poniedziałek, 15 stycznia 2018


Sprawiedliwy zakwitnie jak palma, rozrośnie się jak cedr na Libanie (Ps 92,14).

W kalendarzu liturgicznym przypada dzisiaj wspomnienie jednego z pierwszych mnichów i pustelników świętego Pawła z Teb (ok. 341). Dość obszerną opowieść o jego barwnym życiu przedłożył nam św. Hieronim w swoim dziele Żywot św. Pawła Pierwszego Pustelnika. Z tego fascynującego tekstu dowiadujemy się kilka istotnych szczegółów biograficznych, że Paweł pochodził z bogatej rodziny. Wcześnie został sierotą i po rodzicach otrzymał dość zamożne uposażenie. „Jeśli chcesz być doskonałym, sprzedaj wszystko, co masz.” W wieku kilkunastu lat wybrał się na pustynię, a decyzja ta zbiegła się z falą licznych prześladowań chrześcijan za panowania Decjusza. Młodzieniec zapalony ideałem życia w samotności, stał się parenetycznym wzorcem anachorety poszukującego Boga. Monachos to tłumaczenie syryjskiego terminu oznaczającego tyle co: „samotny”, „pojedynczy,” „oddzielony.” Mężczyzna podejmuje więc życie samotne, to znaczy wolne od więzów cielesnych, rodziny i świeckiej społeczności, aby być blisko Boga i wypraszać dla świata zbawienie. Istnieje jeszcze jeden termin który dość precyzyjnie oddaje coś z wyboru życiowej drogi św. Pawła Pustelnika- apotaktikos- „ten, kto zapiera się siebie.” Kasjan mówił o tym wewnętrznym przynagleniu do wyjścia ku trudnej przygodzie: „W swym pragnieniu jawnej i bezpośredniej walki z demonami- mnich- nie bał się zapuszczać w rozległy obszar pustyni.” Monastycyzm rozpoczął się w Egipcie, gdzie głęboki spokój i cisza rozległych pustyni przyciągały mężczyzn i kobiety obierających nowy, tajemniczy oraz fascynujący dla nich styl życia. „Pustynia egipskich mnichów jawiła się jako miejsce ze swej strony pełne cudowności”- pisał A. Guillaumont. Chociaż istotą monastycyzmu było życie w samotności i oderwanie do świata, mnisi nigdy nie byli oderwani od rzeczywistości- zachowywali kontakt ze wspólnotami chrześcijańskimi, niosąc ich troski i duchowe problemy. Dokądkolwiek się udawali, wszędzie ciągnęli za nimi ludzie pobożni, trochę ciekawscy i poddający się urokowi ich świętości. Pustynia- jest to miejsce wyzwolenia dla tych, którzy poszukują wolności w samotności- „przystań zbawienia,” „niczym zaczątek raju”- jak twierdził Cezary z Arles. Z wielką miłością i szacunkiem literatura nakreśla ich sylwetki. Pustynią Pawła jest „jakaś góra, jaskinia, palma i źródło.” Żyje on tam odziany w liście palmowe i spożywa codziennie pół chleba, który przynosi mu kruk.  Po jego śmierci „nabiegają z głębi pustyni dwa lwy, potrząsając karkami o gęstych grzywach.” Pieszczą zwłoki starca swymi ogonami i wydają głębokie pomruki, przypominając modlitwę żałobną, a następnie wykopują swymi łapami grób, w którym go składają. Od Pawła życie pustelnicze będzie wpisane w specyficzny duchowy i materialny pejzaż. Pustynie z miejsc odosobnionych, smaganych piaskami i wszechobecną ciszą przeniosą się w miejsca poszarpane oraz usiane grotami w masywach górskich, czy terenach nizinnych gdzie cysterscy mnisi będą odwracać nury rzek i karczować lasy. Od średniowiecznych klasztorów zapłodnionych regułą św. Kasjana i Benedykta, po te wschodnie- bazyliańskie republiki mnichów osiadłe niczym „arka” na wyspach Atosu. Współcześnie powstają „pustynie” w środku miasta- tętniące wewnętrznym życiem oazy w których można usłyszeć i odczuć obecność Boga. „W sercu miasta możesz więc żyć w sercu Boga, bo miasto jest właśnie w Bożym sercu”- przekonywał sobie współczesnych P. Delfieux. Istnieje dzisiaj może jeszcze bardziej niż u początków chrześcijaństwa, potrzeba życia pustynią i odkrywaniem „piękna komunii.” Miał rację prawosławny myśliciel O. Clement: „Społeczeństwo w którym nie ma mnichów, społeczeństwo, które nie jest w pewien sposób nasączone modlitwą monastyczną, jest społeczeństwem naprawdę chorym. Trzeba, aby w społecznościach były miejsca na podobieństwo laboratoriów, gdzie ludzie poświęcają się temu doświadczeniu głębi, gdzie można powiedzieć słowo Bóg i nie będzie to tylko słowo, ale odczuwalna obecność, odczuwalna coraz głębiej.”

niedziela, 14 stycznia 2018


J 1, 35-42

Jan stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś, odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?» Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa.

Pójść za Barankiem w przygodę wiary ! Ewangelia rysuje przed nami atmosferę powołaniową. Najpierw dostrzegamy postać Jana, któremu ludzie spontanicznie nadali przydomek Hamatabil- co się rozumie jako „Chrzciciel.” Mieszkał nieopodal Betanii- miejsca gdzie przepływał wartko Jordan i gdzie przychodziły tłumy po obmycie z brudu grzechu. Niebawem wokół niego zgromadzili się uczniowie- naśladowcy, pragnący dzielić życie w podobny do niego sposób. Z imienia znamy dwóch uczniów Jana Chrzciciela- Andrzeja z Betsaidy i młodziutkiego Jana, syna Zebedeusza. Obaj trudnili się połowem ryb i przywędrowali najprawdopodobniej znad brzegu Jeziora Tyberiadzkiego. Widzimy Jana który wszystko czyni w taki sposób, aby nie zatrzymać spojrzenia uczniów na sobie, lecz na Chrystusie który pojawia się w najbardziej dogodnym momencie. Pierwsi uczniowie którzy podążą za Mistrzem przepowiadając Besorę, będą wędrować po drogach Galilei w poszukiwaniu ludzi otwartych na Boga i co istotne, wyjdą z pod skrzydeł Proroka pustyni. „Jezus nie musi wołać uczniów- oficjalnie, ostateczne powołanie nastąpi później. To oni sami, niejako instynktownie, idą za Nim. Te stronnice Ewangelii wywierają szczególne wrażenie. Uderza nas precyzja w opisie szczegółów- określenie miejsca, daty, nawet godziny; jest to obraz bogaty w zaskakujące obserwacje, w odcienie” (A. Pronzato). Chrystus emanuje tak nieprawdopodobną energią, że uczniowie bez zbędnych pytań idą za Nim niejako na oślep. „Jakaś przejmująca tajemnica, niewytłumaczalna siła przyciągania tworzyła wokół Niego atmosferę miłości, radości i wiary- pisał A. Mień- Nie było w Nim nic z surowego ascety lub posępnego doktrynera... Jasność spojrzenia, trzeźwość- to główne cechy Jego charakteru. Gdy mówi o sprawach niezwykłych, gdy wzywa do trudnych czynów i męstwa, czyni to bez fałszywego patosu i egzaltacji.” Powołanie pierwszych uczniów przeradza się w zaproszenie które będzie subtelnie rozbrzmiewać przez wszystkie czasy Kościoła; przenikając do serc „rybaków” pytających w duszy o sens życia i piękno wiary. W odpowiedzi na słowo podrywające do wyruszenia w drogę, może zrodzić się tylko spontaniczne uwielbienie. Tak śpiewał ugodzony miłością św. Jan Klimak: „Twoja miłość zraniła moją duszę i moje serce nie może znieść Twoich płomieni; idę opiewając Cię.”

sobota, 13 stycznia 2018


Staram się na bieżąco śledzić zachodzące w dynamicznym tempie zjawiska w kulturze. Niby tyle się dzieje w przestrzeni szeroko rozumianej sztuki, iż przegapienie jakiegoś wydarzenia może się zdawać nieodwracalną stratą, albo niewybaczalnym grzechem. Muzea, filharmonie i różnorakie instytucje stają na głowie i prześcigają się w pomysłach, aby przyciągnąć człowieka z ulicy i włączyć go w coś ważnego, wielkiego, ukulturalniającego. Instytucje kultury stają się obiektami konkurującymi z wielkimi kompleksami galeryjnymi, przez które przebiegają w niewyobrażalnym tempie tabuny dwunożnych osobników próbujących poprawić sobie nastrój lub spróbować intelektualnej rozrywki dla oka. Nie będę wnikał w sens i rolę tych skądinąd ważnych instytucji. Pomijając konteksty zewnętrzne o wiele bardziej intryguje mnie amplituda ludzkiej wrażliwości na piękno. Współcześnie wielu „estetów” jest silnie przeświadczonych, że jak przeczytało zalegającą księgarniane półki książkę O sztuce Gombricha, to zdaje się że można powiedzieć wiele, a nawet odrobinę za dużo- dyletanci. Sztuka na wyciągniecie ręki- lekkostrawna i najlepiej opatrzona lapidarnym wyjaśnieniem. Wystarczy wejść w Internet i otwierają się przed nami muzealne skarbnice sztuki; wirtualny spacerek po najpiękniejszych „salonach” najcenniejszych artefaktów. Człowiek styka się ze sztuką „wielką” lub „przeciętną” właściwie codziennie i zdaje się namacalnie. Jakie ona powoduje w nas emocje. Czy pozostawia jakiś istotny ślad ? Nie myślę tu o wernisażowych bankietach na których pokazują się stali bywalcy- już odrobinę znudzeni- choć mający możliwość napicia się odrobiny wina i przeprowadzenia tych samych wynurzeń o sztuce, która ratuje ich przed nudą, przeciętnością i chandrą monotonnie upływającego czasu. Dla innych to biznesowe spotkania, kurtuazyjne wymiany grzecznościowych gestów i ewentualny przegląd świeżych modowych newsów, okraszony lekkostrawną konsumpcją ukrytego pod płaszczem materii piękna. „Bez wątpienia jedna z przyczyn, dla których wielu ludzi nie ma właściwego poglądu na piękno, jest brak subtelnej wyobraźni koniecznej do odczuwania bardziej wyrafinowanych wzruszeń. Wszyscy roszczą sobie pretensję do tej subtelności, wszyscy o niej mówią i chętnie widzieliby w niej sprawdzian wszelkich gustów i poglądów” (D. Hume). Czy sztuka potrafi kształtować naszą wyobraźnię, wrażliwość na piękno- uszlachetniać człowieczeństwo ? Mówiąc anachronicznie i mało nowocześnie: Czyż nie taką role miała pełnić ? Już amerykański historyk sztuki W.J.T. Mitchell, próbuje nas zatrzymać prowokacyjnie pytając: Czego chcą od nas obrazy ? „Obrazy nie tylko żyją, ale też mają własne pragnienia i intencje, które musimy wziąć pod uwagę.” Sztuka poszerza horyzonty naszej wyobraźni i wrażliwości na piękno. „To wyobraźnia nadaje oblicze naszym pragnieniom, aspiracjom i potrzebom, jak również naszym niepokojom i lękom- pisał E. Morin- Ona wyzwala nie tylko nasze marzenia o zdobyciu powodzenia i szczęścia, ale i mieszkające w naszym wnętrzu potwory, które naruszają zakazy prawa, niosą zniszczenie, szaleństwo i grozę. Rysuje przed nami nie tylko to, co możliwe i dające się zrealizować, ale stwarza światy niemożliwe i fantastyczne.” Chrześcijanie w swojej religijnej wrażliwości doskonale zdawali sobie sprawę jak ważna jest sztuka i jak bardzo kształtuje świat ludzkiej wyobraźni i potencjalnych postaw moralnych. Już święty Bonawentura średniowieczny intelektualista mówił: „co widzimy, bardziej pobudza emocje niż to, co słyszymy,” a O. Clement przekonywał: „Człowiek pragnie piękna najgłębszym z okruchów swojej natury, ponieważ nosi w sobie, ukryty poetycki logos. Człowiek wezwany jest do stania się rzeczywiście pięknym, oddając coraz wierniej obraz Boga, który go powołuje, utwierdza, wzywa, a najbardziej osobiste powołanie człowieka zmierza w tym momencie od obrazu do podobieństwa będące uczestnictwem.” Obrazy mają ogromną siłę perswazji- doskonale ten problem naświetlił D. Freedberg w klasycznym już dziele „Potęga wizerunków.” Będą ekspresyjną, sztuka może wyrażać różne treści. Będąc wolną, może wynieść człowieka o wiele wyżej, niż stan płytkiego wizualnego zadowolenia- dotknąć sacrum. Przestrogą wydają się wczorajsze, choć tak niezwykle aktualne intuicje Mikołaja Bierdiajewa: „Dziś stajemy się świadkami barbaryzacji świata europejskiego. Po wyrafinowanej dekadencji, cechującej apogeum kultury europejskiej, następuje inwazja barbarzyństwa...” Postuluję o wrażliwość w percepcji i otwartość na sztukę wielką, zdolną wewnętrznie przeobrazić człowieka.

piątek, 12 stycznia 2018


Mk 2, 1-12

I przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili nosze, na których leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: «Dziecko, odpuszczone są twoje grzechy». A siedziało tam kilku uczonych w Piśmie, którzy myśleli w sercach swoich: «Czemu On tak mówi? On bluźni. Któż może odpuszczać grzechy, prócz jednego Boga?» Jezus poznał zaraz w swym duchu, że tak myślą, i rzekł do nich: «Czemu myśli te nurtują w waszych sercach? Cóż jest łatwiej: powiedzieć paralitykowi: Odpuszczone są twoje grzechy, czy też powiedzieć: Wstań, weź swoje nosze i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje nosze i idź do swego domu!»

Nie musimy sobie zbyt mocno wyobrażać tej sytuacji. Wystarczy udać się do izb szpitalnych, odwiedzić hospicjum, zapukać do sąsiadów w jesieni wieku, aby przekonać się czym jest cierpienie, samotność, bezradność i zależność od innych. Nie wiem, co czuł paralityk kiedy czterech panów o podwyższonym stopniu wrażliwości próbowało przenieść go ponad głowami kłębiącego się tłumu. Ryzykowali niezrozumieniem, może śmiesznością, a na pewno cierpkimi słowami tych którzy stali na końcu kolejki po promyk nadziei. Wepchali się krzepko. Postanowili zaryzykować i przy okazji naruszyć poszycie dachu jednego z anonimowych domów goszczących Chrystusa. Paralityk miał szczęście; to była najkrótsza droga po cud. „Człowiek musi być samotnym (bezradnym i chorym), aby móc dostrzec, że tak naprawdę nigdy nie był sam” (V. Frankl). Czy w dzisiejszej rzeczywistości znaleźliby się ludzie równie wrażliwi i na tyle dyspozycyjni, aby chcieć zdobyć się na tak spontaniczny gest miłosierdzia ? „Jak wierzyć, skoro wokół tylu egoistów- pytał ks. M. Maliński- Jak ufać, skoro wokół tylu zrezygnowanych ? Jak kochać, skoro wokół tylu niemiłosiernych ?” Ten pytajnik można mnoży jeszcze i jeszcze... Pomimo ludzkiej rezerwy wobec cierpienia drugiego, nie znika nigdy z horyzontu duszy nadzieja. Choroba, cierpienie, pustka, bezradność, paraliż- może być jedynie przygotowaniem do doświadczenia cudu. Czasami dopiero po jakimś czasie okazuje się, że to co wydawało się ludzką gehenną – stało się błogosławionym momentem doświadczenia miłości. „On bierze na siebie ludzkie niemoce i boleści” (Iz 53,4). Imię Jezus- Jeszua- znaczy tyle, co „Jahwe zbawia.” Zbawienie zatem oznacza nie tylko wybawienie, ale nade wszystko uzdrowienie. „Cud jest cudem jedynie w oczach tych, którzy są gotowi uznać działanie Boga w najzwyklejszych zdarzeniach” (M. Blondel). Chrystus leczy ciało, ale tak naprawdę najważniejsze jest wnętrze- dusza obmyta z brudu grzechu. Orygenes napisze o Chrystusie Odkupicielu i Lekarzu: „Swoją śmiercią oczyszcza nas wszystkich, śmiercią, która została nam dana jako lekarstwo.” W śmierci i triumfie Chrystusowego zmartwychwstania został unicestwiony grzech, cierpienie i śmierć. W zwycięskim Boguczłowieku człowiek odnajduje zdrowie i „żyje dla Boga.” Dach domu zostaje uchylony, a lekarstwo miłości zostało rozlane dla każdego człowieka.

środa, 10 stycznia 2018


1 Sm 3, 1-10. 19-20

Wtedy Pan zawołał Samuela, a ten odpowiedział: «Oto jestem». Potem pobiegł do Helego, mówiąc mu: «Oto jestem, przecież mnie wołałeś»... Samuel bowiem jeszcze nie znał Pana, a słowo Pańskie nie było mu jeszcze objawione. I znów Pan powtórzył po raz trzeci swe wołanie: «Samuelu!» Wstał więc i poszedł do Helego, mówiąc: «Oto jestem, przecież mnie wołałeś». Heli zrozumiał, że to Pan woła chłopca. Rzekł więc Heli do Samuela: «Idź spać! Gdyby jednak ktoś cię wołał, odpowiedz: Mów, Panie, bo sługa Twój słucha». Odszedł Samuel, położył się spać na swoim miejscu. Przybył Pan i stanąwszy, zawołał jak poprzednim razem: «Samuelu, Samuelu!» Samuel odpowiedział: «Mów, bo sługa Twój słucha».

Za nim otworzysz usta posłuchaj ! Fides ex auditu, mówi św. Paweł (Rz 10,17). Bóg potrzebuje naszych uszu, wewnętrznej dyspozycji do uchwycenia słowa. Historia rozpoczyna się od słowa- tworzywa- wychodzącego z ust Stwórcy. W Księdze Rodzaju Pan przemawia po raz pierwszy do człowieka, oddając mu do dyspozycji wszystkie dobra ziemskiego raju. Człowiek usłyszał słowo i mało nie oszalał z radości ! Nie był sam, lecz został zaproszony do wspólnoty osób- twórczego dialogu, przyjaźni, współodpowiedzialności za kształt wydobywanego piękna z materii tkanej rękami największego Artysty. Losy starotestamentalnego Izraela były silnie naznaczone nakazem wsłuchiwania się w głos Boga. „Szema Israel, Sluchaj, Izraelu !” (Pwt 6,4). To nie tylko nakaz do bycia w dyspozycji, ale pragnienie które wyraża w modlitewnym zachwycie człowiek wiary. Bóg przez wieki historii posługuje się słowem aby dotrzeć do człowieka. Językiem uniwersalnym, przekonującym, barwnym, stwarzającym i przeobrażającym. „Ten język będzie mówił z duszy do duszy, skupiając w sobie wszystko, zapachy, dźwięki, kolory...” (Rimbaud). Tu chodzi o Słowo. O to Słowo, które św. Augustyn nazwał „sakramentem słuchu.” Jest to Słowo które wpada przez uszy i zaczyna kiełkować w głębinach człowieczego serca. Z tego wnętrza- „świątyni” wydobywa się dalej przez wirowanie ust, stając się proklamacją najradośniejszej wieści. „Słowo Boże niech nie schodzi z twoich ust we dnie i w nocy”- zalecał św. Atanazy. Kościół w Eucharystii każdego dnia próbuje nadstawiać uszu i słuchać słów Pana. „Nie chcę pozwolić na to, aby upłynąć choć jeden dzień- przekonywał św. Jan Chryzostom- bez pożywienia was Skarbem Świętych Pism.” O ile Ojcowie Kościoła i święci żyli Słowem Boga, karmili się nic, pokrzepiali w drodze, o tyle człowiek dzisiejszy powinien zatrzymać się w drodze i słuchać. „Biblia to Chrystus, gdyż każde jej słowo prowadzi nas ku Temu, który je wypowiedział i uobecnia Go nam” (P. Evdokimov). Uobecnia- to znaczy odkrywamy radość Jego obecności. Słowo „dane” czyni wówczas z naszego człowieczeństwa Oblubienicę Baranka. „Dziś” w nas „spełnia się” Ten, którego słuchamy.

wtorek, 9 stycznia 2018


On ma wzrastać, a ja stać się małym ( J 3,30). Każdego roku dane jest mi przeżywać święta Narodzenia Pańskiego podwójnie. W mojej rodzinie kalendarz jest tak bardzo ekumeniczny, że znajdują się w nim podwójne obchody ważnych uroczystości; od gregoriańskiego świętowania cudu inkarnacji Boga, po zachwyt i radość juliańskiej Epifanii. Wszystko jest przeniknięte atmosferą radości i dziecięcej prostoty serca. Parafrazując Mistrza Eckharta, osiąga się radość w wierze „przez niewiedzę doprowadzającą ostatecznie do Królestwa kochanków Boga.” W tym czasie modląc się nie odrywam wzroku od ikony Narodzenia Chrystusa. Ta barwna teologia towarzyszy mi przez rozciągnięte w czasie świąteczne dni; stanowi przedmiot moich rozważań- wewnętrznych przemyśleń, wzruszeń i adekwatnego do nich aktu szczerej wiary. Miał rację Bierdiajew: „Istnieje jednak Tajemnica, przed którą zatrzymujemy się właśnie z powodu głębi poznania. Poznanie tajemnicy jest pogłębieniem autentycznej tajemnicy. Bóg jest Tajemnicą i poznanie Boga jest oswojeniem się z tajemnicą, która staje się przez to jeszcze bardziej tajemnicza.” Wcielenie jest taką tajemnicą w nadmiarze i nie sposób o niej nie pisać bez poczucia małości i adekwatności słów. Jezus w całej pełni objawia tajemnicę Boga żywego. Wspaniale to ujmuje św. Ignacy z Antiochii: „Bóg jest jeden i objawił się nam przez Jezusa Chrystusa, swojego Syna. On to jest Jego Słowem wychodzącym z milczenia.” Cudowne obdarowanie które bez reszty przeobraża życie ludzkie !  „Jakże człowiek przyszedłby do Boga, gdyby Bóg nie przyszedł człowieka ? Jakby człowiek wyzwolił się ze zrodzenia śmierci, gdyby nie przeżył w wierze nowych narodzin, szczodrze danych jemu przez Boga i możliwych dzięki Temu, który narodził się z Dziewicy”(św. Ireneusz z Lyonu). Przykro słuchać, gdy ktoś skarży się, że nie jest kochany. Stąd nasze życie jest nieustannym świętem- „Świętem Światła”- schodzącego tak delikatnie, że tylko człowiek o duszy dziecka potrafi wychwycić ten moment i się w nim rozsmakować. Każdego dnia jest święto bliskości Boga- filantropii i obdarowywania miłością. Święta, które przeżyliśmy być może uświadomiły nam jedną ważną sprawę- w ekonomii miłości Bożej posiadamy tylko tyle, ile dajemy. Merton pisał: „Miłość jest życiem i bogactwem Jego Królestwa.” Obrót rzeczy- wirujące święto zachwytu i obdarowania !

niedziela, 7 stycznia 2018


Mk 1, 9-11

W owym czasie przyszedł Jezus z Nazaretu w Galilei i przyjął od Jana chrzest w Jordanie. W chwili gdy wychodził z wody, ujrzał rozwierające się niebo i ducha jak gołębicę zstępującego na Niego. A z nieba odezwał się głos: «Ty jesteś moim Synem umiłowanym, w Tobie mam upodobanie».

Człowiek duchowy rodzi się z materii wody, tak jak fizycznie wychodzi z łona matki opuszczając najbardziej przyjazny dla niego akwen wodny. Element akwatyczny stanowi zatem fundament ludzkiego życia. Ten życiowy element obrał również Chrystus kiedy wszedł w wody Jordanu i pozwolił się ochrzcić z rąk Jana Chrzciciela. Tym samym nadał płynnej materii moc uświęcenia. Dobrze to oddają słowa Tertuliana: „Woda płynąca z kolebki pierwszego stworzenia jest jednak wytworem ziemi, podczas gdy woda nowego narodzenia stanowi owoc Ducha Świętego.” Chrzest jest najbardziej wyraźnym znakiem Paschy Chrystusa. „On sam przyjął chrzest w wodzie; kiedy został zaproszony na wesele, rozpoczął prezentację swej siły poprzez wodę; kiedy głosił kazania, zaprasza spragnionych do uczestniczenia w jego wiecznej wodzie; wzmacnia swą siłę przy studni; chodzi po wodzie… Świadectwo chrztu kontynuowane jest aż do dnia Pasji. Kiedy zostanie skazany na ukrzyżowanie, znów pojawi się woda; a kiedy jego bok zostanie przebity, z rany wypływa woda.” Chrześcijanin rodzi się w tej materii. Wydarzenie chrztu w życiu każdego człowieka wierzącego jest wydarzeniem zbawczym w którym dynamiczna obecność Chrystusa i Ducha Świętego współtworzą nowego człowieka. „Właśnie w tej percepcji wody jako życia, śmierci i jako narodzenia na nowo tkwi jej sens w sakramencie chrztu- pisał A. Schmemann- Stojąc wokół chrzcielnicy, uczestnicząc w pobłogosławieniu wody, stajemy się świadkami nowego aktu jej przygotowania do nowego życia, do nowego stworzenia.” Katechumen wchodzi do basenu chrzcielnego jak do „płynnego grobu”- następuje antycypacja Paschy wraz z Chrystusem. Święty Jan Chryzostom w swojej katechezie mówi wyraźnie: „Czynność zejścia w wodę, a następnie wynurzenia się z niej symbolizuje zstąpienie do piekieł i wyjście stamtąd.” Chrzest zatem jest odrodzeniem, narodzinami i zmartwychwstaniem- partycypacją w wieczności Boga. Niezwykle ujmujące są wczesnochrześcijańskie opisy praktyki udzielania tego sakramentu. Katechumeni podchodzili do sadzawki chrzcielnej, która mogła mieć od dwóch do trzech metrów długości, metr do dwóch szerokości i około metra głębokości. Do dzisiaj zachowały się baptysteria w kształcie greckiego krzyża, gdzie po bokach były schody prowadzące do wody, a w wielu miejscach przestrzeń oddzielały kotary. Katechumeni wchodzili do basenu nago i zanurzali się w wodzie, podczas gdy biskup wypowiadał donośnie imię każdej osoby i recytował formułę chrzcielną: „Chrzczę cię w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego.” Po czym ochrzczeni- christianitas- już należący do Chrystusa wychodzili z wody i byli namaszczani olejkiem i ubierani w białe szaty. Pięknie referuje dla nas sens duchowy tego rytu św. Grzegorz z Nyssy. Mówi o człowieku przed chrztem- przyodzianym niczym rajski i grzeszny Adam w tunikę ze skóry oraz zeschłych liści. Po chrzcie zmienia się wygląd człowieka, bowiem przyoblekł się w światłość, nieśmiertelność i niezniszczalność. „Czymś wielkim jest Chrzest- powie św. Cyryl Jerozolimski do katechumenów- jest okupem dla jeńców, odpuszczeniem grzechów, śmiercią winy, odrodzeniem duszy, świetlaną szatą, świętą i nienaruszalną pieczęcią, powozem do nieba, rozkoszą raju, prawem obywatelstwa w królestwie, darem dziecięctwa”. Kościół w swoim łonie rodzi „nowe ryby” i  daje nieustannie to, czym sam żyje- życiem z Boga !