Menu

sobota, 16 maja 2026

 

Wiele miejsc i rzeczy odkrywam na świeżo. Ciśnienie czasu, zmienność okoliczności, nastawienie i zupełnie inna perspektywa pozwala zobaczyć znajomą i oswojoną mi przestrzeń w zupełnie nowy sposób. Spędziłem z moimi uczniami kilka dni w Toruniu. Lubię takie włóczęgi po zabytkowych miastach; od tych wielkich jak Rzym, po takie nasze lokalne jak to, którego urokliwy krajobraz ukształtowała bogata historia i bajkowy rytm Wisły. Noszę w sobie wspomnienia z czasów studenckich jak przechodziłem o świcie most rozwieszony miedzy dwoma brzegami rzeki, a obrazy wyłaniające się moim oczom przypominały te które impresjoniści malowali, spoglądając na paryską Sekwanę i snujące się po niej barki. Miasto średniowieczne z dość dobrze zachowaną tkaną wieków przeszłych, co nadaje szczególnego kolorytu i przyciąga turystów – a nade wszystko młodych adeptów sztuki. W rozmowie telefonicznej moja znajoma, spacerująca po królewskim Krakowie z lekkim przekąsem odparła: „A co tam jest w tym Toruniu do zobaczenia ?” Rozczarowałem się odrobinę jej płytką i nonszalancką opinią, przeżuwając w mojej ulubionej azjatyckiej restauracji kurczaka w chrupiącym cieście. „Gotyk na dotyk” – widnieje na jednym z bilbordów reklamujących miejsce przenikania się kultury polskiej i obecności zakonu krzyżackiego, który to wbrew przerysowanym opiniom Sienkiewicza, pozostawił po sobie wiele wspaniałych dzieł plastyki i rzemiosła – kultury materialnej i myśli. Nie można postrzegać wielu spraw w małej skali czasu, wtedy możemy być zdani na pominięcie, czy sąd który stanie się płytkim ogólnikiem przenikającym nadmiernie do świadomości ludzkiej i historycznej. To może prowadzić do zakrzywienia, ale nie tak magnetyzującego wzrok jak jedna z odchylonych od osi muru baszt. Patrzę na miasto w którym nie można być zdezorientowanym, posiadającym pewnego punkty odniesienia tak chociażby jak pomnik Kopernika autorstwa Tiecka, wokół którego kłębią się spacerowicze a i gołębię mają swoje przytulne miejsce na głowie i ramionach wybitnego astronoma i uczonego. Pięknie odrestaurowane średniowieczne obiekty, barokowe kamienice i schowane na peryferiach zaułki w których można na chwilę uchwycić się własnych myśli. Nawet w supermarkecie wbitym w starówkę można dostrzec malowane stropy obwieszczające renesans. Siedziałem w kościele świętego Jakuba patrząc na krucyfiks Drzewo Życia. Chrystus umieszczony na pniu drzewa z którego rozrastają się latorośle a w ich gąszczu, gnieżdżą się starotestamentalni prorocy, rozwijający zwoje których treść odnosi się do Tego, który swymi ramionami próbuje w uścisku miłości objąć świat. Mało kto dzisiaj zwraca uwagę na drobne detale, smaczki magnetyzujące już aż nadto nadwyrężone od fiksacji wszystkiego oko. „Można przekazać wiedzę, ale nie można przekazać przeżycia – pisał w Lapidarium Kapuściński – Przeżycie posiada pewien dodatkowy wymiar egzystencjalny, wobec którego słowo jest zbyt ubogie, zbyt bezradne.” Nawet pozbawionemu właściwego wykształcenia badaczowi kultury, potrzebny jest instynkt i intuicja, które niczym najszlachetniejsza muzyka, wzmagają niedosyt i stan przelewającego się od oczu do serca i intelektu zachwytu. „Nie osiągnie się rozkoszy estetycznej ten, kto chce tylko wygodnie i tanim kosztem konsumować rezultat artystycznej produkcji – rozmyślał Bertolt Brecht – trzeba samemu wziąć udział w tworzeniu, stać się w pewnym zakresie produktywnym…” Świadczą o tym rysunkowe szkice na marginaliach mojego przemoczonego deszczem notatnika. To szperanie tu i tam w poszukiwaniu czegoś lub kogoś z plastikowym kubkiem kawy z mlekiem. Istnieją ludzkie którzy nie potrafią patrzeć, a tym samym nie są zdolni do przeżywania świata na wyższym wolumenie własnego istnienia. Wszedłem do Centrum Sztuki Współczesnej. Na ścianie toalety sfotografowałem naklejkę z cytatem Andre Molesa: „Nie ma już dzieł sztuki. Są tylko sytuacje artystyczne.” Określenie trafne w kontekście przestrzeni w której poczułem się lekko zniesmaczony, obcując bowiem z obiektami które codziennie wypluwa na wysypiskach nasza zabiegana cywilizacja. Żeby nie było aż nazbyt gorzko, to polecam wystawę Stefana Knappa pt. Alchemik i wizjoner. Ekspozycja prezentuje rozpięte na linii czasu dzieła artysty: malarstwo i rysunki, emalie na stalowych płytach, rzeźby i kompozycje o quasi fluorescencyjnych barwach. Prace przenika namysł na egzystencją która rozpina się od traumatycznych wydarzeń historii XX wieku, po pewnego rodzaju wolność twórczą i entuzjazm zamknięty w ekspresyjnych formach. Po intensywnych przeżyciach ze sztuką przycupnąłem w zaciszu parku, naprzeciw zamyślonego nad czymś popiersia Herberta. Pomilczałem z nim i powróciłem do hotelu.