Menu

niedziela, 5 lipca 2026

 

Gdy Jezus przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków, wybiegli Mu naprzeciw dwaj opętani, którzy wyszli z grobów, bardzo dzicy, tak że nikt nie mógł przejść tą drogą. Zaczęli krzyczeć: „Czego chcesz od nas, Jezusie, Synu Boży? Przyszedłeś tu przed czasem dręczyć nas?” A opodal nich pasła się duża trzoda świń. Złe duchy prosiły Go: „Jeżeli nas wyrzucasz, to poślij nas w tę trzodę świń”. Rzekł do nich: „Idźcie”. Wyszły więc i weszły w świnie. I naraz cała trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i zginęła w falach. Pasterze zaś uciekli i przyszedłszy do miasta rozpowiedzieli wszystko, a także zdarzenie z opętanymi. Wtedy całe miasto wyszło na spotkanie Jezusa; a gdy Go ujrzeli, prosili, żeby odszedł z ich granic (Mt 8, 28- 9,1).

Czytam dzisiejszy epizod Ewangelii jak rzetelnie podany news. W tym opisie wszystko jest tak nieprawdopodobne i budzące zainteresowanie, aż nawet trochę tragikomiczne według dzisiejszych standardów powierzchownego interpretowania rzeczywistości. Wejdźmy w sam środek tego wydarzenia, wczujmy się w położenie Gadareńczyków. W ich okolicy wydarzyło się coś tak bardzo zaskakującego. Biegną nad jezioro, wcale nie po to, aby oddać rekreacji – pływać, opalać się - ale ich wzrok zostaje dotknięty dwiema zaskakującymi sytuacjami. „Nie istnieje pełne przedstawienie rzeczywistości. Tylko wybór”( P. Lagerkvist). Dwa kadry zapierające dech w piersi. Z jednej strony trzoda potopionych świń, które do nich nie należały, a z drugiej dwóch opętanych ludzi, którzy w jednym momencie stali się normalni- wolni od irracjonalnych i niebezpiecznych zachowań. Bez wątpienia taka sceneria wyrywa obserwatorów z bierności i neutralności, budząc wewnętrzne zakłopotanie. A pośrodku tego wszystkiego stoi Chrystus dotknięty dylematem dokonania wyboru: trzoda świń lub dwóch potrzebujących uwolnienia ludzi. To gra o los człowieka i sprawdzian miłości Boga. Bilans jest klarowny- o dwóch ludzi zdrowych na ciele i duszy więcej, o stado świń mniej. W świetle przesłanek ekonomicznych ta decyzja to czyste szaleństwo. Człowiek którego te świnie są własnością będzie klepał biedę do końca życia. „Trzeba jednak zapłacić jakąś cenę za „wyzwolenie” dwóch ludzi. Chrystus żąda tej zapłaty od Gadareńczyków. Żąda by w swych sercach uznali, że człowiek jest ważniejszy do świń.” To nie jest prosta transakcja biznesowa. Przecież świnie to dobra lokata na dobrze zaplanowaną przyszłość; a tu w grę wchodzą takie straty. Chrystus również od nas żąda jasnego wyboru. Na jednej szali człowiek. Na drugiej wszystkie zabezpieczenia i finansowe wentyle bezpieczeństwa. Zgoda na obecność Chrystusa zależy od wahań tej wagi. Pewnie pomocą w tej refleksji będzie dobrze postawione pytanie. Czy potrafię postawić drugiego człowieka na pierwszym miejscu ? Przed moimi sprytnymi kalkulacjami, korzyściami, reputacją, zyskiem, za cenę utraty przywilejów i doraźnych profitów ? Osobiście boję się takich ludzi którzy przechodzą przez życie zgodnie z zaprogramowaną nawigacją, którzy w imię świętego spokoju udają, że nie widzą innych; ponieważ konfrontacja z bliźnim mogłaby wywołać jakieś zaangażowanie. Chrześcijanin to człowiek dla którego bliźni jest darem, a „świnie” to tylko sztafaż stanowiący element Bożej ekonomii zbawienia. „Jakież znaczenie mają łachmany naszych grzechów, jeśli zdarliśmy je z naszego ciała i stajemy w Twojej obecności nadzy i drżący ? – pytał Mauriac. Aktualność i przestroga dzisiejszej Ewangelii jest klarowna dla nas współczesnych. Nie wchodź w przestrzeń Lewiatana w której możesz się ześwinić, ubrudzić, spodlić w świecie który jest otchłanią demonicznych sił, opozycją wobec piękna i miłości Boga. „Zło to postrzeganie siebie i świata jako pozbawionych Boga, czyli pozbawionych miłości i świadomości”(J.Y. Leloup). Przesłanie może być bolesne dla wolności samostanowienie o sobie. Nie wchodź od „podziemia”, abyś i ty ze świniami nie spadł do urwiska. Niech dopełnieniem tego rozważania będą słowa św. Izaaka Syryjczyka: „Ten, kto widzi swój grzech, jest większy od tego, kto wskrzesza umarłych.”

niedziela, 28 czerwca 2026

 


Gdy Jezus wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: „Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi”. Rzekł mu Jezus: „Przyjdę i uzdrowię go”. Lecz setnik odpowiedział: „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: «Idź», a idzie; drugiemu: «Chodź tu», a przychodzi; a słudze: «Zrób to», a robi»”. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: „Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary (Mt 8,5- 13).

Rozglądam się w scenerii dzisiejszej Ewangelii i muszę ze smutkiem stwierdzić, że bardzo często brakuje mi wiary setnika, rzymskiego centuriona; wrażliwości i czułości mężczyzny, reagującego natychmiast na agonię drugiego człowieka. Tej determinacji, odwagi i ufności w możliwość uzdrowienia, wbrew dramatycznym okolicznościom czasu i miejsca. W obliczu cierpienia, choroby, gaśnięcia życia - Bóg i człowiek są sobie bliscy – połączeni niewidzialną nicą miłości i milczącego porozumienia. „Znalezienie w Bogu tego, co absolutnie upragnione, i złożenie tam swego serca odsłaniają zdumiewającą bliskość Boga”(P. Evdokimov). Ikoniczność „Samarytanina” o szeroko otwartych oczach i sercu. Mozolne naciskanie na Mistrza, aby wybłagać cud na odległość, bez fatygi i narażania się na otarcie z nieczystością domu człowieka i jego najbliższych – przez wyszeptane słowo, mające moc przywracania wszystkiego, poza ciekawskimi oczami tłumu cwaniaków, niedowiarków, naciągaczy, zdrajców i plotkarzy od kolportowania galilejskich nowinek, jak również paradoksom losu. „Obecność dyskretnego Boga zda się nieobecnością… Cechą cudów Bożych jest dyskrecja.” Trud zrozumienia ponadczasowości sensu tego wydarzenia, odsłania jakże powierzchowną i pełną wahań wiarę współczesnych chrześcijan. Można się potykać o ciała cierpiących braci, nie zauważać ich, ignorować, iść przed siebie i myśleć tylko o sobie. „Samolubny jest ten, kto kocha tylko siebie samego, z czego wynika dlań fakt braku miłości dla siebie”(Teofilakt). Antropologiczna martwota postaw i emocjonalny chłód. Łatwiej się uprząta zmarłych (utylizuje), niż pochyla się nad chorymi i podnosi się ich ku nadziei nowego świtu. Ludzie miasta są częścią tej jakże chorej tkanki, skazanej na obojętność i bezruch. „Tym, czym się nie staliście, tym nie jesteście”- pouczał św. Grzegorz z Nyssy. Przestaliśmy być ludźmi pragnienia, prośby, człowieczeństwa osuwającego się na kolana i błagającego Boga o wejrzenie i podmuch miłosierdzia. Nie przenika naszego wnętrza ten wielki powiew miłości, budzący olbrzymów podtrzymujących w posadach kruchy i ledwie chwiejący się świat który przeobrazi się niebawem w szpital. Polegamy na sobie i zabezpieczeniach które w chwilach dramatycznej próby, tak naprawdę nie są wstanie nic zmienić – jedynie zatrzymają na chwilę wskazówkę zegara. Wiara pozwala zdiagnozować w człowieku to, co święty Jan z Karpathos nazywa „chorobą niedowiarstwa.” Być dla innych świadkami czułej miłości Jezusa ! U Quoista przeczytałem takie intrygujące i bardzo osobiste wspomnienie: „Tej nocy umarł mój przyjaciel, Panie, i płaczę. Ale moje serce jest pełne pokoju. Bo tej nocy umarł mój przyjaciel, ale razem z Tobą dał mi życie.”

środa, 24 czerwca 2026

 

Za kilka dni rozpoczynają się wakacje. Pauza od czynności i powtarzalności do której się przez dziesięć miesięcy przywykło. Odpoczynek to powinność konieczna dla rozwoju duchowego i fizycznego. To odmienne spojrzenie na rzeczywistość, bycie w drodze i odkrywanie zupełnie nowych przestrzeni – rzeźbionych przez czas i obecność ludzi których losy splatają się z konkretnym oddechem natury i tembrem miejsca. Szlachetny podróżnik z apetytem na to, co jeszcze nieodkryte. Nostalgia za wymiarem o którym się śni lub marzy, na kształt wiecznie ciekawskiego i bystrego dziecka. „Kiedy otwiera się niewidzialny świat, kontemplacja staje się radosna. Wewnątrz rozkwita radosna atmosfera. A ta radość, wyniesiona w przestrzeń, dociera do wszystkich "żebraków Absolutu". (M.M. Davy). Wolność od bycia na czas i realizacji poleceń wynikających w wyuczonej profesji. Bycie poza, bez limitu degustowanych kaw; na kształt pragnienia ptaków wzbijających się do lotu i szybujących zgodnie z oddechem wiatru. „Pragnij tego, by wędrowanie było długie: żebyś miał wiele takich poranków lata, kiedy, z jaką uciechą, z jakim rozradowaniem, będziesz wpływał do portów nieznanych...” – powie poeta Kawafis. Cały świat niewyrażonych rzeczy, czekający uzewnętrznienia za pomocą pośpiesznie odnotowanych słów na zupełnie świeżych stronach notatnika. Naprawdę wszystko może być zdumieniem i namacalnością zmysłów łapczywie próbujących zatrzymać dla siebie jak najwięcej. Świadomość łączności z przestrzenią w której można się na chwilę zadomowić, pozostawiając na jakiś czas swój bezpieczny matecznik, stając się odmieńcem przygarniętym na chwilę. Intryguje mnie przeszłość odkrywana w zakamarkach zachowanej architektury, przesiewanych przez czas artefaktach, czy zatrzymanych na wieczność szczególikach obrazów artystów – których już z nami nie ma, a jedynie ich sztuka coś ma jeszcze mądrego do powiedzenia. Z nią można toczyć wewnętrzny i upajający dialog. Poruszają mnie bez reszty ludzie wczorajszego świtu, z zupełnie odmienną perspektywą życia, bardziej zrównoważeni i będący w harmonii z ziemią, której niegdyś granice wykreślały ślady ich stóp lub spracowanych dłoni. Patrząc na dzieci mojej epoki, czuliby rozbawienie zmieszaną z  irytacją szklącą oczy, marszcząc czoła na widok technologii od której zależą kaprysy i codzienna monotonia szekspirowskiego pytania: „to be, or not to be” – targanego demonem absolutu. Być może nie trzeba się tym tak martwić, dbając o własną higienę intelektu i duszy. Torba spakowana i oparta o ścianę. „Słońce wschodzi tylko dla tych, którzy idą je spotkać"(Henri le Saux). Wystarczy zakluczyć drzwi, pozostawiając wszystko na swoim miejscu. Wyruszyć w przygodę przyglądania się i przeżywaniu świata  !

niedziela, 21 czerwca 2026

 

Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności. Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność! (Mt 6,22-23).

Człowiek jest wydany spojrzeniu: pięknemu, magnetyzującemu, zawłaszczającemu, a czasami niszczącemu, odpychającemu natychmiast, powodującemu odwrócenie twarzy i zacisk powiek. „Przechodzimy przez życie z jednym okiem nadmiernie wyostrzonym, z drugim ślepym, zaciągniętym bielmem. Wystarczy, by widzieć ? Nie, nie wystarczy” – sugeruje Gustav Herling- Grudziński. Ewangelia mówi o oczach „zwierciadłach duszy” i instrumentach poznania rzeczywistości realnej i tej ukrytej za zasłoną mistycznego zdumienia. Znam ludzi o oczach szeroko otwartych, wypełnionych po brzegi miłością, głębią, współczuciem, dobrocią i łagodnością. Obok tych, istnieją oczy niewyraźne, odpychające, zaciemnione – zdradliwe, budzące niepokój, a nawet strach. Oczy w których można się przejrzeć i takie które mogą zwieść lub zatracić w niebycie. „Dzisiejszej nocy oczy mego wewnętrznego ja były otwarte: stały się zdolne do patrzenia w niebo, w świat idei i w piekło”- powie poddany rozdarciu widzenia Swedenborg. Istnieją jeszcze oczy świętych, doskonale oddane na ikonach w których jest żar – przyciąganie tak intensywne, że nie można mu się oprzeć. Ogień bijący ze źrenic tych, którzy zostali nasyceni światłem, stojąc naprzeciw Obecności na szczycie Synaju, Taboru i Golgoty, przemienieni mocą Paschy. „Być żywym oznacza być widzianym, wchodzić w światło kochającego spojrzenia"(Ch. Bobin). Chrystus wskazuje na dwa rodzaje oczu. Od jakości patrzenia zależy kondycja ludzkiej duszy, bowiem wszystko co do niej przenika – przechodzi od wzroku – uzdalniając lub nadwyrężając ludzką wolę wyboru pomiędzy dobrem i złem. Ilu jest takich, co spoglądają bezmyślnie, nieuważnie, nie zdając sobie sprawy jak przez te dwie wytrzeszczone „soczewki” przenika mnogość niebezpiecznych doznań. W strumieniu zalewających nas zewsząd obrazów, trzeba dokonać natychmiastowej selekcji. Duchowość jest związana z nieustanym procesem korekty świata, jego powabów i miraży. „Bóg sprawia wszystko w nas, do nas należy tylko dobra dyspozycja woli”(św. Maksym Wyznawca). Jeżeli trzeba coś w świecie ocalić, to czystość zmysłów z których spojrzenie jest rozstrzygające dla uzewnętrznienia się Królestwa Bożego. „Ten, kto ujrzał swój grzech, większy jest niż ten, kto widział anioły”(św. Izaak Syryjczyk). Można paść na twarz i schować w piasku lub błocie wzrok, albo podnieść się z kolan niewolnika i wystawić ku bijącym ze źródła energiom Życia.

środa, 17 czerwca 2026

 

Tak że ciemność będzie światłem, a bezruch tańcem. Dostrzegłem poruszenie na twarzach moich uczniów, kiedy przedłożyłem im krytyczne spostrzeżenie: „Kiedy nastąpi czas apokalipsy i wyłączą Internet, tylko ci którzy byli bystrymi obserwatorami rzeczywistości i czytali książki przetrwają ten moment próby.” Była to wypowiedź w kontekście uzależnienia od telefonów i bezkrytycznego pozyskiwania wiedzy za pomocą sztucznej inteligencji. Myślenie krytyczne to umiejętność nad wyraz cenna w świecie informacyjnej papki i dróg na skróty w poszukiwaniu odpowiedzi na najprostsze nawet pytania. Wielu już nawet przestało pytać, pozostając na mieliźnie i w bezruchu wegetatywnego trwania umysłu. „W naszym stopniowo kurczącym się świecie wszyscy potrzebują siebie nawzajem. Musimy szukać człowieka, gdziekolwiek się da. Kiedy Edyp w drodze do Teb napotkał Sfinksa, jego odpowiedzią na jego zagadkę było: „Człowiek”. To proste słowo zniszczyło potwora. Mamy wiele potworów do zniszczenia. Pomyślmy o odpowiedzi Edypa”- rozmyślał Giorgios Seferis. Przysypywani w klepsydrze ludzie żyją z dnia na dzień, pozostając na samym dnie piramidy potrzeb i pragnień. „Zawsze wolimy życie ograniczone, życie umiarkowane, od tego uderzenia pioruna, od tej inteligencji szybszej niż światło. Zawsze wolimy nie wiedzieć, żyć własnym życiem. Ona tam jest. Jest pod płonącym krzakiem, nie zbliżaj się do niej. Potrzeba nieoczekiwanej miłości lub czytania, abyśmy to zobaczyli”(Ch. Bobin). Pośpiech nie pozwala uchwycić tego, co istotne – zamykając w szczelnym kokonie niepoznania i hibernacji uczuć. Wszystko dzieje się po omacku, kapryśnie, obarczone balastem znudzenia i przymuszonej powinności. Na zewnątrz letnie upojenie życiem. Drzewa i kwiaty wydzielają eteryczne zapachy, owady uprawiają balet w pąkach kwiatów, a drzewa rozkładają swe korony ku słońcu, zacieniając zarazem zdyszanego od naglących potrzeb wędrowca. Natura rozkwita bogactwem form i onieśmiela nas – istoty ułomne i zastygłe – o zaciemnionej percepcji piękna; dyspensujących się od poetyckiego namysłu nad rzeczywistością. Natura i kultura zdaje się być trampoliną dla tych których przygniótł syzyfowy głaz niemocy i obojętności. „Tylko sztuka ma moc wyciągania cierpienia z otchłani”- pisał Appelfeld. Dzieła sztuki rejestrują i odczytują świat w sposób porównywalny do tego, jak reflektuje go myśl filozofa, wpatrującego się pejzaż i dostrzegającego w nim zgoła coś więcej, niż impresję barw i dźwięków – symbol nieskończoności, wbrew analitycznym podszeptom rozumu. Jakże trudne jest bycie w świecie dla ludzi wrażliwych, refleksyjnych, potrafiących czytać rzeczywistość w sposób ambitny i twórczy. Tacy ludzie nie są doceniani. Omija się ich, ponieważ stanowią zagrożenie, dla nic nie wartych prostaków, karierowiczów, lizusów i pochlebców, gotowych od tak za pieniądze zrobić wszystko i dokonać gwałtu na własnej wolności. Nakładający maski i dopasowujący się jak kameleon do zaistniałych sytuacji; troglodyci naszego jutra. Manekiny na usługach merkantylnego półświatka. Trzeba się upominać o wrażliwców, podnoszących ten świat o kilka pięter ku górze.

niedziela, 14 czerwca 2026

 

W owym czasie Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim*. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci: Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim ( Mt 4,18-23).

Kilka razy dane mi było spacerować po porcie rybackim i obserwować pracę znajdujących się tam ludzi. Nie jest to przestrzeń estetyczna dla przypadkowych przechodniów. Surowy sztafaż miejsca, gdzie dokonuje się szamotanina myśli, wypłynięcia i powroty; radość z ułowionych ryb, czy rozczarowanie z pustki wyszarpanych morzu sieci. Zbutwiałe i wypracowane łodzie rybackie, rzeźbione przez czas i kaprysy wody. Słowa fal uderzające o burtę, stają się filozofią człowieka oddalającego się od ziemi, wydanego samotności i cierpieniu. Rozciągnięte na palach i co jakiś czas łatane sieci, nadające pejzażowi nadbrzeża dość osobliwy i surowy charakter. Piasek wysadzany kamieniami i rozpościerająca się monotonia, tak silnie kontrastująca z nieprzewidywalnością akwenu na który trzeba wypłynąć, aby zarobić pieniądze i utrzymać rodzinę. W końcu rybacy – często z ojca na syna – zajmujący się ta niebezpieczną profesją obcowania z żywiołem wody i jego mirażami, dla których jak powie bohater Hemingwaya „tylko praktyczność ma sens.” Portrety tak wyraziste jak otwarta książka z której można czytać powieść. Każde opuszczenie portu, może być tym ostatnim. Widmowość egzystencji na którą pada cień śmierci. „Od skał po góry prowadziła nas droga mleczna, a gdy morze zniknęło Bóg był blisko”- powie grecki poeta Sarantaris. Mój kolega ze studiów, opisując ojca, rybaka z pod Pucka wspominał: Kiedy wychodził z domu czynił znak krzyża. Żegnał się z nami tak ciepło, jakby miał już do niego nie powrócić. Rybacy o dłoniach chropowatych, poranionych, mocujących się z ławicami ryb – tańczącymi w prądach wody. Patrzę na tę scenerię niczym malarz, powstrzymując w sobie chęć odtworzenia go aż do momentu, kiedy linie i kolory, ukształtują w moim wnętrzu obraz finalny, przeniknięty duchowym sensem i ponadczasowym przesłaniem. W tym duchu czytam ten fragment Ewangelii. Istnieje piękno zauważenia, splot okoliczności, zatrzymania, spojrzenia w prozaiczności miejsca i pracy ludzi, zagarniętych dla dzieła które w danej chwili może być niezrozumiałe, a nawet przerastające ludzkie możliwości. Rozmyślanie o przypadku jest bezcelowe. To miejsce wybrał Chrystus – najmniej sakralne, a zarazem tak magnetyzujące zmysły i wyobraźnię. „Nie pytaj, dokąd zmierza miłość, która cię porywa”- wyzna pewien mistyk w świetlistym upojeniu ciemnej nocy duszy. Kiedy On wypowiada imię stojąc boso na brzegu jeziora, to naturę przenika zapach eterycznych olejków i spokój, ponieważ drganie życie przenika serce świata. Po chwili kipi woda i sieci się rwą od dostatku ryb, znaku błogosławieństwa po którym słowa zdają się zbędne. Nastaje cisza, niczym przeistoczona mowa i gorący oddech Boga. Spotkanie rozpoczyna się od zauważenia osoby. On inicjuje przygodę wiary i czyni rybakami ludzi. Kołatanie serca i odwaga oddalenia się od brzegu. Zaropiałe i pozbawione snu oczy mężczyzn, przenika blik światła i nadziei; poderwanie do natychmiastowego pójścia za Nim.

wtorek, 9 czerwca 2026

 

Jak dojść do celu, kiedy bolą cię nogi ? Jak można kochać, kiedy serce jest rozdarte na strzępy ? Jak trzeźwo myśleć, kiedy umysł przygniata balast niepewności o kształt jutra ? Jak odkryć piękno, kiedy codzienność naznacza wulgarna i tandetna brzydota ? – to zaledwie kilka pytań które składają się na litanię ludzkiego istnienia. Również mojego !  Życie bez tak stawianych pytań utraciłoby swój smak, stało się gorzkie i bezbarwne, osnute jedynie na płochych marzeniach, prowadzących do małych lub większych katastrof. Odwracam głowę za siebie i dostrzegam przeszłość, jej ciężar i zmienność, naprężenie jak na cięciwie łuku; którą smagają spękane od wypuszczania strzał opuszki palców. Te strzały to zakamuflowane myśli i uczucia które pod skrzętnie nagromadzonymi warstwami, czekają nowego otwarcia – świtu – jutra, które będzie piękniejsze niż to zagmatwane dzisiaj. Przekręcasz twarz i patrzysz na horyzont. Wiatr smaga twarz a światło obłaskawia pierwsze pojawiające się zmarszczki. Mrużysz oczy i niedowierzasz im, sceptycznie przecierając je dłonią aż do uciążliwego bólu powiek. Wszystko naznacza zmienność i tonalność teraźniejszości, aż po partycypację w tajemnicy czegoś jeszcze ukrytego – wyłaniającego się częściowo i jeszcze niewyraźnie. Umysł obarczony pamięcią przywołuje obrazy i smaki, delektując się nimi aż do utraty tchu i poczucia rzeczywistości. Sploty płochliwie przeżywanych zachwytów i miłosnych uniesień, biologicznego przeżywania scalenia, po ból rozstania i porażki, odsłaniającej fatum śmierci. Od ciała zwiniętego w powolnie otwierający i pękający kokon życia, po ciało zbutwiałe – zwinięte w zwój który może unieść natychmiastowo podmuch wiatru. „Piękno wzywa do pożądanego udziału w życiu, do przekroczenia śmierci – pisze Christos Yannaras – w swoich scholiach poświęconych miłości – Piękno ukochanej istoty, piękno ukochane, zaproszenie do życia, najwyższe wezwanie. A za tym wezwaniem: natura, szyderczy grymas śmierci. Jesteśmy spragnieni piękna: pragnieniem nienasyconym, pragnieniem natury, instynktu, popędu. Natura nieuchronnie poddaje życie możliwości własnego trwania i kontynuacji.” Eros i Tanatos trzymają się za dłonie w solennym korowodzie historii każdego z nas. Zobacz jest w tym napięcie i harmonia, odrzucenie i scalenie, bunt i zespolenie, szamocące żywiołem istot wychodzących przez macierzyńską bramę rozkoszy i życia. „Gdy przebywamy w łonie matki, ze światem łączy nas pępowina. Kiedy się urodzimy – usta. Spośród naszych zmysłów wzrok jest abstrakcyjny – oko nie ma bezpośredniego kontaktu z tym, co widzi, nie potrafi się zrosnąć z obiektami widzenia. Słuch poprzez swój organ, czyli ucho, jest już bliższe światu; ręka dotyka, chwyta, nozdrza wciągają zapachy i opary”- rozmyślał o tej różnorodności poznawczej zmysłów Hamvas. Przestałem już całować a zacząłem nasłuchiwać ciszy. Zamiast łykać hausty powietrza, oddycham miarowo. Podnoszę głowę ku górze jak chłopiec na obrazie Julio Reyesa. Zamykam częściej oczy, niż je otwieram. Staram się mniej mówić i pisać o wierze, a świadomiej wierzyć. Staram się mniej żyć, a bardziej umierać – aby móc żyć w pełni w Miłości. Kwintesencja dojrzałego istnienia !

niedziela, 7 czerwca 2026

 

Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie (Mt 10, 32-33). Sensem życia każdego chrześcijanina jest stawanie się każdego dnia o wiele bardziej świadomym swojego powołania i misji, która została dana wraz z chrztem i namszczeniem Duchem Świętym. „Ogień profetyczny zawsze był mocą odradzającą życie duchowe, które wystygło. Inną odradzającą mocą była mistyka”- twierdził Bierdiajew. W czasach glinianych naczyń, bezbarwnych i rozmytych postaw, wyroczni jaką jest Internet, radykalizm słów Chrystusa musi zabrzmieć z nową świeżością i głębią – budząc na nowo postawę i mentalność proroka, świadka i męczennika – świętość przenikającą skamieniałe ludzkie serca; wbijając się w ciało miejsca, gdzie toczy się codzienny zgiełk, przenikając jego grzeszne peryferia i  zaczepnie artykułowany bunt względem Boga. Wobec algorytmów fałszu, przedkładającego nachalnie, że nie ma nic, rozbrzmiewa w opozycji paschalne przesłanie Ewangelii: On jest Życiem ! Pomiędzy jej wersetami jest wystarczająco dużo światła, aby rozświetlić mrok wyparcia wiary, buntu, zobojętnienia, pogardy i fałszu. Świadectwo wolne od lęku, odrzucenia, wystawione na pogardę, a niekiedy ocierające się o konieczność złożenia swojego życia w ofierze. Wejść w rzeczywistość w której dokonuje się konfrontacja pomiędzy siłą człowieka a słabością Boga. „Przedmiotem wiary nie jest bowiem przekonanie o istnieniu jakiegoś niedostępnego Boga poznawanego przez symbole i mity – pisał J. Danielou – Do tego wystarcza religia. Wiara natomiast jest przekonaniem o działaniu Bożym. To wiara w Boga, który wkracza w egzystencję ludzką i objawia się spełniając dzieła, które spełniać może tylko On sam.” Przyznać się do Niego, to prawdopodobne pozwolić się ukrzyżować obok Tego, którego milczenie jest potężniejsze, niż najbardziej doniosły i przerażający skowyt ideologii zwiastujących zmierzch wiary. „Wierność: pamięć o źródle i przeczucie oceanu w mętnym nurcie przepływu wielkiej rzeki”(G. Thibon). Człowiek wiary zaproszony do ciągłego kiełkowania ziarna i wgryzania się w glebę jałową lub prawie martwą, aby dokonała się dynamika wzrostu i błogosławieństwa. To przynaglenie rozbrzmiewające ze szczelin i bijącego źródła wieczności: Idź naprzód. Nie lękaj się !

poniedziałek, 1 czerwca 2026

 

Zakleszczony w tramwaju pośród przemieszczających się ludzi miasta, dostrzegam atmosferę zamknięcia i separacji, uwiarygodnioną przez zaciskane w dłoniach telefony, czy spiralach słuchawek osadzonych na uszach. Kotłuje się w moim umyśle spostrzeżenie Mouniera: „Osoba jest jedyną rzeczywistością zdolną do bezpośredniego komunikowania siebie, jest skierowana ku drugiej osobie.” Patrzę i doznaję pewnego poznawczego dysonansu. Neuronalna dysfunkcja cywilizacji pędu i stan permanentnego osłabienia interakcji. Nie ma już „buntu mas” tylko zobojętnienie i stagnacja. W samotności tłumu rozmawiam ze sobą – niczym prowokujący napotkanych przechodniów Sokrates - ponieważ nachodzi mnie ochota od czasu do czasu porozmawiania z kimś mądrym i uważnym. Ten wewnętrzy dialog wydaje się powinnością pożądaną i twórczą, jakże różną od tego wymuszonego bycia naprzeciw, wymagającego zerwania tych wszystkich protez egoistycznej samoafirmacji i odcięcia. Moi czytelnicy muszą zaufać mojej wnikliwej obserwacji rzeczywistości i amplitudom rozczarowań które przynosi mi kontakt z duszną zewnętrznością. Nobliwy łaciński termin transcendere- co znaczy tyle, co „wychodzić poza”- określającym tym samym, jakiś rodzaj przebywania w miejscu pozornie lub rzeczywiście bezpiecznym. Miejscu w którym mogę się schronić ! W średniowieczu ludzie poszukiwali kamienia filozoficznego, ufnie wierząc że z pierwiastków pozyskanych z materii, można wydestylować złoto. Dzisiaj człowiek ścieka jak szlam z przemierzaną gwałtownie nowoczesnością, będąc totalnie niezdolnym do krytycznego spojrzenia na siebie i otaczającego zewsząd świata. Naukowcy w panice przemijalności, próbują wydrukować organy – niczym puzzle do naszego zużywającego się ciała, chcąc przechytrzyć o jeden dzień śmierć lub rozśmieszyć Boga. Artyści wyparowawszy piękno, stojąc na krawędzi szaleństwa z ekskrementów czynią coś, co chcieliby uznać za sztukę. Człowiek naszego dzisiaj, nie musi posiadać jakiś wybitnych umiejętności czy wiedzy, którą przekopał i wydobył dla siebie w przeczytanych od dziecka książkach. Z irytacją podszytą nostalgią cytuję moim uczniom wiersz Borgesa: „Od pierwszego Adama, który ujrzał noc, i dzień i kształt swojej dłoni. Ludzie snuli opowieści i utrwalali w kamieniu, w metalu czy pergaminie. To wszystko, co zawiera ziemia czy tworzy sen. Oto ich dzieło: Biblioteka.” Kultura relacji i śladu. Od dłoni odbitej na ścianie jaskini, po słowo kaligrafowane i wypowiadane, które tworzy obrazy, emocje i międzypokoleniowe więzi. Dzisiaj jest na opak. Istoty wiedzione taksjami ameby, zawierzając los sztucznej inteligencji, stawiając ją w centrum własnego i pozornego życia intelektualnego, niczym wyrocznię szafującą wskazówkami jak ominąć owo nacierające fatum. Dobrze to ujął Lec: „Ludzie, zauważyłem, lubią takie myśli, które nie zmuszają do myślenia.” Iluzją jest wiara w to, że społeczeństwo młodych ludzi przyssane do tabletu, komórki, czy komputera będzie zdolne kształtować odważnie i rozsądnie teraźniejszość, już nie mówiąc o przyszłości utkanej z natręctw, nerwic i otarć o ekstremum śmierci. Tarkowski przekładając Solaris Lema na sekwencje filmu, postawił sobie ambitny i moralny cel: „sprawić, aby ludzie zrozumieli, że najważniejszym problemem jest uświadomienie sobie samego siebie. Tak jak gdy ktoś zbudzi się nagle w nocy i od razu wie, z całą jasnością gdzie jest żona, syn, córka. Dopiero po uświadomieniu sobie tego budzi się całkowicie.” Mam wrażenie, iż  ocieram się w dużej mierze o społeczeństwo neptyków, których życie rozpięte jest pomiędzy śniadaniem konsumowanym w biegu, a pseudo ambitnym i cynicznym pomnażaniem pieniędzy, aż po ostateczną utratę reflektowania rzeczywistości, wartości, sumienia i zdrowia. Moja znajoma artystka Agata Wolniewicz ukazała na jednym z obrazów dziewczynę z pochyloną głową, zatopioną w ciemnym homogenicznym tle z poświatą emanującą z ekranu telefonu. Większość oglądających to intrygujące i na czasie dzieło, było zauroczonych quasi mistyczną aurą tego ujęcia postaci, kompletnie nie dostrzegając faktu izolacji i kontaminacji z małym urządzeniem położonym na dłoni; z którą ta się zrosła. Dorastający syn moich przyjaciół już zasypia z telefonem przy poduszce, tak jak niegdyś podrostki zasypiały z piłką  i marzeniem o zwycięskim męczu. Jak wyhamować coś, co wydaje się zjawiskiem chorobotwórczym ? Towarzyszy temu tragiczne przeświadczenie o potencjalnym nakładzie pieniędzy na terapię tego zagubionego we mgle shortów i gier dziecka. Przyszedł czas na wyłączenie komórki i spojrzenie sobie w oczy. W liceum którym uczę, są pojedyncze przypadki osób spędzających każdą przerwę w towarzystwie książki. One przywracają wiarę w człowieka jutra, który choćby pozostawiony pośród gruzów naszej cywilizacji znajdzie drogę do domu - przetrwa. Sapere aude ! Myślenie twórcze, estetyka umysłu diagnozującego prawidłowo tętno ogłupiałego i schamiałego świata.  

niedziela, 31 maja 2026

 

Zstąpił Ogień ! Wytrysnęło Źródło Życia, poruszyło w posadach grunt pod nogami bojaźliwych i niepewnych własnego jutra apostołów. Młody Kościół poczuł tak wielkie drżenie… Rozległ się tak gwałtowny szum i płomienie ognia przepruły na wskroś mury Jerozolimskiego Wieczernika. Ten żar przepływa przez mury Wieczerników historii. Wielkie bierzmowanie czasu, przestrzeni, stworzenia, a nade wszystko ludzkości zwołanej od tej chwili jako Kościół. Eksplozja Miłości ! Bez Ducha Świętego nie jesteśmy wstanie zrozumieć Kościoła- On jest „duszą Kościoła”, nieustannym źródłem życia, piękna i duchowej harmonii. Duch Święty sprawia, że grzeszna społeczność ludzka staje się wspólnotą uświęconą i przebóstwioną- „nowym stworzeniem”. „Jesteście bowiem kamieniami świątyni Ojca- powie św. Ignacy Antiocheński- przygotowani na budowę, jaką sam wznosi. Dźwiga was do góry machina Jezusa Chrystusa, którą jest Krzyż, a Duch Święty służy wam za linę”. Wydarzenie Pięćdziesiątnicy odsłania życiodajną - napełnioną „szumem z nieba” i „ogniem”- całkowicie nową rzeczywistość. Rodzi się Kościół „wydobyty” z boku Baranka, upieczony w ogniu rozdzielających się niczym języki płomieni. „Duch tworzący, na nowo budujący przez chrzest, przez zmartwychwstanie; Duch poznający wszystko, uczący, wiejący gdzie chce i ile chce, prowadzący, mówiący, posyłający, odłączający, odkrywający, oświetlający, ożywiający, raczej zaś sam światło i życie budujący świątynie; czyniący Bogiem, wtajemniczający, tak że nawet uprzedza chrzest i szukany po chrzcie; czyniący to wszystko, co Bóg, rozdzielony w językach ognistych, rozdzielający dary, czyniący apostołów, proroków, ewangelistów, pasterzy, nauczycieli; rozumy, wieloraki, otwarty, wyraźny, niepowstrzymany…, wielostronny w działaniu” (św. Grzegorz z Nazjanzu). W tej słownej ektenii pochwalnej wyraża się ludzki podziw teologa wobec zdumiewającego działania Tego, którego święty Andrzej Rublov na ikonie Trójcy Świętej wymalował jako najbardziej pokornego sługę miłości. Pięćdziesiątnica to wylanie Ducha, które zapowiedział przed wiekami prorok Joel, Ezechiel i wielu innych posłańców. W święto Pięćdziesiątnicy Kościół w niedzielę czci trójcę Świętą, a poniedziałek poświęcony jest Duchowi Świętemu. Rozpoczyna się od dzieła Ducha Świętego – objawienia prawdy o Trójcy Świętej, a następnie kontempluje się prawdę o Tym, który ją odsłania i nam przybliża. Od kultury wzroku, po poruszenie duszy i oświecenie intelektu rozprawiającego się z obecnością Misterium. To wydarzenie które ciągle trwa w intensywności modlitwy Kościoła, który niczym Oranta rozkłada ręce i woła z głębin jestestwa: Przyjdź ! Czy nosimy w sobie ten sam Ogień, co uczniowie w Wieczerniku ? „Kościół dziś nie tryska radością. Ach gdyby płonął w nas ogień Ducha, zobaczylibyśmy, jak ludzie tłumnie by się do nas zbiegali. Przydałoby się, żeby Kościół dziś na nowo pokazał widowisko Pięćdziesiątnicy”- mówił z zakłopotaniem wiele lat temu J.M. Lustiger. Widowisko o którym zostało powiedziane to nic innego jak ludzka asystencja wychylona ku Temu, który potrafi wypełnić serce Kościoła miłością i odwagą przekraczania siebie. „Piećdziesiątnica jest życiem w obecnej, Boskiej mocy Chrystusa- powie Odo Casel- która uzdalnia do heroizmu w życiu moralnym…, (to zarazem pewność), że już teraz jako chrześcijanie chodzimy w nowym życiu, które kiedyś, w wiecznej, przepełnionej szczęściem Pięćdziesiątnicy zwycięsko zajaśnieje i niepodzielnie zapanuje”. Duch Święty- „palec Boży” dotyka każdego z  nas, abyśmy byli mężni i napełnieni wiarą; byśmy poruszając się w miłości, zaowocowali na Dzień w którym Uświęciciel odsłoni nam piękno „Wieczernika” w którym blask Trójcy zajaśnieje oczom ludzkim. I dlatego zdaniem św. Serafina z Sarowa, celem życia chrześcijańskiego jest osiągnięcie Ducha Świętego, bowiem przez niego urzeczywistnia Królestwo Niebieskie.

wtorek, 26 maja 2026

 

Na zewnątrz upał i ścieranie się z przeciwnościami losu. Słońce wypraża wszystko, nie pomijając niczego i nikogo. Kaprysy pogody na którą nie ma się wpływu i trzeba się jej poddać z inteligencją mikroskopijnej istoty, szukającej schronienia w cieniu napotkanego drzewa lub architektury, użyczającej cierpliwie swej przestrzeni w podcieniu, czy okapie nad schowanym od podwórza wejściu zakiszonej przez czas kamienicy. Nawet niewierzący zachodzą do średniowiecznych kościołów, ponieważ w nich można odnaleźć przyjemny i rześki chłód, połączony z błogostanem ciszy której jest w naszym świecie deficyt. „Cierpienie zadaje pytania” – twierdził Paul Riceur. Nie można zginać się pod naporem balastu, niezrozumienia, odtrącenia, czy fałszywych twierdzeń zawistnych ludzi. Trzeba odpowiadać na najtrudniejsze pytania w pozycji mędrca który nie ma nic do stracenia, a zarazem jest zaopatrzonym w to, czego nikt nie jest mu wstanie odebrać – rozwagi miłowania rzeczy trudnych. Na co dzień spotykam ludzi pięknych, zamieniających ze mną choć kilka słów w drodze do pracy, czy po pracy. Ludzi wierzących lub nie, wrażliwców z duszą i umysłem otwartym na to, co zaskakujące i nieodkryte. Opowiadających z dziecięcą wręcz szczerością o życiu, rodzinie, niespełnionych marzeniach i projektach które choć mgliste, mogą uczynią przyszłość bardziej znośną i strawną. Pytania o Boga, wiarę i nieśmiertelność – graniczne i niewytłumaczalne – wymagające głębszego namysłu i nadziei pozwalającej sięgnąć wzrokiem poza horyzont widoczności lub jej braku. Mam przyjaciela który jest muzułmańskim Uzbekistańczykiem prowadzącym mały kebab i rozmawiającym ze mną o sprawach religii i życia z taką przenikliwością i mądrością, że może zawstydzić nie jednego chrześcijanina. Dobrzy ludzie ! Zatrzymując się z nimi na chwilę proszą o modlitwę i błogosławieństwo na egzystencję, której ciężar uwiera i odciskając się chorobami duszy i ciała. „Człowiek jest istotą bardzo złożoną, po co ją wyjaśniać drogą logiki ?” – pyta Sołżenicyn w Oddziale chorych na raka. Istnieją też ludzie zagubieni, uwikłani w złu, podli, cyniczni i wyrachowani, którzy z wielką łatwością maskują swoje słabości i przerzucają niesprawiedliwe sądy na innych. Pozbawieni miłości w dzieciństwie i uczeni języka siły i konfrontacji. Liberalni cynicy kryjący się za błazeńską maską poprawności, kulturalnej etykiety, czy wiedzy z której czerpią potrzebne instrumenty, aby innych zdeprecjonować, poniżyć i wyeliminować. Żonglują epitetami i komunałami o przekazie miałkim i w gruncie rzeczy ich samych zawstydzającym. Narcystyczne istoty kroczące w umysłach prostych i bezbronnych ku wyznaczonemu celowi który w istocie okazuje się bezdenną pustką- zasysającą dobro – niczym „czarną dziura.” W tym miejscu przypomina mi się fragment wiersza Kawafisa: „Wśród lęku i podejrzeń, z zamętem w myślach i trwogą w oczach, rozpaczliwie szukamy jakichkolwiek sposobów, aby uniknąć oczywistej grozy, która jest już przed nami. A jednak się mylimy: nie ma jej na drodze.” Od pierwszego Adama który usłyszał niewygodne i przeszywające ostrzem prawdy pytanie: Gdzie jesteś i czemu się ukryłeś ? – przenika nas jakiś trudny do uzasadnienia rodzaj niepokoju przysłaniającego widok Raju. „Zdobądź spokój wewnętrzny, a inni znajdą przy tobie zbawienie- to słowa świętego Serafina z Sarowa które powtarzam w oczekiwaniu na kolejną Pięćdziesiątnicę. Spotkać Żyjącego na drodze prawdy. Podążać ku Oceanowi przejrzystości który mały chłopiec z wizji św. Augustyna chciał przelać w dołek piasku. Nie zdołał !

niedziela, 24 maja 2026

 

Słowa bowiem, które mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi (
J 17, 1-13).

Rzeczywistość która jawi się naszemu poznaniu jest tylko fragmentaryczna, częściowa, zmienna, nasycona ulotnymi spostrzeżeniami które zapętlone są w krosnach czasu i miejsca. Bóg postrzega rzeczywistość szerzej, wyraźniej, całościowo, nie pozwalając światu być na opak. Nie ma dla u Niego zdarzenia które można opisać karkołomnym słowem: przypadek. Kiedy wybija właściwa godzina – staję błogosławioną i świętą – ponieważ w niej dokonuje się dzieło zbawienia i uświęcenia. „To dla Chrystusa zostało stworzone serce ludzkie, wielka szkatuła, dość obszerna, by pomieścić w sobie samego Boga. Dlatego tu na ziemi nic nas nie nasyci… Gdyż dusza ludzka pragnie tego, co nieskończone…, wszystko stworzone dla celu, a pragnienie serca – by wzbić się ku  Chrystusowi”( M. Kabasilas). Pękają stągwie historii,  a czas otwiera się na inny wymiar, pozwalając ujrzeć Męża Boleści zmiażdżonego cierpieniem, jako Żyjącego, którego moc odryglowuje bramy Otchłani i detonuje kamień grobu. To objawienie miłości Ojca która uzewnętrznia się w ikonie Chrystusa, przenikniętego energiami Ducha, które lada moment przenikną uczniów włączonych i zaproszonych do posługi świadectwa. Jakże wzruszająca i intymna jest modlitwa Jezusa zwrócona do Ojca, aby dzieło które zostało powołane i napełnione siłą Ewangelii – mogło być kontynuowane, aż do wydarzenia Pięćdziesiątnicy i Paruzji. Nie wszystkim jest dana tak klarowna konstrukcja myślenia o sprawach wiary i pewnościach, które osadzają się na kamieniach milowych nadziei i miłości. Na opłotkach są również i tacy, dla których Bóg zniknął z przestrzeni ich życia, „albo może nawet nigdy nie istniał. Obiektywnie, nasze wybory, złudzenia i fascynacje nie zmieniają niczego w Bogu. Bóg odrzucony, zapomniany, czy systematycznie ignorowany, pozostaje niezmiennie bliskim, kochającym Bogiem, który nie chce narzucać swojej obecności ani uszczęśliwiać swymi wzorcami piękna”- pisał J. Życiński. Pomimo tego, jest Bogiem pragnienia i daru, który jako najlepszą z propozycji tego świata, przedkłada każdemu tak – jak to uczynił najpierw względem uprzednio powołanych ludzi. Droga chrześcijanina jest wędrówką pełną duchowego sensu, nie wolną od błądzeń i upadków, ale drogą po śladach Mistrza z Nazaretu. Dostojewski wkłada w usta umierającego chłopca poruszające do głębi słowa: …życie jest rajem, i wszyscy jesteśmy w raju, ale nie chcemy tego uznać, a gdybyśmy chcieli to uznać, to już jutro byłby raj na całym świecie.” Tęsknota za wiecznością jest tak silna, że przenika również do świata który ma w sobie znamiona cierpienia. W wieku przyszłym, twierdził Orygenes, „wszyscy znajdą spełnienie w Człowieku doskonałym i staną się jednym słońcem.”

czwartek, 21 maja 2026

 

Credo podniośle śpiewane w czasie każdej bizantyjskiej Liturgii, rozpoczyna się od wspomnienia dzieła stworzenia i kończy się nadzieją oraz pragnieniem posiadania „życia przyszłego świata.” Nieśmiertelność schodzi do nizin naszej egzystencji, aby podnieść wszystko ku górze. Taka jest dynamika wiary, która roznieca tęsknotę za życiem wiecznym, które karkołomnie próbują opisać nasze ubogie słowa i odrętwiałe scalić w tekst, palce położone na klawiaturze komputera. „Wniebowstąpienie Chrystusa pieczętuje nieogarnione zjednoczenie ludzkości z Ojcem” – jak powie Olivier Clément. Jest porywem Ducha który urzeczywistnia komunię człowieka z Panem który idzie do Ojca. „Jego wniebowstąpienie jest naszym uwielbieniem”- stwierdzi poetycko św. Efrem. Niebo się otwiera z całą ekspresją światła, aby Duch mógł zejść z postaci języków Ognia i napełnić Kościół życiem Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego Baranka. „Ręka Boga dotyka zamkniętego koła czasu i podnosi go do wyższego wymiaru”(św. Grzegorz z Nyssy). Chrześcijaństwo musi opuścić Wieczernik z głową podniesioną ku Niebu i kroczyć drogą Ewangelii. Odtąd wierzący przyjmą gest orantów – stając personifikacją modlitwy i afirmacji życia. Na Górze Oliwnej rozpocznie się liturgia kosmiczna w której Bóg zwraca się do świata, a świat poraniony grzechami i licznymi negacjami istot rozumnych - wychodzi na spotkanie swojego Króla. „Królestwo Boga jest pośród was”(Łk 17,21), nadając Paruzji wymiaru świętego oczekiwania na całkowite przeobrażenie świata i przebóstwienie człowieka. Znam wielu ludzi którzy nie wyobrażają sobie innego końca nić śmierć. Wielu jest z tym pogodzonych, a jeszcze inni odkładają cierpkość tych myśli na później. Chrześcijanin wie, że istnieje śmierć i przebudzenie; poderwanie i zabranie tam, gdzie język mistyki staje się wielkim westchnieniem i wrzeniem miłości. Odejść, aby być ! Wspomina o tym Jan Chryzostom w Homilii Paschalnej: „Niechaj nikt nie lęka się śmierci, wyzwoliła nas śmierć Zbawiciela… Chrystus Zmartwychwstał i życie triumfuje.” Chrystus idąc do Ojca nie znika, ale wręcz przeciwnie, urzeczywistnia się w zupełnie nowy sposób, ukazując się w mocy sakramentów i ożywiając każdą istotę tchnieniem Ducha. Czyż nie taki sens jest odpowiedzi, którą aniołowie obwieszczają mężom z Galilei: „Dlaczego tu stoicie i wpatrujecie się w niebo ? Ten Jezus wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba”(Dz 1,11). To odpływ strumienia życia do Źródła, aby mogło na powrót wytrysnąć przez chwalebne rany Chrystusa. „Wszyscy spragnieni pili z niego i gasili pragnienie, bowiem najwyższy dał im napój, a oni żyją przez wodę żywą na wieczność. Alleluja ! (św. Ambroży z Mediolanu). Ekonomia miłości w której Oblubienica spotyka na nowo swojego Oblubieńca !

niedziela, 17 maja 2026

 

[Jezus], przechodząc obok, ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże. Trzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata». To powiedziawszy, splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego; i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc (J 9,1-38).

Misterium uzdrowienia ! Chrystus potrafi wypatrzeć człowieka w jego nieszczęściu. Pochylić się nad jego nędzą i wykluczeniem, usunąć fałszywe oskarżenia, zdemontować opinie które w żaden sposób nie mają potwierdzenia w rzeczywistości i jakże często zaprzeczają faktycznemu stanowi rzeczy. Człowiek jest niewidomy nie dla tego, że dotyka go jakiś dziedziczny stygmat grzechu który toczył jego rodzinę a w konsekwencji również jego samego. Jakże absurdalna jest ta wykładnia, podrywająca innych do wytykania palcami i marginalizowania człowieka brodzącego w mroku i potykającego się o krzywdzące opinie faryzeuszów. Dziedziczne może być jedynie barwnikowe zwyrodnienie siatkówki. Przesłanie jest proste, „to, co istotne jest niewidoczne dla oczu”- wyraża się w mądrym przesłaniu które wkłada w usta Małego Księcia Exupery. Chrystus uzdrawia jego oczy, aby mógł dostrzec światło, które ma moc stworzenia na nowo i przebóstwienia. „Niech moje łzy będą mi sadzawką Siloe, abym mógł w niej obmyć oko mojej duszy ! Wówczas ujrzę, Panie, Ciebie światłości przedwieczna !”- śpiewamy w Kanonie Pokutnym św. Andrzeja z Krety. Ewangelia szczegółowo opisuje ten ryt miłosierdzia którego materia jest odpychająca, ale skuteczna. Ślina i gruda ziemi – czy to nie przypomina pierwszego aktu stwórczego z Edenu ? Błoto wchłania się w organ najbardziej newralgiczny i czuły. Najpierw bolesne podrażnienie soczewki, strumień wody, a później rozchodzące się punktowo ciepło i bliki światła przez które przedziera się zarys miejsca i tłoczących się naprzeciw ludzi. Miłość daje mu oczy ogromne, żeby patrzył na świat i wierzył. Serce pełne bólu, staje się przestrzenią szczęścia. „Oczy zobaczą wiatr nad wiatrami. A potem ciszę obleją łzami”(E. Bryll). Ojcowie Kościoła w sadzawce będą widzieli rezerwuar łaski i źródło chrzcielne z którego wychodzi człowiek utkany ze światłości; przeniknięty tchnieniem i energiami Ducha. O Chrzcie Tertulian daje subtelne objaśnienie: „Przeto błogosławieni na których czeka łaska Boża; skoro opuściliście ową najświętszą kąpiel odrodzenia i po raz pierwszy z braćmi wyciągniecie w kościele ręce do modlitwy.” Święty Efrem poruszony przesłaniem Ewangelii, nakreśli słowami modlitwę pragnienia: „Dawco światła ! Spełnij moją prośbę i udziel mi tego, o co Cię proszę, i wlej w moje serce choćby jedną kroplę swojej łaski !”

sobota, 16 maja 2026

 

Wiele miejsc i rzeczy odkrywam na świeżo. Ciśnienie czasu, zmienność okoliczności, nastawienie i zupełnie inna perspektywa pozwala zobaczyć znajomą i oswojoną mi przestrzeń w zupełnie nowy sposób. Spędziłem z moimi uczniami kilka dni w Toruniu. Lubię takie włóczęgi po zabytkowych miastach; od tych wielkich jak Rzym, po takie nasze lokalne jak to, którego urokliwy krajobraz ukształtowała bogata historia i bajkowy rytm Wisły. Noszę w sobie wspomnienia z czasów studenckich jak przechodziłem o świcie most rozwieszony miedzy dwoma brzegami rzeki, a obrazy wyłaniające się moim oczom przypominały te które impresjoniści malowali, spoglądając na paryską Sekwanę i snujące się po niej barki. Miasto średniowieczne z dość dobrze zachowaną tkaną wieków przeszłych, co nadaje szczególnego kolorytu i przyciąga turystów – a nade wszystko młodych adeptów sztuki. W rozmowie telefonicznej moja znajoma, spacerująca po królewskim Krakowie z lekkim przekąsem odparła: „A co tam jest w tym Toruniu do zobaczenia ?” Rozczarowałem się odrobinę jej płytką i nonszalancką opinią, przeżuwając w mojej ulubionej azjatyckiej restauracji kurczaka w chrupiącym cieście. „Gotyk na dotyk” – widnieje na jednym z bilbordów reklamujących miejsce przenikania się kultury polskiej i obecności zakonu krzyżackiego, który to wbrew przerysowanym opiniom Sienkiewicza, pozostawił po sobie wiele wspaniałych dzieł plastyki i rzemiosła – kultury materialnej i myśli. Nie można postrzegać wielu spraw w małej skali czasu, wtedy możemy być zdani na pominięcie, czy sąd który stanie się płytkim ogólnikiem przenikającym nadmiernie do świadomości ludzkiej i historycznej. To może prowadzić do zakrzywienia, ale nie tak magnetyzującego wzrok jak jedna z odchylonych od osi muru baszt. Patrzę na miasto w którym nie można być zdezorientowanym, posiadającym pewnego punkty odniesienia tak chociażby jak pomnik Kopernika autorstwa Tiecka, wokół którego kłębią się spacerowicze a i gołębię mają swoje przytulne miejsce na głowie i ramionach wybitnego astronoma i uczonego. Pięknie odrestaurowane średniowieczne obiekty, barokowe kamienice i schowane na peryferiach zaułki w których można na chwilę uchwycić się własnych myśli. Nawet w supermarkecie wbitym w starówkę można dostrzec malowane stropy obwieszczające renesans. Siedziałem w kościele świętego Jakuba patrząc na krucyfiks Drzewo Życia. Chrystus umieszczony na pniu drzewa z którego rozrastają się latorośle a w ich gąszczu, gnieżdżą się starotestamentalni prorocy, rozwijający zwoje których treść odnosi się do Tego, który swymi ramionami próbuje w uścisku miłości objąć świat. Mało kto dzisiaj zwraca uwagę na drobne detale, smaczki magnetyzujące już aż nadto nadwyrężone od fiksacji wszystkiego oko. „Można przekazać wiedzę, ale nie można przekazać przeżycia – pisał w Lapidarium Kapuściński – Przeżycie posiada pewien dodatkowy wymiar egzystencjalny, wobec którego słowo jest zbyt ubogie, zbyt bezradne.” Nawet pozbawionemu właściwego wykształcenia badaczowi kultury, potrzebny jest instynkt i intuicja, które niczym najszlachetniejsza muzyka, wzmagają niedosyt i stan przelewającego się od oczu do serca i intelektu zachwytu. „Nie osiągnie się rozkoszy estetycznej ten, kto chce tylko wygodnie i tanim kosztem konsumować rezultat artystycznej produkcji – rozmyślał Bertolt Brecht – trzeba samemu wziąć udział w tworzeniu, stać się w pewnym zakresie produktywnym…” Świadczą o tym rysunkowe szkice na marginaliach mojego przemoczonego deszczem notatnika. To szperanie tu i tam w poszukiwaniu czegoś lub kogoś z plastikowym kubkiem kawy z mlekiem. Istnieją ludzkie którzy nie potrafią patrzeć, a tym samym nie są zdolni do przeżywania świata na wyższym wolumenie własnego istnienia. Wszedłem do Centrum Sztuki Współczesnej. Na ścianie toalety sfotografowałem naklejkę z cytatem Andre Molesa: „Nie ma już dzieł sztuki. Są tylko sytuacje artystyczne.” Określenie trafne w kontekście przestrzeni w której poczułem się lekko zniesmaczony, obcując bowiem z obiektami które codziennie wypluwa na wysypiskach nasza zabiegana cywilizacja. Żeby nie było aż nazbyt gorzko, to polecam wystawę Stefana Knappa pt. Alchemik i wizjoner. Ekspozycja prezentuje rozpięte na linii czasu dzieła artysty: malarstwo i rysunki, emalie na stalowych płytach, rzeźby i kompozycje o quasi fluorescencyjnych barwach. Prace przenika namysł na egzystencją która rozpina się od traumatycznych wydarzeń historii XX wieku, po pewnego rodzaju wolność twórczą i entuzjazm zamknięty w ekspresyjnych formach. Po intensywnych przeżyciach ze sztuką przycupnąłem w zaciszu parku, naprzeciw zamyślonego nad czymś popiersia Herberta. Pomilczałem z nim i powróciłem do hotelu.

 

niedziela, 10 maja 2026

 

Rzekła do Niego kobieta: «Panie, daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać»…(J 4,5 – 42).Wielokrotnie próbowałem wyobrazić sobie scenę spotkania Chrystusa z Samarytanką. Przesuwa mi się w pamięci wiele obrazów malarskich, których wspólnym wyróżnikiem jest atmosfera niepowtarzalnej intymności i spontaniczności. W Ewangelii większość obrazów wypełniają szczelnie kłębiący się ludzie, którzy z ciekawości lub z chęci zobaczenia cudu cisną się wokół osoby Jezusa. Spotkanie przy studni wskazuje na bardzo indywidualne podejście Boga do człowieka. Samarytanka nic o przypadkowo napotkanym mężczyźnie nie wie, nawet jest zaskoczona i skrepowana Jego obecnością. Nie może się już wycofać i wrócić z niczym do domu. Pokazanie się w innej porze dnia byłoby dla niej niebezpieczne; już nie tylko poszybowałyby przykre słowa z ust innych kobiet, a może nawet kamienie poleciałby w jej kierunku. Chrystus doskonale zna jej historię. Wie czym się zajmuje, jaki jest jej status społeczny, a co najbardziej zaskakujące zna myśli ludzi na jej temat. Jest osaczona i musi skonfrontować się z prawdą. Nie można czerpać wodę ze „studni życia” przy jednoczesnym zakłamywaniu własnego życia. Jest grzeszna i potrzebuje „źródła wody żywej”. Nagle uświadamia sobie że jest w niej ktoś, kto zna ją od wewnątrz. „Skrucha wypływa z poznania prawdy” (T.S. Eliot). To spotkanie uświadamia nam niezwykle uniwersalne przesłanie. „Grzech pokrywa obraz Boga w człowieku nieczystością i zasłania go. Obraz Boga zostaje przykryty innym obrazem, który jest obrazem zwierzęcym, diabelskim. Pokuta oczyszcza i odnawia obraz. Cnota nadaje mu blask i piękno” (T. Spidlik). Chrystus wprowadza nieznajomą i bezimienną niewiastę w nawrócenie; bez tego dyskusja o obecności Boga w tym, czy innym miejscu jest tylko stratą czasu. Tą świątynią jest serce człowieka - miejsce spotkania, nawiedzenia, nasycenia życiem. „Wyszła zabrudzona, wróciła jako typ Kościoła nieskalanego. Wyszła i zaczerpnęła życie jak gąbką; wyszła niosąc hydrię, wróciła niosąc Boga. Któż nie będzie błogosławił tej niewiasty, a raczej czcił Kościoła, który wyszedł z pośród pogan i wziął radość i zbawienie ?”(św. Roman Melodos). Piękno, Dobro, Miłosierdzie stoi przed nią - w bliskości o której mogli sobie pomarzyć Prorocy włóczący się za Bogiem, czy wdrapujący się na wysokie góry, aby choć przez chwilę poczuć obecność Niepoznawalnego. Ile jest dzisiaj takich ludzi, którzy mówią że nie są spragnieni. Czy ich pragnienie Źródła wyschło ? Przy studni czeka Pan także na współczesne samarytanki. One doskonale wiedzą, że źródło istnieje, i szukają je, ale zapomniały, że bije ono z Tego, który nieustannie prosi, aby dać Mu pić. Źródło nie jest czymś urojonym, to człowiek jest zagubiony i zdezorientowany, ciągle przychodząc nie w porę. On ciągle czeka przy studni- Bóg tęskniący za człowiekiem. Dzisiaj Jego studnia jest Kościół- „miejsce pokrzepienia”- locus refrigerii- przedsmak Raju nawodniony miłością Zbawiciela. Kiedy nas swojej drodze życia spotka się Chrystusa, to pozostawia się swój dzban na brzegu studni i biegnie się ile tylko sił w nogach i piersiach, aby wykrzyczeć innym: „Czyż On nie jest Mesjaszem ?”  

 

  

wtorek, 5 maja 2026

 

Zmurszałe i naznaczone rytmem pracy życie, zostaje zatrzymane rozkwitem miesiąca maja. Gorzki osad zniechęcenia opada na dno i nastaje świt ! Witalna erupcja natury obezwładnia władzę zmysłów, poddając je mocy eterycznych zapachów i kolorów które nie jednego artystę przyprawiają o zawrót głowy i przyśpieszone bicie serca. „Maluje się nie farbami, ale uczuciem” – uświadamiał młodym adeptom sztuki malarskiej Chardin. Wszystko żyję i przypomina, że pod warstwą oczywistości i zewnętrzności kryją się ukryte źródła przy których można odpocząć niczym biblijni nomadzi – zapominając o koniecznościach codzienności, tak silnie naznaczonej mnożonymi nieprzerwanie powinnościami. Zwały przygnębiających umysł myśli, zostają przegnane uśmiechami napotykanych twarzy – skąpanych w ciepłych wyziewach słońca. „Człowiek nie rzuca cienia, ponieważ jego filtry ocen, ustawione są na przepuszczanie tylko jasnego kręgu. Lubi być krystaliczny i przepuszczać wyłącznie światłość”(W. Sedlak). Siedzę przy źródle Mnemozyny, mitycznej bogini przypomnienia i powracam do beztroski dzieciństwa, gdzie wszystko wydawało się tak nieskomplikowane i niepowstrzymanie piękne. „W zasadzie przeszłość pojawia się w świadomości tylko w tej mierze, w jakiej może pomóc w zrozumieniu teraźniejszości i przewidywaniu przyszłości: oświetla ona działanie” – pisał H. Bergson. Maj przeniknięty jest wielkanocnym zrywem zmartwychwstania – wschodem Słońca, którego blask przygniata cień nocy i zachłanność śmierci; osnową jest nadzieja zawarta w przebudzeniu przyrody i wtórującemu jej śpiewowi ptaków. Miodowy werniks światła otula wszystko, czyniąc nasycenie kolorami podobieństwem do obrazów pełnego szaleństwa i sprzeczności van Gogha. Drzewa tańczą z radości, a dzieci przekonują się, iż ziemia jest przyjazna dla stóp wyzbytych z obuwia. Wyprażone w słońcu pola rzepaku i bociany powracające do swoich mateczników. Bóg „łagodny poeta świata” pozwala przygodnym i skazanym na pośpieszną tułaczkę stworzeniom, odczuć błogi spokój i pierwociny wieczności. W wertowanym pośpiesznie Dzienniku Guittona, natrafiłem na słowa: „Ażeby cieszyć się z obrazów i dźwięków, z widowiska barw i kształtów, trzeba je przełożyć na język zakrzepły i niemy; trzeba je wyrazić ciszą. Trzeba je zebrać razem niczym wielkie stado.” W sercu tętniącego świata stoi Bogarodzica określana na Wschodzie jako Słodkie Pocałowanie i potok matczynej miłości. Pełna milczącej tajemnicy Panhagia. „Matko Życia, Ty dałaś światu radość i wesołość, które osuszają łzy grzechu.” Przy źródle Jej poświęconym czerpię wodę i zwilżam usta porowate od nadmiaru słów. Piję i codzienność staje się Świętem !

niedziela, 3 maja 2026

 

W Jerozolimie zaś jest przy Owczej Bramie sadzawka, nazwana po hebrajsku Betesda, mająca pięć krużganków. Leżało w nich mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę… Rzekł do niego Jezus: „Wstań, weź swoje nosze i chodź !” Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje nosze i chodził… (J 5,1-15).

Porusza mnie ten fragment Ewangelii plastycznością przekazu i dramaturgią oczekiwania na Tego, który bezruch człowieka zmiażdżonego chorobą, napełnia dynamiką nadziei i sensu. Patrzę na tego nieszczęśnika leżącego na palmowej macie z twarzą przyprószoną piaskiem i wzrokiem wodzącym po tafli wody, którą w nieprzewidzianym momencie muśnie ręka zstępującego incognito anioła. Zadręczony marzeniami, wyczekuje jedynie pomocnych dłoni które przesuną go choć o metr bliżej upragnionego celu. Spoglądanie w ten sam punkt sadzawki z dojmującym przeświadczeniem, że wzbudzenie wody będzie mocniejsze i poderwie ją, poza kamienne obmurowanie cysterny. Szkliste oczy biedaków czekają na cud. „Ich wiara znalazła się w ognistym piecu zwątpienia, przerażona połamaniem praw natury”(R. Przybylski). A może tak spiętrzy się, obłaskawiając kilkoma kroplami spadającymi na pokrywające ciało i duszę rany. Niema procesja chorych wyczekujących ruchu i bulgotania łaski – rytuał ceremonii daru wody – kolejny uśmiech Boga wobec kruchego stworzenia. Oni stoją ciągle na starcie, niczym sportowcy oczekujący na podanie wyników biegu, który przegapili w ułamku sekundy. To tylko sfera marzeń o wodzie obmywającej trąd, wyzwalającej oczy z ciemności, czy członkach ciała które zastygły – stając się balastem istoty na pograniczu życia i śmierci. „Rzekł On do mnie: „Synu człowieczy stań na nogi. Będę do ciebie mówił.” I wstąpił we mnie duch, i postawił mnie na nogi; potem słuchałem Tego, który do mnie mówił”(Ez 2,1). Woda ma moc obmycia z brudu i ponownych narodzin – miejsce czułego dotyku Boga.  Czy nie istnieją słowa, gesty, spojrzenia i uśmiech który jest wstanie przywrócić równowagę zakleszczonemu w lęku światu ? Naprzeciw tej egzystencjalnej niemocy, staje Chrystus. Kiedy On wchodzi w sam środek tej poczekalni odrętwiałych ciał, dostrzegając ludzką nagość i niemoc. Jeden gest wystarczy, aby wyzwolić świat z jego konwulsji cierpienia. „Drogi, którą człowiek podejmuje w jednej chwili, nigdy nie da się zmierzyć. Dla tych odległości nie istnieją miary. Stłoczone wspomnienia, blask wrażeń, pędząca świadomość, przeczycie, refleksja, śmigają w człowieku jak rzucony kamień”(B. Hamvas). Chory nie potrafi ukryć łez, one stają się kroplą i fragmentem źródła które nabiera mocy uzdrowienia – wątłą stróżką wpadającą do rezerwuaru urzeczywistnionych tęsknot. Wszystko w człowieku pęka, niczym skorupa orzecha i napotyka ocean miłosierdzia. Nasz świat jest również pełen tęsknot i chorób, które nie tyle dotykają ciała co duszy. „Dzisiejszy człowiek jest rozbity. Rozdzierany przez zewnętrzne potrzeby, kończy wybuchem. Jego żywotność, seksualizm, wrażliwość, wyobraźnia…, krótko mówiąc, jego wszystkie władze coraz bardziej wymykają się jedności jego osoby – rozmyślał Quoist – Co najbardziej wyczerpuje człowieka, to nieustanna gonitwa za odnalezieniem swej najgłębszej istoty.” Człowiek dotknięty, obmyty u źródła, przywrócony sobie, o przemienionych zmysłach i opatrzonych ranach, staje się istotą nie tylko uzdrowioną, ale nade wszystko spójną i przenikniętą Obecnością. Dobrze to wyraził święty Paweł: „Żyć – to Chrystus.”

środa, 29 kwietnia 2026

 

Chciałbym w tym tekście podjąć temat niezwykle delikatny i przysparzający być może mi krytyków, a zarazem dojrzewający we mnie od dłuższego czasu. Myślę tu o dylematach i dramatach mężczyzn. To pokłosie doświadczeń, refleksji, rozmów i spotkań z mężczyznami poranionymi przez płeć silniejszą – kobietę towarzyszkę – próbując odwrócić tym samym kalki, stereotypy i utrwalone powszechnie przekonania, że to mężczyźni krzywdzą, będąc uważani za sprawców przemocy tak psychicznej jak i fizycznej. „Bóg stworzył człowieka i znajdując go wyraźnie samotnego, dał mu towarzyszkę, by lepiej odczuwał samotność”(P. Valéry). Istnieje niezauważalna i milcząca przestrzeń dramatu mężczyzn prześladowanych przez Erynie, będących niezawinionymi ofiarami tych „delikatnych”, „wrażliwych”, „współczujących”, „czułych” i „łaknących miłości kobiet” o których nikt z zewnątrz nawet nie pomyśli, że są mistyfikatorkami i dewastatorkami świata mężczyzny, który każdego dnia doznając bólu, zwija się niczym poczwarki owadów w kokon. Niewiasta sięgająca po owoc autonomii – Gorgona sprowadzająca nerwicę, depresję, cierpienie, guzy nowotworowe od spiętrzonego stresu, aż po pocałunek śmierci. Na jednym z internetowych forów przeczytałem: „W skali roku cztery tysiące mężczyzn popełnia samobójstwo. W Polsce wychodzi jedenaście samobójstw dziennie. O czym my mówimy, systemowa hekatomba na mężczyznach, a o tym cisza w mediach.” Samobójstwo z powodu utraty domu przez kobietę po rozwodzie i alienację dziecka. W ciśnieniu zbiorowej świadomości, proklamowanej przez media i utrwalanej przez poradnie psychologiczne, to mężczyzna jawi się jako źródło zła, zniewolenia, siły wymierzonej w kruchą kobietę za której plecami chronią się niczego winne i bezbronne dzieci. Ten mit eksploduje pod naporem danych z których jasno wynika, iż jest coraz więcej mężczyzn którym świat sypie się na głowę pod naporem cynicznych, wyrachowanych i obliczonych na zysk działań kobiet. Istot z premedytacją eliminujących mężczyzn i niszczących ich krok po kroku, wykorzystując do tego instrumenty prawa i instytucje, potrafiąc z premedytacją i zimną kalkulacją z mężczyzny zdrowego na umyśle, uczciwego, kochającego męża i ojca, uczynić przestępcę, czy niewolnika który na skraju bezdomności musi zapewnić finansowy byt kobiecie, która to koniec końców okazuje się zręczną manipulatorką. „Miłość zostaje sprofanowana zanim jeszcze udało się odkryć, czym była”(P. Evdokimov). Pamiętam jak wiele lat temu w rozmowie niezwykle szczerej, pewien mężczyzna wyznał mi, że jest ofiarą przemocy swojej żony. Cicha i spokojna, przykładna matka i skuteczna pracowniczka firmy, zakładając maski – okazała się femme fatale- inteligentną, przebiegłą i wyrafinowaną sadystką. Każdego dnia niszczyła i gasiła go jak papieros w popielniczce. Poniżała przed dziećmi i szantażowała. Z obawy przed wybiciem tego szamba na zewnątrz, założyła mu niebieską kartę (narzędzie niezależnych i przedsiębiorczych kobiet) i docisnęła go do końca w majestacie prawa i biurokracji, stojącej zawsze po jednej ze stron. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że ten mężczyzna targnął na swoje życie. Odcięty od miłości dzieci i pozbawiony środków do życia, wybrał najbardziej tragiczną drogę rozwiązania tej sprawy. Deptany latami nie wytrzymał presji i lęku przed wyjściem z tego impasu. Spotkałem wielu bezdomnych, wyrzuconych za drzwi, ograbionych z godności z nalepką na czole alkoholik, niczym trędowaty od którego trzeba uciekać. Znam mężczyznę, którego notorycznie kobieta poniewiera przezywając od nieudaczników. Bije go dłonią po potwarzy, wykazując przy tym irracjonalną przyjemność z zadawanego mu bólu. Żyje w labiryncie i moczy się w środku nocy na myśl o kolejnym dniu partnerskiej gehenny. To tylko klika kadrów które podsuwa mi w tym momencie pamięć, a są ich dziesiątki. Na początku XX wieku potrzeba równości popychała kobietę do współzawodnictwa z mężczyzną, dogonienia i dorównania mu w wielu przestrzeniach codziennej egzystencji. Kobieta – „wezwanie bytu” – wdrapuje się po drabinie kariery wykorzystując ku temu wszystkie swoje atrybucje i zdolności intelektu, wyprzedzając mężczyznę i redukując go do jej doraźnych zachcianek i namiętności – bankomatu i egoistycznie przeżywanej seksualności. „Gdy człowiek spada z poziomu człowieczeństwa, nigdy nie staje się zwierzęcy – staje się demoniczny”- twierdził Hamvas. Z nudów bierze co chce i nic nie daje w zamian, będąc reżyserką życia w imię proklamowanej wolności i niezależności. Na progu tej przepastnej wolności stoi on, zaciśnięty w kleszczach i doznający zadyszki na myśl o powrocie do domu. Dlaczego nie widzimy płaczących i połamanych mężczyzn ? Ponieważ ich ból jest niewidoczny, wstydliwie skrywany w miejscach zaciemnionych, wyznawany jedynie na spowiedzi i bojący się ośmieszenia w społeczeństwie prężącym muskuły i obwieszczającym na każdym kroku prymat inteligencji, sprytu, siły i władzy. Czy widzieliście jakiś pomnik wystawiony mężczyźnie i ojcu, afirmujący jego miłość i oddanie ? Odpowiem:  Nie ! Istnieją tylko rzeźby szlachetnych kobiet które odpierając gwałt tego świata, odznaczyły się odwagą i rezygnacją z siebie w imię epickich idei. Z każdego sądu mężczyzna wychodzi z bagażem połajań i zobowiązań, niewysłuchany i pokopany jak pies. „Algorytm sądowy niemal automatycznie przyznaje dom, dzieci i alimenty jednej stronie. Zjawisko to określa się terminem „inflacji pojęcia przemocy”… Rozwód przestał być tylko dramatem emocjonalnym. Stał się najskuteczniejszą strategią inwestycyjną…” Mężczyzna zostaje wyrzucony z domu który przez lata budował, tracił dla rodziny siły i zdrowie. Jakże często wydzierając swoje serce dla dzieci, będąc gotowym zrobić dla nich wszystko. Skomli o miłość którą zagarnęła ona, oświetlona fleszami, z pakietem przywilejów i profitów. Matka Polka z dzieckiem przy piersi, paradygmat wryty w pamięć i uczucia, jak z ckliwych pasteli Wyspiańskiego. W kręgu tych mitów orbitujemy, kupując je za dobrą monetę i będąc przekonanymi, że świat jest taki monochromatyczny, a mężczyzna – „właściciel kobiety” stoi twardo w jego centrum - rozdając karty i kreśląc przyszłość po swojemu nadwyrężoną od nieróbstwa ręką. To dobrze sprzedający się fałsz, mający na celu zatuszowanie rzeczywistości która niczym wahadło zatrzymane natychmiast i celowo,  przechyla się w jedno miejsce. Na jednej ze stron kancelarii, młoda adwokat szczyci się ilością wygranych spraw rozwodowych. Scenografia pełna patosu, zachęcająca kolejnych klientów którzy już spakowali torby i wypchali portfel, strzelili focha i zatrzasnęli bezpowrotnie drzwi mieszkania. Wypadkowa chorobliwej tendencji, której wtóruje banda moralnych idiotów, niezdolnych do głębszej refleksji i przyklaskującej lepkiej na trzos palestrze, żerującej na wspólnocie osób, które wedle teologicznej definicji, winny być jednym ciałem – na dobre i złe. Uzasadnieniu tego świetlanego pasma sukcesów towarzyszy wklejenie filmu Smarzowskiego pt. Dobry dom, podprogowo i w sumie docelowo objaśniającego kto jest zły, a kto dobry na planszy życia. Mężczyzna staje się tragiczną wypadkową losu kobiety, widmowo uciekającej od ocalenia miłości, małżeństwa i rodziny. Mam świadomość że ten tekst powiał chłodem, ale musiał ujrzeć światło dzienne. Mężczyźni znani z przechwałek i uśmieszków, skrywają liczne i uwierające tajemnice, odbierające im jakże często sen i sens życia. Wydani niesprawiedliwym sądom, pozbawieni godności, rzuceni na pożarcie bezlitosnego systemu prawa – toną w ściekach sfabrykowanych kłamstw, wyciągając odruchowo dłonie i uczepiając się czegokolwiek – jakieś dryfującej deski ratunku. Dedykuję wam te przemyślenia, być może podnosząc was na duchu i dając wątłą nadzieję na blask prawdy, pośrodku gnieżdżącej się ciemności i strachu. Pragnę podziękować również tym wspaniałym kobietom, opiekunkom piękna i miłości, żonom potrafiącym podejmować trudne dialogi, umierać dla egoizmu i spoglądać na Krzyż Chrystusa w chwilach próby. Kobieta – połowa duszy i pomoc, cerująca każdego dnia tkaninę wierności. Twórczo wypełniająca świat swoją istotą i promieniującą obecnością, będąc wedle określenia św. Pawła „Chwałą mężczyzny.”

 

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

 

W świecie którym przyszło nam żyć jest tak wiele zmiennych sytuacji i wydarzeń, iż trudno prorokować o kształcie następnego dnia. „Po co iść tropem tego, co już się skończyło”- pyta w Mistrzu i Małgorzacie Bułhakow. Rzeczywistość rozpięta na osi dwóch imperializmów i dwóch podstarzałych, labilnych przywódców z zapalnikiem nuklearnym w dłoni, nie wróży nic dobrego – stając się źródłem dojmującego niepokoju. „Nieograniczona władza w ręku ograniczonych ludzi prowadzi do wybuchu okrucieństwa”(A. Sołżenicyn). Zimna wojna tak naprawdę się nigdy nie zakończyła, przybierając różnej maści mistyfikacje i znieczulenia, odwracając uwagę patrzących od sedna narastających i ukrytych pod powierzchnią problemów. Ambicja wymieszana z szaleństwem o rząd nad światem i eksploracje jego dóbr w sposób nieograniczony jest tym rodzajem szaleństwa które leczy się doraźnie i ryzykowanie. Zawsze znajdzie wariat który w imię rozhuśtanego ego, będzie chciał strawić świat w płomieniach, uprzedzając tym samym najbardziej mroczny – quasi apokaliptyczny scenariusz końca. Civitas diaboli utkane z pozorów i bezszelestnie wypluwające z siebie okruchy dobra. Choć z pozoru żyje się i oddycha spokojnie, to z tyłu głowy kłębią się myśli o kształt jutra, konstruowanego słowami i poczynaniami polityków, których działania jakże często nie skupiają się na dobru ludzkości lecz wymiernym interesom uprzywilejowanej jednostki lub grupy zaciskającej pętlę władzy i przywilejów, modelującej rzeczywistość podłóg własnego widzimisię. Trzeba być naiwnym wierząc młócącym o pokoju ustom którzy napierając na szkło kamery próbują wypaść lepiej i utrzymać korzystną dla siebie pozycję politycznego poparcia. Pogarda dla ludzkich problemów, nieszczęść, życiowych dramatów jest tak dostrzegalna, że człowiek się wewnętrznie kotłuje i krzyczy, choć ma przeświadczenie że nikt tego nie usłyszy. Im bardziej woła się o pokój, tym silniej trzeba się zbroić – błędne koło – pozycjonujące człowieka w stanie napięcia i cieniu zbliżającej się katastrofy. Powyżej umieściłem poruszającą pracę niemieckiej artystki Käthe Kollwitz pod znamiennym tytułem Nasion nie należy mielić. To praca nad wyraz antywojenna i ciągle aktualna, próbując uchronić młode pokolenie przed absurdem i okropnościami wojny. Zapora macierzyńskiej miłości przed złem, które odbiera resztki człowieczeństwa; tragiczne fatum wojny, wyszarpuje i przerywa szczęście dzieciństwa. Przecięta pępowina, rozdarty płaszcz matczynej opieki, wydarcie z domu i gwałt na rodzicielskiej i synowskiej miłości. Odbieranie życia innym i zarazem wola przetrwania w chaosie śmierci jest doświadczeniem na wskroś piekielnym i silnie stygmatyzującym historię każdej jednostki. Po tym już nic pozostaje takie jakie było. Wszystko wokół staje się inne, skarłowaciałe i moralnie upośledzone. Zbombardowane miasta, przerwane życia, zmasakrowane ciała wydane w ręce obcych i zbiorowych dołów. Bydlęce wagony, duszący fetor fekaliów i swędzącego ciało brudu, głód, kradzieże, to jedynie sekwencja kadrów powracających raz jeszcze, kiedy wystrzeli się pierwszą kulę z karabinu, czy naruszy spokój i intymność czyjegoś domu. Zawłaszczenie terytorium i człowieka, rozpoczyna się od wyniesienia telewizora i mikrofalówki, czy zdjęcia obrazu ze ściany. Kto rzetelnie na Ukrainie policzył straty: zamordowanych cywili, zgwałconych kobiet, okaleczonych i wywiezionych gdzieś tam na obcą ziemię dzieci, starców wywleczonych na pola i pozostawionych sobie ? Tchórzostwem jest rozprawianie o pieniądzach włożonych w wojnę, kiedy przestało się wspominać i opłakiwać umarłych, prześladowanych – których życie zdeptano natychmiast bez zbędnych formalności i tłumaczeń. Pieniądze których jest ciągle niewystarczająco, wchłaniają się w kieszenie nadętych i skorumpowanych oligarchów, które uszczuplone, finalnie wychodzą jako ochłapy dobroci, rzucone zrozpaczonym i bezsilnym ofiarom konfliktu. Nie akceptuję tego stanu rzeczy i bulwersuję się na takie widmo niesprawiedliwości. Zgadzam się z Tarkowskim, że „koniec cywilizacji może nastąpić, zanim spadnie pierwsza bomba atomowa. Stanie się to z chwilą, kiedy umrze ostatni człowiek, który wierzy w Boga: bez wiary w nieśmiertelność duszy – to już koniec, śmierć, cywilizacja zwierząt.” Myślę, że Rosja może zakończyć tę wojnę, ponieważ ma ogromne siły duchowe – sumienie - którego nie potrafi zrozumieć egoistyczny i skupiony na sobie świat zachodu. To jakieś trudne do pojęcia starcie cywilizacji na peryferiach których działają wrogie siły, podsycające militarny klincz i ciągle rozdrapujące zabliźniające się rany. „Możemy zrozumieć się nawzajem – pisał Hesse – lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam.” Trzeba uważnie wsłuchać się w głos dwóch stron i z właściwym ciężarem odpowiedzialności poszukać drogi wyjścia z tego impasu. Pragnienie pokoju zawsze przechodzi przez granicę serca człowieka. Prawosławie budząc sumienia, ciągle przypomina, iż kochać bliźniego w jego grzechu to najtrudniejsza sprawa !

 

niedziela, 26 kwietnia 2026

 

Niedziela Świętych Niewiast niosących wonności. Zobaczyć i uwierzyć ! Trwamy w radości zmartwychwstania Pańskiego, a lektura fragmentów Ewangelii umacnia naszą pewność, że On żyje ! Kobiety przepełnione wiarą w obecność żywego Chrystusa stają się pierwszymi apostołkami- głosicielami radosnej nowiny. Przedstawia to sugestywnie ikona Niewiasty u grobu lub inaczej Nosicielki mirry obrazują scenę ewangeliczną, wzmacniając paschalny przekaz spotkania ze Zmartwychwstalym Panem. Kościół przeniknięty blaskiem poranka wielkanocnego podejmie to pełne duchowej eksplozji przesłanie: „Pascha piękna, Pascha, Pascha Pańska ! Pascha najczcigodniejsza nam zajaśniała ! Pascha, radośnie obejmijmy jeden drugiego... Bowiem dzisiaj z grobu, jak z pałacu, zajaśniał Chrystus. Niewiasty radością napełnił, mówiąc: „Głoście apostołom !” Pan zostawia niewiastom dwa kluczowe słowa przesłania: radość i proklamacja. Pascha jest „wybuchem radości... Jest to eksplozja kosmicznej radości wywołanej triumfem życia po wszechogarniającym żalu po śmierci- śmierci, którą Pan życia musiał przecierpieć, kiedy stał się człowiekiem...” (D. Staniloae). Ale nawet dzisiaj – podobnie jak dwa tysiące lat temu, radość z bliskości Żyjącego, może zostać przesłonięta kłamstwem, niedowierzaniem, sceptycyzmem, pogardą, a nawet ideologiczną przemocą. Tak jak niegdyś faryzeusze próbowali sfabrykować i zaciemnić fakt nieobecności Chrystusa w zapieczętowanym, tak również i dzisiaj nie brakuje ludzi których oczy spowite są niepoznaniem, ciemnością i przekupstwem. Świat chciałby uczynić z Kościoła socjologicznie poprawną dystrybucję dóbr, ale bez opowiadania o Bogu. „Pozbawcie chrześcijaństwo tej paschalnej radości, zabierzcie mu Paschę – pisał A. Schmemann- i co pozostanie ? Pozostanie dręczące wspomnienie o dziwnym Nauczycielu, pozostaną Jego słowa o miłości i pokorze, pozostanie smutna historia jeszcze jednego tragicznego niepowodzenia. Pozostanie cyniczna myśl: Co może to kazanie miłości i braterstwa w świecie, gdzie mimo wszystko triumfują piłaci, judasze, faryzeusze i naczelnicy, gdzie wszystko zbudowane jest na sile, na strachu, na przymusie ? I prawdę mówiąc właśnie to chcą udowodnić od niepamiętnych czasów wszyscy wrogowie Chrystusa i chrześcijaństwa.” Pomimo tych ludzkich sprzeciwów, naigrywania się i perfidnego śmiechu zwątpienia, radość detonuje twardą skamielinę wielopokoleniowej krótkowzroczności. My jesteśmy świadkami Jego Zmartwychwstania. Nie pozwólmy żeby ktoś nam zamknął usta, aby prawda o największym cudzie została zagłuszona pomrukiem bezbożności. Największą bronią chrześcijaństwa jest odważna wiara i życie w „stanie szczęśliwości paschalnej.”