środa, 29 kwietnia 2026

 

Chciałbym w tym tekście podjąć temat niezwykle delikatny i przysparzający być może mi krytyków, a zarazem dojrzewający we mnie od dłuższego czasu. Myślę tu o dylematach i dramatach mężczyzn. To pokłosie doświadczeń, refleksji, rozmów i spotkań z mężczyznami poranionymi przez płeć silniejszą – kobietę towarzyszkę – próbując odwrócić tym samym kalki, stereotypy i utrwalone powszechnie przekonania, że to mężczyźni krzywdzą, będąc uważani za sprawców przemocy tak psychicznej jak i fizycznej. „Bóg stworzył człowieka i znajdując go wyraźnie samotnego, dał mu towarzyszkę, by lepiej odczuwał samotność”(P. Valéry). Istnieje niezauważalna i milcząca przestrzeń dramatu mężczyzn prześladowanych przez Erynie, będących niezawinionymi ofiarami tych „delikatnych”, „wrażliwych”, „współczujących”, „czułych” i „łaknących miłości kobiet” o których nikt z zewnątrz nawet nie pomyśli, że są mistyfikatorkami i dewastatorkami świata mężczyzny, który każdego dnia doznając bólu, zwija się niczym poczwarki owadów w kokon. Niewiasta sięgająca po owoc autonomii – Gorgona sprowadzająca nerwicę, depresję, cierpienie, guzy nowotworowe od spiętrzonego stresu, aż po pocałunek śmierci. Na jednym z internetowych forów przeczytałem: „W skali roku cztery tysiące mężczyzn popełnia samobójstwo. W Polsce wychodzi jedenaście samobójstw dziennie. O czym my mówimy, systemowa hekatomba na mężczyznach, a o tym cisza w mediach.” Samobójstwo z powodu utraty domu przez kobietę po rozwodzie i alienację dziecka. W ciśnieniu zbiorowej świadomości, proklamowanej przez media i utrwalanej przez poradnie psychologiczne, to mężczyzna jawi się jako źródło zła, zniewolenia, siły wymierzonej w kruchą kobietę za której plecami chronią się niczego winne i bezbronne dzieci. Ten mit eksploduje pod naporem danych z których jasno wynika, iż jest coraz więcej mężczyzn którym świat sypie się na głowę pod naporem cynicznych, wyrachowanych i obliczonych na zysk działań kobiet. Istot z premedytacją eliminujących mężczyzn i niszczących ich krok po kroku, wykorzystując do tego instrumenty prawa i instytucje, potrafiąc z premedytacją i zimną kalkulacją z mężczyzny zdrowego na umyśle, uczciwego, kochającego męża i ojca, uczynić przestępcę, czy niewolnika który na skraju bezdomności musi zapewnić finansowy byt kobiecie, która to koniec końców okazuje się zręczną mistyfikatorką. „Miłość zostaje sprofanowana zanim jeszcze udało się odkryć, czym była”(P. Evdokimov). Pamiętam jak wiele lat temu w rozmowie niezwykle szczerej, pewien mężczyzna wyznał mi, że jest ofiarą przemocy swojej żony. Cicha i spokojna, przykładna matka i skuteczna pracowniczka firmy, zakładając maski – okazała się femme fatale- inteligentną, przebiegłą i wyrafinowaną sadystką. Każdego dnia niszczyła i gasiła go jak papieros w popielniczce. Poniżała przed dziećmi i szantażowała. Z obawy przed wybiciem tego szamba na zewnątrz, założyła mu niebieską kartę (narzędzie niezależnych i przedsiębiorczych kobiet) i docisnęła go do końca w majestacie prawa i biurokracji, stojącej zawsze po jednej ze stron. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że ten mężczyzna targnął na swoje życie. Odcięty od miłości dzieci i pozbawiony środków do życia, wybrał najbardziej tragiczną drogę rozwiązania tej sprawy. Deptany latami nie wytrzymał presji i lęku przed wyjściem z tego impasu. Spotkałem wielu bezdomnych, wyrzuconych za drzwi, ograbionych z godności z nalepką na czole alkoholik, niczym trędowaty od którego trzeba uciekać. Znam mężczyznę, którego notorycznie kobieta poniewiera przezywając od nieudaczników. Bije go dłonią po potwarzy, wykazując przy tym irracjonalną przyjemność z zadawanego mu bólu. Żyje w labiryncie i moczy się w środku nocy na myśl o kolejnym dniu partnerskiej gehenny. To tylko klika kadrów które podsuwa mi w tym momencie pamięć, a są ich dziesiątki. Na początku XX wieku potrzeba równości popychała kobietę do współzawodnictwa z mężczyzną, dogonienia i dorównania mu w wielu przestrzeniach codziennej egzystencji. Kobieta – „wezwanie bytu” – wdrapuje się po drabinie kariery wykorzystując ku temu wszystkie swoje atrybucje i zdolności intelektu, wyprzedzając mężczyznę i redukując go do jej doraźnych zachcianek i namiętności – bankomatu i egoistycznie przeżywanej seksualności. „Gdy człowiek spada z poziomu człowieczeństwa, nigdy nie staje się zwierzęcy – staje się demoniczny”- twierdził Hamvas. Z nudów bierze co chce i nic nie daje w zamian, będąc reżyserką życia w imię proklamowanej wolności i niezależności. Na progu tej przepastnej wolności stoi on, zaciśnięty w kleszczach i doznający zadyszki na myśl o powrocie do domu. Dlaczego nie widzimy płaczących i połamanych mężczyzn ? Ponieważ ich ból jest niewidoczny, wstydliwie skrywany w miejscach zaciemnionych, wyznawany jedynie na spowiedzi i bojący się ośmieszenia w społeczeństwie prężącym muskuły i obwieszczającym na każdym kroku prymat inteligencji, sprytu, siły i władzy. Czy widzieliście jakiś pomnik wystawiony mężczyźnie i ojcu, afirmujący jego miłość i oddanie ? Odpowiem:  Nie ! Istnieją tylko rzeźby szlachetnych kobiet które odpierając gwałt tego świata, odznaczyły się odwagą i rezygnacją z siebie w imię epickich idei. Z każdego sądu mężczyzna wychodzi z bagażem połajań i zobowiązań, niewysłuchany i pokopany jak pies. „Algorytm sądowy niemal automatycznie przyznaje dom, dzieci i alimenty jednej stronie. Zjawisko to określa się terminem „inflacji pojęcia przemocy”… Rozwód przestał być tylko dramatem emocjonalnym. Stał się najskuteczniejszą strategią inwestycyjną…” Mężczyzna zostaje wyrzucony z domu który przez lata budował, tracił dla rodziny siły i zdrowie. Jakże często wydzierając swoje serce dla dzieci, będąc gotowym zrobić dla nich wszystko. Skomli o miłość którą zagarnęła ona, oświetlona fleszami, z pakietem przywilejów i profitów. Matka Polka z dzieckiem przy piersi, paradygmat wryty w pamięć i uczucia, jak z ckliwych pasteli Wyspiańskiego. W kręgu tych mitów orbitujemy, kupując je za dobrą monetę i będąc przekonanymi, że świat jest taki monochromatyczny, a mężczyzna – „właściciel kobiety” stoi twardo w jego centrum - rozdając karty i kreśląc przyszłość po swojemu nadwyrężoną od nieróbstwa ręką. To dobrze sprzedający się fałsz, mający na celu zatuszowanie rzeczywistości która niczym wahadło zatrzymane natychmiast i celowo,  przechyla się w jedno miejsce. Na jednej ze stron kancelarii, młoda adwokat szczyci się ilością wygranych spraw rozwodowych. Scenografia pełna patosu, zachęcająca kolejnych klientów którzy już spakowali torby i wypchali portfel, strzelili focha i zatrzasnęli bezpowrotnie drzwi mieszkania. Wypadkowa chorobliwej tendencji, której wtóruje banda moralnych idiotów, niezdolnych do głębszej refleksji i przyklaskującej lepkiej na trzos palestrze, żerującej na wspólnocie osób, które wedle teologicznej definicji, winny być jednym ciałem – na dobre i złe. Uzasadnieniu tego świetlanego pasma sukcesów towarzyszy wklejenie filmu Smarzowskiego pt. Dobry dom, podprogowo i w sumie docelowo objaśniającego kto jest zły, a kto dobry na planszy życia. Mężczyzna staje się tragiczną wypadkową losu kobiety, widmowo uciekającej od ocalenia miłości, małżeństwa i rodziny. Mam świadomość że ten tekst powiał chłodem, ale musiał ujrzeć światło dzienne. Mężczyźni znani z przechwałek i uśmieszków, skrywają liczne i uwierające tajemnice, odbierające im jakże często sen i sens życia. Wydani niesprawiedliwym sądom, pozbawieni godności, rzuceni na pożarcie bezlitosnego systemu prawa – toną w ściekach sfabrykowanych kłamstw, wyciągając odruchowo dłonie i uczepiając się czegokolwiek – jakieś dryfującej deski ratunku. Dedykuję wam te przemyślenia, być może podnosząc was na duchu i dając wątłą nadzieję na blask prawdy, pośrodku gnieżdżącej się ciemności i strachu. Pragnę podziękować również tym wspaniałym kobietom, opiekunkom piękna i miłości, żonom potrafiącym podejmować trudne dialogi, umierać dla egoizmu i spoglądać na Krzyż Chrystusa w chwilach próby. Kobieta – połowa duszy i pomoc, cerująca każdego dnia tkaninę wierności. Twórczo wypełniająca świat swoją istotą i promieniującą obecnością, będąc wedle określenia św. Pawła „Chwałą mężczyzny.”

 

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

 

W świecie którym przyszło nam żyć jest tak wiele zmiennych sytuacji i wydarzeń, iż trudno prorokować o kształcie następnego dnia. „Po co iść tropem tego, co już się skończyło”- pyta w Mistrzu i Małgorzacie Bułhakow. Rzeczywistość rozpięta na osi dwóch imperializmów i dwóch podstarzałych, labilnych przywódców z zapalnikiem nuklearnym w dłoni, nie wróży nic dobrego – stając się źródłem dojmującego niepokoju. „Nieograniczona władza w ręku ograniczonych ludzi prowadzi do wybuchu okrucieństwa”(A. Sołżenicyn). Zimna wojna tak naprawdę się nigdy nie zakończyła, przybierając różnej maści mistyfikacje i znieczulenia, odwracając uwagę patrzących od sedna narastających i ukrytych pod powierzchnią problemów. Ambicja wymieszana z szaleństwem o rząd nad światem i eksploracje jego dóbr w sposób nieograniczony jest tym rodzajem szaleństwa które leczy się doraźnie i ryzykowanie. Zawsze znajdzie wariat który w imię rozhuśtanego ego, będzie chciał strawić świat w płomieniach, uprzedzając tym samym najbardziej mroczny – quasi apokaliptyczny scenariusz końca. Civitas diaboli utkane z pozorów i bezszelestnie wypluwające z siebie okruchy dobra. Choć z pozoru żyje się i oddycha spokojnie, to z tyłu głowy kłębią się myśli o kształt jutra, konstruowanego słowami i poczynaniami polityków, których działania jakże często nie skupiają się na dobru ludzkości lecz wymiernym interesom uprzywilejowanej jednostki lub grupy zaciskającej pętlę władzy i przywilejów, modelującej rzeczywistość podłóg własnego widzimisię. Trzeba być naiwnym wierząc młócącym o pokoju ustom którzy napierając na szkło kamery próbują wypaść lepiej i utrzymać korzystną dla siebie pozycję politycznego poparcia. Pogarda dla ludzkich problemów, nieszczęść, życiowych dramatów jest tak dostrzegalna, że człowiek się wewnętrznie kotłuje i krzyczy, choć ma przeświadczenie że nikt tego nie usłyszy. Im bardziej woła się o pokój, tym silniej trzeba się zbroić – błędne koło – pozycjonujące człowieka w stanie napięcia i cieniu zbliżającej się katastrofy. Powyżej umieściłem poruszającą pracę niemieckiej artystki Käthe Kollwitz pod znamiennym tytułem Nasion nie należy mielić. To praca nad wyraz antywojenna i ciągle aktualna, próbując uchronić młode pokolenie przed absurdem i okropnościami wojny. Zapora macierzyńskiej miłości przed złem, które odbiera resztki człowieczeństwa; tragiczne fatum wojny, wyszarpuje i przerywa szczęście dzieciństwa. Przecięta pępowina, rozdarty płaszcz matczynej opieki, wydarcie z domu i gwałt na rodzicielskiej i synowskiej miłości. Odbieranie życia innym i zarazem wola przetrwania w chaosie śmierci jest doświadczeniem na wskroś piekielnym i silnie stygmatyzującym historię każdej jednostki. Po tym już nic pozostaje takie jakie było. Wszystko wokół staje się inne, skarłowaciałe i moralnie upośledzone. Zbombardowane miasta, przerwane życia, zmasakrowane ciała wydane w ręce obcych i zbiorowych dołów. Bydlęce wagony, duszący fetor fekaliów i swędzącego ciało brudu, głód, kradzieże, to jedynie sekwencja kadrów powracających raz jeszcze, kiedy wystrzeli się pierwszą kulę z karabinu, czy naruszy spokój i intymność czyjegoś domu. Zawłaszczenie terytorium i człowieka, rozpoczyna się od wyniesienia telewizora i mikrofalówki, czy zdjęcia obrazu ze ściany. Kto rzetelnie na Ukrainie policzył straty: zamordowanych cywili, zgwałconych kobiet, okaleczonych i wywiezionych gdzieś tam na obcą ziemię dzieci, starców wywleczonych na pola i pozostawionych sobie ? Tchórzostwem jest rozprawianie o pieniądzach włożonych w wojnę, kiedy przestało się wspominać i opłakiwać umarłych, prześladowanych – których życie zdeptano natychmiast bez zbędnych formalności i tłumaczeń. Pieniądze których jest ciągle niewystarczająco, wchłaniają się w kieszenie nadętych i skorumpowanych oligarchów, które uszczuplone, finalnie wychodzą jako ochłapy dobroci, rzucone zrozpaczonym i bezsilnym ofiarom konfliktu. Nie akceptuję tego stanu rzeczy i bulwersuję się na takie widmo niesprawiedliwości. Zgadzam się z Tarkowskim, że „koniec cywilizacji może nastąpić, zanim spadnie pierwsza bomba atomowa. Stanie się to z chwilą, kiedy umrze ostatni człowiek, który wierzy w Boga: bez wiary w nieśmiertelność duszy – to już koniec, śmierć, cywilizacja zwierząt.” Myślę, że Rosja może zakończyć tę wojnę, ponieważ ma ogromne siły duchowe – sumienie - którego nie potrafi zrozumieć egoistyczny i skupiony na sobie świat zachodu. To jakieś trudne do pojęcia starcie cywilizacji na peryferiach których działają wrogie siły, podsycające militarny klincz i ciągle rozdrapujące zabliźniające się rany. „Możemy zrozumieć się nawzajem – pisał Hesse – lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam.” Trzeba uważnie wsłuchać się w głos dwóch stron i z właściwym ciężarem odpowiedzialności poszukać drogi wyjścia z tego impasu. Pragnienie pokoju zawsze przechodzi przez granicę serca człowieka. Prawosławie budząc sumienia, ciągle przypomina, iż kochać bliźniego w jego grzechu to najtrudniejsza sprawa !

 

niedziela, 26 kwietnia 2026

 

Niedziela Świętych Niewiast niosących wonności. Zobaczyć i uwierzyć ! Trwamy w radości zmartwychwstania Pańskiego, a lektura fragmentów Ewangelii umacnia naszą pewność, że On żyje ! Kobiety przepełnione wiarą w obecność żywego Chrystusa stają się pierwszymi apostołkami- głosicielami radosnej nowiny. Przedstawia to sugestywnie ikona Niewiasty u grobu lub inaczej Nosicielki mirry obrazują scenę ewangeliczną, wzmacniając paschalny przekaz spotkania ze Zmartwychwstalym Panem. Kościół przeniknięty blaskiem poranka wielkanocnego podejmie to pełne duchowej eksplozji przesłanie: „Pascha piękna, Pascha, Pascha Pańska ! Pascha najczcigodniejsza nam zajaśniała ! Pascha, radośnie obejmijmy jeden drugiego... Bowiem dzisiaj z grobu, jak z pałacu, zajaśniał Chrystus. Niewiasty radością napełnił, mówiąc: „Głoście apostołom !” Pan zostawia niewiastom dwa kluczowe słowa przesłania: radość i proklamacja. Pascha jest „wybuchem radości... Jest to eksplozja kosmicznej radości wywołanej triumfem życia po wszechogarniającym żalu po śmierci- śmierci, którą Pan życia musiał przecierpieć, kiedy stał się człowiekiem...” (D. Staniloae). Ale nawet dzisiaj – podobnie jak dwa tysiące lat temu, radość z bliskości Żyjącego, może zostać przesłonięta kłamstwem, niedowierzaniem, sceptycyzmem, pogardą, a nawet ideologiczną przemocą. Tak jak niegdyś faryzeusze próbowali sfabrykować i zaciemnić fakt nieobecności Chrystusa w zapieczętowanym, tak również i dzisiaj nie brakuje ludzi których oczy spowite są niepoznaniem, ciemnością i przekupstwem. Świat chciałby uczynić z Kościoła socjologicznie poprawną dystrybucję dóbr, ale bez opowiadania o Bogu. „Pozbawcie chrześcijaństwo tej paschalnej radości, zabierzcie mu Paschę – pisał A. Schmemann- i co pozostanie ? Pozostanie dręczące wspomnienie o dziwnym Nauczycielu, pozostaną Jego słowa o miłości i pokorze, pozostanie smutna historia jeszcze jednego tragicznego niepowodzenia. Pozostanie cyniczna myśl: Co może to kazanie miłości i braterstwa w świecie, gdzie mimo wszystko triumfują piłaci, judasze, faryzeusze i naczelnicy, gdzie wszystko zbudowane jest na sile, na strachu, na przymusie ? I prawdę mówiąc właśnie to chcą udowodnić od niepamiętnych czasów wszyscy wrogowie Chrystusa i chrześcijaństwa.” Pomimo tych ludzkich sprzeciwów, naigrywania się i perfidnego śmiechu zwątpienia, radość detonuje twardą skamielinę wielopokoleniowej krótkowzroczności. My jesteśmy świadkami Jego Zmartwychwstania. Nie pozwólmy żeby ktoś nam zamknął usta, aby prawda o największym cudzie została zagłuszona pomrukiem bezbożności. Największą bronią chrześcijaństwa jest odważna wiara i życie w „stanie szczęśliwości paschalnej.”  

 

 

 

środa, 22 kwietnia 2026

 

Doświadczenie ostatnich dni jest dla mnie niezwykle trudne. Ma trochę racji Calvino mówiąc że „są tacy którzy skazują się na nudę przeciętnego życia, bo spotkał ich cios lub nieszczęście; ale są też tacy, którzy czynią to, bo mieli więcej szczęścia, niż mogli udźwignąć.” Piętrzące się wyzwania, naglące terminy i realizacje które już wiem, nie będą na czas. Wszystkiemu towarzyszy gorączkowe napięcie i przeciekanie czasu którego upływ jest niemożliwy do zatrzymania. „Wszystkie rzeczy rozpuszczają się w czasie”- twierdził poczciwy fantasta Lem. Presja tego, co zewnętrzne, uporczywe i nachalnie o sobie przypominające, wyzwala we mnie chęć ucieczki na peryferia – samotnię w której będę tylko ze sobą samym. Nic nie poradzę na to, iż mam naturę mnicha mogącego wlepiać godzinami wzrok w samotne drzewo, stojące na rozstaju dróg i dostrzec w jego rozczapierzonych gałęziach prawdę o innym z drzew które udźwignęło na sobie ciało cierpiącej Miłości. Uspokaja mnie natura w pełnym rozkwicie swych witalnych form – wielka „katedra piękna” – przez którą dotyka się horyzontów innego wymiaru świata. Zapach przyrody to jedna z odmian powabnej komunikacji. Alfabet który rozczyta bez problemu raczkujące dziecko. Obok tego błogosławieństwa drzew, tafli wody, kwiatów i pląsów ptaków, sztuka daje mi wytchnienie i wstrząsa mną tak intensywnie: oglądana, przeżywana, skrupulatnie trawiona w oku, buzująca na skraju umysłu, transcendująca banalną szarość zastygłej w przyzwyczajeniach egzystencji i towarzyszących jej konfliktów i pęknięć. Spontanicznie wyciągnięty album malarstwa z opasłej biblioteczki, utkwienie wzroku na fragmencie do tej pory niezauważonym, powątpiewanie i ostatecznie radość, która towarzyszy człowiekowi tęsknoty lub odkrywcy nieopisanych dotąd lądów. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłbym nie wierzyć w Boga. To za mało sprowadzić prawdę o Nim, jedynie do szlachetnych dywagacji filozoficznych, będących czymś na kształt dobrze wyćwiczonego warsztatu intelektualisty - wykarmionego mądrością Biblii i pochłoniętymi setkami dzieł teologów, czy ukształtowanego przez rodzinny dom zatrzymanego w kadrze wspomnienia - podglądając oczyma dziecka rodziców zginających kolana i przedkładających Obecności najbardziej drobiazgowe sprawy własnego i niekiedy cudzego życia. To wyznanie człowieka który na co dzień mierzy się z duchową przeciętnością otaczających go ludzi i dziwi się ich brakowi wyobraźni, obojętności, czy zakorzenienia w czymś naprawdę ważnym – więcej zbawczym. Mozolna konfrontacja z marazmem duszy postępującym tak okrutnie, że strach pomyśleć o przyszłości i amplitudzie wrażliwości istot patrzących na ten sam horyzont krajobrazu, na którego widok pokolenia wiek wcześniej, doznawały poruszenia tak dogłębnie, że pchało ich w przestrzenie religii, a tym samym ku spotkaniu Misterium i Sacrum. Odbieram świat emocjonalnie, ale nigdy bez związku z Tym, który tchnął w niego pierwiastek życia, nasienie i zarys kształtu z którego objawiło się coś zupełnie nowego i intrygującego poznawczo. To ważkie myśli w kontekście rozlicznych inicjatyw ogłupionych ekoaktywistów, wieszczących planecie nadejście Armagedonu. Mój osiemdziesięcioletni wujek którego dwa dni temu odwiedziłem w domu na wsi, wyznał mi swój sen. Widział mnie w nim jak zbieram z pod drzew jabłka. To uszczęśliwiająca wizja ! Jestem spokojny o kształt jutra i życie którego siewki dokonuje ciągle rozrzutna w miłości dłoń Boga.

niedziela, 19 kwietnia 2026

 

Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym (J 20, 27).

Na zewnątrz było słychać tylko szelest wiatru i ruch drzew w których kłębiły się nad wyraz krzykliwe ptaki. Mury Wieczernika przenikał strach i niepewność. Poczucie osierocenia i brak perspektyw rysował się na twarzach mężczyzn zdruzgotanych zwątpieniem, ucieczką, a nade wszystko sparaliżowanych okropnością śmierci Mistrza. Zawiedli ! Nakarmieni strachem i zabarykadowani przed zewnętrznością, trwali w kokonie własnych obaw. Oni żyli, ale tak naprawdę w środku byli umarli i dogłębnie zawstydzeni. W jednej chwili mury Wieczernika spowitego milczącym wstydem, naznacza Obecność. Przez małe świetliki wyprute w ścianach pomieszczenia wchodzą strugi światła, wyłaniające sylwetkę kogoś tak dobrze znajomego. Powietrze przeniknięte zapachem eterycznych olejków wiruje i zawłaszcza zmysł powonienia. Skazany i Zabity, Milczący i Oddalony – żyje. Tej sceny nie sposób odmalować słowem, ona bowiem obezwładnia pióro i pędzel artysty. Podpierający ściany uczniowie zerwali się gwałtownie z mat i stanęli w postawie wyprostowanej. Byli onieśmieleni – takimi ich pragnę widzieć – spolegliwi wobec zaskakującej ich realności Mistrza. Nie mieli odwagi o nic pytać, jedynie chłonęli wzrokiem Tego, którego moment temu zamykał grób i szczelnie osadzony kamień. Pieczęcie zostały zerwane, a fałszywe pogłoski opłaconych żołnierzy rozeszły się błyskawicznie, wypełniając powietrze gwarnych uliczek Jerozolimy. Pomimo tego kompromitującego historię kłamstwa, Prawda przeniknęła ludzki wzrok, sięgając Otchłani i tych napotkanych na drodze kobiet. Niebo już było uobecnione w sercach uczniów, którzy zobaczyli Mistrza i rozproszyły się momentalnie ich obawy, wątpliwości i lęki. Była to wiosna której zapach i rozkwit onieśmielał prostych mężczyzn pochwyconych jakby wczoraj nad brzegiem jeziora lub spowitej mrokiem i krępującym zapachem nieprawości komory celnej lub obskurnego szynku. Postacie z fryzu miłości: siłujące się z sieciami szczelnie wypełnionymi cudownym połowem ryb; onieśmielone wezwaniem i skierowanym tak wprost w duszę uniesieniem stwarzającej dłoni; wydobycie z dołu grzechu. Wszystko uczynione w dialogu, nawet tym który przeszywał chłód nocy i pytanie o możliwość powtórnych narodzin. Każdy z nich utrwalił w pamięci moment osobistego powołania – tego gwałtownego i dobierającego słowom siłę poruszenia – rzeźbiącego od zaraz ucznia, posłanego, świadka, proroka, charyzmatyka, kapłana, powiernika najbardziej skrytych tajemnic wieczności. Milczenie i pokój wznosiły się niczym hymn. Przecięcie teraźniejszości i przyszłości za sprawą Tego,
z którego dłoni, stóp i boku wydobywa się światło wiary – odbierające pewności rozumu władzę nad czymkolwiek. Świdrujące spojrzenie Chrystusa, stwarzające na nowo i przywracające pewność, pośród cierpkiego zrezygnowania. Gwoździe wyżłobiły tak wyraziste ślady, które pozostaną uwiarygadniając pozaczasowość ofiary na Golgocie. „Nosi w sobie ślady ran, zadanych podczas ukrzyżowania. Dzięki temu przyszłe pokolenia dowiedzą się, że Jezus został ukrzyżowany i przebity w bok z miłości do niewolników. Teraz może przedstawić rany, zapisane w Jego ludzkiej słabości, jako ozdobę króla”(Mikołaj Kabasilas). Jeden z nich nie był obecny. Tomasz racjonalista ! „O Tobie mówi moje serce: „Szukaj Jego Oblicza”(Ps 27,8). Szamotanina myśli i skaza zawiedzionych zmysłów. Suche powietrze wniknęło w jego uszy i oczy, chciał zapłakać ale nie potrafił. Rozgoryczony wyczekiwał, a rozum podsuwał tak wiele wyobrażeń. Jak nieskończony jest świt oczekiwania na ? Natychmiastowy krok ku Niemu i palec sondujący głębokość rany. Perspektywa cielesności którą Bóg oddaje na chwilę stworzeniu. Podekscytowana ciekawość Tomasza nie odbiera zmartwychwstaniu Chrystusa apofatyczności. „Patrz na Ukrzyżowanego ! Złączony z Nim stajesz się wszechobecny, jak On sam” – powie Edyta Stein na krótko przed męczeńską śmiercią w Auschwitz. To jedynie potwierdzenie poznania, które musi przeniknąć od zmysłów do wnętrza. Dotyku uzasadniającego pewność wzroku i precedensu wątpliwości tak intensywnie karmiących wiarę przez wieki. Od tej pory Tomasz przebudzony choćby w środku nocy, będzie wiedział że przy nim jest On – Ukrzyżowany i Zmartwychwstały – „Pan mój i Bóg mój.” My dzisiaj również chcemy zaświadczyć o Jego obecności. W liturgii bizantyjskiej pojawia się wezwanie: „Chrystus jest wśród nas” – przenika ciało wspólnoty której usta rozchylają się, aby przyjąć Ciało Żyjącego: „Jezus Chrystus wczoraj i dziś, ten sam na wieki”(Hbr 13,8).

środa, 15 kwietnia 2026

 

Człowiek to suma drobnych natchnień i radości, eterycznie uwolnionych w przestrzeni rozleniwionego życia. Nieuniknione wahania na linii czasu, gnającego bezpowrotnie i pozostawiającego zmarszczki. Chciałbym być posłuszny myślom kotłującym się obficie w głowie, które uwalniając na zewnątrz, mogą mnie przygnieść, onieśmielić, wstrząsnąć, a nawet przerazić. Wolę intensywnie rozmyślać, niż wchodzić do cyberprzestrzeni „labiryntu” w poszukiwaniu wszystkiego, a zarazem niczego. Odczuwam jakąś uwierającą nieufność wobec Internetu i przesiewanych w nim informacji o świecie, polityce, religii, czy zdobyczach nauki i techniki. Rzeczywistość wykreowana przez sztuczną inteligencję to nowy gatunek chimer które skutecznie ogłupiają i pozbawiają trzeźwości myślenia i postrzegania. „Smutne w sztucznej inteligencji jest to, że brakuje jej sztuczności, a więc inteligencji”(J. Baudrillard). Dramatycznym wydaje się fakt, że wielu ludzi nie potrafi już się obejść bez telefonu czy komputera. Zakładnicy coraz to nowych i udoskonalanych technologii, co na kształt miniaturowego więzienia, pozbawionego prawa amnestii. Zdają się być zastygli i przyssani do ekranu w którym ciągle coś miga, zmienia się, stymuluje zmysły do granic nadwyrężenia- przenikniętego przez pustkę, rozproszenie i dojmujące poczucie osamotnienia. „Dzięki łatwości tworzenia, manipulowania i rozpowszechniania obrazów, a także przez nadaną im istotność, nowe media ustanowiły świat wirtualny paralelny do świata realnego, zyskujący większą władzę niż ten ostatni”- pisał J. C. Larchet w książce Chorzy od nowych mediów. Urojone przystanie szczęścia szturmowane przez anonimowy tłum gapiów, podglądaczy, cenzorów i narcyzów. Obawiam się o jutro w którym nie spotkam człowieka którego ręce będą wolne, oczy szeroko otwarte, usta przysposobione do wymiany kilku życzliwych fraz. Mętnieje mój optymizm pod naporem spostrzeżeń i obserwacji młodych ludzi, których jakby ktoś na niewidzialnej dla oka smyczy - trzymał na uwięzi - rozdrabniając na kawałki wolność której frazesami są wypchane ich usta. Życie musi być przeżyte realnie, przeniknięte namacalnością spotkań, słów i westchnień, rzeźbiących duszę istoty, zdolnej przekraczać siebie i niebezpieczeństwa które kiełkują pod warstwą przecieranego szlaku. Zerwać z twarzy blagierską maskę kogoś, kto uważa się za nowoczesnego i poinformowanego o każdym odruchu zewnętrzności. Marnotrawi swój cenny czas na ślęczenie przed ekranem, będąc przekonanym jak pierwsi rodzice po spożyciu owocu z zakazanego drzewa, że będą jak Bóg. Być może należy zacząć posługiwać się jak sugerował Platon „jakimś zmysłem innym od zmysłów ciała.” Wzrokiem duszy wypatrującej miłośnie świtu. Na progu Apokalipsy dobrze jest stać twardo na ziemi i być wylogowanym !

niedziela, 12 kwietnia 2026

 


Wzeszło na horyzoncie Słońce Nieśmiertelności; Jego blask uświęca oczy niedowiarków i budzi zmarłych na cmentarzach świata. „Oto dzień, który Pan uczynił. Jakże inny od tych dni, które się zaczęły wraz z początkiem świata i które odmierzamy biegiem czasu. Dzień Pana jest początkiem nowego stworzenia...” (św. Grzegorz z Nyssy). Wydarzenie Zmartwychwstania Chrystusa jest sercem całej teologii, liturgicznego uniesienia, piękna utrwalonego w sztuce, energii życia poruszającej ciało- Kościół otulony światłem rezurekcyjnego poranka. „Święto świąt i uroczystość nad uroczystościami.” To przyjęcie przez każdego wierzącego paschalnej radości, którą w całej głębi oddają słowa podniosłej antyfony: Christos anesti ek nekron... wyraża się w nich epicentrum radości całego stworzenia od nadmiaru życia i łaski. Tej podniosłej chwili nic i nikt, nie jest wstanie zdyskredytować lub w jakikolwiek sposób pomniejszyć. „Zmartwychwstanie- pisze N. Chatzinikolaou – przeobraziło krzyż i śmierć Chrystusa w symbol zwycięstwa i życia. Ale nie tylko dla Niego, lecz także dla nas. Chrystus nie zmartwychwstał po to, aby zmusić nas do uznania Jego boskości, ale żeby dać nam życie wieczne.” Jego zmartwychwstanie jest zapowiedzią naszego powstania martwych i zniszczenia zamykającej ciało grobowej płyty. „Zmienia się porządek rzeczy: grób pochłania śmierć, a nie zmarłego, dom śmierci staje się mieszkaniem życia” (św. Piotr Chryzolog). Jesteśmy poderwani w przypływie radości i niewzruszonej wiary do oznajmienia światu najpiękniejszego i najpotężniejszego przesłania wiary: Chrystus żyje, a śmierć traci swoją moc zniszczenia. Trzeba z głęboką wiarą kontemplować to Święto Życia; otwiera się ono bowiem dla tych, których oczy i serca są przemienione. „Zmartwychwstanie nie narzuca się- pisał O. Clement- Nie ukazuje się władcom tego świata, objawia się tylko tym, którzy przyjmują Go w wierze i miłości. To nie Zmartwychwstanie wzbudza wiarę, to wiara pozwala przejawić się Zmartwychwstaniu. Jezus woła nas delikatnie, jak zawołał Marię Magdalenę - a ona dopiero wtedy obróciła się, jej serce się poruszyło, rozpoznało Go.” Kościół jest ciągle w drodze na której spotyka Żyjącego, który zachował znaki swojej męki. Kroczy zwycięski rozpromieniając ludzkie przygnębione twarze; czyniąc je świetlistymi. W tym szczególnym dniu- pełnym łaski, pragnę złożyć wszystkim szczere życzenia. Przede wszystkim odwagi wiary i wychylenia ku cudownemu światu Boga. Pozdrawiam wszystkich ludzi dobrej woli słowami św. Serafina z Sarowa: „Chrystus Zmartwychwstał radości moja !”