poniedziałek, 31 lipca 2017


Mt 13,31-35

Powiedział im inną przypowieść: „Królestwo niebieskie podobne jest do zaczynu, który pewna kobieta wzięła i włożyła w trzy miary mąki, aż się wszystko zakwasiło”. To wszystko mówił Jezus tłumom w przypowieściach, a bez przypowieści nic im nie mówił. Tak miało się spełnić słowo Proroka: „Otworzę usta w przypowieściach, wypowiem rzeczy ukryte od założenia świata”.

Czytając przypowieści wypowiedziane przez Chrystusa, czasami bardzo proste- codzienne, bez filozoficznej otoczki; często odwołują się do naszego doświadczenia po to, aby przenieść nas do świata niewidzialnego. „Teologia- pisał Chenu- to nie ściśle zorganizowany system zasad, wyprowadzanych ze Słowa Bożego. Jest ona przede wszystkim słowem działającym w historii. Później dopiero idą moje racje. Tędy niewątpliwie biegnie droga, którą należy podążać: Bóg wszedł nade wszystko wraz z wcieleniem Słowa w dzieje świata, a zatem poprzez dzieje dochodzę do zrozumienia tajemnicy.” Należy przebić się przez oczywistość, aby dotknąć całkiem innego wymiaru. „Są rodzajem mostu łączącego dwa brzegi: czas i wieczność, teraźniejszość i przyszłość, świat ludzki i świat Boski, rzeczy dnia codziennego i tajemnicę. Te dwa brzegi nie znajdują się jednak na tym samym poziomie. Dzieli je jednak olbrzymia przepaść”. Przejście z jednego brzegu na drugi, wymaga naszego duchowego wysiłku i otwartości serca. Chrystus porównuje Królestwo niebieskie do zaczynu. Każda gospodyni doskonale wie, iż bez zaczynu nie wyrośnie ciasto; czynność zakwaszania wpływa na jakoś wypiekanego bochenka chleba. Przypowieść można rozumieć na dwa sposoby. Pierwszy to wizja Kościoła- wspólnoty wierzących, który powinien stać się zaczynem dla świata; uobecnić rzeczywistość Królestwa tu  i teraz. Apostołowie byli tym ugniecionym, dobrze wyrobionym ciastem z którego uformowało się „Ciało”- Kościół w którym spożywa się Chleb Życia- Chrystusa. Zakwasem może być również ożywcze i uświęcające działanie Ducha Świętego- od pierwszej Pięćdziesiątnicy, Kościół jest zapładniany wiarą, nadzieją i miłością- formowany dłońmi Boga.   

 

niedziela, 30 lipca 2017


Mt 13, 44-46

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść: «Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją».

Chrystus po raz kolejny posługuje różnymi obrazami z życia codziennego, aby przybliżyć swoim słuchaczom prawdę o Królestwie Bożym. Dwie przypowieści na których zatrzymuje się nasz uwaga, odsłaniają pewne zadanie które musi podjąć człowiek wierzący. Chodzi o to, aby szukać, wyjść ku przygodzie, pracować, dokonywać wyboru, zaangażować się, by zrobić coś na co wcale nie mamy ochoty i bardzo możliwe że jest to sprzeczne z naszym osobistym interesem. „Życie musi się skończyć..., miłość nie” (M. Abom). Przybliżanie się ku tej innej rzeczywistości- odsłanianej trochę enigmatycznie przez Chrystusa wymaga odwagi i przeorganizowania własnego życia. Odkrycie stawia człowieka przed wyborem. Jeśli Królestwo Boże jest rzeczywistością najcenniejszą, to ze względu na nie trzeba poświeć wszystko inne... Trzeba dobrze zrozumieć słowo „poświęcić”, nie jest to bowiem starta, ale w szerszej perspektywie zysk. W tym kontekście z pewnym wyrzutem o odwadze wyjścia poza, pisał M. Delbrel: „Odczuwamy potrzebę stawiania Boga na tej samej płaszczyźnie co aktualna moda dnia, tak jakby nie był On „modny” w każdy dzień, jakby można Go było wyretuszować. Kiedy już poznaliśmy słowo Boże, nie mamy prawa nie przyjmować go, kiedy już raz je przyjęliśmy, nie mamy prawa nie pozwolić mu wcielić się w nas, nie mamy prawa zatrzymywać go dla siebie: od tej chwili należymy do tych, którzy oczekują na to słowo.” Aby doświadczyć zbawienia eschatologicznego trzeba najpierw podjąć misję ucznia, potrzeba mądrości wiary- ewangelizatora i świadka. Wierzyć, to znaczy mieć świadomość, że jest się kochanym, i odpowiadać swoim życiem na tę miłość. Ks. Maliński pytał: „Po co pracujesz ? Nie uciekaj od tego pytania, nie prześlizguj się obok niego. Praca wypełnia twoje życie: poświęcasz jej lwią część swojego czasu... Pytaj o intencję. On cię kształtuje. Taki jesteś, jaka jest odpowiedź na to pytanie.” Miał rację św. Augustyn mówiąc, że my już należymy do Królestwa Bożego i do ludu Bożego „wierząc w Niego i postępując w łasce.”

piątek, 28 lipca 2017

Mt 13, 18-23

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Posłuchajcie przypowieści o siewcy. Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze. Posiane na grunt skalisty oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia i jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje. Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne. Posiane wreszcie na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny».

Uważna lektura Ewangelii pozwala uchwycić obecność i nauczanie Chrystusa w niezwykłej bliskości względem słuchaczy. Pan posługuje się zręcznym zabiegiem formacyjnym, przechodzi niezwykle płynnie od opowieści jaką jest przypowieść do płaszczyzny głębszej- rozszerzającej nie tylko wyobraźnię odbiorców, ale i ich serca. „Istotnie, styl Pisma Świętego- pisał Klemens Aleksnadryjski w Kobieracach- jest stylem przypowieści, ponieważ Pan, nie będąc z tego świata, chciał przez poznanie, wznieść żyjącego w świecie człowieka do rzeczywistości zrozumiałych i pierwszych, a przez to sprawiać, by człowiek przeszedł z jednego świata do drugiego. Z tego powody posługiwał się metaforami… Przypowieść jest, sposobem wyrazu, który pomaga skutecznie pojąć sens główny przy pomocy innych słów. Dodajmy, iż cała prorocka ekonomia w odniesieniu do Pana, nieznającym prawdy wydaje się jedynie przypowieścią.” Jezus ma jasno spolaryzowane audytorium: „Tych, którzy słuchają słowa i rozumieją je”- mowa tu o uczniach i tych którzy przyjmą naukę dzięki ich przepowiadaniu, oraz „tych, którzy słuchają słowa i nie rozumieją go”, reprezentantami tej grupy są ludzie nie potrafiący sercem przyjąć prawdy. Święty Augustyn próbuje usunąć granicę pomiędzy jednymi i drugimi: „Jeśli jeszcze nie rozumieją, to zanim zaczniemy ich nakłaniać, trzeba ich pouczyć może poprzez znane im sprawy, zostaną tak pobudzeni, że nie potrzebne już będą wielkie wysiłki elokwencji, by ich nakłonić.” Wiara rodzi się ze słuchania- nie ma ten zabieg na celu działania podprogowego, czy w jakikolwiek sposób ubezwłasnowolnienia. Słowo padające na grunt serca powinno zrodzić owoc wiary. Doświadczenie siewcy o który opowiada Pan było czymś dobrze znanym słuchaczom, każdy rolnik powtarzał ten sam gest co roku. Z perspektywy czasu rozumiemy „słowo” jako chrześcijańskie przesłanie- Dobrą Nowinę. To słowo jest niepowtarzalne, ciągle świeże, pomimo wielokrotnego wsłuchiwania się w nie, sprawia duchowe skutki. Świat to nie tylko obsiane pole na które wchodzi Kościół, ale to miejsce wzrostu i ostatecznie dojrzałych plonów, lub nieurodzaju- ziarno może wpaść między ciernie i obumrzeć. Jezus pragnął w ten sposób wyrazić, co sądzi o trudnościach, jakie Jego słowo rodziło pośród słuchaczy. „Gdyby Pan raczył mi udzielić sztuki duchowej uprawy- rozmyślał w swojej homilii Orygenes- gdyby dał mi zręczność dobrego rolnika, to jedno z tych słów wystarczyłoby do zasiania tej powierzchni.” Tak naprawdę przypowieść o rozrzuconych przez Siewcę ziarnach dotyczy nas wszystkich; paradoksalnie ciągle jesteśmy zasiewaną ziemią i siewcą rzucającym ziarna tam, gdzie są ciernie, kamienie i peryferia nieprzychylne dynamice wiary. Ten „obrzęd” będzie cierpliwie ponawiany do momentu kiedy przyjdzie ponownie Chrystus i stanie na „polu świata,” mówiąc: „Oto czynię wszystko nowe” (Ap 21,5).

czwartek, 27 lipca 2017


Dn 3, 52. 53-54. 55-56  

Błogosławiony jesteś Ty, co spoglądasz w otchłanie,
który zasiadasz na Cherubach,
pełen chwały i wywyższony na wieki.
Błogosławiony jesteś na sklepieniu nieba,
pełen chwały i wywyższony na wieki.

Prorok Daniel jest pisarzem apokaliptycznym, z wielką starannością nakreśla wizję przyszłości ogłaszając, że Syn Człowieczy przybędzie na obłokach nieba i otrzyma od Jahwe wieczyste panowanie, chwałę i koronę królewską. Tak sformułowana starotestamentalna wizja będzie miała silne odzwierciedlenie w tradycji Nowego Testamentu, a szczególnie w rozumieniu osoby Chrystusa- Bogaczłowieka. To Chrystus jest w sercu historii zbawienia, w Nim i przez Niego wszystko zostaje włączone w ekonomię miłości i ostatecznego spotkania. Prorok wprowadza nas w kontemplację „jutrzejszego dnia”- stanowiącego akord do całkowitego przeobrażenia świata i człowieka. Kiedy przyjdzie apokaliptyczny Baranek i pękną pieczęcie, nastąpi odnowienie wszystkiego; nastąpi kosmoteoza, zgodnie z intuicją św. Pawła: „wszystko jest wasze, wy zaś Chrystusa, a Chrystus- Boga” (1Kor 3,22-23). A wszelkie stworzenie w porywie onieśmielającego zachwytu, wypowie Królowi jednogłośne uwielbienie: „Zasiadającemu na tronie i Barankowi błogosławieństwo i cześć, i chwała, i moc na wieki wieków” (Ap 5,13). Próbował to zgłębić na sposób teologiczno-ewolucjonistyczny Teilhard de Chardin: „Jak błyskawica przebiegająca od jednego bieguna do drugiego, tak nagle objawi się obecność Chrystusa niedostrzegalnie wzrastająca w stworzonej rzeczywistości… Jak błyskawica, jak gwałtowny pożar, jak potop tak przyciąganie przez Syna Człowieczego obejmie wszystkie element spiral kosmicznych, aby je złączyć lub podporządkować Jego Ciału.” Zdaniem badacza wraz ze zmartwychwstaniem Chrystusa zostaje uwolniona energia miłości, by od tego momentu organizować noosferę i poruszać ją w kierunku punktu Omega. „Ciągłość między starą a nową ziemią nie zostaje przerwana, ale dokonuje się przejście, transcensus- pisał A. Turnicew- przeskok z jednego sposobu istnienia do drugiego… Paruzja jest zjawiskiem metafizycznym, meta kosmicznym, które zmienia naturę całego wszechświata.” Czyż w tej proroczej i pełnej apofazy atmosferze nie rodzi się twórcza intuicja, która zostaje utrwalona w ikonograficznej wizji ? Sztuka zostaje przesycona pragnieniem eschatologii. Ten obraz odkształca się w ikonie i staje się epifanią świata wyrywającego się poza naszą rozumową percepcję. Sztuka wdzięcznie podejmuje ten temat, otwierając „portal wieczności” i tęskniąc za utkanym ze światłości Kyriosem. „Aniołowie otaczający Tron z góry nazwani są Dniami, a ci, którzy otaczają Tron z dołu, nazwani są Nocami”- powie księga Zoharu. Dostrzegamy to wyobrażenie w cudzie bizantyjskiej sztuki, twórczości Mistrza Rublova i galopującego w swej płodnej kulturze średniowiecza; w bazylikowych przedstawieniach Chrystusa Pantokratora zasiadającego na tronie spowitym ogniem i piętrzącymi się sferami fantazyjnie utkanych bytów. W tych malarskich wizjach jest również miejsca dla nas podniesionych z nędzy grzechu i pęt śmierci. Na mozaikach w Ravennie i rozsianych licznie miejsc Imperium Bizantinum oglądamy licznie: pawie symbolizujące nieśmiertelność, jelenie pijące ze źródła będące symbolem wiecznego życia, gołębie chłepczące nieśmiertelność z lavacrum wieczności. Jesteśmy również częścią tej idyllicznej opowieści mającej swój finał w Bogu. Modlimy się słowami wielu pokoleń chrześcijan żyjących przed nami: Przyjdź, Panie Jezu !

 

środa, 26 lipca 2017

Mt 13,16-17

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli”.

Starożytne Ody Salomona mówią o niepoznawalności Boga i przepaści miedzy światem transcendentnym a człowiekiem; choć nie wykluczają absolutnie zmniejszenia tego dystansu: „Ponieważ wszystko jest w Górze, nic nie jest na dole. Ale tak się wydaje tylko tym, którzy nie mają poznania.” Ewangelia wręcz przeciwnie opowiada o poznaniu bezpośrednim Boga, jest novum w kontekście Starego Testamentu. To zdumiewający zwrot w historii relacji między człowiekiem a Tym, którego ludzkie oczy nie mogły dostrzec. Percepcja staje się fundamentalnym elementem wiary, a wizja zostaje utrwalona w materialnym wizerunku. Kult ikon w Kościele jest najbardziej namacalnym świadectwem przez które chrześcijaństwo proklamuje prawdę o tym, że Bóg pojawił się w ludzkim ciele w osobie Jezusa Chrystusa. „Czym byłby świat, gdyby nie narodził się w nim Chrystus- pytał rosyjski myśliciel Czadajew- Odpowiem jednym słowem: niczym.” Bez Wcielenia nie możliwe byłoby zobaczenie oblicza Boga i usłyszenie Jego słów. Ukazanie się Boga w ludzkiej postaci zrodziło sztukę; umożliwiło zobrazowanie Niezobrazowanego do tej pory. Zostaje zniesiony starotestamentalny zakaz wykonywania wizerunków. Mojżesz i Eliasz starotestamentowi nestorzy teologii uchwycili wzrokiem Przemienionego Pana na Górze Tabor. Światłość wypisała kontury Tego, którego zasłaniał krzak ognisty, czy obłok. Od tej pory córki i synowie Adama mogą oglądać oblicze Boga i pozostać przy życiu. Święty Paweł tłumaczy, że „My wszyscy z jaśniejącą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską”(3,18), jak również nazywa Chrystusa ikoną Boga. Święty Jan Damasceński powie, że obraz Chrystusa został „wypalony w duszy chrześcijan,” ponieważ możemy kontemplować Boga „widocznego w ludzkim ciele.” Obecność Chrystusa Przemienionego i Zmartwychwstałego- spowitego światłem jutrzenki, utrwaliło się w duszach apostołów, jak również stało się udziałem każdego wierzącego człowieka- w głębi duszy. Święty Makary mistyk i nauczyciel mnichów pisał o doświadczeniu przez duszę przemienionego Pana: „Dusza, którą w sposób doskonały oświeciło niewypowiedziane piękno i chwała światłości oblicza Chrystusowego i która ma doskonałe uczestnictwo w Duchu Świętym i stała się zasługująca na to, by być mieszkaniem  tronem Boga, staje się całkowicie okiem i całkowicie światłem oraz całkowicie obliczem Chrystusa, który ją wiedzie i kieruje i niesie i przyprowadza wszędzie, upiększa i ozdabia duchowym pięknem.”

wtorek, 25 lipca 2017


2 Kor 4,7-15

Bracia: Przechowujemy skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas. Zewsząd znosimy cierpienia, lecz nie poddajemy się zwątpieniu; żyjemy w niedostatku, lecz nie rozpaczamy; znosimy prześladowania, lecz nie czujemy się osamotnieni, obalają nas na ziemię, lecz nie giniemy. Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiało się w naszym ciele. Ciągle bowiem jesteśmy wydawani na śmierć z powodu Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym śmiertelnym ciele. Tak więc działa w nas śmierć, podczas gdy w was - życie.

Naczynia gliniane w egzegezie chrześcijańskiej są czymś więcej niż pobożnym artefaktem w ustach świętego Pawła. Naczynie gliniane nabiera znaczenia symbolicznego, jak twierdził Cassier  „jest częścią ludzkiego świata treści.” Maksym Wyznawca przekonywał chrześcijan że „Słowo objawione powinno być rozumiane w sensie wewnętrznym i duchowym, objaśnianym przez sam Kościół. Tylko wtedy może prawdziwie oświecić każdego człowieka żyjącego na tym świecie.” W tym kluczu wewnętrznym czytamy Pawłowy symbol. Powszechną funkcją naczynia wydrążonego w środku jest zawieranie czegoś, przechowywanie i zachowywanie na później. Idąc dalej postrzegamy naczynie jako obraz ziemskiego życia człowieka i jego relacji do Boga. Somatyczność człowieka odzwierciedla kruchość ukształtowanej w dłoniach Garncarza i wypalonej w ogniu gliny. U Jeremiasza czytamy o Jechoniaszu który zostaje nazwany „naczyniem wyrzuconym.” O pozyskanym dla chrześcijaństwa Szawle Pan powiedział: „Wybrałem sobie tego człowieka jak szczególne naczynie” (Dz 9,15). Stąd naczynie również można rozumieć jak wybrane przez Boga narzędzie: „Czyż garncarz nie ma mocy nad gliną i nie może z tej samej zaprawy zrobić jednego naczynia ozdobnego, drugiego zaś na użytek niezaszczytny ?” (Rz 9,21). Zatem człowiek wiary porównany zostaje do naczynia: ukształtowanego w dłoniach, wypalonego w ogniu, kruchego, zarysowanego, czy pękniętego w jakimś miejscu. Egzystencja duchowa zostaje wyartykułowana w glinianej formie, tak bardzo nie trwałej, choć jednocześnie użytecznej. „Cechą charakterystyczną współczesności nie jest odrzucenie religii, ale odrzucenie transcendencji” (G. Ruggeri). To tak jakbyśmy świat był wielkim ogrodem z nasadzeniami różnych kwiatów, ale pozbawionym naczynia które mogłoby dostarczyć tam wodę. Gliniane naczynia są plastycznym odzwierciedleniem Kościoła- często stłuczonego, ale nieustannie wypełnianego po brzegi miłością Chrystusa. Ta łaska musi przelewać się na zewnątrz; zatrzymana tylko w naczyniu nie czyni wzrostu. W epigrafice z pierwszych wieków Kościoła najbardziej wierni świadkowie wiary byli przedstawiani jako vas Christi – „naczynie Chrystusa.” Chrześcijanie winni zatem deponować w swoich sercach łaskę wiary, po to aby nią się dzielić. Klemens Aleksandryjski dawał wskazówki katechumenom: „Przyjmijcie więc wodę poznania; jesteście jeszcze zbrukani, obmyjcie się, pokropcie się kroplami prawdy… Jesteś człowiekiem, szukaj zatem swego Stwórcy; jesteś dzieckiem, uznaj zatem swego Ojca.” Nie mamy zatem prawa utyskiwać, że jesteśmy tylko wędrowcami poruszanymi podmuchami wiary, ale naczyniami łaski i źródłem „Wody Życia” dla spragnionego, a może będącego już w stanie powolnej agonii świata.

poniedziałek, 24 lipca 2017


Wj 15, 1-20.

 Pan, wojownik potężny,
«Ten, który jest», brzmi Jego imię.
Rzucił w morze rydwany faraona i wojsko jego,
wybrani wodzowie legli w Morzu Czerwonym.

W pierwszym odczuciu wydaje nam się, że mamy do czynienia z pełnym patetyczności obrazem Boga ocalającego Izraela. „Pojęcia tworzą idole Boga, tylko wielkie wzruszenie coś przeczuwa”- pisał św. Grzegorz z Nyssy. Czy tym wzruszeniem- być może chwilowym jest świadomość bycia ocalonym ? Szczelina, którą czyni Bóg w wodach Morza Czerwonego pozwala na uświadomienie sobie, że Ten który przynosili wybawienie, prawdziwie kocha człowieka w sytuacji dramatycznej i bez wyjścia. Wielu myślicieli XX wieku odrzucający przesłanie religii po Shohah stawiało to samo pytanie: Dlaczego Bóg milczał i nie wybawił cierpiących z ucisku ? Konsekwencje tych pełnych pretensji pytań pozostawiły swój ślad do dzisiaj. Ferry w książce pt. Człowiek-Bóg, czyli o sensie życia, snuje ważną refleksję: „Faktem jest że psychologia zdetronizowała teologię. Jednak w dzień pogrzebu, kiedy stoimy przed otwartym grobem, ogarnia nas zakłopotanie. Co powiedzieć matce, która straciła córkę, co powiedzieć zapłakanemu ojcu ? Tak oto brutalnie zostajemy postawieni wobec pytania o sens, a raczej uświadamiamy sobie brak tego pytania w dzisiejszym zlaicyzowanym świecie.” Milczenie Boga rozumiane przez wielu jako Jego słabość lub wycofanie, nigdy nie było wycofaniem się, On po raz kolejny „ogołocił samego siebie” (Flp 2,7), pozwolił zmiażdżyć się ogromem absurdalnej i wypaczonej ludzkiej wolności. Skazany na śmierć protestancki pastor Bonhoeffer napisał: „Tylko cierpiący Bóg może pomóc.” Może wstydzimy się mówić o tym, że Ten który jest Panem może współcierpieć z tymi którzy są bezbronni. „Kenoza jest drogą, przejściem (Paschą !)- powie ks. Hryniewicz- do pełnej chwały i wywyższenia. Objawia ona bezmiar ofiarnej miłości Boga do ludzi, a jednocześnie odsłania realizm uczestnictwa Chrystusa w śmierci każdego człowieka. Śmierć Chrystusa ma charakter uniwersalny. W Jego umieranie włączona jest śmierć każdego człowieka: jeżeli ocala On i wskrzesza każdego, to właśnie dlatego, że prawdziwie z każdym człowiekiem współcierpi i współumiera w ciągu całej historii zbawienia.” Dlatego w noc chrześcijańskiej Paschy – Zmartwychwstania Chrystusa chrześcijanie wyśpiewują triumfalny psalm przejścia przez „Morze Czerwone” – to obraz ocalonego od żądła śmierci Kościoła. Lęk przed cierpieniem, śmiercią i bezsensem jakiegokolwiek historycznie dokonanego zła zostaje rozświetlony obecnością Zwycięskiego Wodza. Apokalipsa św. Jana porównuje zwycięstwo, jakie wybrani odnieśli nad śmiercią, do przejścia przez żywioł wody i wkłada w usta Kościoła zwycięską pieśń siostry Mojżesza: „ I ujrzałem jakby morze szklane, pomieszane z ogniem, i tych, co zwyciężają Bestię i obraz jej, i liczbę jej imienia, stojących nad morzem szklanym, mających harfy Boże. A taką śpiewają pieśń Mojżesza, sługi Bożego, i pieśń Baranka” (Ap 15, 2-3). W Bestii rozpoznajemy faraona, figurę szatana, który został zniszczony wodą sądu, podczas gdy lud zwycięski stoi na drugim brzegu przechodząc suchą nogą przez otchłań śmierci. Nie trzeba jakiejś nadzwyczajnej wyobraźni teologicznej aby nie skojarzyć tego wielkiego obrazu z Chrztem jako aktualizujące się w łonie Kościoła dzieło Odkupienia. Przejście przez żywioł stało się prototypem odkupieńczego wyzwolenia i swoistego remedium na stan pustki egzystencjalnej. Wczytując się w język Odkupienia Ojcowie Kościoła będą głosić katechezę zwycięstwa. Święty Bazyli pisze: „To, co wiąże się z wyjściem Izraela, zostaje odniesione do tych, którzy zostają ocaleni przez chrzest… Może jest figurą chrztu, który wyzwala od faraona, tak chrzest od tyranii diabła… Lud wyszedł z morza cały i zdrowy: my także wynurzamy się z wody jak żywi spośród umarłych.” I na koniec jeszcze jeden fragment- św. Augustyna: „Cóż mogło być bardziej potrzebne dla podniesienia naszej nadziei…, jeśli nie to, żeby nam dowieść, jak bardzo Bogu na nas zależało i jak bardzo nas umiłował.”

niedziela, 23 lipca 2017


Rz 8, 26-27

Bracia: Duch Święty przychodzi z pomocą naszej słabości. Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami. Ten zaś, który przenika serca, zna zamiar Ducha, wie, że przyczynia się za świętymi zgodnie z wolą Bożą

Tajemniczą i nieuchwytną obecność Ducha Świętego wyrażają symbole którymi często posługuje się język Biblii. Jest On niczym nadchodzący wiatr- Pneuma – oddech przychodzący z niewiadomo skąd. Życie zdolne stać się ożywczą rosą, sprawiając, że martwa i nie zamieszkana pustynia przemienia się w raj. Poznajemy go po szumie drzew, rozwianych na głowie włosach, w poruszanym każdym centymetrze twarzy. Duch to żar ognia, będący w ruchu nie możliwy do zatrzymania…, żywioł tak dynamiczny, że przeobraża wszystko co spotka na swojej drodze. W końcu Ten o którym rozprawiamy z wielką pokorą jest Pięknem. Święty Cyryl pisał o Duchu przywracającym urodę, którą ludzie utracili przez grzech. Stwarzając Adama, „Bóg dał mu najdoskonalszą piękność- sprawiając jego uczestnictwo w swym duchu.” Nie potrafię inaczej nakreślić Jego portretu jak tylko za pomocą symboli oddających twórczą dynamikę Jego działania. „Jesteśmy świadomi Jego obecności- pisał K. Ware- znamy Jego siłę, ale nie możemy wyobrazić sobie Jego osoby. Druga osoba Trójcy wcieliła się, żyła na ziemi jako człowiek; ewangelie opowiadają nam o Jego słowach i czynach, Jego twarz spogląda na nas ze świętych ikon, więc nie trudno wyobrazić sobie Go w naszych sercach. Ale Duch się nie wcielił, a Jego boska osoba nie została objawiona w ludzkiej formie… Jest On jak święty hieroglif – wskazuje tajemnicę jeszcze nie do końca odkrytą.” Duch Święty nie tylko pozwala nam zrozumieć głębię naszej wiary- Jest bowiem „danym nam” (Rz 5,5), „posłanym do naszych serc” (Ga 4,6), „błagającym w nas” (Rz 8,26-27), „dającym świadectwo” w nas, że jesteśmy dziećmi Bożymi i współdziedzicami Chrystusa (Rz 8,15-16). On wewnętrznie w nas zamieszkuje, czyniąc z nas duchową świątynię w której jednoczy nas z Chrystusem. Budzi w nas uśpione niczym w letargu życie duchowe, uczy modlitwy i daje moc kochania w akcie nieustannej epiklezy. Duch Święty sprawia, że mogą dokonać się nasze „powtórne narodziny” i droga uświęcenia- przebóstwienie. Za każdym razem kiedy zwracamy przez Chrystusa pojawia się Duch i na odwrót- wchodzimy we Wspólnotę Miłości Boga. Wyjaśnia to rzetelnie św. Sylwan z Atosu: „Duch Święty jest miłością; owa miłość jest rozlana we wszystkich duszach świętych mieszkańców nieba i ten sam Duch Święty przebywa w duszach miłujących Boga.”

sobota, 22 lipca 2017


2 Kor 5,14-17

Bracia: Miłość Chrystusa przynagla nas, pomnych na to, że skoro Jeden umarł za wszystkich, to wszyscy pomarli. A właśnie za wszystkich umarł Chrystus, aby ci, co żyją, już nie żyli dla siebie, lecz dla Tego, który za nich umarł i zmartwychwstał. Tak więc i my odtąd już nikogo nie znamy według ciała; a jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób. Jeżeli więc kto pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe.

Krzyż i Zmartwychwstanie Chrystusa proklamowane z tak wielką siłą przez św. Pawła było decydującym wydarzeniem paschalnym w dramacie ludzkiego zbawienia. Średniowieczna poezja i utrzymująca jej kroku udramatyzowana liturgia opowiadały o Chrystusie Zwycięskim przedstawiając Go jako Rycerza- Kochanka. Wiele tych barwnych narracji opartych jest na księdze Pieśni na Pieśniami. Piękna postać rycerza, krwawiąca pod drzewem, poraniona od stóp do głowy, rysuje historię pełnego miłości cierpienia z powodu człowieczej duszy, której trzeba spieszyć na ratunek. Szeroka rana w boku Chrystusa- Kochającego rycerza jest komnatą oblubieńca w której odnajduje spełnienie oblubienica jaką jest Kościół. Tę odkupieńczą miłość Boga możemy rozumieć jako samooddanie się. „Bóg nie chciał być Bogiem bez człowieka”- jak pisał F. Baader. Teologia wschodnia niezwykle mocno akcentowała obraz Boga uniżonego i pełnego miłości – Filanthropos, który jak pisał Bierdiajew „był w świecie incognito i to było Jego kenozą.” Ale fakt, że był niejako niezauważalny w swojej boskości, było kosztownym darem miłości znajdującym swój finał jaśniejącym blasku Krzyża. Tu w całej rozciągłości wybrzmiewają słowa Gabriela Marcela: „Kochać jakiś byt, znaczy mówić: Nie umrzesz”. Miłosna aprobata Boża konkretyzuje się w najdoskonalszym i jednym w historii świata akcie Jezusa; nie tylko uwalnia od niemożności kochania, ale miażdży śmierć, ofiarowując nową przemienioną już jakość istnienia. Ewangelia opowiadając o dokonanym triumfie Chrystusa, rozpościera wizję powszechnego zmartwychwstania ludzi- bycia odtąd „nowy stworzeniem”- „niebiańską społecznością zbawionych”. To najpiękniejszy i przeniknięty nadzieją epilog chrześcijaństwa. Malarze, rzeźbiarze, muzycy, poeci i literaci stworzyli niezliczoną liczbę przedstawień zmartwychwstania ludzkości. Odwołam się tym razem do znanego wszystkim dzieła Dantego Boskiej Komedii, i zachwycającego opisu jego Paradiso. Niech XXXIII pieśń poprowadzi nas przez Niebo uchylając niezgłębioną miłość Boga: „Tak że Stworzyciel, zszedłszy z majestatu. Nie wzgardził wmieszać się w między stworzenie. W tym łonie miłość zapłonęła światu, a na nią rozgrzany i wiecznym pokojem wyrósł pąk cudownego kwiatu. Tyś nam jest światła południowy zdrojem, Ty śmiertelnikom na porze spiekoty Jesteś nadziei żyjącym napojem… W Nim, ale własnym malowanym świtem, zjawił się Twarzy Człeczej Wizerunek źrenice w niego wpoiłem z zachwytem… Miłość co wprawi w ruch słońce i gwiazdy.”

piątek, 21 lipca 2017


Ps 116

Czym się Panu odpłacę
za wszystko, co mi wyświadczył?
Podniosę kielich zbawienia
i wezwę imienia Pana.

Wcześnie rano celebrowałem Eucharystię, w samym środku tego wydarzenia można odnaleźć pokój wewnętrzny i wejść w komunię z Chrystusem. W Liturgii wszystko, co jest poza, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie- najważniejszy jest Bóg i Jego miłość którą można się nasycić. Dla kapłana sprawowanie Boskiej Liturgii jest ciągle ponawianym świętem obecności Boga. Bliskość- tak bardzo za nią tęsknimy, szamocząc się ze sobą i zasklepiając w sobie niczym ślimak. Tak rozumiana obecność przekracza dyskursywne myślenie i granice serca. Święty Jan z Kronsztadu powiedział, że „Liturgia jest nieustającym misterium.” To jedno zdanie wyczerpuje całą ludzką mądrość przekuwaną na teologiczne argumentacje, czy najbardziej piękne sformułowania. „To końcowe misterium- wyjaśnia bizantyjski teolog Kabasilas- Nie można pójść dalej poza nie, ani też czegokolwiek do niego dodać.” Eucharystia jest syntezą całego duchowego doświadczenia- „szczytem”, „źródłem”, najcudowniejszą wymianą darów, najgłębszą dystrybucją miłości. Liturgia jest obwieszczaniem pokoju, szczególnie kiedy na zewnątrz panuje zgiełk, krzyk i brak jedności. „Modlimy się o pokój całego wszechświata. Nie tylko za ludzi, lecz za wszystkie stworzenia: zwierzęta, rośliny, gwiazdy, za całą naturę”. Liturgia staje się poematem pochwalnym- wielką doksologią, w której rozbrzmiewa przesłanie miłości i uwielbienie od jej nadmiaru. Bóg wchodzi w serce stworzenia, stając się materią do spożycia- Ogniem Miłości ! Nie potrafimy do końca zrozumieć tego Święta harmonii i piękna, przeistaczania świata w miłość. Codzienny cud przebóstwiający profanów ziemi w obywateli nieba. „Wtedy też jaśniejąca niezwykłym blaskiem Boża chwała w tajemniczy sposób spoczywa na nas i sprawia, że stajemy się namaszczeni Bogiem i otrzymujemy, według danej nam obietnicy, zdolność jaśnienia jak słońce przy powtórnym przyjściu naszego Ojca” (św. Grzegorz Palamas). To zjednoczenie z Chrystusem Kościoła, sprawia, że ludzka  i brudna od grzechów wspólnota staje się przejrzysta, promieniująca światłem, obmyta u Źródła Życia. Pewnego dnia zapytano ojca Pio: „Czym jest dla ciebie Msza Święta ?” Odparł: „Odpowiedź znajduje się na Ołtarzu, wystarczy tylko pomyśleć o tym, co się tam dzieje !” Wystarczy tylko pomyśleć.

czwartek, 20 lipca 2017


Mt 11, 28-30

Jezus przemówił tymi słowami: «Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie».

Masaccio na ścianach kaplicy Brancacciego we Florencji namalował intrygującą scenę wygnania z Raju pierwszych rodziców. Zdruzgotani utratą szczęśliwości, pełni wstydu i zasklepienia w sobie wchodzą na drogę cierpień; namacalnie wyczuwamy to napięcie emocjonalne – opowiedziane pędzlem artysty: bezradność, wstrząs, samotność, drżenie, łzy, strach. Odtąd życie pierwszej ludzkiej wspólnoty będzie spękane niczym skamieniała ziemia, zroszone łzami wygnania. Ta droga prowadzi ich jednak do następnej sceny; malarz nie kończy wizji na tej dramatycznej narracji. Jesteśmy już na brzegu jeziora Genezaret, Chrystus wśród uczniów i początek misji Kościoła. Masaccio z teologiczną precyzją odzwierciedla myśl św. Pawła w kontraście dwóch postaci: pierwszego Adama, który zerwał relację z Bogiem i wszedł w grzech- naznaczając nim historię ludzkości, i Nowego Adama, który przyniósł miłość rehabilitującą grzeszny stan i otwierającą na powrót Bramy Raju. Mamy tu wyraźny obraz stworzenia i odkupienia. Przesłanie tych sekwencji malarskich jest proste- Bóg nie przestał kochać człowieka. Nie porzucił go, nie strącił w otchłań rozpaczy. Dlatego ikonografia chrześcijańskiego Wschodu ukazuje Nowego Adama jako zstępującego do ciemnej czeluści podziemnego świata i uwalniającego z demonicznych okowów niewoli Adama i Ewę. Chrystus głosi niewolnikom Ewangelię zbawienia: „Skruszyłeś odwieczne rygle wiążące niewolników.” Wychodząc z grobu historii, unicestwia piekło i przywraca stan edenicznej harmonii. „Na wielu ikonach Chrystus niesie drewniany krzyż, na którym umarł, i w ten sposób uświadamia chrześcijanom o drzewie, z którego Adam i Ewa zerwali zakazany owoc” (O’Collins). Wyzwoleni prarodzice prefigurują wszystkich ludzi odkupionych drogocenną krwią Baranka. „Chrystus Mesjasz, jest nie tylko Odkupicielem, który skreślił zapis dłużny i obmywa nas ze wszystkich grzechów- pisał D. Hildebrand- jest On także dawcą nowego, Boskiego życia, które ma nas całkowicie przemienić i uczynić „nowymi ludźmi”. Mamy zatem przyjść do Chrystusa i pozwolić się przeobrazić, zagarnąć miłości uzdrawiającej i wskrzeszającej, która niczym pulsujący gejzer bije dla nas. Jedyne co należy zrobić to stać się z Nim jedno. Zakończę mądrym żydowskim opowiadaniem. Na łożu śmierci zapytano rabina, jak myśli- jak to będzie w królestwie Bożym ? Będący już u schyłku życia mędrzec zaczął się chwilę zastanawiać. Następnie odparł: „Naprawdę, nie wiem. Ale jedno wiem. Gdy się tam znajdę, Bóg nie spyta: „Dlaczego nie byłeś Mojżeszem ?”- ani: „Dlaczego nie byłeś królem Dawidem ?” On mnie zapyta: „Dlaczego nie byłeś rabbim Zuschą ?” Każdy z nas może odnaleźć w Bogu swoje życie, tak jak kiedyś Bóg będzie chciał w nas odnaleźć Siebie. „Przyjdźcie do Mnie wszyscy !”

środa, 19 lipca 2017


Wj 3, 1-6. 9-12

Gdy Mojżesz pasł owce swego teścia imieniem Jetro, kapłana Madianitów, zaprowadził owce w głąb pustyni i doszedł do Góry Bożej Horeb. Wtedy ukazał mu się Anioł Pański w płomieniu ognia, ze środka krzewu. Mojżesz widział, jak krzew płonął ogniem, a nie spłonął od niego. Wtedy Mojżesz powiedział do siebie: «Podejdę, żeby się przyjrzeć temu niezwykłemu zjawisku. Dlaczego krzew się nie spala?» Gdy zaś Pan ujrzał, że podchodzi, by się przyjrzeć, zawołał Bóg do niego ze środka krzewu: «Mojżeszu, Mojżeszu!» On zaś odpowiedział: «Oto jestem». Rzekł mu Bóg: «Nie zbliżaj się tu! Zdejmij sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą». Powiedział jeszcze Pan: «Jestem Bogiem ojca twego, Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba». Mojżesz zasłonił twarz, bał się bowiem zwrócić oczy na Boga…

Spotkanie Mojżesza z Bogiem na Horebie jest jednym z najbardziej zdumiewających wydarzeń Starego Testamentu. Chcielibyśmy się zakraść u podnóża góry i kontemplować ten epizod jako nasze – osobiste doświadczenie, przez które możemy wejść w Obłok Boskiego Światła. „Wiara jest dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” (Hbr 11,1). Nie musimy zazdrość Mojżeszowi tej łaski bycia naprzeciw Boga; spoglądamy już na nią z perspektywy Nowego Testamentu i Chrystusa który na innej górze przemienił się na oczach świadków, „a Jego odzienie stało się lśniąco białe” (Łk 9,28). Mojżesz niczego innego nie pragnął jak tylko ujrzeć Chwałę Bożą. Nosimy to samo pragnienie, choć pewnie nie potrafimy sobie wyobrazić jak byśmy się zachowali w podobnej sytuacji. Droga Mojżesza na górę, jest odtwarzana przez chrześcijaństwo nieustannie na sposób mistyczny. Człowiek wiary musi przekroczyć siebie; porzucić na chwilę świat który go otacza, aby wejść w chwilę zachwytu i ognia- ekstaza duszy.. Święty Grzegorz z Nyssy w swoim dziele Żywot Mojżesza próbuje wyjaśnić nam ten duchowy proces: „Prawdziwe widzenie i prawdziwe poznanie tego, czego szukamy, polega właśnie na niewidzeniu, na świadomości, że nasz cel przekracza wszelką wiedzę i jest wszędzie odgrodzony od nas ciemnością niepoznawalności.” Niepoznawalność może być rozumiana jako nadmiar światła- intensywność przeżycia zamykająca zmysł wzroku, a otwierająca oczy serca. Dionizy Areopagita pisał: „I wtedy Mojżesz opuścił tych, którzy widzą, i to, co jest widzialne, i wstąpił w prawdziwie mistyczną ciemność niewiedzy, w której wykluczył wszystko, co pojmowalne przez wiedzę, i zanurzył się w tym, co całkowicie nieuchwytne i niewidzialne, należąc cały do Tego, który jest ponad wszystkim, a jednocześnie do niczego w ogóle; nie będąc ani sobą, ani kimś innym, najwznioślej zjednoczony przez absolutną bierność niewiedzy z Tym, który jest całkowicie niepoznawalny, i poznający ponad intelektem, przez absolutną niewiedzę.” Chrześcijaństwo pójdzie jeszcze dalej, dzięki Symeonowi Nowemu Teologowi, mistyka ciemności ustąpi miejsca mistyce światła. Płonący krzew, stanie się jasnością Taboru promieniującą z przebóstwionego ciała Bogaczłowieka. „Bóg jest światłością- powie Symeon- i widzenie Go przypomina światło. Teolog ten odważy się postawić pytanie: „Czy jesteś moim Bogiem ?”- by następnie usłyszeć odpowiedź: „Tak, Ja jestem Bogiem, który dla ciebie stał się człowiekiem; Ja uczyniłem cię i uczynię, tak jak to widzisz, bogiem.” Mowa tu o przebóstwieniu człowieka- utkanego niczym w kokonie nicą światłości. By przeżyć przemienienie Jezusa, trzej uczniowie musieli przyjąć Jego zaproszenie, zgadzając się na chwilowe odosobnienie, na opuszczenie codziennej rzeczywistości, obowiązków i rozmaitych obowiązków. „Tam, gdzie szli nie było niczego. Mieli jedynie wiarę w Jezusa i miłość do Niego. To właśnie one prowadziły ich wzwyż” (M. Pennington). Miał rację Trubieckoj dostrzegając w chrześcijaństwie zjednoczenie tego, co Boskie i ludzkie. Przemienienie Chrystusa na Taborze dowodzi, że „prawdziwe źródło życia pewnego dnia przyoblecze się w słońce; tego dnia, nasza relacja do słońca z zewnętrznej przemieni się w wewnętrzną, a całe życie zostanie przepojone jego blaskiem, tak jak szaty Chrystusa na górze Tabor.”

wtorek, 18 lipca 2017

Ps 69  

Patrzcie i cieszcie się, ubodzy,
niech ożyje serce szukających Boga.
Bo Pan wysłuchuje biednych
i swoimi więźniami nie gardzi.

Człowiek w świecie rozdzielanym przez duchową pustkę i krótkodystansowe doświadczenia szczęścia, spogląda w głąb własnego serca i widzi, mówiąc słowami Wiliama Blake’a że jest „bezdennym wąwozem.” W tej szamotaninie musi nastąpić jakiś duchowy zwrot, wspinanie się ku górze. Rabbi Nachman pisał: „Jak ręka trzymana przed oczami zasłania największą górę, tak małe ziemskie życie przesłania nam ogromne światła i tajemnice, których pełen jest świat, i ten, kto potrafi odsunąć je sprzed oczu, jak odsuwa się rękę, ujrzy wielki blask wewnętrznych światów.” Psalmista próbuje nam uchylić rąbek tego świata; pełen egzaltacji utkanej z niewypowiedzianego faktu odkrywania Boga, uwiarygodnia jak wielki jest Ten, wobec którego człowiek pragnie zatańczyć z radości. Serce poszukujące Boga jest synonimem kontemplacji – wędrówki w głąb siebie i duchowego oglądu. Średniowieczny mnich Wilhelm z Saint Thierry pytał siebie w duchu: „Gdzie jesteś, o Panie ? Gdzie ? I gdzie, o Panie, Ciebie nie ma ? Przynajmniej to jedno wiem i to niezachwianie, że Ty, w którym poruszamy się i jesteśmy – jesteś obecny tu ze mną. Z Twojej uzdrawiającej Obecności pochodzi tęsknota i omdlewanie mojej duszy za Twoim zbawieniem.” To nie są tylko słowa mistyka, takie emocje targają sercem każdego człowieka który jest gotowy na ryzyko przybliżenia się do „Niepoznawalnego”. Kiedy jest mi trudno przybliżyć się do Boga, czy rozkołysać duszę w modlitwie, czytam jeden krótki fragment Pieśni nad Pieśniami: „Ja śpię, lecz serce me czuwa: cicho ! Oto mój miły puka !” Ile to razy się szuka i nie znajduje, a nasz praktyczny rozum wyprowadza nas na manowce, niczym nawigacja która utraciła kontakt z nadajnikiem satelitarnym. Niektórzy dopiero otwierają Bogu drzwi kiedy już oddali się i zniknie im z przed horyzontu wzroku. Jeżeli tak się zdarzy, że przed drzwiami naszego życia nie będzie już Chrystusa to należy biec po Jego śladach…, biec, biec, aż do utraty tchu. Nie można pozostać w miejscu, trzeba pozwolić sercu bić intensywniej. Święty Augustyn pisał: „Radujmy się i dziękujmy, że jesteśmy nie tylko chrześcijanami, ale samym Chrystusem. Czy pojmujecie, bracia, łaskę, którą obdarzył nas Bóg wszechmogący ? Niech przepełni was zdumienie i radość – prawdziwie staliśmy się członkami Chrystusa.”

 

poniedziałek, 17 lipca 2017

Mt 10, 38

 Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć  swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu znajdzie je. Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał…

W Krzyżu zawiera się głębia Bożej filantropii, największego obdarowania człowieka. Święty Augustyn pisał: „Wszystko, co działo się w życiu Chrystusa: ukrzyżowanie, pogrzebanie, zmartwychwstanie dnia trzeciego…, Jego słowa i czyny – jest obrazem naszego chrześcijańskiego życia na tej ziemi. Do Jego Krzyża odnoszą się słowa: „A ci którzy należą do Chrystusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z jego namiętnościami” (Ga 5,24). Przyjęcie Chrystusa nie może się dokonać bez identyfikacji z krzyżem. Czymże jest krzyż, jeśli nie prześladowaniem i cierpieniem ? „Nie jest to znak mityczny, lecz sama istota wiary” (J. Danielou). Musimy być realistami i zdać sobie sprawę z sytuacji w której żyjemy. Jesteśmy w świecie w którym każdy z nas jest narażony na cierpienie, niezrozumienie, pogardę i odrzucenie. Świat przestał się interesować sprawami zbawienia. Z życia wewnętrznego czyni wielką farsę, postrzegając religię jako kombinat przedawnionych i nikomu niepotrzebnych zabobonnych rytuałów. Takie przeświadczenia stawiają chrześcijan w sytuacji konfrontacji, opresji, gwałtu… Ilu z nas cierpi z powodu duchowej walki i zewnętrznych szyderstw wymierzonych w sprawy które są dla nas najważniejsze – najświętsze. Dopiero w tyglu doświadczeń, mocowania się ze sobą i przeciwnikiem naszej duszy, ostatecznie urzeczywistnia się misterium Krzyża i jego zwycięstwo. Bierdiajew mówił, że Chrystus uczy niesienia krzyża życia. Ale jego zdaniem „niesienie krzyża oznacza pełne światłości przeżywanie cierpienia, to znaczy inne, niż w mrocznym przeżywaniu cierpienia… Cierpienie jest doświadczeniem człowieka, doświadczeniem jego duchowych sił, ukierunkowania wolności, która ze swego pochodzenia poprzedza świat.” Po krzyżu przychodzi moment nagrody: „Dzisiaj będziesz ze Mną w raju”- powie Chrystus swoim wiernym przyjaciołom, tak jak łotrowi przeżywającemu dramat gehenny. Pozostaje nam zatem wołać słowami św. Jana Chryzostoma: „O Ty, który jesteś jedynym spośród jedynych i który jesteś wszystkim we wszystkich ! Błagamy Cię, rozciągnij swe ramiona nad Kościołem Twoim świętym i nad całym ludem Twoim świętym, zawsze Twoim.”

 

czwartek, 13 lipca 2017


Pierwsze doświadczenie misterium, to liturgia, którą sprawujemy. Życie liturgiczne jest nie tylko zwiastowaniem Dobrej Nowiny, ale także uczestniczeniem w nowym życiu. Piękno szczególnego rodzaju, które pochodzi nie z ciała, lecz z „cielesności przenikniętej Duchem,” zapoczątkowuje oświecenie naszych władz wewnętrznych za sprawą śpiewu, ikony, a nawet płomienia świec i zapachu kadzideł – gdyż węch jest najbardziej zmysłowym pośród zmysłów, najbardziej przyziemnym. Piękno jest liturgicznym imieniem Boga.        O. Clement

                                         


środa, 12 lipca 2017


Mt 10, 1-7

Jezus przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości. A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy – Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził. Tych to Dwunastu wysłał Jezus i dał im takie wskazania: «Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie».


Z mozaiki fragmentów opisanych przez synoptyków, które przybliżają nas do zrozumienia tajemnicy wyboru i powołania, można zbudować sobie pewien spójny obraz: „Jezus wszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia… przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił dwunastu, aby Mu towarzyszyli…” Zwróćmy uwagę na dwa sformułowania klucze: wybiera tych których chce, a drugi motyw zupełnie nowatorski to towarzyszenie. W tym przypadku „towarzyszenie” nie jest tylko podążaniem z kimś, sympatyczną wędrówką, czy biernością. Mamy do czynienia z maksymalnym zaangażowaniem; pozostawieniem w jakimś sensie własnego życia, wejściem w przygodę której cel do końca nie został jeszcze sprecyzowany. Uczeń podejmuje ryzyko ! To „seminarium duchowne” ma przede wszystkim wymiar praktyczny; codzienne sytuacje życiowe w których Bóg działa znaki i cuda stają w pełnym tego słowa znaczeniu fakultetem praktycznej teologii. „Naszym życiem powinniśmy ziemię na niebo przemieniać”- pisał św. Jan Chryzostom. Ta przemiana dokonuje się przez bliskość ucznia i Mistrza. Miał rację bizantyjski myśliciel Mikołaj Kabasilas: „Naśladować Chrystusa to żyć na wzór Chrystusa i żyć w Chrystusie, a jest to dziełem wolnej woli poddającej się Bożym planom.” Stąd pojęcie naśladowania, można rozumieć jako życie na wzór Mistrza. Nie możemy o tym naśladowaniu myśleć w kategoriach bezmyślnego naśladownictwa, ale odkrywania swoich możliwości, predyspozycji w kontekście realizacji powierzonych przez Chrystusa darów i charyzmatów. Słowo „apostoł”, po grecku apostolos, znaczy dokładnie to samo co aramejskie shaluah- wysłannik. Dwunastu uczniów przyobleczonych mocą Chrystusa zostaje posłanych aby weszli w świat z odwagą i zrealizowali misję. Jest to akt miłości, który niczym magnes ma przyciągnąć ludzi potrzebujących uzdrowienia. „Jezus prosi swoich uczniów, swoich przyjaciół, aby radowali się wielką radością, której powody leżą ponad człowiekiem, w samym wstrząsającym fakcie istnienia Boga. Właśnie w tej przejrzystej radości bezinteresownego miłowania, które ofiarowuje bez reszty i bez zastrzeżeń, kryje się zbawienie świata, a wezwanie nabiera nowego wydźwięku.” Zatem wiara uczniów, a nie zaufanie swojej inteligencji czy zdolnościom, winna być motorem każdego działania; siłą do oznajmiania bliskości nadchodzącego Królestwa Boga.

wtorek, 11 lipca 2017

Mt 19,27-29

Piotr powiedział do Jezusa: „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?” Jezus zaś rzekł do nich: „Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach i będziecie sądzić dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy”.

Jeśli uważnie bada się historię Kościoła to można dostrzec, że po apostołach ludzie idący za Chrystusem nie będą aż tak bezpośrednio pytać o „korzyści” z racji porzucenia wcześniejszego życia. Bycie z Chrystusem i życie Jego nauką stanie się nie tylko ideałem dla rzeszy odważnych kobiet i mężczyzn, ale nade wszystko świadectwem podtrzymującym Kościół aby nie dostał zadyszki i nigdy nie zrezygnował z raz powziętej drogi świętości. Taką z naszego punktu widzenia – elitarną grupą naśladowców Chrystusa byli mnisi i mniszki, którzy wyszli z pustyni i rozsiali się w różnych miejscach miast i wsi, zasiewając plon Królestwa Niebieskiego. Chociaż istotą monastycyzmu było życie w samotności i oderwaniu od świata, mnisi nigdy nie byli odcięci od wspólnot chrześcijańskich. Byli „wentylem bezpieczeństwa” kiedy topniała miłość do Boga i rozmywała się w gąszczu wygodnictwa ludzka moralność. Dokądkolwiek się udawali, wszędzie ciągnęli za nimi ludzie pobożni, ciekawscy, spragnieni Boga. Im bardziej ekscentryczne było ich zachowanie, tym bardziej byli podziwiani i otaczani miłością. Radykalizm ich życia w żaden sposób nie odstraszał ale przyciągał niczym magnes tych którzy pragnęli przemiany własnego życia. Święty Bazyli pisał z wielkim przejęciem o tych, którzy oddali się życiu pięknemu: „Każdy winien to wiedzieć, że mamy oczy wewnętrzne, widzące głębiej niż te oczy, i słuch głębszy niż ten słuch. Tak jak oczy zmysłowe widzą i rozpoznają twarz przyjaciela lub ukochanej osoby, tak i oczy prawdziwej i wiernej duszy, oświetlone duchowo światłem Boga, widzą i rozpoznają prawdziwego przyjaciela… Dusza ogarnięta jest gorącą miłością do Boga.” Zatem życie mnicha zdaje się być nieustanną pamięcią o Bogu; odkrywaniem zdumiewającej miłości. Wielcy ludzie ducha pojawiali się już u początków chrześcijaństwa. Zadomowili się w Kościele czyniąc go- piękną i strojną Oblubienicą. Na Zachodzie zakorzeniła się na dobre reguła zwane benedyktyńską, na jej zasadach będą opierać się późniejsze konstytucje i regulaminy innych wspólnot zakonnych. Prawdopodobnym autorem tej reguły był Benedykt (480-547). Znamy go z drugiej księgi Dialogów Grzegorza Wielkiego, dzieła z zakresu hagiografii monastycznej- zapewne wzorowanej na wcześniejszym Żywocie św. Antoniego pióra św. Atanazego Wielkiego. Moralizujące opowieści składają się na kompletny duchowy przewodnik Męża Bożego, którego Grzegorz pragnął dla zafascynowanych drogą rad ewangelicznych odmalować. Według autora urodzony w Nursji Benedykt założył klasztor w Subiaco, w dolinie na wschód od Rzymu, a następnie na Monte Cassino, w Kampanii. Niezwykle barwny jest żywot przyszłego mnicha. Zatrzymał się w Subiaco. Zamieszkał w grocie trudno dostępnej nad potokiem. W okolicy znajdowały się klasztory, a na pejzaż składały się stada owiec wypasane przez pasterzy. Benedykt rozpoczął swoją przygodę od bycia świadkiem Boga wśród  prostych pasterzy. Oni „przynosili mu pożywienie dla ciała, a za to z jego ust serca ich otrzymywały pokarm duchowy.” To prostaczkowie przyodziani w owcze skóry uczynili Benedykta popularnym na całym terenie do tego stopnia, że mnisi jednego z klasztorów prosili aby został ich opatem. Po jakimś czasie Subiaco zaludniło się uczniami Benedykta; pragnęli naśladować Chrystusa podpatrując życie błogosławionego Ojca. Benedykt nie uważał się za człowieka wyjątkowego, mądrego, czy posiadającego jakieś szczególne predyspozycje. A jednak historia nagrodziła go przydomkiem „Patriarchy życia zakonnego na zachodzie.” Jego życie było mądre, piękne i w pełni przeniknięte Bogiem. „Od początku jego działalności odnajdujemy podziwu godną równowagę między modlitwą i pracą, uległością a szacunkiem do innych osób, samotnością w obliczu Boga a życiem wspólnotowym, odrzuceniem a użytkowaniem rzeczy koniecznych do życia radosnego, hojnością a rozważną skromnością, milczeniem a życzliwością w relacjach interpersonalnych, władzą opata a prawem braci do wyrażania opinii” (J. Leclercq). Nieświadomie stał się Ojcem wielkiej tradycji duchowej i wspaniałej kultury materialnej- liczne klasztory będące kuźniami mądrości i promieniujące w okresach ciemnoty i obskurantyzmu. Jak mówił Benedykt: „Nic nie może być ważniejsze od Służby Bożej,” a dom dla mnichów nazywał „szkołą służby Pańskiej.” Kluczową rolę w dążeniu do świętości miała pełnić stałość miejsca- stabilitas loci. Poza bycie w jednym miejscu do końca życia bracia byli zobowiązani do ślubu przemiany życia – conversio morum i posłuszeństwa opatowi. Święty Benedykt nadał chrześcijańskie oblicze umiarkowaniu – temperantia. Chodziło o stworzenie doskonałej rodziny i klasztoru będącego namiastką Paradisum. Mnisi mieli być ludźmi przepełnionymi szczęściem, nie karykaturalnymi i posępnymi nieszczęśnikami jak próbował ich przerysować Umberto Ecco w powieści Imię Róży. Po śmierci Benedykta to wielkie dzieło rozkwitło błyskawicznie, gdzie nawet trudno obliczyć ile było klasztorów i żyjących w nich mnichów. Jak pisał Duby: „…mnisi uczestniczą w ceremonii głoszenia nieustannej chwały, w której to ceremonii zespalają się wszystkie moce twórcze dzieła sztuki.” W sercu wielkich miast czy daleko na pustyniach płynie przesłanie wielkich duchowych mistrzów: „Weźcie skrzydła ogniste i przylećcie do mnie”- poznajcie i pokochajcie Chrystusa !

poniedziałek, 10 lipca 2017


Mt 9, 18-26
Gdy Jezus mówił do uczniów, oto przyszedł do Niego pewien zwierzchnik synagogi i oddając Mu pokłon, prosił: «Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i połóż na nią rękę, a żyć będzie». Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim… Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: «Odsuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi». A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy.
Określam ten fragment jako „Ewangelię nadziei.” Kiedy wszyscy poddają się rozpaczy, rozkładają ręce i snują najbardziej tragiczny scenariusz, wchodzi na „scenę” Chrystus i czyni niesamowite rzeczy. Nadzieja polega na oczekiwaniu, że spełni się to, czego się pragnie, a czego jeszcze nie ma. Wiele razy towarzyszyłem rodzicom posiadającym ciężko chore dzieci w ich bólu. Najczęściej były to choroby nowotworowe, zaskakujące i pojawiające się nagle niczym wyrok. Były to trudne – często dramatyczne momenty w których nie tylko brakowało słów pociechy, ale nade wszystko był to wielki sprawdzian wiary. Często ludzie w niemożliwości zaradzenia chorobie dziecka, zasklepiali się w najgorszych myślach o końcu. Spoglądali w oczy cierpiącego dziecka i nic nie potrafili zrobić. Ich serca napełniały się smutkiem, a niekiedy pretensjami do Boga. Mentalnie już wchodzili w śmierć dziecka, gdzie jeszcze ostatnie słowo nie należało do śmierci. W takiej chwili pozostaje tylko pociecha płynąca z modlitwy, towarzyszenie i miłość. Nie można nigdy zrezygnować z nadziei. Nie można zamykać się w bólu i rozpaczy wchodząc w tragizm niemożności uczynienia czegokolwiek. To nie my zakreślamy linię granicy między życiem a śmiercią. „Odsuńcie się, po dziewczynka nie umarła, tylko śpi”- mówi Chrystus stają w samym centrum tego najbardziej traumatycznego wydarzenia. Wiara zawsze jest wsparta nadzieją, ponieważ jak mówi św. Paweł „wiara jest poręką tych dóbr, których się nie spodziewamy” (Hbr 11,1). Jeden z Ojców pustyni powie nawet mocniej: „Jeśli nie wierzysz, nie masz też nadziei.” Cokolwiek się wydarzy człowiek nie powinien rezygnować z nadziei, że ktoś mu naprawdę bliski może zostać uzdrowiony; jeśli wyzna wiarę w Chrystusa będąc w pełni przekonanym że w Nim jest zdrowie i nowe życie. Kiedy zamkną się szanse w przestrzeni szpitala, nigdy Bóg nie zamyka swoje lecznicy. Święty Diadoch z Fotyki określa nadzieję jako „miłosną wędrówkę ducha ku temu, na co ma się nadzieję.” Cokolwiek się może wydarzyć Chrystus zawsze jest w tej sytuacji obecny. Podnosi na duchu, kładzie dłoń na sercu dziecka i tych których serca są jak spękana ziemia. Czasami mówi: Talitha cum. A niekiedy mówi do rodziców: „Pozwólcie dziecku przyjść do Mnie.” Te dwie sytuacje przenika nadzieja.

niedziela, 9 lipca 2017


Mt 11, 25-30

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te  rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić…  

Kiedy radziecki astronauta Gagarin powrócił z wyprawy na księżyc, postawiono mu światopoglądowe pytanie które przeszło błyskawicznie do historii: Czy widziałeś tam Boga ? Miał wtedy odpowiedzieć: „Patrzałem i patrzałem, ale nie zobaczyłem Boga”. Jeden z prawosławnych księży miał skomentował te słowa następująco: „Skoro nie zobaczyłeś Boga na ziemi, to nie jesteś wstanie dostrzec go tam wysoko.” Podobno po wielu latach sam Gagarin miał wycofać się z tych słów, tłumacząc się lękiem przed ateistyczną ideologią i sowieckimi represjami. Chrystus w dzisiejszej Ewangelii mówi o prostaczkach którzy przybliżają się do tajemnicy Boga w pokorze serca i powściągliwości intelektu. Bogu Abrahama, Izaaka i Jakuba – myśliciel Pascal przeciwstawia Boga filozofów i uczonych. Bogu Jezusa Chrystusa protestancki teolog Barth przeciwstawiał Boga religii. Te dwa przykłady wskazują na zbyt duże uogólnienia i żłobią niepotrzebne wąwozy między tymi tropami poznania lub jego braku. Metropolita Atanazy Jevtic,  opisywał spotkanie z pewnym marksistą którego poznał w Belgradzie. Nastąpiła wymiana myśli miedzy wierzącym a poszukującym odpowiedzi mężczyzną: „Mówisz mi o chrześcijańskim mistycyzmie, a kojarzy mi się to z kotem, który wyleguje się na słońcu i jest po prostu znudzony życiem.” Na co odpowiedział spokojnie duchowny: „Chrześcijaństwo to radość spotkania i dobrego wyboru. To szczególne doznanie miłości – ile byś jej nie smakował, ciągle pozostawia cię z uczuciem niedosytu. Nigdy nie doznajesz przesytu, ale czujesz się tak, jak gdybyś chciał wyjść ponad swe fizyczne ograniczenia…” Nie wiem jaki był finał tej krótkiej rozmowy, ale w tych słowach zawiera się jakiś refleks tego, o czym powiedział Chrystus: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy…” Doskonale to rozumieli starożytni asceci chrześcijańscy przebywający na pustyni, dlatego mówili: „nikt nie może poznać Boga, jeśli najpierw nie poznał siebie.” Wiara zatem jest naszym wewnętrznym aktem – odwagą wyjścia poza siebie, poza własne konstrukcje myślenia i projekcje którymi chce nas wypełnić świat. Przez wiarę rozum nie tylko uznaje swoje ograniczenie, ale poznaje i podnosi się ku tajemnicy, która staje naprzeciw jako swoisty fenomen, a czasem paradoks. Wiara jest jedynym sposobem poznania tego, co przekracza poznanie rozumiane w kategorii aktywności intelektu. Starotestamentalni mężowie – Mojżesz i Eliasz, byli naprzeciw przemienionego Chrystusa na górze Tabor- weszli w „Obłok niewiedzy.” A uczniowie pełni zachwytu i przecierający oczy o nadmiaru światła, usłyszeli na dnie serca: „Podnieście oczy i patrzcie.” To wszystko wymagało od nich całkowitego ogołocenia i ostatecznie zderzenia z krzyżem. Po takim doświadczeniu nie można już nie wierzyć, czy szwendać się w gąszczu enigmatycznych pojęć czy dylematów. Ujęli Boga swoją prostotą, a On w nich zamieszkał i wszystko stało się jasne. Kiedy zeszli z góry pytali ich zapewne pozostali apostołowie: Co zobaczyliście ? Bili się z myślami i przecierając podrażnione oczy od światła, odparli: To tajemnica naszej duszy. Ale  spowijająca ich twarze radość mówiła wszystko.

 

sobota, 8 lipca 2017

Ps 135

Chwalcie Pana, bo Pan jest dobry,
śpiewajcie Jego imieniu, bo jest łaskawy.
Pan bowiem wybrał sobie Jakuba,
na własność wyłączną wybrał Izraela.

Poranek umilał mi średniowieczny chorał Chant Mozarabe Cathedrale de Tolede- perełka muzyczna zrodzona w środowisku hiszpańskich chrześcijan żyjących pod panowaniem muzułmańskim. Pomyślałem że napiszę o muzyce – tej świętej, otwierającej portal niebiańskich przybytków. Muzyka obok dynamicznie rozwijających się sztuk plastycznych od początku chrześcijaństwa była jedną z najważniejszych odprysków Bożego piękna i wypadkową ludzkiej twórczości. To swoisty język ukrytych znaczeń, drgań duszy, metafizycznego dialogu. Muzyka to niebiańska harmonia sfer – mówili starożytni upatrując w niej ideę kosmosu, świata i poruszającego się pomiędzy nimi z uniesioną duszą człowieka. Śpiew był od zawsze integralną częścią kultu chrześcijańskiego Misterium. Święty Paweł mówi nam o ‘psalmach i hymnach, i pieśniach pełnych ducha” i niewykluczone że te poetyckie utwory Starego Testamentu wypełniały liturgię, czyniąc ją czymś na wskroś symfonicznym i mistycznym. Muzyka rodziła się z ludzkiego serca i geniuszu; powstawała analogicznie do cudu architektury bizantyjskiej, romańskiej, gotyckiej, czy napuszonego w bogactwie form baroku. Już Pliniusz Młodszy, będąc namiestnikiem prowincji w Azji Mniejszej podaje w swoich pismach, że gdy chrześcijanie się gromadzili, śpiewali pieśń ku czci Chrystusa jako Boga. Jeden z pierwszych męczenników młodego Kościoła Justyn pisał, że Boga należy wychwalać „poprzez uroczyste celebracje i śpiewać hymny”, dziękując za akt stworzenia i odkupienia. Czajkowski słynny rosyjski kompozytor miał powiedzieć, że „gdzie nie ma serca, muzyka istnieć nie może.” Bijącym sercem Kościoła jest Chrystus uwielbiany w bizantyjskich hirmosach, w monadycznym charakterze chorału gregoriańskiego i cudownej kołysającej duszę polifonii Palestriny. W XX wieku grupa archeologów odnalazła w Egipcie papirus z fragmentem wczesnochrześcijańskiego hymnu dedykowanemu ku czci Trójcy Świętej. Papirus był fantastycznym odkryciem; grecki tekst hymnu i dołączona do niego notacja muzyczna – litery oznaczające melodię do której należało go śpiewać. Dzisiaj możemy go bez jakiejkolwiek trudności odtworzyć. Słowa i melodia przenosi nas w świat starożytnych chrześcijan z nad Nilu, którzy tak jak my wypowiadali Bogu chwałę. Wczytajmy się w treść tego hymnu: „Niech zapadnie cisza. Niech zgaśnie blask lśniących gwiazd. Niech uspokoją się wiatry i hałaśliwe rzeki. W czasie, gdy śpiewamy hymn Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Niech wszystkie moce dodadzą „amen”, „amen”. Potęgi, chwalcie bezustannie i oddawajcie chwałę Bogu- Jedynemu dawcy dobra, amen, amen.” Będąc bogatymi o wiele wieków historii, już dzisiaj wiemy, że liturgia była utkana ze śpiewu i ciszy. Śpiew podnosił Kościół ku górze, cisza osadzała w tajemnicy i bliskości przychodzącego Boga. „Wszystkie te rzeczy dokonują się, gdy wszyscy milczą”- pisał Teodor z Mopsuestii wskazując na wzajemne przenikanie się tych dwóch komponentów sacrum. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa ukształtowały się lokalne tradycje muzyczne na Wschodzie i Zachodzie. Zapisywano znane melodie, utrwalano je w wykwintnie przygotowanych księgach, opatrywano komentarzami. Muzyka na dobre zadomowiła się w Domu Bożym, pobudzając duchowników maszerujących w procesyjnych korowodach- nasuwających skojarzenie z tańcem naśladując tym samym euforię szczęścia Maryi wyśpiewującej swój Magnificat. „Nic dziwnego, że słuch znajduje rozkosz w różnorodności dźwięków, podobnie jak wzrok cieszy się różnorodnością barw, jak węch podnieca się różnorodnością, a język raduje zmianą smaków- pisał Gwidon z Arezzo- Słodycz dających rozkosz rzeczy w cudowny sposób przenika, jak przez okno, w głąb serca.” Muzyka jest zatem opowieścią o Wieczności jakkolwiek ją pojmujemy. Dźwięki harmonijnie ze sobą splecione odpowiadają kulturze ducha i pragnieniu wzniesienia się ponad egzystencję. „Jeżeli każdy człowiek stworzony na obraz Boży jest żywą ikoną Królestwa Niebieskiego- napisał P. Evdokimv- W chwili swego Wielkiego Przejścia Duch Święty lekkim dotknięciem swoich palców muśnie ikonę i ślad tego dotknięcia pozostanie na niej na zawsze. W tej ;wiekuistej liturgii” wieku przyszłego człowiek będzie śpiewał chwałę swemu Panu za pośrednictwem wszystkich elementów kultury, które przeszły przez ogień oczyszczenia.”

piątek, 7 lipca 2017


Ps 106  
Chwalcie Pana, bo jest dobry,
bo na wieki trwa Jego łaska.
Któż wysłowi potężne dzieła Pana
i rozgłosi całą Jego chwałę?
Czas wakacji sprzyja licznym podróżom, wyprawom, przemierzaniem nowych szlaków, poszerzaniem horyzontów. Często celem tych wędrówek po nieznanych miejscach jest pragnie odzyskania równowagi – pewnej higieny życia fizycznego i duchowego. Wielu ludzi szuka takich miejsc, gdzie można oderwać się choć na chwilę od zgiełku galopującego w zawrotnym tempie świata i od hałasu, który wdziera się w nas na różne możliwe sposoby. Przeglądając przewodniki turystyczne bardzo często szukamy miejsc ustronnych, a zarazem pięknych. Niezmącony ingerencją człowieka ekosystem - świat flory i fauny; jak również miejsca dotknięte historią dawnych wieków, zabytkowe kościoły i klasztory, pustelnie, ukryte na mapach miejsca spokojnej egzystencji. Osnową tych poszukiwań jest pragnienie zmiany otoczenia, a nawet jakiegoś nieuświadomionego zderzenia z sacrum. W słowach Psalmisty przeplata się estetyka i teologia, podziw oraz nieporadnie wyartykułowane uwielbienie. Jeżeli ktoś uważnie podejmuje lekturę Biblii to może odkryć pewną zaskakującą umiejętność zatrzymywania się nad pięknem tego, co jest wstanie zarejestrować ludzkie oko. To, co ogarnia ludzki wzrok jest śladem obecności Boga. Ten obraz w naturalny sposób przechodzi do serca i przeistacza nasze poznanie w modlitwę utkaną z podziwu. Wiele razy odczułem takie zdumienie. Czasami przechodziłem przez mnóstwo muzealnych sal podziwiając wielkie dzieła sztuki, ale ten estetyczny ogląd nie zaspokoił do końca mojego głodu piękna. Znowu znajdując się w jakiś ustronnym miejscu, oddalonym od znanych szlaków odczułem niejednokrotnie takie uczucie, które było czymś na wskroś religijnym. Pierwsza myśl która przeszła przez głowę to taka: Boże jak to cudownie pomyślałeś ! Hans Urs von Balthasar jeden z nielicznych teologów- estetyków, określił świat stworzony przez Boga jako „kosmiczną liturgię”. Jest w tym jakaś głęboka intuicja i świadomość postrzegania palca Bożego w świecie. Świat wytryskuje z pod dłoni Stwarzającego, już w swojej wyjściowej postaci zostaje przyodziany w piękno – jest w tym jakieś napięcie ku transcendencji. Ojcowie Kościoła potrafili odkryć te drobne detale i zależności; widzieli doskonale, że człowiek jest „miejscem połączenia między tym co, co Boskie i co, ziemskie”. W ten sposób jak powie jeden ze starożytnych intelektualistów: „świat przeznaczony jest do tego, aby przez człowieka stać się „obrazem obrazu.”Wchodzimy tutaj w jakąś metafizykę piękna. Święty Augustyn z pewnością by dopowiedział, że „w Trójcy Świętej mamy początek wszystkich rzeczy, doskonałe piękno, pełnię radości.” Wchodząc w świat, wkraczamy w realizm uzewnętrznionego piękna jako pocałunku Boga – Wielkiego Estety. Kabała enigmatyczna księga filozofii żydowskiej, naucza o Niebieskim Adamie. „Człowiek – głosi Zohar – jest zarazem punktem wyjścia i najwyższym punktem stworzenia. Dlatego został stworzonym siódmego dnia. Gdy tylko pojawił się człowiek, wszystko zostało zakończone, i świat niższy i wyższy, gdyż wszystko to zostało zawarte w człowieku, on jednoczy wszystkie formy.” Teraz człowiek na nowo wkracza w świat, aby odkryć sens własnego bytu i spotkać piękno uobecnione w Chrystusie. Jak powie rosyjski filozof Bierdiajew: „Adam jest zrodzony przez Chrystusa jako nowy człowiek duchowy, już nie jest pasywnym i stłamszonym ślepcem, ale widzącym twórcą, synem Bożym kontynuującym dzieło Ojca.” Wchodzimy zatem w świat jako „cząstka kosmosu”, aby odnaleźć swoje spełnienie w Pięknie Absolutnym.

czwartek, 6 lipca 2017

Mt 9, 1-8

Jezus wsiadł do łodzi, przeprawił się z powrotem i przyszedł do swego miasta. A oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: «Ufaj, synu! Odpuszczone są ci twoje grzechy». Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: On bluźni. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: «Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem łatwiej jest powiedzieć: „Odpuszczone są ci twoje grzechy”, czy też powiedzieć: „Wstań i chodź!” Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów» – rzekł do paralityka: «Wstań, weź swoje łoże i idź do swego domu!»


Mam wrażenie od dłuższego czasu, że istnieje taka niebezpieczna tendencja psychologizowania ludzkiego życia. Na każdy ludzki kryzys próbuje się odnaleźć adekwatne antidotum na gruncie swoistego „eksperymentu psychologicznego”. To leczenie dokonuje się często na zewnątrz w oparciu różne determinanty. Jest to jakaś próba opowiadania o człowieku; szukania sposobu aby rozwiązać konkretne problemy, ale niestety bardzo często na powierzchni. Z drugiej strony, nie można bagatelizować roli współczesnych nauk, ale takie działania są niewystarczające, szczególnie wtedy kiedy problem dotyka wnętrza i oddziaływuje na zewnątrz. Terapia nigdy nie zastąpi spowiedzi, nie ma władzy rozgrzeszania i powiedzenia: „Wstań i idź” lub „Bóg który cię kocha odpuszcza ci grzechy.” Prawdziwe uzdrowienie dokonuje się w środku człowieka, ale ono ma wymiar o wiele głębszy niż podręcznikowe - szkolne założenia. „Przez Chrystusa – powie św. Grzegorz z Nazjanzu- odnowiona zostaje integralność naszej natury, przez to, co On przedstawia topicznie, jako archetyp tego, czym my jesteśmy.” Proces uzdrowienia i wychodzenia z szeroko rozumianych kryzysów, dokonuje się w przestrzeni wiary – „Ufaj synu !” Jedna z modlitw przed spowiedzią brzmi następująco: „Przyszedłeś do lekarza, nie odchodź więc, dopóki nie zostaniesz uzdrowiony.” Już w tych słowach wyraża się pragnienie odzyskania na nowo zdrowia; wewnętrzne przekonanie o tym, że Ten do którego przychodzę ma władzę zdjęcia ciążącego balastu z dna mojej duszy. Święty Efrem pisał: „że początkiem zbawienia jest poznanie samego siebie.” Inaczej mówiąc, chodzi o uzewnętrznienie tego, co jest w człowieku paraliżujące, toksyczne, odbierające wolność dziecka Bożego. Człowiek zdaniem mądrych i wypróbowanych w ascezie Ojców, winien nieustannie badać swoje serce – dostrzegać to, co jest powodem oddalenia od Boga. Chrześcijanie prawosławni ten rodzaj penetracji własnego wnętrza określają mianem pokajania. Z pokajania rodzi się doskonały żal, skrucha i łzy, a ostatecznie łaska uzdrowienia. Uznając siebie za grzesznika, mając świadomość swojej niemocy, uznając stan własnego odseparowania od Niego – wchodzimy na drogę wolności. Święty Izaak Syryjczyk wyrazi to w głębokich słowach: „Znający swoje grzechy jest większy od tego, kto modlitwą wskrzesza zmarłych. Kto wzdycha jedną godzinę nad swą duszą jest większy od tego, kto służy całemu światu kontemplacją. Komu było dane zobaczyć samego siebie jest większy od tego, komu dane było oglądać anioły.” Współczesny człowiek przestał zastanawiać się nad stanem własnego wnętrza, zdaje się cierpieć na duchową amnezję i wyparcie; przestał się posługiwać lekarstwem modlitwy. Współczesność nazwała religię „zbiorową neurozą i chimeryczną deformacją życia”. Człowiek nowoczesny i apatyczny wobec religii, poraniony szuka szczęścia gdzie indziej... W konsekwencji przeszywającego bólu egzystencjalnego i zmagania duszy ląduje na kuszetce pierwszego lepszego gabinetu. Ta szamotanina będzie trwała zaleczana doraźnymi lekarstwami, do momentu kiedy modlitwa pozwoli mu poznać stan własnej duszy.

środa, 5 lipca 2017




Mt 8,28-34


Gdy Jezus przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków, wybiegli Mu naprzeciw dwaj opętani, którzy wyszli z grobów, bardzo dzicy, tak że nikt nie mógł przejść tą drogą. Zaczęli krzyczeć: „Czego chcesz od nas, Jezusie, Synu Boży? Przyszedłeś tu przed czasem dręczyć nas?” A opodal nich pasła się duża trzoda świń. Złe duchy prosiły Go: „Jeżeli nas wyrzucasz, to poślij nas w tę trzodę świń”. Rzekł do nich: „Idźcie”. Wyszły więc i weszły w świnie. I naraz cała trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i zginęła w falach…  


Wczoraj czytaliśmy w Ewangelii jak Chrystus ujarzmił burzę, poskromił przelewające się przez łódź fale wody, uspokoił rozszalałe żywioły, zdołał uspokoić zalęknione serca uczniów. Czytam dzisiejszy epizod jak świetnie podany news; w tym opisie wszystko jest tak nieprawdopodobne, a nawet trochę tragikomiczne. Wejdźmy w sam środek tego wydarzenia, wczujmy się w położenie Gadareńczyków. W ich okolicy wydarzyło się coś tak bardzo zaskakującego. Biegną nad jezioro, a ich wzrok zostaje dotknięty dwoma obrazami. Z jednej strony trzoda potopionych świń, które do nich nie należały, a z drugiej dwóch opętanych ludzi.  W centrum tego wydarzenia stoi Chrystus dotknięty dylematem dokonania wyboru: trzoda świń lub dwóch potrzebujących uwolnienia ludzi. Bilans jest klarowny- o dwóch ludzi uwolnionych więcej, o stado świń mniej. Chrześcijaństwo z uporem opowiada o Bogu, który do szaleństwa ukochał człowieka; On odcina demoniczne pęta, zasklepia wyżłobione przez liczne grzechy rany. W świetle przesłanek ekonomicznych ta decyzja to czyste szaleństwo; człowiek którego te świnie są własnością będzie klepał biedę do końca życia. „Trzeba jednak zapłacić jakąś cenę za „wyzwolenie” dwóch ludzi. Chrystus żąda tej zapłaty od Gadareńczyków. Żąda by w swych sercach uznali, że człowiek jest ważniejszy do świń.” Łatwiej jest zachować świnie i pozostać w mocy opętania. Święty Izaak Syryjczyk zauważa, że „ten, kto nie powierza swojej woli Bogu, poddaje się swemu wrogowi”. To nie jest prosta transakcja biznesowa. Przecież świnie to dobra lokata na dobrze zaplanowaną przyszłość; a tu w grę wchodzą takie straty. Chrystus również od nas żąda jasnego wyboru. Na jednej szali człowiek. Na drugiej wszystkie zabezpieczenia i finansowe wentyle bezpieczeństwa. Zgoda na obecność Chrystusa zależy od wahań tej wagi. Święty Jan Chryzostom powie: „Boski lekarz nie uzdrawia nas wbrew nam samym.” A z drugiej strony ubezwłasnowolniony człowiek nie jest wstanie decydować o swoim życiu – potrzebuje brata. Chrześcijanin to człowiek dla którego bliźni jest darem, a świnie są drugorzędne. Obrońcy zwierząt zarzucą mi, że to bolesna radość.


 

wtorek, 4 lipca 2017

Mt 8, 23-27

Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. A oto zerwała się wielka burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: «Panie, ratuj, giniemy!» A On im rzekł: «Czemu bojaźliwi jesteście, ludzie małej wiary?» Potem, powstawszy, zgromił wichry i jezioro, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: «Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?»

Jakimś paraliżującym symptomem ponowoczesności jest lęk człowieka przed porzuceniem i samotnością; strach przed katastrofą i natychmiastowym wywróceniem życia do góry nogami. W gwałtownym „dyskursie” dzisiejszej Ewangelii Chrystus przeprowadza test na który zdaje się, nie są przygotowani jego uczniowie. Nie spodziewali się, że aura się zmieni a łódka stanie się małą łupiną dryfującą wobec żywiołu wiatru i wody. Nawet najtwardszy sen trzymający w ramionach Morfeusza, może być wytrącony jedną myślą lub gestem Boga. Czy to sprawdzian wiary, wierności, miłości ? W moim odczuciu jest to sprawdzian wiary. Chrystus wybiera ekstremalny sposób, aby wypróbować przyszłych adeptów ewangelizacji i potencjalnych męczenników za wiarę. Chce im pokazać, że ich przyszłe zmagania są większe i wymagające maksymalnej determinacji, niż strach siedzenia w rozkołysanej łódce. Kościół to łódź która musi przepłynąć po morzu doczesności; będą się przez nią przelewać fale ignorancji i niewiary, negacji i miażdżącej ideologicznej wojny, ale one nie powodują katastrofy- tylko brak wiary ! Henri de Lubac wskazywał, że należy wierzyć Kościołowi, lecz nie wolno wierzyć w Kościół, gdyż byłaby to idolatria. Kiedy chrześcijanin spuści wzrok z Chrystusa będąc przekonanym, że Bóg nie śpi i nie ma powodu, by z nim czuwać i tworzyć wspólnotę – wtedy zacznie tonąć. Niektórzy tak mocno się usadowili w Kościele, że najchętniej by innych wyrzucili poza jego burtę. Niech przestrogą będą dla nas słowa św. Augustyna: „Otóż pierwszą rzeczą, o jakiej nas trzeba było przekonać, jest wielka miłość Boga do nas, abyśmy przez rozpacz nie stracili odwagi do powstania i pójścia do Niego. Abyśmy jednak nie pysznili się naszymi rzekomo zasługami, abyśmy jeszcze bardziej nie oddalili się od Niego i w poczuciu naszej mocy nie stali się jeszcze słabsi, dlatego należało nam pokazać, w jakim stanie Bóg nas ukochał. Dlatego tak z nami postąpił, abyśmy raczej Jego mocą szli naprzód, i żeby siła miłości wzrastała w ten sposób w słabości i pokorze.” Nie wolno przespać próby. Nie wolno nie pytać: Kimże On jest ?

poniedziałek, 3 lipca 2017

J 20,24-29

A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: „Pokój wam!” Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Tomasz Mu odpowiedział: „Pan mój i Bóg mój!” Powiedział mu Jezus: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

Często czytamy ten paschalny fragment Ewangelii  przez pryzmat „szkiełka i oka”. Wielu teologów w wątpliwościach Tomasza i chęci zobaczenia Chrystusowych ran, wyprowadzało dowód przeciwko sceptykom i rozgadanym krytykom chrześcijańskiej doktryny.  Ale Tomasz nie był niedowiarkiem, był w stu procentach wierzącym tak samo jak pozostali uczniowie którym dane było spotkać Mistrza. On zareagował w taki sposób jak każdy inny człowiek- chcę Go ujrzeć ! Czy to tak wiele ? Te rany są potrzebne Kościołowi, zabezpieczają pobożną teologię przed zapomnieniem o odkupieńczym akcie Chrystusa. Nitzsche przeklinał Krzyż jako ‘najgorsze ze wszystkich drzew”, ale to drzewo odcisnęło niezatarte ślady na ciele ukrzyżowanego Bogaczłowieka. Do niego był przytwierdzony bezradny i osamotniony Baranek. Z Krzyża nie przeklinał swoich oprawców, lecz błogosławił. Ostatnie słowa były potwierdzeniem miłości i przebaczenia. Rany pozostały ! To co budzi wstręt, najgorsze skojarzenia i ból- stało się stygmatami miłości. Kościół musi nieustannie wkładać palce w miejsce ran Chrystusa, aby móc zrozumieć ogrom Jego miłości i wielkość Zmartwychwstania. Lustiger pisał, że: „ukazanie się Jezusa zmartwychwstałego nie ma na celu zatarcia złych wspomnień Męki, na której zatrzymała się pamięć Apostołów… I z tym pozostali: trzeba o tym pamiętać.” Dzięki tym ranom odniesionym w boju, rozpoznamy Pana kiedy przyjdzie w Paruzji. Na końcu czasów otworzą się rany Zbawiciela-Sędziego i wytryśnie z nich miłość; dla jednych źródło życia wiecznego, dla innych niewyobrażalnego cierpienia. Chrystusowe rany są odpowiedzią na ludzką obojętność i pogardę. Rany są znakiem miłości, nawet wtedy kiedy tego nie rozumiemy i wydaje nam się to tak tragiczne, iż nie możliwe do przyjęcia. W tych znakach, podpierając się słowami starca Siluana z Athosu: „Bóg kocha wszystkich nieskończoną miłością”.