla naszego zbawienia i istniał w ciele i krwi.” W tym obrazie Jezusa nie jest przedstawiony ani Jezus – człowiek, ani niewidzialny Bóg, lecz obraz Boga, który stał się ciałem. Jan Damasceński postrzegał rolę obrazu, nie tylko w funkcji utylitarnej czy katechetycznej, ale jako ważny aspekt mistagogii chrześcijańskiej. Uważał, że bez ich obecności nie sposób ująć pełnej prawdy o Chrystusie – Wcielonym Bogu. „Przez poznanie zmysłowe bowiem powstaje w umyśle pewne wyobrażenie, które pobudza naszą zdolność rozróżniania i jako cenny skarb jest przechowywane w pamięci.” W przekonaniu teologa istotą sporu dotyczącego ikon nie była sztuka religijna jako taka, ale pytanie o to, w jaki sposób Bóg pozwolił się zobaczyć ludzkim oczom. Podkreślał wielokrotnie rolę widzenia w wierze, wzrok określał najszlachetniejszym ze zmysłów, dzięki któremu skraca się dystans poznawczy między ludźmi a Bogiem: „Ujrzałem Boga w ludzkiej postaci i zbawiona została dusza moja. Oglądam obraz Boga, tak jak Go widział Jakub, a jednak w całkiem inny sposób.” Oczami duszy przenikamy materialny obraz i odkrywamy prototyp w całym jego egzystencjalnym wymiarze. Prototyp w swej pełnej istocie, w swym bycie osobowym jest obecny w materialnym obrazie, i jako taki może być w nim rozpoznany za pomocą duchowej percepcji. Dopiero tajemnica inkarnacji czyni obraz Boga możliwym do uchwycenia wzrokiem: „Jeśli jednak sporządzimy wizerunek niewidzialnego Boga, pozostajemy w błędzie; niemożliwe jest bowiem, aby to, co bezcielesne, bezkształtne, niewidzialne i nie dające się opisać, było przedstawione na obrazach. I znów: jeśli tworzymy obrazy ludzi i uznajemy je za bogów oraz oddajemy im cześć jak bogom, to jesteśmy bezbożni. Ale przecież nic takiego nie czynimy. Nie upadamy, jeśli czynimy podobiznę Boga, który stał się ciałem i był widzialny na ziemi w cielesnej postaci oraz dzięki swej niewypowiedzianej dobroci zjednoczył się z ludźmi do tego stopnia, że przybrał nie tylko ich naturę, ale i konsystencję, kształt i kolor ciała. Tęsknimy bowiem za tym, aby oglądać Jego postać […] „Teraz widzimy Go jakby w zwierciadle i niejasno”. Także i obraz jest tylko niejasnym odbiciem dostosowanym do ograniczeń naszego ciała.” Zakaz wykonywania wizerunku Boga w Starym Testamencie tam mocno przenikający żydowską teologię i ikonoklastyczne argumenty chrześcijan VIII wieku stał się zdezaktualizowany wobec Wcielenia Logosu tak często przywoływanego przez ortodoksyjnych Ojców. Od tej pory autentycznym obrazem będzie sam Bóg przyjmujący ciało jednego człowieka, ażeby otoczyć chwałą całą ludzkość.

sobota, 2 grudnia 2017


Od jutra rozpocznie się nowy rok liturgiczny, jesteśmy uczestnikami pulsującego rytmu życia który przepływa w liturgii i zmierza ku wypełnieniu wszystkiego w Bogu. W ten sposób życie chrześcijanina, nieuchronny upływ czasu, wszystkie wydarzenia które splatają się na dramaturgię życia, są odniesione do jednego, wyraźnie określonego celu jakim jest przyjście Pana. Jesteśmy na wskroś przeniknięci duchem biblijnego przepływu czasu który ma charakter linearny, dzieje które płyną do przodu, ku określonemu celowi, wypełnione nadzieją na spotkanie kogoś wyjątkowego. „Można powiedzieć że dzieje mają dwóch bohaterów- Boga i człowieka. Zmierzają do ostatecznego zbawienia”. Wchodzimy w ADWENT- (od łac. adventus- przyjście, pojawienie się monarchy, króla, zwycięskiego wodza; ma to wydarzenie odpowiednik w dwóch ważnych słowach: parusia i epifania). To czas radosnego a zarazem poważnego oczekiwania na przyjście Chrystusa w wydarzeniu Wcielenia i Paruzji- czyli narodzenia; wejścia w ludzką historię, jak również czujnego przenikniętego modlitwą wyczekiwania Jego nadejścia na końcu czasów. Wyrażają to słowa wczesnochrześcijańskiego pisarza Nowacjana: „Jak zapowiedział Izajasz: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel, co się tłumaczy: Bóg z nami”, tak samo Chrystus mówi: „Oto Ja jestem z wami aż do skończenia świata”. Wobec tego On jest Bogiem z nami, a nawet o wiele bardziej: On jest też w nas”. Z niezwykłą sobie subtelnością wyraża istotę tego czasu oczekiwania ks. Pasierb: „Adwent to świt. Adwent to daleki tłumny fryz pełen postaci i zdarzeń, nieczytelny i pozbawiony sensu, gdyby w Betlejem za panowania cesarza Augusta w Rzymie i różnych tetrarchów w Palestynie, nie narodziło się dziecko, któremu nadano imię Jezus, a którego matką była Maryja. Adwent to mała izba w domu cieśli, gdzie zjawił się żonie archanioł, którego imię Gabriel znaczy „Zwiastujący człowieka”. Adwent to pustynia, na której widać wyniosłą postać odzianą w skórę wielbłąda. Adwent to liturgia. Adwent to nasze życie. Adwent to nasza śmierć i nasze zmartwychwstanie. Adwent to ostateczne przyjście Chrystusa”. To czas dopełniania się i zbliżania, czas wzrostu i rozwoju, oczekiwania i tęsknoty. Czas przychodzenia Tego, który jest zawsze, znajomy i nieznany. Czas ufności i radości…, naszego powrotu, hebrajskiego szub, co znaczy zmienić się, czas proroctwa i świadectwa…” Przez cztery niedziele adwentu będziemy przygotować się na te jakże podniosłego wydarzenia. Będziemy zapalać poszczególne świece na wieńcu uplecionym z sosny lub jodły, aby odmierzać czas nadejścia Pana. Wieniec w swojej głębokiej symbolice odsyła nas do drzewa jako symbolu życia ludzkiego czy gałązek, które w cieple domu pozostawały zielone lub rozkwitały. Symbolika adwentowego wieńca jest wielowarstwowa, polifoniczna. Cztery świece zakomponowane na wieńcu wskazują na stopniowe zbliżanie się do Prawdziwej Światłości- Jezusa Chrystusa. Zielone gałązki jak zostało już wcześniej wspomniane to znak żywej wspólnoty, przenikniętej dojrzewającym życiem. Wieniec zatem stanowi czytelny znak nadziei, że zwycięstwo nie należy do ciemności, lecz do życia. Chrystus jest Słońcem które nigdy nie zachodzi. Jak mamy właściwie przeżyć ten czas ? Przede wszystkim w spokoju i radości serca… Nie pozwólmy się ogarnąć tym wszystkim świecidełkom które będą wodziły nasz wzrok i opróżniały portfele z pieniędzy. Niech to będzie czas duchowego wzrostu, czujności i odważnego świadectwa w przepowiadaniu bliskości Boga do człowieka. Mamy nieść Jezusa wraz z Maryją, po to, aby nasze życie zostało wypełnione światłem… Mamy Go począć duchowo, aby wejść w kontemplację cudownej bliskości Boga który przychodzi aby przemienić i przebóstwić „Bóg staje się człowiekiem aby człowiek mógł stać się uczestnikiem boskiej natury”. Najważniejsze to mamy zachować czujność serca, aby nic i nikt nie wyprowadził nas z równowagi. Dobrze to wyraził o. Pelanowski: „Czuwanie, do którego wzywa Jezus ludzi, wyraża się nie tylko w tym, by czuwać nad własnymi pokusami i uprzedzać je, wyznając Bogu. Czuwanie to nie tylko unikanie miejsc i osób, czy sytuacji, w których na pewno nie potrafilibyśmy oprzeć się grzechom. Nie dotyczy też jedynie troski o to, by inni nie pogrążyli się w bagnie demoralizacji, i miłosiernego ratowaniu ich z dna. Jest jeszcze trzeci rodzaj czuwania, dzięki któremu człowiek przygląda się tym wszystkim wewnętrznym procesom duchowym, uczuciowym, mentalnym, psychicznym, które w nas się dokonują, aby nas nie popchnęły na manowce życia duchowego”. Należy zmobilizować się wewnętrznie aby dokonało się nasze wewnętrzne przeobrażenie, abyśmy przez zderzenie z prawdą o sobie, dostrzegli czas nawiedzenia Boga. Jezus nie mówi: „bądźcie spokojni” lecz „Uważajcie”. Nie mówi nam abyśmy odnotowali sobie wszystko skrupulatnie w kalendarzu naszego telefonu. Ciche kroki nadchodzącej osoby nie pozwolą nam zasnąć, mamy wsłuchać się w szept Boga i spoglądać w światło zapalanych świec, które będzie coraz intensywniejsze wraz z temperaturą naszej duszy. Bóg będzie przychodził w każdej chwili…, w delikatnych impulsach serca. Żeby się tylko nieokazało że jesteśmy zbytnio zajęci sobą. Dzisiaj wielu ludzi nie potrafi już czekać. Wykreślili adwent ze swoich kalendarzy, żyją szybko i intensywnie w oczekiwaniu na prezenty i świąteczne promocje. Brakuje nam tęsknoty za Bogiem. Świat oszalał w tej afirmacji siebie. Samotny człowiek przemierza ulice miasta i tęskni za rzeczami które są nie możliwe, dalekie i alienujące. Pozwólmy sobie na tęsknotę za Bogiem. Exupery napisał znane słowa: „Jeśli chcesz zbudować statek, naucz ludzi tęsknoty za odległymi morzami”. W tęsknocie znajduje się niewypowiedziana siła, która nas uzdalnia aby skutecznie ominąć te wszystkie fałszywe pragnienia. Zapytajmy siebie o naszą najgłębszą tęsknotę...Bóg za mną tęskni, czy ja potrafię zatęsknić za Nim ? To zadanie na adwent… odwagi !

czwartek, 30 listopada 2017


Mt 4,18-22

Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim.

W tym opisie powołania apostołów wybrzmiewa jakaś urzekająca wrażliwość Chrystusa na człowieka. Czytałem ten fragment wielokrotnie i za każdym razem przykuwa moją uwagę jakiś inni szczegół. Ewangelia odsłania prostotę tych relacji, głębię spotkania i dojrzewającego w duszach dialogu osiągającego swoje apogeum w spontanicznym zadziwieniu: Kim jest ten człowiek ? Pomimo tylu kłębiących się ludzi na brzegu jeziora, Chrystus spogląda uważnie w oblicza tych, którzy za monet zmienią swoją profesję i wejdą w świat z przemieniającą siłą Dobrej Nowiny. Widzi twarz Szymona i Andrzeja kierując do nich imienne zaproszenie. „Gdzie jest we mnie to miejsce, do którego mogę Cię zaprosić Boże”- pytał z przejęciem św. Augustyn. Powołanie to zaskakujący moment konfrontacji z Tym, który czyta człowieka niczym książkę, wie wszystko, ale nie pozbawia wolności wyboru. Bóg przedstawiając ofertę, nie odwołuje się do argumentów sukcesów, władzy, pozycji i kariery... Pójście z Nim jest naznaczone „umieraniem” dla wielkiej sprawy. Powołanie to ogołocenie z siebie, pomniejszenie i ostatecznie krzyż. Zawiera się w tej decyzji szlachetna i pełna dyspozycyjności wiara człowieka, który wyruszając w misję nie wie jaki będzie jej ostateczny akord. „Tylko ci, którzy ryzykują pójście daleko dowiedzą się jak daleko można dojść” (T. S. Eliot). Często powracam do malarstwa Francisco Ribalta, a szczególnie do obrazu Chrystusa ze św. Bernardem. Poza zwiastowaniem hiszpańskiego- ekstatycznego barokowego malarstwa, obraz niesie przesłanie na wskroś mistyczne- choć nie szybujące w obłokach. W omdlewającym w ramionach Chrystusa Bernardzie można uchwycić bliskość ucznia, który na miłość odpowiada całym sobą. Jakby chciał powiedzieć: Jestem Twój, uczyń ze mną cokolwiek pragniesz. „Krzyż narzuca temu, kto wkracza na jego drogę, wysiłek ujednolicenia, który popycha ku heroicznym dążeniom woli” (G. Bevilacqua). Nasze wzrastanie w Chrystusie jest wzrastaniem w miłości, omdlewaniem i powstawaniem; codziennym, choć nie pozbawionym wątpliwości wypowiadanym: zgadzam się !

środa, 29 listopada 2017


Łk 21, 12-19

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa.... I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie».

Żadne wydarzenie w pierwszym millenium chrześcijaństwa nie było bardziej katastrofalne w swoich zrządzeniach i odciskające się na historii Kościoła, jak narodziny Islamu. Najważniejsze patriarchaty wschodniej części Imperium Bizantyjskiego, stały się łupem wyznających Islam Arabów. W VII wieku muzułmańkie hordy dotarły do Egiptu. Dokonało się to zaledwie siedem lat po śmierci Mahometa. Gdy Arabowie tam dotarli, w środku miasta stała majestatyczna katedra św. Marka, a w porcie niezapowiedziani nikomu intruzi mogli podziwiać słynną latarnię morską na wyspie Faros- uważaną później za jeden z siedmiu cudów starożytnego świata. „Starzy ludzie” z nową religią, oblegali wiele ważnych miast chrześcijańskiego świata, w tym Jerozolimę- miasto naznaczone szczególnie obecnością Chrystusa. „Arabscy zdobywcy Jerozolimy nie byli zwykłymi agresorami. Byli awangardą nowej religii, która rościła sobie nie tylko polityczne, ale i duchowe prawa do tego miasta. Dowódcy ich armii byli głosicielami orędzia Proroka, a nie tylko żołnierzami; byli zwiastunami nowej cywilizacji, która miała znieść język, przeobrazić instytucje i przebudować strukturę regionu, gdzie przez całe wieki dominowały kultury Izraela, Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa” (R. Wilken). Kościół, chociaż osłabiony przez prześladowania zdołał zachować swoją tradycję, a jego wierni miłość do Chrystusa pieczętowali ofiarą z własnego życia. Pomimo tych ucisków, zdołał przetrwać i wychować wielkich- charyzmatycznych i inteligentnych świadków wiary. Strumień męczenników- posługujący się już językiem arabskim przepowiadał odważnie Ewangelię. Dlaczego robię wycieczkę w tak odległą przeszłość ? W historii jest pewna wewnętrzna dążność do powtarzania się pewnych wydarzeń. Jeżeli uważnie prześledzimy źródła historyczne, teksty chrześcijańskich pisarzy z tamtego czasu, to uświadomimy sobie o wiele więcej analogii do tego co dzieje się aktualnie w Europie. Dla muzułmańskich przybyszów Europa to „ziemia obiecana”- raj na koszt białych i pozbawionych własnego zdania autochtonów. Chrześcijańskie ofiary wojny w Syrii nie są wstanie dotrzeć do Europy; taka wyprawa byłaby dla nich czymś w rodzaju eksterminacji. Ochrzczony Arab byłby wypchnięty z pontonu na starcie, a chrześcijańska kobieta zgwałcona i zhańbiona. Dlatego zostają na miejscu, nie przestając marzyć o dniu kiedy zapanuje pokój. Czy potraficie sobie wyobrazić taką sytuację, że na Bliskim Wschodzie rocznie zostaje unicestwionych sto tysięcy chrześcijan (tylko dlatego, że należą do Chrystusa i nie chcą się wyprzeć wiary). Wyobraźmy sobie że jedno z polskich miast znika bezpowrotnie z roku na rok. W naszej Ojczyźnie ludzie zajmują się dyskusjami i przepychankami na temat wycinki lasu w Puszczy Białowieskiej, a co trzy minuty na świecie umiera chrześcijanin. Na pontonowych łodziach płyną obcy ludzie z półksiężycem proroka wytatuowanym na dłoniach i w sercu, ( w kieszeniach trochę „grosza” i głowę pełną marzeń o europejskim kalifacie) a Europa rozpościera swoje ramiona i czyni z siebie bezradną matkę- staruszkę, współczującą ofiarom rzekomych wojen. Chodźcie i opowiadajcie nam o swojej kulturze ‘”ogniem i mieczem”. Jeden z moich znajomych nauczycieli, nakarmiony ideologią biednych uchodźców o których się nasłuchał będąc z wizytą w Niemczech z takim przejęciem mówił mi o tym, że chrześcijanie powinni przyjmować imigrantów- bo to ich sprawdzian z chrześcijańskiej miłości. A jak ich przyjmiemy to oni podźwigną ciężką pracą nasze gospodarki i zastopują niż demograficzny (pewnie myślał o tych panach których moja siostra widziała w Hamburgu, jak idąc ulicą targali ogromną plazmę kupioną za socjal. Ich praca to wszechobecna nuda zabijana wpatrywaniem się w telewizor i czekaniem na mieszkanie. A nasze wyobrażenie o nich to mit liberalnych wizjonerów z za biurek w Brukseli ). Dlaczego tego „trojańskiego konia” nie wezmą szejkowie, obrzydliwie bogaci eksporterzy ropy; oni za nic mają swoich pobratymców. Dlaczego ludzie odpowiedzialni za nasz kontynent, nie podejmuje trzeźwej refleksji nad tym jaka będzie jego przyszłość. Czy nie potrafimy odsunąć na bok złudzeń i zobaczyć, że wśród tych którzy do nas  dobijają, znajdują się ludzie którzy mogą mieć krew na rękach ? Francuskie i niemieckie- muzułmańskie dzielnice, z prawem szariatu i ignorancją tego, co europejskie- nasze, pokazuje nam jasno sytuację, która może być bliską tej z inwazji w dawnych wiekach. Miał rację papież Benedykt XVI cytując w Ratyzbonie cesarza Mauela II Paleologa: „Pokaż mi, co nowego przyniósł Mahomet, a znajdziesz tak tylko rzeczy złe i nieludzkie, takie jak jego nakaz szerzenia mieczem wiary, którą głosił... Wiara jest owocem duszy, a nie ciała. Kto chce doprowadzić kogoś do wiary, musi umieć dobrze przemawiać i poprawnie rozumować, a nie uciekać się do przemocy i gróźb.”

wtorek, 28 listopada 2017


Łk 21, 11

Wtedy mówił do nich: «Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Wystąpią silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie».

Kiedy uważnie obserwujemy dramatyczne wydarzenia jakie dzieją się w różnych zakątkach świata, to może nasuwać się pytanie: Czy zaczynają się dziać rzeczy o których mówił Chrystus ? Istnieje w człowieku lęk o jutrzejszy świat, szczególnie wtedy kiedy środki masowego przekazu pokazują ciemną stronę świata bez tabu; kiedy mówi się o złu, aż nazbyt dosłownie, nie kamuflując niczego- bez reporterskiej cenzury. Takie obrazy budzą w sercu egzystencjalne napięcie, a w konsekwencji lęk. Być może istnieje duża grupa ludzi która w wygodnym fotelu bez jakichkolwiek emocji, przyjmuje kolejne komunikaty o trzęsieniu ziemi, wybuchu wojny, krwawej masakrze, czy gwałtach na kobietach. „Tak zwany homo sapiens miałby zatem być legalnym potokiem nie tylko małpy, ale również broni. Broń zrodziła człowieka. Najwyższą przyjemnością człowieka byłoby wiec naciskanie spustu, a w przypadku biedaka- wywijanie kijem” (A. Pronzato). Jakie to żenujące ! Zło odciskane przez człowieka i wobec człowieka nie jest problemem granicznym; to się dzieje na naszych oczach, a co najgorsze jest na to przyzwolenie możnych świata. Jest nasze przyzwolenie... Ilu obok nas żyje ludzi, którzy zamykają oczy na zło i udają że to ich nie dotyczy. Przełączą kanał w telewizji i już jest miło. „Świat jest w stanie letargu- pisał św. Jan z Kronsztadu- śpi pogrążony w grzesznym śnie. I Bóg go budzi wojnami, morowym powietrzem, burzami, nieszczęściami, trzęsieniami ziemi, powodziami i nieurodzajami.” Ludzie otrzymują tyle znaków- dopustów- i nie chcą nić zrobić z własnym życiem. Nie chodzi mi wcale o to, że Bóg dopuszcza zło, aby wstrząsnąć sumieniami niewrażliwych ludzi. On zamyka oczy, ale ani na chwilę nie przestaje kochać i chronić człowieka. To będzie pewnie aż nadto antropomorficzne stwierdzenie, ale Bóg ma odwagę płakać zamiast nas- często niewrażliwych i zasklepionych w poczuciu własnego bezpieczeństwa. Błogosławieni są ci, którzy potrafią obudzić nas z letargu i przywrócić tętniącemu w sercu świata życiu. Błogosławieni, którzy nie podkładają bomb, lecz kruszą współczuciem skamieniałe ludzkie serca. Błogosławieni konstruktorzy pokoju, widzący z oddali wyłaniającą się twarz miłosiernego Boga i podeptanego człowieka. Chrystus, mówiąc o katastrofach, chce nami dogłębnie wstrząsnąć, uczynić z nas bliźnich wychodzących naprzeciw innych. Każdą katastrofę można przewidzieć, stawić jej czoła.  „Wszyscy jesteśmy istotami potrzebującymi ocalenia”- pisał W. Hryniewicz. Jesteśmy Hiobami, smaganymi cierpieniem, bólem i osamotnieniem, ale na końcu tej drogi jest pełnia istnienia- ponieważ Bóg jest większy od tego szaleństwa. Miał rację św. Filaret Moskiewski: „Życie tu na ziemi dane jest człowiekowi po to, żeby dłonią wolnej woli i mocą Bożej łaski wypracował wieczne zbawienie.” Słowa Chrystusa nieustannie rozbrzmiewają i przemieniają oblicze świata: „Nie bójcie się, Jam zwyciężył świat !”

poniedziałek, 27 listopada 2017


Dn 3, 55-56  

Błogosławiony jesteś Ty, co spoglądasz w otchłanie,
który zasiadasz na Cherubach,
pełen chwały i wywyższony na wieki.
Błogosławiony jesteś na sklepieniu nieba,
pełen chwały i wywyższony na wieki.

Malarstwo wielokrotnie próbowało ilustrować prawdę o przyjściu na końcu czasów Chrystusa Zbawiciela. Sztuka była niejako drugą Biblią, a na pewno próbowała stać się łatwym do przyswojenia komentarzem do tego, co w nostalgii za wiecznością próbowali piórem wyrazić teologowie. Obraz przybliżał eschatologiczne wydarzenie- czynił je bardziej dostępnym- namacalnym odczuciem bliskości Boga. Tę atmosferę percepcji sakralnej sztuki, oddają powszechnie znane słowa św. Grzegorza Wielkiego: „Obraz jest w tym celu wystawiony w kościele, aby ci, co nie umieją czytać, przynajmniej patrząc na ściany czytali na nich to, czego nie mogą czytać w książkach.” W liniach obrazu wychodzących z pod dłoni anonimowych artystów, tak pieczołowicie nakreślających oblicze Boga-Człowieka, zawierała się opowieść o świecie przemienionym; a akordem zapowiadającym ten moment była Paruzja. Teologia, estetyka i wyrafinowany warsztat stawały się traktatem wiary- barwną, kolorową kontemplacją apokaliptyczną. Już wielu bizantyjskich myślicieli było świecie przekonanych, iż malarz może w zwierciadle swej sztuki uchwycić życie, teologiczne zaś, ponieważ za sprawą łaski ma udział w objawieniu wyższej prawdy. Dlatego w ikonach i miniaturach wczesnośredniowiecznych wzrok oglądającego był umiejętnie prowadzony od tego, co zewnętrze- ku wnętrzu- światu już przeobrażonemu. Żeby nie pozostawić moich czytelników bez konkretnego exemplum, przywołuję dzieło z kręgu zachodniego malarstwa romańskiego- choć o filiacjach bizantyjskich, przedstawiające Maiestas Domini (ok. 1180 r.)  z reprezentacyjnej kaplicy Panteon de los Reyes w Saint Isidorio w Leon. W urokliwej przestrzeni pochówku królów Kastylii i Leonu południowofrancuski lub kataloński Mistrz wymalował cykl wspaniałych malowideł na ścianach i sklepieniu. Finezja form wyraża finezję duchową tego, kto te formy tworzył. Charakterystyczną cechą tych malowideł jest dość zawężona gama kolorystyczna; od intensywnie brązowo-czerwonych odcieni do szaroniebieskich, przypominających trochę późniejsze francuskie arrasy. Wszystkie przedstawienia zostają oplecione fantazyjnymi ornamentami pnących się roślin. Świat idyllicznej szczęśliwości człowieka, zwierząt i natury. Wśród bogatego repertuaru tematów, szczególnie przyciąga oko przedstawienie Chrystusa Pantokratora. Zamknięty w charakterystycznej mandorli i zasiadający na sklepieniu, w zamaszystym geście dłoni wskazuje ku górze. Z energetycznej i świetlistej wizji zostaje wypowiedziane przesłanie: „Ja jestem światłością świata.” Jego obecność uświadamia wszystkim, że partycypuje On w życiu ludzi, „podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi” (Hbr 1,3). Ojciec „wszystko poddał pod Jego nogi, a Jego samego ustanowił nad wszystkim” (Ef 1,22). Sztuka zatem wyrywa się ku Chrystusowi, który przychodzi o poranku „nowego dnia,” aby wyzwolić człowieka. Ikona przypomina o dniu objawienia, kiedy słudzy Jego „będą oglądać Jego oblicze, a imię Jego będzie wypisane na ich czołach” (Ap 22,4).

niedziela, 26 listopada 2017

Mt 25, 31-46

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale, a z Nim wszyscy aniołowie, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni u Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane dla was od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu,
a przyszliście do Mnie”...

Czas teraźniejszy jest oczekiwaniem na przyjście Syna Człowieczego. Pewnie dlatego w kalendarzu chrześcijańskim wszystko zatacza krąg i powraca do punktu wyjścia; ale to co początkowe zmierza ku temu, co ostateczne. Ewangelia zaprasza nas do kontemplacji wizji finalnej, której głównymi bohaterami są Chrystus- Sędzia i ludzkość poddana sprawdzianowi wiary. Chrystus, który na ziemi przeszedł drogę ogołocenia, odrzucenia i pogardy, przychodzi jako Basileus- Władca żądając od zranionego przez grzech człowieka dowodu miłości. „Oczekiwanie na Paruzję stanowi o postawie chrześcijańskiej w stosunku do ludzkiego życia. Określa obecny stan Kościoła jako napięcie między tym, co już jest spełnione, a tym, co jeszcze pozostało do spełnienia” (J. Danielou). Przypowieść o sądzie jest przypomnieniem i uwrażliwieniem na takie kształtowanie własnego życia, aby było w nim miejsce na miłość. Bardzo mocno wybrzmiewa tutaj przesłanie do nawrócenia serca, bowiem Bóg będzie nas sądził z miłości i odpowiedzialności za innych. To odzwierciedla niezwykle głęboką intuicję chrześcijaństwa; człowiek nie zbawia się pojedynczo, lecz we wspólnocie ludzi powiązanych ze sobą nicią miłości. Eschatologia jawi się zatem, nie jako przepowiadanie wydarzenia pełnego lęku, ale pedagogią miłości na wskroś przeszywającą serce człowieka. Bóg jest Miłością, a Jego działanie jest naprawcze- zbawiające. Jak pisał K. Barth: „Sędzia to nie ten, kto jednych nagradza, a innych karze, lecz mąż, który zaprowadza porządek i naprawia to, co zniszczone. (naprawia siłą miłości- moje wtrącenie). Musimy powrócić do prawdy, iż Sędzia, który jednych ustawia po lewej, a drugich po prawej, jest wszak Tym, który zamiast mnie stanął przed Bożym Sądem i zdjął ze mnie wszelkie przekleństwo. Jest Tym, który umarł na krzyżu i powstał w Wielkanoc.” Przeistoczony w blask prawdy Bóg- Sędzia, staje przed człowiekiem oczekując tylko jednego: miłości ! „Nie ma jednak całkiem doskonałych świętych, podobnie jak w każdym grzeszniku istnieje przynajmniej jakaś cząstka dobra- pisał   prawosławny teolog- Z punktu widzenia sprawiedliwości wszyscy powinni iść do piekła, ale w każdym znajduje się część raju i część piekła.” Źródłem tajemniczej siły, która pozwala ludziom przekraczać siebie jest ukryta w głębinach serca zdolność do kochania. Takowa jest w Bogu miłującym bezgranicznie człowieka. On nie chce czynić jakiegoś negatywnego oczyszczenia, a w konsekwencji wiecznego obozu koncentracyjnego dla zagubionych kozłów. Apokalipsa jest krzykiem o przemianę świata; utopieniem grzechów w oceanie miłosierdzia. Miłość jest mocniejsza niż śmierć i kara wejścia w niebyt istnienia. Tylko miłość może zbalansować to rozdarcie i uleczyć obojętność, przeobrazić świat w święto zbawionych- zanurzonych w wiecznej miłości Boga. Eschatologia musi mieć świetlaną postać otwartą na nadchodzącego Chrystusa. „Koniec świata jest dziełem Boga i człowieka. Jest nie tylko zniszczeniem świata i sądem, lecz jego przeobrażeniem, nadaniem mu blasku. Jest to dalszy ciąg dzieła stworzenia”(T. Spidlik). Jedne, co pozostaje nam dzisiaj zrobić, to nadać życiu profil miłości. Stać się współpracownikiem Kochającego. Miłować i nie przegapić dzielenia tej wskrzeszającej siły na ułomki. Wołam zatem pokornie, dotykając śladów Miłości: „Należę do Ciebie – zbaw mnie !”

sobota, 25 listopada 2017


Ps 9

Chwalić Cię będę, Panie, całym sercem moim,
opowiem wszystkie cudowne Twe dzieła.
Cieszyć się będę i radować Tobą,
zaśpiewam psalm na cześć Twego imienia, Najwyższy.

Wczoraj pisałem o teologicznym zachwycie nad światem i rozpoznawaniu subtelnych śladów obecności Boga. Pragnę jeszcze pogłębić te myśli i nadać im pewien patrystyczny wydźwięk. W Wyznaniach św. Augustyna znajduje się rozmyślanie dotyczące miłości do świata: „Jeśli podobają ci się rzeczy stworzone, chwal w nich Boga ! Skieruj swoją miłość na ich Twórcę, abyś w tym, co się tobie podoba, nie przestał podobać się Bogu. A jeśli podobają ci się ludzie, to kochaj ich w Bogu, ponieważ oni też mogą ulec zmianie, a tylko w Nim się utrzymują na stałe przy życiu, bo inaczej zginęliby niechybnie. W Bogu kochaj wszystko, i, o ile możesz, wszystkich pociągaj do Niego.” Ojciec Kościoła uświadamia istotną kwestię. Nie chodzi tylko o pełen wrażliwości i estetycznej afirmacji ogląd świata, ale dojście do źródła tego piękna- samego Boga. „Możemy łatwo odrzucić te rzeczy, które urzekają nas swym pięknem, bogactwem i rozmaitością, tylko wtedy- powie św. Leon Wielki- kiedy w pięknie tego świata kochamy więcej Stwórcę niż stworzenie.” Myśliciele jednoznacznie ukazują ścieżkę jaką powinien podążać chrześcijanin dokonując mądrego i pokornego oglądu rzeczywistości. Życie i harmonia piękna obecna w stworzonym świecie, ustawia człowieka w pozycji niewypowiedzianego zachwytu- ku Temu, który każdego dnia powołuj coś z niebytu do istnienia. Jesteśmy częścią nieustannie dokonującego się cudu w nas i obok nas. „I jeśli ktoś, oglądając, rozumie, co widzi, to musi też wiedzieć, że nie ogląda Boga samego, lecz tylko jakieś byty dzięki Niemu istniejące i dające się poznać... Największą bowiem i najdoskonalszą niewiedzą jest wiedza o Tym, który przekracza wszystko, co poznawalne”- będzie przekonywał w swojej Teologii mistycznej Pseudo- Dionizy Areopagita. Bóg mnie przekracza. Choćbym się nie wiem jak wysilał intelektualnie, wszystko co o Nim będę orzekał będzie wątłe, niepełne, nieadekwatne... Ale byty stworzone opowiedzą znacznie więcej. „Niebo, ziemia, morze, po prostu cały ten świat jest wielką i chwalebną księgą Bożą, w której Bóg otwiera się samym swym milczeniem” (św. Grzegorz Teolog). Człowiek posiada w sobie głębokie pragnienie i przeświadczenie, że chciałby wznieść się poza tym oglądem i wiedzą, zatapiając się całkowicie w Nim. Mamy tu potrzebę przejścia od materii ku zjednoczeniu z Bogiem, które mistyka zgrabnie nazwie przemienieniem lub przeobrażeniem. „W swej nieopisanej dobroci, Bóg transcendentny wobec wszystkich rzeczy, niepojęty i niewypowiedziany, zezwala nam uczestniczyć w sobie samym... i jest niewidzialnie widzialny”- będą wspólnie orzekać myśliciele chrześcijańscy. Jakże płynnie można przejść od zachwytu sensualnego do duchowego oglądu i stania się „uczestnikiem Bożej natury” (2 P 1,4). Tak rozumiana kontemplacja wchodzi w wizję eschatologiczną. Przemienienia dostąpi ostatecznie nie tylko ludzkie ciało, jak również całe stworzenie- metamorphosis. „Królestwo Boże- pisał z należytą głębią Fiodorow- jest dostępne dla ruchu molekuł i atomów we wszechświecie, co sprawia, że zmartwychwstanie i przemienienie wszystkich rzeczy jest możliwe.” Człowiek który potrafi się nad tym zdumieć, potrafi jednocześnie wejść w przestrzeń Tego, który przychodząc, czyni wszystko nowym.

piątek, 24 listopada 2017


Twoja jest wielkość, moc i sława, majestat i chwała,
bo wszystko, co jest na niebie i ziemi, Twoje jest, Panie

Niejednokrotnie snuję refleksję o świecie jako projekcie Boga. W metafizyce bytu słowo „stworzenie” oznacza udzielenie bytu temu, co nazywamy stworzeniami, przez najwyższy Byt- Stwórcę. „Stworzenie” zatem oznacza manifestację jedności poprzez wielość. Mamy do czynienia z filozoficznym pojęciem, choć niepozbawionym teologicznych zabarwień. Stwarzać to dla Boga tyle, co objawiać siebie- przynajmniej tak to rozumieli średniowieczni filozofowie, a ja im wtóruję. W Nim-Bogu- zawiera się świat; uczestniczy w akcie stawania się, a zarazem ten sam „wytwór” odbija obecność i piękno samego Stwarzającego. Stworzenie jest dziełem myśli- pragnienia Boga, żywym dziełem artysty. „Wszechświat nie jest słabą kopią nadzmysłowego modelu, tak jak w różnych odmianach platonizmu. Wytryska z rąk żyjącego Boga. Biblię przenika kosmiczna radość... Bóg w nim umieszcza napięcie ku transcendencji” (O. Clement). Dla człowieka choć trochę zajmującego się sztuką i towarzyszącym jej pięknem, ślad Boga odciśnięty w naturze- a wiernie oddany za pomocą talentu i biegłości pędzla artysty, jest czymś na wskroś epifanicznym i doksologicznym. Malarz przenosi odprysk Bożego piękna w świecie na płótno i nadaje mu status „nieśmiertelności”. To trochę jest tak, jakby chciał zawrzeć w kadrze ( ex post), to co wyszło z pod palców udzielających życie. Zatrzymać i poddać medytacji. Bóg istnieje, ponieważ piękno świata o Nim najpewniej opowiada ! Często przyglądam się licznym pejzażom, które tak mocno eksponuje zachodnioeuropejskie malarstwo. Nie są to obrazy religijne. Ile tam jest ukrytego piękna, podprowadzającego mimowolnie oglądającego pod doświadczenie wiary. Takie zdumienie wywołuje u mnie chociażby pejzaż luministyczny, francuskiego malarza Claude’a Lorraina. Jego krajobrazy skąpane są w świetle; utkane z emanacji słońca wschodzącego lub zachodzącego na horyzoncie. Metafizyczny nastrój i spokój, jaki emanuje z jego obrazów nastraja do kontemplacji i zachwytu nad Bogiem. Zgadzam się z Poussinem, „Nic nie jest widzialne bez światła. Nic nie jest widzialne bez przeźroczystego ośrodka.” Takie wrażenia zapadają tak głęboko, że stają się Teologią.

środa, 22 listopada 2017


Ps 17   

Strzeż mnie jak źrenicy oka,
ukryj mnie w cieniu Twych skrzydeł.
A ja w sprawiedliwości ujrzę Twe oblicze,
ze snu powstając, nasycę się Twoim widokiem.

Sen jest przyjacielem śmierci ! Psalmista zaprasza nas do zastanowienia się również nad własną śmiercią. Nie potrafię wskazać, czy istnieje jak dawniej, mądra, pokorna i przeniknięta spokojem refleksja nad przemijaniem i przechodzeniem. Czy możemy z pewną swobodą ducha powiedzieć, że żyjemy w czasie pięknych śmierci ? Człowiek niechętnie przyjmuje narzucaną mu myśl o tym, że będzie musiał rozstać się ze światem. „O życiu nikt nie mówi tak dobrze jak śmierć”- pisał J. Green. Śmierć może zadawać się naszą jedyną towarzyszką, która może przyprawiać o zawrót głowy i nasilający się niepokój. Każde odejście bliskiej nam osoby uświadamia nam nieuchronne nadejście czasu naszego pochwycenia i rozstania się z tym, co uważamy za bezpieczne lub oswojone- przynajmniej nam się tak wydaje. Tylko chrześcijaństwo potrafi dumnie spoglądać śmierci w oczy; pozbawione lęku i paraliżującego poczucia niewiadomej, wychodzi na wprost „tajemniczej i wyrachowanej przewodniczki w zaświaty.” Miał rację przenikliwy biskup Massillon, mówiąc: „Mniej boimy się śmierci, kiedy spokojni jesteśmy o to, co po niej nastąpi.” Dzień śmierci chrześcijanina jest jednocześnie dies natalis- dniem narodzin, wejściem w sen i oczekiwaniem na wybudzenie lub bezpośredni ogląd Boga. Święty Serafin z Sarowa proklamował życie i uczył pogodnego odchodzenia. Powtarzał uśmiechając się niczym dziecko: „Dla nas śmierć będzie radością.” Święci byli mistrzami pogodnego naigrywania się ze śmierci, zaglądania jej w oczy; odzierali ją z szaty paraliżującego lęku, odbierając jej niejako władzę. Oni doskonale zdawali sobie sprawę, że Bóg jest tym, który okrywa ich skrzydłami, przebudza ze snu i nie odbiera światła które tak intensywnie zaświadczyło o triumfie życia, kiedy Chrystus wyszedł zwycięski z objęć śmierci. Zatem śmierć dla nas jest nieuniknionym wydarzeniem, do którego winno się przybliżać z wewnętrznym spokojem. Śmierć jest naszym osobistym sprawdzianem z przeżywania życia. „Być może nasza końcowa śmierć- pisał K. Ware- będzie podobnym odświeżeniem- zaśnięciem, po którym nastąpi przebudzenie. Nie obawiajmy się zapaść w ten sen każdego wieczora, ponieważ następnego ranka spodziewamy się ponownego przebudzenia.” Najpiękniejszym marzeniem  wierzącego jest obudzić się ramionach Boga. To niczym prenatalny powrót do początku- wejście w łono Życia i pozostanie w nim. Zakończę słowami paschalnej homilii św. Jana Chryzostoma, ku pokrzepieniu serca: „Niech nikt nie lęka się śmierci... Zmartwychwstał Chrystus- i życie zajaśniało pełnią. Zmartwychwstał Chrystusa- i nikt nie pozostał w grobie martwy.”

wtorek, 21 listopada 2017

Łk 19, 1-10

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A pewien człowiek, imieniem Zacheusz, który był zwierzchnikiem celników i był bardzo bogaty, chciał koniecznie zobaczyć Jezusa, któż to jest, ale sam nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę». Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie». Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło».

Jerycho, sykomora i zapętlony w sobie Zacheusz- to również obraz naszego zbawienia. Dzisiejszym Jerychem, miastem filantropii, finansjery, wyzysku i rozwiązłości, może być miasto nam znane, to w którym żyjemy. Niejednokrotnie przesiąkamy atmosferą miejsca w którym przyszło nam egzystować; oswajamy się z jego ciemnymi stronami, akceptujemy moralne rozedrganie, idziemy na kompromisy z otaczającym nas złem. Tak wcale nie musi być. Nawet w centrum najbardziej kotłujących się wydarzeń, może dokonać się jakieś duchowe przeobrażenie- refleksja nad własnym życiem i postępowaniem. Największym dramatem ewangelicznego Zacheusza było życie wypełnione kompleksami. Ciągle postrzegał siebie jako małego i niewiele znaczącego człowieka. Swoje braki leczył chciwością i zachłannością. Wyspecjalizował się do perfekcji w rujnowaniu innym życia. Na krzywdzie innych wybudował sobie swój bezpieczny- „przyjazny świat”. Otaczał się ludźmi swojego pokroju, pyszałkowatymi ciułaczami pieniędzy. Taki człowiek musi sobie kupować szczęście i przyjaciół. Znienawidzony przez innych za fasadą własnych rządz, przeżywa życie na podobieństwo bankietu. Święty Nil Sorski przekonywał: „Jeśli ta choroba się w nas zakorzeni, jest ona gorsza od wszystkich innych.” Egoizm posunięty do granic absurdu. „Miłość ta zwycięża wszelką inną miłość- powie św. Jan Chryzostom- wypycha ją i wypędza z duszy.” Ilu w naszym świecie jest takich Zacheuszów ? Ludzi wyzutych z elementarnej wrażliwości. Ludzi o wypłukanych sercach z miłości; zapatrzonych w siebie i tylko w siebie. Nicestas Stethaos, wielki znawca życia duchowego pisał, że chciwość „pobudza ludzi do przedkładania miłości do pieniędzy nad miłość do Chrystusa, stawia ona Twórcę materii niżej od samej materii, przekonuje do czczenia jej bardziej niż Boga.” Dzięki Bogu istnieje coś tak oczywistego jak „sykomora”- miejsce, przestrzeń, dogodny moment na spotkanie i zwrot. Nie trzeba się wspinać na drzewo, aby spotkać cudowne spojrzenie Boga. Wystarczy niekiedy zamienić schemat własnego życia na spontaniczne poddanie się sytuacji w której Bóg będzie mógł coś zakomunikować. „To nie jest droga niemożliwa, to niemożliwe staje się drogą” (P. Evdokimov). Ile razy nie dopuszczam do siebie głosu: „Zejdź prędko,” „Spróbuj na nowo,” „Jesteś wstanie zmienić własne życie”- zobaczyć siebie w perspektywie miłości Patrzącego. Nie wystarczy powtarzać sobie naiwnie: myślę pozytywnie, dam radę się zmienić. Chrystus przychodzi do naszego życia- „domu,” dostrzegając autentyczną szczerość naszych intencji. Zaproszenie Boga pod swój dach wiąże się z przeorganizowaniem życia- czasami z pozostawieniem go, zmianą kształtu i odbudowaniem na powrót relacji z innymi. Nowe życie !

poniedziałek, 20 listopada 2017

Łk 18, 35-43

Kiedy Jezus przybliżał się do Jerycha, jakiś niewidomy siedział przy drodze i żebrał. Gdy usłyszał przeciągający tłum, wypytywał się, co to się dzieje. Powiedzieli mu, że Jezus z Nazaretu przechodzi. Wtedy zaczął wołać: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Ci, co szli na przedzie, nastawali na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!» Jezus przystanął i kazał przyprowadzić go do siebie. A gdy się przybliżył, zapytał go: «Co chcesz, abym ci uczynił?» On odpowiedział: «Panie, żebym przejrzał». Jezus mu odrzekł: «Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim, wielbiąc Boga. Także cały lud, który to widział, oddał chwałę Bogu.

Człowiek posiada zmysł wzroku- zatrzymujący się na ludziach, rzeczach, otaczającej i dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. Za pomocą wzroku większość ludzi doświadcza momentów radości, jak również rozczarowania i bólu. Ile to razy słyszymy z ust innych takie słowa: Gdybym nie zobaczył tego, to bym zachował spokój ducha ! Żyjemy w świecie „zbiorowego podglądactwa”- czasami posuniętego do jakiego paskudnego ekshibicjonizmu i bycia bezmyślnym intruzem. Nasz wzrok jest tak często rozproszony i koncentrujący na milionach niuansów i detali, tak iż człowiek staje się niekiedy jednostką chorobową. Jest jeszcze jedna odsłona postrzegania (aspekt pozytywny)- to wrażliwość na piękno i towarzyszące mu zdumienie. Istnieją ludzie o pięknym spojrzeniu- pełnym czułości, miłości; sile duchowego przyciągania wydobywającej się wprost z głębi serca. Często marzę o świecie i ludziach w kategorii pięknego spojrzenia- postrzegania. Oczy w których odbija się drugi człowiek, tak wiele mówią o patrzącym się... Boimy się wzroku mętnego, błądzącego wszędzie i nigdzie, uciekającego od udzielenia odpowiedzi, przygaszonego, wypalonego, mówiącego stop spotkaniu. Wyobrażam sobie, że człowiek któremu Chrystus przywrócił dar wzroku, stał się widzącym inaczej- lepiej, subtelniej i głębiej. To było Święto ! Nie tylko świat stał się dla niego ciekawszym i bardziej kolorowym, ale wzrok utkwiony na Uzdrawiającym pozostawił swój wieczny ślad. Po takim darze, nie sposób jest nie patrzeć na ludzi z wdzięcznością; nawet jeśli wcześniej zachowywali się ohydnie: szturchali, naśmiewali się, czy ignorowali nieobecnego. Hosanna- człowieka niewidzącego, przerodziło się w uwielbienie i   wychwytywanie blasku tak intensywnie udzielającej się od Widzącego w miłości i światłości. „Bóg jest światłem i jego widok jest światłem”- powie św. Symeon Nowy Teolog. To Światło jest łaską, która jest objawiana i komunikowana człowiekowi. Jest to również droga poznania Boga. Apostoł pisał: „Bóg, który rozkazał, aby z ciemności zabłysło światło, sam rozjaśnił nasze serca światłością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa” (2 Kor 4,6). A święty Grzegorz Palamas z całkowitym przekonaniem będzie objaśniał: „Światło duchowe jest nie tylko przedmiotem widzenia, ale także zdolnością, która pomaga widzieć.” Niewidomy został przeobrażony mocą Ducha, a światło napełniające jego oczy rozświetliło w nim wszystko. Dusza została zalana łaską wiary, a wzrok umożliwił zjednoczenie z Bogiem.

niedziela, 19 listopada 2017

1 Tes 5, 1-6

Nie potrzeba wam, bracia, pisać o czasach i chwilach, sami bowiem dokładnie wiecie, że dzień Pański przyjdzie tak jak złodziej w nocy. Kiedy bowiem będą mówić: «Pokój i bezpieczeństwo» – tak niespodzianie przyjdzie na nich zagłada, jak bóle na brzemienną, i nie umkną. Ale wy, bracia, nie jesteście w ciemnościach, aby ów dzień miał was zaskoczyć jak złodziej. Wszyscy wy bowiem jesteście synami światłości i synami dnia. Nie jesteśmy synami nocy ani ciemności. Nie śpijmy przeto jak inni, ale czuwajmy i bądźmy trzeźwi.

Pawłowa eschatologia na wskroś aktualizująca się w czasie i dojrzewająca do wyklucia, może stanowić dla wielu ludzi „zadomowionych” w świecie rodzaj pewnej przestrogi- przebudzenia ze stanu ambiwalencji i egzystencji bez celu. Jakby chciał doświadczony wędrówką przez życie głosiciel Ewangelii, każdemu z nas powiedzieć: Twoje „teraz” nie może się oddalać od Chrystusowego „już.” W Chrystusie zostają zatarte wszelkie granice, a to co wydaje się niemożliwe do poznania, staje się faktem- „Nadzieja zawieść nie może,” ponieważ w Boguczłowieku objawia się pełnia istnienia- Życie. „Ów dzień”- o którym rozpisuje się Apostoł z wielkim poczuciem czegoś ważnego, mówi nam o Epifanii i Paruzji Chrystusa- dniu sądu nad światem i uwielbieniu Kościoła. Jednocześnie będący już w jesieni wieku św. Paweł, wskazuje na moment śmierci każdego chrześcijanina jako na wychodzeniu naprzeciw Pana. Słowa które z wyjątkową częstotliwością i powagą rozbrzmiewają w listopadowe dni, to takie które zwiastują nadejście Zbawiciela i wymagają od chrześcijan jednego- czujności. „Pan ukrył przed nami tę chwilę, aby każdy z nas czuwał i nie wykluczał, że może to nastąpić jeszcze za jego życia”- mówił św. Efrem Syryjczyk. Nie potrafimy określić czasu Jego przyjścia, a żaden z najbardziej przebiegłych wizjonerów nie będzie wstanie przewidzieć chwili naszego nawiedzenia. Mamy być stróżami poranka- synami światłości, na których to twarzach wypisuje się blask niewzruszonej nadziei i głębokiej wiary. Mamy być w oczekiwaniu ! Czasy ostatecznie już się rozpoczęły, a świat jęczy w bólach duchowej metamorfozy. „Należy oczekiwać, że stworzenie będzie cierpiało, jakby skazane na śmierć w okresie prześladowania, lecz po to, aby zostać odbudowane, a nie zginąć, abyśmy odnowieni żyli w nowym świecie... Umarłe ciała ponownie ożyją i staną się płodnymi” (św. Metody z Olimpu). Ostatnia Księga Nowego Testamentu, zapisana jest językiem płomiennej tęsknoty: „Zaiste, przyjdę niebawem. Amen. Przyjdź, Panie Jezu !” (Ap 22,20).  

sobota, 18 listopada 2017

Łk 18,8

Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?»

Chyba nie ma bardziej niepokojącego pytania które stawia przed nami Ewangelia. Czy jesteśmy dostatecznie przygotowani na spotkanie z Bogiem ? Dostojewski napisał, że człowiek często wierzy w Boga z pychy. W tych paradoksalnych słowach zawiera się jakaś trudna do scharakteryzowania pokusa ludzkiej izolacji od świata, innych ludzi, często opatrzona fałszywym- pozornym skoncentrowaniem się na Bogu. Tak naprawdę jest to tylko koncentracja na sobie i swoich projekcjach. Dla niektórych ludzi, poruszanie się w przestrzeni religii przyjmuje formę pewnego wentylu bezpieczeństwa- wierzę, ponieważ to przynosi mi jakieś profity, czuję się bezpiecznie; w tej postawie nie ma nic z „zakładu Pascala”i ryzyka, a jedynie chęć pewnej stabilizacji którą umożliwia ta specyficzna i wieloobszarowa instytucja. Człowiek autentycznie przeniknięty Bogiem, potrafi wziąć na siebie odpowiedzialność nie tylko swój los, ale również za tych którzy razem z nim podążają ścieżką wiary. Chrześcijanin- człowiek miłości i współczucia. Jak mówił M. Bierdiajew: „Miłość jest Bogoczłowiecza i tylko wtedy jest ludzka.” Żywa wiara wytryskuje z człowieczego serca, z najpiękniejszego miejsca- gdzie Bóg i człowiek się spotykają. Wiara jest dialogiem- często trudnym do uchwycenia, zrodzonym w duchowej wędrówce przez wątpliwości, złudzenia i częste pomyłki. Wiara to nieustanne i mozolne powracanie do podstawowych pytań: Skąd przychodzę i w jakim kierunku zmierzam. Wiara nigdy nie jest samotnym przemierzeniem życia. „Ciebie, Panie, pragnę; kiedy Cię szukam, walczę i krzyżuję siebie wraz z Tobą, aby razem z Tobą żyć” (M. Kabasilas). Czytałem kiedyś pewną historię o domu, w którym wybuchł pożar. Rodzice wybiegli z płonącego domu, trzymając na ramionach dwoje młodszych dzieci. Nie byli wstanie wziąć na ręce trzeciego dziecka. Był on starszy, stąd wołali usilnie aby biegł za nimi. Ale ten będąc sparaliżowany strachem pozostał w ogarniętym ogniem pomieszczeniu. Wyszedł na balkon i wołał przerażony: Tatusiu, ratunku ! Ojciec zobaczył syna i krzyknął: Nie bój się dziecko, skacz w dół, a ja cię złapię ! Syn nie widział ojca, przestrzeń była zadymiona. Przestraszony zaczął płakać: Tatusiu, nie widzę cię ! Ojciec jeszcze raz zawołał: To nie ważne, że ty mnie nie widzisz. Najważniejsze, że ja cię widzę, proszę skacz ! Chłopiec zebrał w sobie odwagę i skoczył w ramiona ojca. W tym opowiadaniu zawiera się głęboka prawda o naszej kondycji. Wiara to zaufanie, ryzyko i odwaga. „Boże, Ty Boże mój, Ciebie szukam; Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało, jak zeschła, spragniona ziemia” (Ps 63,2). Mistrzowie życia duchowego mówią, że większość czasu spędzamy jak lunatycy: wykonujemy mnóstwo nic nieznaczących- banalnych rzeczy, zamiast żyć w zadziwieniu, miłości i dobru które tak marnujemy. Patriarcha Bartłomiej przypominał światu o tym, że tylko wiara jest wstanie utrzymać świat harmonii: „W naszych miastach widzimy dzieci źle ubrane, niedożywione, bezbronne; bezrobotnych i przemoc; rozbite rodziny, rozdarte serca, zdruzgotane marzenia. Dlaczego ? Odpowiedzią może być tylko wiara... Tylko wiara otwiera ludzkie serca. Bogactwo wznosi domy, ale wiara może dokonywać tego, co niemożliwe.” Taką wiarę będzie chciał zobaczyć Chrystus kiedy przyjdzie powtórnie.