Menu

niedziela, 14 czerwca 2026

 

W owym czasie Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim*. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci: Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim ( Mt 4,18-23).

Kilka razy dane mi było spacerować po porcie rybackim i obserwować pracę znajdujących się tam ludzi. Nie jest to przestrzeń estetyczna dla przypadkowych przechodniów. Surowy sztafaż miejsca, gdzie dokonuje się szamotanina myśli, wypłynięcia i powroty; radość z ułowionych ryb, czy rozczarowanie z pustki wyszarpanych morzu sieci. Zbutwiałe i wypracowane łodzie rybackie, rzeźbione przez czas i kaprysy wody. Słowa fal uderzające o burtę, stają się filozofią człowieka oddalającego się od ziemi, wydanego samotności i cierpieniu. Rozciągnięte na palach i co jakiś czas łatane sieci, nadające pejzażowi nadbrzeża dość osobliwy i surowy charakter. Piasek wysadzany kamieniami i rozpościerająca się monotonia, tak silnie kontrastująca z nieprzewidywalnością akwenu na który trzeba wypłynąć, aby zarobić pieniądze i utrzymać rodzinę. W końcu rybacy – często z ojca na syna – zajmujący się ta niebezpieczną profesją obcowania z żywiołem wody i jego mirażami, dla których jak powie bohater Hemingwaya „tylko praktyczność ma sens.” Portrety tak wyraziste jak otwarta książka z której można czytać powieść. Każde opuszczenie portu, może być tym ostatnim. Widmowość egzystencji na którą pada cień śmierci. „Od skał po góry prowadziła nas droga mleczna, a gdy morze zniknęło Bóg był blisko”- powie grecki poeta Sarantaris. Mój kolega ze studiów, opisując ojca, rybaka z pod Pucka wspominał: Kiedy wychodził z domu czynił znak krzyża. Żegnał się z nami tak ciepło, jakby miał już do niego nie powrócić. Rybacy o dłoniach chropowatych, poranionych, mocujących się z ławicami ryb – tańczącymi w prądach wody. Patrzę na tę scenerię niczym malarz, powstrzymując w sobie chęć odtworzenia go aż do momentu, kiedy linie i kolory, ukształtują w moim wnętrzu obraz finalny, przeniknięty duchowym sensem i ponadczasowym przesłaniem. W tym duchu czytam ten fragment Ewangelii. Istnieje piękno zauważenia, splot okoliczności, zatrzymania, spojrzenia w prozaiczności miejsca i pracy ludzi, zagarniętych dla dzieła które w danej chwili może być niezrozumiałe, a nawet przerastające ludzkie możliwości. Rozmyślanie o przypadku jest bezcelowe. To miejsce wybrał Chrystus – najmniej sakralne, a zarazem tak magnetyzujące zmysły i wyobraźnię. „Nie pytaj, dokąd zmierza miłość, która cię porywa”- wyzna pewien mistyk w świetlistym upojeniu ciemnej nocy duszy. Kiedy On wypowiada imię stojąc boso na brzegu jeziora, to naturę przenika zapach eterycznych olejków i spokój, ponieważ drganie życie przenika serce świata. Po chwili kipi woda i sieci się rwą od dostatku ryb, znaku błogosławieństwa po którym słowa zdają się zbędne. Nastaje cisza, niczym przeistoczona mowa i gorący oddech Boga. Spotkanie rozpoczyna się od zauważenia osoby. On inicjuje przygodę wiary i czyni rybakami ludzi. Kołatanie serca i odwaga oddalenia się od brzegu. Zaropiałe i pozbawione snu oczy mężczyzn, przenika blik światła i nadziei; poderwanie do natychmiastowego pójścia za Nim.

wtorek, 9 czerwca 2026

 

Jak dojść do celu, kiedy bolą cię nogi ? Jak można kochać, kiedy serce jest rozdarte na strzępy ? Jak trzeźwo myśleć, kiedy umysł przygniata balast niepewności o kształt jutra ? Jak odkryć piękno, kiedy codzienność naznacza wulgarna i tandetna brzydota ? – to zaledwie kilka pytań które składają się na litanię ludzkiego istnienia. Również mojego !  Życie bez tak stawianych pytań utraciłoby swój smak, stało się gorzkie i bezbarwne, osnute jedynie na płochych marzeniach, prowadzących do małych lub większych katastrof. Odwracam głowę za siebie i dostrzegam przeszłość, jej ciężar i zmienność, naprężenie jak na cięciwie łuku; którą smagają spękane od wypuszczania strzał opuszki palców. Te strzały to zakamuflowane myśli i uczucia które pod skrzętnie nagromadzonymi warstwami, czekają nowego otwarcia – świtu – jutra, które będzie piękniejsze niż to zagmatwane dzisiaj. Przekręcasz twarz i patrzysz na horyzont. Wiatr smaga twarz a światło obłaskawia pierwsze pojawiające się zmarszczki. Mrużysz oczy i niedowierzasz im, sceptycznie przecierając je dłonią aż do uciążliwego bólu powiek. Wszystko naznacza zmienność i tonalność teraźniejszości, aż po partycypację w tajemnicy czegoś jeszcze ukrytego – wyłaniającego się częściowo i jeszcze niewyraźnie. Umysł obarczony pamięcią przywołuje obrazy i smaki, delektując się nimi aż do utraty tchu i poczucia rzeczywistości. Sploty płochliwie przeżywanych zachwytów i miłosnych uniesień, biologicznego przeżywania scalenia, po ból rozstania i porażki, odsłaniającej fatum śmierci. Od ciała zwiniętego w powolnie otwierający i pękający kokon życia, po ciało zbutwiałe – zwinięte w zwój który może unieść natychmiastowo podmuch wiatru. „Piękno wzywa do pożądanego udziału w życiu, do przekroczenia śmierci – pisze Christos Yannaras – w swoich scholiach poświęconych miłości – Piękno ukochanej istoty, piękno ukochane, zaproszenie do życia, najwyższe wezwanie. A za tym wezwaniem: natura, szyderczy grymas śmierci. Jesteśmy spragnieni piękna: pragnieniem nienasyconym, pragnieniem natury, instynktu, popędu. Natura nieuchronnie poddaje życie możliwości własnego trwania i kontynuacji.” Eros i Tanatos trzymają się za dłonie w solennym korowodzie historii każdego z nas. Zobacz jest w tym napięcie i harmonia, odrzucenie i scalenie, bunt i zespolenie, szamocące żywiołem istot wychodzących przez macierzyńską bramę rozkoszy i życia. „Gdy przebywamy w łonie matki, ze światem łączy nas pępowina. Kiedy się urodzimy – usta. Spośród naszych zmysłów wzrok jest abstrakcyjny – oko nie ma bezpośredniego kontaktu z tym, co widzi, nie potrafi się zrosnąć z obiektami widzenia. Słuch poprzez swój organ, czyli ucho, jest już bliższe światu; ręka dotyka, chwyta, nozdrza wciągają zapachy i opary”- rozmyślał o tej różnorodności poznawczej zmysłów Hamvas. Przestałem już całować a zacząłem nasłuchiwać ciszy. Zamiast łykać hausty powietrza, oddycham miarowo. Podnoszę głowę ku górze jak chłopiec na obrazie Julio Reyesa. Zamykam częściej oczy, niż je otwieram. Staram się mniej mówić i pisać o wierze, a świadomiej wierzyć. Staram się mniej żyć, a bardziej umierać – aby móc żyć w pełni w Miłości. Kwintesencja dojrzałego istnienia !

niedziela, 7 czerwca 2026

 

Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie (Mt 10, 32-33). Sensem życia każdego chrześcijanina jest stawanie się każdego dnia o wiele bardziej świadomym swojego powołania i misji, która została dana wraz z chrztem i namszczeniem Duchem Świętym. „Ogień profetyczny zawsze był mocą odradzającą życie duchowe, które wystygło. Inną odradzającą mocą była mistyka”- twierdził Bierdiajew. W czasach glinianych naczyń, bezbarwnych i rozmytych postaw, wyroczni jaką jest Internet, radykalizm słów Chrystusa musi zabrzmieć z nową świeżością i głębią – budząc na nowo postawę i mentalność proroka, świadka i męczennika – świętość przenikającą skamieniałe ludzkie serca; wbijając się w ciało miejsca, gdzie toczy się codzienny zgiełk, przenikając jego grzeszne peryferia i  zaczepnie artykułowany bunt względem Boga. Wobec algorytmów fałszu, przedkładającego nachalnie, że nie ma nic, rozbrzmiewa w opozycji paschalne przesłanie Ewangelii: On jest Życiem ! Pomiędzy jej wersetami jest wystarczająco dużo światła, aby rozświetlić mrok wyparcia wiary, buntu, zobojętnienia, pogardy i fałszu. Świadectwo wolne od lęku, odrzucenia, wystawione na pogardę, a niekiedy ocierające się o konieczność złożenia swojego życia w ofierze. Wejść w rzeczywistość w której dokonuje się konfrontacja pomiędzy siłą człowieka a słabością Boga. „Przedmiotem wiary nie jest bowiem przekonanie o istnieniu jakiegoś niedostępnego Boga poznawanego przez symbole i mity – pisał J. Danielou – Do tego wystarcza religia. Wiara natomiast jest przekonaniem o działaniu Bożym. To wiara w Boga, który wkracza w egzystencję ludzką i objawia się spełniając dzieła, które spełniać może tylko On sam.” Przyznać się do Niego, to prawdopodobne pozwolić się ukrzyżować obok Tego, którego milczenie jest potężniejsze, niż najbardziej doniosły i przerażający skowyt ideologii zwiastujących zmierzch wiary. „Wierność: pamięć o źródle i przeczucie oceanu w mętnym nurcie przepływu wielkiej rzeki”(G. Thibon). Człowiek wiary zaproszony do ciągłego kiełkowania ziarna i wgryzania się w glebę jałową lub prawie martwą, aby dokonała się dynamika wzrostu i błogosławieństwa. To przynaglenie rozbrzmiewające ze szczelin i bijącego źródła wieczności: Idź naprzód. Nie lękaj się !

poniedziałek, 1 czerwca 2026

 

Zakleszczony w tramwaju pośród przemieszczających się ludzi miasta, dostrzegam atmosferę zamknięcia i separacji, uwiarygodnioną przez zaciskane w dłoniach telefony, czy spiralach słuchawek osadzonych na uszach. Kotłuje się w moim umyśle spostrzeżenie Mouniera: „Osoba jest jedyną rzeczywistością zdolną do bezpośredniego komunikowania siebie, jest skierowana ku drugiej osobie.” Patrzę i doznaję pewnego poznawczego dysonansu. Neuronalna dysfunkcja cywilizacji pędu i stan permanentnego osłabienia interakcji. Nie ma już „buntu mas” tylko zobojętnienie i stagnacja. W samotności tłumu rozmawiam ze sobą – niczym prowokujący napotkanych przechodniów Sokrates - ponieważ nachodzi mnie ochota od czasu do czasu porozmawiania z kimś mądrym i uważnym. Ten wewnętrzy dialog wydaje się powinnością pożądaną i twórczą, jakże różną od tego wymuszonego bycia naprzeciw, wymagającego zerwania tych wszystkich protez egoistycznej samoafirmacji i odcięcia. Moi czytelnicy muszą zaufać mojej wnikliwej obserwacji rzeczywistości i amplitudom rozczarowań które przynosi mi kontakt z duszną zewnętrznością. Nobliwy łaciński termin transcendere- co znaczy tyle, co „wychodzić poza”- określającym tym samym, jakiś rodzaj przebywania w miejscu pozornie lub rzeczywiście bezpiecznym. Miejscu w którym mogę się schronić ! W średniowieczu ludzie poszukiwali kamienia filozoficznego, ufnie wierząc że z pierwiastków pozyskanych z materii, można wydestylować złoto. Dzisiaj człowiek ścieka jak szlam z przemierzaną gwałtownie nowoczesnością, będąc totalnie niezdolnym do krytycznego spojrzenia na siebie i otaczającego zewsząd świata. Naukowcy w panice przemijalności, próbują wydrukować organy – niczym puzzle do naszego zużywającego się ciała, chcąc przechytrzyć o jeden dzień śmierć lub rozśmieszyć Boga. Artyści wyparowawszy piękno, stojąc na krawędzi szaleństwa z ekskrementów czynią coś, co chcieliby uznać za sztukę. Człowiek naszego dzisiaj, nie musi posiadać jakiś wybitnych umiejętności czy wiedzy, którą przekopał i wydobył dla siebie w przeczytanych od dziecka książkach. Z irytacją podszytą nostalgią cytuję moim uczniom wiersz Borgesa: „Od pierwszego Adama, który ujrzał noc, i dzień i kształt swojej dłoni. Ludzie snuli opowieści i utrwalali w kamieniu, w metalu czy pergaminie. To wszystko, co zawiera ziemia czy tworzy sen. Oto ich dzieło: Biblioteka.” Kultura relacji i śladu. Od dłoni odbitej na ścianie jaskini, po słowo kaligrafowane i wypowiadane, które tworzy obrazy, emocje i międzypokoleniowe więzi. Dzisiaj jest na opak. Istoty wiedzione taksjami ameby, zawierzając los sztucznej inteligencji, stawiając ją w centrum własnego i pozornego życia intelektualnego, niczym wyrocznię szafującą wskazówkami jak ominąć owo nacierające fatum. Dobrze to ujął Lec: „Ludzie, zauważyłem, lubią takie myśli, które nie zmuszają do myślenia.” Iluzją jest wiara w to, że społeczeństwo młodych ludzi przyssane do tabletu, komórki, czy komputera będzie zdolne kształtować odważnie i rozsądnie teraźniejszość, już nie mówiąc o przyszłości utkanej z natręctw, nerwic i otarć o ekstremum śmierci. Tarkowski przekładając Solaris Lema na sekwencje filmu, postawił sobie ambitny i moralny cel: „sprawić, aby ludzie zrozumieli, że najważniejszym problemem jest uświadomienie sobie samego siebie. Tak jak gdy ktoś zbudzi się nagle w nocy i od razu wie, z całą jasnością gdzie jest żona, syn, córka. Dopiero po uświadomieniu sobie tego budzi się całkowicie.” Mam wrażenie, iż  ocieram się w dużej mierze o społeczeństwo neptyków, których życie rozpięte jest pomiędzy śniadaniem konsumowanym w biegu, a pseudo ambitnym i cynicznym pomnażaniem pieniędzy, aż po ostateczną utratę reflektowania rzeczywistości, wartości, sumienia i zdrowia. Moja znajoma artystka Agata Wolniewicz ukazała na jednym z obrazów dziewczynę z pochyloną głową, zatopioną w ciemnym homogenicznym tle z poświatą emanującą z ekranu telefonu. Większość oglądających to intrygujące i na czasie dzieło, było zauroczonych quasi mistyczną aurą tego ujęcia postaci, kompletnie nie dostrzegając faktu izolacji i kontaminacji z małym urządzeniem położonym na dłoni; z którą ta się zrosła. Dorastający syn moich przyjaciół już zasypia z telefonem przy poduszce, tak jak niegdyś podrostki zasypiały z piłką  i marzeniem o zwycięskim męczu. Jak wyhamować coś, co wydaje się zjawiskiem chorobotwórczym ? Towarzyszy temu tragiczne przeświadczenie o potencjalnym nakładzie pieniędzy na terapię tego zagubionego we mgle shortów i gier dziecka. Przyszedł czas na wyłączenie komórki i spojrzenie sobie w oczy. W liceum którym uczę, są pojedyncze przypadki osób spędzających każdą przerwę w towarzystwie książki. One przywracają wiarę w człowieka jutra, który choćby pozostawiony pośród gruzów naszej cywilizacji znajdzie drogę do domu - przetrwa. Sapere aude ! Myślenie twórcze, estetyka umysłu diagnozującego prawidłowo tętno ogłupiałego i schamiałego świata.