wtorek, 21 lutego 2017

Mk 9, 30-37

Tak przyszli do Kafarnaum. Gdy był już w domu, zapytał ich: «O czym to rozprawialiście w drodze?» Lecz oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy. On usiadł, przywołał Dwunastu i rzekł do nich: «Jeśli ktoś chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich». Potem wziął dziecko, postawił je przed nimi i objąwszy je ramionami, rzekł do nich: «Kto jedno z tych dzieci przyjmuje w imię moje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, nie przyjmuje Mnie, lecz Tego, który Mnie posłał».

Nawet pierwszy episkopat nie był wolny od rywalizacji- męskiej dominacji i parcia ku jak najlepiej uprzywilejowanej pozycji. Ludzkie aspiracje wzięły górę nad pokornym i pełnym wdzięczności przeżywaniem własnego powołania. Historia będzie zataczać kręgi i odświeżać kąśliwe spory apostołów w innych czasach i miejscach. Im więcej będzie w Kościele karierowiczostwa, rywalizacji o godności i uposażone stołki, tym więcej wykluje się nie transparentności, dwuznaczności oraz hipokryzji. Rosyjski filozof Chomiakow pisał, że „Kościół nawet ziemski jest czymś niebieskim”. Ktoś czytając dzisiejszą Ewangelię może mu zarzucić, że był niepoprawnym idealistą. Ale w taki sposób można myśleć o Kościele tylko wtedy, kiedy przeżywa się go w poczuciu prostoty małego dziecka. „Tam, gdzie nie ma dzieci, brakuje nieba” (A.Ch. Swinburne). Europejska cywilizacja przeżywa kryzys braku dzieci; zestarzeliśmy się w naszej egzystencji. Pozostaje nam tylko cerowanie zmarszczek i uszczelnianie duszy. Myślimy po dorosłemu zapominając że obok nas istnieje fantastyczny- kolorowy świat Boga. W tym świcie na ostatnim miejscu jest wyrachowanie, małoduszność, lekkomyślność i serce szczelnie zamknięte przed miłością innych. Dziecko może wywrócić świat do góry nogami; pozdzierać zatęchłe zasłony, przestawić wiecznie obecne w jednym miejscu przedmioty, wstrząsnąć „świętym spokojem”. Potrafi nauczyć jak małe, drobne sprawy przeistoczyć w święto radości. Tak naprawdę kiedy Chrystus stawia przed uczniami dziecko, myśli o naprawie świata- o dziecięcej „rewolucji ducha”. Boimy się nieprzewidywalnego następstwa zdarzeń i intensywności wiary od której zaczerwienią się nam poliki. Dziecko nas może nauczyć jednego, że wiara to całkowity zwrot serca ku Bogu. Ktoś mi kilka dni temu zarzucił mi, iż uprawiam twardą teologię. Nie, ja uprawiam teologię po dziecięcemu, mocno stąpając stopami po ziemi. Dziecięctwo, to nie są łatwe kompromisy, ale bezwarunkowe zawierzenie i miłość. Mądrość żydowska mówi, że „człowiek ma trzy rodzaje imion: to jakim nazwali go ojciec i matka, to jakim nazywają go ludzie i to, jakim zapisany jest w Księdze żywota”. Tym imieniem, którym przywoła nas kiedyś do siebie Bóg, będzie: Moje ukochane Dziecko !

poniedziałek, 20 lutego 2017


Mk 9, 14-29
 On ich zapytał: «O czym rozprawiacie z nimi?» Jeden z tłumu odpowiedział Mu: «Nauczycielu, przyprowadziłem do Ciebie mojego syna, który ma ducha niemego. Ten, gdziekolwiek go pochwyci, rzuca nim, a on wtedy się pieni, zgrzyta zębami i drętwieje. Powiedziałem Twoim uczniom, żeby go wyrzucili, ale nie mogli»… Przyprowadźcie go do Mnie!» I przywiedli go do Niego. Na widok Jezusa duch zaraz począł miotać chłopcem, tak że upadł na ziemię i tarzał się z pianą na ustach. Jezus zapytał ojca: «Od jak dawna to mu się zdarza?» Ten zaś odrzekł: «Od dzieciństwa. I często wrzucał go nawet w ogień i w wodę, żeby go zgubić. Lecz jeśli coś możesz, zlituj się nad nami i pomóż nam». Jezus mu odrzekł: «Jeśli możesz? Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy». Zaraz ojciec chłopca zawołał: «Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu!» A Jezus, widząc, że tłum się zbiega, rozkazał surowo duchowi nieczystemu: «Duchu niemy i głuchy, rozkazuję ci, wyjdź z niego i więcej w niego nie wchodź!» A ten krzyknął i wyszedł, silnie nim miotając. Chłopiec zaś pozostawał jak martwy, tak że wielu mówiło: «On umarł». Lecz Jezus ujął go za rękę i podniósł, a on wstał.
Chrystus schodzi w milczeniu z trzema uczniami z Góry Tabor. Wszyscy są wewnętrznie przejęci świetlistością i niesamowitością doznanej wizji. Wszystko o tego momentu zdają się mieć inne spojrzenie na sens powziętej misji podążania za Chrystusem. Ten ujmujący serce spokój przerywa ojciec ze swoim chorym synem. Pierwsze skojarzenie o chorobie którą można przyporządkować tej osobie to epilepsja. Fachowe wyjaśnienie tego medycznego zjawiska to zaburzenie neurologiczne charakteryzujące się napadem padaczkowym na skutek gwałtownego zakłócenia neuronów. Objawami tego zjawiska są: drgania poszczególnych części ciała, niekontrolowane doznania zmysłowe i towarzyszący temu, kompletny brak świadomości. Słownikowa definicja byłaby zbyt prosta, aby zdiagnozować ewangeliczny przypadek. Tu się dzieje coś o wiele więcej, a za oznakami choroby stoi nieprzyjaciel, dla którego człowiek jest znienawidzoną marionetką. Opętanie jest ubezwłasnowolnieniem człowieka, odebraniem poczucia kontroli nad stanem własnej duszy i ciała. Najbardziej przerażające jest poczucie bezradności towarzyszące osobie, której ciało staje się obszarem duchowego zmagania i cierpienia. W tych konwulsjach rozpościera się krzyk wołania o pomoc. W ten dramat człowieka wchodzi Chrystus. Jak pisał Dostojewski: „Niezbadane są drogi na których Bóg odnajduje człowieka”. Pan przynosi lekarstwo wiary, bowiem „wszystko jest możliwie dla tego kto wierzy”. Chłopiec w przypływie chwilowej świadomości manifestuje swoja wolę wyzdrowienia i współdziała osobiście w Boskim leczeniu. „Bóg przychodzi z pomocą tym, którzy pragną się leczyć, dając im wiarę”- mówił Teodoret z Cyru. Wiara czyni cuda, tak często o tym zapominamy !

niedziela, 19 lutego 2017

Mt 5, 38-48

… Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował swego bliźniego”, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują, abyście się stali synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie więc wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski».

Człowiek jest „zrodzony z ziemi”, ale jego głównym zadaniem jest promieniowanie miłością. Jestem głęboko przekonany, że na końcu czasów stając przed Obliczem Boga, nie będziemy oskarżani o to, że nie dokonywaliśmy cudów, czy pomnażaliśmy jakkolwiek rozumianą wielkość Kościoła, ale z pewnością będziemy odpowiadać za to, iż nie potrafiliśmy kochać bezinteresownie i przebaczać. Dzisiejsza Ewangelia jest echem Chrystusowego Kazania na Górze- Błogosławieni potrafiący pomnażać miłość ! Dla chrześcijanina nie ma wrogów, są tylko bracia i siostry na których zatrzymało się spojrzenie miłości drugiego człowieka lub nie. „Czystość serca to miłość do wszystkich słabych, którzy upadają”- mówił św. Izaak z Niniwy. Miał rację o. Pronzato próbując określić kim jest właściwie nasz bliźni, który powinien stanąć w centrum naszego zainteresowania: „Bliźnim jest ten, kogo czynię bliźnim, nie stojąc w miejscu. Wówczas i on czuje, że jestem mu bliski, że jestem jego bliźnim. Miłość oznacza właśnie zniesienie dystansu wewnętrznego… Aby się zbliżyć musimy wyjść z siebie. Musimy rozbić skorupę naszego egoizmu, zrobić coś co stoi w sprzeczności z naszym interesem…, tylko w taki sposób możemy spotkać brata”. Nasz świat w którym żyjemy, biegniemy w zawrotnym pędzie, tak bardzo się skurczył w miłości; stał się zachłanny, egoistyczny, zagarniający wszystko dla siebie. Wydestylowana została miłość… Człowiek przechodzi obok drugiego człowieka, nie zauważając go- a co najgorsze będąc obojętnym na wszystko. Co się stało z wrażliwym- kochającym ludzkim sercem ? Miał rację Camus pisząc, że „świat bez miłości jest martwym światem i zawsze przychodzi godzina, kiedy człowiek zmęczony błaga o twarz istoty i serce olśnione miłością”. Dziś w wielu krajach, gdzie życie biegnie pod znakiem krzyża i niewyobrażalnych represji, miłość i przebaczenie stało się duchowością współczesnych męczenników. Jej wielkość uzewnętrznia się w pełnej żarliwości modlitwie zanoszonej przez usta chrześcijan za prześladowców. Prawdziwa siła i wielkość człowieka wyraża się w miłości do tych innych- „połamać serce” i rozdać je, to jest dopiero heroizm wiary, najpełniejsze utożsamienie się z Bogiem który jest Miłością.

sobota, 18 lutego 2017


Mk 9, 2-13

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam się przemienił wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe, tak jak żaden na ziemi folusznik wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: «Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza». Nie wiedział bowiem, co powiedzieć, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: «To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!» I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co widzieli, zanim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych. Zachowali to polecenie, rozprawiając tylko między sobą, co znaczy „powstać z martwych”...

Chyba najwspanialszą recepcją tego ewangelicznego wydarzenia na górze Tabor jest sztuka ikony. Aby spróbować przybliżyć się do Przemienienia, trzeba wejść w niepoznanie, zagarniający oczy i duszę blask światła. Człowiek może wejść na drogę poznania, która dokonuje się przez symbole, w sposób szczególny poprzez ikonę. Chrześcijański Wschód podkreśla, iż obraz religijny przeznaczony jest dla tych, którzy mają oczy, niezależnie od posiadanej wiedzy. „Ikona to pobudzenie, to utrzymanie wzroku w „mocy patrzenia”, dzięki któremu wierzący sięga głębi- podstawy istnienia, czyli samego Boga”. Doskonale wiemy, że poruszanie się w przestrzeni symbolicznej byłoby czymś niepełnym. Przez ikonę człowiek staje się uczestnikiem spotkania, zostaje zaproszonym do wejść w emanujące z Chrystusa energie. To wszystko dokonuje się w przestrzeni wiary. Co zatem rozumiemy pod pojęciem przebóstwienia ? „Theosis oznacza osobiste spotkanie. Przebóstwienie jest wewnętrznym spotkaniem człowieka z Bogiem, w którym cały ludzki byt, można tak powiedzieć, jak w wylewie rzeki, napełnia się Bożą obecnością” (G. Florovsky). Komunia ta przekracza zarówno wymiar poznania intelektualnego, jak wymiar poznania zmysłowego i sprawia, że cały człowiek staje się uczestnikiem życia Bożego. Stąd można jak powie wielu teologów, zobaczyć Boga oczami „przemienionymi mocą Ducha”. Święty Jana z Damaszku napisze: „Przez Ducha Świętego poznajemy Chrystusa, Syna Bożego a przez Syna kontemplujemy Ojca”. Ikona zatem przedstawia Chrystusa, który ukazując się uczniom w swojej boskiej naturze, w jakimś sensie pozwolił im wejść na chwilę w kontemplację Trójcy Świętej. W ten sposób chrześcijanin staje się „Bogiem przez łaskę”. Dlatego św. Grzegorz Palamas podkreślał z taką pewnością: „Tych, którzy uczestniczą w energiach i działają w łączności z nimi, Bóg czyni przez łaskę bogami bez początku i bez końca”. Chrześcijanin zostaje zatem przeobrażony, iż może otrzymać zupełnie darmo stan różny od ludzkiej zdeterminowanej potrzebami natury. Łaska zatem nie jest różna od samego Boga „jest życiem Bożym udzielonym człowiekowi”. Apostołowie w tamtej chwili, nie byli wstanie tego do końca tego procesu zrozumieć- to była inwazja innego świata, na ich zmysły. Dlatego na ikonie uczniowie spadają ze stromego szczytu góry, spotykają się z twardością ziemi, zasłaniają oczy. Oni wirują jakby w powietrzu, a na ich twarzach rysuje się ujmujące „przerażenie”, wymieszane z poczuciem fascynującej ciekawości. Dopiero po jakimś czasie uświadomią sobie, że to co było ima dane przeżyć- było Świętem spotkania- Teofanią z objawiającym się tak bezpośrednio i namacalnie Bogiem. Zawołanie Piotra: „Dobrze, że tu jesteśmy”, wybrzmi z całą świadomością w paschalnej posłudze Kościoła- spowitego blaskiem poranka wielkanocnego. Jesteśmy również zaproszeni do kontemplowania Światła Chrystusa- fotofanii- blasku, który w przyszłości będzie spowijał nasze odkupione ciało. Pozwólmy zawieść naszym cielesnym zmysłom i dajmy się obezwładnić zdumieniu. Spróbujmy od spojrzenia na ikonę, „która jest widzialnym znakiem niewidzialnie promieniującej obecności”.  

piątek, 17 lutego 2017

Mk 8, 34 – 9, 1

Jezus przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: «Jeśli ktoś chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je…

W mojej prywatnej domowej kaplicy nad ołtarzem umieściłem krzyż, a właściwie dużą ikonę krzyża. Nie ma w tym przedstawieniu jakiegoś ujmującego i wstrząsającego wzrok dramatu cierpienia. „Chrześcijaństwo jest bowiem wielkim wydarzeniem paschalnym czyli religią Zmartwychwstania”(N. Fiodorow). Ikona zawsze pokazuje rzeczywistość przemienioną, wielkanocną- spowitą blaskiem już dokonanego zwycięstwa. Zawsze kiedy spoglądam na ten Krzyż, uświadamiam sobie jaki jestem jeszcze mały, pusty, zaryglowany, wewnętrznie  wystraszony i niespokojny. Często brakuje mi tego spokoju, który wypisuje się na twarzy zmiażdżonego cierpieniem Chrystusa. On potrafił udźwignąć tak wielkie odrzucenie, dokonane przez ludzi, a co najbardziej zadziwiające- nie przestał kochać. Krzyż jest tajemnicą miłości ! Ludzie boją się krzyża, ponieważ upatrują w nim tylko cierpienie i samotną walkę której zwieńczeniem jest ciemność śmierci. Nie rozumiemy sensu krzyża. Nawet dzisiaj wielu potrafi prześmiewczo pytać: Czy odrzucony przez ludzi, ukrzyżowany przestępca ma być największym objawieniem miłości Boga ? Dlaczego śmierć, ból i nieszczęście mają mówić o wielkości ? Paradoksalnie właśnie w taki sposób Bóg wypowiada światu miłość. Kiedy po ludzku coś jest skazane na porażkę, dla Niego jest początkiem przeobrażenia, rehabilitacji, zmartwychwstania, nowego stworzenia... Dlatego Kościół przez wieki śpiewał: Fulget Crucis Mysterium- Niech zajaśnieje misterium Krzyża ! „Stąd mamy przyjąć krzyż, nie jako cierpienie, lecz jako drogę przez cierpienie do szczęścia Boga” (O. Casel). Nie można krzyża wyeliminować z chrześcijańskiego życia, jest on tak mocno przytwierdzony do nas, iż w pewnym momencie staje się czymś nierozerwalnym i przynoszącym poczucie głębokiego sensu. „Krzyż jest drogą człowieka- pisał M. Bierdiajew- ale idzie on jak i cały świat ku Zmartwychwstaniu”. Wielu ludzi nie potrafi wierzyć, kochać, czy dostrzegać wokół siebie dobra- ponieważ ich serca nie zostały podniesione przez naznaczone ranami dłonie Chrystusa. Krzyż „nie jest to znak mityczny, lecz sama istota wiary”- powie o. Danielou. Nie ma w tym stwierdzeniu ludzkiej przesady, jest za to kwintesencja chrześcijańskiej wiary w ogromną moc znaku zbawienia- Drzewa Życia- rozkwitającemu w sercu nieczułego świata. „Drzewo to należy do mnie dla mojego wiecznego zbawienia- powiedział w II wieku Hipolit Rzymski- Jest moim pokarmem, moim pożywieniem; umacniam się w jego korzeniami, rozciągam się na jego konarach, z rozkoszą poddaję się jego tchnieniu… To drzewo, które sięga daleko jak niebo, wstępuje z ziemi w niebiosa”.

czwartek, 16 lutego 2017

Mk 8, 27-33

Jezus udał się ze swoimi uczniami do wiosek pod Cezareą Filipową. W drodze pytał uczniów: «Za kogo uważają Mnie ludzie?» Oni Mu odpowiedzieli: «Za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za jednego z proroków». On ich zapytał: «A wy za kogo Mnie uważacie?» Odpowiedział Mu Piotr: «Ty jesteś Mesjasz»…

W Ewangelii ważne pytania, jak również intensywne wyznania, dokonują się w miejscach trudnych do przewidzenia. Cezarea Filipowa była miejscem zainfekowanym pogaństwem, może dlatego Chrystus, nie chciał do niej wchodzić. Wybrał jakieś mało znane miejsce, gdzie być może z oddali można było oglądać brzeg Jordanu lub otulony pierzyną śniegu szczyt góry Hermon. Miejsce tajemnicze, oddalone od zgiełku niepotrzebnych gapiów, czy wścibskich faryzeuszów. Tam spada na uczniów jedno z najważniejszych pytań: „Za kogo uważają Mnie ludzie ?” Chrystus i uczniowie- wymiana spojrzeń, zaskoczenie i po raz pierwszy wyartykułowanie jednego słowa przychodzi z tak wielką trudnością. Nic się nie zmieniło do dnia dzisiejszego. To pytanie „stygmatyzuje” wspólnotę wierzących do dzisiaj, czyniąc uczniów bardziej transparentnymi i autentycznymi świadkami wiary. Chrześcijanie szczelnie wypełniający świątynie; a przypadkowo zaskoczeni pytaniem o osobistą relację do Chrystusa, reagują ciszą, irytacją, zapowietrzeniem, czy ucieczką. Niby ewangelizowani, a ciągle bojący się konfrontacji z Bogiem-Człowiekiem, wobec którego nie powinno być najmniejszych wątpliwości. Znajdujemy również dzisiaj tysiące pięknych ozdobników opisując Pana w taki sposób jakby był socjologiczny ewenementem swojej epoki. Ale wśród tych wszystkich giętkich superlatyw, brakuje najważniejszego- osobistego wyznania wiary: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Piotr w imieniu dwunastu uznaje bóstwo Jezusowe, ale tak naprawdę wymaga ono wyznania przez każdego wierzącego- nie kolektywnie, w jakiejś paraliżującej wolę euforii tłumu. Trzeba dokonać wyznania indywidualnie, bez oglądania się na kogokolwiek. Bez takiego aktu, chrześcijaństwo będzie tylko czymś powierzchownym- suplementem religijnej tradycji. „Znamy samych siebie tylko przez Jezusa Chrystusa”- napisał Pascal i miał stuprocentową rację. Wyznanie bóstwa Chrystusa jest aktem mojej osobistej wiary, i tylko takie będzie miało twórczy wpływ na kształtowanie życia Kościoła. Tylko w taki sposób „Kościół będzie życiem Boga w ludziach”- w tych którzy Go rozpoznali, uwierzyli i przyjęli.  

środa, 15 lutego 2017

Mk 8, 22-26

Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął. On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: «Czy coś widzisz?» A gdy ten przejrzał, powiedział: «Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa». Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie…

Dla niewidomego z Betsaidy dzień spotkania z Chrystusem jest darem; nawet czymś znacznie więcej- ofiarowanym życiem na nowo. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do sprawności naszego wzroku, że nie jesteśmy wstanie wyobrazić sobie, iż można nie widzieć ludzi i rzeczy wokół nas do których istnienia przywykliśmy. Żyjemy w świecie wszechobecnego obrazu. Już Gombrich pisał: Nasz wiek jest epoką obrazów. Jesteśmy bombardowani obrazami od rana do wieczora. Otwierając gazetę przy śniadaniu, widzimy w dziale aktualności fotografię mężczyzn i kobiet, a kiedy unosimy wzrok znad dziennika, nasze spojrzenie trafia na obrazki na płatkach śniadaniowych. Przychodzi poczta i z każdej koperty wyjmujemy foldery przedstawiające zachwycające pejzaże, opalające dziewczęta zachęcające do wakacyjnej wyprawy, bądź folder ukazujący elegancki garnitur- kuszący by go przymierzyć. Kiedy wyjdziemy z domu, przechodzimy obok billboardów, starających się zatrzymać nasze spojrzenie i wzbudzić ochotę na papierosa, łyk napoju lub coś do zjedzenia.” Nasze spojrzenie jest zawłaszczone przez rozdygotany świat rzeczy. Czasami jest dobrze na chwile utracić wzrok. Poczuć się wolnym od tych krępujących spojrzenie bodźców i być choć raz zdezorientowanym. Mój znajomy miał poważne problemy ze wzrokiem. Po usilnych błaganiach żony wybrał się do specjalisty i ten stwierdził, że ma poważne schorzenie wzroku- co w konsekwencji może prowadzić do ślepoty. Po miesiącu przeszedł operację na jaskrę i po zdjęciu bandaży, ku własnemu zaskoczeniu, zobaczył świat w innych kolorach i kształtach. Kiedy się z nim spotkałem to stwierdził, iż teraz rozumie, co miałem na myśli kiedy próbowałem mu cierpliwie opowiadać o pełnym intensywności barw i przeżyć malarstwie impresjonistycznym. Miał rację Chrystus, kiedy mówił, że „światłem ciała jest oko”. Możemy doświadczać tak ogromnej ferii barw w świecie który nas otacza, ale jeśli nie posiadasz wzroku, wszystkie twoje członki zostają jakby przesycone ciemnością i poczuciem bezsensu. Wzrok również może być narażony na niebezpieczeństwo; bezwiednie zagarniający każdy kontur, kształt, obraz… asymilując dobro i zło. Trzeba ogromnej dyscypliny spojrzenia- oczu otwartych na zbawienie. Na stu ludzi doskonale widzących, tak naprawdę tylko kilku potrafi widzieć znacznie dalej i głębiej. Widzi dalej, niż czubek własnego nosa. Miał rację francuski pisarz i lotnik Exupery: „Nieważne jest w moich oczach, czy człowiek będzie mniej czy więcej posiadał. Ważne, jest, czy będzie mniej czy bardziej człowiekiem”.