wtorek, 28 lutego 2017

Ps 50, 14; 23


Składaj Bogu dziękczynną ofiarę,
spełnij swoje śluby wobec Najwyższego.
Kto składa dziękczynną ofiarę, ten cześć Mi oddaje,
a tym, którzy postępują uczciwie, ukażę Boże zbawienie».


Wczoraj pisałem o drodze powołania; odczytywaniu Bożych planów i porzuceniu własnych roszczeń, aby w pełnej wolności ducha podążać za Chrystusem. Tak obrana droga jest stopniowym i pełnym fascynacji wchodzeniem w Misterium Miłości- uobecnionej w każdej celebrowanej przez kapłana Eucharystii. Kościół od początku swojego istnienia postrzegał osobę i posługę kapłana niczym „ikonę” miłującego Chrystusa Przyjaciela człowieka. O szczególnej godności kapłaństwa pisał św. Sylwan z Atosu: „Gdyby ludzie zobaczyli, w jakiej chwale kapłan odprawia Liturgię, to opadliby z wrażenia. I gdyby sam kapłan wiedział, jak wielką chwałą niebieską jest otoczony, gdy sprawuje swoją posługę, wówczas zostałby wielkim ascetą, aby niczym nie obrazić w nim łaski Ducha Świętego”. Czyż te wszystkie sprawowane i święte czynności, nie są intrygującym i przeobrażającym życie wymiarem miłości ? To odpowiedź na miłość Boga, która się rozlewa się ze źródła życia, a uzewnętrznia się w nurcie liturgii. „Daj mi pić”- woła nieustannie świat, szukając pokarmu, który zaspokoi jego największy głód. Wśród wielu egzystencjalnych zapychaczy głodu duszy, nic nie jest wstanie zastąpić „Manny z nieba spadającej”, którą niczym drogocenne okruchy rozdają rozrzutnie dłonie Boga. Wczesnochrześcijański pisarz Minucjusz Feliks zauważa: „Ten, kto wyrywa człowieka z niebezpieczeństwa, składa obfitą ofiarę. Oto liturgia, jaką składamy Bogu: kult niewinności i miłości prawdy”. Dokonuje się to przez ręce człowieka i drżące usta wypowiadające Chrystusowy testament z Wieczernika: „To jest moje Ciało. To jest moja Krew”. Wyrażają sens tego aktu słowa anafory św. Jakuba: „Na pamiątkę Jego życiodajnego cierpienia, Jego zbawiającego krzyża i śmierci, Jego złożenia w grobie i zmartwychwstania po trzech dniach od śmierci, Jego zasiadania po prawicy Boga i Ojca i Jego ponownego przyjścia w chwale… Tobie, o Panie składamy tę wspaniałą i bezkrwawą ofiarę, prosząc Cię, byś nie traktował nas tak, jak na to zasługujemy przez swoje grzechy… lecz zgodnie ze swoją wielką łaską i miłości”. Kapłan staje się stróżem Świętego Pokarmu, a jego życie powinno promieniować szczęściem i potwierdzać żywą obecność Pana. „Jestem cząstką Twego światła- pisał św. Symeon Nowy Teolog- i również uczestniczę w chwale. Rozjaśnia się oblicze moje tak jak oblicze mego Oblubieńca i wszystkie moje członki stają się nośnikami światła. Więc staje się w końcu  piękniejszy niż ci, którzy są piękni”. Czyste serce może ujrzeć Boga i przez nie Bóg może być w pełni uwielbiony „ofiarowując siebie niczym duchowe hostie”.

poniedziałek, 27 lutego 2017

Mk 10, 17-27

Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, zaczął Go pytać: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu rzekł: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę». On Mu odpowiedział: «Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości». Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością i rzekł mu: «Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną». Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości…

Człowiek z dzisiejszej Ewangelii zapoczątkował całą rzeszę krótkodystansowych poszukiwaczy drogi własnego powołania. Tak, drogi własnego powołania- nie projektu Chrystusa, który może zakładać całkiem odmienną fabułę, od tej którą ktoś sobie wyreżyserował. Postawione przez niego pytania są właściwe, tylko interpretacja odpowiedzi okazuje się niewystarczająco przekonująca, a szczerze mówiąc niemożliwa do udźwignięcia. W swoim życiu poznałem takich ludzi, którym się wydawało, że droga pójścia za Jezusem jest porównywalna do szybkiego sukcesu, który można osiągnąć niczym szczęśliwy traf na giełdzie maklerskiej. Wielu chciało podążać za Chrystusem według własnych zasad- wyjmując z kieszeni listę własnych roszczeń i oczekiwań. Powołanie bez ofiary z własnego życia; porzucenia siebie, kalkulacji, planów i bezwarunkowej gotowości na nieznane, nie ma nic wspólnego ze spotkaniem z miłością Boga i odpowiedzią na nią w sposób całkowicie wolny i nieskrępowany. Znam takich panów, którzy chcieliby jednego dnia wejść w instytucję Kościoła, a drugiego wyjść jako świeżo upieczeni księża. Święcenia i kolorateczka wsunięta w kołnierzyk koszuli staje się marzeniem do którego podczepiony jest płytki egoizm i chęć zaistnienia jako ktoś wyjątkowy. Samo myślenie w taki sposób jest żenujące i godne nagany. „Naśladować Chrystusa to żyć na wzór Chrystusa i żyć w Chrystusie, a jest to dziełem wolnej woli poddającej się Bożym planom”- pisał Mikołaj Kabasilas. Kapłaństwo to Krzyż- wyrażony w pokornej służbie, odsuwaniu własnych planów na kiedy indziej lub porzucaniu ich wciągu jednej chwili. Kapłan to „posadzka po której przechodzą ludzie”, a nie pięknoduch w sutannie który limituje czas swemu Mistrzowi. Sprzedaj wszystko, co masz- oznacza zrezygnuj ze złudzeń, poczuj ciężar krzyża na swoich ramionach, poczuj ból kolan od modlitwy, wypłyń na głębię ! Kapłan celibatariusz, czy żonaty jest powołany do takiej samej rewizji własnego życia, intensywności uczuć wyrażonej w nieustannym pytaniu: Jak mam naśladować Ciebie ? Tak postawione pytanie zawiera ogromny ładunek pokory i transparentności.. oczyszcza serce z zachłanności i pychy. Oczyszczając własne serce, uczeń oczyszcza miejsce, w którym żyje, i cały świat zatapia w miłości Boga. W tym kontekście najpełniej wybrzmiewają słowa Małego Brata Jezusa: „Niech jedynym naszym skarbem będzie Bóg, niech nasze serce będzie w całości skierowane ku Bogu, całe w Bogu, całe dla Boga, dla Niego samego. Bądźmy wyzuci ze wszystkiego, wszystkiego, wszelkiego stworzenia, wyzbyci nawet dóbr duchowych, opróżnieni ze wszystkiego…, by móc być całkowicie pełnymi Boga. On ma prawo do wszystkiego, do całego naszego serca: zachowajmy je całe, w całości dla Niego samego”.

niedziela, 26 lutego 2017

Iz 49, 14-15

Mówił Syjon: «Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał». «Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie» – mówi Pan.

Biblia wielokrotnie mówi o miłości Boga odwołując się do kobiecej intymności, czy płodnego macierzyństwa. On wiecznie kocha i pamięta; to jedno cudowne zdanie opisujące miłość Boga do człowieka, całkowicie zaprzecza starotestamentalnemu obrazowi Boga, jako „surowego Sędziego”, czy obojętnego na los stworzeń- „Wielkiego Samotnika”. Antropologia chrześcijańska u samych swych źródeł jest przeniknięta świadomością całkowitej i bezwarunkowej miłości jako daru Boga; udzielonego obficie człowiekowi. Bóg nie potrafi inaczej jak tylko kochać i odpowiadać miłością. Jego miłość jest twórcza- stwarzająca, zdolna podnieść świat i człowieka z błota grzechu ku przeobrażającemu zmartwychwstaniu. Posiłkując się słowami Mistrza Eckharta: „On tak bardzo potrzebuje naszej przyjaźni, że nie może czekać, aż będziemy Go prosić; wychodzi naprzeciw i prosi, żebyśmy byli Jego przyjaciółmi”. Podobnie jest z miłością- daje miłość w nadmiarze i w zamian pragnie miłości. Chrystus jest wstrząsającym i pewnie do końca przez nas niezgłębionym objawieniem miłości, która wyraża się przez Jego naznaczone stygmatami cierpienia człowieczeństwo. Miłość triumfująca, objawiająca się najpełniej w tajemnicy Odkupienia i Zbawienia. „Chrystus dlatego zwyciężył śmierć, że był wcieleniem uniwersalnej miłości Bożej- twierdził Bierdiajew- Ten, kto prawdziwie kocha jest zwycięzcą śmierci”. Wobec tego faktu człowiek może jedynie wypowiadać swoje uwielbienie: „Wyrwij ciernie wszystkich moich grzechów, oczyść moją duszę, uświęć moje serce, wzmocnij moje kolana i wyprostuj kości, oświeć moje zmysły i utwierdź mnie całego w Twojej miłości”- wyraża to prawosławna modlitwa po przyjęciu Eucharystii. Bóg w swoim Synu wskrzesił świat z bezczynności i niemocy kochania- siłą Ofiary Miłości. „Pragnął on osiągnąć najwyższy punkt nadziei- pisał św. Cyryl Jerozolimski- zniszczenie śmierci. Nie mogło się to stać inaczej, jak przez przebycie śmierci na rzecz wszystkich ludzi, aby w Nim mogli mieć życie.” Krzyż jest absolutnym potwierdzeniem tego daru. Zdaniem Sołowjowa „sens miłości polega na uznaniu drugiej osoby za mającą wartość absolutną”- zatem ostatecznym celem jest uchrystusowienie człowieka i zanurzenie w miłości Ojca, którą rozlewa życiodajnie Duch Święty. Człowiek potrzebuje miłości- która nie byłaby skazana na zapomnienie, czy unicestwienie. „Bóg jest mi potrzebny chociażby dlatego, że jest to jedyna istota, którą kochać można wiecznie”- twierdził Dostojewski. Dzięki takiej świadomości, człowiek odkrywa to, co najcenniejsze- macierzyńską i ojcowską miłość Przedwiecznego. Czym jest zatem Królestwo Boże ? Jest powrotem do matczynego łona Boga; do punku wyjścia- Omega- świata zanurzonego w wiecznej Miłości.

piątek, 24 lutego 2017


Syr 6, 5-17

…Wierny przyjaciel potężną obroną, kto go znalazł, skarb znalazł. Za wiernego przyjaciela nie ma odpłaty ani równej wagi za wielką jego wartość. Wierny przyjaciel jest lekarstwem życia; znajdą go bogobojni. Bogobojny dobrze pokieruje swoją przyjaźnią, bo jaki jest on, taki i jego przyjaciel.

W świecie pełnym wszystkiego, co można wycenić lub okleić nęcącą wizytówką, brakuje tylko prawdziwych przyjaciół. Świat dorosłych stał się światem szczelnie pozamykanych okien i drzwi- „świętej anonimowości”, którą nie daj Boże miałby ktoś naruszyć. Przyjaźń stała się towarem luksusowym zarezerwowanym dla wyjątkowych i powszechnie uwielbianych ludzi. Zwykli ludzie mogą się tylko zadowolić podglądaniem serialowych przyjaźni- zmieniających swoje odcienie i emocjonalne natężenie niczym w kalejdoskopie. To bolesna prawda: jesteśmy samotnikami artykułującymi zbędne minimum słów; żyjącymi obok siebie i mijającymi się każdego dnia do tego samego sklepu po ciepłe pieczywo. Nie potrafimy już szczerze mówić o naszych uczuciach…, pozostawiać cząstkę siebie choćby dla przypadkowego przechodnia. Nawet jeśli ktoś obdarowuje nas uśmiechem to doszukujemy się w tym spontanicznym geście jakiegoś drugiego dna. Zapominamy zbyt często, że „uśmiech jest najprawdziwszym, kiedy jednocześnie uśmiechają się oczy” (J. Twardowski). Podejrzliwość i emocjonalny chłód. Wszystko zdaje się być takie papierowe, sztuczne, mające przydatność czysto pragmatyczną z przeznaczeniem do tymczasowej konfrontacji z drugim człowiekiem. Mamy swój własny i wielokrotnie sprawdzony w społecznych konwenansach szablon zachowań. Wsadziliśmy nasze nosy w telefony komórkowe, komputery; a głos żyjących obok nas ludzi słyszymy tylko fragmentarycznie, ponieważ słuchawki stały się nieodzownym elementem naszego ubioru. Nie potrafimy budować więzi, mówić o sobie bez skrótów i drobnych retuszy. Nasze umysły obciążone zostały przekonaniem, że ten drugi, może mnie tylko zranić lub okazać się kimś lepszym ode mnie. „Przyjaciel to ktoś przed kim można głośno myśleć”, nie bojąc się utraty cząstki siebie. Boimy się dać oswoić, aby przypadkiem nieokazało się, że ten drugi będzie mi potrzebny, „będzie dla mnie jedynym na świecie i ja będę dla niego jedynym na świecie”- posługując się słowami Exuperego. Szukajmy przyjaciół według siebie wielokrotnie się rozczarowując. Nie można kupić przyjaciela który będzie klonem nas samych. Najpewniejsi przyjaciele to tacy, którzy podtrzymują nasze serce. Nie prawią tanich pochlebstw i zawsze są szczerzy do bólu. Emocjonalni pochlebcy szybko przeminą, a zostaną tylko ci, którzy będą potrafili wraz z nami dźwigać znój codziennego życia. Przenikliwą i niezwykle realistyczną diagnozę przyjaźni wystawił Coehlo: „Prawdziwi przyjaciele to ci, którzy są przy tobie, gdy dobrze ci się widzie. Dopingujący cię, cieszący się z twoich zwycięstw. Fałszywi przyjaciele to ci, którzy pojawiają się tylko w trudnych chwilach, ze smutną miną, niby solidarni podczas gdy tak naprawdę twoje cierpienie jest pociechą w ich nędznym życiu”. Nie bójmy się zauważać na naszej drodze przyjaciół- tych posłanych przez Boga- zwyczajnych, prostodusznych, o pięknym spojrzeniu z uśmiechem wypisanym na twarzy.

czwartek, 23 lutego 2017


Otrzymałem ostatnio e-maila z zapytaniem: „Czy nie jestem zmęczony ciągłym pisaniem o wierze ” Nigdy nie traktowałem mojego „pisarstwa” jako pracy, a bardziej jako część mojej chrześcijańskiej posługi. Pisanie o wierze, nie jest wcale takie łatwe jak się komuś może wydawać. Nie zdeponowana mądrość wyczytana w wielu skądinąd ciekawych książkach i podana w przystępnym, choć dalekim od banalnej dewocji przekazie słowa, czyni ją atrakcyjną i miłą w odbiorze. Zawsze towarzyszy mi niedosyt, że to co próbowałem wyrazić jest zbyt banalne i może rozśmieszyć szkolnych Mistrzów teologii.  Nie, nie zmęczyło mnie pisanie o wierze, nawet wtedy kiedy czuję że jestem bezsilny wobec pewnych tematów- nie z braku wiedzy, bowiem mój dom jest niczym mała biblioteka,  czy warsztatu którego ciągle się uczę- ale z takiej ludzkiej skromności.  Zawsze marzyłem o tym, aby pisać o teologii językiem poezji- aby słowo potrafiło zabrzmieć adekwatnie i donośnie w doksologii, całkowitym uwielbieniu Boga. Jak czytam poezję chrześcijańskiego pisarza Prudencjusza, hymny Ambrożego, czy poematy Efrema, odkrywam jak wiele mam jeszcze do zrobienia. Przy wielkich umysłach chrześcijaństwa jestem tylko żuczkiem, przeskakującym w mozolnym trudzie z jednego miejsca w inne.  Pisanie o wierze wymaga cierpliwości i w jakimś stopniu rezygnacji z własnej intymności duszy. Moi przyjaciele mówią, że w przeżywaniu wiary jestem nazbyt sentymentalny, czasami okropnie ortodoksyjny, a niekiedy nieznośny. Pisanie o teologii dla niej samej, byłoby zwykłą intelektualną „idolatrią” wiedzy. Wiedza zrodzona poprzez wielogodzinne lektury, a nade wszystko życie wewnętrzne, może stać się czymś tak mocno przeobrażającym życie człowieka. To nie jest hobby. Przy przyjemnościach się odpoczywa, relaksuje, odpręża. Kiedy stawia się Bogu pytania, wymuszając często szybką odpowiedź- trzeba być skupionym i wsłuchanym, często ocierając łzy i pot własnej ograniczoności. Ile to razy próbowałem przelać „morze do dołka piasku” spierając się z Nim, że jestem wstanie to uczynić. Boga nie można opatrzyć przypisami i powiedzieć, że tak już jest. O Nim się pisze subtelnie, taktownie, jakby się wchodziło w „obłok niewiedzy”. Czasami jak Mojżesz trzeba zdjąć buty i zasłonić twarz, lub jak Noe otwierać okno i wypatrywać nieznanego lądu. W tym całym trudzie urzekająca jest świadomość, że wcześniej czy później każdy ma swój moment bycia na Górze Przemienienia, kontemplowania pustego grobu i podziwiania tańczącego Chrystusa przemierzającego ukwiecony ogród jak na obrazie Fra Angelico. Wiara rodzi się z przemienienia- prześwietlenia tak intensywnym światłem, że nie można go pomieścić. Nie można poznać Boga bez wiary, gdyż wiara jest szczególnym sposobem poznania Go. Dobrze to ujął najwybitniejszy umysł wczesnego Kościoła Orygenes: „W ścisłym sensie bowiem wiara jest sprawą tego, kto zgodnie z chrztem całą duszą przyjmuje to, w co wierzy”. Fascynujące jest przekonanie, że nawet po śmierci, dalej po zmartwychwstaniu wiara będzie istnieć, w sposób całkowicie oświecony- ale będzie rozpromieniać chrześcijańską duszę. Dlatego niezwykle pełen przenikliwości i doświadczenia św. Paweł mówił o wiedzy: „Teraz widzę po części”. Kiedy przyjdzie czas „wiary doskonałej”, to, co jest częściowe, zniknie, gdyż wiara w Boga jest naturą duszy, dzięki której człowiek wstępuje w zaskakujący i pełen harmonii świat Boga. Czasami wiele razy czytam jeden fragment Ewangelii, aby wyłowić coś nowego, zaskakującego i motywującego mnie jeszcze większej intensywności działania. Miał rację mądry Augustyn mówiąc: „Teraz traktujcie Pismo Święte jak twarz Boga. Rozpłyńcie się w Jego obecności”. Każde podążanie po śladach Chrystusa, Jego mądrości, jest jakąś formą „rozpływania się”, smakowania w obrazach, które rozpościera zdumiewająco świat Bożego Słowa. Tych, którzy przeżywają podobne przynaglenia lub rozterki, mogę zachęcić augustynowymi słowami zawierzenia: „Wyjdźmy na drogę miłości i idźmy za Tym, który powiedział: „Szukajcie zawsze Jego oblicza”.

środa, 22 lutego 2017

Mt 16,13-19

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” A oni odpowiedzieli: „Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków”. Jezus zapytał ich: „A wy za kogo Mnie uważacie?” Odpowiedział Szymon Piotr: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”...

Ewangelia jest splotem intrygujących duchowo wydarzeń, odciskając ślad na ludziach których życie splata się z dynamiczną obecnością Boga. Wszystkie trzy synoptyczne świadectwa Ewangelistów podają, że w drodze do Cezarei Filipowej, kilka dni przed zakończeniem w Jerozolimie swej mesjańskiej działalności, Jezus pytał uczniów o ich zdanie na temat jego tożsamości. Za nim wejdziemy w głąb tego wyznania, które uczynił Piotr, naszkicujmy tło. Nowy Testament przedstawia Jezusa z Nazaretu jako człowieka z własną historią, której kulminacyjnym momentem jest Wcielenie i Zmartwychwstanie. Ten obraz stanowi przez wieki nieodłączną część pamięci chrześcijańskiej i liturgicznego uobecnienia. Ale świadkowie Dobrej Nowiny, nie tylko przybliżają nam historię Jezusa- często zabarwioną emocjonalnym stosunkiem i osobistą fascynacją, ale próbują Go opisać posługując się terminami wskazującym na Jego szczególną misję. Z drugiej strony wielu Ojców Kościoła twierdziło, że niebezpiecznie jest mówić o Bogu. Jest w tym jakiś duży ładunek prawdy; cokolwiek o Nim orzekamy może wydawać się śmieszne w porównaniu z tym, kim jest Ten, do którego chcemy się przybliżyć, zrozumieć, czy stworzyć adekwatny profil osobowy. Pewnie łatwiej było apostołom formułować jakąś charakterystykę, czy akcentować przymioty Mistrza; w końcu znali Go bezpośrednio- namacalnie. Chyba nikt nie ma wątpliwości do tego, że największym autorytetem, na którym opiera się wiara chrześcijańska jest świadectwo Apostołów. Ci sami ludzie wyjaśniali autorytet Mistrza bogactwem tytułów, z których Chrystus, ten, który został namaszczony- Mesjasz, zaczął funkcjonować niemal jako imię: nie był to już Chrystus Jezus, lecz Jezus Chrystus. „W sercu Boga Mesjasz przebywał „od wieków”, a w przyszłym królestwie panowaniu Jego nie będzie końca… Ale Chrystus objawił również i to, czego nie przewidział żaden z proroków. W Nim samym, obiecanym Mesjaszu, objawił się Bóg. To, co Nieskończone i Wszechogarniające, przyjęło ludzkie oblicze i głos w Cieśli z Nazaretu, „Synu Boga Żywego” (A. Mień). Znaczenie słów i czynów Chrystusa w ogromnym stopniu jest zależne od tego, kim On jest. „W pewnym sensie wszystkie doktrynalne debaty historii chrześcijaństwa- pisał J. Meyendorf- dadzą się zredukować do problemu tożsamości Chrystusa. Od czasów apostolskich do późnego średniowiecza błyskotliwie przedstawiano i zażarcie broniono różnych poglądów na tę kwestię”. My współcześni nie musimy rozbijać się o te kwestie tak mocno, jak ludzie żyjący wiele wieków temu. Mamy te sporne dyskusje za sobą. Jedyne, co nam pozostaje to świadomość wiary i jej osobisty kształt. Jakość naszego świadectwa zawsze jest zależna od udzielonej odpowiedzi na pytanie Mistrza. Wierzę, ma swoją wartość gatunkową i stanowi dominantę autentycznego życia chrześcijańskiego. Pana może zrozumieć, poznać, ujrzeć, jedynie ten- kto idzie za Nim w wierze. „W Chrystusie odkrywamy, że Bóg jest miłością- pisał patriarcha Athenagoras- a ta jest jednocześnie siłą przenikającą świat i ufnością, która naszemu wzrokowi daje pełnię widzenia”. Za wyznaniem wiary, zawsze kryje się głębia bogactwa serca- intensywność miłości przenikająca w niewyobrażalny sposób całego człowieka. Według Beatrycze Dantego poznania Boga „nie mogą przebić niczyje oczy, jeśli dusza niedojrzała w miłości”. W jednym ze swoich kazań św. Augustyn powiedział: "Istnieje ogromna różnica między tym, czy wierzymy w to, że Jezus jest Chrystusem, czy wierzymy w Chrystusa. Wszak w to, że był Chrystusem, wierzyły nawet demony, lecz jednocześnie nie wierzyły w Chrystusa. Widzicie, wierzymy w Chrystusa, jeśli jednocześnie pokładamy w nim nadzieję i miłujemy Go. Jeśli wierzysz, nie mając nadziei i miłości, wierzysz jedynie, że jest on Chrystusem, lecz nie wierzysz w Chrystusa. Zatem jeśli wierzysz w Chrystusa, przez twą wiarę Chrystus przychodzi do ciebie i w taki czy inny sposób jednoczysz się z nim i stajesz się członkiem jego ciała. Lecz to nie może się stać, jeśli wierze nie towarzyszy nadzieja i miłość".

 

wtorek, 21 lutego 2017

Mk 9, 30-37

Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był już w domu, zapytał ich: «O czym to rozprawialiście w drodze?» Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: «Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich». Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: «Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał».

Nawet pierwszy episkopat nie był wolny od rywalizacji- męskiej dominacji i parcia ku jak najlepiej uprzywilejowanej pozycji. Ludzkie aspiracje wzięły górę nad pokornym i pełnym wdzięczności przeżywaniem własnego powołania. Historia będzie zataczać kręgi i odświeżać kąśliwe spory apostołów w innych czasach i miejscach. Im więcej będzie w Kościele karierowiczostwa, rywalizacji o godności i uposażone stołki, tym więcej wykluje się nie transparentności, dwuznaczności oraz hipokryzji. Rosyjski filozof Chomiakow pisał, że „Kościół nawet ziemski jest czymś niebieskim”. Ktoś czytając dzisiejszą Ewangelię może mu zarzucić, że był niepoprawnym idealistą. Ale w taki sposób można myśleć o Kościele tylko wtedy, kiedy przeżywa się go w poczuciu prostoty małego dziecka. „Tam, gdzie nie ma dzieci, brakuje nieba” (A.Ch. Swinburne). Europejska cywilizacja przeżywa kryzys braku dzieci; zestarzeliśmy się w naszej egzystencji. Pozostaje nam tylko cerowanie zmarszczek i uszczelnianie duszy. Myślimy po dorosłemu zapominając że obok nas istnieje fantastyczny- kolorowy świat Boga. W tym świcie na ostatnim miejscu jest wyrachowanie, małoduszność, lekkomyślność i serce szczelnie zamknięte przed miłością innych. Dziecko może wywrócić świat do góry nogami; pozdzierać zatęchłe zasłony, przestawić wiecznie obecne w jednym miejscu przedmioty, wstrząsnąć „świętym spokojem”. Potrafi nauczyć jak małe, drobne sprawy przeistoczyć w święto radości. Tak naprawdę kiedy Chrystus stawia przed uczniami dziecko, myśli o naprawie świata- o dziecięcej „rewolucji ducha”. Boimy się nieprzewidywalnego następstwa zdarzeń i intensywności wiary od której zaczerwienią się nam poliki. Dziecko nas może nauczyć jednego, że wiara to całkowity zwrot serca ku Bogu. Ktoś mi kilka dni temu zarzucił mi, iż uprawiam twardą teologię. Nie, ja uprawiam teologię po dziecięcemu, mocno stąpając stopami po ziemi. Dziecięctwo, to nie są łatwe kompromisy, ale bezwarunkowe zawierzenie i miłość. Mądrość żydowska mówi, że „człowiek ma trzy rodzaje imion: to jakim nazwali go ojciec i matka, to jakim nazywają go ludzie i to, jakim zapisany jest w Księdze żywota”. Tym imieniem, którym przywoła nas kiedyś do siebie Bóg, będzie: Moje ukochane Dziecko !

poniedziałek, 20 lutego 2017


Mk 9, 14-29
 On ich zapytał: «O czym rozprawiacie z nimi?» Jeden z tłumu odpowiedział Mu: «Nauczycielu, przyprowadziłem do Ciebie mojego syna, który ma ducha niemego. Ten, gdziekolwiek go pochwyci, rzuca nim, a on wtedy się pieni, zgrzyta zębami i drętwieje. Powiedziałem Twoim uczniom, żeby go wyrzucili, ale nie mogli»… Przyprowadźcie go do Mnie!» I przywiedli go do Niego. Na widok Jezusa duch zaraz począł miotać chłopcem, tak że upadł na ziemię i tarzał się z pianą na ustach. Jezus zapytał ojca: «Od jak dawna to mu się zdarza?» Ten zaś odrzekł: «Od dzieciństwa. I często wrzucał go nawet w ogień i w wodę, żeby go zgubić. Lecz jeśli coś możesz, zlituj się nad nami i pomóż nam». Jezus mu odrzekł: «Jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy». Zaraz ojciec chłopca zawołał: «Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!» A Jezus, widząc, że tłum się zbiega, rozkazał surowo duchowi nieczystemu: «Duchu niemy i głuchy, rozkazuję ci, wyjdź z niego i więcej w niego nie wchodź!» A ten krzyknął i wyszedł, silnie nim miotając. Chłopiec zaś pozostawał jak martwy, tak że wielu mówiło: «On umarł». Lecz Jezus ujął go za rękę i podniósł, a on wstał.
Chrystus schodzi w milczeniu z trzema uczniami z Góry Tabor. Wszyscy są wewnętrznie przejęci świetlistością i niesamowitością doznanej wizji. Wszystko o tego momentu zdają się mieć inne spojrzenie na sens powziętej misji podążania za Chrystusem. Ten ujmujący serce spokój przerywa ojciec ze swoim chorym synem. Pierwsze skojarzenie o chorobie którą można przyporządkować tej osobie to epilepsja. Fachowe wyjaśnienie tego medycznego zjawiska to zaburzenie neurologiczne charakteryzujące się napadem padaczkowym na skutek gwałtownego zakłócenia neuronów. Objawami tego zjawiska są: drgania poszczególnych części ciała, niekontrolowane doznania zmysłowe i towarzyszący temu, kompletny brak świadomości. Słownikowa definicja byłaby zbyt prosta, aby zdiagnozować ewangeliczny przypadek. Tu się dzieje coś o wiele więcej, a za oznakami choroby stoi nieprzyjaciel, dla którego człowiek jest znienawidzoną marionetką. Opętanie jest ubezwłasnowolnieniem człowieka, odebraniem poczucia kontroli nad stanem własnej duszy i ciała. Najbardziej przerażające jest poczucie bezradności towarzyszące osobie, której ciało staje się obszarem duchowego zmagania i cierpienia. W tych konwulsjach rozpościera się krzyk wołania o pomoc. W ten dramat człowieka wchodzi Chrystus. Jak pisał Dostojewski: „Niezbadane są drogi na których Bóg odnajduje człowieka”. Pan przynosi lekarstwo wiary, bowiem „wszystko jest możliwie dla tego kto wierzy”. Chłopiec w przypływie chwilowej świadomości manifestuje swoja wolę wyzdrowienia i współdziała osobiście w Boskim leczeniu. „Bóg przychodzi z pomocą tym, którzy pragną się leczyć, dając im wiarę”- mówił Teodoret z Cyru. Wiara czyni cuda, tak często o tym zapominamy !

niedziela, 19 lutego 2017

Mt 5, 38-48

… Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski».

Człowiek jest „zrodzony z ziemi”, ale jego głównym zadaniem jest promieniowanie miłością. Jestem głęboko przekonany, że na końcu czasów stając przed Obliczem Boga, nie będziemy oskarżani o to, że nie dokonywaliśmy cudów, czy pomnażaliśmy jakkolwiek rozumianą wielkość Kościoła, ale z pewnością będziemy odpowiadać za to, iż nie potrafiliśmy kochać bezinteresownie i przebaczać. Dzisiejsza Ewangelia jest echem Chrystusowego Kazania na Górze- Błogosławieni potrafiący pomnażać miłość ! Dla chrześcijanina nie ma wrogów, są tylko bracia i siostry na których zatrzymało się spojrzenie miłości drugiego człowieka lub nie. „Czystość serca to miłość do wszystkich słabych, którzy upadają”- mówił św. Izaak z Niniwy. Miał rację o. Pronzato próbując określić kim jest właściwie nasz bliźni, który powinien stanąć w centrum naszego zainteresowania: „Bliźnim jest ten, kogo czynię bliźnim, nie stojąc w miejscu. Wówczas i on czuje, że jestem mu bliski, że jestem jego bliźnim. Miłość oznacza właśnie zniesienie dystansu wewnętrznego… Aby się zbliżyć musimy wyjść z siebie. Musimy rozbić skorupę naszego egoizmu, zrobić coś co stoi w sprzeczności z naszym interesem…, tylko w taki sposób możemy spotkać brata”. Nasz świat w którym żyjemy, biegniemy w zawrotnym pędzie, tak bardzo się skurczył w miłości; stał się zachłanny, egoistyczny, zagarniający wszystko dla siebie. Wydestylowana została miłość… Człowiek przechodzi obok drugiego człowieka, nie zauważając go- a co najgorsze będąc obojętnym na wszystko. Co się stało z wrażliwym- kochającym ludzkim sercem ? Miał rację Camus pisząc, że „świat bez miłości jest martwym światem i zawsze przychodzi godzina, kiedy człowiek zmęczony błaga o twarz istoty i serce olśnione miłością”. Dziś w wielu krajach, gdzie życie biegnie pod znakiem krzyża i niewyobrażalnych represji, miłość i przebaczenie stało się duchowością współczesnych męczenników. Jej wielkość uzewnętrznia się w pełnej żarliwości modlitwie zanoszonej przez usta chrześcijan za prześladowców. Prawdziwa siła i wielkość człowieka wyraża się w miłości do tych innych- „połamać serce” i rozdać je, to jest dopiero heroizm wiary, najpełniejsze utożsamienie się z Bogiem który jest Miłością.

sobota, 18 lutego 2017


Mk 9, 2-13

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam się przemienił wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden na ziemi folusznik wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co powiedzieć, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!» I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy „powstać z martwych”...

Chyba najwspanialszą recepcją tego ewangelicznego wydarzenia na górze Tabor jest sztuka ikony. Aby spróbować przybliżyć się do Przemienienia, trzeba wejść w niepoznanie, zagarniający oczy i duszę blask światła. Człowiek może wejść na drogę poznania, która dokonuje się przez symbole, w sposób szczególny poprzez ikonę. Chrześcijański Wschód podkreśla, iż obraz religijny przeznaczony jest dla tych, którzy mają oczy, niezależnie od posiadanej wiedzy. „Ikona to pobudzenie, to utrzymanie wzroku w „mocy patrzenia”, dzięki któremu wierzący sięga głębi- podstawy istnienia, czyli samego Boga”. Doskonale wiemy, że poruszanie się w przestrzeni symbolicznej byłoby czymś niepełnym. Przez ikonę człowiek staje się uczestnikiem spotkania, zostaje zaproszonym do wejść w emanujące z Chrystusa energie. To wszystko dokonuje się w przestrzeni wiary. Co zatem rozumiemy pod pojęciem przebóstwienia ? „Theosis oznacza osobiste spotkanie. Przebóstwienie jest wewnętrznym spotkaniem człowieka z Bogiem, w którym cały ludzki byt, można tak powiedzieć, jak w wylewie rzeki, napełnia się Bożą obecnością” (G. Florovsky). Komunia ta przekracza zarówno wymiar poznania intelektualnego, jak wymiar poznania zmysłowego i sprawia, że cały człowiek staje się uczestnikiem życia Bożego. Stąd można jak powie wielu teologów, zobaczyć Boga oczami „przemienionymi mocą Ducha”. Święty Jana z Damaszku napisze: „Przez Ducha Świętego poznajemy Chrystusa, Syna Bożego a przez Syna kontemplujemy Ojca”. Ikona zatem przedstawia Chrystusa, który ukazując się uczniom w swojej boskiej naturze, w jakimś sensie pozwolił im wejść na chwilę w kontemplację Trójcy Świętej. W ten sposób chrześcijanin staje się „Bogiem przez łaskę”. Dlatego św. Grzegorz Palamas podkreślał z taką pewnością: „Tych, którzy uczestniczą w energiach i działają w łączności z nimi, Bóg czyni przez łaskę bogami bez początku i bez końca”. Chrześcijanin zostaje zatem przeobrażony, iż może otrzymać zupełnie darmo stan różny od ludzkiej zdeterminowanej potrzebami natury. Łaska zatem nie jest różna od samego Boga „jest życiem Bożym udzielonym człowiekowi”. Apostołowie w tamtej chwili, nie byli wstanie tego do końca tego procesu zrozumieć- to była inwazja innego świata, na ich zmysły. Dlatego na ikonie uczniowie spadają ze stromego szczytu góry, spotykają się z twardością ziemi, zasłaniają oczy. Oni wirują jakby w powietrzu, a na ich twarzach rysuje się ujmujące „przerażenie”, wymieszane z poczuciem fascynującej ciekawości. Dopiero po jakimś czasie uświadomią sobie, że to co było ima dane przeżyć- było Świętem spotkania- Teofanią z objawiającym się tak bezpośrednio i namacalnie Bogiem. Zawołanie Piotra: „Dobrze, że tu jesteśmy”, wybrzmi z całą świadomością w paschalnej posłudze Kościoła- spowitego blaskiem poranka wielkanocnego. Jesteśmy również zaproszeni do kontemplowania Światła Chrystusa- fotofanii- blasku, który w przyszłości będzie spowijał nasze odkupione ciało. Pozwólmy zawieść naszym cielesnym zmysłom i dajmy się obezwładnić zdumieniu. Spróbujmy od spojrzenia na ikonę, „która jest widzialnym znakiem niewidzialnie promieniującej obecności”.  

piątek, 17 lutego 2017

Mk 8, 34 – 9, 1

Jezus przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je…

W mojej prywatnej domowej kaplicy nad ołtarzem umieściłem krzyż, a właściwie dużą ikonę krzyża. Nie ma w tym przedstawieniu jakiegoś ujmującego i wstrząsającego wzrok dramatu cierpienia. „Chrześcijaństwo jest bowiem wielkim wydarzeniem paschalnym czyli religią Zmartwychwstania”(N. Fiodorow). Ikona zawsze pokazuje rzeczywistość przemienioną, wielkanocną- spowitą blaskiem już dokonanego zwycięstwa. Zawsze kiedy spoglądam na ten Krzyż, uświadamiam sobie jaki jestem jeszcze mały, pusty, zaryglowany, wewnętrznie  wystraszony i niespokojny. Często brakuje mi tego spokoju, który wypisuje się na twarzy zmiażdżonego cierpieniem Chrystusa. On potrafił udźwignąć tak wielkie odrzucenie, dokonane przez ludzi, a co najbardziej zadziwiające- nie przestał kochać. Krzyż jest tajemnicą miłości ! Ludzie boją się krzyża, ponieważ upatrują w nim tylko cierpienie i samotną walkę której zwieńczeniem jest ciemność śmierci. Nie rozumiemy sensu krzyża. Nawet dzisiaj wielu potrafi prześmiewczo pytać: Czy odrzucony przez ludzi, ukrzyżowany przestępca ma być największym objawieniem miłości Boga ? Dlaczego śmierć, ból i nieszczęście mają mówić o wielkości ? Paradoksalnie właśnie w taki sposób Bóg wypowiada światu miłość. Kiedy po ludzku coś jest skazane na porażkę, dla Niego jest początkiem przeobrażenia, rehabilitacji, zmartwychwstania, nowego stworzenia... Dlatego Kościół przez wieki śpiewał: Fulget Crucis Mysterium- Niech zajaśnieje misterium Krzyża ! „Stąd mamy przyjąć krzyż, nie jako cierpienie, lecz jako drogę przez cierpienie do szczęścia Boga” (O. Casel). Nie można krzyża wyeliminować z chrześcijańskiego życia, jest on tak mocno przytwierdzony do nas, iż w pewnym momencie staje się czymś nierozerwalnym i przynoszącym poczucie głębokiego sensu. „Krzyż jest drogą człowieka- pisał M. Bierdiajew- ale idzie on jak i cały świat ku Zmartwychwstaniu”. Wielu ludzi nie potrafi wierzyć, kochać, czy dostrzegać wokół siebie dobra- ponieważ ich serca nie zostały podniesione przez naznaczone ranami dłonie Chrystusa. Krzyż „nie jest to znak mityczny, lecz sama istota wiary”- powie o. Danielou. Nie ma w tym stwierdzeniu ludzkiej przesady, jest za to kwintesencja chrześcijańskiej wiary w ogromną moc znaku zbawienia- Drzewa Życia- rozkwitającemu w sercu nieczułego świata. „Drzewo to należy do mnie dla mojego wiecznego zbawienia- powiedział w II wieku Hipolit Rzymski- Jest moim pokarmem, moim pożywieniem; umacniam się w jego korzeniami, rozciągam się na jego konarach, z rozkoszą poddaję się jego tchnieniu… To drzewo, które sięga daleko jak niebo, wstępuje z ziemi w niebiosa”.

czwartek, 16 lutego 2017

Mk 8, 27-33

Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: «Za kogo uważają Mnie ludzie?» Oni Mu odpowiedzieli: «Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków». On ich zapytał: «A wy za kogo Mnie uważacie?» Odpowiedział Mu Piotr: «Ty jesteś Mesjasz»…

W Ewangelii ważne pytania, jak również intensywne wyznania, dokonują się w miejscach trudnych do przewidzenia. Cezarea Filipowa była miejscem zainfekowanym pogaństwem, może dlatego Chrystus, nie chciał do niej wchodzić. Wybrał jakieś mało znane miejsce, gdzie być może z oddali można było oglądać brzeg Jordanu lub otulony pierzyną śniegu szczyt góry Hermon. Miejsce tajemnicze, oddalone od zgiełku niepotrzebnych gapiów, czy wścibskich faryzeuszów. Tam spada na uczniów jedno z najważniejszych pytań: „Za kogo uważają Mnie ludzie ?” Chrystus i uczniowie- wymiana spojrzeń, zaskoczenie i po raz pierwszy wyartykułowanie jednego słowa przychodzi z tak wielką trudnością. Nic się nie zmieniło do dnia dzisiejszego. To pytanie „stygmatyzuje” wspólnotę wierzących do dzisiaj, czyniąc uczniów bardziej transparentnymi i autentycznymi świadkami wiary. Chrześcijanie szczelnie wypełniający świątynie; a przypadkowo zaskoczeni pytaniem o osobistą relację do Chrystusa, reagują ciszą, irytacją, zapowietrzeniem, czy ucieczką. Niby ewangelizowani, a ciągle bojący się konfrontacji z Bogiem-Człowiekiem, wobec którego nie powinno być najmniejszych wątpliwości. Znajdujemy również dzisiaj tysiące pięknych ozdobników opisując Pana w taki sposób jakby był socjologiczny ewenementem swojej epoki. Ale wśród tych wszystkich giętkich superlatyw, brakuje najważniejszego- osobistego wyznania wiary: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Piotr w imieniu dwunastu uznaje bóstwo Jezusowe, ale tak naprawdę wymaga ono wyznania przez każdego wierzącego- nie kolektywnie, w jakiejś paraliżującej wolę euforii tłumu. Trzeba dokonać wyznania indywidualnie, bez oglądania się na kogokolwiek. Bez takiego aktu, chrześcijaństwo będzie tylko czymś powierzchownym- suplementem religijnej tradycji. „Znamy samych siebie tylko przez Jezusa Chrystusa”- napisał Pascal i miał stuprocentową rację. Wyznanie bóstwa Chrystusa jest aktem mojej osobistej wiary, i tylko takie będzie miało twórczy wpływ na kształtowanie życia Kościoła. Tylko w taki sposób „Kościół będzie życiem Boga w ludziach”- w tych którzy Go rozpoznali, uwierzyli i przyjęli.  

środa, 15 lutego 2017

Mk 8, 22-26

Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął. On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: «Czy coś widzisz?» A gdy ten przejrzał, powiedział: «Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa». Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie…

Dla niewidomego z Betsaidy dzień spotkania z Chrystusem jest darem; nawet czymś znacznie więcej- ofiarowanym życiem na nowo. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do sprawności naszego wzroku, że nie jesteśmy wstanie wyobrazić sobie, iż można nie widzieć ludzi i rzeczy wokół nas do których istnienia przywykliśmy. Żyjemy w świecie wszechobecnego obrazu. Już Gombrich pisał: Nasz wiek jest epoką obrazów. Jesteśmy bombardowani obrazami od rana do wieczora. Otwierając gazetę przy śniadaniu, widzimy w dziale aktualności fotografię mężczyzn i kobiet, a kiedy unosimy wzrok znad dziennika, nasze spojrzenie trafia na obrazki na płatkach śniadaniowych. Przychodzi poczta i z każdej koperty wyjmujemy foldery przedstawiające zachwycające pejzaże, opalające dziewczęta zachęcające do wakacyjnej wyprawy, bądź folder ukazujący elegancki garnitur- kuszący by go przymierzyć. Kiedy wyjdziemy z domu, przechodzimy obok billboardów, starających się zatrzymać nasze spojrzenie i wzbudzić ochotę na papierosa, łyk napoju lub coś do zjedzenia.” Nasze spojrzenie jest zawłaszczone przez rozdygotany świat rzeczy. Czasami jest dobrze na chwile utracić wzrok. Poczuć się wolnym od tych krępujących spojrzenie bodźców i być choć raz zdezorientowanym. Mój znajomy miał poważne problemy ze wzrokiem. Po usilnych błaganiach żony wybrał się do specjalisty i ten stwierdził, że ma poważne schorzenie wzroku- co w konsekwencji może prowadzić do ślepoty. Po miesiącu przeszedł operację na jaskrę i po zdjęciu bandaży, ku własnemu zaskoczeniu, zobaczył świat w innych kolorach i kształtach. Kiedy się z nim spotkałem to stwierdził, iż teraz rozumie, co miałem na myśli kiedy próbowałem mu cierpliwie opowiadać o pełnym intensywności barw i przeżyć malarstwie impresjonistycznym. Miał rację Chrystus, kiedy mówił, że „światłem ciała jest oko”. Możemy doświadczać tak ogromnej ferii barw w świecie który nas otacza, ale jeśli nie posiadasz wzroku, wszystkie twoje członki zostają jakby przesycone ciemnością i poczuciem bezsensu. Wzrok również może być narażony na niebezpieczeństwo; bezwiednie zagarniający każdy kontur, kształt, obraz… asymilując dobro i zło. Trzeba ogromnej dyscypliny spojrzenia- oczu otwartych na zbawienie. Na stu ludzi doskonale widzących, tak naprawdę tylko kilku potrafi widzieć znacznie dalej i głębiej. Widzi dalej, niż czubek własnego nosa. Miał rację francuski pisarz i lotnik Exupery: „Nieważne jest w moich oczach, czy człowiek będzie mniej czy więcej posiadał. Ważne, jest, czy będzie mniej czy bardziej człowiekiem”.

wtorek, 14 lutego 2017


Łk 10,1-9
Spośród swoich uczniów wyznaczył Pan jeszcze innych, siedemdziesięciu dwóch, i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście ze sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: «Pokój temu domowi!» Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was…
W kalendarzu liturgicznym Kościoła Rzymskiego przypada dzisiaj święto Apostołów Słowian i jednocześnie patronów Europy- dwóch świętych braci Cyryla i Metodego. Warto zatrzymać się nad ich życiem- trzeźwo oceniając ich zasługi, odrywając je od historycznych sporów między Rzymem a Konstantynopolem. Każdy z kościołów odwołując się do źródeł historycznych, będzie budował własną narrację, lekkomyślnie adaptując dzieło wielkich misjonarzy. Chciałbym w moim rozważaniu wznieść się ponad spory konfesyjne i zobaczyć ich dzieło, jako coś naprawdę w pełni ekumenicznego i przenikniętego duchem Ewangelii. Nie można zaprzeczyć temu, że święci Bracia próbowali budować eklezjalny pomost między tradycją bizantyjskiego Wschodu, a rzymskim- papieskim Zachodem. Pochodzili z Salonik, miasta greckiego, leżącego pośród osad zamieszkiwanych przez ludność mówiącą w IX wieku po słowiańsku. Cyryl i Metody należeli do niezwykle światłych ludzi; wychowali się w tradycji intelektualnej Konstantynopola. Promieniowała na nich błyskotliwość i pobożność patriarchy Focjusza, jak również pulsowała w nich  mądrość Ojców Kościoła. Cechowała ich dyscyplina intelektu, jak również ogromna- ludzka wrażliwość serca. Ich pobożność i ewangelizacyjna świadomość nabierała kształtów poprzez życie monastyczne, a później ukonkretniła się w sposób niezwykle dynamiczny w pracy misjonarskiej. „Prawdziwa działalność obu braci rozpoczęła się w 863 roku, kiedy to wyruszyli na Morawy. Udali się tam w odpowiedzi na zaproszenie księcia tych ziem Rościsława, który prosił o chrześcijańskich misjonarzy zdolnych nauczać jego lud w jego własnym języku i sprawować nabożeństwa po słowiańsku. Słowiańskie nabożeństwo wymagało słowiańskiego tekstu Pisma Świętego i słowiańskich ksiąg liturgicznych… Na wstępie musieli opracować odpowiedni alfabet. W swych przekładach posłużyli się odmianą języka słowiańskiego, którą znali z dzieciństwa- dialektem macedońskim, używanym przez Słowian w rejonie Salonik. W ten sposób dialekt macedońskich Słowian stał się językiem starocerkiewnosłowiańskim, który dzisiaj pozostaje językiem liturgicznym rosyjskiego i niektórych słowiańskich Kościołów prawosławnych” (K. Ware). Było to nie lada wyzwanie i przysporzyło to gorliwym apostołom wielu problemów. „Bracia misjonarze wśród Morawian zaczęli odnosić wielki sukces ewangelizacyjny. Książęta, wielmoże i prosty lud- wszyscy przyjmowali chrzest, zaczęto fundować kościoły. Duchowieństwo frankońskie zaniepokoiło się i zaczęło oskarżać Cyryla i Metodego o herezję. Twierdzono, że w chrześcijańskich nabożeństwach można prawowicie używać tylko trzech języków: łacińskiego, greckiego i hebrajskiego, bo w tych językach ułożony była napis na krzyżu Zbawiciela” (N. Ziernov). Dla nas współczesnych ten problem zdaje się być banalnym, ale w tamtych czasach sprawa stanęła na ostrzu noża. Bracia udali się do Rzymu, aby bronić swojej sprawy, gdzie następca papieża Mikołaja, Hadrian, okazał im gościnność i zrozumienie. „Ewangelia słowiańska została złożona na ołtarzu w Bazylice Santa Maria Maggiore i słowiańską liturgię odprawiono w wielu rzymskich kościołach. Misja słowiańska zaczynała się pod znakiem podwójnego błogosławieństwa- Bizancjum i Rzymu- i zdawała się mieć zapewnioną przyszłość.” (A. Schmemann). Upłynęło trochę czasu, a Bracia musieli się znowu zmierzyć z niezrozumieniem wielu środowisk kościelnych; nasilał się nacisk duchowieństwa germańskiego na Morawach, próbując wykorzenić dzieło słowiańskie i zastąpić je łacińskim, ściśle podporządkowanym metropolii w Regensburgu. Cyryl zmarł w Rzymie w roku 869, lecz brata jego wyświęcił  papież na arcybiskupa Sirmium i obdarzył go samodzielna jurysdykcją nad Morawami i Panomią, zachowującą jeszcze tradycję słowiańską. W drodze do swej diecezji Metody został pojmany i osadzony w więzieniu za sprawą arcybiskupa Salzburga. Rzym znowu otoczył opieką Metodego, a jego biskupstwo zostało podporządkowane Rzymowi. Zamiast zacieśniać się braterskie stosunki, eskalowały się nowe problemy i podejrzliwość. Metody wielokrotnie był jeszcze oskarżany i stawiany przed sądami. Zmarł w 885 roku w poczuciu niezrealizowanego do końca dzieła. Próba urzeczywistnienia słowiańskiego Kościoła zakończyła się fiaskiem, a zainteresowanie i próba odnowienia obrządku słowiańskiego powróci dopiero po wielu wiekach- i zdaje się odrobinę za późno. Z ich płodnej i pełnej zawirowań misji ewangelizacyjnej skorzystało wiele krajów, takich jak: Bułgaria, Serbia i pośrednio Ruś. Byłoby wielkim błędem przypisywanie tego wielkiego dzieła świętych Cyryla i Metodego tylko prawosławiu. Choćby sama liturgia słowiańska tzn. Liturgia św. Piotra- nigdy nie była grecką (bizantyjską), ani łacińską- stanowiła duchową syntezę tych dwóch niezwykle pięknie przenikających się tradycji. Obrządek słowiański przeszedł w niepamięć wraz z tekstami liturgicznymi, które nie sposób zrekonstruować, czy obiektywnie zbadać. „Obrządek bowiem- jak widzieliśmy nie był czymś sztywnym- pisał ks. J. Klinger- Na osobną uwagę zasługuje również fakt, że Liturgia św. Piotra nie była tylko kompilacją liturgii bizantyjskiej i rzymskiej, ale zawierała w swych częściach wschodnich także modlitwy innych liturgii, na przykład Jakuba i Marka”. To świadczy o pewnym uniwersalizmie, jak również niezwykle twórczej adaptacji. Te wszystkie podejmowane działania były przeniknięte duchem profetycznym i charyzmatycznym- głęboką intuicją Kościoła- a nade wszystko odczytywaniem jego aktualnych potrzeb. „Natchniona intuicja Braci Sołuńskich miała swoje źródło w przeżyciu tajemnicy Zesłania Ducha Świętego. Dlatego właśnie kryła w sobie coś rewolucyjnego, niezrozumiałego wręcz dla uniformistycznej mentalności zachodniej IX w. Aby docenić wielkość tego dzieła, trzeba było jedenastu wieków dojrzewania świadomości eklezjologicznej w Kościele Zachodnim, gotowych wreszcie do uznania obydwu braci za współpatronów chrześcijańskiej Europy. Ich dziedzictwo zostało dotknięte losami podzielonego chrześcijaństwa. Dopiero dzisiaj odżywa, a oni sami stają się żywymi wzorcami spotkania kultur i tradycji w jednym Kościele”- przypominał ks. W. Hryniewicz. Chyba godną przypomnienia jest również osobna encyklika Slavorum Apostoli, wydana przez papieża Jana Pawła II upamiętniająca tysiącletnią rocznicę dzieła ewangelizacji świętych Cyryla i Metodego. Pragnę passusem tej encykliki zakończyć moją refleksję: „Jedność jest spotkaniem w prawdzie i miłości, które są darem Ducha Świętego. Cyryl i Metody, poprzez osobowość i dokonane dzieło, są postaciami, które budzą a nowo we wszystkich chrześcijanach wielką tęsknotę za zjednoczeniem i jednością między dwoma siostrzanymi Kościołami wschodnim i zachodnim… Być chrześcijaninem w naszych czasach oznacza być twórcą komunii w Kościele i w społeczeństwie. Służą temu celowi: otwartość ducha ku braciom, wzajemne zrozumienie, gotowość współpracy na drodze wspaniałomyślnej wymiany dóbr kulturowych i duchowych”.

niedziela, 12 lutego 2017

1 Kor 2, 6-10

Bracia: Głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata ani władców tego świata, zresztą przemijających. Lecz głosimy tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej, tę, której nie pojął żaden z władców tego świata; gdyby ją bowiem pojęli, nie ukrzyżowaliby Pana chwały; lecz właśnie nauczamy, jak zostało napisane: «Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują». Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha. Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego.

Chrześcijańska ars vivendi, zawiera się w  poszukiwaniu i przeżywaniu mądrości Bożej. Jest to również pełna pokory i prostoty droga człowieka wiary. „Nie ma innego sposobu poznania Boga jak przez życie w Nim”- mówił św. Symeon Nowy Teolog. Mądrość nie z tego świata o której wspomina Apostoł Paweł jest odkrywaniem tajemnicy miłości, która najpełniej uobecniła się w Krzyżu Chrystusa. Syn Człowieczy jest uobecnioną Miłością i Mądrością; przyjmowaną lub odrzucaną przez ludzi. Tylko Miłość wymagająca- Zbawiciel sprawia, że rozumiemy wszystko tak jak należy. Poznajemy, nie według standardów tego świata, ale według zamysłu Boga. „Syn Boży przez swoje ukrzyżowanie pozostawił we wszechświecie odcisk w kształcie krzyża, pieczętując w pewien sposób cały świat znakiem krzyża”(św. Ireneusz z Lyonu). Ten odciśnięty znak poskramia ludzką- na wskroś prometejską pokusę poznania. Mądrość tryskająca z Krzyża, nie może być porównywana z ludzką ułomną i pełną spychających się przesłanek wiedzą. Jeden z pierwszych apologetów chrześcijańskich pisał o innym rodzaju poznania, poznaniu które jest owocem wiary i modlitwy: „Ponieważ chrześcijanie rozpoznają dobroć Boga dla nas, z ich powodu ukazują się wspaniałości, jakie istnieją w świecie”. Ci, którzy szukają w chrześcijaństwie jakiejś skomplikowanej filozofii, aby rozkoszować się zdobywaniem wyżyn intelektu- mogą się mocno rozczarować. Iluż to entuzjastów intelektualnego chrześcijaństwa zabłądziło w drodze, dosięgła ich pycha rozumu, rozmijając się na skrzyżowaniu życia z jedyną godną dyscypliny umysłu odwieczną Sofią. Mądrość do której przybliża się człowiek wiary, okupiona jest poświęceniem, niemożnością zrozumienia, wejściem w niepoznanie. Człowiek chcący zastąpić wiarę poznaniem, może jedynie błąkać się po omacku. Wcale nie chodzi oto, aby pójść w jakiś skrajny fideizm, czy odrzucić charyzmat nauki i poszukiwań teologicznych. Chodzi o zachowanie ostrożności i pokory; dziecięca i prostoduszna małość wobec wielkiej „wiedzy” Boga, którą odsłania spokojnie- jakby fragmentarycznie. Parafrazując Hemingwaya, można zbankrutować duchowo na dwa sposoby- stopniowo i natychmiast. „Człowiek jest logikos, stworzonym logosem- pisał O. Clement- który ma zbierać jako kapłan i król logoi, rzeczy, aby je ofiarować w twórczym rozlaniu się łaski Logosowi niestworzonemu. W każdym bycie i w każdej rzeczy powinien odkrywać dziewicze miejsce sofianiczności, bo z niego wytryska boska Mądrość”. Chodzi mianowicie o błogosławiony trud przybliżania się do odkrywania Bożego sensu i pomysłu. Mądrość Krzyża, jak również poznanie siebie i otaczającego świata umożliwia dynamizująca wszystko obecność Ducha Świętego. „Każdy ma być przestrzenią Ducha, miejscem w którym jest On obecny i działa przez różnorodność swoich darów. Inicjatywa i pierwszeństwo należą zawsze do niego”- pisał ks. W. Hryniewicz. Duch Święty jest wielkim Mistagogiem mądrości życia, przybliżania i rozumienia dzieła Chrystusa. Rysuje przed nami horyzonty świata przepełnionego Bogiem- fascynującego i przekraczającego nasze ludzkie i najbardziej śmiałe wyobrażenia. „Osoba Ducha ukryta jest zarówno w Chrystusie, którego czyni On ustawicznie obecnym pośród ludzi, jak i w tych ludziach, którym udziela samego siebie i swoich darów”. Duch Święty urzeczywistnia w sposób najbardziej pełny zamysł Bożej Mądrości względem każdego z nas; przygotowuje nas na świat w którym wszystko to, co ludzkie- choćby najbardziej szlachetne, będzie niczym w porównaniu z dobrami Nieba. Na koniec tego rozważania przytaczam mądre pouczenie św. Serafina z Sarowa: „Rozdawaj dary łaski Ducha Świętego potrzebującym. Bierz przykład z zapalonej świecy, która sama świeci płonąc ziemskim ogniem i zapala- nie gasząc własnego blasku- inne świece, aby świeciły wszystkim na innych miejscach. Jeżeli taka jest właściwość ognia ziemskiego, to cóż powiedzieć o ogniu łaski Najświętszego Ducha Bożego ? Bogactwa ziemskie przy rozdawaniu maleją. Natomiast niebieskie bogactwo łaski jedynie powiększa się w tym, kto je rozdaje”.

 

sobota, 11 lutego 2017

Mk 8, 1-10


W owym czasie, gdy znowu wielki tłum był z Jezusem i nie mieli co jeść, przywołał do siebie uczniów i rzekł im: «Żal Mi tego tłumu, bo już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść.
I jeśli ich puszczę zgłodniałych do domu, zasłabną w drodze, bo niektórzy z nich przyszli
z daleka». Odpowiedzieli uczniowie: «Jakże tu na pustkowiu będzie mógł ktoś nakarmić ich chlebem?» Zapytał ich: «Ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem». I polecił tłumowi usiąść na ziemi. A wziąwszy siedem chlebów, odmówił dziękczynienie, połamał i dawał uczniom, aby je podawali. I podali tłumowi. Mieli też kilka rybek. I nad tymi odmówił błogosławieństwo, i polecił je rozdać. Jedli do syta, a pozostałych ułomków zebrali siedem koszów. Było zaś około czterech tysięcy ludzi. Potem ich odprawił.  


Betlejem miasto na którego peryferiach narodził się Zbawiciel- po hebrajsku oznacza tyle, co Bet Lehem- Dom Chleba. Chrystus jako już dorosły mężczyzna, dokona najbardziej tajemniczego wyznania, które zostanie w pełni zrozumiane przez Apostołów, dopiero przez wydarzenie Wieczernika i Pięćdziesiątnicy. „Jam jest chleb żywy, który z nieba zstąpił… Chlebem, który ja dam, jest Ciało moje za życie świata”. Bóg przychodzi na świat w ubóstwie, aby później pozostawić siebie w najbardziej kruchej materii świata. Stanie się Eucharystią- chlebem- łamanym i rozdrabnianym na kawałki, aby nasycić dusze wierzących. Starożytny Kościół przywiązywał do rytu łamania chleba jeszcze większą wagę, niż dzisiaj. Kiedyś do celebracji używano dużych i starannie wypiekanych bochenków chleba; takie mace można zobaczyć jeszcze w syryjskiej liturgii. Gdy od średniowiecza zaczęliśmy celebrować na chlebie przaśnym- bardzo cienkim i słabo widocznym w małych komunikantach, jakoś naturalnie zatraciło się wizualne uczestniczenie w przełamywaniu. Tylko kapłan przed przyjęciem Ciała Chrystusa, przełamuje dużą hostię i jej cząstkę wpuszcza do kielicha. Gest przełamywania był symbolem tego, że spożywając Eucharystię, mamy udział w Ciele Chrystusa. Wchodzimy w komunię z wcieloną Miłością, a tym samym uświadamiamy sobie najbardziej fundamentalną prawdę, że bez miłości do braci i sióstr, nie mamy relacji z Bogiem. W tekstach opisujących dzieje pierwotnego Kościoła, odnajdziemy ten najbardziej głęboki rys duchowości uczniów, wypływający z pożywania Komunii. „Uczniowie trwali we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach”- czytamy w Dziejach Apostolskich. To łamanie, jest niczym innym jak rozdawnictwem swojego życia w miłości i dla miłości- ze względu na Chrystusa. Święty Ambroży w jednej ze swoich katechez pisał: „Woda służy do chrztu, Krew jest napojem, Duch daje zmartwychwstanie. Jeden bowiem Chrystus jest dla nas nadzieją, wiarą i miłością: nadzieją w zmartwychwstaniu, wiarą w obmyciu, miłością w sakramencie”. MIŁOŚĆ W SAKRAMENCIE !  Miłość, która została położona w łonie Maryi, a później na sianku; teraz zostaje złożona na patenie, jako wypieczony z ludzkiego trudu Chleb. Kiedyś każde naczynie, które służyło eucharystycznej rezerwacji, musiało być specjalnie włączone do liturgii, przez przeznaczoną na tę okoliczność modlitwę konsekracji. Jest taka zachowana piękna modlitwa w sakramentarzu z czasów merowińskich, której treść jest niezwykle wymowna: „Wszechmogący Boże… napełnij nasze dłonie bogactwem Twego błogosławieństwa, aby przez nasze błogosławieństwo to naczynie zostało uświęcone i stało się dzięki łasce Ducha Świętego- nowym grobem Ciała Chrystusa”. Chciałoby się przetransponować treść tej modlitwy na płaszczyznę naszego wnętrza i powiedzieć w modlitewnym uniesieniu: Boże napełnij nasze dłonie bogactwem Twego błogosławieństwa, aby nasze serce, uświęcone łaską Ducha Świętego, stało się miejscem uobecnienia- Twojego Narodzenia i Zmartwychwstania.

piątek, 10 lutego 2017

Mk 7, 31-37

Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, z dala od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: «Effatha», to znaczy: Otwórz się. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I przepełnieni zdumieniem mówili: «Dobrze wszystko uczynił. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę».

Chrystus jest nieprawdopodobny i całkowicie nieprzewidywalny w swoim działaniu. Opis cudu zawiera niespotykany motyw fizyczny (sensoryczny). Włożenie palców w uszy jest niestandardową czynnością, a dotknięcie śliną języka, przekracza jakiekolwiek nasze wyobrażenie, nie mówiąc o świadomości przyzwolenia. Pomijając zatem całą sferę higieniczną trzeba przyznać, że Bóg jest niezwykle skuteczny w swoim działaniu. Użył śliny do celów leczniczych, a głuchoniemy odzyskał mowę i zaczął słyszeć. Po raz kolejny zaistnieniu cudu towarzyszy dotyk i materia. Guardini w książce pt. Znaki święte, pisał: „Czy słowo mówione nie wydaje się niekiedy czymś prostackim wobec cichej, tyle wyrażającej wymowy ręki ? Ręka jest najbardziej uduchowioną częścią naszego ciała…” Chrystus na dłoni miesza ślinę i dłonią nakłada ją na chore ciało człowieka. „Serce i oczy to pośrednicy ciała”, mówi mądrość żydowska. Ale dłonie to narzędzie Boga, na nich On niesie świat, człowieka; nimi otwiera oczy niewidomych i uszy niesłyszących. Liturgię miłosierdzia czynią dłonie. Może dlatego ten obrzęd w starożytności chrześcijańskiej przeszedł do rytów związanych z katechumenatem, a później towarzyszących udzielaniu sakramentu chrztu. O dotykaniu śliną uszu i nozdrzy wspominają najstarsze księgi liturgiczne, jak również Ojcowie Kościoła. „Ślina symbolizuje nam mądrość otrzymaną z ust Odkupiciela w Boskich słowach. Ślina spływa przecież z głowy do ust. Gdy zatem tą mądrością, którą jest On sam, zostaje dotknięty nasz język, natychmiast staje się zdolny do głoszenia Ewangelii”- przekonywał w swojej homilii św. Grzegorz Wielki. Zatem dotykanie śliną uszu i nozdrzy neofity ma oznaczać otwarcie tych zmysłów na Boga.  Święty Ambroży nazywa ten ryt misterium aperationis- tajemnica otwarcia i wsłuchania się w całej pełni w rozbrzmiewający od tej pory głos Boga- accipere verbum, czyniący chrześcijanina uprzywilejowanym członkiem Mistycznego Ciała Chrystusa. „Uzdrowienie jest sakramentem…- pisał o. A. Schmemann- Kościół przychodzi wprowadzić człowieka w miłość, światło i życie Chrystusa”. Ten akt wymaga tylko jednego- otwartości ze strony człowieka. Effatha !

czwartek, 9 lutego 2017

Ps 128,3
Małżonka twoja jak płodny szczep winny
w zaciszu twego domu.
Synowie twoi jak oliwne gałązki
dokoła twego stołu.



Czy taki idealny na wskroś poetycki obraz zacisza domowego we współczesnych świecie jeszcze istnieje ? Prowokuje nas Biblia tym idealnym i pełnym harmonii obrazem rodziny. Miejsce zacisznego i szczelnie utkanego miłością ludzką domu, zajęło wyobrażenie domu jako „przedsionka”- „przedpokoju”, „poczekalni”- który przebiega się w zadyszce. W wielu europejskich miastach trudno usłyszeć krzyk dziecka, nie mówiąc już o domowej krzątaninie spowijającej prozę codziennego życia. Dom stał się noclegownią- tymczasowym i przygodnym miejscem pobytu, a płodzenie dzieci stało się niechcianym produktem konsumowania miłości. Zagubiliśmy się mocno w naszym pojmowaniu szczęścia. Rozmydliło się nasze pojmowanie miłości, rodziny. Wszystko stało się tak banalnie i spłaszczone, że słowa dzisiejszego psalmu mogą u niektórych co najwyżej wywołać prześmiewczy uśmiech. A z drugiej strony towarzyszy mi wewnętrzne przeświadczenie, że każdy z nas tęskni za takim zacisznym domem; miejscem ludzkiej a zarazem duchowej płodności. Przestrzenią ludzkiej komunii, wzajemnego obdarowania i zatrzymania się w pośród szalonego pędu świata. Miał rację mądry Pascal: „Twój dom może ci zastąpić cały świat. Ale cały świat nigdy nie zastąpi ci domu”. Brakuje nam takiego miejsca, podświadomie za nim tęsknimy, szczególnie wtedy kiedy próbujemy szukać zamienników, które pozwolą nam w połowie drogi poczuć się kochanymi. „Dla człowieka, podobnie jak dla ptaka, świat ma wiele miejsc, gdzie można odpocząć, ale gniazdo jest jedno”(O. Holmes). Ta refleksja skądinąd ważna przesuwa nasze spojrzenie na obecność małżeństwa. Wspólnota miłości- kreatywna, owocująca, dynamizująca w sposób najpełniejszy miłość. Niewątpliwie najbardziej uderzające w małżeństwie, a potencjalnie także najbardziej uświęcające jest to, że wyłączna i w swej istocie jedyna miłość, jaką ono zakłada, spontaniczne jest nastawiona na otwarcie. Małżonkowie kiedy zostają rodzicami ich dom przeobraża się w „winnicę”, znajdują się w takiej sytuacji, że ich miłość musi siłą rzeczy przekształcać się coraz wyraźniej we wspólne wyrzeczenie. Zatracając się w miłości i względem siebie- będą najpełniej owocować- wydawać życie. Kochać i wiecznie trwać rymują się w jednym dziele, jakim jest ludzkie życie. Pomyślmy twórczo o domu, zatęsknijmy za nim, zdajmy się na Bożą intuicję. W jakimś stopniu my kreujemy rzeczywistość i jesteśmy wstanie zatrzymać się w miejscu gdzie będzie nam ciepło i wygodnie- niczym w matczynym łonie. Ostatecznie miejsce do którego zdążamy też będzie domem- sublimacją najpełniejszej ojcowskiej i macierzyńskiej miłości Boga.


 

środa, 8 lutego 2017

Ps 104, 1-2

Błogosław, duszo moja, Pana,
Boże mój, Panie, Ty jesteś bardzo wielki!
Odziany w majestat i piękno,
światłem okryty jak płaszczem.

Świat w którym żyjemy w jakimś stopniu cierpi na brak jasności. Nie chodzi to energię słoneczną, czy światło, które bez przerwy zostaje emitowane dzięki transmisji prądu. Nie chodzi tu o światłość w sensie wyrażenia poetyckiego, czy metafory. Myślę o braku wewnętrznego światła; emanującego w procesie przybliżania się człowieka do Boga. Olśniewający jest opis Psalmisty. Ujmuje Boga w słowach- symbolach, przekraczających zwyczajną kategorię opisu. „Wielkość”, „Piękno”, „Majestat”, „Światło”. Utożsamia on Boga ze światłością- ubiera Go w „świetlisty kostium” i akcentuje prostotę Jego istoty. Przejrzystość światła, jego niezmącony blask, energetyczność, nie dopuszcza żadnego pierwiastka obcego, nic nie jest wstanie zmącić tego wyobrażenia. „Święty przychodzi z góry… Majestat Jego okrywa niebiosa, a ziemia pełna jest chwały. Wspaniałość Jego podobna do światła, promienie z rąk Jego tryskają” (Ha 3,3-4). Taka wizja może sparaliżować człowieka, spowodować fizyczne zastygnięcie, a nawet ślepotę. Czyż cała mistyka nie jest drogą przez ciemność ku światłości ? Światło które wytryskuje od objawiającego się Boga, nie tylko po to udziela światła, by rozjaśniać ciemność, ale by przeobrazić noc w dzień. Pierwsze słowa Biblii: „Niechaj się stanie światłość”, stanowią również końcowy akord historii świata: „I już nocy nie będzie. A nie potrzeba im światła lampy ani światła słońca, bo Pan Bóg będzie święcił nad nimi” (Ap 22,5). „Bóg nie jest widowiskiem. Kontemplacja Boga jest bardziej ukryta, przesłonięta, zbijająca z tropu. On się w jakimś stopniu odsłania…, dzięki przekraczaniu, które w rozdarcie wprowadza pokój”(J. Paliard). Pojawienie się Boga rozświetla wszystko nowym blaskiem. Dlatego liturgia bizantyjska w modlitwie w ciągu dnia woła: „Chwała Tobie, który objawiłeś nam Światłość”. To już nie jest pełne euforii święto świateł, ale święto światła które spowija Ciało Zmartwychwstałego Pana ukazującego się ludzkim oczom. Jestem wśród was- „Światłość ze Światłości”. Boskie światło przekracza zmysły i rozum. Jest niematerialne i nie ma w sobie nic, co mogłoby zmysłowo zagarnąć oczy. Dlatego św. Symeon Nowy Teolog nazywa je „niewidzialnym ogniem” zarazem kładąc silny akcent na jego widzialność. „Światłość Boża staje się zasadą naszej świadomości- pisał W. Łosski- w niej poznajemy Boga i poznajemy samych siebie. Bada ono głębie bytu, który osiąga zjednoczenie z Bogiem, staje się dla niego sądem Bożym przed sądem ostatecznym”. Można postawić ważne pytanie: czemu tak często jesteśmy daleko od tego światła ? Z pomocą w zrozumieniu tego problemu pomogły mi słowa Antoniego Blooma, wprawdzie dotyczące życia modlitwy, ale śmiało można je przenieść na grunt „duchowego oświecenia”. On pisze następująco: „Dzieje się tak, ponieważ sami sobie mamy tak mało do zaofiarowania, co by było strawą dla myśli, uczucia i życia. Jeśli przypatrzysz się swemu życiu uważnie, wkrótce odkryjesz, że niemal nigdy nie żyjemy od wnętrza w kierunku na zewnątrz; zamiast tego odpowiadamy na pobudki, na podniety. Innymi słowy żyjemy odbijając coś, reagując na coś… Jak rzadko potrafimy żyć po prostu czerpiąc z głębi i bogactwa, które, jak zakładamy, są wewnątrz nas”. Bóg nas rozświetla niejako od środka, przenikając światłem wszystkie struktury naszego człowieczeństwa. Odziany w światło Chrystus, czyni nas napełnionymi światłem- przebóstwionymi, podniesionymi do poziomu rzeczywistości przemienionej.  Urzeczywistnia się to, o czym mówił św. Grzegorz Palamas: „Twoja dusza przyjąwszy łaskę rozbłyśnie cała podobna do samego Boga”.

wtorek, 7 lutego 2017


Ps 8, 4-5. 6-7. 8-9  
Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło palców Twoich,
na księżyc i gwiazdy, które Ty utwierdziłeś:
Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
czym syn człowieczy, że troszczysz się o niego?
Uczyniłeś go niewiele mniejszym od aniołów,
uwieńczyłeś go czcią i chwałą.
Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich,
wszystko złożyłeś pod jego stopy:
Jeżeli bacznie szukamy źródła antropologii to powinniśmy wejść odważnie w świat Biblii. Zamyślenie Psalmisty jest również naszym, mozolnym, choć niepozbawionym wewnętrznej satysfakcji namysłem- pełnym podziwu, zachwytu, zdumienia, kontemplacji… Bowiem w stworzonym z ziemi człowieku, najpełniej odbija się Oblicze Boga. Wczesnochrześcijański myśliciel Tertulian pisał o tym, że Bóg według pewnego wzorca ukształtował człowieka. Stwórca był niczym Artysta w swoim atelier, zajęty tworzeniem, „spoglądał na Chrystusa- człowieka, na Chrystusa, który pewnego dnia miał stać się tym, czym był ten muł ziemi i to ciało”. W tym błyskotliwym konglomeracie teologicznych obrazów odkrywamy nieprawdopodobną zależność pomiędzy tajemnicą Stworzenia i Wcielenia. Można te dwa ważne terminy zszyć jednym nieporadnym słowem: uobecnienie. „Twoją chwałą Chryste jest człowiek, którego uczyniłeś jakby aniołem i piewcą Twego promieniowania”- powie św. Grzegorz z Nyssy. Czy świadomość tego stanu rzeczy nie jest fascynująca ? Stąd wydobywa się uwielbienie Boga przechodzące przez spękane i nieporadnie artykułujące słowa usta człowieka. Miał rację Bierdiajew mówiąc o zrodzeniu człowieka w Bogu jako procesie wyjątkowym i teogonicznym. Człowiek pomyślany i wydobyty z materii świata; obdarzony rozumem, miłością i zdolnością przekraczania siebie, aż po granice własnej niemożności. Istota wyłoniona z miłości Osób- Odwiecznej Rady rozrzutnie skraplającej miłość, przekraczając tym samym swoją własną kolektywną transcendencję. „Wszystko zostało stworzone przez Ojca, za pośrednictwem Syna w Duchu Świętym, i wszystko w tym samym Duchu Świętym, za pośrednictwem Syna, jest wezwane do powrotu do Ojca- pisał Bruno Forte- Trójca Święta jest początkiem i Ojczyzną stworzenia, godnym czci i transcendentnym „łonem” stworzenia, miłością, w której wszystko istnieje, i dla której wszystko jest wezwane, by działać…” Ta świadomość i jednocześnie ludzkie uwielbienie wyraża język eucharystycznej celebracji, w której to człowiek- kapłan wraz pateną podnosi obleczoną w materię Świętość, to co niebiańskie i ziemskie- boskie i ludzkie przedstawia mówiąc: „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie, Boże, Ojcze wszechmogący, w jedności Ducha Świętego wszelka cześć i chwała przez wszystkie wieki wieków. Amen”

poniedziałek, 6 lutego 2017

Ps 104  

Jak liczne są dzieła Twoje, Panie!
Ty wszystko mądrze uczyniłeś,
ziemia jest pełna Twoich stworzeń.
Błogosław, duszo moja, Pana.

Psalmista zatrzymuje nas w akcie podziwu nad światem, który wyszedł z pod dłoni Boga i w którym odcisnęła się wieczna pieczęć miłości Stwórcy. „Bóg stwarza zaś samą myślą, która staje się dziełem”(św. Jan z Damaszku). Ten, który zapragnął świata uczynił go z niczego- „ex nihilo”, jako odbicie mądrości i miłości- jest to Boża ekonomia urzeczywistniona w działaniu. W tekście Liturgii św. Jana Chryzostoma, słyszymy: „Ty z niebytu powołałeś nas do istnienia”. Jednym słowem Bóg zapragnął człowieka i świata, aby w sercu stworzenia stanąć jako Miłość. Bóg bez wątpienia odwiecznie myślał o świecie i czekał na odpowiedni „moment”, aby urzeczywistnić wielkie dzieło swojej miłości. „Jak zrozumieć Boży stosunek do świata, który stworzył ?- pyta K. Ware- Zaiste, dlaczego Bóg w ogóle stworzył ? (próbuje udzielić tej odpowiedzi w następujący sposób) Bożą motywacją w stworzeniu stanowi Jego miłość. Zamiast twierdzić, że stworzył On świat z niebytu, powinniśmy raczej powiedzieć, że stworzył go z Siebie Samego, to jest z miłości. Powinniśmy myśleć nie o Bogu- Wytwórcy czy Bogu- Rzemieślniku, lecz o Bogu który kocha. Stworzenie jest nie tylko aktem Jego wolnej woli, co Jego wolnej miłości.” Kochać to znaczy udzielać miłości, dzielić się nią. On wychodzi z siebie ku stworzeniu obdarowując je pełnią łaski. Jakże przeciwstawny jest ten obraz Boga, jaki przez wieki rysowała kultura a szczególnie drobiazgowa sztuka, postrzegając Boga jako wielkiego Geometrę- Wielkiego Architekta Wszechświata. Średniowieczne miniatury pokazywały Go jako zajętego dziełem stworzenia, z cyrklem w dłoni, oddzielającego światło od ciemności, lądy od wody, zazieleniającego ziemię i staranie wyrysowującego człowieka nad którym rozpościera się sklepienie niebiańskiej świątyni. „Gdyż wszystko to, co zostało stworzone przez Boga w różnych naturach, razem uczestniczy w człowieku jak w tyglu, by ukształtować w nim jedną doskonałość- na podobieństwo harmonii skomponowanej z różnych dźwięków” (św. Maksym Wyznawca). Bóg rozpala się miłością do człowieka ofiarowując mu nawet więcej niż jest wstanie zrozumieć i przyjąć. Dlatego człowiek jest „produktem finalnym”- na wskroś doskonałym, przemyślanym w którym zogniskowała się miłość Stwarzającego. „Człowiek został stworzony na końcu, by mógł wkroczyć w świat jak król do swego pałacu”- powiedzą trafnie Ojcowie Kościoła. Fascynująca historia stworzenia u samych początków opisu, jest introitem do opowieści o człowieku który wszedł w barwny świat rajskiego i pierwszego domu- edenicznego Kościoła. „Kościół jest życiem Boga w ludziach”(A. Chomiakow). Można odwrócić to stwierdzenie i śmiało powiedzieć, że Kościół to ludzkość uczestnicząca w życiu nieustannie stwarzającego Boga. Chyba brakuje słów, aby to wszystko pojąć… Cud pulsującego Życia !

niedziela, 5 lutego 2017

Mt 5, 13-16

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie».

Chrześcijanie od samego początku dobrze zrozumieli słowa Chrystusa. Ich najważniejszym zadaniem było świadectwo wiary, które miało nadać światu smak- niczym sól dodawana do potraw w kuchni, oraz mieli być lampą rozświetlającą nasilające się ciemności. Jezus wskazuje wszystkim wierzącym w przeszłości i teraźniejszości sens ich misji- mają być mocą przemieniającą świat. Chrześcijaństwo bierne, słabe, zalęknione i pozbawione smaku, wchodzi w stan obumarcia i wejścia w niepamięć. Chrześcijanie muszą nieść świat na swoich ramionach, podtrzymywać go oddechem modlitwy; zapalając światła nadziei tam, gdzie zdaje się wszystko ledwo tlić lub zostało wypalone. „Religia powinna być siłą przemieniającą życie człowieka w jego świecie. Kościół nie może zadowolić się wejściem na scenę wówczas, gdy inne odcisnęły już swój ślad na współczesnym życiu. Powinien być stale silny, aby przyczynić się do kształtowania życia” (J. Gomez). Dzisiaj tyle się mówi na płaszczyźnie psychologii o modelowaniu własnego życia, rzeczywistości nas otaczającej, o wykorzystaniu potencjału drzemiącego w ludziach. Człowiek wierzący ma modelować egzystencję w taki sposób, aby nie stracić z oczu obrazu Przemienionego Pana. Parafrazując słowa św. Pawła „My wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską, która jest na obliczu Chrystusa” (2 Kor 3,18). Dlatego całe pokolenia chrześcijan umieszczały w kopułach i apsydach świątyń ikonę Chrystusa Pantokratora, trzymającego księgę Ewangelii otwartą na słowach: „Ja jestem Światłością świata”. Ten obraz nasycał ich duszę i wzrok odwagą do wkraczania dumnie w świat- w rzeczywistość często wrogą i naznaczoną pełnym perfidii i kłamstwa działaniem księcia ciemności. Dlatego Kościół krocząc wśród cieni z podniesioną głową do góry, śpiewał: „Niech Twoja światłość jaśnieje na twarzach Twoich świętych”.  Posolone Ogniem z wysoka całe rzesze świadków wiary uchylały niewidzialną zasłonę, ukazując cudowny i skąpany w świetle świat Boga. „Ten, kto jest ze Mną jest ogniem”- głosił wczesnochrześcijański apokryf. „Chrystianizm to życie w Chrystusie, nie nakazy, a życie, ogień, tworzenie, oświecenie- mówił patriarcha Atenagoras- Poprzez ufność odmienia się serce i tak powoli życie Zmartwychwstałego wlewa się w nas”.  Według Ojców Kościoła, ochrzczeni, odziani w białe tuniki, okrywają się świetlistymi szatami Chrystusa- himatia foteina- takimi, jakie On ukazał podczas swego Przemienienia i w jakie był spowity, kiedy zstąpił triumfalnie do otchłani wyprowadzając zranioną przez grzech ludzkość. Każdy człowiek może stać solą i lampą- konserwując świat w miłości i rozświetlając właściwe do pokonania ścieżki. Kiedy zaczniemy świecić światłem Chrystusa, wtedy inni przyjdą do nas; będą chcieli być blisko naszego życia- ich twarze rozpromieni blask prawdy. „Widziałem jak ludzie szarzy, brudni i brzydcy- niczym stare szlachetne kamienie, z których zdejmie się warstwę kurzu i którym daje się przez chwilę poleżeć w żywym cieple wnętrza dłoni- nagle rozbłyskują promieniami światła” (P. Evdokimov). To zachęta dla każdego z nas, aby nie stracić własnego życia na zasklepianiu się w lęku i gaszeniu świateł. Trzeba się lękać chrześcijaństwa które przestało płonąć. Wiara ma być ogniem trawiącym zło. Solą konserwującą i zachowującą świat, czyniąc go na powrót miejscem przebywania Boga.

sobota, 4 lutego 2017

Mk 6, 30-34

Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: «Pójdźcie wy sami osobno na pustkowie i wypocznijcie nieco». Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na pustkowie, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich wyprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać o wielu sprawach.

Misja ewangelizacyjna której podjęli się uczniowie wobec tłumów udała się bezbłędnie. Uczniowie są z siebie zadowoleni i pełni młodzieńczej euforii dzielą się z Chrystusem sukcesami. Co robi Mistrz ? Widząc ich entuzjazm szybko sprowadza ich na ziemię i wysyła  na pustkowie. Mają odpocząć od zgiełku i wejść w życie modlitwy- aby móc apostolskie działanie przeżywać jeszcze intensywniej. Uczniowie chcieliby jeszcze bardziej działać- widzą owoce swojej posługi- to nakręca ich jeszcze mocniej, a Chrystus studzi ten zapał posyłając ich w przestrzeń milczenia, bycia ze sobą i z Bogiem. „Módl się o to, abyś umiał się modlić”- pisał M. Gogol. Człowiek po każdej aktywności powinien odnaleźć duchową przestrzeń do regeneracji sił. Miejsce, w którym usłyszy się bicie własnego serca i szept pustyni zapowiadający delikatne muśnięcie wiatru. Być może na tym etapie uczniowie nie byli wstanie pojąć intencji Jezusa, ale po wielu wiekach całe rzesze charyzmatycznych mężczyzn i kobiet wywracających świat do góry nogami, będzie doskonale widziało, że ich siła promieniuje z kontemplacji Jezusa na pustyni. Święty Serafin z Sarowa mówił: „Aby otrzymać i odczuć w sercu światło Chrystusa, trzeba się- na ile to tylko możliwe- oddalić od wszystkich rzeczy widzialnych”. Ta asceza ma prowadzić do wyciszenia serca, jest sztuką panowania nad sobą; wejściem w bezradność i ogołocenie. „Jeśli przywiążemy swą nadzieję, choćby jednym tylko włosem, do jakiegoś własnego dzieła- pisze św. Teofan Zatwornik- to już zawróciliśmy z właściwej drogi… Otworzyć się na łaskę to uznać się za pustego, to wiedzieć, że sam Pan może, może i chce wypełnić tę pustkę”. Wyczuwamy jakieś paradoks w dzisiejszej Ewangelii; z jednej strony szlachetne działanie- poświęcenie i marnowanie czasu dla ważnej sprawy, a z drugiej strony- oddalenie, wycofanie, wejście milczenie. Jest w tym jakiś zakryty sens, a symbioza tych dwóch rzeczywistości wyrasta z pomysłu Boga. Istnieje zatem niezrozumiała do końca dialektyka między działaniem a kontemplacją. Kontemplacja jest „oglądaniem Boga”, a działanie jest „dawaniem Boga”. Człowiek jest zatem powołanym do intymnej-mistycznej bliskości z Bogiem, a zarazem odczuwa przynaglenie do wyjścia na zewnątrz, w zgiełk świata- czyniąc go miejscem epifanicznym, na wskroś eklezjalnym, przedsmakiem Nieba.

piątek, 3 lutego 2017

Ps 27, 8-9

Będę szukał oblicza Twego, Panie.
Nie zakrywaj przede mną swojej twarzy,
nie odtrącaj w gniewie Twego sługi.
Ty jesteś moją pomocą, więc mnie nie odrzucaj.

Ten fragment Psalmu jakoś naturalnie odsyła moją percepcję ku rozlicznym „portretom” Chrystusa. Myślę to o licznych ikonach ukazujących Acheiropoiete- oblicze nie uczynione ludzką ręką, którego odpowiednikiem łacińskim było non manufactum, a słowiańskim nierukotworiennyj. To jeden z wielu tajemniczych obrazów kultowych które przez wieki przechowywało chrześcijaństwo w pamięci i malarskiej posłudze pędzla. „Obraz taki powstawał albo za sprawą cudu dokonanego przez niebo, albo przez bezpośredni związek z ciałem tego, kogo przedstawiał. W ten sposób odcisk stał się relikwią kontaktową.” (H. Belting). Najprościej mówiąc, Chrystus sam z siebie miał wolę aby pozostawić swój obraz- Oblicze. Nie będę w tym miejscu przywoływał mnóstwa narosłych legend które towarzyszyły zaistnieniu świętych wizerunków Chrystusa, ale pragnę skupić się na osobie sportretowanej. Towarzyszy mi głębokie przeświadczenie, że Chrystus odbił cudownie na chuście swoje oblicze. Dla chrześcijaństwa obraz jest konkretnym dowodem na podstawowy dogmat wcielenia Boga w człowieka, które powtórzyło się w ziemskiej materii płótna. Według przekazu Ojców Kościoła, sam Bóg w swej miłości do człowieka dostarczył widzialnego dowodu swej inkarnacji w postaci cudownego wizerunku, a tym samym uprawomocnił wykonywanie obrazów. Ewagriusz w swojej refleksji o historii kościoła określa prawdziwy portret Chrystusa z Edessy „wizerunkiem uczynionym przez Boga”- theographos typos. Stąd do dziś istnieje w świadomości Kościoła przekonanie o cudownym Obliczu Chrystusa- uobecnionym pięknie Boga. W ten sposób istnienie Świętego Oblicza niejako poświadcza historyczne istnienie Tego, który za życia pozostawił odcisk swego ciała, utrwalając w przekonaniu wierzących prawdę o tym, że On jest z nimi „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Nie musimy daleko szukać, w naszej bliskości jest ciągle do końca niezrozumiała i fascynująca tkanina z odciśniętym w trójwymiarze ciałem umęczonego mężczyzny. „Wyrafinowane metody badawcze pozwalają odkryć ślady oblicza na słynnym Całunie Turyńskim, którego tajemnica nie została rozwiązana pomimo prób ustalenia jego pochodzenia przy pomocy węgla C 14. Trudno jest kwestionować głębokie podobieństwo oblicza z całunu i obrazu Acheiropoiete. Jest to zależność dziwna i zdumiewająca” (M. Quenot). Miał rację prawosławny teolog Olivier Clement pisząc: „Ikona więc, poprzez sztukę powściągliwie „przemieniającą”, stawia przed nami osobową obecność na obraz Chrystusa, stającą się jakby sakramentem Boskiego Piękna. Ta obecność zaprasza nas do komunii”. Piękne Oblicze- rozświetlone boską światłością, które w Synu ma formę ludzkiej twarzy. „Przez Chrystusa cała nasza natura zostaje naprawiona ponieważ przedstawia On jako figura to czym my naprawdę jesteśmy”(św. Grzegorz z Nyssy). Tylko w taki sposób jesteśmy w nas samych rozpoznać twarz i spojrzenie Bogaczłowieka. „Ikona to jest antropologia, to jest teologia ciała ludzkiego”- przekonywał wielokrotnie Nowosielski. Nie można w pełni zrozumieć siebie bez odniesieniu do uobecnionego Piękna. Twarz Boga jaśnieje na twarzach profanów. „Człowiek ma wartość absolutną- mówił Lubac- ponieważ jego twarz oświetla promień padający z Oblicza Boga; ponieważ oddycha już wiecznością..” Człowiek nie powinien się lękać poznania Boga i słów zlepionych w modlitwę: Daj mi zobaczyć Twoją Twarz !