niedziela, 4 listopada 2012


Zaczerpnąć ze Źródła, aby mieć w Nim życie.                                       

 
„Panie, dobrze nam tu być...”(Mt17,4). Te słowa Uczniów odzwierciedlają radość która im towarzyszyła kiedy całym swoim człowieczeństwem, z wszystkim tym, co we wnętrzu przeżywali, chcieli aby On był z nimi. Mówiliśmy wcześniej o słowie, które czerpiemy ze studni życia, Ewangelii w której aktualizuje się, to co doświadczalne i urzeczywistniające w Bożej ekonomi zbawienia. Pragnę abyśmy teraz wspólnie podążyli już ku głębi z której to z wielką uwagą i świadomością będziemy rozważać Misterium Chleba... Życia, uobecnienia...konsekracji...przemiany materii ziemi w Boskość, której ludzki język nie jest wstanie wyrazić i ludzkie oko przeniknąć. Abyśmy jak, to wyraża misteryjny język wschodniej liturgii, zaraz po wyznaniu wiary mogli: „Stanąć dobrze, stanąć z bojaźnią, aby być uważnym, aby w pokoju złożyć świętą Ofiarę”(Liturgia Chryzostoma). Umieć wejść w komunię miłości, zapragnąć Boga tak bardzo, jak owa Samarytańska kobieta, która spotkała Pana, łaknęła Źródła, aby zrozumieć siebie i innych, aby ogarnąć to czego zwyczajnie się nie da. Jednocześnie każdy z nas ludzi ochrzczonych i namaszczonych charyzmatami Ducha, musi sobie postawić pytanie, o swój własny stosunek do Eucharystii. Trzeba nam prześledzić wnętrze, odkryć pierwotną gorliwość i zakochać się na nowo w Nim spożywanym i ciągle niespożytym. Jesteśmy zaproszeni do uczestnictwa w „łamaniu chleba”, jak wyrażali to pierwsi chrześcijanie, bo  „Chleb który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa?”( 1Kor10,16).                                                                                                                                                      Chcemy doświadczyć cudu, który był udziałem Apostołów, powrócić do Wieczernika i spocząć na piersi mistrza jak święty Jan, pozwolić umyć sobie nogi, wejść w klimat tego wydarzenia a potem stanąć pod Krzyżem i zapłakać, aby móc poczuć potem powiew poranka wielkanocnego, radości Adama i Ewy wydobytych z otchłani. W czasie każdej liturgii chleb i wino przemieniają się w realność, która nie jest z tego świata, bo jest święta i nieogarniona. Hostia którą kapłan każdej niedzieli podnosi, jest przebóstwionym, Niebiańskim Ciałem Pana. To się dzieje w wiecznym „teraz”, po za czasem i przestrzenią ale w tym momencie, miejscu, wspólnocie Kościoła. Ireneusz z Lyonu powie: „Przez epiklezę eucharystyczny chleb nie ukrywa w sobie innej obecności, ale łączy pokarm niebieski i pokarm ziemski, utożsamiając je, co jest cudem”(„Przeciwko herezjom”IV,34).  Kościół czyli my, członki doświadczamy obecności Baranka, zabitego i zmartwychwstałego „To jest Moje Ciało...Moja Krew”. Chrystus zatem staje się obecny w czynnościach liturgicznych. Jednocześnie tak jak naucza doktryna, to wykonywanie urzędu kapłańskiego, posługi, czerpania ze studni, przez które to realizuje się uświęcenie całego kosmosu i człowieka. Bóg staje się obecny wchodzi w nasze życie, pragnie w nim żyć. Chce jak rzeka zwilżać i nawadniać to, co spękane i łaknące...aby nas zjednoczyć we wspólnocie komunii i Ducha Świętego. Spróbujmy przejść krok po kroku spoglądając na poszczególne momenty liturgii ołtarza, tak nazywając to wydarzenie, gdyż cała akcja i percepcja nasza jest skupiona na tym punkcie. W  samym centrum Eucharystii znajduje się bardzo ważna modlitwa zwana „eucharystyczną”, lub na Wschodzie zwana „anaforą”. Istotnym elementem tej modlitwy jest dziękczynienie, za to wszystko co Bóg dokonał w historii świętej, w której odsłania się ponadczasowa zbawcza miłość Najświętszego. „Na podstawie tej właśnie obecności człowiek błaga Boga o nowe czyny wyzwalające go z nowych opresji. Na plan pierwszy wysuwa się zawsze dziękczynienie: to ono jest podstawa wynikającej stąd prośby. Oba te elementy tworzą dwu-wymiarową podstawowa strukturę tej wielkiej modlitwy złożonej z anamnezy i epiklezy, z wdzięcznego przypomnienia sobie tajemnicy paschalnej, która sięga wstecz aż do momentu stworzenia i kieruje się naprzód aż do ponownego przyjścia Pana (anamneza), oraz prośby Chrystusa i Jego dzieła zbawczego, jak też o wspólnotę Kościoła z Nim (epikleza).” (M.Kunzler „Liturgia Kościoła”s.365). Tak praktycznie kiedy uczestniczymy we Mszy Świętej to część eucharystyczną rozpoczyna tak zwany dialog prefacyjny, zapewne każdemu znany: „Pan z wami...W górę serca..itd.). Jest to dialog prezbitera z ludem uczestniczącym w najważniejszej części Misterium, tylko bowiem ochrzczeni i wtajemniczeni mogli od tego momentu pozostać na liturgii. Uwielbienie Boga w prefacji kieruje się do Ojca przez Chrystusa w Duchu Świętym, który jest „Niewidzialnym sprawcą działania”. Odpowiednikiem prefacji w liturgii wschodniej jest tak zwany śpiew „Hymnu Cherubinów” brzmi on następująco: „My, którzy mistycznie cherubinów przedstawiamy, i życiotwórczej Trójcy trójświętą pieśń śpiewamy, odłóżmy wszelkie troski życia...”(Liturgia Chryzostoma). To jest wyniesienie naszych modlitw ku Bogu, to uniesienie naszego serca ku rzeczom najważniejszym których udziałem za chwilę się staniemy świadkami. Następnie wyśpiewujemy „Sanctus”- Święty, bo tylko Pan jest Święty i tylko On jest godzien chwały i czci. W tym śpiewie rozbrzmiewa radosne „Hosanna”co tłumaczy się z aramejskiego „Zbaw więc! Zbaw nas!” To wezwanie Chrystusa aby w tym co, się dokona było dla nas źródło nowego życia, nadzieja pełna nieśmiertelności. To odpowiada wyrażonemu na początku celebracji „Kyrie eleison”, zmiłuj się Panie i uczyń nas godnymi stać przed Tobą. Kiedy wraz z Aniołami i całym stworzeniem „bytów subtelnych” wyśpiewamy że On jest Święty, i będziemy prosić o przyjście Ducha Świętego w modlitwie zwanej „epiklezą”. Aby Niewidzialny podobny do ognia, wiatru i tchnienia, uniósł się nad darami i przemienił je w Ciało i Krew Zbawiciela. Wyraża to jedna z modlitw eucharystycznych: „Prosimy cię Boże, niech Duch Święty uświęci te dary, aby się stały Ciałem i Krwią naszego Pana Jezusa Chrystusa, dla spełnienia tego wielkiego misterium, które Ona nam zostawił jako znak wiecznego przymierza.”(IV M.E). Wtedy jest wielkie poruszenie, bo dzwonią dzwonkami i wszyscy przyjmują postawę  pokory, uniżenia przed najważniejszą częścią jaką jest „Anamneza”. Tu docieramy do naszego Źródła, tu rodzi się w nas radość Samarytanki ze spotkania, tu rozlewa się strumień łask, którego napór jest ta wielki iż przerasta nasze możliwości do ich przyjęcia. Powracamy wtedy do słów Jezusa wypowiedzianych w czasie ostatniej a zarazem ciągle aktualizującej się Wieczerzy Mistycznej. Tu wypełnia się polecenie Mistrza, aby czynić to wszystko z wielkim namaszczeniem na Jego pamiątkę „wspominając zwłaszcza Jego błogosławioną Mękę, chwalebne Zmartwychwstanie i Wniebowstąpienie”(WMR, 55e). To przywołanie kogoś nam bardzo bliskiego z przeszłości, to nie tyle retrospekcja wydarzenia ile uobecnienie, stanie się, choć i to słowo jest dość ograniczone. Bóg szalony z miłości do człowieka cierpi, umiera i zmartwychwstaje Żywy i Prawdziwy, taki jakim go widziały oczy Samarytanki, a teraz chcą widzieć i nasze. „Ile razy ten chleb spożywamy i pijemy z tego kielicha, głosimy śmierć Twoją, Panie oczekując Twego przyjścia w chwale”.(aklamacja po konsekracji), którą wypowiadamy pełni wiary i nadziei w spotkanie na liturgii niebiańskiej. W wielkim uproszczeniu potem włączamy się w modlitwy za tych, co poprzedzili nas w pielgrzymce wiary. W Chrystusie i przez Chrystusa, w jedności całej i niepodzielnej Trójcy, wyznajemy Boga. Później przechodzimy do modlitwy stołu eucharystycznego „Ojcze nasz”, która uświadamia nam po raz kolejny wartość wspólnoty i wprowadza nas w komunię z braćmi i siostrami, abyśmy pojednani z sobą mogli być uczestnikami Źródła- Chrystusa, którego za chwilę przyjmiemy w Świętych Postaciach. W tradycji łacińskiej przed samą Komunią wyśpiewujemy „Agnus Dei”a na wschodzie odmawia się przepiękną modlitwę która mi zawsze towarzyszy: „Wieczerzy Twojej mistycznej, synu Boży, za uczestnika dziś mnie przyjmij, albowiem wrogom Twoim tajemnicy Twojej nie powiem, ani Cię obłudnie będę całował, jako Judasz, ale jako łotr wyznaję Cię wołając: wspomnij na mnie Panie w Królestwie Twoim...”Pozwoliłem sobie na ten cytat, bo właśnie słowa niezwykłego uniżenia wobec świętości Źródła Życia, Chleba Nieśmiertelności, najlepiej wyrażają. Bowiem jesteśmy tylko niegodnymi grzesznikami łaknącymi miłości, której to udziela bo, chce Chrystus Eucharystyczny.  Pierwsi chrześcijanie przystępowali z ogromną świadomością do Komunii Świętej, wiedzieli że, to jest Pan. Dla nas współczesnych chrześcijan nie jest to, do końca takie oczywiste. Kultura w której żyjemy pozbawiła nas wrażliwości na sacrum, na pokorę wobec tego co święte. Gdybyśmy choć trochę byli jak pierwsi wyznawcy, to Liturgię byśmy przeżywali jako święto, a Komunię jako przedsmak Nieba. A tymczasem przenosimy do świątyni nasz niepokój, zaganianie, brak skupienia i grzech który stał się oczywistością. Na zachodzie ludzie wyciągają dłonie po Pana jakby był jeszcze jedną „tabletką” na codzienność zagmatwaną i beznadziejną, nieco spłycając. Pośpiech i  brak namaszczenia zabijają w samych kapłanach udzielających Eucharystii, poczucie  świadomości bycia Boga z nami. Pan się czuje jak zdradzony, przybity i niezrozumiały jak tamtego wieczoru kiedy Judasz maczał kawałek chleba z nim w jednej misie. Pierwsi chrześcijanie przyjmowali Mistyczne Ciało Pana z szacunkiem z wyobraźnią świętości i wyjątkowości. Ze swoich dłoni czynili tron dla Króla Niebios i mówili w zachwycie: „Napełniłeś mnie miłością Chryste, i przemieniłeś Boskim Twym zrządzeniem. Spal niematerialnym ogniem moje grzechy i uczyń godnym Twej słodyczy, abym radując się wielbił oba twoje przyjścia...”(Boska Liturgia-troparion). Mnisi benedyktyńscy w wielu klasztorch średniowiecznych zdejmowali swoje sandał z nóg, aby stanąć przed Panem, jak Patriarcha Mojżesz widząc płonący Krzak, Bożej Obecności. Uświadamiali sobie w pełni że są uczestnikami Boskiej natury, przebóstwionymi dzięki łasce Chrystusa Pana, której w żadnym stopniu nie jesteśmy godni. On nas obdarza nowa jakością istnienia. „W wydarzeniu Komunii moc daru i moc przyjmowania tworzą jedno. Stajemy się Tym, kogo przyjęliśmy i w kogo Duch nas przemienił. Owocem Eucharystii, ku któremu zmierza cała potęga rzeki wody życia, jest komunia Trójcy Świętej – „koinonia”. Przezywanie Boskiej „agape”w prawdzie naszego doczesnego życia będzie „synergią” miłości, która wyda owoc liturgii w życiu”. (J. Corbon „Liturgia źródło wody życia s.147). Samarytanka przy studni spotkała Pana. Również i my sami, powinniśmy w naszym życiu szukać Źródła, pragnąć Go, jeśli go nie znajdziemy będziemy sami sobie kopać studnie w których poza pustką nic nie będzie. Chrystus czeka na nas przy studni...świątyni...wspólnocie...drugim człowieku. Pragnie nieustannie prowadzić z nami dialog posługując się językiem Liturgii. Nie musimy już prowadzić życia wędrowców zniechęconych życiem, przemijaniem. Pan czeka także na samarytanki naszych czasów, tych pogubionych i zniechęconych, tych zbuntowanych i obrażonych na Niego. Czeka i spogląda na tych którzy zapomnieli iż, On jest Źródłem, które ciągle dla nich wytryskuje  nową łaską.                                                                                                                  

sobota, 3 listopada 2012


                 Obfite źródło Słowa                                                                                                                      

 

 Zasiadając wraz z Samarytanką przy studni, czerpiemy z dwóch czarek niejako. Jeden czerpak to woda Słowa, życiodajna i orzeźwiająca, drugi to woda otwartego boku Baranka-Pokarm Nieśmiertelności. Pragnę abyśmy przyjrzeli się teraz uczcie słowa, która od wieków stanowiła bardzo istotną część Liturgii. Można z całą pewnością powiedzieć iż chrześcijaństwo, to religia pożywania słowa, nie będzie to jakaś przesadna opinia. Widzimy w Eucharystii swoistą równowagę słowa i sakramentu, co niewątpliwie wiąże się z mistycznym doświadczeniem znaczenia słowa, w tym imienia Bożego i tekstu świętego, jako materialnego zapisu pozostawionego dla wyznawców, mającego znaczenie dla życia duchowego. Całość celebracji wykazuje pewną symetrię w swojej budowie, łatwa do zauważenia o czym wspomniałem na początku tej refleksji. Tak jak Samarytanka najpierw kosztujemy wraz z Panem słowa, a później wody-Pokarmu. Czytanie Pisma w czasie liturgii ma wielkie znaczenie, pragnę w tym momencie skupić się na Ewangelii, choć i tak wiemy że lektura Starego Testamentu wprowadza nas i przygotowuje nas na przyjęcie Źródła. Słowo Boże ma w Kościele podwójne zastosowanie: liturgiczne i pozaliturgiczne. Liturgiczne jest częścią samej liturgii i stąd czerpie swoją życiową moc. Zdarzenie które jest przedmiotem lektury, staję się aktualne we wspólnocie i moim wnętrzu. To nie jest już jakieś wspomnienie dawnej historii, gdzieś i kiedyś tam, ale jest to zdarzenie w którym aktualnie uczestniczymy, ono się aktualizuje tu i teraz. Czytając opis zdarzenia szczególnie w czasie wielkich świąt, wtedy wspólnota wierzących na nowo przeżywa, to samo zdarzenie, wtedy czytanie Ewangelii nabiera mocy rzeczywistego wydarzenia. Dokonuje się to tylko w czasie Wieczerzy Mistycznej(Mszy Świętej) i nigdy poza nią. Czytanie Ewangelii poprzedza jej okadzanie, ta czynność jest wspólna wszystkim rytom różnych tradycji. Przeniesienie uroczyste, okadzenie, i proklamacja. W liturgii wschodniej ten moment nazywa się małym wejściem. Wejście to ma charakter mistycznego wstąpienia na górę, o czym świadczy śpiew Dziewięciu Błogosławieństw, towarzyszący temu wejściu. Jest to góra tak zwanej ewangelii Mateusza „Jezus widząc tłumy wszedł na górę”(Mt5,1). Góra staje się miejscem przebywania Boga, pamiętamy dialog z samarytanką my na tej górze czcimy Boga, jak to wyraża psalm : „Wielki jest Pan na świętej górze”(Ps47,2). Jest to pielgrzymka ludu Nowego Przymierza, Kościoła wstępującego w Niebo, do swego Ojca. Przed czytaniem Ewangelii udziela się błogosławieństwa „Pokój wszystkim”(Wschód), „Pan z wami”(Zachód). „Pokój” to liturgiczne imię samego Pana. Chrystus Zmartwychwstały ukazując się jedenastu w Wieczerniku pozdrowił ich słowami  „Pokój wszystkim”. Ewangeliści powtarzają te formułę wiele razy, a najczęściej powraca w Listach św. Pawła. Czytanie Ewangelii ma uroczysty charakter. Ewangelia jest „słowną ikoną Chrystusa” i dlatego księga Ewangelii w wielu obrzędach uobecnia Mistrza i Jego działanie. Ewangeliarz liturgiczny zawsze leży na ołtarzu, na którym będzie sprawowana ofiara. Czytaniu świętej Księgi towarzyszą obrzędy wyrażające cześć dla Chrystusa, stąd diakon, okadza księgę a po jej przeczytaniu składa pocałunek, trzyma się zapalone świece, oraz biskup błogosławi wiernych, wskazując że to Pan przemawiał a teraz udziela błogosławieństwa. Mówi o tym Cyryllonas w poemacie „Eucharystia”: „Uważaj i słuchaj, bo mówi Ewangelia! Pan nasz dał swym uczniom do obrony ostre słowo- miecz wyostrzony. Przekazał im swe słowo, skarb wszelkiego bogactwa. Na Jego słowo świat powstał, na Jego słowo świat stał się żywy. Słowem swym rozciągnął niebo, na słowo swe zszedł na ziemię, Słowo stało się ciałem, Słowo okryło się ciałem, Słowem swym stworzył Adama, Słowem swym odkupił Adama. Na Jego słowo powstali ludzie. Na Jego słowo zdobyli ludzie życie. Przyjmijcie me słowo, przyjaciele, i noście je w swym sercu, niech wam ono towarzyszy wszędzie!”.(Muza chrześcijańska T.I Poezja armeńska, syryjska i etiopska, s.277.) Słuchać słowo Boga w zgromadzeniu liturgicznym, to coś więcej niż czytać je prywatnie dla siebie. Ono w liturgii brzmi zawsze inaczej, to święto spotkania przy studni, rozkoszowanie się Źródłem. Dla Ojców Kościoła Biblia jest Chrystusem, ponieważ każde jej słowo stawia nas wobec tego, Który je wypowiedział, stawia nas w Jego Obecności. Dlatego istniej ścisły i nierozerwalny związek pomiędzy Pismem Świętym i Eucharystią. Tu słowo jest spożywane: „Zjedz te Księgę, a idź i mów”(Ez3,1). Słowo jest więc komunią, czyli zjednoczeniem z Chrystusem i zarazem poznaniem Chrystusa. Msza Święta jest jednym aktem, obejmującym przyjęcie Słowa i Ciała.  Jeżeli liturgia jest niebem na ziemi i ikoną prawowierności, to jakże znaczące jest w niej miejsce Ewangelii, która jest eucharystia słowa. Chrystus zresztą sam powiedział: „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne”(J6,54). Wyraża to też w innych słowach „Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który mnie posłał ma życie wieczne”(J5,24). „Słowo i Eucharystia są więc dwoma rękami Zbawiciela, wyciągniętymi ku światu, aby cały świat uczynić eucharystią, aby nastąpiło „uchrystusowienie kosmosu”.Chrystus jest „światłością kosmosu”(J8,12) i światłość ta, to także Jego słowo, skierowane do tych, którzy „siedzą w ciemności i mroku śmierci”(Iz9,1 H.Paprocki „Rola Ewangelii w liturgii”). Powinniśmy na nowo dowartościować obecność Ewangelii w naszym życiu, karmić się nią, szukać w słowach wytchnienia i ucieczki od zniechęcenia i wypalenia duchowego. Kiedy ta księga będzie dostępna dla nas w życiu, wtedy będzie łatwiej z jakąkolwiek percepcją słowa. Wtedy drugi człowiek żyjący obok nas będzie lepiej słyszany i dostrzegany. Ewangelia musi zacząć żyć w nas, a nie przywalona kurzem w naszej już dawno nie odwiedzanej biblioteczce jak w jakimś skansenie z reliktami przeszłości. Bóg chce mówić do ciebie i do mnie, tylko mu pozwól.. Pragnie spocząć Słowo Życia na człowieczych wargach, aby było nieustannie spożywane i wypowiadane z mocą zdolną budzić świat ze snu niepewności i beznadziei. Chce spocząć to Słowo w sercu, a biło mocniej siłą zdolną powołać świat do istnienia na nowo. W końcu chce być w pamięci, wieczne i rozpromieniające przyszłość, w której Chrystus będzie oczekiwał ludzkości z otwartą Księgą spełnienia.                                                                                                                                                        

 

piątek, 2 listopada 2012


 

 
Zamyślenia w połowie dnia
 
Dobrze znamy ową pieśń nadziei, którą Kościół od dwudziestu wieków nie przestaje śpiewać: Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus (Ef 5,14). Jeśli bowiem umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy że z Nim również żyć będziemy (Rdz 6,8).Pascha Chrystusa dokonuje dzieła na tym świecie. Pan rzeczywiście zmartwychwstał (Łk 24,34). Chrystus żyje. Nie zbudowaliśmy naszego życia na jakimś połowicznym zwycięstwie lub micie. Jezus przeszedł zwycięsko przez tygiel śmierci. I w swoim ogromnym miłosierdziu obmył grzechy. Ale pragnie On pociągnąć nas za sobą. Chrystus cierpiał za nas i wzór nam zostawił, abyśmy szli za Nim Jego śladami (1P 2,21). Aby otworzyć nam przejście, Chrystus został złożony w ofierze jako nasza Pascha (1 Kor 5,7). A tym samym stał się Brama owiec, Brama owiec zagubionych- Brama ludzkości. Byśmy tak jak i On- mieli życie w obfitości (J10,10). Najpierw jednak musimy umrzeć, tak jak On, z Nim, przez Niego i Nim ! Umrzeć nie dla Życia, ale dla śmierci ! Umrzeć temu wszystkiemu, co Pismo nazywa czynami śmierci. W tym wyraża się najpiękniejsza cząstka naszej wolności, dająca nam udział w Jego chwale. Ojcze święty, chwałę, którą mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. (…) Chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę Moją, którą Mi dałeś (J 17,22.24). Także i my musimy więc dokonywać naszego przejścia. Dzień po dniu przeżywać nasze małe paschy. Przechodzić ze śmierci do życia. Z mroków grzechu do światła łaski. Od smutku świata ( 2Kor 7,10) do pełni radości. Od zwątpienia do wiary, ona bowiem jest zwycięstwem, które zwyciężyło świat ( 1J 5,4). Musimy przechodzić od rozpaczy do błogosławionej nadziei, podtrzymującej nasze kroki. Od nieprzyjaźni i obojętności do miłości, będącej spoiwem wszelkiej doskonałości ( Kol 3,14). Jednym słowem musimy przechodzić od człowieka zewnętrznego do człowieka wewnętrznego, który odnawia się z dnia na dzień (2 Kor 4,16). Przechodzić z tej ziemi, gdzie wszystko przemija do wiecznego królestwa, gdzie miłość nigdy nie ustaje (1 Kor 13,8). Jeżeli bowiem przez śmierć, podobną do Jego śmierci, zostaliśmy z Nim złączeni w jedno, to tak samo będziemy z Nim złączeni przez podobne zmartwychwstanie (Rz 6,5). Tak więc możemy podążać poprzez małe, codzienne paschy w stronę naszej wielkiej Paschy. Poprzez małe, codzienne zmartwychwstania do naszego ostatecznego Zmartwychwstania. Do owego dnia, gdy w końcu będziemy mogli- tak jak Jezus, który powrócił do Ojca umiłowawszy swoich na świecie ( J 13,1) – wpaść w ramiona Ojca. Ojca Jego i Ojca naszego, Boga Jego i Boga naszego ( J 20,17).
br. Pierre- Marie Delfieux
Życie wieczne polega również na radosnej wspólnocie świętych. Będzie to wspólnota dająca niezrównane szczęście, bo kazdy będzie posiadał wszystkie te dobra, które są udziałem wszystkich innych świętych. Każdy zaś będzie radował się szczęściem drugiego jak swoim własnym, bo każdy będzie miłował drugiego jak siebie samego. W ten sposób radość każdego stanie się tak wielka, jak wielka bedzie radość wszystkich.
 
św. Tomasz z Akwinu

 

środa, 31 października 2012

...święci tacy sami jak my...


Rozlej, Ojcze, łaskę Ducha Twego na Kościół głoszący tajemnice paschalną w świętych, którzy cierpieli ze Zbawicielem i z Nim zostali uwielbieni, aby wszyscy synowie Twoi osiągnęli zbawienie i Ciebie chwalili na wieki 
(Liturgia Ambrozjańska)
 
 
 


Na cóż potrzebne świętym wygłaszane przez nas pochwały, na cóż oddawana im cześć, na cóż wreszcie cała ta uroczystość? Po cóż im chwała ziemska, skoro zgodnie z wierną obietnicą Syna sam Ojciec niebieski obdarza ich chwałą? Na cóż im nasze śpiewy? Nie potrzebują święci naszych pochwał i niczego nie dodaje im nasz kult. Tak naprawdę, gdy obchodzimy ich wspomnienie, my sami odnosimy korzyść, nie oni. Co do mnie, przyznaję, że ilekroć myślę o świętych, czuję, jak się we mnie rozpala płomień wielkich pragnień.

Pierwszym pragnieniem, które wywołuje albo pomnaża w nas wspomnienie świętych, jest chęć przebywania w ich upragnionym gronie, zasłużenie na to, aby się stać współobywatelami i współmieszkańcami błogosławionych duchów, nadzieja połączenia się z zastępem patriarchów, ze zgromadzeniem proroków, z orszakiem Apostołów, z niezmierzoną rzeszą męczenników, wspólnotą wyznawców, z chórem dziewic, wreszcie zjednoczenie się i radość we wspólnocie wszystkich świętych. "Kościół pierworodnych" chce nas przyjąć, a nas to niewiele obchodzi, pragną nas spotkać święci, my zaś nie zważamy na to, oczekują nas sprawiedliwi, a my się ociągamy.

Obudźmy się wreszcie, bracia, powstańmy z Chrystusem. Szukajmy tego, co w górze; do tego, co w górze, podążajmy. Chciejmy ujrzeć tych, którzy za nami tęsknią, śpieszmy ku tym, którzy nas oczekują, duchowym pragnieniem ogarnijmy tych, którzy nas wyglądają. A nie tylko trzeba nam pragnąć wspólnoty ze świętymi, lecz także udziału w ich szczęściu. Gdy więc pragniemy ich obecności, z największą gorliwością zabiegajmy również o wspólną z nimi chwałę. Taka gorliwość nie jest zgubna ani też zabieganie o taką chwałę nie jest niebezpieczne.

Drugim pragnieniem, które budzi w nas wspomnienie świętych, jest, aby Chrystus, nasze życie, ukazał się tak jak im również i nam, abyśmy i my ukazali się z Nim w chwale. Teraz bowiem nasza Głowa, Chrystus, objawia się nam, nie jakim jest, ale jakim stał się dla nas; ukoronowany nie chwałą, ale cierniami naszych grzechów. Byłoby rzeczą niegodną, aby ten, kto przynależy do Głowy ukoronowanej cierniami, szukał łatwego życia, albowiem purpura nie jest dlań oznaką chwały, ale hańby. Nadejdzie chwila pojawienia się Chrystusa i jego śmierć nie będzie już głoszona. Wówczas poznamy, że i my umarliśmy, a nasze życie ukryte jest w Chrystusie. Ukaże się Głowa w chwale, a wraz z nią zajaśnieją uwielbione członki. Wtedy to Chrystus odnowi nasze ciało poniżone upodabniając je do chwały Głowy, którą jest On sam.

Do tej chwały podążajmy bezpiecznie i z całą usilnością. Aby zaś dane nam było pragnąć i dążyć do tak wielkiego szczęścia, powinniśmy się starać o pomoc świętych. Za ich łaskawym wstawiennictwem otrzymamy to, co przerasta nasze możliwości.

 
Kazanie św. Bernarda, opata
 
 
A wpatrzeni w postępowanie ich wszystkich, "ubiegajmy się o ich wiarę", o ich miłość, nadzieję, wierność, sposób życia, męstwo w cierpieniach, ich stałość aż do przelania krwi, abyśmy im dorównali w zdobywaniu wieńców chwały.
św. Jan Damasceński

 


 

wtorek, 30 października 2012


Wszystko ma swój czas…Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono…czas szukania i tracenia… (3,1-8). Piszę te słowa słuchając Officjum  Jana Garbarka, muzyka oddaje coś z poczucia tęsknoty i przekracza granice tego, co już teraz jest, a tego co, za chwilę nie będzie…a później się stanie. Uroczystość Wszystkich Świętych i czas zaduszny który po raz kolejny będziemy przeżywać jakoś prowokuje do kilku nieporadnych refleksji o życiu i śmierci. Pięknie pisze o przemijaniu Kohelet dla wielu na pierwszy rzut oka niepoprawny pesymista, skupiony tylko na próbie obnażenia świata i ukazania go jako marności i pogoni za niczym. Kiedy tak głębiej wczytamy się w słowa człowieka doświadczonego życiem i mądrego, zobaczymy wszystko wyraźniej, naszą rzeczywistość która jest pełna sensu o tyle, o ile uświadamiamy sobie że dzisiaj jesteśmy a jutro nas nie ma.  Człowiek egzystuje w tej przestrzeni świadomości jaką jest śmierć, którą jakoś podświadomie wypiera z siebie, bo w dzisiejszej kulturze bez dance makabre nikt już nie umiera, wszyscy są zdrowi, piękni i nieśmiertelni- herosi którym jak coś się zepsuje, to można wymienić, jak w serwisie samochodowym. Życie jednak pokazuje coś całkowicie odwrotnego, okazujemy się bezradni jak dziecko wobec nieuniknionego przepływu chwili. „Narodziny i śmierć człowieka( pisał J. Pasierb) są w tym porządku czymś naturalnym i żadna forma protestu nie ma sensu. Dzięki możliwości „wiecznego powracania” do źródeł czasu człowiek czuje się ocalony przed śmiercią i nicością”. Za chwilę wybierzemy się tłumnie  na nasze cmentarze, dla jednych to będzie moment refleksji nad darem chwili, przygodności życia, myśli wypuszczonej w zaświaty…pamięci o tych, którzy spacerowali po ziemi przed nami. To pamięć o tych których sylwetki, słowa, gesty i świat odczuć zatrzymaliśmy w sercu i pamięci. Jest to jakaś wielka anamneza miłości, która przekształca już czas i przestrzeń w spotkanie, szczególnie dla tych którzy wierzą iż, na drugim brzegu istnieje zdumiewająca radość spotkania. Grób do którego przychodzimy jest miejscem pamięci, spoczynku i przebudzenia ze snu, bo czym że jest śmierć jeśli nie zaśnięciem ( życie nasze zmienia się ale się nie kończy ) Dla innych bez refleksji pełnej nadziei czas wędrówki na cmentarz będzie jaką forma współczesnego happeningu, którego przedstawicielami stają się tak zwani (w moim może  krzywdzącym odczuciu), czciciele zapalonego znicza i  reklamy mody…przecież trzeba się jakoś pokazać, a może jeszcze co bystrzejsi zrobią świetny interes kosztem zbiorowej amnezji eschatologicznej. Niestety taka postawa rodzi  śmiech i pustkę, nie ma już nic…pozostaję tylko ja sam i to co, aktualnie jest dla mnie źródłem szczęścia. Wyzucie z uczuć i więzi miedzy ludzkich, powoduje straszny dramat. W Szwecji po śmierci bliskiej osoby, kiedy się kończy ceremonia pogrzebu (jeżeli  się odbędzie) i kremacji rodzina już nie zabiera ze sobą prochów członka rodziny, ale skazuje go na rozsypanie Bóg wie gdzie, argumentując tym że to definitywny koniec, nie ma człowieka, wiec idziemy dalej. Jak to powiedziała mi kiedyś jedna starsza osoba z wielkim poczuciem humoru do której chodziłem w pierwsze piątki miesiąca „dzisiaj żyjem jutro zgnijem,  i nikogo to nie będzie obchodzić ”.

Jest taka ciekawa refleksja którą napisał Romano Guardini: „Wszystko, co umarłe, zniszczeje. My, żyjący, nie jesteśmy przecież całkowicie żywi. Wiele wleczemy za sobą. Wiele nas obciąża. Czynimy coś i jak to często bywa, musimy to, czegośmy dokonali, niejako ponownie ogarnąć, aby stało się nasze. Spotyka nas coś co przechodzi tylko ponad nami. Jakże często siedzimy przy kimś kto opowiada nam o swoim nieszczęściu i odczuwamy z rozpaczą swoją otępiałość. Żyjemy tylko miejscami…A teraz zostaje tu wszystko porwane do najwyższego  życia.” Dla nas chrześcijan śmierć nie staje się źródłem lęku, wiara nas wychowuje do zaśnięcia, do radosnego przygotowania się na moment pochwycenia, usadowienia się w trumnie jak w łożu małżeńskim. Nie paraliżuje nas poczucie pustki, ale nadzieja spełnienia wszystkiego w Bogu który wychodzi nam naprzeciw. „Jednak od Chrystusa śmierć ma sens chrześcijański, nie jest intruzem, lecz wielką inicjatorką. Będąc „królową lęków” według Hioba, śmierć zatrzymuje codzienne profanacje i zapomnienia, uderza nieodwracalnością swojego wydarzania się. Nie istnieje sama w sobie, bo to nie życie jest fenomenem śmierci, ale to śmierć jest tymczasowym fenomenem życia. Taka jak negacja jest późniejsza od afirmacji, tak śmierć jest zjawiskiem wtórnym i zasadniczo pasożytniczym. Po zerwaniu początkowej równowagi staje się „naturalnym” losem śmiertelników, a jednak wbrew naturze, co tłumaczy lęk umierających. Miarą siły choroby jest moc lekarstwa.” Naszym lekarstwem jest głęboka intuicja którą za każdym razem wypowiadamy ustami i sercem w Credo. „Oczekuję wskrzeszenia umarłych” i „Wierzę w zmartwychwstanie ciał”. To pokazuje że życie przechodząc przez śmierć nadal trwa, w jakiejś tajemnicy miłości Boga. „Jak w Adamie wszyscy umierają tak, też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni”(1Kor 15,22).

Na koniec taka obyczajowa prośba z mojej strony, jak już zamknę oczy i będę przybliżał się do tajemnicy Życia, co ani oko nie widziało ani ucho nie słyszało, proszę aby na moim nagrobku nie stawiać sztucznych kwiatów, różyczka (choć jest efemeryczna) wystarczy.

Taniec Oblubienicy                                                                                     

 

„Wznieście wasze ręce ku miejscu świętemu i błogosławcie Pana.”(Ps134,2). Pragnę mówić wam o „tańcu” w liturgii. Wszystkim się na ogół wydaje iż liturgia jest taka statyczna i ciężka, pozbawiona dynamiki, a może nawet krępująca. Kiedy się obserwuje współczesnych uczestników Eucharystii ma się wrażenie, iż nie widzą co zrobić ze swoim ciałem, co począć z dłońmi, z nogami potykającymi się o progi klęcznika wystającego z ławki...Wszystko to pokazuje iż człowiek jest bardziej dynamiczny niż statyczny. W ruchu realizuje duża część swojej egzystencji, wyzwala ciało ku...Może kogoś zadziwić stwierdzenie iż liturgia to taniec, w pełnym tego słowa znaczeniu: ruch, rytm, muzyka w której wszystko wiruje. Kiedyś uczestniczyłem przez jakiś  czas u braci prawosławnych na ich celebracjach liturgicznych, miałem wrażenie, że to co jawiło się moim oczom było tańcem. Piękna liturgia, pełna ciepła, ruchu ciał. Kapłan który przechadzał się po świątyni z kadzielnicą okadzając we właściwy bardzo zaskakujący sposób. Śpiew, dynamika, spowite wonią kadzidła i migotanie lampek oliwnych przed ikonami sprawiały uczucie jakby się było w innej rzeczywistości. W moim odczuciu czas stanął, albo wtopił się w „kairos” i stał się doksologią. Zapewne kobieta po spotkaniu zadziwiającym przy źródle, w uniesieniu i tańcu radości biegła aby oznajmić swoim ziomkom, radość swej duszy. Czy my potrafimy jeszcze z takim entuzjazmem przeżywać najważniejsze wydarzenie naszego życia jakim jest Eucharystia.? Czy nie stoimy trochę tak jak od niechcenia wyliczając czas dla Jego działania w naszym życiu? Czy potrafimy się oddać charyzmatycznej fali modlitwy zanurzonej w wylaniu Ducha który towarzyszył pierwszym wspólnotom chrześcijan? Te i inne pytania nasuwają się spontanicznie. Kościół dzisiaj próbuje powracać do swoistego tańca, piękna liturgii, zrozumianej i uświadomionej przez język ciała, postaw i gestów należnych Misterium. Nie musimy być niewolnikami ławek ustawionych w Kościele, możemy przeżywać Eucharystie swobodnie, ale nie niechlujnie, hieratycznie ale z radością w sercu. Mamy różne postawy które tradycja Kościoła przechowała w skarbcu, wśród nich wyróżniamy postawę siedzącą. Siedząc najprawdopodobniej Samarytanka wsłuchiwała się w głos Chrystusa, czerpiąc z Jego słowa wszystko. Tak jak ewangeliczna Maria siostra Łazarza, siedziała u stóp Mistrza i karmiła się Nim. W tym momencie nic innego ją nie interesowało tylko obecność kogoś bliskiego i mistyczne uniesienie, które sprawiło iż obrała tą lepsza cząstkę. Podczas liturgii chrześcijańskiej biskup, jako pasterz owczarni sobie powierzonej zasiadał na katedrze z której przewodniczył i nauczał. Siedzieć to odpoczywać, smakować się w wytchnieniu, nasłuchiwać z uwagą tego, co Bóg chce mi zakomunikować w tej chwili, w tym czasie. Stanowi wsłuchanie się w puls życia, wody...Źródła, to uruchomienie w sobie tych pokładów słuchu, aby uchwycić muzykę Boską, „dźwięk” liturgii spotkania. Następną postawą która jest przeważającą we wszystkich liturgiach sprawowanych jest postawa stojąca. To wyraz uszanowania względem Tego, który przewyższa mnie swoim majestatem i chwałą. Jednocześnie jest znakiem radości z tajemnicy Odkupienia, to wszechogaraniająca  radość opieczętowanych i obmytych Krwią Zbawiciela, błogosławiących Jego Wielkość. Wyraża to psalm błogosławieństwa: „Błogosław duszo moja, Pana. O Boże mój Panie, jesteś bardzo wielki! Odziany we wspaniałość i majestat, światłem okryty jak płaszczem. Rozpostarłeś niebo jak namiot, wzniosłeś swe komnaty nad wodami. Za rydwan masz obłoki, przechadzasz się na skrzydłach wiatru....”(Ps104,1-2).  Te postawę w liturgii w sposób szczególny przyjmuje kapłan jako pośrednik miedzy między wspólnota zgromadzonego Kościoła, a Bogiem. Prezbiter staje się w świętych celebracjach, znakiem obecności Chrystusa jedynego i wiecznego Kapłana, Pośrednika i miłośnika człowieka. W starożytności chrześcijańskiej stojąc wyznawcy Chrystusa wyrażali w ten sposób radość Zmartwychwstania, zwycięstwa nad śmiercią, szatanem i grzechem. Miało to kapitalne znaczenie dla ich życie wewnętrznego, bo nawet kiedy czuli się obcymi i prześladowanymi, wiedzieli że Pan jest z nimi, że światło z pustego grobu, napełnia ich serca szczęściem. Bo „Chrystus Zmartwychwstał śmiercią zwyciężył śmierć”(Troparion Zmartwychwstania).W tradycji Kościoła zachodniego bardzo mocno zakorzeniła się w liturgii, i poza nią postawa klęcząca, która jest wyrazem afirmacji i uwielbienia Boga, a jednocześnie stanowi wyraz pokory i pokuty. Przez ten język ciała człowiek błaga Boga o miłosierdzie, wysłuchanie, to wyraz pokajanie, nędzy i kruchości ludzkiego życia, oraz świadomości iż bez Pana, wszystko jest marnością. „Kiedy jesteś przy mnie nie cieszy ziemia mnie”, jak to wyraża pieśni duszy zatopionej w Źródle. Na zachodzie również klęka się przed Krzyżem, na którym Zbawiciel dokonał dzieł Odkupienia człowieka. To wyraz wielkopiątkowej adoracji Drzewa hańby, które stało się narzędziem ekspijacji i zwycięstwa. Krzyż Świętego, przenajświętszego, którego rozkwitające gałęzie spuszczają dla nas Ciało Króla, jak to wyraził językiem poezji św. Efrem. Klęczymy w pokorze przed Panem obecnym w Najświętszych i Boskich Postaciach, adorując je pożywając przez patrzenie. Podobnie w liturgiach wschodnich kiedy kapłan przy wielkim wejściu, ukazuje ludowi Świętości, wierni padają na kolna i dotykają głową ziemi. Jest to ukazanie małości człowiek wobec tak wielkich i niezgłębionych tajemnic, chrześcijańskiej wiary. „Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie Boże. Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego: kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże”.(Ps42,2). W Eucharystii, podobnie jak wydarzeniu ewangelicznym kobieta czerpiąca ze studni, pragniemy oglądać Oblicze Nieogranionego. Pragniemy przyjąć postawę wzniesionych oczu, jako skierowanie duszy ku Bogu. Taj jak ikonograficzna scena przedstawiająca Orantę, ze sztuki katakumbowej, wskazuje na  personifikację duszy ludzkiej wpatrzonej i uwielbiającej Boga, tak i my możemy każdy moment naszej codzienności, wypełniać tęsknotą i spojrzeniem ku Źródłu- Chrystusowi. „Do Ciebie wznoszę me oczy, który mieszkasz w niebie...”(Ps123,2). Kiedyś stare rytuały wymagały aby kapłan na ofertorium podnosił oczy ku górze, jako wyraz pokornej jedności pomiędzy służebnikiem a Ofiarą która ma być złożona za życie świata. Dzisiaj każdy z wierzących kieruje oczy na ołtarz, staje się jak ikona przedstawiająca danego świętego, mając oczy szerokie i wpatrzone w przebóstwiającą obecność Pana, którego oblicze nieustannie jaśnieje jak światło. To Tylko kilka wybranych przez mnie postaw i gestów, które liturgia przechowała, jest ich całe mnóstwo z wielkim ładunkiem emocji, który towarzyszył różnym rodzinom liturgicznym w określonych kontekstach kulturowych. Niech nasze ciało stworzone do miłości, dobra i piękna będzie wyrazem Bożej epifanii. Niech będzie komunikowało innym iż nie wstydzimy się mówić ekspresją o uniesieniach naszego wnętrza, w których to przedsionkach Pan się przechadza i zapraszam nas do „tańca” jest zapowiedzią godów na których On będzie wszystkim we wszystkich.      

niedziela, 28 października 2012

Mk 10, 46-52

Gdy Jezus razem z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: "Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną". Wielu nastawało na niego, żeby umilkł. Lecz on jeszcze głośniej wołał: "Synu Dawida, ulituj się nade mną".

Jezus przystanął i rzekł: "Zawołajcie go". I przywołali niewidomego, mówiąc mu: "Bądź dobrej myśli, wstań, woła cię". On zrzucił z siebie płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus przemówił do niego: "Co chcesz, abym ci uczynił?"

Powiedział Mu niewidomy: "Rabbuni, żebym przejrzał".

Jezus mu rzekł: "Idź, twoja wiara cię uzdrowiła». Natychmiast przejrzał i szedł za Nim drogą".


"Sądzę, że jedną z przeszkód, które nie pozwalają nam być naprawdę sobą i odnaleźć własnej drogi, jest to że nie zdajemy sobie sprawy, jak dalece jesteśmy ślepi. Gdybyśmy wiedzieli, że jesteśmy ślepi, jakże usilnie szukalibyśmy uzdrowienia ! Prawdopodobnie szukalibyśmy zdrowia, jak Bartymeusz, u ludzi: lekarzy, uzdrowicieli...a następnie, straciwszy zaufanie do ludzi, w których nie masz zbawienia, zwrócilibyśmy się może do Boga. Ale tragedia na tym polega, że nie rozpoznajemy swej ślepoty- zbyt wiele rzeczy narzuca się naszym oczom, abyśmy mogli uświadomić sobie rzeczy niewidzialne, na które właśnie oślepliśmy. Żyjemy w świecie rzeczy, zagarniają naszą uwagę i same się nam zalecają, tak że nie potrzebujemy ich nawet oceniać- po prostu są tu oto, pod ręką, gotowe do użycia. Rzeczy niewidzialne nie zalecają się nam same, nie rzucają się nam w oczy, musimy ich szukać i odkrywać je. Świat zewnętrzny żąda naszej uwagi- Bóg zabiega o nas inaczej(...) Świat zewnętrzny sam nam się narzuca. Świat wewnętrzny może być odczytany, ale nigdy hałaśliwie nie zwraca na siebie uwagi.  Oślepieni światłem rzeczy zapominamy, że nie zawiera on tych głębi, które człowiek zdolny jest odkryć. Człowiek jest mały i wielki jednocześnie. Kiedy umieszczamy siebie na skali wielkości wszechświata - nieskończenie ogromnych i nieskończenie znikomych- widzimy siebie jako drobinę kosmicznego pyłu, ulotną, znikającą, bez żadnego znaczenia. Ale kiedy zwrócimy się do wewnątrz, widzimy że nic z tych rzeczy niezmierzonych nie jest dostatecznie wielkie, by nas wypełnić. Cały świat wpada jak ziarnko piasku w głębię naszego bytu, jesteśmy zbyt obszerni, by nas wypełnił i nasycił. Jedynie Bóg, który nas stworzył dla siebie, na swoją miarę, może tego dokonać. Według słów Anioła Ślązaka: "Jestem wielki jak Bóg- a On jest mały jak ja".
Być ślepym na niewidzialne, to być świadomym tylko tego, co da się uchwycić, to być na zewnątrz, poza pełnią wiedzy, poza doświadczeniem całej rzeczywistości tego świata, którego prawdziwa realność jest w Bogu i w którego sercu jest Bóg. Ślepiec Bartymeusz był tego właśnie świadomy, ponieważ dzięki ślepocie fizycznej świat widzialny go nie napastował. Mógł krzyczeć w ostatecznej rozpaczy wyczuwając z całą, rozpaczliwą nadzieją, że zbawienie przechodzi obok niego, ponieważ czuł się odrzucony. Powodem tego, że my wszyscy przeważnie nie potrafimy tak wołać do Boga, jest to że nie uświadamiamy sobie, jak dalece jesteśmy odcięci od całkowitej wizji świata- wizji, która gwarantuje pełną realność światu widzialnemu. Obyśmy potrafili nauczyć się być ślepymi na to, co widzialne, aby móc wejrzeć głębiej, w to co niewidzialne w nas i wokół nas, w to co przenika wszystkie rzeczy swą obecnością ! Ślepota bywa wieloraka. U świetych - ale nie u nas- może wynikać z oślepienia zbyt wielkim światłem. Świety Symeon Nowy Teolog mówiąc o Bożej ciemności powiada, że jest nadmiarem światła, tak że ktokolwiek w nią wkroczył, stał się niewidomym od jej blasku. Może to być ślepota otwartych oczu. Zwracając się na przykład  w stronę okna możemu skupić spojrzenie na samej szybie okiennej, na własnym zamazanym odbiciu albo na widoku za oknem. Możemy patrzeć obojętnie i bezmyślnie, jak przechodnie na ewangelicznego Bartymeusza. Możemy patrzeć oczyma nienawiści, spojrzeniem straszliwie wyostrzonym z diabelską bystrością, widzac tylko samo zło, zlośliwą karykaturę rzeczywistości. I w końcu możemy patrzeć oczyma miłości, sercem czystym, które widzi Boga i Jego obraz w każdym człowieku, nawet jeśli jest to obraz zamglony docierając wzrokiem poprzez mylne pozory i sprzeczne doświadczenia do prawdziwego, głębokiego, tajemniczego ludzkiego "ja". Bo z patrzeniem jest tak, jak to powiedział lis Małemu Księciu: "Widzi się dobrze tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu".
Fragment rozważania zaczerpnięty z książki Odwaga modlitwy Antoniego Blooma.

...Nie wiemy z historii, kim był ów niewidomy, wiemy jednak, co oznacza dokonana na nim tajemnica. Rodzaj ludzki to niewidomy, który w swym pierwszym ojcu został wypędzony z raju i za karę pozostaje w ciemnościach nie znając blasku niebiańskiego światła. Jednakże obecność Odkupiciela oświeca go, by dobrze czyniąc robił postępy na drodze życia...Gdy więc nasz Stwórca zbliża się do Jerycha, niewidomy odzyskuje wzrok, bo gdy Bóstwo przyjęło na siebie braki naszego ciała, ludzkość odzyskała światło, które utraciła. Przez to, że Bóg ponosi ludzkie cierpienia, człowiek zostaje wyniesiony do tego, co Boże. Trafnie jest napisane, że niewidomy siedział przy drodze i żebrał, sama bowiem Prawda mówi: "Ja jestem drogą" (J 14,6). Kto więc nie zna blasku wiekuistego światła, jest ślepy; jesli jednak nie wierzy w Odkupiciela, to jest tym który siedzi koło drogi. Ale gdyby miał wiarę i nie dbał o to, aby prosić o otrzymanie wiecznego światła, i nie modlił się, byłby podobny do tego, kto będąc niewidomym   siedzac przy drodze, ale wcale nie żebrze. Jeśli zaś wierzy i poznaje ślepotę swego serca, i prosi o odzyskanie światła prawdy, jest jak ten, kto będąc niewidomym żebrze siedząc przy drodze. Kto więc poznaje ciemności swej ślepoty, kto pojmuje, że brak mu wiecznego światła, niech woła z głebi serca, niech woła także glosem ducha: "Jezusie, Synu Dawida, zmiluj się nade mną!".
św. Grzegorz Wielki