Gdybym tylko mógł
spowolnić czas. Lepiszczem zaklajstrować szczeliny przez które przecieka i
znajduje ujście ku śmierci. Łudzę się, że zostało mi jeszcze trochę życia, że
zdążę na czas opisać słowami to, co łapczywie rejestrują moje oczy i dotykają
dłonie. Pisarz jest opowiadaczem historii – najpierw swojej, a następnie tych
innych – przedłożonej trochę na kształt mitu o uniwersalnym przesłaniu dla
wszystkich, którzy zapragną stać się jego częścią. „Piszę, żeby się
przeglądać”- twierdził Michaux. Śniło mi się, że mam nowotwór mózgu i gasnę
niczym roślina pozbawiony światła i wody. Tracę trzeźwość zmysłów. Oczy
przestają wiedzieć a uszy stają się częścią kosmicznego milczenia odległych
planet. Z powodu nacisku guza na mózg, nie mogę
poruszyć dłonią ani palcami, a głowa staje się wielką dynią czekającą na
zgnicie i eksplozję od środka. To paskudna fabuła, odstręczająca skutecznie
czytelnika, obniżająca amplitudę życiowych motywacji i aspiracji do zrobienia
czegokolwiek. Jeżeli ktoś w tym miejscu przestanie mnie czytać zrozumiem i nie
będę się gniewał. „Słowa są naszymi pierwszymi nauczycielami śmierci. Pierwszym
sygnałem rozdzielności między ciałami i ich nazwami”- spostrzegł w Fizyce smutku Gospodinow. Jako
pięcioletni chłopiec będąc z wizytą u przyjaciół moich rodziców, otworzyłem
drzwi do piwnicy ich nowo wybudowanego domu i spadłem z kilku merów w ciemność
na beton. Z domu do piwnicy nie było jeszcze schodów, a drzwi nie były zakluczone. Ciekawość dziecka i pierwszy postawiony krok –
najprostszy przepis na tragedię. Przerażenie, płacz i ból przeszywający dość
giętkie ciało chłopca, wiezione w panice i pośpiechu do szpitala fiatem 125 p. Czy
to już koniec ? Pewnie ma kręgosłup połamany w kilku miejscach – szeptali w
nerwach. Takie myśli rozbijały się o brzeg świadomości moich rodziców. Prześwietlenie
i zdumienie trzech zawezwanych lekarzy, że dziecko jest całe i zdrowe, poza
krwawiącą od przetarcia o beton twarzą. Kot który spadł na cztery łapy. Cud ?
Słowo które wyszeptał nieporadnie jeden z medyków pochylony nade mną kiedy
zagryzałem z nerwów suchą bułkę. Ojciec po powrocie do domu na klęczkach ze
łzami w oczach długo się modlił. Tego dnia Bóg rozdzielał błogosławieństwa i rozpylał
eliksir życia. Przez dwa dni nic nie mówiłem. Nosiłem bolesne wspomnienie ciała
bezładnie spadającego w dół. Byłem jak Odys schodzący do Hadesu po radę jak żyć
i jaki obrać dalszy kierunek drogi. W rodzinie już nigdy więcej nie wracaliśmy
do tego feralnego wydarzenia. Wryło się w moją pamięć mocno, stając się mądrą
lekcją ostrożności. Tylko słowa potrafią właściwie rezonować z naszą
przeszłością. Kończę słowami poeta Whitmana „Pomyśl o czasie, kiedy jeszcze się
nie urodziłeś; Pomyśl o czasie, kiedy stałeś obok umierających; Pomyśl o
czasie, kiedy twoje ciało będzie umierać.” Dodam od siebie: Pomyśl o czasie,
kiedy twoje ciało będzie zmartwychwstałe !






