Menu

czwartek, 21 maja 2026

 

Credo podniośle śpiewane w czasie każdej bizantyjskiej Liturgii, rozpoczyna się od wspomnienia dzieła stworzenia i kończy się nadzieją oraz pragnieniem posiadania „życia przyszłego świata.” Nieśmiertelność schodzi do nizin naszej egzystencji, aby podnieść wszystko ku górze. Taka jest dynamika wiary, która roznieca tęsknotę za życiem wiecznym, które karkołomnie próbują opisać nasze ubogie słowa i odrętwiałe scalić w tekst, palce położone na klawiaturze komputera. „Wniebowstąpienie Chrystusa pieczętuje nieogarnione zjednoczenie ludzkości z Ojcem” – jak powie Olivier Clément. Jest porywem Ducha który urzeczywistnia komunię człowieka z Panem który idzie do Ojca. „Jego wniebowstąpienie jest naszym uwielbieniem”- stwierdzi poetycko św. Efrem. Niebo się otwiera z całą ekspresją światła, aby Duch mógł zejść z postaci języków Ognia i napełnić Kościół życiem Ukrzyżowanego i Zmartwychwstałego Baranka. „Ręka Boga dotyka zamkniętego koła czasu i podnosi go do wyższego wymiaru”(św. Grzegorz z Nyssy). Chrześcijaństwo musi opuścić Wieczernik z głową podniesioną ku Niebu i kroczyć drogą Ewangelii. Odtąd wierzący przyjmą gest orantów – stając personifikacją modlitwy i afirmacji życia. Na Górze Oliwnej rozpocznie się liturgia kosmiczna w której Bóg zwraca się do świata, a świat poraniony grzechami i licznymi negacjami istot rozumnych - wychodzi na spotkanie swojego Króla. „Królestwo Boga jest pośród was”(Łk 17,21), nadając Paruzji wymiaru świętego oczekiwania na całkowite przeobrażenie świata i przebóstwienie człowieka. Znam wielu ludzi którzy nie wyobrażają sobie innego końca nić śmierć. Wielu jest z tym pogodzonych, a jeszcze inni odkładają cierpkość tych myśli na później. Chrześcijanin wie, że istnieje śmierć i przebudzenie; poderwanie i zabranie tam, gdzie język mistyki staje się wielkim westchnieniem i wrzeniem miłości. Odejść, aby być ! Wspomina o tym Jan Chryzostom w Homilii Paschalnej: „Niechaj nikt nie lęka się śmierci, wyzwoliła nas śmierć Zbawiciela… Chrystus Zmartwychwstał i życie triumfuje.” Chrystus idąc do Ojca nie znika, ale wręcz przeciwnie, urzeczywistnia się w zupełnie nowy sposób, ukazując się w mocy sakramentów i ożywiając każdą istotę tchnieniem Ducha. Czyż nie taki sens jest odpowiedzi, którą aniołowie obwieszczają mężom z Galilei: „Dlaczego tu stoicie i wpatrujecie się w niebo ? Ten Jezus wzięty od was do nieba, przyjdzie tak samo, jak widzieliście Go wstępującego do nieba”(Dz 1,11). To odpływ strumienia życia do Źródła, aby mogło na powrót wytrysnąć przez chwalebne rany Chrystusa. „Wszyscy spragnieni pili z niego i gasili pragnienie, bowiem najwyższy dał im napój, a oni żyją przez wodę żywą na wieczność. Alleluja ! (św. Ambroży z Mediolanu). Ekonomia miłości w której Oblubienica spotyka na nowo swojego Oblubieńca !

niedziela, 17 maja 2026

 

[Jezus], przechodząc obok, ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże. Trzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata». To powiedziawszy, splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego; i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc (J 9,1-38).

Misterium uzdrowienia ! Chrystus potrafi wypatrzeć człowieka w jego nieszczęściu. Pochylić się nad jego nędzą i wykluczeniem, usunąć fałszywe oskarżenia, zdemontować opinie które w żaden sposób nie mają potwierdzenia w rzeczywistości i jakże często zaprzeczają faktycznemu stanowi rzeczy. Człowiek jest niewidomy nie dla tego, że dotyka go jakiś dziedziczny stygmat grzechu który toczył jego rodzinę a w konsekwencji również jego samego. Jakże absurdalna jest ta wykładnia, podrywająca innych do wytykania palcami i marginalizowania człowieka brodzącego w mroku i potykającego się o krzywdzące opinie faryzeuszów. Dziedziczne może być jedynie barwnikowe zwyrodnienie siatkówki. Przesłanie jest proste, „to, co istotne jest niewidoczne dla oczu”- wyraża się w mądrym przesłaniu które wkłada w usta Małego Księcia Exupery. Chrystus uzdrawia jego oczy, aby mógł dostrzec światło, które ma moc stworzenia na nowo i przebóstwienia. „Niech moje łzy będą mi sadzawką Siloe, abym mógł w niej obmyć oko mojej duszy ! Wówczas ujrzę, Panie, Ciebie światłości przedwieczna !”- śpiewamy w Kanonie Pokutnym św. Andrzeja z Krety. Ewangelia szczegółowo opisuje ten ryt miłosierdzia którego materia jest odpychająca, ale skuteczna. Ślina i gruda ziemi – czy to nie przypomina pierwszego aktu stwórczego z Edenu ? Błoto wchłania się w organ najbardziej newralgiczny i czuły. Najpierw bolesne podrażnienie soczewki, strumień wody, a później rozchodzące się punktowo ciepło i bliki światła przez które przedziera się zarys miejsca i tłoczących się naprzeciw ludzi. Miłość daje mu oczy ogromne, żeby patrzył na świat i wierzył. Serce pełne bólu, staje się przestrzenią szczęścia. „Oczy zobaczą wiatr nad wiatrami. A potem ciszę obleją łzami”(E. Bryll). Ojcowie Kościoła w sadzawce będą widzieli rezerwuar łaski i źródło chrzcielne z którego wychodzi człowiek utkany ze światłości; przeniknięty tchnieniem i energiami Ducha. O Chrzcie Tertulian daje subtelne objaśnienie: „Przeto błogosławieni na których czeka łaska Boża; skoro opuściliście ową najświętszą kąpiel odrodzenia i po raz pierwszy z braćmi wyciągniecie w kościele ręce do modlitwy.” Święty Efrem poruszony przesłaniem Ewangelii, nakreśli słowami modlitwę pragnienia: „Dawco światła ! Spełnij moją prośbę i udziel mi tego, o co Cię proszę, i wlej w moje serce choćby jedną kroplę swojej łaski !”

sobota, 16 maja 2026

 

Wiele miejsc i rzeczy odkrywam na świeżo. Ciśnienie czasu, zmienność okoliczności, nastawienie i zupełnie inna perspektywa pozwala zobaczyć znajomą i oswojoną mi przestrzeń w zupełnie nowy sposób. Spędziłem z moimi uczniami kilka dni w Toruniu. Lubię takie włóczęgi po zabytkowych miastach; od tych wielkich jak Rzym, po takie nasze lokalne jak to, którego urokliwy krajobraz ukształtowała bogata historia i bajkowy rytm Wisły. Noszę w sobie wspomnienia z czasów studenckich jak przechodziłem o świcie most rozwieszony miedzy dwoma brzegami rzeki, a obrazy wyłaniające się moim oczom przypominały te które impresjoniści malowali, spoglądając na paryską Sekwanę i snujące się po niej barki. Miasto średniowieczne z dość dobrze zachowaną tkaną wieków przeszłych, co nadaje szczególnego kolorytu i przyciąga turystów – a nade wszystko młodych adeptów sztuki. W rozmowie telefonicznej moja znajoma, spacerująca po królewskim Krakowie z lekkim przekąsem odparła: „A co tam jest w tym Toruniu do zobaczenia ?” Rozczarowałem się odrobinę jej płytką i nonszalancką opinią, przeżuwając w mojej ulubionej azjatyckiej restauracji kurczaka w chrupiącym cieście. „Gotyk na dotyk” – widnieje na jednym z bilbordów reklamujących miejsce przenikania się kultury polskiej i obecności zakonu krzyżackiego, który to wbrew przerysowanym opiniom Sienkiewicza, pozostawił po sobie wiele wspaniałych dzieł plastyki i rzemiosła – kultury materialnej i myśli. Nie można postrzegać wielu spraw w małej skali czasu, wtedy możemy być zdani na pominięcie, czy sąd który stanie się płytkim ogólnikiem przenikającym nadmiernie do świadomości ludzkiej i historycznej. To może prowadzić do zakrzywienia, ale nie tak magnetyzującego wzrok jak jedna z odchylonych od osi muru baszt. Patrzę na miasto w którym nie można być zdezorientowanym, posiadającym pewnego punkty odniesienia tak chociażby jak pomnik Kopernika autorstwa Tiecka, wokół którego kłębią się spacerowicze a i gołębię mają swoje przytulne miejsce na głowie i ramionach wybitnego astronoma i uczonego. Pięknie odrestaurowane średniowieczne obiekty, barokowe kamienice i schowane na peryferiach zaułki w których można na chwilę uchwycić się własnych myśli. Nawet w supermarkecie wbitym w starówkę można dostrzec malowane stropy obwieszczające renesans. Siedziałem w kościele świętego Jakuba patrząc na krucyfiks Drzewo Życia. Chrystus umieszczony na pniu drzewa z którego rozrastają się latorośle a w ich gąszczu, gnieżdżą się starotestamentalni prorocy, rozwijający zwoje których treść odnosi się do Tego, który swymi ramionami próbuje w uścisku miłości objąć świat. Mało kto dzisiaj zwraca uwagę na drobne detale, smaczki magnetyzujące już aż nadto nadwyrężone od fiksacji wszystkiego oko. „Można przekazać wiedzę, ale nie można przekazać przeżycia – pisał w Lapidarium Kapuściński – Przeżycie posiada pewien dodatkowy wymiar egzystencjalny, wobec którego słowo jest zbyt ubogie, zbyt bezradne.” Nawet pozbawionemu właściwego wykształcenia badaczowi kultury, potrzebny jest instynkt i intuicja, które niczym najszlachetniejsza muzyka, wzmagają niedosyt i stan przelewającego się od oczu do serca i intelektu zachwytu. „Nie osiągnie się rozkoszy estetycznej ten, kto chce tylko wygodnie i tanim kosztem konsumować rezultat artystycznej produkcji – rozmyślał Bertolt Brecht – trzeba samemu wziąć udział w tworzeniu, stać się w pewnym zakresie produktywnym…” Świadczą o tym rysunkowe szkice na marginaliach mojego przemoczonego deszczem notatnika. To szperanie tu i tam w poszukiwaniu czegoś lub kogoś z plastikowym kubkiem kawy z mlekiem. Istnieją ludzkie którzy nie potrafią patrzeć, a tym samym nie są zdolni do przeżywania świata na wyższym wolumenie własnego istnienia. Wszedłem do Centrum Sztuki Współczesnej. Na ścianie toalety sfotografowałem naklejkę z cytatem Andre Molesa: „Nie ma już dzieł sztuki. Są tylko sytuacje artystyczne.” Określenie trafne w kontekście przestrzeni w której poczułem się lekko zniesmaczony, obcując bowiem z obiektami które codziennie wypluwa na wysypiskach nasza zabiegana cywilizacja. Żeby nie było aż nazbyt gorzko, to polecam wystawę Stefana Knappa pt. Alchemik i wizjoner. Ekspozycja prezentuje rozpięte na linii czasu dzieła artysty: malarstwo i rysunki, emalie na stalowych płytach, rzeźby i kompozycje o quasi fluorescencyjnych barwach. Prace przenika namysł na egzystencją która rozpina się od traumatycznych wydarzeń historii XX wieku, po pewnego rodzaju wolność twórczą i entuzjazm zamknięty w ekspresyjnych formach. Po intensywnych przeżyciach ze sztuką przycupnąłem w zaciszu parku, naprzeciw zamyślonego nad czymś popiersia Herberta. Pomilczałem z nim i powróciłem do hotelu.

 

niedziela, 10 maja 2026

 

Rzekła do Niego kobieta: «Panie, daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać»…(J 4,5 – 42).Wielokrotnie próbowałem wyobrazić sobie scenę spotkania Chrystusa z Samarytanką. Przesuwa mi się w pamięci wiele obrazów malarskich, których wspólnym wyróżnikiem jest atmosfera niepowtarzalnej intymności i spontaniczności. W Ewangelii większość obrazów wypełniają szczelnie kłębiący się ludzie, którzy z ciekawości lub z chęci zobaczenia cudu cisną się wokół osoby Jezusa. Spotkanie przy studni wskazuje na bardzo indywidualne podejście Boga do człowieka. Samarytanka nic o przypadkowo napotkanym mężczyźnie nie wie, nawet jest zaskoczona i skrepowana Jego obecnością. Nie może się już wycofać i wrócić z niczym do domu. Pokazanie się w innej porze dnia byłoby dla niej niebezpieczne; już nie tylko poszybowałyby przykre słowa z ust innych kobiet, a może nawet kamienie poleciałby w jej kierunku. Chrystus doskonale zna jej historię. Wie czym się zajmuje, jaki jest jej status społeczny, a co najbardziej zaskakujące zna myśli ludzi na jej temat. Jest osaczona i musi skonfrontować się z prawdą. Nie można czerpać wodę ze „studni życia” przy jednoczesnym zakłamywaniu własnego życia. Jest grzeszna i potrzebuje „źródła wody żywej”. Nagle uświadamia sobie że jest w niej ktoś, kto zna ją od wewnątrz. „Skrucha wypływa z poznania prawdy” (T.S. Eliot). To spotkanie uświadamia nam niezwykle uniwersalne przesłanie. „Grzech pokrywa obraz Boga w człowieku nieczystością i zasłania go. Obraz Boga zostaje przykryty innym obrazem, który jest obrazem zwierzęcym, diabelskim. Pokuta oczyszcza i odnawia obraz. Cnota nadaje mu blask i piękno” (T. Spidlik). Chrystus wprowadza nieznajomą i bezimienną niewiastę w nawrócenie; bez tego dyskusja o obecności Boga w tym, czy innym miejscu jest tylko stratą czasu. Tą świątynią jest serce człowieka - miejsce spotkania, nawiedzenia, nasycenia życiem. „Wyszła zabrudzona, wróciła jako typ Kościoła nieskalanego. Wyszła i zaczerpnęła życie jak gąbką; wyszła niosąc hydrię, wróciła niosąc Boga. Któż nie będzie błogosławił tej niewiasty, a raczej czcił Kościoła, który wyszedł z pośród pogan i wziął radość i zbawienie ?”(św. Roman Melodos). Piękno, Dobro, Miłosierdzie stoi przed nią - w bliskości o której mogli sobie pomarzyć Prorocy włóczący się za Bogiem, czy wdrapujący się na wysokie góry, aby choć przez chwilę poczuć obecność Niepoznawalnego. Ile jest dzisiaj takich ludzi, którzy mówią że nie są spragnieni. Czy ich pragnienie Źródła wyschło ? Przy studni czeka Pan także na współczesne samarytanki. One doskonale wiedzą, że źródło istnieje, i szukają je, ale zapomniały, że bije ono z Tego, który nieustannie prosi, aby dać Mu pić. Źródło nie jest czymś urojonym, to człowiek jest zagubiony i zdezorientowany, ciągle przychodząc nie w porę. On ciągle czeka przy studni- Bóg tęskniący za człowiekiem. Dzisiaj Jego studnia jest Kościół- „miejsce pokrzepienia”- locus refrigerii- przedsmak Raju nawodniony miłością Zbawiciela. Kiedy nas swojej drodze życia spotka się Chrystusa, to pozostawia się swój dzban na brzegu studni i biegnie się ile tylko sił w nogach i piersiach, aby wykrzyczeć innym: „Czyż On nie jest Mesjaszem ?”  

 

  

wtorek, 5 maja 2026

 

Zmurszałe i naznaczone rytmem pracy życie, zostaje zatrzymane rozkwitem miesiąca maja. Gorzki osad zniechęcenia opada na dno i nastaje świt ! Witalna erupcja natury obezwładnia władzę zmysłów, poddając je mocy eterycznych zapachów i kolorów które nie jednego artystę przyprawiają o zawrót głowy i przyśpieszone bicie serca. „Maluje się nie farbami, ale uczuciem” – uświadamiał młodym adeptom sztuki malarskiej Chardin. Wszystko żyję i przypomina, że pod warstwą oczywistości i zewnętrzności kryją się ukryte źródła przy których można odpocząć niczym biblijni nomadzi – zapominając o koniecznościach codzienności, tak silnie naznaczonej mnożonymi nieprzerwanie powinnościami. Zwały przygnębiających umysł myśli, zostają przegnane uśmiechami napotykanych twarzy – skąpanych w ciepłych wyziewach słońca. „Człowiek nie rzuca cienia, ponieważ jego filtry ocen, ustawione są na przepuszczanie tylko jasnego kręgu. Lubi być krystaliczny i przepuszczać wyłącznie światłość”(W. Sedlak). Siedzę przy źródle Mnemozyny, mitycznej bogini przypomnienia i powracam do beztroski dzieciństwa, gdzie wszystko wydawało się tak nieskomplikowane i niepowstrzymanie piękne. „W zasadzie przeszłość pojawia się w świadomości tylko w tej mierze, w jakiej może pomóc w zrozumieniu teraźniejszości i przewidywaniu przyszłości: oświetla ona działanie” – pisał H. Bergson. Maj przeniknięty jest wielkanocnym zrywem zmartwychwstania – wschodem Słońca, którego blask przygniata cień nocy i zachłanność śmierci; osnową jest nadzieja zawarta w przebudzeniu przyrody i wtórującemu jej śpiewowi ptaków. Miodowy werniks światła otula wszystko, czyniąc nasycenie kolorami podobieństwem do obrazów pełnego szaleństwa i sprzeczności van Gogha. Drzewa tańczą z radości, a dzieci przekonują się, iż ziemia jest przyjazna dla stóp wyzbytych z obuwia. Wyprażone w słońcu pola rzepaku i bociany powracające do swoich mateczników. Bóg „łagodny poeta świata” pozwala przygodnym i skazanym na pośpieszną tułaczkę stworzeniom, odczuć błogi spokój i pierwociny wieczności. W wertowanym pośpiesznie Dzienniku Guittona, natrafiłem na słowa: „Ażeby cieszyć się z obrazów i dźwięków, z widowiska barw i kształtów, trzeba je przełożyć na język zakrzepły i niemy; trzeba je wyrazić ciszą. Trzeba je zebrać razem niczym wielkie stado.” W sercu tętniącego świata stoi Bogarodzica określana na Wschodzie jako Słodkie Pocałowanie i potok matczynej miłości. Pełna milczącej tajemnicy Panhagia. „Matko Życia, Ty dałaś światu radość i wesołość, które osuszają łzy grzechu.” Przy źródle Jej poświęconym czerpię wodę i zwilżam usta porowate od nadmiaru słów. Piję i codzienność staje się Świętem !

niedziela, 3 maja 2026

 

W Jerozolimie zaś jest przy Owczej Bramie sadzawka, nazwana po hebrajsku Betesda, mająca pięć krużganków. Leżało w nich mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę… Rzekł do niego Jezus: „Wstań, weź swoje nosze i chodź !” Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje nosze i chodził… (J 5,1-15).

Porusza mnie ten fragment Ewangelii plastycznością przekazu i dramaturgią oczekiwania na Tego, który bezruch człowieka zmiażdżonego chorobą, napełnia dynamiką nadziei i sensu. Patrzę na tego nieszczęśnika leżącego na palmowej macie z twarzą przyprószoną piaskiem i wzrokiem wodzącym po tafli wody, którą w nieprzewidzianym momencie muśnie ręka zstępującego incognito anioła. Zadręczony marzeniami, wyczekuje jedynie pomocnych dłoni które przesuną go choć o metr bliżej upragnionego celu. Spoglądanie w ten sam punkt sadzawki z dojmującym przeświadczeniem, że wzbudzenie wody będzie mocniejsze i poderwie ją, poza kamienne obmurowanie cysterny. Szkliste oczy biedaków czekają na cud. „Ich wiara znalazła się w ognistym piecu zwątpienia, przerażona połamaniem praw natury”(R. Przybylski). A może tak spiętrzy się, obłaskawiając kilkoma kroplami spadającymi na pokrywające ciało i duszę rany. Niema procesja chorych wyczekujących ruchu i bulgotania łaski – rytuał ceremonii daru wody – kolejny uśmiech Boga wobec kruchego stworzenia. Oni stoją ciągle na starcie, niczym sportowcy oczekujący na podanie wyników biegu, który przegapili w ułamku sekundy. To tylko sfera marzeń o wodzie obmywającej trąd, wyzwalającej oczy z ciemności, czy członkach ciała które zastygły – stając się balastem istoty na pograniczu życia i śmierci. „Rzekł On do mnie: „Synu człowieczy stań na nogi. Będę do ciebie mówił.” I wstąpił we mnie duch, i postawił mnie na nogi; potem słuchałem Tego, który do mnie mówił”(Ez 2,1). Woda ma moc obmycia z brudu i ponownych narodzin – miejsce czułego dotyku Boga.  Czy nie istnieją słowa, gesty, spojrzenia i uśmiech który jest wstanie przywrócić równowagę zakleszczonemu w lęku światu ? Naprzeciw tej egzystencjalnej niemocy, staje Chrystus. Kiedy On wchodzi w sam środek tej poczekalni odrętwiałych ciał, dostrzegając ludzką nagość i niemoc. Jeden gest wystarczy, aby wyzwolić świat z jego konwulsji cierpienia. „Drogi, którą człowiek podejmuje w jednej chwili, nigdy nie da się zmierzyć. Dla tych odległości nie istnieją miary. Stłoczone wspomnienia, blask wrażeń, pędząca świadomość, przeczycie, refleksja, śmigają w człowieku jak rzucony kamień”(B. Hamvas). Chory nie potrafi ukryć łez, one stają się kroplą i fragmentem źródła które nabiera mocy uzdrowienia – wątłą stróżką wpadającą do rezerwuaru urzeczywistnionych tęsknot. Wszystko w człowieku pęka, niczym skorupa orzecha i napotyka ocean miłosierdzia. Nasz świat jest również pełen tęsknot i chorób, które nie tyle dotykają ciała co duszy. „Dzisiejszy człowiek jest rozbity. Rozdzierany przez zewnętrzne potrzeby, kończy wybuchem. Jego żywotność, seksualizm, wrażliwość, wyobraźnia…, krótko mówiąc, jego wszystkie władze coraz bardziej wymykają się jedności jego osoby – rozmyślał Quoist – Co najbardziej wyczerpuje człowieka, to nieustanna gonitwa za odnalezieniem swej najgłębszej istoty.” Człowiek dotknięty, obmyty u źródła, przywrócony sobie, o przemienionych zmysłach i opatrzonych ranach, staje się istotą nie tylko uzdrowioną, ale nade wszystko spójną i przenikniętą Obecnością. Dobrze to wyraził święty Paweł: „Żyć – to Chrystus.”

środa, 29 kwietnia 2026

 

Chciałbym w tym tekście podjąć temat niezwykle delikatny i przysparzający być może mi krytyków, a zarazem dojrzewający we mnie od dłuższego czasu. Myślę tu o dylematach i dramatach mężczyzn. To pokłosie doświadczeń, refleksji, rozmów i spotkań z mężczyznami poranionymi przez płeć silniejszą – kobietę towarzyszkę – próbując odwrócić tym samym kalki, stereotypy i utrwalone powszechnie przekonania, że to mężczyźni krzywdzą, będąc uważani za sprawców przemocy tak psychicznej jak i fizycznej. „Bóg stworzył człowieka i znajdując go wyraźnie samotnego, dał mu towarzyszkę, by lepiej odczuwał samotność”(P. Valéry). Istnieje niezauważalna i milcząca przestrzeń dramatu mężczyzn prześladowanych przez Erynie, będących niezawinionymi ofiarami tych „delikatnych”, „wrażliwych”, „współczujących”, „czułych” i „łaknących miłości kobiet” o których nikt z zewnątrz nawet nie pomyśli, że są mistyfikatorkami i dewastatorkami świata mężczyzny, który każdego dnia doznając bólu, zwija się niczym poczwarki owadów w kokon. Niewiasta sięgająca po owoc autonomii – Gorgona sprowadzająca nerwicę, depresję, cierpienie, guzy nowotworowe od spiętrzonego stresu, aż po pocałunek śmierci. Na jednym z internetowych forów przeczytałem: „W skali roku cztery tysiące mężczyzn popełnia samobójstwo. W Polsce wychodzi jedenaście samobójstw dziennie. O czym my mówimy, systemowa hekatomba na mężczyznach, a o tym cisza w mediach.” Samobójstwo z powodu utraty domu przez kobietę po rozwodzie i alienację dziecka. W ciśnieniu zbiorowej świadomości, proklamowanej przez media i utrwalanej przez poradnie psychologiczne, to mężczyzna jawi się jako źródło zła, zniewolenia, siły wymierzonej w kruchą kobietę za której plecami chronią się niczego winne i bezbronne dzieci. Ten mit eksploduje pod naporem danych z których jasno wynika, iż jest coraz więcej mężczyzn którym świat sypie się na głowę pod naporem cynicznych, wyrachowanych i obliczonych na zysk działań kobiet. Istot z premedytacją eliminujących mężczyzn i niszczących ich krok po kroku, wykorzystując do tego instrumenty prawa i instytucje, potrafiąc z premedytacją i zimną kalkulacją z mężczyzny zdrowego na umyśle, uczciwego, kochającego męża i ojca, uczynić przestępcę, czy niewolnika który na skraju bezdomności musi zapewnić finansowy byt kobiecie, która to koniec końców okazuje się zręczną manipulatorką. „Miłość zostaje sprofanowana zanim jeszcze udało się odkryć, czym była”(P. Evdokimov). Pamiętam jak wiele lat temu w rozmowie niezwykle szczerej, pewien mężczyzna wyznał mi, że jest ofiarą przemocy swojej żony. Cicha i spokojna, przykładna matka i skuteczna pracowniczka firmy, zakładając maski – okazała się femme fatale- inteligentną, przebiegłą i wyrafinowaną sadystką. Każdego dnia niszczyła i gasiła go jak papieros w popielniczce. Poniżała przed dziećmi i szantażowała. Z obawy przed wybiciem tego szamba na zewnątrz, założyła mu niebieską kartę (narzędzie niezależnych i przedsiębiorczych kobiet) i docisnęła go do końca w majestacie prawa i biurokracji, stojącej zawsze po jednej ze stron. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że ten mężczyzna targnął na swoje życie. Odcięty od miłości dzieci i pozbawiony środków do życia, wybrał najbardziej tragiczną drogę rozwiązania tej sprawy. Deptany latami nie wytrzymał presji i lęku przed wyjściem z tego impasu. Spotkałem wielu bezdomnych, wyrzuconych za drzwi, ograbionych z godności z nalepką na czole alkoholik, niczym trędowaty od którego trzeba uciekać. Znam mężczyznę, którego notorycznie kobieta poniewiera przezywając od nieudaczników. Bije go dłonią po potwarzy, wykazując przy tym irracjonalną przyjemność z zadawanego mu bólu. Żyje w labiryncie i moczy się w środku nocy na myśl o kolejnym dniu partnerskiej gehenny. To tylko klika kadrów które podsuwa mi w tym momencie pamięć, a są ich dziesiątki. Na początku XX wieku potrzeba równości popychała kobietę do współzawodnictwa z mężczyzną, dogonienia i dorównania mu w wielu przestrzeniach codziennej egzystencji. Kobieta – „wezwanie bytu” – wdrapuje się po drabinie kariery wykorzystując ku temu wszystkie swoje atrybucje i zdolności intelektu, wyprzedzając mężczyznę i redukując go do jej doraźnych zachcianek i namiętności – bankomatu i egoistycznie przeżywanej seksualności. „Gdy człowiek spada z poziomu człowieczeństwa, nigdy nie staje się zwierzęcy – staje się demoniczny”- twierdził Hamvas. Z nudów bierze co chce i nic nie daje w zamian, będąc reżyserką życia w imię proklamowanej wolności i niezależności. Na progu tej przepastnej wolności stoi on, zaciśnięty w kleszczach i doznający zadyszki na myśl o powrocie do domu. Dlaczego nie widzimy płaczących i połamanych mężczyzn ? Ponieważ ich ból jest niewidoczny, wstydliwie skrywany w miejscach zaciemnionych, wyznawany jedynie na spowiedzi i bojący się ośmieszenia w społeczeństwie prężącym muskuły i obwieszczającym na każdym kroku prymat inteligencji, sprytu, siły i władzy. Czy widzieliście jakiś pomnik wystawiony mężczyźnie i ojcu, afirmujący jego miłość i oddanie ? Odpowiem:  Nie ! Istnieją tylko rzeźby szlachetnych kobiet które odpierając gwałt tego świata, odznaczyły się odwagą i rezygnacją z siebie w imię epickich idei. Z każdego sądu mężczyzna wychodzi z bagażem połajań i zobowiązań, niewysłuchany i pokopany jak pies. „Algorytm sądowy niemal automatycznie przyznaje dom, dzieci i alimenty jednej stronie. Zjawisko to określa się terminem „inflacji pojęcia przemocy”… Rozwód przestał być tylko dramatem emocjonalnym. Stał się najskuteczniejszą strategią inwestycyjną…” Mężczyzna zostaje wyrzucony z domu który przez lata budował, tracił dla rodziny siły i zdrowie. Jakże często wydzierając swoje serce dla dzieci, będąc gotowym zrobić dla nich wszystko. Skomli o miłość którą zagarnęła ona, oświetlona fleszami, z pakietem przywilejów i profitów. Matka Polka z dzieckiem przy piersi, paradygmat wryty w pamięć i uczucia, jak z ckliwych pasteli Wyspiańskiego. W kręgu tych mitów orbitujemy, kupując je za dobrą monetę i będąc przekonanymi, że świat jest taki monochromatyczny, a mężczyzna – „właściciel kobiety” stoi twardo w jego centrum - rozdając karty i kreśląc przyszłość po swojemu nadwyrężoną od nieróbstwa ręką. To dobrze sprzedający się fałsz, mający na celu zatuszowanie rzeczywistości która niczym wahadło zatrzymane natychmiast i celowo,  przechyla się w jedno miejsce. Na jednej ze stron kancelarii, młoda adwokat szczyci się ilością wygranych spraw rozwodowych. Scenografia pełna patosu, zachęcająca kolejnych klientów którzy już spakowali torby i wypchali portfel, strzelili focha i zatrzasnęli bezpowrotnie drzwi mieszkania. Wypadkowa chorobliwej tendencji, której wtóruje banda moralnych idiotów, niezdolnych do głębszej refleksji i przyklaskującej lepkiej na trzos palestrze, żerującej na wspólnocie osób, które wedle teologicznej definicji, winny być jednym ciałem – na dobre i złe. Uzasadnieniu tego świetlanego pasma sukcesów towarzyszy wklejenie filmu Smarzowskiego pt. Dobry dom, podprogowo i w sumie docelowo objaśniającego kto jest zły, a kto dobry na planszy życia. Mężczyzna staje się tragiczną wypadkową losu kobiety, widmowo uciekającej od ocalenia miłości, małżeństwa i rodziny. Mam świadomość że ten tekst powiał chłodem, ale musiał ujrzeć światło dzienne. Mężczyźni znani z przechwałek i uśmieszków, skrywają liczne i uwierające tajemnice, odbierające im jakże często sen i sens życia. Wydani niesprawiedliwym sądom, pozbawieni godności, rzuceni na pożarcie bezlitosnego systemu prawa – toną w ściekach sfabrykowanych kłamstw, wyciągając odruchowo dłonie i uczepiając się czegokolwiek – jakieś dryfującej deski ratunku. Dedykuję wam te przemyślenia, być może podnosząc was na duchu i dając wątłą nadzieję na blask prawdy, pośrodku gnieżdżącej się ciemności i strachu. Pragnę podziękować również tym wspaniałym kobietom, opiekunkom piękna i miłości, żonom potrafiącym podejmować trudne dialogi, umierać dla egoizmu i spoglądać na Krzyż Chrystusa w chwilach próby. Kobieta – połowa duszy i pomoc, cerująca każdego dnia tkaninę wierności. Twórczo wypełniająca świat swoją istotą i promieniującą obecnością, będąc wedle określenia św. Pawła „Chwałą mężczyzny.”

 

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

 

W świecie którym przyszło nam żyć jest tak wiele zmiennych sytuacji i wydarzeń, iż trudno prorokować o kształcie następnego dnia. „Po co iść tropem tego, co już się skończyło”- pyta w Mistrzu i Małgorzacie Bułhakow. Rzeczywistość rozpięta na osi dwóch imperializmów i dwóch podstarzałych, labilnych przywódców z zapalnikiem nuklearnym w dłoni, nie wróży nic dobrego – stając się źródłem dojmującego niepokoju. „Nieograniczona władza w ręku ograniczonych ludzi prowadzi do wybuchu okrucieństwa”(A. Sołżenicyn). Zimna wojna tak naprawdę się nigdy nie zakończyła, przybierając różnej maści mistyfikacje i znieczulenia, odwracając uwagę patrzących od sedna narastających i ukrytych pod powierzchnią problemów. Ambicja wymieszana z szaleństwem o rząd nad światem i eksploracje jego dóbr w sposób nieograniczony jest tym rodzajem szaleństwa które leczy się doraźnie i ryzykowanie. Zawsze znajdzie wariat który w imię rozhuśtanego ego, będzie chciał strawić świat w płomieniach, uprzedzając tym samym najbardziej mroczny – quasi apokaliptyczny scenariusz końca. Civitas diaboli utkane z pozorów i bezszelestnie wypluwające z siebie okruchy dobra. Choć z pozoru żyje się i oddycha spokojnie, to z tyłu głowy kłębią się myśli o kształt jutra, konstruowanego słowami i poczynaniami polityków, których działania jakże często nie skupiają się na dobru ludzkości lecz wymiernym interesom uprzywilejowanej jednostki lub grupy zaciskającej pętlę władzy i przywilejów, modelującej rzeczywistość podłóg własnego widzimisię. Trzeba być naiwnym wierząc młócącym o pokoju ustom którzy napierając na szkło kamery próbują wypaść lepiej i utrzymać korzystną dla siebie pozycję politycznego poparcia. Pogarda dla ludzkich problemów, nieszczęść, życiowych dramatów jest tak dostrzegalna, że człowiek się wewnętrznie kotłuje i krzyczy, choć ma przeświadczenie że nikt tego nie usłyszy. Im bardziej woła się o pokój, tym silniej trzeba się zbroić – błędne koło – pozycjonujące człowieka w stanie napięcia i cieniu zbliżającej się katastrofy. Powyżej umieściłem poruszającą pracę niemieckiej artystki Käthe Kollwitz pod znamiennym tytułem Nasion nie należy mielić. To praca nad wyraz antywojenna i ciągle aktualna, próbując uchronić młode pokolenie przed absurdem i okropnościami wojny. Zapora macierzyńskiej miłości przed złem, które odbiera resztki człowieczeństwa; tragiczne fatum wojny, wyszarpuje i przerywa szczęście dzieciństwa. Przecięta pępowina, rozdarty płaszcz matczynej opieki, wydarcie z domu i gwałt na rodzicielskiej i synowskiej miłości. Odbieranie życia innym i zarazem wola przetrwania w chaosie śmierci jest doświadczeniem na wskroś piekielnym i silnie stygmatyzującym historię każdej jednostki. Po tym już nic pozostaje takie jakie było. Wszystko wokół staje się inne, skarłowaciałe i moralnie upośledzone. Zbombardowane miasta, przerwane życia, zmasakrowane ciała wydane w ręce obcych i zbiorowych dołów. Bydlęce wagony, duszący fetor fekaliów i swędzącego ciało brudu, głód, kradzieże, to jedynie sekwencja kadrów powracających raz jeszcze, kiedy wystrzeli się pierwszą kulę z karabinu, czy naruszy spokój i intymność czyjegoś domu. Zawłaszczenie terytorium i człowieka, rozpoczyna się od wyniesienia telewizora i mikrofalówki, czy zdjęcia obrazu ze ściany. Kto rzetelnie na Ukrainie policzył straty: zamordowanych cywili, zgwałconych kobiet, okaleczonych i wywiezionych gdzieś tam na obcą ziemię dzieci, starców wywleczonych na pola i pozostawionych sobie ? Tchórzostwem jest rozprawianie o pieniądzach włożonych w wojnę, kiedy przestało się wspominać i opłakiwać umarłych, prześladowanych – których życie zdeptano natychmiast bez zbędnych formalności i tłumaczeń. Pieniądze których jest ciągle niewystarczająco, wchłaniają się w kieszenie nadętych i skorumpowanych oligarchów, które uszczuplone, finalnie wychodzą jako ochłapy dobroci, rzucone zrozpaczonym i bezsilnym ofiarom konfliktu. Nie akceptuję tego stanu rzeczy i bulwersuję się na takie widmo niesprawiedliwości. Zgadzam się z Tarkowskim, że „koniec cywilizacji może nastąpić, zanim spadnie pierwsza bomba atomowa. Stanie się to z chwilą, kiedy umrze ostatni człowiek, który wierzy w Boga: bez wiary w nieśmiertelność duszy – to już koniec, śmierć, cywilizacja zwierząt.” Myślę, że Rosja może zakończyć tę wojnę, ponieważ ma ogromne siły duchowe – sumienie - którego nie potrafi zrozumieć egoistyczny i skupiony na sobie świat zachodu. To jakieś trudne do pojęcia starcie cywilizacji na peryferiach których działają wrogie siły, podsycające militarny klincz i ciągle rozdrapujące zabliźniające się rany. „Możemy zrozumieć się nawzajem – pisał Hesse – lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam.” Trzeba uważnie wsłuchać się w głos dwóch stron i z właściwym ciężarem odpowiedzialności poszukać drogi wyjścia z tego impasu. Pragnienie pokoju zawsze przechodzi przez granicę serca człowieka. Prawosławie budząc sumienia, ciągle przypomina, iż kochać bliźniego w jego grzechu to najtrudniejsza sprawa !

 

niedziela, 26 kwietnia 2026

 

Niedziela Świętych Niewiast niosących wonności. Zobaczyć i uwierzyć ! Trwamy w radości zmartwychwstania Pańskiego, a lektura fragmentów Ewangelii umacnia naszą pewność, że On żyje ! Kobiety przepełnione wiarą w obecność żywego Chrystusa stają się pierwszymi apostołkami- głosicielami radosnej nowiny. Przedstawia to sugestywnie ikona Niewiasty u grobu lub inaczej Nosicielki mirry obrazują scenę ewangeliczną, wzmacniając paschalny przekaz spotkania ze Zmartwychwstalym Panem. Kościół przeniknięty blaskiem poranka wielkanocnego podejmie to pełne duchowej eksplozji przesłanie: „Pascha piękna, Pascha, Pascha Pańska ! Pascha najczcigodniejsza nam zajaśniała ! Pascha, radośnie obejmijmy jeden drugiego... Bowiem dzisiaj z grobu, jak z pałacu, zajaśniał Chrystus. Niewiasty radością napełnił, mówiąc: „Głoście apostołom !” Pan zostawia niewiastom dwa kluczowe słowa przesłania: radość i proklamacja. Pascha jest „wybuchem radości... Jest to eksplozja kosmicznej radości wywołanej triumfem życia po wszechogarniającym żalu po śmierci- śmierci, którą Pan życia musiał przecierpieć, kiedy stał się człowiekiem...” (D. Staniloae). Ale nawet dzisiaj – podobnie jak dwa tysiące lat temu, radość z bliskości Żyjącego, może zostać przesłonięta kłamstwem, niedowierzaniem, sceptycyzmem, pogardą, a nawet ideologiczną przemocą. Tak jak niegdyś faryzeusze próbowali sfabrykować i zaciemnić fakt nieobecności Chrystusa w zapieczętowanym, tak również i dzisiaj nie brakuje ludzi których oczy spowite są niepoznaniem, ciemnością i przekupstwem. Świat chciałby uczynić z Kościoła socjologicznie poprawną dystrybucję dóbr, ale bez opowiadania o Bogu. „Pozbawcie chrześcijaństwo tej paschalnej radości, zabierzcie mu Paschę – pisał A. Schmemann- i co pozostanie ? Pozostanie dręczące wspomnienie o dziwnym Nauczycielu, pozostaną Jego słowa o miłości i pokorze, pozostanie smutna historia jeszcze jednego tragicznego niepowodzenia. Pozostanie cyniczna myśl: Co może to kazanie miłości i braterstwa w świecie, gdzie mimo wszystko triumfują piłaci, judasze, faryzeusze i naczelnicy, gdzie wszystko zbudowane jest na sile, na strachu, na przymusie ? I prawdę mówiąc właśnie to chcą udowodnić od niepamiętnych czasów wszyscy wrogowie Chrystusa i chrześcijaństwa.” Pomimo tych ludzkich sprzeciwów, naigrywania się i perfidnego śmiechu zwątpienia, radość detonuje twardą skamielinę wielopokoleniowej krótkowzroczności. My jesteśmy świadkami Jego Zmartwychwstania. Nie pozwólmy żeby ktoś nam zamknął usta, aby prawda o największym cudzie została zagłuszona pomrukiem bezbożności. Największą bronią chrześcijaństwa jest odważna wiara i życie w „stanie szczęśliwości paschalnej.”  

 

 

 

środa, 22 kwietnia 2026

 

Doświadczenie ostatnich dni jest dla mnie niezwykle trudne. Ma trochę racji Calvino mówiąc że „są tacy którzy skazują się na nudę przeciętnego życia, bo spotkał ich cios lub nieszczęście; ale są też tacy, którzy czynią to, bo mieli więcej szczęścia, niż mogli udźwignąć.” Piętrzące się wyzwania, naglące terminy i realizacje które już wiem, nie będą na czas. Wszystkiemu towarzyszy gorączkowe napięcie i przeciekanie czasu którego upływ jest niemożliwy do zatrzymania. „Wszystkie rzeczy rozpuszczają się w czasie”- twierdził poczciwy fantasta Lem. Presja tego, co zewnętrzne, uporczywe i nachalnie o sobie przypominające, wyzwala we mnie chęć ucieczki na peryferia – samotnię w której będę tylko ze sobą samym. Nic nie poradzę na to, iż mam naturę mnicha mogącego wlepiać godzinami wzrok w samotne drzewo, stojące na rozstaju dróg i dostrzec w jego rozczapierzonych gałęziach prawdę o innym z drzew które udźwignęło na sobie ciało cierpiącej Miłości. Uspokaja mnie natura w pełnym rozkwicie swych witalnych form – wielka „katedra piękna” – przez którą dotyka się horyzontów innego wymiaru świata. Zapach przyrody to jedna z odmian powabnej komunikacji. Alfabet który rozczyta bez problemu raczkujące dziecko. Obok tego błogosławieństwa drzew, tafli wody, kwiatów i pląsów ptaków, sztuka daje mi wytchnienie i wstrząsa mną tak intensywnie: oglądana, przeżywana, skrupulatnie trawiona w oku, buzująca na skraju umysłu, transcendująca banalną szarość zastygłej w przyzwyczajeniach egzystencji i towarzyszących jej konfliktów i pęknięć. Spontanicznie wyciągnięty album malarstwa z opasłej biblioteczki, utkwienie wzroku na fragmencie do tej pory niezauważonym, powątpiewanie i ostatecznie radość, która towarzyszy człowiekowi tęsknoty lub odkrywcy nieopisanych dotąd lądów. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłbym nie wierzyć w Boga. To za mało sprowadzić prawdę o Nim, jedynie do szlachetnych dywagacji filozoficznych, będących czymś na kształt dobrze wyćwiczonego warsztatu intelektualisty - wykarmionego mądrością Biblii i pochłoniętymi setkami dzieł teologów, czy ukształtowanego przez rodzinny dom zatrzymanego w kadrze wspomnienia - podglądając oczyma dziecka rodziców zginających kolana i przedkładających Obecności najbardziej drobiazgowe sprawy własnego i niekiedy cudzego życia. To wyznanie człowieka który na co dzień mierzy się z duchową przeciętnością otaczających go ludzi i dziwi się ich brakowi wyobraźni, obojętności, czy zakorzenienia w czymś naprawdę ważnym – więcej zbawczym. Mozolna konfrontacja z marazmem duszy postępującym tak okrutnie, że strach pomyśleć o przyszłości i amplitudzie wrażliwości istot patrzących na ten sam horyzont krajobrazu, na którego widok pokolenia wiek wcześniej, doznawały poruszenia tak dogłębnie, że pchało ich w przestrzenie religii, a tym samym ku spotkaniu Misterium i Sacrum. Odbieram świat emocjonalnie, ale nigdy bez związku z Tym, który tchnął w niego pierwiastek życia, nasienie i zarys kształtu z którego objawiło się coś zupełnie nowego i intrygującego poznawczo. To ważkie myśli w kontekście rozlicznych inicjatyw ogłupionych ekoaktywistów, wieszczących planecie nadejście Armagedonu. Mój osiemdziesięcioletni wujek którego dwa dni temu odwiedziłem w domu na wsi, wyznał mi swój sen. Widział mnie w nim jak zbieram z pod drzew jabłka. To uszczęśliwiająca wizja ! Jestem spokojny o kształt jutra i życie którego siewki dokonuje ciągle rozrzutna w miłości dłoń Boga.

niedziela, 19 kwietnia 2026

 

Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym (J 20, 27).

Na zewnątrz było słychać tylko szelest wiatru i ruch drzew w których kłębiły się nad wyraz krzykliwe ptaki. Mury Wieczernika przenikał strach i niepewność. Poczucie osierocenia i brak perspektyw rysował się na twarzach mężczyzn zdruzgotanych zwątpieniem, ucieczką, a nade wszystko sparaliżowanych okropnością śmierci Mistrza. Zawiedli ! Nakarmieni strachem i zabarykadowani przed zewnętrznością, trwali w kokonie własnych obaw. Oni żyli, ale tak naprawdę w środku byli umarli i dogłębnie zawstydzeni. W jednej chwili mury Wieczernika spowitego milczącym wstydem, naznacza Obecność. Przez małe świetliki wyprute w ścianach pomieszczenia wchodzą strugi światła, wyłaniające sylwetkę kogoś tak dobrze znajomego. Powietrze przeniknięte zapachem eterycznych olejków wiruje i zawłaszcza zmysł powonienia. Skazany i Zabity, Milczący i Oddalony – żyje. Tej sceny nie sposób odmalować słowem, ona bowiem obezwładnia pióro i pędzel artysty. Podpierający ściany uczniowie zerwali się gwałtownie z mat i stanęli w postawie wyprostowanej. Byli onieśmieleni – takimi ich pragnę widzieć – spolegliwi wobec zaskakującej ich realności Mistrza. Nie mieli odwagi o nic pytać, jedynie chłonęli wzrokiem Tego, którego moment temu zamykał grób i szczelnie osadzony kamień. Pieczęcie zostały zerwane, a fałszywe pogłoski opłaconych żołnierzy rozeszły się błyskawicznie, wypełniając powietrze gwarnych uliczek Jerozolimy. Pomimo tego kompromitującego historię kłamstwa, Prawda przeniknęła ludzki wzrok, sięgając Otchłani i tych napotkanych na drodze kobiet. Niebo już było uobecnione w sercach uczniów, którzy zobaczyli Mistrza i rozproszyły się momentalnie ich obawy, wątpliwości i lęki. Była to wiosna której zapach i rozkwit onieśmielał prostych mężczyzn pochwyconych jakby wczoraj nad brzegiem jeziora lub spowitej mrokiem i krępującym zapachem nieprawości komory celnej lub obskurnego szynku. Postacie z fryzu miłości: siłujące się z sieciami szczelnie wypełnionymi cudownym połowem ryb; onieśmielone wezwaniem i skierowanym tak wprost w duszę uniesieniem stwarzającej dłoni; wydobycie z dołu grzechu. Wszystko uczynione w dialogu, nawet tym który przeszywał chłód nocy i pytanie o możliwość powtórnych narodzin. Każdy z nich utrwalił w pamięci moment osobistego powołania – tego gwałtownego i dobierającego słowom siłę poruszenia – rzeźbiącego od zaraz ucznia, posłanego, świadka, proroka, charyzmatyka, kapłana, powiernika najbardziej skrytych tajemnic wieczności. Milczenie i pokój wznosiły się niczym hymn. Przecięcie teraźniejszości i przyszłości za sprawą Tego,
z którego dłoni, stóp i boku wydobywa się światło wiary – odbierające pewności rozumu władzę nad czymkolwiek. Świdrujące spojrzenie Chrystusa, stwarzające na nowo i przywracające pewność, pośród cierpkiego zrezygnowania. Gwoździe wyżłobiły tak wyraziste ślady, które pozostaną uwiarygadniając pozaczasowość ofiary na Golgocie. „Nosi w sobie ślady ran, zadanych podczas ukrzyżowania. Dzięki temu przyszłe pokolenia dowiedzą się, że Jezus został ukrzyżowany i przebity w bok z miłości do niewolników. Teraz może przedstawić rany, zapisane w Jego ludzkiej słabości, jako ozdobę króla”(Mikołaj Kabasilas). Jeden z nich nie był obecny. Tomasz racjonalista ! „O Tobie mówi moje serce: „Szukaj Jego Oblicza”(Ps 27,8). Szamotanina myśli i skaza zawiedzionych zmysłów. Suche powietrze wniknęło w jego uszy i oczy, chciał zapłakać ale nie potrafił. Rozgoryczony wyczekiwał, a rozum podsuwał tak wiele wyobrażeń. Jak nieskończony jest świt oczekiwania na ? Natychmiastowy krok ku Niemu i palec sondujący głębokość rany. Perspektywa cielesności którą Bóg oddaje na chwilę stworzeniu. Podekscytowana ciekawość Tomasza nie odbiera zmartwychwstaniu Chrystusa apofatyczności. „Patrz na Ukrzyżowanego ! Złączony z Nim stajesz się wszechobecny, jak On sam” – powie Edyta Stein na krótko przed męczeńską śmiercią w Auschwitz. To jedynie potwierdzenie poznania, które musi przeniknąć od zmysłów do wnętrza. Dotyku uzasadniającego pewność wzroku i precedensu wątpliwości tak intensywnie karmiących wiarę przez wieki. Od tej pory Tomasz przebudzony choćby w środku nocy, będzie wiedział że przy nim jest On – Ukrzyżowany i Zmartwychwstały – „Pan mój i Bóg mój.” My dzisiaj również chcemy zaświadczyć o Jego obecności. W liturgii bizantyjskiej pojawia się wezwanie: „Chrystus jest wśród nas” – przenika ciało wspólnoty której usta rozchylają się, aby przyjąć Ciało Żyjącego: „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam na wieki”(Hbr 13,8).

środa, 15 kwietnia 2026

 

Człowiek to suma drobnych natchnień i radości, eterycznie uwolnionych w przestrzeni rozleniwionego życia. Nieuniknione wahania na linii czasu, gnającego bezpowrotnie i pozostawiającego zmarszczki. Chciałbym być posłuszny myślom kotłującym się obficie w głowie, które uwalniając na zewnątrz, mogą mnie przygnieść, onieśmielić, wstrząsnąć, a nawet przerazić. Wolę intensywnie rozmyślać, niż wchodzić do cyberprzestrzeni „labiryntu” w poszukiwaniu wszystkiego, a zarazem niczego. Odczuwam jakąś uwierającą nieufność wobec Internetu i przesiewanych w nim informacji o świecie, polityce, religii, czy zdobyczach nauki i techniki. Rzeczywistość wykreowana przez sztuczną inteligencję to nowy gatunek chimer które skutecznie ogłupiają i pozbawiają trzeźwości myślenia i postrzegania. „Smutne w sztucznej inteligencji jest to, że brakuje jej sztuczności, a więc inteligencji”(J. Baudrillard). Dramatycznym wydaje się fakt, że wielu ludzi nie potrafi już się obejść bez telefonu czy komputera. Zakładnicy coraz to nowych i udoskonalanych technologii, co na kształt miniaturowego więzienia, pozbawionego prawa amnestii. Zdają się być zastygli i przyssani do ekranu w którym ciągle coś miga, zmienia się, stymuluje zmysły do granic nadwyrężenia- przenikniętego przez pustkę, rozproszenie i dojmujące poczucie osamotnienia. „Dzięki łatwości tworzenia, manipulowania i rozpowszechniania obrazów, a także przez nadaną im istotność, nowe media ustanowiły świat wirtualny paralelny do świata realnego, zyskujący większą władzę niż ten ostatni”- pisał J. C. Larchet w książce Chorzy od nowych mediów. Urojone przystanie szczęścia szturmowane przez anonimowy tłum gapiów, podglądaczy, cenzorów i narcyzów. Obawiam się o jutro w którym nie spotkam człowieka którego ręce będą wolne, oczy szeroko otwarte, usta przysposobione do wymiany kilku życzliwych fraz. Mętnieje mój optymizm pod naporem spostrzeżeń i obserwacji młodych ludzi, których jakby ktoś na niewidzialnej dla oka smyczy - trzymał na uwięzi - rozdrabniając na kawałki wolność której frazesami są wypchane ich usta. Życie musi być przeżyte realnie, przeniknięte namacalnością spotkań, słów i westchnień, rzeźbiących duszę istoty, zdolnej przekraczać siebie i niebezpieczeństwa które kiełkują pod warstwą przecieranego szlaku. Zerwać z twarzy blagierską maskę kogoś, kto uważa się za nowoczesnego i poinformowanego o każdym odruchu zewnętrzności. Marnotrawi swój cenny czas na ślęczenie przed ekranem, będąc przekonanym jak pierwsi rodzice po spożyciu owocu z zakazanego drzewa, że będą jak Bóg. Być może należy zacząć posługiwać się jak sugerował Platon „jakimś zmysłem innym od zmysłów ciała.” Wzrokiem duszy wypatrującej miłośnie świtu. Na progu Apokalipsy dobrze jest stać twardo na ziemi i być wylogowanym !

niedziela, 12 kwietnia 2026

 


Wzeszło na horyzoncie Słońce Nieśmiertelności; Jego blask uświęca oczy niedowiarków i budzi zmarłych na cmentarzach świata. „Oto dzień, który Pan uczynił. Jakże inny od tych dni, które się zaczęły wraz z początkiem świata i które odmierzamy biegiem czasu. Dzień Pana jest początkiem nowego stworzenia...” (św. Grzegorz z Nyssy). Wydarzenie Zmartwychwstania Chrystusa jest sercem całej teologii, liturgicznego uniesienia, piękna utrwalonego w sztuce, energii życia poruszającej ciało- Kościół otulony światłem rezurekcyjnego poranka. „Święto świąt i uroczystość nad uroczystościami.” To przyjęcie przez każdego wierzącego paschalnej radości, którą w całej głębi oddają słowa podniosłej antyfony: Christos anesti ek nekron... wyraża się w nich epicentrum radości całego stworzenia od nadmiaru życia i łaski. Tej podniosłej chwili nic i nikt, nie jest wstanie zdyskredytować lub w jakikolwiek sposób pomniejszyć. „Zmartwychwstanie- pisze N. Chatzinikolaou – przeobraziło krzyż i śmierć Chrystusa w symbol zwycięstwa i życia. Ale nie tylko dla Niego, lecz także dla nas. Chrystus nie zmartwychwstał po to, aby zmusić nas do uznania Jego boskości, ale żeby dać nam życie wieczne.” Jego zmartwychwstanie jest zapowiedzią naszego powstania martwych i zniszczenia zamykającej ciało grobowej płyty. „Zmienia się porządek rzeczy: grób pochłania śmierć, a nie zmarłego, dom śmierci staje się mieszkaniem życia” (św. Piotr Chryzolog). Jesteśmy poderwani w przypływie radości i niewzruszonej wiary do oznajmienia światu najpiękniejszego i najpotężniejszego przesłania wiary: Chrystus żyje, a śmierć traci swoją moc zniszczenia. Trzeba z głęboką wiarą kontemplować to Święto Życia; otwiera się ono bowiem dla tych, których oczy i serca są przemienione. „Zmartwychwstanie nie narzuca się- pisał O. Clement- Nie ukazuje się władcom tego świata, objawia się tylko tym, którzy przyjmują Go w wierze i miłości. To nie Zmartwychwstanie wzbudza wiarę, to wiara pozwala przejawić się Zmartwychwstaniu. Jezus woła nas delikatnie, jak zawołał Marię Magdalenę - a ona dopiero wtedy obróciła się, jej serce się poruszyło, rozpoznało Go.” Kościół jest ciągle w drodze na której spotyka Żyjącego, który zachował znaki swojej męki. Kroczy zwycięski rozpromieniając ludzkie przygnębione twarze; czyniąc je świetlistymi. W tym szczególnym dniu- pełnym łaski, pragnę złożyć wszystkim szczere życzenia. Przede wszystkim odwagi wiary i wychylenia ku cudownemu światu Boga. Pozdrawiam wszystkich ludzi dobrej woli słowami św. Serafina z Sarowa: „Chrystus Zmartwychwstał radości moja !”

sobota, 11 kwietnia 2026

 

Pascha Pana ! Jeszcze raz powiem: Pascha, ku czci Trójcy. Dla nas jest to święto świąt, uroczystość uroczystości, która przyćmiewa wszystkie święta- nie tylko ludzkie i doczesne, lecz także święta samego Chrystusa, które obchodzi się ku Jego czci- tak jak słońce zaćmiewa gwiazdy (św. Grzegorz z Nazjanzu).

Wielka Sobota- dzień uroczystego Szabatu Boga. Milczenie spowija grób i ludzkie serca; święty bezruch który za chwilę przemieni się w pełną splendoru i radości liturgię Wigilii Paschalnej. Kościół zatopiony w kontemplacji, oczekuje chwili w której otworzą się „bramy Raju,” kiedy drzwi kościoła i carskie wrota ikonostasu zostaną rozpostarte dla tych którzy oczekują zstąpienia Słońca. „Głęboka cisza ogarnia stworzenie w spoczynku- pisała Minke de Vres- Lecz Bóg Ojciec, współczujący, działa dalej. Życie zstępuje w otchłań śmierci wypełniając swym blaskiem najciemniejsze jej dno. Owocowanie ziarna wrzuconego w ziemię, które obumiera w swej pierwotnej postaci, by powstać do życia nowego i wiecznego.” Chrystus złożony w grobie odpoczywa, po tak wielkim boju, który dokonał się na drzewie kaźni. Zranione Jego dłonie, bok i nogi, są świadectwem dramatu, który zgotowała mu ludzkość; odciśnięte niczym pieczęć w pamięci Kościoła, staną się znakami chwalebnego zwycięstwa nad śmiercią i królestwem demona. „Dzisiaj grób ogarnął Tego, który w swojej dłoni trzyma całe stworzenie, kamień okrywa Tego, który niebo okrywa pięknością, śpi życie i drży otchłań.” W sobotę dokonuje się jedynie to, co wyrażają słowa chrześcijańskiego Credo- „zstąpił do piekieł”. Zstąpienie do piekieł widziane oczyma wiary, stanowi jedno, powiązane i komplementarne wydarzenie: męki, śmierci krzyżowej i zwycięskiego zmartwychwstania. Krzyż i zmartwychwstanie ukazują się w tej perspektywie jako dwa oblicza tego samego Misterium. Tę właśnie jedność Chrystusowej Paschy wyraża ikonografia chrześcijańskiego Wschodu, przedstawiając Anastasis jako zstąpienie i wyjście z Otchłani: Chrystus kruszy bramy krainy zmarłych, dźwiga Adama i Ewę za rękę i wprowadza wszystkich oczekujących Go do królestwa życia. Słowa radosnego Troparionu powtarzane wiele razy, oddają podniosłość tego misterium wiary: „Chrystus powstał z martwych, śmiercią podeptał śmierć, i będących w grobach życie dał”. W ten sposób każdy wierzący może z właściwą dla siebie wrażliwością, kontemplować tajemnicę zbawienia, która stanowi jakże ważną prawdę o ostatecznej perspektywie życia w Bogu. Tu ciemność zostaje ostatecznie pokonana, ponieważ grzech został ugodzony w samo serce. Bunt Adama który stał się przyczyną strącenia w ciemność, teraz zostaje rozświetlony obecnością zstępującego Życia. W apokryficznej Ewangelii Nikodema czytamy: „I ujrzałem, że Pan Jezus Chrystus nadchodzi w chwale światła, w pokorze, wielki, a jednak skromny, trzymając w dłoni łańcuch pętający szyję Szatana i jego związane plecami ręce, i wtrąca go na powrót do Tartaru, a wsparłwszy świętą stopę na jego szyję, rzecze: Dziś skazuję cię na wieczny ogień.” Wielka Sobota stanowi już antycypację wydarzenia wielkanocnego – centrum chrześcijańskiego obchodu- Nocy triumfu- w czasie której w Paruzji może nadejść Pan. Otchłań napełnia się chwałą zmartwychwstania. „I samo piekło staje się Kościołem” (H. Balthasar). Wieczorem kiedy rozbłyśnie światło Paschału- wszystko zostanie zapłodnione życiem i światłością. Tak jak od światła świat zaczął istnieć jako przygotowany do wejścia w relację z Bogiem, tak światło Chrystusa Zmartwychwstałego oświeci ciemności ludzkich serc, i pozwolić na nowo uchwycić oczom duszy,  wielką eksplozję światła, które rozsadzi kamienny grób. „Oczyśćmy zmysły, a ujrzymy Chrystusa Jaśniejącego- będą opowiadać o tym apofatycznym wydarzeniu teksty liturgii wschodniej- w niedostępnym świetle swego Zmartwychwstania. I usłyszymy wyraźnie jak mówi: Witajcie !”

piątek, 10 kwietnia 2026

 

Wielki Piątek. Stwórca bity ręką stworzenia, na drzewo skazany Sędzia zostaje sędzia żywych i umarłych, w grobie zamknięty jest zwycięzca piekła. Wszystko jest spowite ciszą która przeszywa tkankę zaganianej codzienności. Osie teologii są odwrócone. „Świat zaczyna wyobrażać sobie siebie w ludzkiej zadumie”(G. Bachelard). Perspektywa bólu i śmierci, wbrew tragizmowi rozmyślań, spowita jest nadzieją i światłem przebijającym zlegający mrok. Śmiech szyderstwa i przeraźliwy rechot demona zostaje zmiażdżony triumfem miłości; pęknięciem ludzkich serc i rozdarciem zasłony świątynnego Przybytku. „Trzeba nam było, aby Bóg wcielił się i umarł, abyśmy mogli ożyć”- twierdził św. Grzegorz Teolog. Miniatury z których buduje się ewangeliczny obraz Pasji, stają się częścią większej całości- darem chwili i ekonomią miłości- odsłaniającym trudną do zrozumienia pedagogię Odkupienia i Zbawienia. „Milknie sakrament ustępując miejsca zdarzeniu, które dało początek wszystkim sakramentom”(R. Cantalamessa). Liturgia poprowadzi nas przez urwisko cierpienia. „Smutna jest moja dusza aż do śmierci”(Mk 14,34). W dramatycznym rozproszeniu myśli i paraliżującym wolność strachu uczniów, chowających się po kątach z obawy o własne życie- egzamin z płochej lojalności jest jedną z wielu prób przez które chrześcijaństwo będzie musiało przejść, aby rozpoznać dowody wiary za pomocą przepełnionego ogniem serca. Trzeba pójść pod prąd racjonalności, aby stanąć naprzeciw Jezusa ugiętego pod ciężarem krzyża. „Ukrzyżuj Go !” Ten wściekły krzyk tłumu nie przestał rezonować ani na moment. Jego wulgarność i determinacja w uśmiercaniu Boga, spowija umysły wielu nam współczesnych. „Bolesny pesymizm przeżera korzenie życia i to jest właśnie piekło serca, serca walczącego z nieistniejącym Bogiem, ku któremu człowiek krzyczy w swojej rozpaczy”(P. Evdokimov). W ferworze spragnionego krwi motłochu i grze kłamstw, zapada wyrok skazujący. Getsemani i Golgota- teatr powtórnej pogardy, rozgrywa się na naszych oczach w wyszydzeniu i wdeptaniu Go w niepamięć historii. „Stwórca świata wydany w ręce nieprawych. Przyjaciel człowieka podniesiony na drzewie, aby uwolnić więźniów znajdujących się w otchłani i wołających: Wielce cierpliwy Panie, chwała Tobie”(Stichera). Ciało Ptaka rozciągniętego na przestworzach, wygiętego w konwulsyjnym ruchu zstępującej nań miłości. „Rozpostarł swe opiekuńcze skrzydła, aby pod nimi zgromadzić w pokoju wszystkie narody obu części świata”(Laktancjusz).  Jest to jedyny dzień w ciągu roku, gdzie nasze oczy zostają zawłaszczone przez narzędzie tortury, a usta zostają przynaglone porywem uczuć, aby złożyć na nim swój pocałunek. „Krzyż uzupełnia fragmentaryczny sens tego świata, który ma znaczenie, gdy jest postrzegany jako dar posiadający swą wartość, ale jedynie relatywną i nie absolutną. Krzyż objawia przeznaczenie świata, który Chrystus prowadzi do przekształcenia w Bogu… Cały świat jest darem Boga i przez krzyż cały świat musi być przekraczany w Bogu. Tylko w Chrystusie to znaczenie krzyża jest w pełni objawione”(D. Staniloae). Później On jest oddany w nasze ręce, przytulony i obmyty łzami. Ciało wydane kochającej Matce i w dłonie grzesznego Kościoła, który na ołtarzach świata będzie antycypował Jego śmierć, zstąpienie do Otchłani i triumfalne Zmartwychwstanie. Piękno wzgardzone i oszpecone, stanie się wstępującym Słońcem.

czwartek, 9 kwietnia 2026

 

Wieczerza podwójna, bowiem mieści Paschę Starą i Nową, Władcy Krew i Ciało. Wieczernik. „Błogosławieni, którzy widzieli koniec figur, a początek Prawdy”(św. Efrem). Pomiędzy słowami Ewangelii relacjonującymi to podniosłe wydarzenie, również ważna jest wyobraźnia pozwalająca wskrzeszać obrazy, czyniąc je bliskimi, pomimo odczuwalnego upływu czasu. Każdy detal zawiera głębię odczuć, zapachów, delikatnych muśnięć, malarskich reminiscencji- otwierających szeroko oczy na zdumienie i ciszę w której aurze obleką się słowa paschalnej Pamiątki. Przestrzeń jerozolimskiej architektury przeniknięta obecnością i przeszyta pokorną miłością Syna Człowieczego. Zapadł wieczór i mrok spowił kontury miasta. Słońce za oknami izby dogasło. Pomimo zalegającej ciemności, kontury niesamowitości kreślą scenariusz czegoś naprawdę podniosłego. Grupa mężczyzn krząta się po izbie, aby noc sederu przygotowana była według uświęconej tradycji ojców i następujących po sobie rytów. Na ich twarzach rysuje się radość i niepewność. Nic nie może umknąć uwadze ludzi ukształtowanych w kulturze Biblii i obyczajów tak silnie przenikających codzienność żydowskiego życia. Pieczołowitość przenika wiktuały kuchni: przaśne mace, gorzkie zioła, wodę i wino- materię codzienności i znoju ludu zrzucającego okowy niewolnictwa. Wnętrze rozbłysło oliwnymi lampkami. Zapach mirtu i cynamonu nęci zmysły, czyniąc uczestnikami wyjątkowej chwili błogosławieństwa. Na ścianach rozwieszono kotary, a podłoga pokryła się posłaniami na których w półleżącej pozycji domownicy będą spożywać ten wyjątkowy posiłek i wyśpiewywać radosny Hallel. Na glinianych paterach układano wypieczone w pośpiechu mace i  kielichy napełniono czerwonym winem, słodkie i mocne, którego smak miał ukoić rozterki tego, co dopiero miało nadejść i wywołać rzekę łez. Kiedy w czternastym dniu Nisan rodzina żydowska zasiadała do stołu, najmłodsze dziecko, według zwyczaju, zwracało się do ojca z następującym pytaniem: „Co oznacza ten ryt, który będziemy tej nocy celebrować ?”(Wj 12,26). To pytanie również wyszło z ust Jana (najmłodszego) i w całkowicie nowym blasku, powtarzane jest przez Kościół z pełną żaru charyzmą: „Dlaczego ta noc jest wyjątkowa ?” To, co robimy jest anamnezą, liturgią która rozdziera włókna czasu, czyniąc realnie obecnym Boga. Jest sakramentem, który aktualizuje wydarzenie. Nowa Pascha, Wieczna Wieczerza, Misterium Eucharystii ! Starożytna obrzędowość przeniknięta ukrytym sensem i literalną precyzją. Na początku należało umyć ręce. Chrystus przyjmuje rolę niewolnika w niezrozumiałej logice uniżenia. Pochyla się nad spoconymi i zakurzonymi nogami uczniów, aby w geście obmycia zawrzeć całą pedagogię miłosiernej służby kapłana. Trudno opisać zamieszanie obecnych na widok tego, co uczynił Jezus. Wzbranianie się i poddanie, aż po sugestię Piotra, aby uczynić czystymi również inne miejsca ciała. „Pan pokazuje uczniom przykład pokory. On, który obłokami przyodziewa niebo, przepasuje się ręcznikiem i klęka, aby sługom obmyć nogi. On, w którego ręce oddech wszystkich żyjących”- słyszymy w tekstach liturgii. To, co następuje później staje się sercem Kościoła- źródłem największego obdarowania: „Czyńcie to na Moją pamiątkę.” Chleb i wino, stają się Jego prawdziwym Ciałem do spożycia- Materia nieśmiertelności, Przyobleczoną w pokarm Miłością nasycającą największy z ludzkich głodów. „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim”(J 6, 54- 56).  „Kto spożywa”- użyty tutaj czasownik troguein, oznacza dosłownie „rozgniatanie,” „miażdzenie” dokonujące się w czasie spożywania posiłku w ustach konkretnej osoby - wchłaniania go w substancje własnego ciała. „Dokonał Wchlebowstąpienia. Stał się Chlebem”(R. Brandstaetter). Sakramentalny realizm liturgii wprowadza w oblubieńczą komunię. „On jednoczy nas ze sobą, prowadząc do Ojca- pisał J. Corbon- aż będziemy żyć Jego życiem.” Po tej chwili podniosłości i przeistoczenia, przychodzi dramatyczny moment samotności i zdrady. Zapowiedź ogrójca: „Wy wszyscy zgorszycie się tej nocy…” To pierwsze i inicjujące w historii jakże wiele zgorszeń związanych z osobą Jezusa. Próba wiary w której tyglu wypieczone będą pokolenia świadków i zdrajców. Mistrz „demontuje wiarę naiwną, prymitywną, opartą na ludzkich wyobrażeniach, wyliczoną z jakieś sytuacji ziemskiej. Nie chciał wiary łatwej, bezkonfliktowej, która nic nie kosztuje. Nie znosił wiary „ubezpieczonej”, pewnej siebie, sytej”(J. Pasierb). Topos ogrodu zdrady ciągle jest żywy w świadomości tych którzy potrafią płakać wraz z Nim. Rosochate drzewa po dziś dzień kształtują jego krajobraz i niemo szepczą pełną trwogi modlitwę Jezusa do Ojca. „Jezus- powie Pascal- będzie konał aż do skończenia świata; nie wolno nam spać przez ten czas.” Wyjście z samotni ogrodu, zapowiada teofanię bólu i ostatecznego triumfu życia. Rajskie drzewo musi na nowo zakwitnąć i wydać owoc !

niedziela, 5 kwietnia 2026

 


Świat poszedł za Nim (J 12,19).

Wielu ludzi stoi na skraju świata i jest jak gałązka palmy szeleszcząca pod naporem euforii lub zwątpienia. „Sprawiedliwy zakwitnie jak palma”(Ps 91,13). Przestaliśmy już skandować imię żywego Boga na placach miast, bo tak jest łatwiej i wygodniej- wbrew nachalności i głębi sumienia, przypominającej, że jesteśmy utkani z miłosnego oddechu Ukrzyżowanego Króla- wydanego z nas, wbrew logice świętego spokoju i obojętności. Rzeczywistość dotknięta duchową schizofrenią i odrętwieniem czynów. „W obłędzie człowiek upada w prawdę o sobie: a to jest sposób całkowitego się z nią utożsamienia i równocześnie utracenia”- pisał M. Foucault. PRAWDA stoi przed światem, ale on nie jest nią zainteresowany jak Piłat. Wybiera dla niej drogę powtórnego odtrącenia i śmierci. „Ukrzyżowany Bóg jest największym zgorszeniem dla Żydów. Bóg może być jedynie wielkim i potężnym. Kenoza była bluźnierstwem, zdradą dawnej wiary w wielkość i chwałę Boga. Taka jest żydowska religia, z której wyrosło odrzucenie Chrystusa”(M. Bierdiajew). Jedni patrzą na twarz mężczyzny, widząc w niej wszystkie prerogatywy władcy, a jeszcze inni – skazańca, niewolnika, uzurpatora, politycznego wichrzyciela, bluźniercę- uważającego siebie za JA JESTEM. „Rozciągnęli Cię na ołtarzu krzyża jakby ofiarę. Przybito Cię, jakbyś był złoczyńcą… Ciebie, który jesteś wielkością nietykalną”(Grzegorz z Nareku). Oszpecona ludzką nienawiścią i ślepotą Twarz pokornej Miłości, odbita na poszarpanej tkaninie ludzkich dusz. Tylko oślica niosąca Go na swoich ramionach, nie zwątpiła i stała się pomimo zwierzęco wrodzonej upartości, dyspozycyjnym narzędziem w drodze do wypełnienia powziętego planu zbawienia. Entuzjazm tłumu szybko zamienia się w posiedzenie sądowe. „Złorzeczą Bogu, a potem nuży ich złorzeczenie Mu. Obierają sobie innego, bardziej schlebiającego ich gustom… Prawda nigdy nie jest tak wielka jak w poniżeniu Tego, kto ją głosi”(Ch. Bobin). Im głębiej uczestniczymy w wydarzeniu Niewinnego i skazanego na Krzyż, tym wyraźniej dostrzegamy przestrzeń naszej wolności. Nie chodzi wcale, aby się ugiąć pod straszliwym brzemieniem moralnego udręczenia, ale doświadczyć opamiętania i nawrócenia. Możemy nakładać „maskę bestii” lub „naśladować Chrystusa, to znaczy przekształcać się w Chrystusa całkowicie, a następnie zstąpić do otchłani naszego świata”(P. Evdokimov). Satanistyczna teologia rozkrzyczana na dachach miast, próbuje wyrwać historii osobę Mistrza z Nazaretu i „czyni Go tak niemożliwie pięknym, że musi On pozostawać niezmiernie daleko od nędzy naszego bytowania”(T. Merton). Bóg zohydzony, wygnany i urojony- postrzegany jako projekcja maluczkich, prostaczków, sentymentalnych słabeuszy i wsteczników- pariasów anachronicznego zabobonu. Pomimo tytanicznej pracy tych którzy próbują wygnać na peryferia zapomnienia Boga i wymazać Jego imię, Sprawiedliwy otwiera ranę swego boku i miłosiernie przebacza. Wbrew zakusom zła, On nieustannie zmartwychwstaje i przypomina: „Jam jest Pierwszy i Ostatni, i żyjący”(Ap 1,17-18). 

wtorek, 31 marca 2026

 

Si fueris Romae, Romano vivito more; si fueris alibi, vivito sicut ibi. Powróciłem myślami do Rzymu w którym niespełna dwa tygodnie temu dane mi było spacerować. Nie sposób opisać tych rozległych horyzontów sztuki które się tam smakuje powoli, aby nie dostać zadyszki lub estetycznej niestrawności. Kultura tak pełna zapożyczeń a zarazem najbardziej oryginalna w konstelacji tzw. europejskości. Zawiłe do prześledzenia stadia rozwoju cywilizacji tak rozwibrowanej jak meander Tybru – w którego tafli przeglądali się cesarze i papieże, mierząc swoje siły na zamiary. Wszystko tam oddycha historią i duchowością zaprzeszłych wieków, nie stając się tym samym, jakimś zatęchłym skansenem czy przyprószonym kurzem reliktem - czekającym na obłaskawienie, czy wybudzenie w oczach pielgrzymów i turystów.  Wieczne Miasto potrafi rozbudzić nawet tych, którzy są skupieni na sobie i dalekie jest im przesiewanie piasków historii, czy uciążliwy ból w stopach pokonujących kilometry bazaltowych ścieżek. Już teraz rozumiem aluzję Herberta: „Jeżeli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku żebyś nie tylko oczami, ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi i abyś całą skórą zmierzył się ze światem.” Warto odrobinę pocierpieć, wyprażyć się w słońcu i być obmytym deszczem w drodze ku kolumnadzie Berniniego; miejscu chwilowego schronienia. Tam nawet dyletanci przecierają oczy i dostrzegają ów smaczki które zapadają w sercu i rzeźbią w pamięci łaknienie znalezienia się tu ponownie. „Każdy, kto widział najpierw fotografię jakiegoś miejsca, a potem je odwiedził, wie, jak bardzo odmienna jest rzeczywistość. Oddychamy atmosferą tego miejsca, słyszymy należące do niego dźwięki, czujemy jak są one odbijane przez niewidoczne domy z nami”(S. Rasmussen). Nie wiem czy istnieje coś, na kształt syndromu rzymskiego nad którym mogliby deliberować przy łyku kawy psychologowie. „Muzea i galerie Rzymu, choć tak bogate, mieszczą w sobie zaledwie część tego piękna, jakie tu wieki kuły w kamieniu, utrwalały na płótnach, freskach, mozaikach – pisał Jan Parandowski – Pełno ich w kościołach, w pałacach, w gmachach państwowych, w domach prywatnych, gdzie wrosły dziedzictwem, w zakamarkach, gdzie się ich nikt nie spodziewa: na ustronnym i zaniedbanym podwórzu nagle spomiędzy rupieci wyłania się słowa posągu, a w iluż miejscach strumyk wody sączy się w sarkofagu o pięknych reliefach ! Marmury i brązy rozbiegły się po mieście, po ulicach i placach, w alejach parków odkrywamy je znienacka w niefrasobliwej przechadzce, tak jak w ciemnym zaułku zatrzymuje nas Madonna, niespodziana ozdoba starej, złuszczonej ściany, i swym wdziękiem każe nam szukać jej twórcy wśród sławnych artystów.” Te zatrzymania i fragmentaryczne fascynacje ogarniały każdego wytrwanego podróżnika który w tym miejscu szukał czegoś więcej, niż poczucie ekstrawagancji, luksusu, prestiżu, czy zaistnienia na fotografii – pośród rozsiadłych na wzgórzach krajobrazów – rozsianego obficie piękna. Są to doznania pod którym dukt pióra drży, a klawiatura komputera jest niczym klawisz fortepianu, rozpoczynająca niepewnie takt i muzyczną frazę utworu. Kultura Rzymu jest jak warstwowy tort którego smaczne porcje, przywodzą dziecinne wprost odczucie radości z chwili, która już taka sama się nie powtórzy. Rzym antyczny, wczesnochrześcijański, bizantyjski, średniowieczny, renesansowy i barokowy… w nakładających się kostiumach estetycznej wirtuozerii mistrzów pędzla, dłuta, pióra, czy instrumentów poderwanych w bezsenną noc, otwierając źrenice oczu na widok Forum Romanum, Koloseum, czy Bazyliki św. Piotra z kopułą w której dosłownie, można zmieścić Panteon. Tutaj nigdy nie zapada noc, bowiem gwar miasta przeistaczając się w delikatnie odczuwalną ciszę, zaprasza do kolejnej wędrówki krętymi uliczkami i tawernami w których podochocony winem niejeden Rzymianin w imię miłości, wykonywał arystokratycznie usposobiony arię na cześć miasta których to protoplastów napoiła mlekiem wilczyca z Kapitolu. Miał rację poczciwy Giotto mówiąc: „Rzym to miasto echa, miasto iluzji i miasto pragnień.” Zmęczony wszedłem do bazyliki Santa Prassede, słyszałem kołatanie własnego serca. Położyłem się na ławce i spoglądałem na sklepienie na którym Chrystus zamknięty w medalionie był otoczony gibkimi aniołami – atletami wieczności.  Wspomnienia wyryte w pamięci są źródłem szczęścia !

niedziela, 29 marca 2026

 

Zagubiłem początkowe piękno i wspaniałość moją, a teraz leżę nagi i wstydzę się. Piąta niedziela Wielkiego Postu stawia wiernym za wzór świętości Marię z Egiptu – córkę Sodomy, prostytutkę gwałtownie poruszoną łaską. Żyła ona na przełomie V i VI wieku. Ciężko jest słowami odmalować jej dramatyczne życie i wtargniecie w nie Boga. Choć nigdy nie miałem bezpośredniego kontaktu z ulicznicą, to wyobrażam sobie jej uwikłaną w grzechy profesję. „Nierząd jest głęboką samotnością człowieka, śmiertelnym chłodem samotności. Nierząd jest pokusą niebytu, krokiem ku niebytowi. Żywioł lubieżności jest ognistym żywiołem. Kiedy lubieżność przekształca się w nierząd, ognisty żywioł wygasa, namiętność staje się lodowatym zimnem”- pisał Bierdiajew. Wstajesz, myjesz się, wykonujesz na twarzy wyrazisty makijaż, wychodzisz na ulicę i wymieniasz wabiące spojrzenia z tymi, którzy mogą być twoimi potencjalnymi klientami. Zaułek ulicy, czy mała obdrapana nora z łóżkiem, poszarpana pończocha i rozpięty gorset, szelest banknotu i rozkładasz nogi. Oddajesz się za pieniądze, ponieważ towarzyszy ci przekonanie, że już inaczej nie można żyć. Po wszystkim zostaje brud którego nie można zmyć z ciała, ponieważ oblepia potwornie duszę i tłamsi w pułapce umysł. Przychodzi taki dzień kiedy wsiadasz na statek i wraz z żeglarzami dzielisz trud podróży, wydając swoje ciało dla pocieszenia, rozkoszy, namiastki fałszywie pojmowanej miłości. Oni się bawią, a ty już nic nie czujesz – jesteś umarła w każdym włóknie swojej cielesności; toczona zgnilizną duchowej śmierci. Przekazywana z rąk do rąk. Zużyta ! Dobijacie do portu, a ta nieunikniona pauza w pracy zmienia wszystko. Łzy ciemnej otchłani. Przebudzone sumienie i dotknięcie Ducha. W dniu Podwyższenia Krzyża, próbujesz wejść do bazyliki Grobu Pańskiego, a niewidzialna dłoń zatrzymuje ciebie w drzwiach. Nieczystość zostaje na zewnątrz, do środka musi już wejść „dziewica” – czysta owieczka Ukrzyżowanego Mistrza. „Miłość zapala wiarę, oświeca nadzieję. Miłość jest nowym narodzeniem serca. Już nie masz serca takiego jak przedtem, lecz masz nowe serce i ono w tobie żyje. Jesteś nowym stworzeniem. Ponieważ stajesz się tym, co kochasz”(M. Quoist).Spojrzenie Maryi z cudownej ikony i żar przenikający duszę, czynią z niej istotę przebudzoną i przemienioną – pustelniczkę wysuszoną słońcem pustyni, przyjaciółką skorpionów, węży i lwów, oblubienicę której oczy ujrzały zbawienie – świt Raju. W tym miejscu przypomina mi się scena ze Zbrodni i kary Dostojewskiego kiedy Raskolnikow pyta prostytutkę Sonię: „Bóg, cóż On dla ciebie uczynił ? – Uczynił wszystko, szybko wyszeptała, całując znowu jego oczy.” Bóg potrafi z największej ludzkiej nędzy uczynić duszę czystą i zmartwychwstałą. „Miłość zmienia nawet istotę rzeczy”(św. Jan Chryzostom). Cerkiew czci świętą Marię Egipską, ponieważ jest ona wyraźnym przykładem, że można porzucić życie grzeszne, obrośnięte czarną pajęczyną pragnień i pokus. „Świat jest kobietą źle się prowadzącą, przyciągającą do siebie mężczyzn, którzy spoglądają na nią pożądając jej piękna”- jakże aktualne wydają się słowa świętego Izaaka Syryjczyka. W tym dniu równie mocno rozbrzmiewa fragment czytanej na Ewangelii. Otrzeźwia fałszywie sprawiedliwych. Mówi bowiem o pragnieniu zajęcia pierwszego miejsca w Królestwie Bożym. Jakże wymowny akord prawdy o nas: „A kto z was chciałby być pierwszym, niech będzie niewolnikiem wszystkich (Mk 10, 44). Pierwszą jest nierządnica, która przywdziała szatę miłości !

środa, 25 marca 2026

 

Wracając do domu zatrzymał mnie widok pękających pod naporem ciepła pąków magnolii. Człowiek  oderwany od fiksacji ekranu i bezruchu powiek pod wpływem zaciskanego w dłoni telefonu, może zostać wyswobodzony przez kontakt z naturą - jeśli tylko pozwoli się dać obezwładnić tej sile rozkwitającego zewsząd piękna. W egzystencji naznaczonej pośpiechem i nieustanną potrzebą bycia zalogowanym, kontakt z przyrodą wydaje się dla wielu, czymś sporadycznym a nawet rzadkim. Bez wątpienia jest to najbardziej terapeutyczne doświadczenie dla naszych zmysłów ! Nasz świat jest jak szklana bańka w której zakorkowani niczym z malarstwa Boscha, przemierzamy drogę od wyznaczonego, po ostatecznie zrealizowany cel, który jakże często jest przeliczalny na pieniądz i powoduje nieodwracalny uszczerbek na zdrowiu psychicznym. Obłęd poruszania się w wirtualnym świecie Internetu, uśmiercił potrzebę wyjścia na zewnątrz, tworząc tym samym świat równoległy na kształt labiryntu w którym się błądzi, aż po utratę sił i życiowego celu – alienacji na kształt cienia z platońskiej jaskini. Jadąc tramwajem zauważyłem piękną dziewczynę siedzącą frontalnie naprzeciwko mnie. Próbowałem nawiązać z nią jakiś kontakt wzrokowy, migotliwą i rozkruszającą zalegającą anonimowość zbiorowości – chwilę porozumienia. To było bez celowe, przegrałem z siłą ekranu telefonu zawłaszczającego wzrok, słuch i ruch twarzy którą migotliwie głaskało światło słońca przez brudne smugi szyby. Isaak Asimov nakreślił tak destruktywną sytuację w powieści Face aux feux do soleil ukazując wykreowanych przez siebie mieszkańców planety Solaris, jako zastygłych przy komputerach, pozbawionych wzajemnych relacji, przenikniętych lękiem na samą myśl o fizycznym kontakcie w którym nastąpi pewnego rodzaju materializacja osób i spotkanie ciał. „Ile rodzajów pieśni może zaśpiewać konik polny wokół starego domu, gdzie mieszkańcy osiedlają się na wieczne życie”- pytał zasadnie i targany poczuciem wrażliwości, węgierski pisarz Krúdy. Problem w tym, że my już nie słyszymy tej rapsodii w której śpiew ptaka spotyka się z akompaniamentem wiatru i pocałunkiem istnień przebudzonych ze śmierci do życia. Świat zabił powolność i chęć delektacji tym, co naszych przodków zapraszało do kontaktu z ziemią; wyczuwaniem jej pulsu i świętości pod opuszkami palców i w kącikach ust. Człowiek stał się banalnym i przewidywalnym w każdym odruchu swojej cielesności. Choć wystawiony na światło i obłaskawiony eterycznością, zdaje się być wydartym siłom ciążenia i samotności. Człowiek epoki kamiennej posiadał większą amplitudę wrażliwości, niż ten nowoczesny, zakotwiczony w klawiaturze zdyszanego komputera. Oczy przestały rejestrować tajemnicę, stając się jedynie receptorami zdarzeń w które wpisani zostaliśmy zadaniowo, zwodząc uparcie siebie że jesteśmy wolni. „Świat jest muzyką dla której trzeba znaleźć słowa”- przekonywał Pasternak wbrew sprofanowanej złem rzeczywistości w której dane mu było żyć. Z dna plecaka wyciągnąłem informator Akademii Sztuki w Szczecinie który ktoś mi włożył w pośpiechu. Zagotowała mnie w nim jedna myśl: „…bo piękno nie istnieje – istnieje wolność !” Sztuka wydestylowana z piękna wydaje się już być krok od katastrofy. Zatopiona w przepastnej wolności twórcy, może sięgnąć pustki. Lepiej powrócić do miejsca zachwytu. Drzewo magnolii ma w sobie mądrość i piękno Stwórcy !