niedziela, 31 grudnia 2017




Łk 2, 22-40  Gdy upłynęły dni ich oczyszczenia według Prawa Mojżeszowego, Rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby przedstawić Go Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: «Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu»... A żył w Jeruzalem człowiek imieniem Symeon. Był to człowiek sprawiedliwy i pobożny, wyczekujący pociechy Izraela; a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż zobaczy Mesjasza Pańskiego. z natchnienia więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy Rodzice wnosili dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: «Teraz, o Władco, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, które przygotowałeś wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela»...
Ewangelia przywołuje moment ofiarowania Chrystusa w Świątyni Jerozolimskiej. Znaczenie tego wydarzenia jest szczególnie podniosłe. Mówi o spotkaniu, wykupie i ofierze. Przywołuje pierwotne samofiarowanie Chrystusa. Przedstawienie i ofiarowanie dziecka w świątyni nie było jedynie wypełnieniem semickiego rytuału ze strony Maryi i Józefa. To, co się dzieje ma o wiele głębszy sens. Chrystus zostaje przedstawiony i ofiarowany; mamy tu początek Odkupienia- Bogoczłowiek zostaje oddany światu, aby go przekonać i przemienić siłą bezbronnej miłości, naprawić i podnieść, ofiarować Ojcu. Niezwykle wyraźnie oddaje to komentarz średniowiecznego mistyka św. Bernarda: „Ofiaruj Syna Dziewico Święta i przedstaw Panu błogosławiony owoc żywota Twojego. Ofiaruj na pojednanie nas wszystkich Hostię Świętą, podobającą się Bogu.” Dzisiejsza Ewangelia odsłania nam jeszcze jedno ważne przesłanie, mówiące o Rodzinie która pomimo przeciwności losu jest umocniona więzami miłości i ofiary. Dom rodzinny jest tam, gdzie jest kochająca Matka i Ojciec. Myślę również o własnym rodzinnym domu; o miłości i trosce rodziców. Wspominam jak ojciec uczył mnie wszystkiego, wprowadzał w świat męski- spokojnie i rozważnie. Jak matka chroniła mnie niczym piskle i powtarzała niczym refren psalmu: „Dziecko uważaj na siebie. Pamiętaj, bądź dobry dla innych.” Tato odprowadzał mnie na dworzec kiedy wyjeżdżałem do szkoły, później na studia i żegnał się w taki sposób jakbym miał odpłynąć za ocean i wrócić Bóg wie kiedy. Wracam pamięcią do dnia moich święceń, gdzie ojciec i matka z poczuciem dumy, łzami, szczęściem całowali moje dłonie. Kocham ich za to, że potrafili akceptować każdą moją decyzję, widząc w niej pomysł i palec Boży. Bezpieczny dom w którym pielęgnowana jest atmosfera serdeczności, wrażliwości i pokoju. Tylko taka rodzina jest wstanie przynieść swoje dziecko i poświęcić je Bogu. Dom jest pierwszym środowiskiem w którym człowiek wzrasta, uczy się wiary, mądrości a nade wszystko miłości. Ksiądz Twardowski z właściwą dla siebie wrażliwością pytał w dziecięcy sposób: „Czy pochwaliłeś kiedyś swoją mamusię ? Czy wiesz, że mamusia ma cudowne oczy ? Pomyśl, jaki jesteś wobec swojego tatusia ? Czy myślisz o nim ? Czy modlisz się za niego ? Kiedy dom rodzinny jest miłością ?” Brak tej przestrzeni sprawia jakieś ludzkie i duchowe ubóstwo. Dlatego Rodzina z Nazaretu może być cudownym wzorem dla wielu zagubionych i pozbawionych wartości osób żyjących pod jednym dachem, a paradoksalnie sobie obcych. Bóg wszedł w ludzką rodzinę, stał się dzieckiem pięknej i głęboko wierzącej Kobiety. Stał się przybranym synem pracowitego i czułego cieśli, ucząc się i wzrastając w klimacie poczucia bezpieczeństwa i szacunku. Rodzinne więzy i zobowiązania były podporządkowane misji, którą otrzymał od Ojca. „Kiedy doczekamy powrotu tych szczęśliwych czasów- pytał J. Berthier- Gdy Jezus Maryja i Józef staną się wzorem wszystkich chrześcijańskich rodzin, wówczas myśli płynące z wiary, napełnią wszystkie umysły, ożywią wszelkie pragnienia, pokierują wszystkimi uczynkami. Jeżeli zostaną one ofiarowane Bogu, staną się święte i zasługujące na niebo.”

czwartek, 28 grudnia 2017

Mt 2,13-18

Gdy Mędrcy odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: „Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić”. On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka: „Z Egiptu wezwałem Syna mego”. Wtedy Herod widząc, że go Mędrcy zawiedli, wpadł w straszny gniew. Posłał oprawców do Betlejem i całej okolicy i kazał pozabijać wszystkich chłopców w wieku do lat dwóch, stosownie do czasu, o którym się dowiedział od Mędrców. Wtedy spełniły się słowa proroka Jeremiasza: „Krzyk usłyszano w Rama, płacz i jęk wielki. Rachel opłakuje swe dzieci i nie chce utulić się w żalu, bo ich już nie ma.”

Narodziny Chrystusa, poza triumfem i świetlistością dobra, uwalniają również moce zła i próbują osłabić siłę wydarzenia w którym Bóg objawia pełnię swojej miłości. Demoniczne siły uobecniają się w działaniu i lęku przed utratą władzy króla Heroda. W przybliżeniu dramatycznego męczeństwa niewinnych dzieci i ocaleniu Dzieciątka Jezus, ucieczki Świętej Rodziny do Egiptu i jej późniejszego powrotu do ziemi ojczystej święty Mateusz wyraźnie wzoruje się na tekście zaczerpniętym ze Starego Testamentu, opisującej wyjście Izraelitów i powrót z wygnania. Ojcowie Kościoła dostrzegli w tym przekazie niezwykle atrakcyjną pod względem teologicznym i symbolicznym opowieść. „Boże nasz Ojcze, w dniu dzisiejszym Święci Młodziankowie Męczennicy obwieścili Twoją chwałę nie słowami lecz śmiercią”- głoszą teksty liturgiczne. Mamy tu zawarte elementy teologii męczeństwa, niezwykle silnie zabarwionego emocjonalnie- ponieważ dotyczyło bezbronnych dzieci. W tej bezbronności postrzegano wspólnotę chrześcijan dryfującą wśród wrogiego pogańskiego świata. Młody Kościół zanurzony w Krwi Baranka- przeżywający Paschę Pana. Bóg przyszedł na świat, aby umrzeć. Ta głęboka prawda wyrywa nas z banalności świąt i wesołkowatości. Po radości narodzin rysuje się perspektywa krzyża- zaakceptowanego i przyjętego w wolności. „Te niemowlęta, choć o tym nie wiedzą, umierają za Chrystusa, ich zaś rodzice opłakują śmierć męczenników, a on, nie umiejąc jeszcze mówić, świadczą o Zbawicielu. Oto panowanie Tego, który przez śmierć przyszedł panować. Oto już wybawia Ten, który jest Wybawicielem; oto już zbawia Ten, który przynosi zbawienie” (Kwodwultedus).  W Boże Narodzenie wpisany jest realizm męczeństwa- największego daru z siebie. Chrystus jest Zbawicielem i koroną tych dzieci. Sam dopiero narodzony już działa zbawiając niewinne dzieci, które wyznały wiarę i umarły dla Niego. Ich życie stało się drogocenne w oczach Boga. Wiara chrześcijańska zakłada pójście śladami Chrystusa. Niezrozumienie, prześladowania, wykluczenie, a nawet męczeństwo jest wpisane w życie uczniów Chrystusa. Zbyt wyraźnie rozumieją to chrześcijanie współcześni; prześladowani za wyznawanie wiary; dzieci doznające gwałtu przez brutalny świat dorosłych, odpierający radość istnienia i piękno niewinności. Kończę słowami Brata Karola de Foucauld: „Żyj dzisiaj tak, jakbyś wieczorem miał umrzeć jako męczennik.”

niedziela, 24 grudnia 2017


Lęk ogarnia piekło, bo Stwórca stał się sercem stworzenia ! Boże Narodzenie. Misterium bliskości Boga, który stał się Człowiekiem. Ukazał boskość w tym, co na ziemi niewątpliwie najpiękniejsze: w małym dziecku. „Bezcielesny przyjmuje ciało, Słowo się materializuje, Niewidzialny daje się widzieć, Nietykalny daje się dotknąć, Bezczasowy poczyna się w czasie, Syn Boga staje się synem człowieczym...” (św. Grzegorz z Nazjanzu). Kontemplacji tego wydarzenia towarzyszy mi radość i wzruszenie prostaczka; człowieka który nie zdoła do końca pojąć ogromu zstępującej w świat i jego historię Miłości. Ten, który do tej pory był nieogarniony, przyszedł w ciele Dziecięcia. „Pan przyszedł na świat nie wśród złota i srebra, lecz wśród błota” (św. Hieronim). Słowo wyszło z ciszy, wykluło się niczym wątłe piskle z łona Tajemnicy; przeszedł niebiańską szlak i znalazł miejsce pod sercem najpiękniejszej ziemskiej Kobiety Maryi. „Wszechmogący objawia się w delikatnej słabości Dziecka, nieskończona Cisza wypowiada się poprzez Słowo ‘streszczone” w ciele, Piękno Całkowite ofiaruje się we fragmencie, w szopce. To tam znajduje się brama otwierająca przejście do nieskończonej ciszy Boga, skąd pochodzi życie, ku któremu wzdycha niespokojne serce” (B. Forte). Każdy nosi w sobie ewangeliczny moment narodzin najcudowniejszego Dziecięcia; swoje własne, pełne ciepła wyobrażenie o tym, co stało się w Betlejem. Ludzkie oblicze Boga, sprawia że człowiek odnajduje swoją własną, pełną wewnętrznego i przemienionego piękna twarz. „Twarzyczka Dziecięcia rozdarła na zawsze matowość świata, sprawiając, że wytrysnęło w nim światło zmartwychwstania” (O. Clement). W Noc Narodzenia Bóg wchodzi w serce stworzenia, a człowiek- grzeszny, wątły, słaby i zasklepiony w sobie, zostaje wyniesiony ku wieczności, promieniując siłą miłości scalającej wszystko to, co do tej pory były wybrakowane. Pewnie dlatego w tym czasie nasila się tyle dobra i ludzkiej życzliwości, a skamieniałe ludzkie serca kruszą się od nadmiaru miłości przebaczającej i wskrzeszającej świętość. Ludzie stają się bardziej bogopodobni, ośmielę się powiedzieć- rozrzutni w okazywaniu sobie dobroci. Boże Narodzenie nie jest tylko świętem cudownego człowieczeństwa- wydobywaniem dobroci z pod warstw zaprószonego ludzkiego wnętrza. Jest to również święto radości Boga. Święty Leon Wielki w homilii na święto Narodzenia Pańskiego, mówi: „Niech się weseli święty, niech się raduje grzeszny.” Raduje się również Bóg Ojciec, ponieważ w Słowie które stało się Ciałem, uobecniła się pełnia łaski. „W Nim bowiem wybrał nas... według postanowienia swej woli, ku chwale majestatu swej łaski” (Ef 1,4).  Philantropia – miłość do człowieka.


Pragnę wszystkim moim przyjaciołom, znajomym, studentom, uczniom, czytelnikom mojego bloga złożyć z serca płynące życzenia świąteczne. Niech Chrystus – Światłość ze Światłości, Książę Pokoju, napełnia wasze serca głębią wiary, miłością i pokojem. Promieniujcie szczęściem. Christos rażdajetsia. Sławitie Jeho !

czwartek, 21 grudnia 2017


Ps 33  
Dusza nasza oczekuje Pana,
on jest naszą pomocą i tarczą.
Raduje się w Nim nasze serce,
ufamy Jego świętemu imieniu.
Duchowe przygotowanie do ważnych wydarzeń zawsze jest przeniknięte oczekiwaniem. W tęsknocie zawiera się intensywność uczuć, rozedrganie serca, a oczy duszy stają się bardziej szkliste i wyostrzone na nagłe zadziwienie. W chrześcijaństwie intensywność myślenia o Bogu nigdy nie jest czymś wydumanym, biernym czy jedynie sentymentalnym; zawiera się w tym szczególna głębia uczuć i napięcie. Czasami mam takie nieodparte wrażenie, że Chrystus się narodził, ale świat jeszcze o tym nie wie. Ludzie ciągle potrzebują dowodów i rozmaitych bodźców do tego, aby przedrzeć się w przestrzeń wiary i zachwytu. Chrześcijaństwo próbuje ze wszystkich sił wyjaśniać ukrytą obecność Boga Miłości, ale często kapituluje przed falą komercyjnego szczęścia proklamowanego z ambon lekkomyślnego świata. W miejsce fałszywych sakralizacji musi wejść odwaga poznania, przybliżenia się, zestrojenia ze śpiewem aniołów obwieszczających radosną wieść. Za lada chwilę w murach świątyń w liturgicznej ekspresji form pojawi się „Ten, który w swojej dłoni trzyma całe stworzenie...” Chleb eucharystyczny przeistoczy się w betlejemski Dar Nieba- Pokarm Życia. Kościół nie będzie opowiadał o pięknym i owiniętym w pieluszki Dzieciątku z Betlejem- ten przekaz jest dla rozrzewnionych świątecznym nastrojem agnostyków wgapionych w kolorowe podarki i zdobną choinkę; będzie niósł przesłanie o Bogu, który stał się ciałem. „Szczęśliwe oczy wasze, że widzą”- powie wiele lat później Jezus z Nazaretu. Miał rację T. Merton: „Tajemnica jest działaniem Bożym- czymś, co Bóg czyni w czasie, by wprowadzić ludzi do sanktuarium wieczności. Jako religia tajemnic chrześcijaństwo jest religią faktów: faktów Boskich, Bożego działania. Chrystus się narodził. Narodził się dla nas i narodził się dzisiaj. Boże Narodzenie nie jest dniem takim jak inne. To dzień uczyniony świętym i wyjątkowym przez świętą Tajemnicę. Dzisiaj wieczność wkracza w czas, a czas- uświęcony- zostaje włączony w wieczność.” Zostawmy zatem świecidełka i błahostki komercyjnych wabików. Poderwijmy się jak pasterze przebudzeni w nocy i oślepieni blaskiem gwiazdy pobiegnijmy obwieszczając zaspanemu światu: „Niebiosa i ziemia jednoczą się dzisiaj, albowiem Chrystus się rodzi. Dzisiaj Bóg zstąpił na ziemię, a człowiek wstąpił na niebiosa.”

środa, 20 grudnia 2017


Łk 1, 26-38

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do dziewicy poślubionej mężowi imieniem Józef, z rodu Dawida; a dziewicy było na imię Maryja. Wszedłszy do Niej, Anioł rzekł: «Bądź pozdrowiona, łaski pełna, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami ». Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co by miało znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: «Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus... Na to Maryja rzekła do anioła: «Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?» Anioł Jej odpowiedział: «Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego okryje Cię cieniem. dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym... Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego».

Literatura starożytna zachowała dla nas tak wiele mitów i legend mówiących o zapłodnieniu kobiety, która ma urodzić dziecko boga. Sprowadzają się one zazwyczaj do dwóch scenariuszy: albo kobieta zostaje wybrana na małżonkę przez boga, który łączy się z nią cieleśnie, albo jakiś przedmiot – opieczętowany aurą cudowności- wnika w ten czy inny sposób w jej ciało. Już u początku kształtowania się cywilizacji i kultur, towarzyszyło ludziom przekonanie, że macierzyństwo jest jakimś bezpośrednim włożeniem dziecka do łona matki. Nie rozumiano procesu poczęcia i etapów kształtowania się życia w łonie kobiety. Śmiertelne kobiety w wielu zachowanych źródłach piśmienniczych, były oddawane bogom lub też były dla nich zastrzeżone, często określano je jako „poświęcone bogom,” stąd nie mogły należeć do żadnego ziemskiego mężczyzny. Wymagano również aby zachowały dziewictwo do momentu „świętej inicjacji.” I tak w mitologii greckiej Zeus połączył się z Danae pod postacią złotego deszczu. W Egipcie tebański Amon oświadczał swojej wybrance: „Ja jestem twoim ojcem... Posiadłem cię.” Owidiusz wspomina o tradycji, według której Mars urodził się z Junony dotkniętej kwiatem, bez współudziału Jowisza. Pentameron ukazuje młodą dziewczynę, która stała się brzemienna po skosztowaniu listka z krzaku różanego. Nana poczęła Attisa po zjedzeniu jabłka granatu. Takie ciąże wywołane spożyciem czegoś spotykamy również poza światem klasycznym i jego barwnych mitów. Legenda z wyspą Trobrianda opowiada o matce herosa która stała się brzemienna pod wpływem kliku kropel wody spływających ze stalaktytu. Chrześcijaństwo, w którym postać Dziewicy Maryi wiąże się z ideałem dziewictwa, jak i boskiego macierzyństwa, wyróżnia się tym, że nie wyrasta ze sfery mitu, czy barwnego podania, ale z faktu historycznego otulonego cudowną tajemnicą ingerencji Boga. „Wcielenie – powie bizantyjski myśliciel Mikołaj Kabasilas- było nie tylko dziełem Ojca, Jego Mocy i Jego Ducha, ale także dziełem wolności i wiary Dziewicy. Bez zgody Najczystszej, bez Jej wiary, ten plan byłby nie do zrealizowania...” Cała dogmatyczna wykładnia Kościoła przez wieki pochylająca się nad wybraną przez Boga Kobietą, zawierała się w dwóch istotnych określeniach: Matka Boża i zawsze Dziewica- Theotokos i Aeiparthenos. „Za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy”- takie sformułowanie znajduje się w Credo, a ma swoje źródło w przekazie Nowego Testamentu. „Człowieczeństwo przynosi ofiarę najczystszą – Dziewicę, i Bóg czyni Ją miejscem swoich narodzin i Matką wszystkich żyjących, doskonałą Ewą” (P. Evdokimov). Dlatego Kościół Wschodni w Wigilię Bożego Narodzenia w sposób podniosły wyśpiewuje: „Cóż ofiarujemy Tobie, o Chryste ? Niebo ofiaruje Tobie aniołów, ziemia przynosi Tobie dary, a my ludzie, ofiarujemy Tobie Matkę Dziewicę.” To Jej człowieczeństwo, Jej ciało stało się ciałem Chrystusa. Już św. Grzegorz z Nazjanzu ostrzegał Kledoniusza: „jeśli ktoś nie uznaje Maryi za Theotokos, to staje się obcy Bogu.” Niewiarygodna jest w teologii świadomość przenikającego się macierzyństwa i dziewiczości, jakby tych dwóch elementów nie można było odseparować od siebie. „Teologia zajmuje się sprawami nadprzyrodzonymi i ciągle napotyka na tajemnice- pisał Newman- których rozum nie może wyjaśnić ani do których nie może się przystosować.” Zamieszkanie Boga w ciele Kobiety- Oblubienicy, należy zatem kontemplować w pokornym milczeniu, bez niegrzecznej ciekawości podyktowanej chęcią racjonalnego i absolutnego wyjaśnienia wszystkiego. Żar Ognia- Duch Święty- Miłość, schodzi niczym lawa (nasienie Boga)- napełniając łono Dziewicy Życiem. W konsekwencji tego aktu, Bóg będzie musiał narodzić się po ludzku. „Słowo wcielone w komórkę jajową zagnieździ się w całym splendorze materialności kobiecego ciała, które obdarzy Je kojącą łaską łożyska, pępowiny, płynu owodniczego, śluzu. Zacznie mu też tykać biologiczny zegar, który zatrzyma ciało Boga w ciele matki przez około czterdzieści tygodni, a później na mocy tej samej konieczności wymusi urodziny, Świat stanie otworem. Popychany ku niemu skurczami macicy, spiralnym ruchem zacznie przesuwać się w dół, aż Józef, który nie ma o tym wszystkim pojęcia, zobaczy czubek głowy” (R. Koziołek). Jakże brakuje słów aby pisać o tym cudzie, niech to zostanie przesłonięte zasłoną tajemnicy; wydarzenie ciągle fascynujące i popychające w przestrzeń wiary i zdumienia. Bądź błogosławioną Matko Życia i Matko Światłości.

wtorek, 19 grudnia 2017

Dziewica dziś Przedwiecznego rodzi i ziemia grotę udostępnia Niedostępnemu... Jesteśmy przyzwyczajeni od dzieciństwa do obrazów sentymentalnych i pełnych ciepła szopek bożonarodzeniowych. Taki wdrukowany kod kulturowy- Chrystus narodził się w szopce. To przekonanie jest w nas taki silne i kształtuje całą gamę wyobrażeń na temat miejsca narodzin Mesjasza. Od dzieciństwa pamiętam jak z moim ojcem budowałem w kościele szopki, to był mój dziecięcy świat w którym dojrzewała wiara i pewnie rozkwitała ckliwa wyobraźnia tego zbawczego wydarzenia. Najpierw musiała być drewniana konstrukcja z mnóstwem siana, aniołków, świecidełek i innych dodatków. Najpierw zaplanowane miejsce dla owieczek i baranków, osiołka a jakże, dopiero finalnym momentem była reprezentacja dzieciątka na białym prześcieradełku. Chrześcijaństwo zachodnie dzięki kulturze skrzętnie przechowywało to wyobrażenie przestrzeni narodzenia Boga- Człowieka w swojej wyobraźni. Muszę niestety zburzyć nasze dziecięce, czasami infantylne wyobrażenia. Dzięki ikonografii renesansowej promieniującej na inne epoki sztuki, utrwalił się w powszechnym przekonaniu model szopki jako tego szczególnego miejsca przyjścia na świat dzieciątka Jezus. Mówimy że pierwszą szopkę zbudował święty Franciszek z Asyżu aby jeszcze mocniej kontemplować Wcieloną Miłość którą odrzucił świat. „Przyszedł do swoich, a swoi Go nie przyjęli”. Chyba źle odczytali wierzący intencję Franciszka, on nie zbudował szopki wprowadzając ją do kościoła i czyniąc częścią liturgicznego misterium, ale poszedł zabierając ze sobą braci i odprawił Mszę Świętą do szopki, tym samym wchodząc w klimat ubóstwa, opuszczenia, chłodu i narodzin Dziecięcia pośród zwierząt. Franciszek miał cudowną wyobraźnie i oczyma wiary widział więcej niż my dzisiaj. Tak naprawdę narodzenie Chrystusa miało miejsce w grocie. Jaskinia zawsze odgrywała istotną rolę w ludzkich wyobrażeniach, przy czym bogactwo tych wyobrażeń jest przeobfite. Od najdawniejszych czasów chrześcijanie pielgrzymujący do miejsc związanych z życiem Jezusa, a udając się do Betlejem zwiedzali jedną z grot. Do grot zaganiali pasterze swoje stada przed nocą która była zimna, jak również chroniąc swój bezcenny żywy inwentarz przed drapieżnikami wykradającymi owce ze stada. To w grocie Maryja powiła Dzieciątko, ponieważ nie było miejsca dla nich w mieście. Bóg narodził się pośród zwierząt, w smrodzie, wilgoci i śpiewie czteronogich adorantów. Położony na gnoju, bo gdzież tam było sianko narodził się Król królów i Pan panów ! Taka aura towarzyszyła Jego przyjściu, a grota stała się niemym świadkiem największego cudu historii. Wyraz temu przekonaniu daje w swoich słowach Roman Melodos: „Panna porodziła dzisiaj Ponadnaturalnego, a ziemia proponuje grotę Niedostępnemu”. Natomiast wielu Ojców Kościoła porównywało ciało Panny w grocie do kwitnącego i życiodajnego ogrodu w Edenie. Grota jest również obrazem matczynego łona. Jak wyśpiewa nabożeństwo „Akatystu” do Bogurodzicy: „łono Twoje większe niż niebo i ziemia”. Łono Maryi wskazuje na łono i serce ziemi. „Człowieczeństwo Boga rozpoczyna się zstąpieniem Jezusa w głębię ziemi, do ciemności groty”. Dlatego chrześcijański Wschód w narodzeniu Chrystusa dostrzega już wydarzenie Paschy. Takim dogmatycznym obrazem tych duchowych poszukiwań staje się ikona Narodzenia Chrystusa. „Ikona zachowuje ścisły związek z tekstami liturgicznymi i przedstawia szczególnie wstrząsającą ich interpretację: trójkąt groty, ten ciemny otwór do jej wnętrza, to piekło. Aby dotknąć otchłani i stać się „sercem stworzenia”, Chrystus mistycznie umieszcza swoje narodzenie w głębi otchłani, gdzie zło butwieje w swym ostatecznym zagęszczeniu. Chrystus narodził się w cieniu śmierci, Boże Narodzenie pochyla niebiosa aż po piekło, a my wpatrujemy się w leżącego w żłobie Baranka z Betlejem, który zwyciężył węża i dał pokój światu”. Ta wizja wydaje się jakże odmienna od zachodniego sposobu obrazowania miejsca narodzin jak również ukazania samego Dziecięcia. Mamy tu do czynienia z Izajaszowym Mężem Boleści (Iz 53,3). Dostrzegamy tu teologiczne paralele do wydarzenia złożenia Chrystusa do grobu, cieszy wielkiego szabatu- wydarzenia Wielkiej Soboty. „Każde złożenie do grobu jest powrotem do matczynego łona i poprzedza nowe narodziny” (G. Leeuw). Jak głoszą teksty liturgiczne z wielką dramaturgią i podniosłością chwili: „Życie się uśpiło, a piekło drży z trwogi”. Chrystus na ikonach złożony jest przez swoją Matkę w żłobie który przypomina katafalk, jakby grób kamienny. Powijaki Dzieciątka mają dokładnie ten sam kształt co śmiertelny całun, który anioł pokaże niewiastom niosącym wonności w poranek zwycięstwa życia nad rozpaczą śmierci. „Świetliste Dzieciątko odcina się na czarnym tle i antycypuje „zstąpienie do piekieł”. Ono samo jest „światłem, które w ciemnościach świeci”; „Słońce zaszło wraz z Nim, ale ciało Boga pod ziemią rozprasza ciemności piekła. „Światło zwycięża ciemności, Życie unicestwia śmierć”. Chrystus narodzony w grocie, owinięty w całuny, jest niczym innym jak mistagogiczną wykładnią zstąpienia Słowa do piekieł, tu rozbrzmiewa w oddali echo słów Ewangelii Janowej: „Światłość w ciemności świeci”. Pewnie warto byłoby się zapytać gdzie w tej grocie jest miejsce dla mnie ? Do groty trzeba mieć odwagę wejść, najpierw przejść przez ciemność aby w głębinie skalnej zobaczyć Światłość położoną  w sercu stworzenia. Jest w tym głęboka prawda o tym, że człowiek odrodzi się kiedyś we wnętrznościach ziemi, „urodzi się na nowo do życia wiecznego” (J. Servier). Przesłanie Ewangelii i ikonograficzna wizja groty w której poczęło się Życie Świata, niech będzie źródłem inspiracji w medytacji chwili narodzin każdego dziecka, a szczególnie narodzin każdego człowieka do wiary. W „grocie” wraz Maryją każdy wierzący powinien począć Boga- Człowieka, aby Go ofiarować dla innych i tym samym napełnić życie miłością i pokojem.  



 

poniedziałek, 18 grudnia 2017

Mt 1, 18-23

Z narodzeniem Jezusa Chrystusa było tak. Po zaślubinach Matki Jego, Maryi, z Józefem, wpierw nim zamieszkali razem, znalazła się brzemienną za sprawą Ducha Świętego. Mąż Jej, Józef, który był człowiekiem sprawiedliwym i nie chciał narazić Jej na zniesławienie, zamierzał oddalić Ją potajemnie. Gdy powziął tę myśl, oto Anioł Pański ukazał mu się we śnie i rzekł: «Józefie, synu Dawida, nie bój się wziąć do siebie Maryi, twej Małżonki; albowiem z Ducha Świętego jest to, co się w Niej poczęło. Porodzi Syna, któremu nadasz imię Jezus, on bowiem zbawi swój lud od jego grzechów».  

Ewangelista Mateusz w specyficznie semicki sposób przybliża nam szczegóły Narodzenia Pańskiego. Przyglądamy się temu Misterium oczami świętego Józefa. Kiedy rzetelnie prześledzimy ikonografię ilustrującą temat narodzenia Chrystusa, zobaczymy Józefa wycofanego, wystraszonego, niepotrafiącego do końca objąć sercem tej chwili. Jego oczy patrzą gdzieś poza rozgrywającą się scenę, wydają się zawieszone gdzieś w pustce; tak się dzieje wtedy kiedy nie potrafimy poradzić sobie z zaistniałą sytuacją. „W noc Bożego Narodzenia wydaje się, że Bóg i człowiek zamienili się rolami – pisał J. Pasierb- Bóg jest bezsilny, kruchy, zagrożony, to Jemu trzeba opieki, światła i ciepła.” O czym nam opowiada Ewangelia ? Mówi o początkowym kryzysie Józefa i odwadze zaopiekowania się własną rodziną. Z zalęknionego i poddawanego pokuszeniu mężczyzny, rodzi się człowiek głębokiej wiary i odwagi. Z marginesu wschodnich ikon i osobistej walki z myślami, pojawia się opatrznościowy mąż i ojciec, przyjmujący pod dach swego domu Boży Cud. Jest sprawiedliwy, to znaczy postępuje właściwie, jest sprawiedliwy w stosunku do swojej Oblubienicy; miłość usuwa lęk z jego serca. Bóg wkracza w jego rozmyślania. Głęboki sen staje się przestrzenią ważnych rozstrzygnięć i śmiałych decyzji. Anioł szepcze Józefowi, a ten posłuszny woli Boga czyni jak należy, „bierze swoją Małżonkę do siebie.” Anselm Grun pisał: „Jednak mężczyzna, by właściwie postępować musi, musi wsłuchiwać się w sny. Bez snów mężczyzna będzie ślepcem.” Największe wrażenie robi na mnie obraz Lorenzo Costa Święta Rodzina. Renesansowy artysta ukazuje małego, nagiego Jezusa w spokojnej pozie leżącego na białym płótnie. Maryja i Józef stojący obok siebie spoglądają z wdzięcznością i błogosławieństwem na Dzieciątko. Zdumienie Józefa odzwierciedla ową adoracyjną postawę jaką winien przyjmować chrześcijanin, wyznając wiarę w prawdziwą obecność Chrystusa w Eucharystii; złożonego na białym korporalne i bezbronnego. Miłość uobecnioną, zapraszającą do wejścia w komunię. „Józefie, zwiastuj praojcu Dawidowi przedziwne zdarzenia- głosi liturgia bizantyjska- Dziewicę widziałeś rodzącą, z mędrcami składałeś pokłon- za pasterzami śpiewałeś chwałę – przez anioła zostałeś pouczony. Proś Chrystusa Boga, aby nas zbawił.”

niedziela, 17 grudnia 2017


1 Tes 5, 16-24

Bracia: Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was. ducha nie gaście, proroctwa nie lekceważcie. Wszystko badajcie, a co szlachetne – zachowujcie. Unikajcie wszelkiego rodzaju zła. Sam zaś Bóg pokoju niech uświęca was całych, aby nietknięty duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego, Jezusa Chrystusa. Wierny jest Ten, który was wzywa: on też tego dokona.

Skąd się bierze radość ? To pytanie pozornie oczywiste, stawiam je idąc tropem św. Pawła. W jeszcze innym liście Apostoł pisze: „Radujcie się zawsze w Panu, jeszcze raz powtarzam: radujcie się... Pan jest blisko !” (Flp 4,4). Człowiek który pisał te słowa był realistą, przelane zostały one na pergamin w momencie największej próby- prześladowania i więzienia. Odkrycie to staje się świadectwem nadziei dla Kościoła i jest to przesłanie, które wciąż umacnia i podnosi na duchu. „Czujność usuwa z nas wszelkie zło, eliminuje wielomówstwo, złorzeczenie, oszczerstwo i wiele podobnych zmysłowych występków. Nie dopuszcza też, aby ktoś z powodu tych czynów był pozbawiony wewnętrznej radości, nawet przez chwilę” (Heyzchiusz z Synaju). Echo tych słów powraca również do nas współczesnych, sytuując nasze często zagmatwane życie w przestrzeni Boga, który ocala i wskrzesza płomień nadziei. „Ten, co żywi rzesze ptaków” przychodzi ofiarować człowiekowi radość, miłość i pokój. Tam, gdzie pada Boże działanie, następuje jak gdyby wibracja i przypływ radości, która następnie przechodzi niczym gwałtowny powiew przez serca ludzi. Radość taka wyrywa się z serca Maryi niosącej dar Życia, a wraz z nią wspólnoty o twarzach rozpromienionych tęsknotą. Uwielbienie przyobleka się w słowa: „Wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny.” Chrześcijanin a wraz z nim świat jest zaproszony do przeżywania tej radości; wejścia w epicentrum działania Boga: „Będzie radość i wesele na zawsze z tego, co ja stworzę” (Iz 65, 18). Radość chrześcijanka jest przede wszystkim wewnętrzna; źródłem jej siły jest Bóg działający wewnątrz. Radość jest „owocem Ducha” (Ga 5,22; Rz 14,17), rodzi się z zachwytu i odczucia namacalnego działania Kogoś, kto nas dogłębnie zna i kocha. Dlatego nawet najtrudniejsze doświadczenia życiowe nie są wstanie stłamsić radości, to widać na przykładzie świętych którzy pomimo zadanych im cierpień potrafili się zdobyć na niebywałe poczucie humoru. Świat potrzebuje radości. „Na te słowa- powie św. Augustyn- wszyscy się podnoszą i spoglądają ci na ręce, żeby zobaczyć, czy masz tam coś do podarowania nieszczęśliwym i nękanym różnymi chorobami.” Chrześcijanie są przynagleni do tego, aby być architektami udzielającej się radości.  

sobota, 16 grudnia 2017

Za trochę więcej niż tydzień będziemy przeżywać święta Narodzenia Pańskiego. W tym czasie przedświątecznym powracam z sentymentem i wrażliwością dziecka oczekującego podniosłej chwili do arcydzieł malarstwa podejmujących temat Bożego Narodzenia. Duchowymi przewodnikami po ostatniej prostej Adwentu, są dla mnie Mistrzowie pędzla, niejednokrotnie zatopieni w zaciszu własnego atelier i próbujący odtworzyć jeden z najbardziej ujmujących serce tematów Ewangelii. „Wcielenie jest najbardziej błogosławioną i radosną rzeczą jaka mogła się kiedykolwiek przydarzyć rodzajowi ludzkiemu” – pisał św. Izaak Syryjczyk. Zstąpienie Boga w świat w postaci Dziecka, nie tylko jest najbardziej inspirującym tematem, jak również oceanem teologii przez który nie sposób przepłynąć od tak. Porzućmy na chwilę wielką teologię i wejdźmy w prostotę znaczeń, wymianę uczuć, intymny nastrój przestrzeni w której dokonuje się cudowna wymiana. Trzeba mocno wyostrzyć zmysły, aby zobaczyć i usłyszeć Nowinę: „W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemność jej nie ogarnęła” (J 1,5). Misterium Obecności próbuje wyjaśnić nam sztuka – pokorna przewodniczka po meandrach dotykalności tego, co święte i na pierwszy rzut oka przesłonięte. „Scena Bożego Narodzenia staje się wówczas przesłaniem i w tajemnicy uścisku czy we współdzielonym zdumieniu i zachwycie,  w teatrze adoracji oraz przestrzeni serca Jezusa, w śpiewie piękna oraz bolesnym doświadczeniu nieobecności spotyka się z naszym życiem, uważnym lub roztargnionym, spragnionym światła lub zagubionym na ścieżkach nocy, która może wszystkie rzeczy pozbawić uroku” (B. Forte). Spoglądam dzisiaj na wyjątkowe dzieło sztuki Michelangela Mersiego Caravaggio pt. Pokłon Pasterzy, olejny obraz namalowany na płótnie który można zobaczyć w Muzeum Narodowym w Mesynie. Pobożni interpretatorzy tego dzieła nadali mu się drugi tytuł Madonna narodzin. Tym, co pozwoliło sformułować taki tytuł było przedstawienie Maryi w pozycji półleżącej, tak bardzo charakterystyczne dla wschodniej ikony. Matka siedzi na rozłożonym na ziemi płaszczu, jest najprawdopodobniej oznaka ubóstwa. Szata Maryi jest koloru czerwonego- niezwykle intensywnego, wyraża on królewską godność Dziewicy przez którą „Stwórca staje się sercem stworzenia.” Przypatrzmy się drobnym szczegółom na które składa się ta śmiała kompozycja; a nade wszystko uchwyćmy wewnętrzny dialog pomiędzy Matką a Dzieckiem rozświetlającym matowość i ciemność otaczającego świata. „Matka Boska z maleńkim dzieckiem- pisał R. Longhi- ogarnięta poruszonymi pojętnymi spojrzeniami pasterzy, jakby odlanych z brązu, jawi się nam zagubiona pośród skąpej kłującej ściółki, w pomieszczeniu pełnym nieruchomych jak przedmioty zwierząt, zbudowanym z desek i słomy, które tylko blask na horyzoncie wydaje się oświetlać, by następnie zlać się z szumem niewidzialnego morza. Podczas gdy rzucająca się nam w pierwszym momencie w oczy swego rodzaju martwa natura ubogich- biała serwetka, bochen chleba i strug stolarski, w trzech odcieniach; białym, brunatnym i czarnym – zamyka się w jakiejś przepełnionej smutkiem treści.”  Te smutek i zbudowane napięcie w osobach spoglądających z ciekawością dotąd niespotykaną, zostaje przełamany ciepłem i miłością Matki. Jej mimika twarzy tak wiele mówi. Maryja ma oczy delikatnie przymknięte i twarz przytuloną do czoła Jezusa. Jest głęboko zamyślona i zmęczona po połogu który przed przyjściem sproszonych przez aniołów gości chwilę temu się zakończył. Otoczenie jej nie rozprasza, ani nie wprawia w jakieś poczucie lęku. Kobieta zanurzona w Tajemnicy. Józef i pasterze oderwani od swoich trzód zastygli w milczeniu i stoją tak jakby ktoś obdarzył ich największym prezentem. Dziecko subtelnie wychyla się i podnosi rączkę głaszcząc usta Maryi. Bóg oczami dziecka zobaczył koloryt świata; poczuł odgłosy i zapach zwierząt huhających na Niego z nad żłobu z sianem. „Wydaje się, że niepokój i cierpienie Caravaggia znajdują chwilę pogody i ukojenia, podobną do światła, które wdziera się w ciemności i rozprasza je. W świadomości malarza ściganego przez wymiar sprawiedliwości pojawia się człowieczeństwo życia w jego początkach, jak gdyby niespodziewanie się obudził” (G. Santambrogio). Czy obraz jest pewną próbą zrehabilitowania się, lub ponownych narodzin grzesznego artysty ? Tego nie wiemy, ale na pewno odsłania te jasne strony duszy człowieka uchodzącego za awanturnika, pijaka i mordercę. Artysta zaprosił nas w cudowne święto pokory, miłości i pokoju. Odsłania nam największą prawdę którą proklamuje przez wieki chrześcijaństwo: Bóg przyszedł do tych, co „w mroku i cieniu śmierci mieszkają.”

czwartek, 14 grudnia 2017


Mt 11, 11-15

Jezus powiedział do tłumów: «Zaprawdę, powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela. Lecz najmniejszy w królestwie niebieskim większy jest niż on. A od czasu Jana Chrzciciela aż dotąd królestwo niebieskie doznaje gwałtu, a zdobywają je ludzie gwałtowni. Wszyscy bowiem Prorocy i Prawo prorokowali aż do Jana. A jeśli chcecie uznać, to on jest Eliaszem, który ma przyjść. Kto ma uszy, niechaj słucha!»


Chrystus na kartach Ewangelii dokonuje niezwykłej rekomendacji człowieka. Jan Chrzciciel jawi się w przepowiadaniu jako postać wyjątkowa, charyzmatyczna, odgrywająca niezwykłą rolę „łącznika” pomiędzy przesłaniem Starego Testamentu, a tym co się rozpocznie wraz z nadejściem Syna Człowieczego. Jan- Prorok Adwentu, gwałtownik i Boży szaleniec pustyni. Wszyscy którzy proklamowali słowo Boga przed Nim, byli niczym widzący- dlatego proroków nazywano „widzącymi”. Jan jest nie tylko widzącym, ale staje się wielką tubą Boga. „Ta posługa świętego Jana pozwalała dopatrywać się w nim także poprzednika Paruzji. I w tym miejscu napotykamy najbardziej zagadkowy rys osobowości  Chrzciciela. Przyszedł w „duchu i mocy Eliasza” (Łk 1,17). Te dwie osobowości (Jan i Eliasz ) w zdumiewający sposób wyrażają tę samą duchową jakość- przybywają z głębi pustyni, ubrani w skóry zwierzęce, ale też w odzieniu synów światłości (por. 2 Krl 2,11-14). Solarny Eliasz na swoim wozie ognistym i święty Jan Chrzciciel- „lampa co płonie i świecie” (J 5,35).” Apostołowie pewnie zastanawiali się dlaczego nadejście Mesjasza nie było poprzedzone posługą Eliasza jako Poprzednika. Jezus udziela im czytelnej odpowiedzi, iż nie rozpoznali Eliasza w Janie. Według tradycji żydowskiej, prorok Eliasz jest „Pasterzem dusz”. Przyjmuje dusze zmarłych i wprowadza je do raju. Jest prefiguracją świętego Jana Chrzciciela który zwiastuje nastanie raju wraz z Wcieleniem Bożego Syna. Jan staje się świadkiem, mężem wielkiej dojrzałości aż do złożenia ofiary z własnego życia. „Blisko źródła stał ów cedr szlachetny- mówię tu o Janie, kuzynie i przyjacielu Oblubieńca, poprzedniku, chrzcicielu i męczenniku Pańskim. Zroszony tak obficie, wyrósł do tego stopnia, że wśród narodzonych z niewiast nie można znaleźć nikogo znakomitszego” (bł. Guerric z Igny). Jesteśmy w adwencie przynagleni do profetyzmu na wzór Jana, aby przywracać światu świadomość nadejścia Pana. To żywe doświadczenie Boga i na miarę naszych możliwości próba ukazania światu Jego obecności. Zakończę to rozważanie słowami modlitwy Sakramentarza z Werony: „Wszechmogący wieczny Boże, daj sercom naszym postępować w prostocie dróg Twoich, której uczył św. Jan Chrzciciel, głos wołający.”

środa, 13 grudnia 2017


Mt 11, 28-30
Jezus przemówił tymi słowami: «Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie».
„Człowiek chce stać się Bogiem bez Boga, ale Bóg nie chciał stać się Bogiem bez człowieka” (F. Baader). Ewangelia w wielu miejscach nakreśla obraz Chrystusa stającego po stronie odrzuconych, uciemiężonych, okradzionych z miłości. Bóg to Samarytanin zatrzymujący się w drodze i dostrzegający dramat poturbowanego i pozostawionego na pastwę losu człowieka. Chrześcijaństwo nieustannie przypomina światu, że wiara to świadomość, że jest się kochanym, chcianym, przyjmowanym i odnajdywanym nieustannie przez Boga. To również indywidualna – rozgrywająca się w sercu człowieka odpowiedź na darmową, często niezasłużoną miłość. W Starożytnych Odach Salomona odnajdujemy zdumiewającą refleksję: „Jego miłość do mnie ogołociła Jego majestat – On upodobnił się do mnie, abym ja Go przyjął, upodobnił się, abym przyoblekł się w Niego. Nie czułem lęku, patrząc na Niego – albowiem On jest miłosierny dla mnie- On przyjął moją naturę, abym Go poznał, i przyjął moje oblicze, abym nie odwrócił się od Niego.” Odkrywamy w tym pięknym tekście prawdę o Wcieleniu Boga; komunię do której została zaproszona poraniona grzechami ludzkość. W twarzy Chrystusa- Bogaczłowieka odbiło się piękno przebóstwionego stworzenia, powołanego do wyjścia z izolacji i poczucia pustki. Niedostępny Bóg, który objawia się w postaci człowieka – najpierw bezbronnego Dziecka, a później zmiażdżonego cierpieniem skazańca przytwierdzonego do drzewa, jest Odkupicielem wszystkich; największą manifestacją miłości. „Jest to Chrystus – przyjaciel grzeszników, biednych, słabych i ubogich duchem” (K. Isupow). Oblicze emanujące miłością i dobrocią, pociągające do naśladowania, magnetzyujace. Według św. Maksyma Wyznawcy, Chrystus leczy wszystko, co jest właściwe ludziom, przede wszystkim zaś wolę, która była źródłem grzechu. W swym uniżeniu naprawia ludzki świat, czyniąc go pierwocinami przyszłego Raju.

wtorek, 12 grudnia 2017


Iz 40, 10- 11

Wstąp na wysoką górę, zwiastunko dobrej nowiny na Syjonie! Podnieś mocno twój głos, zwiastunko dobrej nowiny w Jeruzalem! Podnieś głos, nie bój się! Powiedz miastom judzkim: «Oto wasz Bóg! Oto Pan Bóg przychodzi z mocą i ramię Jego dzierży władzę. Oto Jego nagroda z Nim idzie i przed Nim Jego zapłata. Podobnie jak pasterz pasie on swą trzodę, gromadzi ją swoim ramieniem, jagnięta nosi na swej piersi, owce karmiące prowadzi łagodnie».

Jest w tajemnicy przyjścia coś, co można śmiało określić słowem Misterium. Triumfalne nadejście Chrystusa wyczerpuje rezerwuary teologicznej wyobraźni i wymaga od chrześcijan nie tylko czujności serca, lecz przemiany widzenia, odczuwania, oderwania koncentracji od siebie. Przez całe wieki wyobraźnia ciekawskich ludzi próbowała w kulturze materialnej odcisnąć marzenie o świecie idealnym na który trzeba oczekiwać z poczuciem lęku i niepewności. Opowiadała o tremendum et fascinans rzeźba i malarstwo. W średniowieczu przyjście Pana na Sąd było postrzegane jako przerażające widowisko; Chrystus jawił się jako zastygły w miłości Sędzia. „Cała kondycja ludzka zamknięta jest w trzech słowach: żyć, umrzeć i być osądzonym” (Chevassu). W słowach tego duchownego sąd nad człowiekiem wydaje się nieuniknionym i finalnym – intensyfikującym akordem śmierci oraz życia. Nie można zapomnieć, że również istnieją pełne nadziei i miłosiernej czułości przedstawienia Zbawiciela. My współcześnie postrzegamy te rzeczywistości z większym poczuciem optymizmu, rezerwą i umiarkowanym lękiem. Niemniej sam moment spotkania z Nim będzie szczególny, emocjonalny, zdumiewający – jak myślę- pod każdym względem. Nasz Sędzia będzie zarazem Zbawicielem. „Anielska trąba zawoła nas wszystkich i pójdziemy ze swoimi uczynkami”- pisał św. Cyryl Jerozolimski. Nie ma co wyrokować zawczasu o przebiegu tego wydarzenia; ono jest przed nami. Jego istotne znaczenie wyrażają słowa Romano Guardiniego: „W końcu prawda zwycięży i wszyscy i wszystko zostanie ocenione według prawdziwej wartości.” Cieszę się ogromnie, że dzisiejszych uczniów pociąga duchowość pierwotnego chrześcijaństwa- jego eschatologiczny żar wiary. Ten optymizm jest potrzebny nam dzisiaj, szczególnie tym, którzy zagubili i nieszczęśliwie zatracili perspektywę futurystyczną. Pierwsi chrześcijanie powtarzali nieskrępowanie słowa Didache: „Niech przyjdzie łaska i niech przeminie ten świat.” Często zatrzymywali się w drodze do pracy i wyglądali znaków Paruzji. Zapalali w domach oliwne lampki i ze wzruszeniem w oczach czekali na moment pochwycenia. Chrystus był dla nich „otwartą bramą ku odrodzeniu i zmartwychwstaniu.”Oczekiwanie na Paruzję stanowi niezwykle mocno o postawie chrześcijańskiej w stosunku do życia. „Określa obecny stan Kościoła jako napięcie miedzy tym, co już spełnione, a tym, co jeszcze pozostało do spełnienia” (J. Danielou). Ci z nas, którzy bezpiecznie spoczywają w wierze, również muszą czekać na Boga; wypatrywać Go z ufnością. W eseju pt. Oczekiwanie Paul Tillich mówi o naszej spolaryzowanej relacji do Boga, opartej na tęsknocie: „Jesteśmy silniejsi, kiedy czekamy niż kiedy posiadamy. Kiedy mamy Boga (lub tak nam się wydaje), redukujemy Go do tej Jego odrobiny, którą uchwyciliśmy i poznaliśmy i robimy z niej bożka... Ale jeśli wiemy, że Go nie znamy i jeśli czekamy, aby dał nam się poznać, wtedy to On nas chwyta, poznaje i posiada.”

poniedziałek, 11 grudnia 2017


Iz 35, 1-10

Niech się rozweselą pustynia i spieczona ziemia, niech się raduje step i niech rozkwitnie! Niech wyda kwiaty jak lilie polne, niech się rozraduje, skacząc i wykrzykując z uciechy. Chwałą Libanu ją obdarzono, ozdobą Karmelu i Szaronu. oni zobaczą chwałę Pana, wspaniałość naszego Boga. Pokrzepcie ręce osłabłe, wzmocnijcie kolana omdlałe! Powiedzcie małodusznym: «odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto pomsta; przychodzi Boża odpłata; on sam przychodzi, by was zbawić». Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło wykrzyknie. Bo trysną zdroje wód na pustyni i strumienie na stepie; spieczona ziemia zmieni się w pojezierze, spragniony kraj w krynice wód; a badyle w kryjówkach, gdzie legały szakale – w trzcinę i sitowie.

Izajasz jest wizjonerem o głębokiej wierze i porywa ogromną siłą poetyckiej ekspresji. Opowiada o świecie przeobrażonym- „edenicznym”, pozbawionym wewnętrznych napięć w którym Bóg postawił swoje stopy i przemienił siłą piękna. „W Jezusie schodzą się wszystkie tęsknoty ludzkości o nieśmiertelności ducha i ciała – mówił Sedlak- Niepotrzebnie przekopaliśmy definitywną granicę między Bogiem a materią. A przecież materia jest zawsze na styku z mocą Bożą, czyli na kontakcie energii Bożej i materii.” Cała natura wraz z człowiekiem uczestniczy w uniwersalnym odrodzeniu, które staje się marzeniem starotestamentalnego proroka. Duchowy pokój i pomyślność są przedstawione w postaci błogosławieństwa i uzdrawiającej mocy przechodzącej przez świat niczym żyła wody. Jest w tej porywającej wizji Shalom, pokój, którego odzwierciedleniem jest przywrócenie pierwotnej szczęśliwości. „Albowiem kraj się napełni znajomością chwały Pana, jak wody napełniają morze” (Ha 2,14). Mamy to do czynienia z kosmoteozą, tak jak ją rozumiał św. Paweł: „wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa, a Chrystus Boga” (1 Kor 3,22-23). Eschatologiczne uwielbienie które w symfonii form znajduje swoje źródło w Synu Człowieczym- obleczonym w światłość jutrzenki. W Nim rozpoczęło się odkupienie całego stworzenia. Świat jest niczym poczwarka, poddany przebudzeniu i wyzwoleniu się z kokonu ku kompletnej metamorfozie- syntezie stworzenia - „nowej ziemi” i „nowym niebie.”  Święty Ambroży pisał: „Radować się będzie stworzenie świata, które teraz wzdycha w bólach rodzenia, albowiem marności poddane zostało również to stworzenie, dopóki nie dopełni się odkupienie wszelkiego ciała...” Ten sam autor będzie sławił zmartwychwstanie Chrystusa dostrzegając w nim początek kosmicznego zmartwychwstania: „Zmartwychwstał w Nim świat- zmartwychwstało w Nim niebo – zmartwychwstała w Nim ziemia- Będzie bowiem nowe niebo i ziemia nowa.” Człowiekowi byłoby łatwiej, gdyby uświadomił sobie, że czeka go jeszcze nowe objawienie, objawienie nie tylko Ducha Świętego, ale również nowego człowieka i nowego kosmosu. W tym nowym: oczy niewidomych nigdy już nie zostaną zasłonięte mrokiem, uszy będą słyszały polifonię śpiewu aniołów, nogi i ręce dotkniętych chorobą staną się sprężyste i wychylone ku niebu. „Oto wszystko nowym czynię”- powie apokaliptyczny Jeździec na białym koniu. Epoka końca jest bogoczłowiecza - jak twierdził Bierdiajew- w której czas zostanie odnaleziony i wszyscy wierzący będą uczestniczyć w końcu eonu.

niedziela, 10 grudnia 2017


Mk 1, 1-8

Jak jest napisane u proroka Izajasza: «oto Ja posyłam wysłańca mego przed Tobą; on przygotuje drogę Twoją. Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie dla Niego ścieżki», wystąpił Jan Chrzciciel na pustyni i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów...

Pustynia dla współczesnego człowieka, usadowionego w zabieganej egzystencji może wydawać się czymś nazbyt egzotycznym, a nawet przerażającym. Pozbawienie kogoś poczucia bezpieczeństwa, technicznych udogodnień i elektronicznych komunikatorów, mogłoby spowodować sytuację newralgiczną pod każdym względem. Pustynia rządzi się swoimi prawami, dobrze to rozumieją nomadzi akceptujący jej kaprysy, przywykli do natychmiastowej zmiany aury. Pustynia przez wieki wydawała ludzi wielkiego formatu. Mężczyzna odziany w skóry i na pierwszy rzut oka szalony, wyprowadza czytelnika Ewangelii na odludzie. Dopiero na pustyni zaczynamy rozumieć głębiej pewne sprawy; tam zaczynamy potrzebować innych ludzi, a nawet za nimi tęsknić. Widzimy wyraźniej siebie... Brat Daniel Ange wymyślił piękne stwierdzenie: „Samotność oddziela od innych, by człowiek mógł stać się bratem każdego.” Dobrze to rozumieli starożytni mnisi, kiedy całymi tabunami zaludniali pustynię; tam odkrywali topografię Raju i ślady stóp przechadzającego się Boga. Ewagriusz z Pontu- mnich i dogłębny znawca ludzkiej natury, pozostawił zaskakującą definicję: „Mnich to człowiek, który odseparował się od wszystkiego, by być złączonym ze wszystkimi.” Takim „mnichem” był święty Jan Chrzciciel- przyobleczony w skóry prorok który zaprzyjaźnił się z pustynią. Była ona dla niego domem, miejscem przepowiadania, przestrzenią w której doświadczało jego serce muśnięć Ducha Świętego. „Pustynia miłuje ludzi nagich”- twierdził Hieronim. Takim był Prorok którego głos kruszył ludzkie serca i sprawiał, że miejsce niebezpiecznie – siedlisko węży i skorpionów, stawało się przestrzenią nawrócenia i łaski. „Anioł na ziemi” – tak Go wychwala Kościół i utrwala na deskach barwna ikonografia. Przydano mu skrzydła i świetliste oczy, aby podkreślić Jego dar przenikania skamieniałych ludzkich wnętrz. „Albowiem mówić o Janie, to prorokować o Chrystusie” – stwierdza św. Ambroży. Modlitewna litania opiewająca wielkość Poprzednika nazywa go kwiatem pustyni. W Adwencie chrześcijanie wychodzą na pustynię; to duchowa wędrówka w głąb swego serca. To zatrzymanie się w zgiełku miasta i wielokrotne wyszeptanie: Marana Tha ! Niektórym jest dane udać się na prawdziwą pustynię, poczuć wiatr i piasek w oczach. Odnaleźć ciszę ! Rozczytuję się ostatnio w Ojcach Pustyni. Jakże barwne są o nich opowieści i głębokie ich przemyślenia życiowe. To ludzie wewnętrznie spójni, żyjący w harmonii ze światem który ich otaczał. Oszczędni w słowach, rozmodleni, czasami urokliwi w swoim uszczypliwym poczuciu humoru. Przeczytałem o pewnym pustelniku, który z powodu spiekoty wszedł do jaskini i natknął się tam na lwa. Ten zaczął zgrzytać zębami i ryczeć. Starzec rzekł do niego: „Dlaczego się rzucasz ? Wystarczy miejsca dla mnie i dla ciebie. Jeśli ci się nie podoba, to wstawaj i wychodź stąd.” Lew po chwili uspokoił się i wyszedł z stamtąd. Pomyślałem sobie po lekturze tego fragmentu. Adwent to droga przez pustynię i szukanie schronienia w jaskini. Tam trzeba się zderzyć ze swoimi lękami, obawami i wątpliwościami. Po doświadczeniu pustki i niemocy, wystarczy tylko blask oczu Chrystusa, aby zostać napełnionym nadzieją. Pustynia – miejsce nawrócenia i spotkania !

sobota, 9 grudnia 2017


Oto błogosławioną zwać mnie będą wszystkie pokolenia” (Łk 1,48)

Wczoraj pochylałem się nad sceną Zwiastowania; jakkolwiek byśmy podglądali tę scenę nigdy nie osłabnie nasza duchowa ciekawość, wnikliwość wiary. Intymność i podniosłość wydarzenia u początku ewangelicznego przesłania, otwiera na zachwyt i uwielbienie które wyśpiewuje całą sobą Dziewica. Święty Ireneusz komentując Zwiastowanie pisał, że „Maryja pełna wielkiej radości zawołała proroczo w imieniu Kościoła: Wielbi dusza moja Pana...” Ona wprowadziła Kościół w zachwyt wypełnionej po brzegi miłością Oblubienicy Baranka.  „Magnificat nie zostało wypowiedziane tylko jeden raz, w ogrodzie Hebronu, ale po wszystkie wieki zostało włożone w usta Kościoła. Najpoważniejszym dowodem, który pochodzi od Boga, jest to, że prowadzi do Boga” (P. Claudel). Bogurodzica duchowo i werbalnie wyraziła całe piękno ziemi, które w cudownym zrywie serca połączyło się z pięknem Boga. O czym nam przypomina liturgia Kościoła ? Gaudete in Domino ! Radujcie się w Panu. Przyjąć postawę Niewiasty rozpromienionej perspektywą nadchodzącej Paschy; która swoją przejrzystością i pokorą, otwiera na Chrystusa, aby rozpromienił ludzkość blaskiem bijącego światła z Namiotu jakim jest łono Dziewicy. Raduj się, ziemio obiecana. Raduj się, namiocie Boga oraz Słowa...(Akatyst). „W łonie Maryi, zapłodnionym przez Ducha, Słowo stało się ciałem- powie O. Clement- w łonie Kościoła, zapładnianego przez Ducha, nie przestają się rodzić synowie w Synu.” Kościół gromadzi się naprzeciw Orantki, rozpościera dłonie w modlitewnym porywie szczęścia, wołajac: „Wielkie rzeczy uczynił nam Wszechmocny !”

piątek, 8 grudnia 2017


Łk 1,26-38

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”...  

W czasie Adwentu scena Zwiastowania jest nieustannie rozważana w liturgii Kościoła. Jej znaczenie jest niezwykle ważne dla głębszego zrozumienia zamysłu Boga i pełnej dyspozycyjności Maryi w planie Zbawienia. „Ty zrodziłaś Syna bez ojca, tego Syna, którego Ojciec zrodził przed wiekami bez matki”- wyraża to poetycki geniusz bizantyjskiej hymnografii. Potężna moc daru napotyka wreszcie źródło, drążone i oczyszczane przez całe wieki oczekiwania, źródło przyjmowania, córę Syjonu. Synergia miłości ! Maryja jest nową Ewą otrzymującą zwiastowanie w Niej bierze początek Raj i z niej wytryśnie Życie. Jej Boskie macierzyństwo, posługując się refleksją św. Augustyna, jest owocem posłusznej wiary. Arka Przymierza i Tabernakulum Boga, której drzwi uchylają się dla oczekujących Miłości. Liturgia obdarza Maryję chwałą, której gra słów może zaskakiwać: „Chwała odpowiadająca Bogu.” Recz jasna nie Maryi, będącej stworzeniem, ale Maryi – Theotokos, miejscu wcielenia i największemu uobecnieniu daru. „Zwiastowanie zapowiada zesłanie Ducha Świętego i łączy całe stworzenie podnosząc je przez swoje działanie w Duchu na mocy Logosu wcielonego. Maryja jako Theotokos jest uosobionym człowieczeństwem w pełnej łączności z Bogiem, w Trójcy Jedynym” (N. Nissiotis). Wydarzenie spotkania Niewiasty i Zwiastuna, dokonało teologiczną erupcję i poruszyło wyobraźnią całe rzesze ludzi próbujących zrozumieć to jedno wydarzenie w którym Nieogarniony zstąpił w Ogniu Miłości. Nie można czytać tego opisu beztrosko i sentymentalnie; jest tu obecna intymność i duchowa dynamika; najbardziej wolne od jakiegokolwiek nacisku ludzie „tak.” Od tego momentu Maryja będzie znajdować się poza lękiem i objęciami śmierci. Najświętsza, stanie się Przewodniczką i Matką ogarniającą swym przenikliwym spojrzeniem duchowy wysiłek swych dzieci. Tak jak „Król bez miasta i domu” odnalazł w Niej bezpieczna przestrzeń, tak każdy chrześcijanin- choćby najbardziej wykluczony- może odnaleźć tę część własnego Nieba.  

czwartek, 7 grudnia 2017

Iz 55, 6

Szukajcie Pana, gdy można Go znaleźć,
wzywajcie Go, gdy jest blisko 

Niektórzy ludzie dziwią się kiedy im się mówi o wysiłku jaki powinien im towarzyszyć na drodze adwentowego przygotowania. Pozwolić sobie na błogosławiony trud wychodzenia naprzeciw Tego, którego kroki są wstanie usłyszeć ludzie oderwani od zgiełku a przyobleczeni w tęsknotę. Mądrzy Ojcowie pustyni przychodzą nam z pomocą w przezwyciężaniu duchowego lenistwa i nadmiernej ospałości. „Abba Mojżesz zapytał abba Sylwana: „Czy może człowiek każdego dnia na nowo się nawracać ?” Jeśli jest gorliwy,” odpowiedział abba Sylwan „może każdej godziny nawracać się wciąż na nowo.” Być może tym trudem człowieka wiary winna być owa powściągliwość i przemiana serca. Jeszcze inny przenikliwy Starzec powiedział: „Jeśli na zewnątrz człowiek nie będzie postępował czujnie, nie jest możliwe ustrzec wnętrza.” Zatem należy uważnie czuwać i szukać siebie w Bogu. „Niech wasze drzwi będą otwarte dla Niego, kiedy nadejdzie, otwórzcie wasze dusze, otwórzcie szeroko wasz wewnętrzny umysł, tak, ażeby mógł ujrzeć bogactwa prostoty, skarby pokoju, słodycz łaski”- przekonywał swoje duchowe dzieci św. Ambroży. Jak mamy zharmonizować te różne aspekty ? Mamy nie tworzyć pozorów. Powinniśmy wyobrażać sobie, że czas który jest nam dany- jest wyjątkowy, bez możliwości cofnięcia wskazówki zegara. Otworzyć Ewangelię i zobaczyć siebie w jej świetle- bez emocjonalnej egzaltacji, lecz w prawdzie. „Ten czeka na Chrystusa – pisał Newman- kto ma wrażliwy, chłonny, ochoczy umysł; kto nie śpi ożywiony bystrą gorliwością aby Go uhonorować; kto Go wygląda we wszystkim co się wydarza; i kto nie byłby zaskoczony, kto nie byłby ani nadmiernie podniecony ani przytłoczony, gdyby odkrył, ze On właśnie nadchodzi... To więc znaczy czuwać – być oderwanym od tego, co obecne, a żyć tym, co niewidoczne...” Człowiek wiary powinien odkryć w sobie optymizm paschalny i eschatologiczny: „Chrystus umarł, Chrystus zmartwychwstał, Chrystus powróci.” W tym zawiera się perspektywa ucznia wychylonego ku Godom Baranka !

środa, 6 grudnia 2017


Żłóbek, żłób ? To proste słowo- sielskie- przeniknięte zapachami wiejskiego ciepła, było dla wielu pokoleń źródłem cudownych uczuć i kanwą dla wielu kolęd. Opowiada o największej pokorze Narodzenia, „pokorze tak wielkiej, że aż niemiłej pierwszym chrześcijanom, którzy w licznych legendach mnożyli towarzyszące Narodzeniu cuda, aby w ten sposób uwydatnić jego znaczenie” (J. P. Roux). Kilkanaście dni przez obchodami Narodzenia Pańskiego w medialnej prasie europejskiej podniosła się po raz kolejny dyskusja nad tematem eksponowania szopek przedstawiających tajemnicę Wcielenia. Poprawność polityczna europejskich „mędrców” zagalopowała tak daleko, że przestraszyła na zachodzie samych producentów akcesoriów do konstruowania szopki: żłóbka z Małym Jezuskiem, Marii, Józefa i zwierzaków. Powodem zniknięcia szopek z przestrzeni publicznej nie jest (zabrzmi to komicznie) podłoże finansowe, czy brak inwencji w składaniu tego typu rzeźbiarskich elementów, lecz chroniczna głupota i laicyzacja przestrzeni publicznej; nie pomnę już o braku wiary. To smutne, że dokonał się taki regres w kulturze duchowej i materialnej kontynentu na którym nawet przerywano wojny w Noc Narodzenia, aby móc odśpiewać Adeste Fideles i zaprzestać  choć na chwilę zabijania w imię pokoju, który przyniósł schodzący z niebiańskich pieleszy Emanuel. „Naczelny Sąd Administracyjny Francji uznał za nielegalne organizowanie i ustawiani szopek bożonarodzeniowych w budynkach publicznych. Zdaniem sądu umieszczanie szopek przedstawiających Narodzenie Chrystusa narusza ustawodawstwo i zasady świeckości państwa”- przeczytałem z nieukrywaną irytacją na jednej ze stron internetowych. Takie prawa powinny natychmiastowo rodzić oburzenie chrześcijan i mobilizować ich do przeciwstawiania się takim przepisom. To nie tylko jawne separowanie wartości chrześcijańskich od życia publicznego, ale nade wszystko wysublimowany sposób ateizacji indywidualnych i społecznych przekonań ludzi wierzących. Komu tak naprawdę przeszkadza szopka z Jezuskiem, wołkiem i osiołkiem ? Zdaje się, że impertynenckim i pozbawionym rzetelnej wiedzy laickim ignorantom. Nawet Umberto Eco- znany ze swoich krytycznych poglądów i ostrych przytyków w stronę chrześcijaństwa, pisał: „Szopkę mógł stworzyć tylko ktoś taki jak Święty Franciszek, którego wiara wyrażała się w rozmowach z wilkami i ptakami, ponieważ szopka jest najbardziej ludzką i najmniej transcendentną rzeczą, jaką można wymyślić, by upamiętnić narodziny Jezusa. W tej świętej diatromie nic oprócz gwiazdy betlejemskiej i dwóch aniołków, które latają nad chatą, nie odwołuje się do kwestii teologicznych, a im więcej jest w niej postaci, tym bardziej celebruje ona codzienne życie i pokazuje dzieciom, jak ono wyglądało w czasach, a może budzi tęsknotę za nienaruszoną naturą.” Oczywiście bym polemizował z mądrym Eco na temat rzekomego braku teologicznego przesłania szopki, ale zostawiam to na boku. Niemniej są to symptomatyczne zjawiska jakieś erozji myślenia i kultury ludzi odpowiedzialnych za przyszłość starego kontynentu. Nie wiem w jaki sposób zareagowałby sam św. Franciszek na tak absurdalne inicjatywy. Kontemplował on Narodzenie Dziecięcia  i widział w tym afirmację największej miłości. Dlatego w noc Narodzenia polecił zbudować szopkę i umieścić w niej figury, aby wzmocnić przekaz o Miłości, która stała się Ciałem. Według przekazu zanotowanego przez Tomasza z Celano św. Franciszek wezwał swego przyjaciela Jana Velito z Greccio i rzekł mu: „Pośpiesz się i pilnie przygotuj wszystko, co ci powiem. Chcę bowiem dokonać pamiątki Dziecięcia, które narodziło się w Betlejem. Chcę naocznie pokazać Jego braki w niemowlęcych potrzebach, jak został położony na sianie w towarzystwie wołu i osła.” Tak na marginesie, rzeźby do pierwszej szopki miał wykonać Arnolfio di Cambio, najlepszy uczeń Niccola Pisano. Franciszek chciał, aby misterium tego wydarzenia było tak dosłowne i ujmujące serce, iż przemieni serca samych patrzących. Cóż, trzeba nam będzie wielkie dzieła sztuki wyrzucić do lamusa; wyeliminować z ikonosfery i zamilknąć ! Czy celem tych ataków liberalnych i oświeconych „przewodników” po ścieżkach nowoczesności nie jest przypadkiem usunięcie Bogaczłowieka w niepamięć- intelektualny i kulturowy niebyt ? Nie sposób obrócić w niepamięć najważniejszy fakt w historii ludzkości, w którym to Maryja „porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie” czy może w jasłach, stojącym luźno mniejszym żłóbku dla owiec. Być może zdobędzie się na odwagę któryś z europejskich decydentów, aby powiedzenia prawdę i wykrzyczeć – niczym Biedaczyna z Asyżu, że „Miłość nie jest kochana !”

wtorek, 5 grudnia 2017


Łk 10, 21-24

Jezus rozradował się w duchu Świętym i rzekł: «Wysławiam Cię, ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie... Potem zwrócił się do samych uczniów i rzekł: «Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu proroków i królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli, i usłyszeć, co słyszycie, a nie usłyszeli».

Odkrywam w chrześcijaństwie zdumiewającą dążność ku poznaniu Boga; pochwyceniu, przybliżeniu się, zachwycie, który może nawet spowodować jakieś ekstatyczne unieruchomienie, bezwład. „Tyś najpiękniejszy z synów ludzkich” (Ps 44). Ten, którego miłuję, musi być kimś budzącym największą radość, podziw i poczucie piękna. Myślę, że tak postrzega te rzeczywistości Kościół przeżywający czas oczekiwania- Adwentus; nie jest to kolejny splot narracji okraszonych ckliwym oczekiwaniem na Święta Narodzenia Pańskiego, lecz rzeczywistą próbą kontemplacji oblicza Wcielonego Boga. „Widzieć Chrystusa to znaczy widzieć Boga i całą ludzkość. Ta tajemnica wzbudziła we mnie gorące pragnienie, by zobaczyć twarz Chrystusa”- pisał H. Nouwen, wpatrując się w ikonę Chrystusa Zbawiciela ze Zwienigorodu. Chrześcijanin jest człowiekiem pragnienia, wychylającym się ku źródłu i pędzącym na oślep niczym wariat. Święty Augustyn w jednym z komentarzy pisał: „Niech przyjdzie do nas..., niech przyjdzie do nas On sam, Oblubieniec. Kochajmy Go ! Ileż brzydoty znalazł On w nas ! A mimo to kocha nas.” Ukaż mi Panie swoją twarz ! – to moja codzienna modlitwa pragnienia, przyzywania i miłości. Spoglądam na ikony zawieszone na ścianie mojego pokoju. Oblicze Chrystusa w tylu ikonograficznych wariantach, a jedno wspólne przesłanie: „Jestem z Tobą, przez wszystkie dni aż do skończenia świata.”  Ikony opowiadają mi o tym miłosnym zapewnieniu i rodzą odwagę przedzierania się przez duchową powierzchowność świata. „Ikona ma swe miejsce w sercu wyznania wiary Kościoła- powie Ch. Schonborn- Stanowi jakby jego rekapitulację.” Dzięki ikonie Zbawiciela spoglądamy z nadzieją w stronę przyszłego świata. Pomaga nam w tym aramejski zwrot, tak silnie zakorzeniony we wczesnochrześcijańskiej liturgii: „Marana tha”, co się tłumaczy: „Pan wraca !” lub „Przyjdź, Panie !” Jeśli naprawdę Kościół stanie w tęsknocie i z głęboką wiarą, wtedy bez wątpienia usłyszy odpowiedź: „Zaiste, przyjdę niebawem” (Ap 22,20).  

poniedziałek, 4 grudnia 2017


 
Kult ikony został uprawomocniony w Kościele przez gremialnie przyjętą decyzję na siódmej sesji VII Soboru Powszechnego. Ikona Chrystusa przedstawia boską osobę zgodnie z ludzką naturą, którą przejął od swojej Matki. Tak rozumiana koncepcja zarówno jako nosiciela boskości, jak również człowieczeństwa staje u podstaw doktryny chalecedońskiej, a tym samym spójnej teologii obrazu. Od tej pory z wielką pieczołowitością będzie się przywiązywać wagę do wizerunków w taki sposób, aby przedstawiając Boga – człowieka, czy świętych – reprezentowały autentyczną doktrynę. Dorastanie do tak dojrzałej myśli teologicznej miało swoich płodnych Ojców, którzy od początku postawiali sobie za cel obronę świętych wizerunków i niejednokrotnie było im dane w obronie tej sprawy przypłacić wygnaniem, torturami, czy życiem. Nie sposób pominąć tych wielkich osobowości bizantyjskiego Kościoła i ich zaangażowania na płaszczyźnie teologii ikony. Jan Damasceński, którego w kalendarzu liturgicznym dzisiaj wspominamy (675- 749) spośród pierwszych obrońców obrazów odwołuje się do żywej tradycji Ojców Kościoła. W Źródle poznania, które dedykuje swemu duchowemu bratu, Kosmasowi biskupowi Maiuma, przedstawia imponującą syntezę tej tradycji, która tworzy pewien piśmienniczy tryptyk: 1. Rozdziały filozoficzne, gdzie zaznajamia czytelników z licznymi definicjami filozoficznymi zapożyczonymi od Arystotelesa, Porfiriusza i Ojców Kościoła, które przypominają w dzisiejszym znaczeniu propedeutykę teologii. Traktat zawierający sto uwag O herezjach, który stanowi kompilację w formie podręcznika na temat różnych herezji; tu pojawiają się rozważania o monoteletyźmie i islamowi. W końcu najważniejsze dzieło w których znajduje się odpowiedź na zarzuty ikonoklastów Wykład szczegółowy prawdziwej wiary, w którym twierdzi, że nie ma takiego człowieka, który by nie posiadał z natury wszczepionego poznania istnienia Boga. Homilie Jana Damasceńskiego sprawiły, że zyskał sobie przydomek Chrysorohas (płynący złotem). Jemu zawdzięczamy pierwszą autentyczną syntezę myślenia o ikonie, jak również ukształtowania odpowiedniego aparatu pojęciowego w dyskursie na ten temat. W swoich trzech Mowach apologetycznych przeciw tym, którzy potępiają święte obrazy, Jan wydobył istotę nauczania Kościoła na temat Chrystusa i w sposób zdecydowany zabrał stanowisko w tej sprawie. Wykazał w swojej argumentacji, że zakaz malowania ikon kwestionuje podstawową prawdę wiary we Wcielenie, w to, że Bóg istniejąc poza czasem i przestrzenią objawił się w ludzkiej osobie, w człowieku Jezusie narodzonym z Maryi. Ze względu na to, że Bóg przyjął ludzką twarz, możemy go przedstawiać za pomocą obrazów. Ponieważ Słowo Boże, przedwieczny Syn Boży, przybrało ludzkie ciało – argumentuje Jan – możliwe jest – co więcej konieczne – by je przedstawiać  i dlatego zachęca: „maluj na obrazach Tego, który stał się widzialny, i przedstawiaj Go tak, by mógł być oglądany.” Ikonoklazm w przekonaniu bizantyjskiego teologa był pewnym rodzajem doketyzmu, który oznaczał brak poszanowania dla tajemnicy Boskiego człowieczeństwa.  Zdaniem teologa kult ikon jest najwłaściwszym sposobem w jaki Kościół daje świadectwo o tym, że Bóg pojawił się w ciele w osobie Jezusa Chrystusa. „Odważnie rysuję portret niewidzialnego Boga nie jako niewidzialnego, lecz jako tego, który się pojawił dla naszego zbawienia i istniał w ciele i krwi.” W tym obrazie Jezusa nie jest przedstawiony ani Jezus – człowiek, ani niewidzialny Bóg, lecz obraz Boga, który stał się ciałem. Jan Damasceński postrzegał rolę obrazu, nie tylko w funkcji utylitarnej czy katechetycznej, ale jako ważny aspekt mistagogii chrześcijańskiej. Uważał, że bez ich obecności nie sposób ująć pełnej prawdy o Chrystusie – Wcielonym Bogu. „Przez poznanie zmysłowe bowiem powstaje w umyśle pewne wyobrażenie, które pobudza naszą zdolność rozróżniania i jako cenny skarb jest przechowywane w pamięci.” W przekonaniu teologa istotą sporu dotyczącego ikon nie była sztuka religijna jako taka, ale pytanie o to, w jaki sposób Bóg pozwolił się zobaczyć ludzkim oczom. Podkreślał wielokrotnie rolę widzenia w wierze, wzrok określał najszlachetniejszym ze zmysłów, dzięki któremu skraca się dystans poznawczy między ludźmi a Bogiem: „Ujrzałem Boga w ludzkiej postaci i zbawiona została dusza moja. Oglądam obraz Boga, tak jak Go widział Jakub, a jednak w całkiem inny sposób.” Oczami duszy przenikamy materialny obraz i odkrywamy prototyp w całym jego egzystencjalnym wymiarze. Prototyp w swej pełnej istocie, w swym bycie osobowym jest obecny w materialnym obrazie, i jako taki może być w nim rozpoznany za pomocą duchowej percepcji. Dopiero tajemnica inkarnacji czyni obraz Boga możliwym do uchwycenia wzrokiem: „Jeśli jednak sporządzimy wizerunek niewidzialnego Boga, pozostajemy w błędzie; niemożliwe jest bowiem, aby to, co bezcielesne, bezkształtne, niewidzialne i nie dające się opisać, było przedstawione na obrazach. I znów: jeśli tworzymy obrazy ludzi i uznajemy je za bogów oraz oddajemy im cześć jak bogom, to jesteśmy bezbożni. Ale przecież nic takiego nie czynimy. Nie upadamy, jeśli czynimy podobiznę Boga, który stał się ciałem i był widzialny na ziemi w cielesnej postaci oraz dzięki swej niewypowiedzianej dobroci zjednoczył się z ludźmi do tego stopnia, że przybrał nie tylko ich naturę, ale i konsystencję, kształt i kolor ciała. Tęsknimy bowiem za tym, aby oglądać Jego postać […] „Teraz widzimy Go jakby w zwierciadle i niejasno”. Także i obraz jest tylko niejasnym odbiciem dostosowanym do ograniczeń naszego ciała.” Zakaz wykonywania wizerunku Boga w Starym Testamencie tam mocno przenikający żydowską teologię i ikonoklastyczne argumenty chrześcijan VIII wieku stał się zdezaktualizowany wobec Wcielenia Logosu tak często przywoływanego przez ortodoksyjnych Ojców. Od tej pory autentycznym obrazem będzie sam Bóg przyjmujący ciało jednego człowieka, ażeby otoczyć chwałą całą ludzkość.

sobota, 2 grudnia 2017


Od jutra rozpocznie się nowy rok liturgiczny, jesteśmy uczestnikami pulsującego rytmu życia który przepływa w liturgii i zmierza ku wypełnieniu wszystkiego w Bogu. W ten sposób życie chrześcijanina, nieuchronny upływ czasu, wszystkie wydarzenia które splatają się na dramaturgię życia, są odniesione do jednego, wyraźnie określonego celu jakim jest przyjście Pana. Jesteśmy na wskroś przeniknięci duchem biblijnego przepływu czasu który ma charakter linearny, dzieje które płyną do przodu, ku określonemu celowi, wypełnione nadzieją na spotkanie kogoś wyjątkowego. „Można powiedzieć że dzieje mają dwóch bohaterów- Boga i człowieka. Zmierzają do ostatecznego zbawienia”. Wchodzimy w ADWENT- (od łac. adventus- przyjście, pojawienie się monarchy, króla, zwycięskiego wodza; ma to wydarzenie odpowiednik w dwóch ważnych słowach: parusia i epifania). To czas radosnego a zarazem poważnego oczekiwania na przyjście Chrystusa w wydarzeniu Wcielenia i Paruzji- czyli narodzenia; wejścia w ludzką historię, jak również czujnego przenikniętego modlitwą wyczekiwania Jego nadejścia na końcu czasów. Wyrażają to słowa wczesnochrześcijańskiego pisarza Nowacjana: „Jak zapowiedział Izajasz: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel, co się tłumaczy: Bóg z nami”, tak samo Chrystus mówi: „Oto Ja jestem z wami aż do skończenia świata”. Wobec tego On jest Bogiem z nami, a nawet o wiele bardziej: On jest też w nas”. Z niezwykłą sobie subtelnością wyraża istotę tego czasu oczekiwania ks. Pasierb: „Adwent to świt. Adwent to daleki tłumny fryz pełen postaci i zdarzeń, nieczytelny i pozbawiony sensu, gdyby w Betlejem za panowania cesarza Augusta w Rzymie i różnych tetrarchów w Palestynie, nie narodziło się dziecko, któremu nadano imię Jezus, a którego matką była Maryja. Adwent to mała izba w domu cieśli, gdzie zjawił się żonie archanioł, którego imię Gabriel znaczy „Zwiastujący człowieka”. Adwent to pustynia, na której widać wyniosłą postać odzianą w skórę wielbłąda. Adwent to liturgia. Adwent to nasze życie. Adwent to nasza śmierć i nasze zmartwychwstanie. Adwent to ostateczne przyjście Chrystusa”. To czas dopełniania się i zbliżania, czas wzrostu i rozwoju, oczekiwania i tęsknoty. Czas przychodzenia Tego, który jest zawsze, znajomy i nieznany. Czas ufności i radości…, naszego powrotu, hebrajskiego szub, co znaczy zmienić się, czas proroctwa i świadectwa…” Przez cztery niedziele adwentu będziemy przygotować się na te jakże podniosłego wydarzenia. Będziemy zapalać poszczególne świece na wieńcu uplecionym z sosny lub jodły, aby odmierzać czas nadejścia Pana. Wieniec w swojej głębokiej symbolice odsyła nas do drzewa jako symbolu życia ludzkiego czy gałązek, które w cieple domu pozostawały zielone lub rozkwitały. Symbolika adwentowego wieńca jest wielowarstwowa, polifoniczna. Cztery świece zakomponowane na wieńcu wskazują na stopniowe zbliżanie się do Prawdziwej Światłości- Jezusa Chrystusa. Zielone gałązki jak zostało już wcześniej wspomniane to znak żywej wspólnoty, przenikniętej dojrzewającym życiem. Wieniec zatem stanowi czytelny znak nadziei, że zwycięstwo nie należy do ciemności, lecz do życia. Chrystus jest Słońcem które nigdy nie zachodzi. Jak mamy właściwie przeżyć ten czas ? Przede wszystkim w spokoju i radości serca… Nie pozwólmy się ogarnąć tym wszystkim świecidełkom które będą wodziły nasz wzrok i opróżniały portfele z pieniędzy. Niech to będzie czas duchowego wzrostu, czujności i odważnego świadectwa w przepowiadaniu bliskości Boga do człowieka. Mamy nieść Jezusa wraz z Maryją, po to, aby nasze życie zostało wypełnione światłem… Mamy Go począć duchowo, aby wejść w kontemplację cudownej bliskości Boga który przychodzi aby przemienić i przebóstwić „Bóg staje się człowiekiem aby człowiek mógł stać się uczestnikiem boskiej natury”. Najważniejsze to mamy zachować czujność serca, aby nic i nikt nie wyprowadził nas z równowagi. Dobrze to wyraził o. Pelanowski: „Czuwanie, do którego wzywa Jezus ludzi, wyraża się nie tylko w tym, by czuwać nad własnymi pokusami i uprzedzać je, wyznając Bogu. Czuwanie to nie tylko unikanie miejsc i osób, czy sytuacji, w których na pewno nie potrafilibyśmy oprzeć się grzechom. Nie dotyczy też jedynie troski o to, by inni nie pogrążyli się w bagnie demoralizacji, i miłosiernego ratowaniu ich z dna. Jest jeszcze trzeci rodzaj czuwania, dzięki któremu człowiek przygląda się tym wszystkim wewnętrznym procesom duchowym, uczuciowym, mentalnym, psychicznym, które w nas się dokonują, aby nas nie popchnęły na manowce życia duchowego”. Należy zmobilizować się wewnętrznie aby dokonało się nasze wewnętrzne przeobrażenie, abyśmy przez zderzenie z prawdą o sobie, dostrzegli czas nawiedzenia Boga. Jezus nie mówi: „bądźcie spokojni” lecz „Uważajcie”. Nie mówi nam abyśmy odnotowali sobie wszystko skrupulatnie w kalendarzu naszego telefonu. Ciche kroki nadchodzącej osoby nie pozwolą nam zasnąć, mamy wsłuchać się w szept Boga i spoglądać w światło zapalanych świec, które będzie coraz intensywniejsze wraz z temperaturą naszej duszy. Bóg będzie przychodził w każdej chwili…, w delikatnych impulsach serca. Żeby się tylko nieokazało że jesteśmy zbytnio zajęci sobą. Dzisiaj wielu ludzi nie potrafi już czekać. Wykreślili adwent ze swoich kalendarzy, żyją szybko i intensywnie w oczekiwaniu na prezenty i świąteczne promocje. Brakuje nam tęsknoty za Bogiem. Świat oszalał w tej afirmacji siebie. Samotny człowiek przemierza ulice miasta i tęskni za rzeczami które są nie możliwe, dalekie i alienujące. Pozwólmy sobie na tęsknotę za Bogiem. Exupery napisał znane słowa: „Jeśli chcesz zbudować statek, naucz ludzi tęsknoty za odległymi morzami”. W tęsknocie znajduje się niewypowiedziana siła, która nas uzdalnia aby skutecznie ominąć te wszystkie fałszywe pragnienia. Zapytajmy siebie o naszą najgłębszą tęsknotę...Bóg za mną tęskni, czy ja potrafię zatęsknić za Nim ? To zadanie na adwent… odwagi !

czwartek, 30 listopada 2017


Mt 4,18-22

Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim.

W tym opisie powołania apostołów wybrzmiewa jakaś urzekająca wrażliwość Chrystusa na człowieka. Czytałem ten fragment wielokrotnie i za każdym razem przykuwa moją uwagę jakiś inni szczegół. Ewangelia odsłania prostotę tych relacji, głębię spotkania i dojrzewającego w duszach dialogu osiągającego swoje apogeum w spontanicznym zadziwieniu: Kim jest ten człowiek ? Pomimo tylu kłębiących się ludzi na brzegu jeziora, Chrystus spogląda uważnie w oblicza tych, którzy za monet zmienią swoją profesję i wejdą w świat z przemieniającą siłą Dobrej Nowiny. Widzi twarz Szymona i Andrzeja kierując do nich imienne zaproszenie. „Gdzie jest we mnie to miejsce, do którego mogę Cię zaprosić Boże”- pytał z przejęciem św. Augustyn. Powołanie to zaskakujący moment konfrontacji z Tym, który czyta człowieka niczym książkę, wie wszystko, ale nie pozbawia wolności wyboru. Bóg przedstawiając ofertę, nie odwołuje się do argumentów sukcesów, władzy, pozycji i kariery... Pójście z Nim jest naznaczone „umieraniem” dla wielkiej sprawy. Powołanie to ogołocenie z siebie, pomniejszenie i ostatecznie krzyż. Zawiera się w tej decyzji szlachetna i pełna dyspozycyjności wiara człowieka, który wyruszając w misję nie wie jaki będzie jej ostateczny akord. „Tylko ci, którzy ryzykują pójście daleko dowiedzą się jak daleko można dojść” (T. S. Eliot). Często powracam do malarstwa Francisco Ribalta, a szczególnie do obrazu Chrystusa ze św. Bernardem. Poza zwiastowaniem hiszpańskiego- ekstatycznego barokowego malarstwa, obraz niesie przesłanie na wskroś mistyczne- choć nie szybujące w obłokach. W omdlewającym w ramionach Chrystusa Bernardzie można uchwycić bliskość ucznia, który na miłość odpowiada całym sobą. Jakby chciał powiedzieć: Jestem Twój, uczyń ze mną cokolwiek pragniesz. „Krzyż narzuca temu, kto wkracza na jego drogę, wysiłek ujednolicenia, który popycha ku heroicznym dążeniom woli” (G. Bevilacqua). Nasze wzrastanie w Chrystusie jest wzrastaniem w miłości, omdlewaniem i powstawaniem; codziennym, choć nie pozbawionym wątpliwości wypowiadanym: zgadzam się !

środa, 29 listopada 2017


Łk 21, 12-19

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa.... I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie».

Żadne wydarzenie w pierwszym millenium chrześcijaństwa nie było bardziej katastrofalne w swoich zrządzeniach i odciskające się na historii Kościoła, jak narodziny Islamu. Najważniejsze patriarchaty wschodniej części Imperium Bizantyjskiego, stały się łupem wyznających Islam Arabów. W VII wieku muzułmańkie hordy dotarły do Egiptu. Dokonało się to zaledwie siedem lat po śmierci Mahometa. Gdy Arabowie tam dotarli, w środku miasta stała majestatyczna katedra św. Marka, a w porcie niezapowiedziani nikomu intruzi mogli podziwiać słynną latarnię morską na wyspie Faros- uważaną później za jeden z siedmiu cudów starożytnego świata. „Starzy ludzie” z nową religią, oblegali wiele ważnych miast chrześcijańskiego świata, w tym Jerozolimę- miasto naznaczone szczególnie obecnością Chrystusa. „Arabscy zdobywcy Jerozolimy nie byli zwykłymi agresorami. Byli awangardą nowej religii, która rościła sobie nie tylko polityczne, ale i duchowe prawa do tego miasta. Dowódcy ich armii byli głosicielami orędzia Proroka, a nie tylko żołnierzami; byli zwiastunami nowej cywilizacji, która miała znieść język, przeobrazić instytucje i przebudować strukturę regionu, gdzie przez całe wieki dominowały kultury Izraela, Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa” (R. Wilken). Kościół, chociaż osłabiony przez prześladowania zdołał zachować swoją tradycję, a jego wierni miłość do Chrystusa pieczętowali ofiarą z własnego życia. Pomimo tych ucisków, zdołał przetrwać i wychować wielkich- charyzmatycznych i inteligentnych świadków wiary. Strumień męczenników- posługujący się już językiem arabskim przepowiadał odważnie Ewangelię. Dlaczego robię wycieczkę w tak odległą przeszłość ? W historii jest pewna wewnętrzna dążność do powtarzania się pewnych wydarzeń. Jeżeli uważnie prześledzimy źródła historyczne, teksty chrześcijańskich pisarzy z tamtego czasu, to uświadomimy sobie o wiele więcej analogii do tego co dzieje się aktualnie w Europie. Dla muzułmańskich przybyszów Europa to „ziemia obiecana”- raj na koszt białych i pozbawionych własnego zdania autochtonów. Chrześcijańskie ofiary wojny w Syrii nie są wstanie dotrzeć do Europy; taka wyprawa byłaby dla nich czymś w rodzaju eksterminacji. Ochrzczony Arab byłby wypchnięty z pontonu na starcie, a chrześcijańska kobieta zgwałcona i zhańbiona. Dlatego zostają na miejscu, nie przestając marzyć o dniu kiedy zapanuje pokój. Czy potraficie sobie wyobrazić taką sytuację, że na Bliskim Wschodzie rocznie zostaje unicestwionych sto tysięcy chrześcijan (tylko dlatego, że należą do Chrystusa i nie chcą się wyprzeć wiary). Wyobraźmy sobie że jedno z polskich miast znika bezpowrotnie z roku na rok. W naszej Ojczyźnie ludzie zajmują się dyskusjami i przepychankami na temat wycinki lasu w Puszczy Białowieskiej, a co trzy minuty na świecie umiera chrześcijanin. Na pontonowych łodziach płyną obcy ludzie z półksiężycem proroka wytatuowanym na dłoniach i w sercu, ( w kieszeniach trochę „grosza” i głowę pełną marzeń o europejskim kalifacie) a Europa rozpościera swoje ramiona i czyni z siebie bezradną matkę- staruszkę, współczującą ofiarom rzekomych wojen. Chodźcie i opowiadajcie nam o swojej kulturze ‘”ogniem i mieczem”. Jeden z moich znajomych nauczycieli, nakarmiony ideologią biednych uchodźców o których się nasłuchał będąc z wizytą w Niemczech z takim przejęciem mówił mi o tym, że chrześcijanie powinni przyjmować imigrantów- bo to ich sprawdzian z chrześcijańskiej miłości. A jak ich przyjmiemy to oni podźwigną ciężką pracą nasze gospodarki i zastopują niż demograficzny (pewnie myślał o tych panach których moja siostra widziała w Hamburgu, jak idąc ulicą targali ogromną plazmę kupioną za socjal. Ich praca to wszechobecna nuda zabijana wpatrywaniem się w telewizor i czekaniem na mieszkanie. A nasze wyobrażenie o nich to mit liberalnych wizjonerów z za biurek w Brukseli ). Dlaczego tego „trojańskiego konia” nie wezmą szejkowie, obrzydliwie bogaci eksporterzy ropy; oni za nic mają swoich pobratymców. Dlaczego ludzie odpowiedzialni za nasz kontynent, nie podejmuje trzeźwej refleksji nad tym jaka będzie jego przyszłość. Czy nie potrafimy odsunąć na bok złudzeń i zobaczyć, że wśród tych którzy do nas  dobijają, znajdują się ludzie którzy mogą mieć krew na rękach ? Francuskie i niemieckie- muzułmańskie dzielnice, z prawem szariatu i ignorancją tego, co europejskie- nasze, pokazuje nam jasno sytuację, która może być bliską tej z inwazji w dawnych wiekach. Miał rację papież Benedykt XVI cytując w Ratyzbonie cesarza Mauela II Paleologa: „Pokaż mi, co nowego przyniósł Mahomet, a znajdziesz tak tylko rzeczy złe i nieludzkie, takie jak jego nakaz szerzenia mieczem wiary, którą głosił... Wiara jest owocem duszy, a nie ciała. Kto chce doprowadzić kogoś do wiary, musi umieć dobrze przemawiać i poprawnie rozumować, a nie uciekać się do przemocy i gróźb.”