środa, 17 października 2018


Ps 1, 3

 On jest jak drzewo zasadzone nad płynącą wodą,
które wydaje owoc w swoim czasie.
Liście jego nie więdną,
a wszystko, co czyni, jest udane.

Człowiek jest niczym drzewo zasadzone nad źródłem wody; urokliwa jest ta biblijna metafora. Skoro człowiek jest zasadzonym drzewem to jednocześnie jest obrazem schronienia, miejsca szczęśliwości i odpoczynku. Dla ludzi świata starożytnego- szczególnie nomadów przemierzających bezkresne połacie pustyni, drzewo było objawieniem życia. Drzewo wysoko wyrastające z ziemi, wrośnięte w nią, dawało początek obrazom drzewa świata, które łączyło niebo z ziemią. Czy tego obrazu nie możemy przypisać człowiekowi ? To niezwykle plastyczny konstrukt myślowy, oddający najpełniej to, kim tak naprawdę człowiek jest. Człowiek jest równocześnie z ziemi i nieba, jest przemijalny i nieśmiertelny, wertykalny w pomyśle Stwórcy. Przynależy do świata widzialnego i niewidzialnego. Usadowiony pomiędzy tym, co w górze, i tym, co na dole. Nikt nie byłby w stanie zintegrować w człowieku tych dwóch wymiarów, stąd człowiek jest zdumiewającym dziełem Boga. Jak pisał poeta indyjski Rabindranath: „Człowiek ma w sobie milczenie morza, zgiełk ziemi i muzykę powietrza,” jest niczym drzewa wznoszące się za oknem ku górze, wypełnione tęsknotą niemej ziemi. Simon Weil mówiła, że „żyjemy w świecie konieczności, a nie w świecie celowości”- ale człowiek ma ukryty w sobie cel i pragnienie wzniesienia się ku górze, wychylenia „gałęzi” i skierowania się w stronę niestworzonej światłości. Obraz drzewa przywołuje jeszcze jeden niezwykle ważny element: drzewo wzięte na krzyż. Bóg z rozkwitającego drzewa szczęśliwości, uczynił sobie narzędzie odkupienia świata. Człowiek jest nierozerwalnie związany z tym znakiem hańby i zwycięstwa, zgorszenia i zmartwychwstania. „Drewno, ten surowy krzyż- pisał P. Claudel- który nie otrzymał jeszcze swojej formy, jest tym, czemu Bóg w tych okolicznościach powierzył zadanie odnowienia człowieka na swój obraz.” Jesteśmy wraz z Barankiem przytwierdzeni do drzewa, które przechodząc gehennę cierpienia we właściwym czasie zazieleni się, zapładniając duszę świata rzeką życia. Mamy tu uniwersalne przesłanie. „Symbolem staje się dla nas to, co przemijające, kiedy prześwituje w nim byt”. Dopiero wówczas krzyż przestaje być kawałkiem drewna wyciętym z całości uschniętego drzewa. Wchodzimy tutaj w misterium Drzewa, „którego liście nie więdną”- ponieważ ciągle proklamuje sens życia. W apokryficznych Dziejach świętego Jana Chrystus z krzyża świetlistego spogląda „niemal z rozbawieniem na cierpiącego ziemsko-cielesnego Jezusa”. Zawiera się w tym obrazie eksplozja życia. Na drzewie zawieszony jest Zwycięski Bóg i obmyty miłością człowiek- każdy z nas wyniesiony ku górze. „Pod ciężarem krzyża, w łachmanach, Król Niebios przemierzył całą moją ojczyznę” (F. Tiutczew). Jego drzewo i moje drzewo- Chwalebny Krzyż !

wtorek, 16 października 2018


Ga 5, 1

Ku wolności wyswobodził nas Chrystus. A zatem trwajcie w niej i nie poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli!

Chrześcijaństwo wśród wielkiego twórczego wkładu w dzieje świata, nade wszystko zwróciło uwagę na dar wolności, jej bezgranicznej i niczym nieskrepowanej obecności w życiu ludzi. Bierdiajew, jeden z największych piewców wolności na płaszczyźnie filozofii religijnej pisał: „Filozofowie stawiają zwykle w centrum problemu wolności relacje między wolnością i koniecznością, w czym widzą główną trudność problemu. W rzeczywistości jednak największą trudnością w problemie wolności jest relacja między wolnością i łaską, między wolnością człowieka i wszechmocą Boga, wolnością Boga.” Od zarania dziejów człowiek pragnie być wolnym, chce decydować o swoim losie; organizować życie wedle własnych intencji i intuicji. U Dostojewskiego możemy dostrzec, że osnową pojmowanej wolności zawsze są dwa przeciwstawne bieguny wedle których rozciąga się życie człowieka, balansując po niezwykle ciężkiej linii dobra  lub zła. Człowiek wciąż stara się być wolnym, i gdziekolwiek się znajdzie, odkrywa, iż jest niewolnikiem uwikłanym w konsekwencje własnego wyboru. Im bardziej doświadcza zniewolenia, tym większy w nim wzrasta pragnienie wyzwolenia; fascynacja niczym niezmąconą wolnością ! Wobec wolności absolutnej jaką jest Chrystus, człowiek bardzo często nie podąża za logiką rozumu, rzuca się na oślep przygodzie, sadząc że tam wtargnie w przepastną wolność. Z drugiej strony wolność może być demoniczna- destruktywna. Przekonują się o tym szczególnie ci, którzy wchodzą na drogę nieograniczonej wolności, manifestując niczym nieskrępowaną wolność. „Jeśli Boga nie ma, wszystko jest dozwolone”- to demoniczny manifest nowoczesnej erozji ducha. Sartr głosił zasadę, iż „człowiek skazany jest na wolność”- choć rozumiał ją jako całkowite wyzwolenie, pozbawione jakichkolwiek zasad- bunt przeciw boskości. Prawdziwa wolność to zryw skierowany ku pełni dobra, jej afirmacji. Wolność, która znajduje swoje źródło i ostateczne spełnienie w Bogu. Jesteśmy wezwani do wolności opromienionej blaskiem Prawdy. Człowiek jest wolny jedynie w Bogu- zwiera się w tym głęboko chrystologiczny sens. Przekroczyć granicę człowieczeństwa i stać się „boskim.” Ewangelia zwiastuje człowiekowi sens wolności i objaśnia jak wejść w przestrzeń przebóstwienia- największej- pełnej afirmacji wolności. „Nauka o Chrystusie- powie E. Trubieckoj- stanowi klucz do rozwiązania problemu wolności ludzkiej.” A Bierdiajew uzupełni to jeszcze wnikliwszym komentarzem: „Bóg oczekuje od człowieka wyższej wolności, wolności ósmego dnia stworzenia. Tego typu oczekiwanie nakłada na człowieka olbrzymią odpowiedzialność... Dojście do religijnej pełni oznacza uświadomienie sobie ostatecznej wolności.” Człowiek z wystraszonego niewolnika- wyalienowanego i stłamszonego- stanie się ostatecznie dzieckiem wolności; dzieckiem Królestwa Bożego. Wolność posiada charakter eschatologiczny, metalogiczny, przeistaczający wszystko wokół w stworzenie wolne od determinant tego świata. „Ręka Boża dotyka zamkniętego koła czasu- pisał św. Grzegorz z Nyssy-  i podnosi go do wyższego wymiaru.” Dopowiem- do wymiaru wolności w Chrystusie.

niedziela, 14 października 2018


Mk 10, 17-27
Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, zaczął Go pytać: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?»...Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością i rzekł mu: «Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną». Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.
W historii chrześcijaństwa odnajdujemy cały szereg tekstów- świadectw- opowiadających o ludziach, którzy pod wpływem gwałtownego wtargnięcia łaski porzucili wszystko i poszli za Chrystusem. „Imię chrześcijanina bez życia po chrześcijańsku- to hipokryzja,” twierdził św. Tichon Zadoński. Pragnienie świętości było w Kościele czymś oddolnym i tak bardzo pożądanym, że wywierało wpływ na całe pokolenia ludzi posiadających pragnienie „posiadania Boga.” Z pustyń i oddalonych od zgiełku miejsc, zrodziły się klasztory, skity, domu modlitwy- przestrzenie promieniujące świętością zakochanych w Bogu mężczyzn i kobiet. Piękne jest słowiańskie określenie osób poświęcających swoje życie w odosobnieniu – prepodobnyj- czyli ktoś, kto stara się być podobnym do Chrystusa. Idź, sprzedaj wszystko, co masz- ilu to ludzi usłyszało to przynaglenie ! Ten radykalizm porzucenia łatwego życia, był tak pociągający, że w oczach innych zakrawał nawet na szaleństwo. W życiorysie św. Antoniego- Ojca życia zakonnego, czytamy, że kiedy był na liturgii w kościele usłyszał właśnie te dzisiejsze słowa z Ewangelii. Miał wrażenie, że Jezus kieruje te słowa wprost do Niego. Natychmiast rozdał swoją ziemię i majątek, zatrzymując tylko drobną jego część, by wystarczyła na utrzymanie młodszej siostry. Wyszedł na pustynię, aby żyć w obecności Boga. Jak pisze Atanazy, utrzymywał się z pracy własnych rąk, wyplatając kosze, by w ten sposób zarobić na skromne pożywienie. Nie miał żadnych książek i opasywał się jak „zapaśnik,” by walczyć z diabłem, który „nie wytrzymywał, widząc taki sposób życia młodego człowieka.” Towarzyszyli mu później uczniowie pragnący bliskości mistrza. Zachowane do naszych czasów liczne i dystrybuowane piśmiennictwo z pierwszych wieków chrześcijaństwa, wyraźnie nakreśla malowniczo, fantastyczne portrety licznych mnichów, do których udawały się po poradę całe tłumy ludzi. Ludzie zafascynowani poszukiwaniem Boga zadomowili się na dobre w Kościele i wielokrotnie byli jego głosem sumienia. Jeżeli według Orygenesa od czasu Wcielenia Kościół jest „pełen Trójcy,” to od czasu zesłania Ducha Świętego jest pełen świętych. To święci pulsują w nim, niczym krew w żyłach, wyrywając go z letargu i pokusy zawierania kompromisu z grzechem i zakamuflowanym często złem. Po świętym Antonim pojawili się inni „święci szaleńcy”: Pachomiusz z zamiłowaniem do wojskowego szlifu i dyscypliny. Święty Benedykt z Nursji- również przynaglony do wyjścia i zasadzający monastycyzm „czarnych mnichów” na całym chrześcijańskim Zachodzie. Franciszek z Asyżu- zaślubiony pani biedzie i bratu słońcu, żebrak i piewca radosnej miłości; stygmatyk zakochany w pięknie stworzenia i czujący pod stopami chropowatość matki ziemi. Serafin z Sarowa- człowiek o świetlistej twarzy i przenikliwym spojrzeniu, piewca radości paschalnej; przyjaciel ludzi i zwierząt. „Jego pustelnię otaczały niedźwiedzie, wilki, zające, lisy, a także jaszczurki oraz wszelkiego rodzaju gady. Kiedy kończył swoją modlitwę, wychodził przed swoją celę, aby karmić je z ręki, i wydaje się, że wtedy Bóg mnożył ten suchy kawałek chleba, którego miał przecież tak niewiele, aby starczyło dla wszystkich stworzeń cierpiących głód na pustyni sarowskiej. Tym, co najbardziej uderzało wszystkich mających z nim kontakt, była promieniująca z ojca Serafina radość” (I. Gorainov). Z bardziej nam współczesnych beduin i mały brat Jezusa Karol de Foucauld wyznający: „od chwili gdy poznałem, że Bóg jest, nie mogę Go nie kochać.” Święci umieli wytworzyć w sobie język miłości ze światem. Potrafili przemieniać w dobro tych, których Bóg postawił na drodze ich życia. Dzisiejszemu światu potrzeba jest świętych, nowych święty, „świętych obdarzonych geniuszem”- jak mówiła Simone Weil. W rzeczywistości prymatu posiadania i egoizmu, potrzeba drogowskazów- jasnych punktów- ludzi autentycznie pięknych, takich dzięki którym zobaczymy własne życie w świetle Chrystusa.
   

czwartek, 11 października 2018


Ps 139  

I duszę moją znasz do głębi.
Nie byłem dla Ciebie tajemnicą,
kiedy w ukryciu nabierałem kształtów,
utkany we wnętrzu ziemi.

Myśląc o duchowości w sztuce, chciałbym nakreślić garść ulotnych myśli o współcześnie znanym i już obecnie spopularyzowanym rzeźbiarzu rumuńskim Constantinie Brancusim (1876- 1957). Kultura rumuńska w naszym środowisku nie jest jeszcze zbyt dobrze znana, a ta niezwykła postać obok jakoś rozpoznawalnych postaci, takich jak Mircea Eliade, czy Dumitru Staniloae, nabiera swoistego kolorytu. Obecnie- choć tak wcześniej nie było uważany jest za jednego z najwybitniejszych rzeźbiarzy XX wieku. Jego sztuka- posługując się językiem Bierdiajewa jest na wskroś teurgiczna. Rzeźby które wyszły z pod duktu jego dłuta mają silne zabarwienie duchowe, stanowiąc symboliczną kwintesencję, prostego i napełnionego prostotą wiary rumuńskiego prawosławia. Dopiero po wielu latach odkrywania jego artystycznej wyobraźni, jesteśmy wstanie dopowiedzieć że jego sztuka przesycona jest elementami teologicznymi i symbolicznymi. Dzieła Brancuskiego, które zdaniem G.C. Argana stanowią „wyraz wielkiej kultury ludowej, z której przebija pragnienie wolności i absolutu,” niosą często nieuchwytne dla wielu na pierwszy rzut oka wartości duchowe. Ikoniczny charakter jego dzieł w sposób porażający emanuje z form, komunikując tę drugą warstwę znaczeniową- jaką jest przestrzeń szeroko rozumianej „transcendencji” zamkniętej syntetycznym opracowaniu materii. Idee które z takim mozołem wcielał w materię opowiadały o fascynującym- choć ukrytym „za zasłoną” niedopowiedzenia świecie wiary, tlącej się w głębi człowieczego jestestwa. Nie wielu spogląda na Constantina jak na artystę od strony religijnej, profetycznej, czy charyzmatycznej. Badacze sztuki będą widzieli w nim kogoś, kto w pewien sposób „obiegł” wielkiego Augusta Rodina, rzucił mu wyzwanie i odsłonił nowy horyzont myślenia i odczuwania rzeźby, jako czegoś tak niezwykle prostego i autentycznego, mogącego poruszyć i olśnić, czy uszczęśliwić widza. „To, co wam daję to czysta radość... Chcę rzeźbić kształty, które dają ludziom radość. To, co naprawdę ma sens w sztuce to radość !”- mówił artysta polerując swoje rzeźby tak dokładnie, że świeciły migotliwie jak złote nimby świętych na ikonach. „Głębokie, filozoficzne treści o wymowie ogólnoludzkiej, dotyczące sensu istnienia, były przekładane z mistrzowską dokładnością na kształty surowej zwięzłości, utrwalane w tradycyjnych materiałach- drewnie, kamieniu i metalu...”(V. Florea). Artysta odsłaniał inny świat, bez którego jak sądzę, sztuka byłaby zapewne uboższa i pozbawiona duchowego szlifu. W przypływie wzruszenia wyznał: „Chciałem wznieść wszystko ponad ziemię, zrobiłem kamień, by śpiewać dla ludzkości.” Myślał o rzeźbie w marmurze z której odkuł i doskonale wypolerował jajko- symbol eksplozji życia. Była to rzeźba haptyczna, wprost dla niewidomych- aby mogli poczuć strukturę czegoś na wskroś rezurekcyjnego. Życie artysty było wędrowaniem w znaczeniu dosłownym i metaforycznym. Artysta przybył do Paryża w 1904 r., na pieszo- niczym pielgrzym szukający nowego domu z którego okna będzie się wyrywać niczym ptak jego dusza ku miejscu narodzin. W Paryżu był jednym z wielu emigrantów z Europy Wschodniej rezydujących na Montparnassie. Miał specyficzną osobowość- tajemniczą, spekulatywną, co skłaniało go do pracy w samotności i medytacji. Był dość oszczędny tematycznie, uciekał od realizmu, tworząc dzieła uproszczone, a zarazem złożone i głęboko dotykające powziętego wcześniej założenia. Wykonał serię Ptaków, które skomentował następująco: „Kocham wszystko, co powstaje. Majestatyczne ptaki mnie zafascynowały... Nie tworzę Ptaków, ale loty.” W tych słowach wyraża się jakaś wewnętrzna tęsknota za wzniesieniem ku górze- anabatycznym wymiarem egzystencji, wychyleniem ku „niedostępnej światłości.” Interesowały go również kształty twarzy. Wychodząc od realistycznych przedstawień, artysta doszedł do formy owalu w polerowanym brązie, wydłużonym nosie, ledwo zaznaczonych oczodołach i linearnie ujętych ustach. Być może żyły w nim wspomnienia figuratywnych przedstawień malowideł cerkiewnych na których to postacie ujęte w hieratycznej stylizacji wszystko mają wydłużone- odcieleśnione- przeobrażone mistycznie- niczym rezerwuary Ducha. „Funkcją artysty pozostaje rozszyfrowywanie ukrytych znaków natury i interpretacja tajemnic wszechświata. Znaki są wszędzie... Ci, którzy zbliżyli się do Boga widzieli je”- objaśniał pokornie Brancusi. To postać wielu planów i niedopowiedzeń, blasków i cieni, fascynująca a momentami tak enigmatyczna, że trudna do zaprezentowania dla kogoś z zewnątrz. Być może trzeba przejść przez jego „Bramę pocałunku” aby poczuć i doświadczyć maksimum życia: piękna, miłości, tęsknoty za wiecznością przeistaczającą byty w coś na wskroś bogopodobnego. „Aby spotkać piękno twarzą w twarz- pisał P. Evdokimov- by sięgnąć jego energetycznego promieniowania łaską, należy poprzez przezwyciężenie tego, co uchwytne zmysłami oraz intelektem, przejść przez tajemniczą bramę Świątyni... Piękno wychodzi na spotkanie naszego ducha nie po to, by go zachwycić, lecz by otworzyć na palącą bliskość Boga osobowego.” Myślę, że taka intencja mogła gdzieś głęboko przyświecać artyście, dlatego już u schyłku swojego życia pogrążył się w nadziei i tęsknocie. Tuz przed śmiercią wyznał: „Będę czekać na dobrego Boga w moim warsztacie.” Pozwolę sobie na sparafrazowanie tęsknoty wielkiego rzeźbiarza słowami poety A. Rimbauda: Odnalazłem w końcu ! Zapytacie co ? Wieczność. Ona jest morzem, co się łączy ze słońcem.

środa, 10 października 2018


Łk 11, 1-4

Jezus, przebywając w jakimś miejscu, modlił się, a kiedy skończył, rzekł jeden z uczniów do Niego: «Panie, naucz nas modlić się, tak jak i Jan nauczył swoich uczniów». A On rzekł do nich: «Kiedy będziecie się modlić, mówcie: Ojcze, niech się święci Twoje imię; niech przyjdzie Twoje królestwo! Naszego chleba powszedniego dawaj nam na każdy dzień i przebacz nam nasze grzechy, bo i my przebaczamy każdemu, kto przeciw nam zawini; i nie dopuść, byśmy ulegli pokusie».

Architektura modlitwy Ojcze nasz jest niezwykle interesująca i zdaje się nie być przypadkowym zestawieniem próśb przekazanych przez Chrystusa. Kościół przyjął wersję Mateusza, która jest pełniejsza. Święty Łukasz opuszcza trzecie wezwanie- przyjdź Królestwo Twoje- oraz część ostatniego: zbaw nas od złego. Tekst ten wydaje się nie pełny: modlitwa według św. Mateusza obejmuje inwokację i sześć próśb w dwóch grupach- tworząc swoisty szkielet, „a więc siedem wersetów, co nie tylko jest zgodne z metryką semicką i wprowadza doskonałą symetrię- trzy życzenia dotyczące Boga w odniesieniu do ludzi i trzy prośby modlących się- lecz przede wszystkim stanowi kosmiczną całość opartą na wartości cyfry siedem.” Jest w tym jakiś subtelny porządek i duchowy zamysł ogarniający całą rzeczywistość człowieka włączoną w nurt modlitwy. Modlitwa którą pozostawia Nauczyciel jako odpowiedź na być może naiwne pytanie kogoś z zewnątrz, wskazuje na intymny dialog- rozmowę dziecka z Ojcem. Wchodzimy w głębię modlitwy w takim momencie, kiedy zamiast myśleć o Bogu odległym, niedostępnym, stajemy pełni małości i bezgranicznego zaufania naprzeciw Taty. „Ojcze nasz, która wyrasta z Jezusowego westchnienia Abba, boska Mądrość złączyła w jedno to, co boskie z tym, co ludzkie. Sama formuła jest mostem, bramą, pośredniczką. Niezwykłe bogactwo ukryte w tej modlitwie na przestrzeni wieków zostało w sposób zadziwiający rozwinięte przez modlitwę Kościoła. Umysł zdumiewa się, gdy dostrzega, jak ów krótki tekst wędrował w czasie i przestrzeni, stając się na natchnieniem dla ludzi w różnych sytuacjach i kulturach”(M. Bielawski). Chyba nie ma takiego chrześcijanina który nie potrafiłby w sposób spontaniczny odmówić tej modlitwy; ona wyryła się w sercu niczym najpiękniejsza sentencja utrwalona w bloku kamienia. Abba zawsze rozmiękcza serce Kościoła, (przemienia go w orantkę wznoszącą wertykalnie dłonie), szczególnie wtedy, kiedy staje się być ciasny, hermetyczny, opróżniony z wrażliwego i pełnego miłości spojrzenia na człowieka. „Dlaczego mówimy Modlitwę Pańską, nim przyjmiemy Ciało i Krew Chrystusa- pytał w jednym z kazań św. Augustyn- Bo jeżeli w skutek ludzkiej słabości myśl nasza skierowała się ku temu, co niewłaściwe, jeżeli język nasz wypowiedział coś, czego wypowiedzieć nie należało, jeśli oko nasze spojrzało na coś, na co nie wypadało spojrzeć, jeśli ucho nasze usłyszało pochlebstwo, którego nie powinno słyszeć, jeżeli więc coś takiego popełniliśmy dzięki pokusie tego świata, i ze słabości życia ludzkiego, to wszystko to zostaje zmazane przez Modlitwę Pańską, w której mówimy: „I odpuść nam nasze winy.”

wtorek, 9 października 2018


Łk 10, 38-42

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa. Marta zaś uwijała się około rozmaitych posług. A stanąwszy przy Nim, rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła». A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona».

Betania- miejsce szczególnie bliskie sercu Jezusa. Dom wypróbowanych i obdarzonych zaufaniem przyjaciół. Miejsce symboliczne w którym teologia Kościoła będzie widziała dwie niezwykle ważne rzeczywistości- kontemplację i ewangelizację (adorację i dynamikę posłannictwa) przeobrażające doświadczenie usłyszanego słowa Boga i wyruszenie w zgiełk świata z Dobrą Nowiną. Pozornie dwie przeciwstawne postawy, ale jakże harmonizujące życie wspólnoty przemienionej żywą obecnością Pana. „Bądź tak pewien, że Pan jest blisko ciebie, abyś mógł czuć, że gdy się modlisz do Boga, dotykasz Go nie tylko myślą i sercem, ale i wargami” (św. Jan z Kronsztadu). Maria zasłuchana w Słowo Życia, przejęta dogłębnie, rozsmakowująca się chwilą bycia naprzeciw Kogoś najważniejszego. Przy wsłuchaniu i wpatrzeniu się w Boga wszystkie inne sprawy przechodzą na dalszy plan. „Wykuj w mym sercu jak w marmurze Twą cudną i niepojętą Twarz”- wzdychała wpatrzona w piękne oblicze Mistrza św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Cywilizacja w której ludzie nie potrafią się zatrzymać i wejść w kontemplację, jest cywilizacją pozbawioną duchowego sensu; wypuryfikowaną z porywów duszy, jałową pustynią jednostki. „Człowiek staje się idolatrią samego siebie”- twierdził św. Andrzej z Krety. Postawa zasłuchanej Marii- pięknej i wrażliwej kobiety, uczy możliwości wyjścia z izolacji i wychylenia ku Tajemnicy. On patrzy na mnie, a ja na Niego i to w zupełności wystarczy. Stając naprzeciw zdumiewającego Piękna, człowiek staje się świetlisty i napełniony miłością. „Chrześcijaństwo jest dogmatem, mistyką, moralnością i wszystkim tym po trochu, lecz nade wszystko jest to sposób życia, wyjście, recepta na szczęście...” (N. Steinchardt). Szczęście rodzi się z głębi wiary, która na skrzydłach niesie w obszary pustki, obojętności i odtrącenia sensu.  Marta to ewangeliczna „aktywistka”- pracowita i podekscytowana słusznością działania zmierzającemu ku urzeczywistnieniu dobra. „Twoja miłość zraniła moją duszę- śpiewał św. Jan Klimak- i moje serce nie może znieść Twoich płomieni; idę opiewając Cię.” W niej odbija się świętość Kościoła pochylonego nad nędzą świata zapętlonego w sprawach błahych, miałkich i niewiele znaczących. Jej życie opowiada o Chrystusie, przekonuje o wartościach które przysypane są kurzem rozgoryczenia i obojętności. Człowiek i jego sprawy zaproszony jest do wejścia  w gościnność „Betanii”- Kościoła w którym promieniuje świetlistość Przyjaciela.

niedziela, 7 października 2018


I znowu Żydzi porwali kamienie, aby Go ukamienować. Odpowiedział im Jezus: «Ukazałem wam wiele dobrych czynów pochodzących od Ojca. Za który z tych czynów chcecie Mnie ukamienować?»  Odpowiedzieli Mu Żydzi: «Nie chcemy Cię kamienować za dobry czyn, ale za bluźnierstwo, za to, że Ty będąc człowiekiem uważasz siebie za Boga». Odpowiedział im Jezus: «Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli [Pismo] nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże - a Pisma nie można odrzucić - to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: "Bluźnisz", dlatego że powiedziałem: "Jestem Synem Bożym?" Jeżeli nie dokonuję dzieł mojego Ojca, to Mi nie wierzcie! Jeżeli jednak dokonuję, to choćbyście Mnie nie wierzyli, wierzcie moim dziełom, abyście poznali i wiedzieli, że Ojciec jest we Mnie, a Ja w Ojcu». I znowu starali się Go pojmać, ale On uszedł z ich rąk (J 10, 31- 39).

Chrześcijaństwo podobnie jak judaizm, wyznawało wiarę w jednego Boga, a wejście do wspólnoty Kościoła wiązało się z porzuceniem wiary w innych bogów; uznając tylko jednego Pana. „Dla nas istnieje tylko jeden Bóg, Ojciec, od którego wszystko pochodzi” (1Kor 8,6). Jeden z najstarszych wczesnochrześcijańskich tekstów pt. Pasterz, przypisywany niejakiemu Hermasowi, również akcentuje wiarę w tylko jednego Boga. „Wierz, że jeden jest Bóg, który wszystko stworzył i uporządkował, który z niebytu stworzył wszystko.” W takim razie jak możemy rozumieć te wyznania w kontekście osoby Jezusa ? „Zbliżamy się do Chrystusa drogami zwykłymi, którymi każdy może do Niego dotrzeć: przez czytanie Ewangelii” (J. Danielou). Dzisiejszy fragment Ewangelii rysuje przed nami sytuację kontrowersyjną, naznaczoną „świętym oburzeniem” Żydów z powodu wyznania przez Chrystusa swojej boskości. Pretensja człowieka, by czynić z siebie Boga traktowana była przez Żydów za grzech najcięższy. Pośród świata oddającego cześć bałwanom, lud Izraela uważał siebie za zazdrosnego strażnika wyższości Boga ponad wszystko. To, co uchodziło w Izraelu za największe bluźnierstwo, dzięki słowom prawdy Chrystusa sprowokowało chyba najważniejszą w historii monoteizmu wrzawę teologiczną. Gdy więc Jezus rości sobie prawo do prerogatyw boskich, Żydzi sprzeciwiają się Mu w imię tego, co dla nich najświętsze.  O ile ziemska egzystencja Chrystusa nie sprawiały tak wielu trudności, tak Jego bóstwo i relacja do Ojca po dziś dzień budzi pewien opór, szczególnie w łonie samego judaizmu i wielu współczesnych sekt. Chrześcijanie poradzili sobie z prawdą o Bogoczłowieczeństwie, która to przeszła  przez ogień dyskusji, polemik i siły argumentów napełnionych prawdą mądrych ludzi Kościoła. Na kartach Ewangelii Chrystus w wielu miejscach w wyczerpujący sposób odsłonił tajemnicę swojej boskości i posłannictwa. Pomimo tego, nawet dzisiaj wielu ludziom łatwiej się mówi o Jezusie historycznym- w aspekcie chociażby psychologicznym, niż o kimś kto jest prawdziwym Bogiem. Chrześcijanie idą dalej, spoglądając na wewnętrzne życie Boga. „Zechciał bowiem Bóg, aby w Nim zamieszkała cała Pełnia.” Orygenes komentując ten fragment stwierdził, że Chrystusie możemy „patrzeć na głębię Boga.” Współczesny teolog W. Pannenberg jeszcze bardziej doprecyzuje tę treść: „Tak jak Bóg się ukazuje, tak też jest w swym wiecznym bóstwie.” W tym miejscu teologia wymaga pełnego uzupełnienia i wyjaśnienia w kluczu trynitarnym. W Starym Testamencie Ojciec był przedstawiany otwarcie, a Syn „skrycie.” Nowy Testament ukazuje nam Syna- ikonę Ojca, który urzeczywistnia Jego dzieło przez pełną ekspresji i dynamiczną obecność Ducha Świętego. Odkrywamy tu egzystencję wspólnoty życia Osób Boskich, która wyraża się odwiecznie we wzajemnej miłości, wolności i twórczej aktywności. „Chrystus to objawienie Boga- pisał O. Clement- w określonym ludzkim obliczu i w każdym ludzkim obliczu. Co do Ojca, to jest On niewyczerpanym źródłem boskości. Lecz to tylko jeden ze sposobów postrzegania Trójcy Świętej pośród wielu innych.” Wyznanie bóstwa Chrystusa jest aktem wiary. Zdaniem Tertuliana i wszystkich myślicieli chrześcijańskich, myślenie o Bogu musiało się zacząć od pojawienia się Boga w osobie Chrystusa. Odwołując się do intuicji W. Elerta, można powiedzieć, że obok „dogmatu Jezusa” zawsze istniało również „wyobrażenie Jezusa.” W wyniku wstąpienia Boga w ludzie ciało, możemy pojąć prawdziwą naturę Boga. „W Chrystusie Bóg świadczy o Bogu. Wprowadza On w ten sposób życie teologiczne, które jest poznaniem Boga opartym na świadectwie Boga.” Najstarsze symbole wiary zrodzone w Kościele i włączone w liturgiczny kult potwierdzają bóstwo Chrystusa, opierając się również na świadectwie Nowego Testamentu. Zamykam to rozważanie fragmentem katechezy Cyryla Jerozolimskiego: „Wierz też w jednego i jedynego Syna Bożego, Pana naszego Jezusa Chrystusa, Boga zrodzonego z Boga, Życie z Życia, Światłość ze Światłości, we wszystkim podobnego do Ojca. Nie otrzymał On istnienia w czasie, lecz przed wszystkimi wiekami został z Ojca wiecznie w niepojęty sposób zrodzony. Jest mądrością Boga i osobową, istotną mocą i sprawiedliwością. Siedzi po prawicy Ojca przed wszystkimi wiekami.”