poniedziałek, 16 stycznia 2017


Pojednanie- miłość Chrystusa przynagla nas (por. 2 Kor 5,14-20)

Rozpoczął się Tydzień Modlitwy o Jedność Chrześcijan. Kościoły i wspólnoty prężą duchowe muskuły i próbują na zewnątrz wypaść jak najlepiej. Od dłuższego czasu wyrażam wiele osobistych wątpliwości względem tej mniej lub bardziej udanej inicjatywy. Towarzyszy mi głębokie przekonanie, że jest w tym więcej sztucznej kurtuazji, niż rzeczywistego zbliżenia chrześcijan. Ekumeniczna wrażliwość zalega mnóstwo mniej lub bardziej dobrych publikacji naukowych oraz broszurek sztucznie akcentujących „chrześcijańskie kompromisy”. Jak tu się porozumieć, skoro każdy ciągnie wózek w swoją stronę i co najbardziej smutne definiuje ekumenizm po swojemu- dbając o własne interesy i broniąc kurczowo swojej tożsamości. Doświadczenie podziału zdaje się być bardziej intensywne, niż zdrowe i pełne pokory urzeczywistnianie jedności.  Dlaczego trzeba dążyć do jedności ? To podchwytliwe pytanie rewiduje chrześcijański stosunek do inności. Pomimo rozlicznych modlitw żarliwie zanoszonych do Boga o jedność, istnieje jakiś syndrom ekumenicznej ambiwalencji. Każdy Kościół posiada swój własny limes i wszystko jest poprawnie do momentu, kiedy jakiś „chrześcijański intruz” nie postawi nogi na naszym terytorium. Czy miłość Chrystusa potrafi przynaglić wszystkich tak mocno, że będziemy gotowi usunąć „słupy graniczne” i zaprosić tych drugich do naszej inności poszukiwania Boga ? To takie trudne i wymagające odwagi, a nade wszystko wiary- aby spróbować być razem, trzeba nade wszystko uchylić drzwi kościołów i rozszczelnić ludzkie serca. „Proces rozpoznawania jednego Kościoła w podzielonym chrześcijaństwie- pisał ks. Hryniewicz- oraz przywracania pełnej wspólnoty kościelnej wymaga niezwykłej szczerości i bezinteresowności, gotowości do krytycznej oceny własnych braków i niedostatków, otwarcia na duchowe bogactwo doświadczenia chrześcijańskiego w innych kościołach, cierpliwego dialogu i wzajemnego nawrócenia ku sobie”. Chyba to ostatnie stwierdzenie- „nawrócenie ku sobie”, może stać zwornikiem i mozolnym odwracaniem zaistniałego podziału. Jesteśmy trudnymi uczniami Chrystusa- często zakleszczonymi w sobie, krótkowzrocznymi- apatycznymi w rozdawnictwie miłości. Trudno jest uświadomić sobie prawdę, iż Kościół jest duchowy, a nade wszystko ludzki złożony z ludzi zrodzonych z Boga. Jak pisał Sebastian Franck: „Jest to wspólnota, w którą wierzymy i którą oglądamy jedynie duchowymi oczami serca i człowieka wewnętrznego”. Miał rację ezoteryczny filozof Jakub Boehme, kiedy porównywał chrześcijan różnej tradycji i denominacji do ukwieconej łąki. Chrześcijanie są niczym kwiaty w ogrodzie, każdy jest inny w swojej intensywności i pięknie, ale w całości tworzą piękny ukwiecony kobierzec. „Kwiaty wszelkiego rodzaju rosną i sąsiadują ze sobą na ziemi. Nie sprzeczają się z sobą z przyczyny barw, zapachy, smaku. Pozwalają, aby ziemia i słońce, deszcz i wiatr gorąco i zimno oddziaływały na nie, jak chcą. I każdy kwiat wzrasta według swojej istoty i właściwych sobie przymiotów. Tak jest również z dziećmi Boga”. Może każdy chrześcijanin w tym trudnym przywracaniu jedności powinien odczuć w sobie piękno, ponieważ kiedy tak zrobi odsłoni się ku Bogu i stojącemu obok niemu bratu. Ekumenizm- ziemia ciągle nawożona; ogród kiełkujących kwiatów !

niedziela, 15 stycznia 2017


J 1,29-34

Nazajutrz zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa, i rzekł: „Oto Baranek Boże, który gładzi grzechy świata”.

Święty Jan Chrzciciel to najbardziej transparentna i odważna postać Nowego Testamentu. Jego świadectwo, działanie i postawa- z naszego punktu widzenia była naznaczona ryzykiem a nawet szaleństwem. On sam jest bezkompromisowy, maksymalnie autentyczny… Nie waha się wyciągnąć ręki w kierunku Jezusa, choć doskonale zdaje sobie sprawę że przy Nim jest tylko piaskiem pustyni. W postawie Proroka streszcza się mądrość- tak bardzo inspirująca, że Ojcowie Pustyni będą z niej czerpać pełnymi garściami. „Bracie, kto chce zbawić się i pragnie stać się dzieckiem Bożym, powinien zdobyć wielką pokorę, uległość, posłuszeństwo i panowanie nad językiem”. Dla wielu ludzi szukających drogi prawdy jest znakiem. Jego wielkość mierzy się zdumiewającą pokorą; w jednej chwili potrafi zamilknąć i usunąć się w cień. Jego popularność była tak wielka w historii chrześcijaństwa, że nie szczędzono mu traktatów teologicznych, dedykacji, czy liturgicznych antyfon. Bizantyjskie kościoły i gotyckie katedry ukazywały Proroka w geście wskazującym- wyrażając wstawiennictwo i bezgraniczne zatopienie się w Tym kogo ufnie kontemplował. Wiara we wstawiennictwo Jana Chrzciciela wyrażana była przez pobożnych donatorów okazałych świątyń czy kościelnych precjozów. Dowodzą tego rozliczne inskrypcje okolicznościowe, choćby jak ta zapisana przez Alkuina w IX wieku mająca na wieczność utrwalić okoliczność ufundowania pięknego ołtarza: „Ten ołtarz dzierży św. Jan Chrzciciel, zwiastun Chrystusa- Boga, wielki w świecie, który jako jedyny wskazał palcem nadchodzącego Chrystusa; ten pragnę, niech nasze prośby wesprze swoimi”.  Jan jest również naszym nauczycielem wiary; Jego katecheza pustyni rozbrzmiewa nieustannie z nową mocą, zagarniając i rewidując serca wierzących. Przez całe wieki jego profetyczną funkcją było obwieszczanie misterium Wcielenia- obecności Zbawiciela pośród swego ludu. „Słowa: Oto Baranek Boży są nie tylko wskazaniem, ale też wyrażeniem podziwu dla wszechmocy Chrystusa… Uczniowie, którym dawał świadectwo, już z samych słów Jana byli dostatecznie pouczeni o Chrystusie, oraz że w tym był ukryty cały zamysł Jana, który zmierzał całkowicie ku Temu, aby ich doprowadzić do Chrystusa. Nie powiedział: Idźcie do Niego, by nie wydawało się, że uczniowie robią łaskę Chrystusowi, jeśli za Nim pójdą; lecz zaleca łaskę Chrystusa, aby oni poczytali sobie za dobrodziejstwo to, że pójdą za Chrystusem”- pisał św. Tomasz z Akwinu. To katecheza również dla nas, aby nie zrezygnować w poszukiwaniu i przybliżaniu się do Boga. „Nikt nie może przyjść do Mnie- mówił Chrystus- jeśli kogo nie pociągnie Ojciec, który Mnie posłał… Każdy, kto od Ojca usłyszał i nauczył się, przyjdzie do Mnie”.

sobota, 14 stycznia 2017


Vocazione di San MatteoMk 2, 13-17

Jezus wyszedł znowu nad jezioro. Cały lud przychodził do Niego, a On go nauczał. A przechodząc, ujrzał Lewiego, syna Alfeusza, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!» Ten wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w jego domu przy stole, wielu celników i grzeszników siedziało razem z Jezusem i Jego uczniami. Wielu bowiem było tych, którzy szli za Nim. Niektórzy uczeni w Piśmie, spośród faryzeuszów, widząc, że je z grzesznikami i celnikami, mówili do Jego uczniów: «Czemu On je i pije z celnikami i grzesznikami?» Jezus, usłyszawszy to, rzekł do nich: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników».

W powołującym Chrystusie odkrywamy poczucie spokoju połączone z  natychmiastowością działania. Te dwie przeplatające się cechy mogą wydawać się wzajemnie przeciwstawne, ale tylko Bóg potrafi działać w tak nieprawdopodobny sposób, posiadając umiejętność aby je scalić. Trudno jest pisać o powołaniu, choć nawet to opisane w Ewangeliach jest przeniknięte tajemnicą duszy każdego z tych na których się zatrzymało spojrzenie Chrystusa. Kiedy młodzi mężczyźni pytają mnie w jaki sposób rozpoznać drogę osobistego powołania, to zawsze ich odsyłam do wnętrza serca- tam dokonuje się pochwycenie, zauważenie, wybranie, dialog duszy- a nade wszystko zakochanie pełne mistycznego szaleństwa. Nie ma ludzi gotowych- w pełni uformowanych do kapłaństwa; są tylko słabi, wątli niczym kwiat na wietrze ludzie. Silnymi ich czyni dopiero Bóg. Tak naprawdę tylko pokora jest jakimś wyznacznikiem tego, czy ktoś wyruszy w drogę za Panem. Zawsze boję się przemądrzałych z urodzenia księży. Czasami trzeba głęboko pochylić swoje życie- jak drzewo ustępujące pod naporem gwałtownego wiatru. Tak jak to malarsko opowiedział Guido Cagnacci utrwalając pędzlem scenę powołania Mateusza. Chrystus na obrazie stoi przed swoim uczniem boso- przybliżył się całkowicie, skracając dystans, aby uwiarygodnić dar miłości. Stoi dostojnie, jego prawa dłoń nie tylko wskazuje ale przywołuje skojarzenie z najbardziej tajemniczym momentem jakim są święcenia kapłańskie. Lewi- Mateusz odpowiada na powołanie, pochylając się przed Jezusem. Szaty wskazują, że był to człowiek bogaty. W tej scenerii ogromną role odgrywają małe niuanse; na ziemi możemy dostrzec rozrzucone monety- być może jest to aluzja do pełnej nieuczciwości i wyzysku pracy poborcy podatkowego. Wyrzekłszy się ich, wyrzeka się nieuczciwego życia i niewłaściwej miłości do dóbr tego świata. Od tego radykalnego przeobrażenia serca rozpoczyna się pełna entuzjazmu przygoda wiary. Mateusz stanie się jednym z dźwigarów Kościoła- znak, iż dla Boga nie ma rzeczy niewykonalnych. Tajemnica kapłaństwa zrodziła się ze spojrzenia Jezusa- tam na jeziorem Galilejskim, jak również komorze celnej, szynku, czy ulicy w samym centrum grzesznego świata. Pan potrzebował uczniów- kapłanów, świadków i prowodyrów zamieszania które nieprzerwanie trwa. Jego wybory są intrygujące, dla wielu nie zrozumiałe, a nawet czasami gorszące. Jak pisał św. Mikołaj Welimirowić: „Moc jest więc w łasce Bożej, która umacnia człowieka, uświęca go… Kapłan jest więc naczyniem tej niewyrażalnej, niesamowitej i wszystko wypełniającej mocy łaski.”

piątek, 13 stycznia 2017


Mk 2, 1-12

Gdy po pewnym czasie Jezus wrócił do Kafarnaum, posłyszano, że jest w domu. Zebrało się zatem tylu ludzi, że nawet przed drzwiami nie było miejsca, a On głosił im naukę. I przyszli do Niego z paralitykiem, którego niosło czterech. Nie mogąc z powodu tłumu przynieść go do Niego, odkryli dach nad miejscem, gdzie Jezus się znajdował, i przez otwór spuścili nosze, na których leżał paralityk. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: «Dziecko, odpuszczone są twoje grzechy»… Wstań, weź swoje nosze i chodź? Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje nosze i idź do swego domu!» On wstał, wziął zaraz swoje nosze i wyszedł na oczach wszystkich…

Fragmenty Ewangelii które każdego dnia czytamy obfitują w opisach uzdrowień i cudownych interwencji Chrystusa. Słowo odsłania nam Pana jako lekarza chorych- cierpliwego i współczującego ludzkim dramatom. „Zdrowi nie potrzebują lekarza, tylko chorzy…”, w tych słowach zostaje jasno określony cel obecności Nauczyciela z Nazaretu. Tak nakreślone zadanie uświadamia nam prawdę o tym, że posłany przez Ojca Syn przyszedł po to, aby natura ludzka odzyskała swoje pierwotne zdrowie. Ta terapeutyczna interwencja Boga dokonuje się w dwóch wymiarach: ciała i ducha. Paralityk wstaje z mar i zaczyna chodzić, jak również zostają mu odpuszczone wszystkie grzechy. „Ludzkości potrzebny był, jak mówi święty Jan Klimak, lekarz i chirurg, którego zdolność była odpowiednia do powagi jej chorób i ran”. Musimy mieć świadomość że istnieją takie choroby na które nie ma lekarstwa i przy których pozostaje jedynie nadzieja na cud. Święty Makary Wielki doskonale oddaje istotę sprawy: „Nieuleczalną ranę, którą zostaliśmy dotknięci tylko Pan mógł uzdrowić. Dlatego przyszedł osobiście, albowiem żaden ze starożytnych- ani Prawo, ani prorocy, nie byli wstanie temu zaradzić. On jeden przychodząc, uzdrowił tę nieuleczalną ranę duszy.” Bóg przyszedł  i z miłością pochylił się nad człowiekiem. Doskonale te kwestie rozumieli pierwsi pisarze chrześcijańscy upatrując człowiecze cierpienie w bólu prarodzica Adama, utracie edenicznej szczęśliwości- cierpieniu w które po grzechu wszedł zagubiony człowiek. W kazaniu na święto Chrztu Pańskiego, kiedy Kościół akcentuje Wcielenie i Teofanię Trójcy w życiu ludzi, Grzegorz z Nazjanzu głosił: „świętujemy nasze uzdrowienie z choroby”, dodając dalej, iż „ujrzymy w tym świecie dzieła uzdrowienia”. Te rozliczne akty Boga naprawiające i usuwające skazę ludzkiej natury, podnoszące duszę ponad ludzkie dlaczego, świadczą o cudownej miłości do kruchego stworzenia. Bóg nieustannie artykułuje miłość. Jak w tej żydowskiej opowieści w której człowiek posiadając dwie kieszenie z jednej wyjmuje najpiękniejszą wieść: „Z powodu ciebie świat został stworzony”. Ile trzeba jeszcze usunąć dachów, czy dostrzec porzuconych łóżek, aby przekonać się że jesteśmy istotami przez Niego kochanymi do szaleństwa ? Nawet tam gdzie człowiek doświadcza rozpaczy, choroby i śmierci; gdzie zacierają się kontury wiary, a rozum podsuwa chęć rezygnacji- to On miłosierny Lekarz pragnie ofiarować opiekę każdemu z osobna, ofiarując dar zbawienia.

czwartek, 12 stycznia 2017


Znalezione obrazy dla zapytania miniatur holy spiritHbr 3, 7-14

Bracia: Postępujcie, jak mówi Duch Święty: «Dziś, jeśli głos Jego usłyszycie, nie zatwardzajcie serc waszych jak podczas buntu, w dzień kuszenia na pustyni, gdzie kusili Mnie ojcowie wasi, wystawiając na próbę, chociaż widzieli dzieła moje przez lat czterdzieści. Rozgniewałem się przeto na to pokolenie i powiedziałem: Zawsze błądzą w sercu. Oni zaś nie poznali dróg moich, toteż przysiągłem w swym gniewie: Nie wejdą do mego odpoczynku». Baczcie, bracia, aby nie było w kimś z was przewrotnego serca niewiary, której skutkiem jest odstąpienie od Boga żywego, lecz zachęcajcie się wzajemnie każdego dnia, póki trwa to, co zwie się «dziś», aby ktoś z was nie uległ zatwardziałości przez oszustwo grzechu. Jesteśmy bowiem współuczestnikami Chrystusa, jeśli pierwotną nadzieję do końca zachowamy silną.

Po wielu latach zagłębiania się w chrześcijaństwo dostrzegam nade wszystko jego walory pentakostalne, charyzmatyczne- mistyka głębi która urzeczywistnia się przez działanie Ducha Świętego. Wielu ludzi jest fałszywie przekonanych, iż chrześcijaństwo jest nazbyt moralizatorskie, osadzone na przepisach moralnych i instrukcjach próbujących „urobić” dobrego człowieka. Tak naprawdę pierwszym impulsem który przechodzi przez wnętrze Kościoła jest tchnienie Ducha Świętego- Przewodnika, Pocieszyciela, Miłości urzeczywistniającej nieustanną świeżość działania Trójcy Świętej. Wszystko co się dzieje w środku Kościoła: liturgia, sakramenty, międzyludzkie relacje- w tym wszystkim pośredniczy Ruah. Jeżeli mówimy, że „Kościół jest pełen Trójcy”, to żarem który rozgrzewa go od środka jest Ogień. Duch rozkrusza najtwardsze człowiecze serca, burzy ludzkie mury wrogości, przyprowadza do zdroju łaski. Święty Serafin z Sarowa wielokrotnie przeze ze mnie przywoływany mówił o celu chrześcijańskiego życia: „ Modlitwa, post, czuwanie i wszelkie inne uczynki chrześcijańskie, chociaż są dobre same w sobie, jednak nie stanowią celu życia chrześcijańskiego, jakkolwiek są środkami do osiągnięcia tego celu. Prawdziwy natomiast cel życia chrześcijańskiego polega na osiągnięciu Ducha Świętego”. W tym otwarciu człowieka tkwi istota chrześcijańskiego życia- uczłowieczenia, uświęcenia i przebóstwienia. „Cóż może być wspanialszego od posiadania Ducha Świętego”- mówił jeden z Ojców pustyni. Nasze uduchowienie rozpoczyna się już w momencie Chrztu Świętego. Przez sakrament następuje wejście do Kościoła, włączenie w Chrystusa , odrodzenie w źródle. Człowieczy trud który zostaje zaspokojony przy studni życia. „Przez chrzest- pisał św. Grzegorz Palamas- wierzący staje się  synem światłości, jednym ciałem z Chrystusem, uczestnikiem Ducha Bożego. Przez chrzest bowiem dostępujemy odrodzenia i stajemy się dziećmi Bożymi, istotami niebieskimi bardziej niż ziemskimi, bardziej wiecznymi niż doczesnymi, gdyż Bóg wprowadza mistycznie do naszych serc łaskę niebiańską i wyciska pieczęć usynowienia przez namaszczenie świętym olejem i naznacza nas Duchem Świętym na dzień odkupienia, jeśli na pewno zachowamy aż do końca to wyznanie wiary i dopełnimy je czynami”.   

środa, 11 stycznia 2017


Mk 1, 29-39

Po wyjściu z synagogi Jezus przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On podszedł i podniósł ją, ująwszy za rękę, a opuściła ją gorączka. I usługiwała im. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto zebrało się u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ Go znały.

Poruszające są cuda Jezusa, nie tylko czyniąc ewangeliczną fabułę ciekawą i pełną ekspresji, ale nade wszystko wskazują na wrażliwość Boga. Wielokrotnie o tym pisałem, ale uzdrawiające działanie Chrystusa jest liturgią- którą odbiera się wnętrzem, a nade wszystko zmysłami. „Jest wiele cudów, kiedy Pan nie ogranicza się jedynie do słowa, ale dokonuje szczególnych działań, które stanowią jakby sposób dokonywania cudu” (S. Bułgakow). Jezus nie tylko rozumie cierpienie teściowej Piotra, czy dręczenie tłoczących się wokół Niego opętanych. Posługuje się językiem miłosierdzia tworzącym swoisty dyptyk sytuacyjny: dostrzegł i przez dotyk przyniósł ulgę w cierpieniu. Dotyk wyrażając pragnienie, staje się metaforą spotkania z Bogiem: „Pragnę Cię kochać i kocham to, że pragnę Ciebie- pisał Wilhelm z Saint Thierry- I w ten sposób biegnę,  pochwycić Tego, który mnie pochwycił”. Dla wielu mistyków doświadczenie bycia zauważonym przez Boga i dotknięcie- zmysłowo odczuwalne, było często interpretowane jako poznanie i znak bliskości Boga. Spojrzenie i dotyk przybiera tu całą paletę, dzięki której manifestuje się miłość do poranionego przez grzech i chorobę stworzenia. Jezus kładzie dłonie w taki sposób, jak Jego miłujący Ojciec który moc swojej prawicy rozciągał błogosławiąc swojemu ludowi. Miłość jest pasją Boga, a pełne czułości spojrzenie i muśnięcie dłonią jest uwiarygodnieniem tego za czym tęskni skołatane serce człowiecze. Kiedy my wstydzimy się, czy lękamy przyjść aby dotknąć się choć Jego skrawka szaty, to On wychodzi z inicjatywą i rozdaje w obfitości miłość Ojca. Chrześcijanie doskonale wiedzą, że istnieje „ewangelia dotyku”, która może w tym fragmencie ma swój punkt najwznioślejszy, tak istnieje „ewangelia rąk” bandażująca rany krwawiącego świata, „ewangelia spojrzenia” niosąca otuchę i pociechę- oczy w których można zobaczyć miłość.  Każdy z nas nosi w sobie możliwość choroby i śmierci, dlatego potrzebujemy Chrystusowego zauważenia i dotyku- Sakramentu Uzdrowienia przychodzącego przez posługę Kościoła. Wyraża to wschodnia modlitwa odmawiana przez kapłana nad chorym: „Nie kładę na głowie chorego mojej grzesznej ręki, ale Twoją rękę silną i potężną w świętej Ewangelii”.

wtorek, 10 stycznia 2017

Mk 1, 21-28

W Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w ich synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: «Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boga». Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego! » Wtedy duch nieczysty zaczął nim miotać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: «Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne». I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej krainie galilejskiej.

Pojawienie się Chrystusa wyzwala natychmiastową manifestację ducha nieczystego. Słowo Chrystusa uzdrawia w tej chwili. Ten, który jest źródłem człowieczego ubezwłasnowolnienia, musi wyjść na zewnątrz- opuścić przestrzeń swojej pasożytniczej wegetacji. Kiedy zło wchodzi w człowieka jest niczym wirus, urzeczywistnia stan paraliżującej samotności, poczucia rozpaczy i świadomości duchowego obumierania. Bóg nie chce, aby człowiek był więźniem księcia tego świata. To doświadczenie otchłani zostaje skruszone wyzwalającą siłą obecności Chrystusa Lekarza. „Zachowaj twego ducha w piekle, ale nie rozpaczaj”- pocieszał chwiejnych w wierze święty starzec Sylwan. Chrześcijaństwo przekonane o uzdrawiającej mocy Jezusa, niesie przesłanie nadziei- przywracając zdrowie ducha i ciała. Kościół przynosi lekarstwo na zranienia tego świata; interioryzuje to, co potrzaskane duchowo i obumarłe. Rozlewająca się łaska z sakramentalnego źródła przywraca harmonię ducha i sprawia, że to co mroczne- demoniczne, zostaje ujarzmione. „Człowiek naprawdę może wyspowiadać swoją duszę i otrzymać uzdrowienie, gdyż każdy grzech stawia człowieka na zewnątrz Ciała Chrystusa. Włączony na powrót w Kościół człowiek może płakać łzami duchowymi” (P. Evdokimov). Tutaj dostrzegamy jakże głęboką filantropię Boga, która przepływa przez Kościół przynosząc powiew wolności dzieci Bożych. Miłosierdzie wytryskujące z serca Boga. „Widzialny Kościół służy niewidzialnemu Chrystusowi w rozdawaniu widzialnym ludziom niewidzialnych darów. Istotne zadanie Kościoła polega na rozdawaniu całej ludzkości łaski posiadanej przez chwalebne człowieczeństwo Chrystusa… To w nim obecny jest Chrystus zmartwychwstały, aby pełnić swoje wspaniałe dzieła.” (J.Danielou).  Uderzyło mnie zdanie które wyczytałem u Roznanowa: „Nie przypadkiem starożytne świątynie były pełne cielców, owiec, gołębi- zdrowia jeszcze sprzed pojawienia się człowieka, natomiast nowe świątynie pełne są kalek, niewidomych, sparaliżowanych”- a nade wszystko zniewolonych przez demony. To jest nowość którą niesie chrześcijaństwo, czyniąc z Kościoła wielką „Bożą lecznicę”. W tym egzorcyzmie świata zawiera się powszechna i eschatologiczna pełnia Kościoła- ostateczny triumf miłości Boga do swojego stworzenia. Szatan  pozbawiony został władzy…, a spojrzenie Syna Człowieczego podniesie świat z cienia śmierci, rozpaczy i niemocy.