środa, 18 października 2017


2 Tm 4,17

Natomiast Pan stanął przy mnie i wzmocnił mnie, żeby się przeze mnie dopełniło głoszenie Ewangelii i żeby wszystkie narody posłyszały.

Dla chrześcijan głoszenie Ewangelii winno być chlebem codziennym- liturgią dnia, zwiastowaniem światu Bożego przesłania. Chyba nie trzeba nikogo o tym przekonywać, że słowo głoszone z mocą i wewnętrzną uległością wobec natchnienia, posiada moc przemieniania ludzkich serc. W tym Słowie zawiera się pełny obraz działającego Chrystusa, rozpoznanego i przyjmowanego. Ewangelie najpiękniej rysują nam portret Chrystusa przyjaciela człowieka. J. P. Roux pisał: „Bez Jezusa (którego odsłania Ewangelia i przepowiada nieustannie Kościół) nie mielibyśmy Madonn Rafaela, Ostatniej Wieczerzy Leonarda da Vinci, ołtarza z Isenheim, Piety Michała Anioła; nie mielibyśmy też legendy o Graalu, a Boska komedia nie byłaby tym, czym jest. Nie moglibyśmy słuchać kantat Bacha, Mszy koronacyjnej Mozarta, Ody do świętej Cecylii Purcella, Requiem Berlioza ani śpiewu gregoriańskiego w opactwach benedyktyńskich. Ponad dachami miast i wsi nie wznosiłyby się wieże kościołów, nie zaskakiwałyby nas i wylotu wąskich uliczek portale kościołów z królujących w tympanonie Chrystusem, nigdy nie powstałyby wspaniałe kopuły kościołów Florencji, Wenecji, św. Piotra w Rzymie czy Hagia Sophia w Konstantynopolu, nie oglądalibyśmy pięknego Boga w Amiens ani witraży w katedrze w Chartres, ani strzelistych iglic gotyckich katedr...” Ewangelia przepowiadana i poruszająca serca społeczności oraz jednostek  przez wieki zapładniała kulturę, czyniąc świat nasyconym Bogiem i pięknem od Niego emanującym- na wskroś nasycającym obficie barwną paletą wartości rzeczywistość. To posłyszenie i utrwalanie Słów Życia wgryzło się w ciało ludzkiej historii, otwierając przestrzeń i czas na wieczność Boga. „Apostołowie i pozostali uczniowie- powie H. Balthasar- otrzymują polecenie głoszenia światu dzieła Bożego, które dokonało się na Krzyżu i w Zmartwychwstaniu. Ta Radosna Nowina jest z punktu widzenia struktury czymś zupełnie innym niż rozpowszechnianiem nauki. Jest ogłaszaniem tego, co zostało uczynione, ogłaszaniem faktu.” Prośmy Pana każdego dnia; będąc w drodze, aby przez nas dokonało się głoszenie Ewangelii. Niech na naszych ustach rozbrzmiewa radosna wieść, a serce niech płonie miłością do świata. Chrześcijanin głoszący Dobrą Nowinę jest częścią Kościoła, który podąża drogą przebóstwienia.

wtorek, 17 października 2017

Rz 1, 16-25

Bracia: Ja nie wstydzę się Ewangelii, jest bowiem ona mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego, najpierw dla Żyda, potem dla Greka. W niej bowiem objawia się sprawiedliwość Boża, która od wiary wychodzi i ku wierze prowadzi, jak jest napisane: «A sprawiedliwy żyć będzie dzięki wierze».

„Jestem Bożą pszenicą. Zostanę starty zębami dzikich zwierząt, aby stać się czystym chlebem Chrystusa”- tak pisał w swoim ostatnim i niezwykle osobistym Liście do Rzymian św. Ignacy z Antochii patron dzisiejszego dnia. Jedno z ziaren umęczonego Kościoła; wrzucone w glebę starożytnego świata. Męczeństwo bo o nim chcę przypomnieć moim czytelnikom, przez całe wieki chrześcijaństwa było posiewem twórczego dynamizmu, entuzjazmu i odwagi wiary detonującej w posadach perfidię zmieniających się rządów oraz systemów politycznych podejmujących walkę z Bogiem i jego wyznawcami. Od charyzmatycznego wyklucia się Kościoła, żaden z jego wyznawców w jakichkolwiek zmieniających się kontekstach nie mógł czuć się bezpiecznie. Zachowane do dzisiaj akta męczenników- stenogramy przesłuchań i zapierające dech w piersiach opisy prześladowań rzucają światło na męczeństwo, jako największy akt heroizmu wiary i normę życia chrześcijańskiego. Według Apokalipsy, która jest w całości poświęcona chwale tych, którzy „opłakali swe szaty i w krwi Baranka je wybielili,” męczeństwo jawi się jako maksimum świętości. „Dlatego są przed tronem Boga i w Jego świątyni cześć Mu oddają we dnie i w nocy” (Ap 7,14-15). Męczeństwo zatem jawiło się w przekonaniu wierzących jako bezpośrednia droga do Raju, a doczesne szczątki męczennika stają się przedmiotem kultu- namacalnym świadectwem utożsamienia z Chrystusem składającym siebie w ofierze „za życie świata.” Na ich grobach będzie od tej pory celebrowana Eucharystia, partykuły ich ciał będą umieszczane w sercu ołtarza, a w miejscu ich pochówków powstaną wspaniałe bazyliki i konfesje, stanowiące rozpostarte niebo nad tymi, którzy zostali opieczętowani ranami miłości. „Chrześcijański męczennik nie jest bohaterem- pisał o. A. Schmemann- a świadkiem: przez przyjęcie cierpień i śmierci głosi, że królestwo śmierci skończyło się, że życie triumfuje; umiera nie za Chrystusa a z Chrystusem i wtedy z Nim otrzymuje życie, które zajaśniało z grobu. Kościół wynosi męczeństwo tak wysoko właśnie dlatego, że ono dla niego jest potwierdzeniem głównego punktu wiary: zmartwychwstania Chrystusa, zwycięstwa nad śmiercią.” Męczeństwo jest również bezpośrednią walką z demonem próbującym przeciwstawiać świat przeciw Kościołowi. Hermas pisze, iż „ci, którzy walczyli z diabłem i zwyciężyli go, zostali uwiecznieni, ponieśli bowiem śmierć dla Prawa.” Dlatego wczesnochrześcijańskie dekoracje mozaikowe będą pokazywały męczenników jako radosne korowody mężczyzn i kobiet wymachujących w rytm niebiańskiej muzyki oliwkowymi lub świeżymi gałązkami palm. Ale męczeństwo nie buduje Kościoła jedynie poprzez wymiar świadectwa, posiada przede wszystkim wartość zbawczą- przeobrażającą dzieje świata i konkretnych osób. To pełnia miłości, która staje się w oczach historii doskonałością ponad wszelką miarę. „Nie ma innego sposobu poznania Boga jak przez życie w Nim” (św. Symeon Nowy Teolog). Poznanie Go w agonii Krzyża i świetle wielkanocnego poranka, „przydając Kościołowi na każdy dzień tych, którzy mieli być zbawieni” (Dz 2,47). Jeżeli według Orygenesa- mówił jeden ze współczesnych teologów- Kościół jest „pełen Trójcy”, to od czasu zesłania Ducha jest pełen świętych- męczenników. Również dzisiaj męczeństwo staje się charakterystyczną cechą Kościoła; co kilka minut umiera gdzieś w różnym zakątku świata ktoś, kto był zanurzony w wodach chrztu i wybrał Chrystusa na swojego Pana i Zbawiciela; stając się przeobfitym kielichem łaski.

 

poniedziałek, 16 października 2017


Łk 11, 29-32

Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: «To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz stał się znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia....  

Znak Jonasza- to zapowiedź znaku ocalonego i odkupionego człowieka, dokonanego poprzez zmartwychwstanie Chrystusa.  Transcendentna rzeczywistość, w której Bogoczłowiek zstępuje do infernalnej otchłani i wyprowadza z paszczy Lewiatana pierwszych rodziców, a wraz z nimi czekającą na światło Paschy ludzkość. Święty Jan Chryzostom wyjaśniał, że z chwilą przybycia Jezusa Otchłań stała się prawdziwym rajem, gdyż tam, gdzie jest Jezus, jest niebo. Chrystus jest zatem zwycięskim Jonaszem wdzierającym się w świat mroczny, pozbawiony nadziei, wyrywając ze szponów zła ludzkość opłakującą własne grzechy. Justyn Męczennik pisał: „Wspomniał Pan Bóg święty Izrael, zmarłych swoich, którzy spoczywają w ziemi grobowca, zstąpił do nich, by im zwiastować dobrą nowinę swego zbawienia.” Mamy tu obraz zbawienia, którego wyraźny ślad odnajdujemy w barwnej ikonografii i tekstach liturgicznych Kościoła. „Zstąpiłeś w otchłań ziemi, skruszyłeś wieczne wrota i uwięzionych tam, Chryste, uwolniłeś, i po trzech dniach, jak prorok Jonasz z wnętrza ryby, wyszedłeś z grobu.” Uspieński, komentując ikonę Anastasis, mówił, że ciemność otchłani została wypełniona światłem promieni Bożej chwały Tego, który zstąpił tam będąc Bogoczłowiekiem. Jest to światło uobecnionego już zmartwychwstania, a sam Zbawiciel triumfalnie stąpa po dwóch skrzydłach wrót otchłani, które wyważył siłą miłości do człowieka. Ten ewangeliczny obraz zbawienia wtopiony w chrześcijański Symbol Wiary, skłania do bezpośredniego pytania od którego nie może uchylić się człowiek wiary. Gdzie jest ten Zmartwychwstały, jak można Go znaleźć, aby zjednoczyć się z Nim w całej pełni ? Chrystus jest wszędzie, porusza się na przodzie radosnego orszaku odkupionych, naznaczając naszą historię i czyniąc ją świętem nowego dnia. Jest to Człowiek- Maksimum, jak mówił Nicolas de Cuise, wyciągający ku nam swą dłoń.

niedziela, 15 października 2017

Mt 22, 1-10

Jezus w przypowieściach mówił do arcykapłanów i starszych ludu: «Królestwo niebieskie podobne jest do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść. Posłał jeszcze raz inne sługi z poleceniem: „Powiedzcie zaproszonym: Oto przygotowałem moją ucztę; woły i tuczne zwierzęta ubite i wszystko jest gotowe. Przyjdźcie na ucztę!” Lecz oni zlekceważyli to i odeszli... Wtedy rzekł swoim sługom: „Uczta weselna wprawdzie jest gotowa, lecz zaproszeni nie byli jej godni. Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie”. Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala weselna zapełniła się biesiadnikami.

Jezus nie posługuje się w przypowieści abstrakcyjnym rozumowaniem zamkniętym w jakimś filozoficznym kluczu; słuchacze bez względu na status społeczny czy wykształcenie potrafili bez większego problemu uchwycić sens owych obrazów, które wypisywały się w pamięci. Wielu słuchających pewnie zachodziło w głowę, jak można nie przyjść na darmowe przyjęcie przygotowane przez króla. Przecież wszystko było pieczołowicie przygotowane, a tu taki afront ze strony zaproszonych gości. Jeszcze bardziej ujmujący jest fakt, że po odmowie ze strony pierwszych gości, zaproszenie zostaje rozciągnięte do wszystkich bez wyjątku. Miał rację rosyjski pisarz Turgieniem, myśląc o człowieku: „Należałoby tak ułożyć życie, żeby każda chwila miała jakiś sens.” Odkrywanie tego sensu, jest pewnym etapem do odkrywania planu Boga, akceptacji Jego troski i miłości. Powszechność tego zaproszenia jest pewnym teologicznym smaczkiem- komentowanym przez teologów w perspektywie futurystyczno-eschatologicznej. Bóg ma wielki gest, choć znajdują się i tacy którym jest to obojętne; zatrważająca postawa. Osobiście odkrywam w tej scenie ogromny optymizm przeniknięty nadzieją i pokojem. „Zaproszenie jest znakiem życzliwości i łaskawości zapraszającego- pisał W. Hryniewicz- Z przypowieści przebija apel o nawrócenie, ale wyrażony przede wszystkim w formie zaproszenia... Wiąże się z nią ryzyko pozostania na zewnątrz czegoś ważnego, a więc znalezienia się w niekorzystnej sytuacji, czego później będzie można żałować. Uczta z przypowieści jest symbolem uczty eschatologicznej. Nikt nie może wejść do królestwa Bożego bez zaproszenia... Wszyscy otrzymują zaproszenie i łaskę uczestnictwa w życiu Boga.” Człowiek zatem staje przed koniecznością dokonania wyboru i możliwością zaistnienia również reperkusji. „Podobnie jak długo trzeba było czekać, a by ziemia była wstanie przyjąć Chrystusa, tak samo długo trzeba będzie oczekiwać i oczekiwanie to wciąż trwa, aby uznano Go za tego, kim jest, i przyjęto zbawienie, które przynosi”- twierdził G. Lafont. Przyjąć zbawienie, wejść na Ucztę z opromienioną twarzą człowieka odkupionego, ostatecznie wyzwolonego, spowitego triumfem Chrystusowego Zmartwychwstania. Ostateczny finał dziejów jest świętem radości przemienionego Kościoła- biesiadą przygotowaną dla tych, którzy powiedzieli tak Miłości. Ojciec Sergiusz Bułgakow, napisał że „eschatologia może, i powinna mieć, świetlaną postać ukierunkowaną ku Chrystusowi Nadchodzącemu. W miarę naszego poruszania się w historii, idziemy na Jego spotkanie, a promienie jaśniejące z Jego Powtórnego Przyjścia na świat stają się odczuwalne.” Bramy Królestwa są na oścież otwarte przed człowiekiem, a spojrzenie Boga nigdy nie traci z horyzontu wachającego się w swoich decyzjach człowieka. „Przyjdźcie i zobaczcie jak dobry jest Pan !”

czwartek, 12 października 2017


Czy sztuka potrafi wyrażać jeszcze tęsknotę człowieka za Bogiem ? Prowokacyjne pytanie które powraca równie intensywnie, co działania które dokonują się obrębie twórczości człowieka i płodności kultury. W średniowieczu człowiek tworzył dzieła dla Boga. W renesansie dla człowieka. XIX wiek stworzył „sztukę dla sztuki”, a nasza współczesność zdaje się być ta rozbudzoną w szybkich eksperymentach po omacku, że nie wiele ma już do powiedzenia. Nie uważam tak drastycznie żeby dzisiejsza sztuka rozminęła się z sacrum; jest bardziej zaspana, ambiwalentna i niejasna w swoich „projekcjach.” Żyjemy po „końcu sztuki”- posługując się językiem Kuspita, który zatrząsł w posadach postmodernistyczną wolnością artysty i jego banalnych wytworów  nie mieszczących się w panteonie sztuki wielkiej, wzniosłej, elitarnej, fundowanej na idei dobra, prawdy, piękna. Słowo „pauperyzacja” oddaje coś z lekkostrawnej kultury naszego dzisiaj i jutro; krótkoterminowość, migotliwe doznania, emocjonalne rozchwiania, ekshibicjonizm, gwałtowny szturm erosa nad agape. Jak nie potrafimy wyłowić o co chodzi w sztuce, to posługujemy się zręcznym wytrychem- nowoczesność.  Najczęściej zręczną metodą jest wywołanie szoku i pozostawienie widza w rozchwianiu posuniętym do granic absurdu. „Nie ma już sztuki, jest postsztuka- pisała pewna redaktorka, polemizując z poczciwym Kuspitem- Zamiast w zaciszu pracowni artyści taplają się w brudach ulicy, zamiast inwencji twórczej towarzyszy im zobojętnienie, a do tego pustka, jałowość, nihilizm, patologia, depresja... A przecież zadanie artysty to przemieniać szumowiny dnia codziennego w złoto sztuki pięknej.” Po tej diagnozie konkludowała, że w sztuce wszystko wolno- w końcu żyjemy w postmodernie Duhampa, dla którego pisuar stał się kondensacją tego, co nowe i rewolucyjne.  Może trzeba wznieść się o stopień wyżej- jak pisał Paul Klee- żeby uchwycić w tym jakąś tajemnicę. Ja jej przynajmniej nie dostrzegam. „Dawniej rzeczy zadawały pytania, jakby w oczekiwaniu, że artysta dzięki swojemu twórczemu spojrzeniu udzieli odpowiedzi, powołując je do istnienia, przywracając im pierwotną niewinność, pozwalając im wrócić do siebie, do prostoduszności i szczerości. Artysta nowoczesny, za nim spojrzy na świat, zadaje pytania swojej duszy i nadaje rzeczom własną dezintegrującą wizję, staje się wspólnikiem dawnego buntu, który przede wszystkim pragnie się wyzwolić z wszelkiego Sensu i jakiejkolwiek zasady. Taki powrót do stanu pierwotnego chaosu unicestwia nasze trwanie w czasie, zubaża byt aż po nędzę nicości” (P. Evdokimov). Czasami na siłę próbuję doszukać się czegoś transcendentnego w malarstwie, jakieś przekątnej jak u Malewicza, przechodzącej przez środek obrazu  i prowadzącej oko ku idealnemu znaku odpowiadającego Absolutowi. Nie jest moim zamiarem wylewać pomyje na sztukę naszego „dzisiaj” która jak mniemam nieświadomie ciąży bardziej w stronę nihilizmu, pustki i materii. „Sztuka świata pogańskiego mówi nie o tęsknocie za pięknym światem innym, a osiągnięciu piękna w tym świecie, pod zamkniętą kopułą niebios” (M. Bierdiajew). Taka sztuka obywa się bez pytań o sens bytu, egzystencji, możliwej metamorfozy świata, Kant nazywał to „celowością bez celu.” Zgadzam się w pełni z H. G. Gadamerem, że sztuka jest wypadkową jakieś ludzkiej izolacji i braku otwartości na przeżywanie czegoś w rodzaju święta. Sztuka dawna niosła przesłanie święta, potrafiła w napełnionych niekiedy mrokami historii roztaczać nadzieję, podnoszącą ludzi wyżej. W sztuce musi się zawierać „świętowanie świata”- chrześcijaństwo może to określić jako optymizm egzystencjalny zakotwiczony ostatecznie w wiecznym „niech się stanie” Boga . Nasze dzisiaj powinno zamykać się w przemienionym jutrze, a kultura o tym chce opowiedzieć; zaholowała się w płytkich doznaniach i pustych obietnicach.  Akt artysty powinien przełamywać ciężar świata spowitego grzechem i bezradnością. „Dlatego prawdziwe dzieło sztuki- mówił o. S. Bułgakow- nie może pozostawać zamknięte w sobie samym, dzięki swej aktywności wzywa ono do życia w pięknie i jest proroczym świadectwem. I właśnie dlatego również sama sztuka nie jest bynajmniej samowystarczalna, jest jedynie drogą prowadzącą do piękna.” Ostatecznie znajduje swoje spełnienie w Bogu- najdoskonalszym pięknie. Droga przebóstwienia jest więc drogą ku pięknu. Znać świat w jego prawdzie i pięknie oznacza znać jego przemieniającą zasadę, to znaczy Chrystusa, który jest „duchowym centrum świata” i zasadą „przemiany materii w ducha, życia cielesnego w życie Boże.”

 

środa, 11 października 2017


Łk 11, 1-4

Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów». A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie».

Architektura modlitwy Ojcze nasz jest niezwykle interesująca i zdaje się nie być przypadkowym zestawieniem próśb przekazanych przez Chrystusa. Kościół przyjął wersję Mateusza, która jest pełniejsza. Święty Łukasz opuszcza trzecie wezwanie- przyjdź Królestwo Twoje- oraz część ostatniego: zbaw nas od złego. Tekst ten wydaje się nie pełny: modlitwa według św. Mateusza obejmuje inwokację i sześć próśb w dwóch grupach- tworząc swoisty szkielet, „a więc siedem wersetów, co nie tylko jest zgodne z metryką semicką i wprowadza doskonałą symetrię- trzy życzenia dotyczące Boga w odniesieniu do ludzi i trzy prośby modlących się- lecz przede wszystkim stanowi kosmiczną całość opartą na wartości cyfry siedem.” Jest w tym jakiś subtelny porządek i duchowy zamysł ogarniający całą rzeczywistość człowieka włączoną w nurt modlitwy. Modlitwa którą pozostawia Nauczyciel jako odpowiedź na być może naiwne pytanie kogoś z zewnątrz, wskazuje na intymny dialog- rozmowę dziecka z Ojcem. Wchodzimy w głębię modlitwy w takim momencie, kiedy zamiast myśleć o Bogu odległym, niedostępnym, stajemy pełni małości i bezgranicznego zaufania naprzeciw Taty. „Ojcze nasz, która wyrasta z Jezusowego westchnienia Abba, boska Mądrość złączyła w jedno to, co boskie z tym, co ludzkie. Sama formuła jest mostem, bramą, pośredniczką. Niezwykłe bogactwo ukryte w tej modlitwie na przestrzeni wieków zostało w sposób zadziwiający rozwinięte przez modlitwę Kościoła. Umysł zdumiewa się, gdy dostrzega, jak ów krótki tekst wędrował w czasie i przestrzeni, stając się na natchnieniem dla ludzi w różnych sytuacjach i kulturach”(M. Bielawski). Chyba nie ma takiego chrześcijanina który nie potrafiłby w sposób spontaniczny odmówić tej modlitwy; ona wyryła się w sercu niczym najpiękniejsza sentencja utrwalona w bloku kamienia. Abba zawsze rozmiękcza serce Kościoła, kiedy staje się być ciasny, hermetyczny, opróżniony z wrażliwego i pełnego miłości spojrzenia na człowieka. „Dlaczego mówimy Modlitwę Pańską, nim przyjmiemy Ciało i Krew Chrystusa- pytał w jednym z kazań św. Augustyn- Bo jeżeli w skutek ludzkiej słabości myśl nasza skierowała się ku temu, co niewłaściwe, jeżeli język nasz wypowiedział coś, czego wypowiedzieć nie należało, jeśli oko nasze spojrzało na coś, na co nie wypadało spojrzeć, jeśli ucho nasze usłyszało pochlebstwo, którego nie powinno słyszeć, jeżeli więc coś takiego popełniliśmy dzięki pokusie tego świata, i ze słabości życia ludzkiego, to wszystko to zostaje zmazane przez Modlitwę Pańską, w której mówimy: „I odpuść nam nasze winy.”

wtorek, 10 października 2017

Łk 10, 38-42

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa. Marta zaś uwijała się około rozmaitych posług. A stanąwszy przy Nim, rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła». A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona».

Fides et auditu- wiara rodzi się ze słuchania, stwierdza św. Paweł (Rz 10,17). Słuchać- to wcale nie znaczy usłyszeć. To smutne jak wielu chrześcijan siedzi latami w kościelnych ławach i nie słyszą Ewangelii; nie poddają się jej mocy, przeobrażającemu od środka fermentowi. Nie lubiany przeze mnie Luter powiedział jedną mądrą myśl, wartą zacytowania: „Bóg nie potrzebuje nóg ani rąk, ani żadnego innego organu. Potrzebne są Mu tylko nasze uszy.” To takie typowo protestanckie sformułowanie zasklepione w sola scriptura. Osobiście uważam, że wzrok jest również ważny co słuch. Maria z Ewangelii chciała i potrafiła słuchać; Kościół odczytał w Niej swoją kontemplacyjną rolę. Ktoś pięknie napisał: „Nie idziemy na modlitwę dla siebie, lecz żeby adorować Miłość.” Maria uczy nas kontemplacji- kobiecej i pełnej subtelności pokory bycia naprzeciw Boga. Kontemplować to tyle, co patrzeć z uwagą, zadziwieniem, zachwytem, pozostawić na boku sprawy które się wokół nas dzieją. „Bóg raduje się nieustanną odnową radości człowieka, w której sam znajduje odpoczniecie... Chrześcijaństwo objawiło bowiem prawdę, że człowiek zdolny jest posiadać w sobie, i to w sposób świadomy, nieskończoność Boga oraz zgłębiać przez całą wieczność tę nieskończoność w niekończącym się poznawaniu” (D. Staniloae). Świat się nie zawali jeśli usiądziemy blisko Jezusa. Wejść w przestrzeń spotkania... Miał rację św. Jan od Krzyża mówiąc, że „kontemplacja nie jest to co innego, jak tylko tajemne, spokojne i miłosne udzielanie się Boga. Jeśli się jej da miejsce, rozpali ona duszę w duchu miłości.” Człowiek współczesny potrafi przejechać tysiące kilometrów, aby odnaleźć miejsce przypominające „dom Marii i Marty” z Betanii. Przestrzeń wyciszenia i dialogu duszy; skoncentrowania wzroku na Tym, który otwiera usta obdarowując Dobrą Nowiną. Olivier Clement dokonał rzetelnej diagnozy naszej rzeczywistości: „Żyjemy w świecie, w którym cisza jest biedna, pusta, smutna. A więc ludzie wypełniają ją hałasem. Istnieje hałas wewnętrzny, natrętne myśli, skojarzenia, pożądania, marzenia, a kiedy tego nie ma przekręca się gałkę radia, włącza telewizor, zmienia się kanały. Żyjemy w świecie nieustannego hałasu, cały czas jesteśmy zajęci, ogromnie ważne jest więc, żeby nauczyć się trwać w ciszy i żeby równocześnie stawała się ona ciszą zamieszkaną.” Cisza zamieszkana- w sercu słuchających Marii. Cisza zamieszkana- spowijająca twarze blaskiem szczęścia i sprawiająca że chwila staje się rozkoszą wieczności, a dusza drży w uniesieniu na myśl o Oblubieńcu patrzącym na nas swoimi pięknymi oczyma. Być zamieszkanym i zadziwionym w bezruchu wymaga przejścia na odbiór: „Mów, Panie, bo sługa twój słucha.” Święty Bazyli pozostawił niezwykle cenną wskazówkę dla mnichów: „Na początku życia zakonnego każdy mnich winien zwrócić całą swoją uwagę na zdobycie stałej pamięci o Bogu. Jedynie gdy jest się pewnym, że ten aspekt jest bardzo mocny, że nie zagubi się w kontakcie ze światem, może się być powołanym do dzieł apostolskich.” Kościół z postawy Marii, przechodzi w pełną troskliwości aktywność Marty. Jak siostry zakonne od Matki Teresy z Kalkuty, za nim wyjdą na ulice aby pomagać poranionym ludziom, adorują wcześniej eucharystycznego Chrystusa. To jest droga prostej świętości- synteza kontemplacji i chrześcijańskiej aktywności przenikniętej szczerą miłością.

poniedziałek, 9 października 2017


Łk 10, 25-37
...Jezus, nawiązując do tego, rzekł: «Pewien człowiek schodził z Jeruzalem do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, wędrując, przyszedł również na to miejsce. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: „Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał”. Kto z tych trzech okazał się według ciebie bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?» On odpowiedział: «Ten, który mu okazał miłosierdzie».  Jezus mu rzekł: «Idź, i ty czyń podobnie!»
Chrystus nas prowokuje do miłości; otwartej, bezinteresownej, pozbawionej jakichkolwiek pytań, ukierunkowanej ku drugiemu człowiekowi. Miarą wielkości człowieka jest wrażliwe serce- takie jakie miał Samarytanin, kiedy pochylił się nad samotnym i pobitym człowiekiem. W świecie pośpiesznej gonitwy za własnym szczęściem, zagarnianiem jak najwięcej dla siebie, mijamy niezauważenie tak wielu potrzebujących ludzi. Kiedy w tramwaju siada w naszej bliskości brudny i śmierdzący człowiek, to szybko znajdujemy wytłumaczenie na jego beznadziejne położenie; od pijak, kloszard, społeczny i budzący odrazę element- nieprzystający w żaden sposób do sterylnego i ugłaskanego świata. Ta koronka epitetów uspokaja nasze sumienie przed postawieniem pytania: czy on zawsze był taki odrażający i śmierdzący ? Widząc kobietę żebrzącą wraz z wianuszkiem dzieci w centrum miasta, przykładamy kalkę patologicznej projekcji- widząc niezaradność i głupotę ludzi, szeptamy że nie powinno być ich stać na rodzinę. A może największym bogactwem tej kobiety są właśnie jej zasmarkane i głodne dzieci ! Nie wiem czy są tacy ludzie których marzeniem było życie na ulicy, czy zamiast ciepłego domu z wypełnioną szczelnie jedzeniem lodówką odpadki na śmietniku ? Skróty myślenia nie wystarczają aby obronić obojętność i apatię. Przynajmniej chrześcijanie nie powinni zasklepiać się w tych banalnych dywagacjach. Nie definiujmy zbyt szybko bliźniego. Definicja jest zawsze wadliwa i pozostawia na zewnątrz człowieka. „Bliźni staje się wówczas, gdy się do niego zbliżamy, a także przez sposób w jaki on się zbliża do nas... Musimy przezwyciężyć niesłychany opór, aby się do niego zbliżyć. Wszystko w nas przemawia przeciwko temu zbliżeniu.” Wielkość człowieka uobecnia się w przezwyciężeniu w sobie niechęci, nieprzyjemnego zapachu człowieka z rynsztoka, wrogiego spojrzenia i drzwi uprzedzeń które otwiera tylko klucz miłości. „Tylko ten, kto jest gotowy, może się zatrzymać w odpowiednim momencie- mówił słynny filmowy Don Camilllo do Pepopne- działając poza schematami i konwencjami społecznymi.” Dostrzec człowieka to za mało. Trzeba stanąć obok niego, nie jak ktoś lepszy, ale jako brat który być może nie doświadczył smutku ulicy. Miłość to odważny krok na wzór Jezusa który wychodził bez oporów naprzeciw ludzi pogardzanych, wykluczonych, ubrudzonych grzechem. Leon Bloy mówił: „Jedynym powodem do smutku jest to, że nie jesteśmy święci.” Dlaczego ? Ponieważ ciągle za mało kochamy drugiego człowieka.

niedziela, 8 października 2017

 Mt 21, 33-43

Jezus powiedział do arcykapłanów i starszych ludu: «Posłuchajcie innej przypowieści. Był pewien gospodarz, który założył winnicę. Otoczył ją murem, wykopał w niej tłocznie, zbudował wieżę, w końcu oddał ją w dzierżawę rolnikom i wyjechał. Gdy nadszedł czas zbiorów, posłał swoje sługi do rolników, by odebrali plon jemu należny. Ale rolnicy chwycili jego sługi i jednego obili, drugiego zabili, trzeciego zaś ukamienowali... W końcu posłał do nich swego syna, tak sobie myśląc: Uszanują mojego syna. Lecz rolnicy, zobaczywszy syna, mówili do siebie: „To jest dziedzic; chodźcie, zabijmy go, a posiądziemy jego dziedzictwo”. Chwyciwszy go, wyrzucili z winnicy i zabili... Jezus im rzekł: «Czy nigdy nie czytaliście w Piśmie: „Ten właśnie kamień, który odrzucili budujący, stał się głowicą węgła. Pan to sprawił, i jest cudem w naszych oczach”. Dlatego powiadam wam: Królestwo Boże będzie wam zabrane, a dane narodowi, który wyda jego owoce».

Przypowieść wygłoszoną przez Chrystusa należy zrozumieć w określonym kontekście. To ostatnie dni Jego misji. Uroczystym wjazdem do Jerozolimy został zainaugurowany Wielki Tydzień. W zatłoczonej Jerozolimie jest wielu ludzi którzy są dosłownie przejęci nauką o Królestwie, którą tak żarliwie głosił wędrowny Nauczyciel z Galilei. Mówił o rzeczywistości która jest wśród nich, to były tak bardzo przekonujące słowa. Królestwo przeznaczone dla ludzi ubogich i uciskanych, prostych, niewykształconych, będące na wyciągnięcie dłoni dla czystych sercem. Wielu prostych i tłamszonych ludzi uwierzyło, że w Jezusie to się może uobecnić- dostrzegli w Nim oczekiwanego króla Izraela. W Świętym Mieście byli również zeloci w mieszani w tłum, czekający na Mesjasza i gotowi na rozpoczęcie rewolucji i wystąpienie przeciw Rzymowi. Tak wielkie zbiorowisko ludzi ścielących przed wjeżdżającym na osiołku Chrystusem płaszcze i wołających: „Hosanna Synowi Dawida !” To był triumf. Lecz właśnie to najmocniej rozjuszyło faryzeuszów i prominentnych starszych ludu i od tej chwili zaczęli knowania, aby wyeliminować Chrystusa. Głośne „Hosanna” szybko zmienia się na „Ukrzyżuj Go.” W tym tyglu ludzi- ich spojrzeń, myśli i napięć, opowiada Nauczyciel przypowieść o gospodarzu który założył winnicę powierzając ją w dzierżawę rolnikom, aby jej doglądali i w odpowiednim czasie oddali mu należny plon. Sens paraboli jest czytelny. Gospodarzem jest Bóg; winnicą- naród wybrany, Izrael; sługami posyłanymi i odrzuconymi prorocy; synem- Jezus, zabity poza murami Jerozolimy; zaś rolnikami- odpowiedzialnymi za zbrodnię są niewierni Żydzi. Przypowieść kończy się pytaniem: Co zrobi Bóg z tak zaistniałą sytuacją ? Królestwo będzie zabrane i oddane tym, którzy będą odpowiedzialni, sumienni, a nade wszystko uszanują zasady właściciela winnicy. Chrześcijanie dobrze odczytali przesłanie tego opowiadania; mamy wierzyć i postępować w łasce aby stać się uczestnikami królestwa Bożego. „Przyjdź królestwo Twoje”- Czy prosimy o nie, czy nie prosimy, ono i tak przyjdzie- mówił w swojej homilii św. Augustyn- W jakiej bowiem chwili Bóg nie królował ? W jakiej chwili zaczął królować ? Skoro Jego Królowanie nie ma początku, nigdy też nie będzie mieć końca. Lecz musicie wiedzieć, że odmawiamy tę modlitwę dla nas, a nie dla Boga, i że będziemy Jego królestwem tylko wtedy, kiedy – wierząc w Niego – będziemy wzrastać w Jego łasce. Jego królestwem będą wszyscy wierzący, odkupieni krwią Jego jednorodzonego Syna.”

sobota, 7 października 2017

Łk 1,46

Wielbi dusza moja Pana,
i raduje się duch mój w Bogu, Zbawcy moim.
Bo wejrzał na uniżenie swojej służebnicy.
Oto bowiem odtąd błogosławić mnie będą
wszystkie pokolenia.

Miriam udała się do swojej krewnej Elżbiety, to jedna z najbardziej ujmujących serce scen w Ewangelii. Rozradowana jak każda niewiasta nosząca pod swym sercem dar życia, potrafiła jedynie wypowiedzieć z głębi duszy uwielbienie Bogu. Spoglądała na swój coraz mocniej zaokrąglony brzuch, kryjący owoc miłości i błogosławieństwa Boga; była najszczęśliwszą osobą na świecie i nic nie było wstanie zmącić Jej szczęścia. „Wielbi dusza moja Pana”- zaintonowała  Maryja, a Elżbieta, będąca już w starszym wieku, tańczyła razem z Nią, aż Jan podskakiwał z radości. Trzy miesiące później ta cudowna i otwarta na dobrą wieść staruszka wydała na świat największego z proroków Izraela- Jana- bo takie imię usłyszał Zachariasz od Anioła. Spotkanie- bo tym jest scena przekazana dla nas, jest najpiękniejszą modlitwą głębi; spontanicznym porywem duszy, które wejdzie do modlitewnego skarbca Kościoła. Za każdym razem kiedy przygotowuję się do liturgii eucharystycznej, odmawiam modlitwę która jest parafrazą hymnu Magnificat: „Rozraduje się dusza moja w Panu, gdyż nałożył mi szatę zbawienia i ubrał mnie w suknię radości. Jak oblubieńcowi nałożył mi koronę i jak oblubienicę przystroił mnie klejnotami.” Kościół Rzymski  słowami Maryi będzie błogosławił Boga za przeżyty dzień modlitwą nieszporów. W tych słowach chrześcijaństwo odkrywa nadmiar szczęścia, chwile które naznaczone są pieszczotliwym dotykiem troskliwego Boga. Przyjmijmy zatem zachętę św. Ambrożego: „Niech w każdym będzie dusza Maryi, by wielbił Pana; niech w każdym będzie duch Maryi, by radował się w Bogu. Jeśli według ciała jedna tylko Matka Chrystusa, to według wiary wszystkie dusze rodzą Chrystusa; każda bowiem przyjmuje w sobie Słowo Boże... Dusza Maryi wielbi Pana, a Jej duch raduje się w Panu, ponieważ duszą i duchem poświęcona jest Ojcu i Synowi, adoruje Ona z pobożnym uczuciem jedynego Boga, od którego wszystko pochodzi, oraz jedynego Pana, dzięki któremu istnieją wszystkie rzeczy.” Niech Chrystus znajdzie również radość w naszych duszach. Niech się poczyna w przestrzeni wiary pielęgnowanej i zdolnej czynić świat miejscem błogosławieństwa.

czwartek, 5 października 2017


Ne 8, 5-6. 7b-12

Pisarz Ezdrasz stanął na drewnianym podwyższeniu, które zrobiono w tym celu. Ezdrasz otworzył księgę na oczach całego ludu – znajdował się bowiem wyżej niż cały lud; a gdy ją otworzył, cały lud powstał. I Ezdrasz błogosławił Pana, wielkiego Boga, a cały lud, podniósłszy ręce, odpowiedział: «Amen! Amen!» Potem oddali pokłon i padli przed Panem na kolana, twarzą ku ziemi. A lewici objaśniali ludowi Prawo, podczas gdy lud pozostawał na miejscu.

Ezdrasz przybysz z Babilonii, był skrybą i „znawcą Prawa Boga niebios”- co najwyraźniej świadczyło, że pełnił ważną funkcję rzecznika interesów swoich rodaków na dworze królewskim. Po przybyciu do kraju Ezdrasz zgromadził wokół siebie lud i odczytał mu dzieło zwane „księgą Prawa Mojżeszowego, które Jahwe nadał Izraelowi.” Ludzie, którzy byli rozproszeni i mieli pragnienie praktykowania swojej religii dostrzegali w nim męża opatrzności; dzięki przewodnictwu Ezdrasza, Tora stała się głównym filarem i podporą zreformowanej wspólnoty stając się normatywną regułą wyznania wiary. Pomijając kontekst historyczny niezwykle interesująca jest scena przepowiadania Bożego Słowa; gest Ezdrasza- otwarcie Księgi i ukazanie jej ludowi oraz spontaniczna reakcja zgromadzonych ludzi- podniesione dłonie, aklamacja Amen i uniżenie wyrażone usunięciem się na kolana, twarzą ku ziemi. Mamy do czynienia z piękną i pełną uniesienia postawą człowieka wobec Słowa Bożego. Spadkobieracami tej postawy wobec „Słowa Życia” będą wiele wieków później chrześcijanie; dla nich Biblia to Chrystus, „gdyż każde jej słowo będzie prowadziło ku Temu, który je wypowiedział i będzie Go uobecniać.” Ewangelia złożona w sercu chrześcijańskiej świątyni- na ołtarzu, spowita wonnością kadzidła i pocałunkami rozmodlonej wspólnoty wiary, nie jest wyrazem tylko czułej egzaltacji ale okazywaniem największego szacunku wobec tego, co naprawdę święte. Chrześcijaństwo w odróżnieniu od judaizmu nie jest religią Księgi, to religia słowa usłyszanego i uobecnionego w Jezusie Chrystusie. „Przybądźcie wszyscy i zgromadźcie się w tej samej świątyni Boga- pisał św. Ignacy z Antiochii- u stóp tego samego ołtarza, to znaczy w Jezusie Chrystusie.” Również ambona w przestrzeni świątyni Nowego Przymierza staje się „ustami Pana” z której to rozbrzmiewa nieustannie żywe słowo Chrystusa. Liturgia- według Teodora z Andydy- jest podsumowaniem wszystkich wydarzeń zbawczych. Jest prawdziwym scenicznym przedstawieniem wydarzeń biblijnych. Wierni dzięki proklamowanemu słowu nie tylko stają uczestnikami tych narracji, ale siadają jak uczniowie przy Chrystusie, ale stają się uczestnikami cudów, znaków obwieszczających nastanie Królestwa Bożego. W nich „Słowo staje się ciałem”- przybytkiem w którym rozkwita nieśmiertelne życie. Po odczytaniu Ewangelii w liturgii rzymskiej kapłan w ciszy wypowiada znamienne zdanie: „Niech słowa Ewangelii zgładzą nasze grzechy.” Ewangelia ma moc zgładzić grzechy, przemienić serce i oświecić umysł blaskiem prawdy. Może dlatego w portalach gotyckich katedr z ust zasiadającego na tronie Chrystusa wychodzą miecze sprawiedliwości- Misterium Słowa stwarzającego świat, podnoszącego go z absurdu i szaleństwa. W cerkwi wyraża to każdorazowo tzw. „małe wejście.” Brama prezbiterium się otwiera, jak królestwo na przyjście Chrystusa. Kapłan z księgą Ewangelii staje obrazem wchodzącego w centrum wspólnoty Chrystusa, który za chwilę będzie nauczał rzesze tak jak to czynił na Górze Błogosławieństw. „Oto mądrość ! Stańmy prosto !”- woła dostojnie prezbiter. Odpowiedzią chóru na to wezwanie są słowa: „Przyjdźmy do Chrystusa,” odnajdujemy w tym miejscu starotestamentalny gest uniżenia, przed Tym który już jest i nie sposób Go nie usłyszeć. Przyjęte słowo Dobrej Nowiny rodzi uwielbienie i oczekuje na odpowiedź przyjmujących je. Gerardus Leeuw pisał: „Człowiek pochwycony obecnością Boga woła, zaczyna podnosić głos...” Przekuwa to Słowo w czyn. Pozostaje nam tylko przyjąć mądrą sugestię św. Jana Chryzostoma: „Niby jakiś plaster miodu, z przeróżnych składników ulepiony, przechowuj stale słowa Boskie i święte.”

środa, 4 października 2017


Flp 3, 8

Wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci,
bylebym pozyskał Chrystusa i w Nim się znalazł.

 Najpiękniejszą postacią zachodniego chrześcijaństwa jest bez wątpienia św. Franciszek z Asyżu (1181- 1226). Ile to piór połamano opisując jego pełne prostoty i radości życie. Wpisał się w duchowość i kulturę średniowiecza, niczym bohater z najbardziej udanej fabuły filmowej. Trzeba uzbroić się w wielką pokorę, aby próbować opisywać jego barwne niczym witraż życie. Ogromnym nadużyciem byłoby cytowanie plejady mediawistów którzy pokusili się o naświetlenie tak ciekawej postaci z perspektywy która pewnie najbardziej ich frapowała. Franciszek „był ulubieńcem wszystkich- pisał ks. Mirewicz- artystów, poetów i ludzi prostych. Dante poświęcił mu prawie całą Pieśń XI swego Raju. Cimabue i Giotto malowali go złotem, błękitem i sercem. Historycy widzieli w nim przewodnika po wieku trzynastym pełnym problemów, do których klucza należy szukać u Biedaczyny z Asyżu. Dla teologów i znawców prawa kościelnego był zagadką wymykającą się wszelkim dociekaniom naukowym.”Jeżeli ze sztuki rozkwitającego gotyku katedry były najbardziej rozpoznawalnym symbolem piękna i limes chrześcijańskiego świata; to z postaci świętych które zasługują na miano wielkich mężów ducha, pierwsze miejsce przysługuje bez wątpienia świętemu Franciszkowi. Był synem zamożnego kupca z Asyżu, z młodego i beztrosko przeżywającego życie w dobrobycie młodzieńca, z widokami na karierę wojskową, przemienił się w bezdomnego i wędrownego zakonnika- żebraka, czarującego szary świat prostotą wiary. „Ubóstwo św. Franciszka to nie tylko odmowa posiadania i zdobywania. Jest to nowa postawa w stosunku do świata”- czytamy u Andre Vaucheza. Był on człowiekiem z wyglądu niepozornym i małym, i z tej racji ci, którzy nie znali go, brali go za bardzo lichego żebraka. Takim go pokochali pierwsi towarzysze. Z czasem przyłączyli się do niego inni młodzieńcy; wywodzący się z rodów rycerskich, mieszczan i rolników, którzy chwieli stać się szaleńcami dla Chrystusa; zaślubionymi siostrze biedzie. Jego pierwsi bracia i uczniowie zarazem, żyli stosownie do kilku tekstów zaczerpniętych z Ewangelii odkrywając ukazując Kościół na oścież otwarty dla biednych, chorych, opuszczonych, obłąkanych i skrzywdzonych. Franciszek dla jednych ekscentryczny i do końca niezrównoważony na umyśle, dla innych święty za życia; potrafił wzbić się ponad system feudalny i dostrzec w każdym człowieku brata- umiłowane Boże dziecko. Głosił Chrystusa ubogiego i pełnego miłości. Uczył wrażliwości i dobroci, bezinteresowności i wielkoduszności. Krzyczał na ulicach miast, że „Miłość nie jest kochana.” Miał łatwość zaradzania ludzkim dylematom. Wbrew prądowi swojej epoki uczynił z nagości cnotę, a z uśmiechu największe narzędzie przemiany świata. W dziwnym epizodzie z Fioretti św. Franciszek i brat Rufin potrafili zdobyć się na odwagę wygłoszenia nago kazania z kościelnej ambony w Asyżu. Biedaczyna nieustannie żył w obecności Boga. Dostrzegał Jego ślady w świecie, pięknie ukwieconych pól, kawałku kamienia, drzewie wychylającym koronę ku niebu i ptakach którzy byli uprzywilejowanymi odbiorcami plenerowych katechez; czy wilkowi który potrafił podać mu łapę w geście przyjaźni. Warto przywołać w tym miejscu słowa św. Bonawentury duchowego syna Franciszka: „stworzony świat jest podobny jest do księgi, w której odczytuje się Trójcę Świętą, która go stworzyła.” Ojciec Seraficki był przyjacielem wszystkich- bratem pośród braci, kwiatem w wielkim kobiercu rozsianego Bożego piękna. Należy również podkreślić, że Biedaczyna był człowiekiem ogromnej wiary, bezkompromisowym piewcą pokoju i prekursorem tego, co dzisiaj podzieleni chrześcijanie nazywają ekumenizmem. Był zjednoczony z Chrystusem cierpiącym tak intensywnie, iż w 1224 roku otrzymał stygmaty i do końca swoich dni był dręczony chorobą i niewyobrażalnym cierpieniem przez które przebijało światło poranka wielkanocnego. Jakże adekwatne do Brata Franciszka wydają się słowa opisujące oświecenie wypowiedziane przez Rajmunda Lulla: „Wydaje się, jak gdyby zstąpiło nań światło, dzięki któremu widzi Boże doskonałości, niekiedy ich właściwości i zachodzące między nimi stosunki... Dzięki temu samemu światłu widział, że wszystkie byty stworzone są niczym innym niż naśladowaniem Boga.” Kiedy odszedł Franciszek z tego świata, jak podają źródła położono Go na ziemi- nagi niczym ziarno z którego ma rozkwitnąć nowe życie.

wtorek, 3 października 2017


Ps 87 (86), 6-7
Pan zapisuje w księdze ludów:
«Oni się tam narodzili».
I tańcząc, śpiewać będą:
«Wszystkie moje źródła są w Tobie».
W przekładzie Biblii Jerozolimskiej ten sam fragment brzmi zgoła inaczej: „Pan, spisując, wylicza narody: Ten się tam urodził...” Mowa tu jest o konkretnym człowieku którego Bóg dostrzega i zapisuje w „Księdze Życia.” Jeżeli historia jest splotem wydarzeń następujących po sobie w określonym czasie i miejscu; to narracje które nakreśla Bóg, utrwalają na wieczność tych którzy zdają się być „nomadami” zmierzającymi mozolnie ku Źródłu. Eschatologia urzeczywistniona której spontaniczne refleksje konfrontują się ostatecznie z tym, co niewyrażalne, niewyraźne- rozbłyskujące światłem pierwszego Dnia. „Czekamy na radość powrotu Pana na obłoki niebieskie. Umiłowany naszych dusz skacze po pagórkach tego świata. Głos Oblubieńca sprawia nam głęboką radość. W każdą niedzielę, z tygodnia na tydzień, jesteśmy pociągani przez radość nieba, które zstępuje ku nam, z Chrystusem, wypełnione aniołami i świętymi”- pisała s. M. Pascale. Jesteśmy w drodze ku Wieczności z przystankami, bocznicami i zawirowaniami- ciążeniem ku ziemi niepozwalającej na wzbicie się po za widnokrąg. Kiedy zostaną zerwane apokaliptyczne pieczęcie zakończy się tułaczka i tęsknota zostanie przytulona przez piękno nowego Nieba i nowej Ziemi. „Kościół jest „początkiem dni ostatnich”. Wstępujac do Kościoła wkraczamy w czas eschatyczny, który dla nas już nastąpił... Nasza eschatyczna postawa nie stanowi dylematu: albo historia, albo eschatologia, ale raczej i jedno i drugie; to drugie w świetle eschatologii, która objawia właściwy cel historii- „Przyjdź, Panie Jezu”(M. Afanasjew). Możemy zatem mieć nadzieję, że wszystko co człowiek poznaje i odkrywa- niczym porwany przygodą podróżnik, stanowi jakiś cień prawdy o świecie którego zarys z każdym dniem staje się coraz bardziej wyraźny.  Apogeum jest świętem radości odkupionych, godowym tańcem tych, którzy zanurzeni w wodach chrztu odnaleźli swój dom- Dom spotkania miłości !
 

poniedziałek, 2 października 2017

Wj 23,20-23

Tak mówi Pan: „Oto Ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twojej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem. Szanuj go i bądź uważny na jego słowa. Nie sprzeciwiaj się mu w niczym, gdyż nie przebaczy waszych przewinień, bo imię moje jest w nim. Jeśli będziesz wiernie słuchał jego głosu i wykonywał to wszystko, co ci polecam, będę nieprzyjacielem twoich nieprzyjaciół i będę odnosił się wrogo do odnoszących się tak do ciebie. Mój anioł poprzedzi cię i zaprowadzi do Amoryty, Chetyty, Peryzzyty, Kananejczyka, Chiwwity, Jebuzyty, i Ja ich wygładzę”.

„Przy Tobie stoją tysiące świętych Aniołów i niezliczone zastępy Archaniołów, przy Tobie stoją Cherubini obdarzeni wieloma oczyma, Ciebie otaczają Serafini, z których jeden ma sześć skrzydeł i drugi sześć skrzydeł, a dwoma zaś zakrywają oblicze, dwoma nogi, a na dwóch latają. Wszyscy zaś nieustannie głoszą Twoją świętość. Lecz ze wszystkimi, którzy głoszą Twoja świętość, przyjmij i nasze uświęcenie, którzy głosimy”- głosi starożytna egipska modlitwa Anafory z Der- Balyzeh. Kościół wraz z Aniołami, bytami subtelnymi i potężnymi  wystawiennikami wchodzi w przestrzeń liturgii kontemplując spowite blaskiem Oblicze Boga. Podczas śpiewania Hymnu Cherubinów w Boskiej Liturgii św. Jana Chryzostoma, kapłan modli się: „Ty bowiem, Panie Boże nasz panujesz nad wszystkim, co jest na niebie i ziemi, który jesteś noszony na tronie Cherubinów, Pan Serafinów.” Na bizantyjskich malowidłach, rzeźbiarskich portalach romańskich i gotyckich katedr, w historię ludzką wchodzi Chrystus spowity mandorlą wraz z asystującymi skrzydlatymi Niebianami. „Z płomieni żywych były jednych twarze. A skrzydła złote; drugi huf był w bieli... Stopnie po stopniu schodzili anieli. W głąb Róży: gońce miru i pogody, które powiewem skrzydeł wciąż garnęli” (Dante „Boska Komedia”). Ewangelie snują fabułę w której możemy spotkać tajemniczych przybyszów. Maryja spotyka Posłańca. Józefowi anioł ukazuje się we śnie i nakazuje ucieczkę do Egiptu. Również Mędrcy szukający Dzieciątka Jezus, otrzymują we śnie ostrzeżenie by nie wracali do Heroda a udali się inną drogą. Zachariasz wchodząc w czasie przypadającej mu służby w świątyni Jerozolimskiej widzi również tajemniczego zwiastuna i rozmawia z nim. Pasterze w noc Narodzenia zostają raptownie przebudzeni i pełni zdumienia dostrzegają zastępy niebieskie oznajmiające im radosną wieść i miejsce gdzie noc została rozświetlona światłem. Anioł odsuwa kamień u grobu i przemawia do niewiast które z pośpiechem szły w poranek wielkanocny aby namaścić wonnościami ciało Chrystusa, który Zmartwychwstał. Ukazywanie się aniołów ludziom, uświadamia nam istnienie świata nadprzyrodzonego który splata się z rzeczywistością wątpiących i chwiejnych w wierze ludzi. Piękni Aniołowie-maleak-  przyobleczeni w lśniące szaty, zawsze w ruchu. Nawet sobie do końca nieuświadamiany jak blisko nas są nasi stróżowie; szeptają nam do ucha, przyśpieszają bicie serca lub cerują naszą lekkomyślność, „podnoszą nas kiedy nasze skrzydła zapominają jak latać.” Dmą w trąby kiedy nam w głowach się przewraca i dusza rozrywana jest na strzępy. Przyjaciele którzy jako jedyni nie wyprowadzą nas na manowce.

 

niedziela, 1 października 2017

Mt 21, 28-32

Wtedy Jezus rzekł do nich: «Zaprawdę, powiadam wam: Celnicy i nierządnice wchodzą przed wami do królestwa niebieskiego. Przyszedł bowiem do was Jan drogą sprawiedliwości, a wy mu nie uwierzyliście. Uwierzyli mu zaś celnicy i nierządnice. Wy patrzyliście na to, ale nawet później nie opamiętaliście się, żeby mu uwierzyć».

Jezusa otaczało wiele osób religijnych które prześcigały się w wypełnianiu przykazań, a paradoksalnie nie były wstanie zobaczyć wokół siebie ludzi poranionych- potrzebujących pomocy. Tak często rozprawiali o Bogu, a stracili z horyzontu wzroku drugiego człowieka. Odsłania to niezwykle ważną prawdę, że nie można kochać i być wiernym Bogu nie potrafiąc wyjść naprzeciw braci i sióstr. Grzesznicy są drogą Kościoła; do takich przyszedł Chrystus z Ewangelią, z takich zrodzili się pierwsi świadkowie i święci. Serce Jezusa jest pełne współczującej miłości. Tak również Kościół winien być schronieniem dla słabych, uciskanych, sparaliżowanych grzechem, wątpiących, czy przekonanych o tym że nie zasługują na miłość. Symeon Nowy Teolog pisał „Znam kogoś, kto tak gorąco pragnął zbawienia swoich braci, ze często ze łzami prosił Boga, żeby albo zostali zbawieni razem z nim, lub aby on miał w zamian udręki. Rozpłomieniony gorącą miłością nie chciał być zbawionym bez swoich braci. Tak bardzo bowiem związał się duchowo z nimi więzami miłości w Duchu Świętym, że nawet nie chciałby wejść do Królestwa niebieskiego, gdyby miał być z nimi związany.” Wezwanie do miłości i przebaczenia jest w przesłaniu Jezusa największą nowością; rodzi poczucie solidarności z upadłymi i pozbawionymi nadziei. Przemienić starego człowieka w człowieka nowego to wprowadzić do Królestwa Bożego. Dostojewski zgłębił wewnętrznie Boże Miłosierdzie: „Człowiek nie może popełnić grzechu zdolnego wyczerpać nieskończoną miłość Bożą. Wierz, że Bóg kocha cię tak, iż nie możesz sobie tego wyobrazić, że kocha cię w twoim grzechu i z twoim grzechem ( i podobnie też kocha wszystkich innych). Miłość odkupuje wszystko, zbawia wszystko.” Grzesznik w sposób najbardziej wdzięczny potrafi odpowiedzieć na przebaczającą miłość Zbawiciela. Darmowa miłość rodzi świętość i otwiera na oścież bramy wieczności.

 

czwartek, 28 września 2017

Ps 149
Śpiewajcie Panu pieśń nową,
głoście Jego chwałę w zgromadzeniu świętych.
Niech się Izrael cieszy swoim Stwórcą,
a synowie Syjonu radują swym Królem.

Niech imię Jego czczą tańcem,
niech grają Mu na bębnie i cytrze.
Bo Pan swój lud miłuje,
pokornych wieńczy zwycięstwem.

W pierwszej księdze swego traktatu O muzyce święty Augustyn określił muzykę jako „naukę dobrego modelowania.” Mówiąc o modelowaniu Ojciec teologii łacińskiej miał na myśli relacje jakie zachodzą pomiędzy poszczególnymi jednostkami muzycznymi- posiłkując się techniczną terminologią- interwałami. Modelowanie można rozumieć również jako uwznioślenie, kształtowanie zmysłu słuchu, otwieranie duszy. „Wiara rodzi się ze słuchania” i odpowiedzi na dźwięki schodzące z góry niczym łuna spowijająca budzący się pejzaż po śnie nocnym. „Muzyka zaczyna się tam, gdzie słowo jest bezsilne- nie potrafi oddać wyrazu; muzyka jest tworzona dla niewyrażalnego”- przekonywał Debussy. Człowiek wyśpiewuje, wygrywa, wydobywa muzykę która poprzez harmonię dźwięków, staje się potokiem uwielbienia. Muzyka jako czysta modlitwa rodzi się w sercu człowieka jako odpowiedź na uprzednie obdarowanie. „Muzyka – kąpiel duszy,”- w której zawiera się cała gama uczuć i ciepła rozgrzewającego do czerwoności duszę. Psalm jako utwór poetycki opowiada o sile muzyki niosącej radość i wyzwolenie od rzeczywistości bezdusznej, wyrachowanej w której wszystko jest produkowane lub reprodukowane. Modlitwa utkana w partyturę staje się wejściem w wymiar innego postrzegania; zapraszająca do dialogu i kontemplacji. Poruszamy się w świecie w którym „postrzeganie ustępuje miejsca manipulowaniu, kontemplacja działaniu, a myślenie przedsięwzięciu, mowa przedmiotom” (B. Ronze) którym jest wypełnione nasze życie niczym magazyn. „We wszelkiej działalności artystycznej- pisał M. Bierdiajew- (a taką bez wątpienia jest muzyka) już jest tworzony inny świat, kosmos, świat przemieniony i wolny... Sztuka może być odkupieniem grzechu.” W tym kontekście zrozumiałym się wydaje taniec nagiego Dawida w miłosnym uniesieniu; każda cząstka jego ciała została rozedrgana niczym struny lutni, stając się modlitwą nie potrzebującą słów. Również starochrześcijańscy artyści mieli odwagę przedstawiać Chrystusa pod szatą Orfeusza- herosa i śpiewaka mitycznych Traków. Nie dlatego, że uważali Go za Orfeusza, który powrócił do życia, za kogoś stojącego na tym samym poziomie co grecki śpiewak, ale dlatego, że chcieli dać wyraz idei, że Chrystus jest tym który wprowadza Boską harmonię w kosmosie. Wyjaśnia to niezwykle subtelnie Klemens Aleksandryjski: „O jakąż moc ma ta nowa pieśń, która zamienia kamienie i dzikie zwierzęta w ludzi; ci nawet, którzy byli jakby martwi, jako że pozbawieni byli tego życia, które jest jedynie prawdziwe, gdy usłyszeli tę pieśń, natychmiast ożywali. Śpiew ten wprowadzał ład i porządek we wszechświecie...” Chrystus jest Bogiem który śpiewa i tańczy, tak pokazuje Go malarstwo ikonowe przełamując granicę niepoznania. „Ludzie nauczcie się śpiewać i tańczyć- daje nam dobrą radę św. Augustyn- bo aniołowie w niebie nie będą widzieli, co z wami zrobić.”

środa, 27 września 2017

Łk 9, 1-6

Jezus zwołał Dwunastu, dał im moc i władzę nad wszystkimi złymi duchami oraz władzę leczenia chorób. I wysłał ich, aby głosili królestwo Boże i uzdrawiali chorych. Mówił do nich: «Nie bierzcie nic na drogę: ani laski, ani torby podróżnej, ani chleba, ani pieniędzy; nie miejcie też po dwie suknie. Gdy do jakiegoś domu wejdziecie, pozostańcie tam i stamtąd będziecie wychodzić. Jeśliby was gdzieś nie przyjęli, wychodząc z tego miasta, strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo przeciwko nim!» Wyszli więc i chodzili po wsiach, głosząc Ewangelię i uzdrawiając wszędzie.

Posłanie Apostołów- pierwsza aktywność ewangelizacyjna porównywalna do pierwszego entuzjazmu który po zakończonym seminarium towarzyszy neoprezbiterom. Misje te musiały trwać zapewne kilka tygodni i zakończyły się po ludzku sukcesem. Bernanos wspaniale powiedział: „Świętość jest wybuchającą prostotą.” Taka prostota cechowała mężczyzn których Chrystus wyposażył w duchowe dary i umiejętności o których istnieniu nie mieli wcześniej zielonego pojęcia. Entuzjazm chwili spleciony z radosnego uniesienia serca i przygody której etapy będą osnute do końca tajemnicą. Jeszcze kilka miesięcy temu byli rybakami bez większych marzeń czy aspiracji, poborcami podatkowymi którym się oczy świeciły na widok pieniądza wpadającego do drugiej kieszeni, lub przypadkowymi wędrowcami na których zatrzymało się troskliwe spojrzenie Jezusa. Teraz stali się innymi ludźmi-nie w sensie charakteru, ale duchowo przeobrażonymi, bardziej pewnymi siebie- z bardziej zarysowanym horyzontem w kierunku którego leci się na oślep jak głupio zakochany. Weszli w świat pod dwóch z mocą Boga; wybrakowane naczynia rozlewające na drodze uzdrawiającą łaskę i miłość. Heroldowie zwiastujący pokój, egzorcyści wypędzający złe duchy, lekarze opatrujący rany; oczy, uszy, dłonie Chrystusa dzielące miłość na okruszyny dla każdego po równo i z należytym szacunkiem. Później dojdzie im jeszcze jedna posługa- być szafarzem miłości która będzie uobecniać się w Eucharystii- Pamiątce Pana. Bez tych posłanych wielu z nas nie byłoby wstanie dostrzec miłości która nas dźwiga z błota, „pozwala pokonać siły śmierci, odnawiać soki w uschłych korzeniach, wyrywać się do biegu i przeskakiwać mur, wszystkiemu wierzyć, wszystko przebaczać, wszystkiego się spodziewać i kochać” (M. Pascale). Dlaczego poszli w świat z imieniem Jezusa na ustach ? Towarzyszyło im ciągle żywe wspomnienie o Tym, który przemawiał jak nikt inny. „Świętość Jego Życia. Szalona miłość udowodniona przez Jego śmierć. Niezrównany autorytet Jego słowa. Cud Pisma Świętego, które całe skupia się na Nim. Świetlana moc proroctw, zapowiadających Go jako Mesjasza Bożego i tych, wypowiedział jako Chrystus- Pan. Trzy wskrzeszenia umarłych, które każdy mógł stwierdzić. I Jego własne zmartwychwstanie, któremu nikt nie mógł zaprzeczyć” (P. Delfieux). Chcieli być tacy jak On- wnieść w świat ferment i światło, blask nowej jakości istnienia. Zmartwychwstały, który wskrzeszał stał się z nimi jednym „ciałem i jedną krwią” kiedy sami weszli w śmierć, a życie ich stało się Paschą ! „Od tej pory wiatr wieje tam gdzie chce,” i popycha nowych śmiałków to przekroczenia siebie i świadectwa wiary.

wtorek, 26 września 2017


Ps 122  

 Ucieszyłem się, gdy mi powiedziano:
«Pójdziemy do domu Pana».
Już stoją nasze stopy
w twoich bramach, Jeruzalem.

Do niego wstępują pokolenia Pańskie,
aby zgodnie z prawem Izraela wielbić imię Pana.
Tam ustawiono trony sędziowskie,
trony domu Dawida.

W ramach zajęć ze średniowiecznej architektury, zabrałem moich „żaków” na spacer w obrębie dawnej zabudowy. Głównym obiektem była gotycka katedra oparta na „porządku, rozplanowaniu, eurytmii, symetrii i pięknie” (Wincenty z Beauvais). Zawsze biję się z myślami w jaki sposób mówić i wprowadzać w te uświęcone modlitwą pokoleń święte przestrzenie, aby nie było zbyt muzealnie lub anachronicznie. Continuum- wchodząc w czas przeszły dokonany, nie sposób zatracić nic z dynamicznej aktywności Boga i człowieka. Katedra ciągle żyje duchem tamtych czasów- utrwala pamięć o ludziach i zaprasza ciągle nowych do przekroczenia portalu wiary- niczym duchowej inicjacji. Zawsze towarzyszy mi zdanie Jeana Hani z książki Symbolika świątyni chrześcijańskiej: „Do świątyni nie wchodzi się jak do kupieckiego kramu. Strefa, jaką świątynia ogranicza jest przestrzenią sakralną, taki jest właśnie sens łacińskiego słowa templum i greckiego temenos- oba wywodzą się ze wspólnego źródła oznaczającego „ciąć”, „odgraniczać.” Zamknięty obręb świątyni wyraźnie odgranicza i oddziela od otaczającej strefy świeckiej przestrzeń sakralną, zarezerwowaną dla Boskości.” Dla ludzi średniowiecza świat był naszpikowany symbolami, tak jak dzisiejszy znakami drogowymi z taką różnicą, że ci z przeszłości potrafili z wielką wrażliwością poruszać się po nim i odkrywać jego głębokie sensy. My jesteśmy zbyt często rozproszeni i zmęczeni, a dłoniach dźwięczą nam komórki hamując naszą duchową percepcję. Współczesny człowiek tak bardzo jest przyodziany w profanum, że znajdując się w przestrzeni sacrum może odczuwać swoisty dysonans poznawczy, lub traktować to miejsce jak relikt przebrzmiałej historii. Otto von Simon wybitny mediawista próbował przybliżyć średniowieczny obszar sztuki sobie współczesnym. Pisał: „Epokę gotycką nazywano epoką duchowej wizji. Świat nadprzyrodzony objawiał się zmysłom. Życie religijne było owładnięte pragnieniem oglądania świętej rzeczywistości cielesnymi oczyma. Architektura wychodziła temu pragnieniu naprzeciw. W murach kościoła Bóg był w tajemniczy sposób obecny. Świątynia stanowiła obraz Nieba... Świątynia objawiała doskonałość porządku kosmicznego.” Katedra nie była dziełem przypadku czy spontanicznej kreacji zdolnych rzemieślników- przekonywałem moich uczniów- była dziełem geniuszu zrodzonego w tyglu kontemplacji i rozumu oświeconego wiarą. „Oglądający potrzebuje ogromnego skupienia, aby móc uczestniczyć w tym wyrównaniu kontrastów i triumfie ostatecznie równowagi. Podobnie jak bachowska fuga, żąda gotycka katedra udziału naszego umysłu i naszego uczucia, bo gdy z jednej strony mieniący się rubinową czerwienią żar ażurowych okien skłania nas do zatopienia się w mistycznym uniesieniu, to z drugiej strony precyzyjny rysunek delikatnych, a mimo to mocnych linii absorbuje nasz umysł” (N. Pevsner). Cud tego wnętrza wyraża się w imponujących wysokościach kamiennych sklepień i arkad- tak bardzo smukłych że przypominają las drzew pnących się wysoko ku niebu. Wszystko tu posiada teologiczne znaczenie; najdrobniejszy detal był częścią większej całości opowiadającej o wielkości Boga, który schodzi w ten święty przybytek i „staje” naprzeciw człowieka. U Durnada de Mende, można wyczytać te metaforyczne znaczenia, że okna kościoła oznaczają szczerą gościnność i czułe miłosierdzie, że witraże ilustrują Pismo Święte, że posadzka symbolizuje fundament naszej wiary albo wyobraża ubogich duchem z racji ich pokory, że dźwigary łączące poszczególne części budowli kościelnej oznaczają możnych tego świata lub kaznodziejów, którzy bronią jedności Kościoła i podtrzymują ją... Wreszcie wzrok będącego w środku świątyni widza galopuje ku sanktuarium, miejscu Bożej Obecności, ześrodkowanej wokół ołtarza- oznaczającego samego Zbawiciela, Jego betlejemski żłóbek czy jerozolimski grób z którego wychodzi do ludzi zwycięski i przyobleczony w światłość pierwszego dnia. W średniowiecznej świątyni kamienie wraz witrażami i ściennymi malowidłami opowiadają o wielkiej tęsknocie człowieka za światem idealnym, pięknym, pozbawionym znamion bólu i śmierci. „Bóg żyje tu też, ale nie w pełni- przekonywał Simon Vostre, myśliciel z XV wieku- w materialnym niebie: w kościele.”

poniedziałek, 25 września 2017


Łk 8, 16-17

Jezus powiedział do tłumów: «Nikt nie zapala lampy i nie przykrywa jej garncem ani nie stawia pod łóżkiem; lecz umieszcza na świeczniku, aby widzieli światło ci, którzy wchodzą. Nie ma bowiem nic skrytego, co by nie miało być ujawnione, ani nic tajemnego, co by nie było poznane i na jaw nie wyszło.  

„Twoja światłość jaśnieje na twarzach Twoich świętych”- wyśpiewuje w liturgicznym uniesieniu Kościół, spowity blaskiem świec i dymu kadzidła. „Liturgia chrześcijańska- powie Schmemann- w istocie jest epifanią (wejściem w światłość), to jest ujawnieniem, przedstawieniem, darem i włączeniem się do Królestwa objawionego w Chrystusie, a dopełnionego przez Ducha Świętego...” Światłość utrwalona na twarzach chrześcijan, którzy dzięki sakramentom inicjacji stali się widzącymi wyraźnie i nosicielami Ducha Świętego. Zanurzeni w kąpieli wieczności przybrali szatę świetlistą i podążyli za Chrystusem Przemienionym i Zmartwychwstałym. „Wpatrujemy się w jasność Pańską jakby w zwierciadle”- powie św. Paweł- pamiętając ów dzień w którym pod Damaszkiem zalała go wszechogarniająca zewsząd światłość. Był bezradny wobec tego faktu, ale począł się jako nowe stworzenie. „W religiach całego świata najbardziej adekwatne objawienie bóstwa dokonuje się poprzez światłość”- pisał P. Saintyves. Ale w chrześcijaństwie najbardziej intensywne jest doświadczenie światłości które ogniskuje się na osobie Chrystusa- Bogaczłowieka, „w takim blasku, że twarz Jego jaśnieje, jak słońce, a szaty Jego są, jak śnieg białe” (św. Leon Wielki). Pitagorejskie epitafium głosiło, że „ciało jest tuniką duszy”- soma chiton psyches. To samo ciało na które antyczni filozofowie spoglądali sceptycznie, w religii którą przyniósł Chrystus, stało się świetliste- przebóstwione; znak przyszłego świata. Przemienienie zapowiada zmartwychwstanie i wejście w światłość nieznającą zachodu. Chrześcijanin partycypujący w światłości swego Mistrza powinien stawać się lampą oświetlającą innym ścieżki, umożliwiając tym samym poznanie prawdziwej wiary. W Apoftegmatach Ojców Pustyni możemy przeczytać o którym św. Pambo opowiadał, że „Bóg tak go wsławił, że nikt nie mógł patrzeć na jego twarz, z powodu chwały, jaką jego twarz zajaśniała- tak i twarz abba Pambo lśniła jak błyskawica i był jak król siedzący na tronie.” Jesteśmy lampą, spróbujmy udzielić światu odrobiny światła !

niedziela, 24 września 2017

Iz 55, 6-9

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! Niechaj bezbożny porzuci swą drogę i człowiek nieprawy swoje knowania. Niech się nawróci do Pana, a Ten się nad nim zmiłuje, do Boga naszego, gdyż hojny jest w przebaczaniu. Bo myśli moje nie są myślami waszymi ani wasze drogi moimi drogami – mówi Pan. Bo jak niebiosa górują nad ziemią, tak drogi moje – nad waszymi drogami i myśli moje – nad myślami waszymi.

Kim Jesteś ? To pytanie człowieka które stoi w zasadzie u początku refleksji na gruncie wiary. To obszar tak rozległy jak bezkresne połacie przez które przemieszczają się fizycznie nomadzi, nie zważając na upływ czasu i możliwość zaistnienia zaskakującego obrotu spraw. „Bóg w sercu ludzkim złożył pragnienie Boga”(św. Maksym Wyznawca). Życie duchowe rozkwita przez akt poznania ukrytego Boga. Człowiek przemierza obszar własnej niewiedzy, a Bóg wychodzi poza własną transcendencję spotykając się w miejscu które ciężko znaleźć na mapie; droga ta bowiem przechodzi przez serce człowieka. „Judaizm jest religią usłyszanego słowa”- powie Kittel. Bóg objawia się w Torze- prawie. On sam kieruje do ludzi swoje słowo, objawia prawdę i domaga się posłuszeństwa. Człowiek zdaje się stawać naprzeciw Niepoznawalnego w poczuciu lęku i trwogi. Nie można oglądać Boga i pozostać przy życiu. To ostrzeżenie dla późniejszych poszukiwaczy, „że Boga oglądać  nie można w świetle ludzkiego umysłu, nie sposób Go zdefiniować, każda definicja stanowi bowiem pewne ograniczenie.” Pomimo tych usilnych dążeń człowieka, Bóg okazuje się bliższy człowiekowi niż człowiek sam sobie. To On określa granice poznania lub niepoznania; aranżuje dogodne okazje i wychowuje człowieka do pokornego- spokojnego oczekiwania na wskazówki. W chrześcijaństwie pojawiają się dwa kluczowe słowa w zależności od obranej ścieżki poznawczej: theoria i gnosis. Zostały one zapożyczone z antycznej filozofii i sprzężone w religijny aparat poznawczy. Theoria pochodzi od thea, czyli widzenie; Theon horao – widzieć Boga. Odnajdujemy tu pewną perspektywę wytyczoną przez Ojców Kościoła ze środowiska aleksandryjskiego. Jeśli zatem kontemplacja oznacza przyglądanie się Bogu, to jak pogodzić ją ze stwierdzeniem świętego Jana „Boga nikt nigdy nie widział” (1,18). Filozofia platońska lekceważyła zmysły i głosiła, że nie są one zdolne dojść do prawdy. Nawet myśliciele chrześcijańscy poddają się takiemu myśleniu- spoglądając na świat jako złudzenie, miraż. „To, co podpada pod zmysły- pisał św. Grzegorz z Nazjanzu- jest obce Bogu.” Jednak fakt Wcielenia Boga ustawia poznanie teologów w innym kierunku; od tej pory nie można lekceważyć zmysłów. Widzenie zostanie podniesione do rangi słuchania.  Poznanie wchodzi w mistagogię i rodzi się mistyka oparta na fundamencie serca. „Czyste serce” staje się organem kontemplacji duchowej; refleks tego odnajdujemy w słowach samego Chrystusa: „Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą” (Mt 5,8). Czystość serca równa się doskonałości- swoistym katharsis zmysłów, nieustannym stawaniem w obecności Boga. „Oczy me zawsze zwrócone są na Pana” (Ps 24,15), „Ja śpię lecz serce moje czuwa” (Pnp 5,2). Święta Teresa z Avila wielokrotnie widziała obok siebie anioła cudownej urody, który trzymał w dłoni strzałę o ognistym grocie i przebijał jej serce; czuła ból, ale było to najbardziej intensywne doświadczenie miłości. Biedaczyna z Asyżu ugodzony miłością tak intensywnie, że utożsamił się z Ukrzyżowanym Mistrzem. Mistyka ugodzonego serca- tak będzie to przeżywał chrześcijański Zachód przechodząc przez ciemne noce duszy świętych wizjonerów. Wschód wejdzie w hezychazm i oślepiające światło Paschy. Chodzi tu o wrażliwość nous, wynikającą z mistycznego doznania energii oświecających. Tak jak fizyczne oczy i serca uczniów oglądających na Górze Tabor przemienionego Chrystusa, zostały otwarte, aby pochwycić obecność- epignoza. „Kto kontempluje światłość, przeistacza się w światłość”- nauczał św. Grzegorz Palamas. Postać św. Serafina z Sarowa spowitego światłem tak intensywnym że spojrzenie musi ustąpić zdumieniu. Naśladowanie Chrystusa i życie w Chrystusie, komplementarność dróg na których człowiek zostaje podniesiony wyżej. Powołaniem teologa jak również każdego człowieka ochrzczonego jest przybliżanie się do Chrystusa; jak te jelenie z wczesnochrześcijańskich mozaik przychodzące do wód życia. „Kto jest spragniony, niech przyjdzie do Mnie i pije !”- powie Chrystus. „Wiara w Chrystusa zwraca światu wolność, którą odebrała mu nauka. Świat widzialny jest sam z siebie niemy, ale dzięki Chrystusowi staje się słowem, przez które przemawia do nas Ojciec Niebieski” (T. Spidlik). Za poznaniem kryje się możliwość spełnienia- ostatecznej satysfakcji. „Zaleźć Boga, to szukać Go nieprzerwanie...nigdy nie nasycić się pragnieniem Boga, to widzieć Go rzeczywiście.”  

piątek, 22 września 2017


Łk 8, 1-3

Jezus wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym. A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które zostały uwolnione od złych duchów i od chorób, Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, rządcy Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały, udzielając ze swego mienia.

W semickim świecie męskocentrycznym, wstrząsanym licznymi rywalizacjami i napięciami pojawia się  Chrystus i w gąszczu męskiej dominacji zauważa kobietę. Czy zostaje w ten sposób przełamana obojętność, a nawet wrogość wobec inności płci ? Do tej pory żydowski antyfeminizm opierał się męskiej dominacji nad kobietą- uważanej jako kogoś słabszego, wydobytego z żebra Adama człowieka drugiej kategorii. W modlitwach osiemnastu błogosławieństw odmawianych do dzisiaj przez chasydów pobrzmiewa nuta obojętności a nawet pogardy wobec towarzyszki mężczyzny: „błogosławiony bądź, Panie, że nie stworzyłeś mnie kobietą.” Lekceważenie „słabszej płci” przejawia się choćby w umiarkowanej radości głowy domu na wieść, że Bóg obdarował go córką a nie synem. Nawet święty Paweł, ukształtowany w tradycji rabinackiej, wydaje się ulegać tej tradycji, kiedy poucza o całkowitej zależności kobiety wobec mężczyzny. Nawet egzegeza starotestamentalna podejmująca na warsztat opis stworzenia przez Boga pierwszych ludzi, naznaczona jest typowo męską perspektywą; kobieta zostaje stworzona dla mężczyzny- służebnica sprowadzona do kategorii przedmiotu, bezwzględnie podporządkowana... Odkrywamy tutaj niezwykle bolesną diagnozę która w ustach Simone de Beauvoir po wielu wiekach stanie się wielkim wyrzutem sumienia: „Kobieta staje się całym światem dla mężczyzny w chwili, gdy mu służy jako wypełnienie upragnionej wizji, aby zaraz potem, spełniwszy swoją rolę, stać się niczym.” W ten nierówny i pozbawiony głębszego znaczenia dialog pomiędzy mężczyzną i kobietą wchodzi Chrystus. Dla Niego kobieta nie jest antyczną Lukrecją, którą można wziąć w posiadanie, czy „nadliczbową kością, nieistotną częścią Adama, gatunkiem podrzędnym”- jak mawiał Bossuet. W oczach Chrystusa kobieta jest bardzo ważna, zrównana z mężczyzną- towarzyszka; a nawet wyeksponowaną na pierwszym planie, co powoduje niejednokrotnie kręcenie nosem samych uczniów. Kobieta zostaje postawiona w centrum ekonomii zbawienia, jako Oblubienica, Matka, Gołębica nieskalana, przedłużenie życia... Faktem jest że do grona apostołów, nie została wybrana żadna kobieta, lecz wiele za nim podążało i zraszało drogę Jego wędrówki łzami i miłością. Po wielu wiekach Kościół zdobędzie się na odwagę orzeczenia o nawróconej grzesznicy Marii Magdalenie jako o równiej Apostołom. Kiedy Mesjasz będzie nawiązywał relacje z kobietami będzie miał w pamięci najbliższą Mu kobietę- Maryję- ucieleśnienie piękna i świętości. „Raj leży u stóp matki”- powie poetycko jedna z sur Koranu. Bierdiajew pisał, że „Kobieta jest bardziej niż mężczyzna związana z początkiem świata, z pierwszymi siłami elementarnymi; mężczyzna styka się ze światem przez kobietę..., przeznaczeniem kobiet jest, by były, jak w Ewangelii, tymi które przynoszą wonności. Nie kobieta wyemancypowana i podobna mężczyźnie, lecz wieczna kobiecość będzie miała do odegrania wielką rolę w nadchodzącym okresie historii.” Ton rosyjskiego filozofa jest profetyczny i wskazuje na twórczą rolę tej która ma do odegrania ważną, jeśli nie najważniejszą rolę w historii świata. „Kobiety otrzymują jako pierwsze wielkie objawienia: o Wcieleniu Boga, o tym, że Jezus jest Mesjaszem, o Zmartwychwstaniu- one przed wszystkimi ludźmi. Tylko one zobaczą aniołów przy grobie Zmartwychwstałego. Nie mężczyźni: ich wiara w triumf Jezusa nad śmiercią oparta jest na logicznej analizie stanu grobu. Kobiety nie zastanawiają się nad całunem i and płótnami. Włączają się natychmiast w to, co niewidzialne. Kobiety współcierpią z Jezusem, stojąc pod krzyżem. Jedna z nich namaszcza Go żyjącego, wyprzedzając dzień pogrzebu; inna ociera chustą zakrwawioną twarz Człowieka- Boga; jeszcze inna pozostawia usługiwanie Mu siostrze, by słuchać Jego słów i adorować Go. I tylko jedna osoba wystąpiła w obronie Jezusa: kobieta, żona Piłata, która próbuje Go ratować, gdy wrze przeciw Niemu gniew mężczyzn” (J.P. Roux). Aż trudno pojąć dlaczego w pewnych momentach dziejów chrześcijaństwo marginalizowało kobiety. On są duszą świata, najpiękniejszym kwiatem w ogrodzie Boga; bohaterki wiary i naczynia w których spoczywa życie świata, nosicielki pokoju, ideał dobroci.

czwartek, 21 września 2017


Ps 19,2-3.4-5
Niebiosa głoszą chwałę Boga,
dzieło rąk Jego obwieszcza nieboskłon.
Dzień opowiada dniowi,
noc nocy przekazuje wiadomość.

Nieboskłon rozpostarty przypomina genialnie zaprojektowane sklepienie, ziemia utkana niczym wykwintny arras wyszła z Bożych rąk i w oczach natchnionego Psalmisty jest emanacją Bożej dobroci i piękna. „Bóg kontemplował wszystkie rzeczy przed ich istnieniem, wyobrażając je sobie w myśli i każdy byt otrzymuje swoje istnienie w określonym momencie...”(św. Jan Damasceński). Świat wydobyty z pod palców Stwórcy staje się kosmiczną świątynią w której człowiek odnajduje miejsce spełnienia i zdumienia. „Proszę cię, synu, spojrzyj na niebo i na ziemię, a mając na oku wszystko, co jest na nich, zwróć uwagę na to, że z niczego stworzył je Bóg”- przekonywała matka syna idącego na śmierć w Księdze Machabejskiej. Stworzenie zatem staje się aktem-darem Boga. „W ten sposób w jednej tajemnicy spotykają się dzień pierwszy i ósmy... Jest to bowiem równocześnie i pierwszy, i ósmy dzień tygodnia, dzień wstępowania w wieczność” (W. Łosski). Na drogę prowadzącą do wieczności zostaje zaproszony człowiek- zwieńczenie dzieła, za którym świat podąży w bezmyślnej euforii. Aby świat w pełni uświęcić, Bóg „stworzył drugi kosmos- człowieka, coś małego w czymś wielkim, i umieścił go na ziemi”- powiedzą zgodnie Ojcowie Kościoła. Ta misja ulepionego z prochu Adama zostanie wypełniona przez Niebiańskiego Adama- Chrystusa. W tych dwóch cudownych kreacjach utrwala się wielkość i geniusz największego Artysty. „Symbolika jest nauką zachwycającą- pisał Landirot- rzucającą cudowne światło na poznanie Boga i stworzenia, na stosunek Stwórcy do swego dzieła, na harmonijne związki wszystkich składowych wszechświata... Symbolika jest kluczem świętej teologii, mistyki i filozofii, poezji i estetyki, nauką o więzi łączącej Boga ze stworzeniem, świat naturalny ze światem nadprzyrodzonym, nauką o harmonii, w jakiej pozostają części uniwersum, tworząc tę wspaniałą całość, której każdy fragment każe domyślać się innych...” Nam współczesnym często brakuje tego myślenia symbolicznego, uważnego przenikania przez świat bytów i zdarzeń dalej i głębiej. Potrzeba innego rodzaju poznania, aby wejść w zachwyt stworzenia obdarowanego do granic możliwości. Ostatecznie zachwyt chrześcijanina zatrzymuje się na Chrystusie- na „najpiękniejszym spośród synów ludzkich...”(Ps 45,3). Nowy Adama rekapitulujący całe stworzenie i odnawiający zerwaną harmonię. W ten sposób „wszystko w Nim zostaje sprowadzone do jedności”- powie św. Grzegorz z Nazjanzu, albo jak twierdzi św. Maksym Wyznawca: „Chrystus jest centrum, gdzie się zbiegają wszystkie linie.” Cudowny jest Bóg, bowiem w Chrystusie każdego dnia czyni wszystko nowym.

 

środa, 20 września 2017

Łk 7, 31-35

Jezus powiedział do tłumów: «Z kim mam porównać ludzi tego pokolenia? Do kogo są podobni? Podobni są do dzieci przesiadujących na rynku, które głośno przymawiają jedne drugim: „Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wy nie płakaliście”. Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: „Zły duch go opętał”. Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: „Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników”. A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność».

Jeżeli odważyłbym się nakreślić biografię Jezusa Chrystusa; stworzyć portret osoby z przed dwóch tysięcy lat, to pewnie wydobyłbym ten niezwykle silny pierwiastek ludzki i społeczny. Oczywiście nierozważnym byłoby akcentowanie tylko aspektu ludzkiego, tego wędrownego i obdarzonego nadzwyczajnymi zdolnościami Człowieka z Nazaretu. To byłby wdzięczny temat dla historyka, religioznawcy lub badacza duchowych idei. Sztuka na różne sposoby próbowała wymalować, wyrzeźbić i utrwalić w materii Jego piękne rysy. Literatura i uduchowiona poezja widziała Syna Człowieczego- przewyższającego mądrością i pięknem pierwszego protoplastę Adama. Zostawmy jednak na boku te kulturowe utrwalenia. Kiedy opowiadam o Chrystusie, nie myślę o nim w czasie przeszłym jak również nie czytam Ewangelii jak źródła historycznego które zaspokoi moją ciekawość intelektualną. Myślę o Nim koherentnie dostrzegając nade wszystko Jezusa chrześcijaństwa- wcielonego Boga. Ewangelista Łukasz nie krępował się przechować dla nas w spisanym tekście epitetu skierowanego wprost do Chrystusa: „Żarłok i pijak.” To zapożyczone z poziomu ulicy określenie powinno demontować wszystkie najbardziej pobożne i przeniknięte wielkością wyobrażenie chrześcijańskiego Zbawiciela. Paradoksalnie, Ten przed którym powinno się wstrzymywać oddech lub chodzić na paluszkach, jako pierwszy przełamuje jakiekolwiek bariery i święte konwenanse. To takie niestandardowe myśleć o Nim jako uśmiechniętym, bawiącym się jarmarcznie, a nade wszystko rozwikłującym ludzkie dylematy w taki "nieobyczajny" sposób.  Żyje życiem ludzi, interesuje się sprawami, zawsze jest w centrum wydarzeń. „To Chrystus doprowadził nas do poznania Ciebie, prawdziwego Boga i prawdziwego Ojca” (św. Bazyli Wielki). W Chrystusie Bóg pochylił się nad człowiekiem- ukazał pełną troski ludzką twarz. Potrafił bez oporu opróżnić kielich wina w przestrzeni która mogła być nieczystą i niegodną wierzącego Żyda. Schodzi z utartych ścieżek i potrafi wejść w slumsy szukając konkretnego człowieka. Unika czerwonych dywanów i zgiełku przemądrzałych rabinów; zdecydowanie upodobał sobie w towarzystwo rybaków, rolników, miejskich kloszardów, kurtyzan i tych z którymi nie każdy z nas chciałby zamienić słowo. Z takich szemranych osobników wykluje się odważna armia „stróżów poranka” i zwiastunów Ewangelii trąbiących na dachach świata, że Bóg w którego uwierzyli to Miłość ! Amboną do zasiewania słowa  jest drewniana łódka, porośnięte trawą zbocze, pole ozłocone zbożami, synagogi i świątynia, szynk i miejsca o których nie wypada tutaj pisać, do których przyzwoitemu człowiekowi było niezręcznie wejść. Bóg pojawia się tam, gdzie są ludzkie dramaty, nabrzmiałe od grzechu sytuacje, zranienia i duchowy głód. Miłość wytryskała z każdego spojrzenia i gestu Mistrza. Główną pobudką tych niestandardowych działań było współczucie: zdjęty litością dotykał ich oczu, a nade wszystko serc. Zgadzam się z Blondelem, że celem wielu tych działań było rozbudzenie wiary, wzbicie się ponad przeciętność- ukazanie perspektywy wieczności. „Zmartwychwstały Chrystus przekształca życie ludzi w jedno nieprzerwane święto”- powie św. Atanazy. Ach, czym byłby świat bez Chrystusa ? Niczym.

wtorek, 19 września 2017


Łk 7, 11-17

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a podążali z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy przybliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: «Nie płacz». Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, przystanęli – i rzekł: «Młodzieńcze, tobie mówię, wstań!» A zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. Wszystkich zaś ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: «Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg nawiedził lud swój». I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie.

Do przyjścia Chrystusa człowiek pozostawał wobec faktu śmierci bezradny, zagubiony, zderzający się ze stratą i pustką. Wcielenie i Zmartwychwstanie Chrystusa zrywa zasłonę niezrozumienia i lęku przed wchodzeniem w śmierć. Od tej pory wieka grobowych sarkofagów nie będą opowiadały o kruchości egzystencji i niebycie człowieka. Ewangelia będzie zwiastować euforię życia i zapach nieba- „Oto zwiastuję wam radość wielką.”. Tam gdzie pojawia się Jezus rozpoczyna się atmosfera tryumfu życia i nieśmiertelności. Kościół w liturgicznej antropologii w niezwykle subtelny sposób ułatwi przezwyciężyć moment rozłąki z osobą bliską tym, którzy dzięki wierze zechcą wychylić się poza rozpacz i łzy. Zmarły wejdzie w śmierć jak w sen, aby za chwilę się wybudzić i zobaczyć jakże odmienny świat od tego który zdawał mu się ciężarem. Barkowy poeta i dramaturg Pedro de la Barca, mówił: „Życie jest snem, a śmierć przebudzeniem.” Kościół przez usta swych dzieci będzie proklamował największe i druzgoczące siłę śmierci przesłanie: „Chrystus Zmartwychwstał !” Czytamy opis dzisiejszej Ewangelii o martwym młodzieńcu i jego matce z Nain, nad którymi się Pan lituje i czyni cud. Było w Galilei wielu proroków, ale żaden na oczach tłumów nie dokonał tak spektakularnego działania. „Twój jestem, zbaw mnie, gdyż przykazań Twoich poszukiwałem,” lub „Oczyśćmy zmysły a ujrzymy Chrystusa jaśniejącego w niedostępnym świetle Zmartwychwstania i usłyszymy wyraźnie jak mówi: Witajcie !, nam hymn zwycięstwa nucącym.” (Panichida). Od tej chwili apostołowie i wraz z nimi pierwsze wspólnoty wiary, będą przeniknięte dialektycznym napięciem między historia a eschatologią. Bowiem Ten, który wskrzesił jedynego syna matki i przyjaciela Łazarza, przyjdzie również przerwać sen śmierci każdego człowieka. Jurgen Moltmann pisał, „że wraz z Wielkanocą rozpoczyna się śmiech odkupionych i taniec wyzwolonych”- mowa jest tu o radosnym korowodzie przebudzonych z objęć śmierci, trzymanych za dłonie przez Chrystusa, który ostatecznie pokonał śmierć i przechodzi wraz ze swoją Oblubienicą Kościołem przez Bramę Raju.