środa, 11 lutego 2026

 

W kulturze pośpiechu, masowości, zalogowania i algorytmów, człowiek zdaje się być niczym zagubione dziecko we mgle. Wszystko naznacza jakiś rodzaj nerwowego podekscytowania zmieszanego z niepewnością o kształt jutra. Biegniesz, ale nie wiesz dokąd- bez celu i samotnie- choć w tłumie podobnie odczuwających zmęczenie świata osób. Kurczymy się do rozmiarów mrówki, mozolnie wdrapującej się na szczyt kolektywnie usypanego kopca. Przestrzenie budzące niepokój i skurcz serca. Wszędzie jesteśmy w zasięgu spojrzenia, tego nachalnego i zamkniętego w soczewce kamery rejestrującej fragment po fragmencie, odartego z anonimowości świata. Każdy twój krok jest ukradkowo rejestrowany przez jakieś medium przeliczające ryzyko podejmowanych przez ciebie decyzji. Wszystko poddane jest nachalnej obserwacji i psychologizacji mnożącej diagnozy i gotowe recepty na zwiększenie rzekomo wydajności życia. Ta poza sensualna obecność „instytucji” które pragną mieć jak największy wpływ na życie jednostki- sekretna kontrola myśli i wyjście naprzeciw skrycie tłumionych potrzeb, które co zaskakujące, zostają obnażone za pomocą nadesłanej reklamy i zasłyszanego z eteru pragnienia- czekającego na ukonkretnienie. Niegasnące źrenice oczu w których niczym lustrach odbija się przemierzany odcinek ludzkiej egzystencji. Jesteśmy peselami- bezimiennymi numerami w kartotece globalnej administracji- rozporządzającej wolnością i naginającej ją do potrzeb jednostek którym wydaje się że mają jakiś realny wpływ na własne życie, a tak naprawdę są okradane z konieczności wyboru i dopływu świeżego tlenu. Nawet moje pieniądze zdeponowane w banku nie są moimi, ponieważ kiedy chcę je wybrać, ktoś pyta mnie nachalnie i bezpardonowo: „po co i na co ?” Zamknięto nas w ekranach telefonów i aplikacji, które uczyniły z wielu ogłupiałych niewolników wmawianej samorealizacji i sukcesu. Sztuczna inteligencja wyhodowała rzeszę bezrefleksyjnych troglodytów. Nasz świat się skurczył i stał się miałkim we wszystkich wymiarach bytowania. Dzieci przestały się uczyć i twórczo przeżywać świat. Zamknięci w świecie komputerowych gier i ekranie telefonu- mikro więzienia. Młodzież jest przygnieciona koniecznością istnienia i odpowiedzialnego wchodzenia w dorosłość, ponieważ przekraczając jej granicę, widzą jedynie gonitwę posiadania i tracenia zdrowia przez swoich rodziców. Przestaliśmy spadać z nieba na ziemię, lecz przyssaliśmy się do plastikowych urządzeń, stając się częścią krzemowego podzespołu i efemerycznej grupy, którą można podejrzeć, ocenzurować, czy zdeptać. Wmawia się nam, że możemy żyć dłużej, poza parametrami naszej biologii, poddając się liftingom ciała i odkładania starości na później. Rozpaczliwa utopia młodości. Iluzoryczne przeświadczenie, iż człowiek stwarza sam siebie, trzymając swój los w odrętwiałych i spracowanych dłoniach. „Człowiek jest tym, kim sam siebie uczyni”(P. Evdokimov). Niepohamowane łaknienie rzeczy, prowadzące uzależnienia, atrofii sumienia i duchowej pustki. To budzi niepokój i rozdziera dusze tych, co potrafią spoglądać trzeźwo i refleksyjnie w przyszłość. Przestaliśmy żyć w kręgu tajemnic, stając się wegetatywnie bierni wobec wczorajszego dnia który przemija bezpowrotnie. W przekonaniu Freuda, choroby umysłowe są następstwem sytuacji bez wyjścia. Człowiek mistyfikuje otaczającą go rzeczywistość, nagina jej granice i zasklepia się w autoafirmacji siebie. Wszyscy płacimy za to szaleństwo cywilizacji załamaniem nerwowym, depresjami, nowotworami i rezygnacją ocierającą się o śmierć. „Jak patrzysz na świat, tak świat spogląda na ciebie”- twierdził Max Stirner. Czy można kochać to, co nasyca nas trucizną, a nawet śmiercią ? Przestaliśmy być wydani pięknu, obezwładniającemu umysł zdumieniu, wezbraniu duszy wiecznością której ślad można odkryć w tym, co nas otacza i w jakiś sposób przenika. Życie pod naciskiem konieczności i wskazówek które kolportuje się z tak wielką siłą autorytetu- utkanego jakże często z włókien kłamstwa. Trzeba być naiwnym, krótkowzrocznym i umysłowo oschłym, aby nie zauważyć tych niepokojących mechanizmów codzienności i ich reperkusji. Wszystko gotowe do użycia, podstawione pod nos, nie wymagające myślenia, a zarazem tak silnie tłamszące wolność i chęć decydowania o własnym losie. „Wszyscy jesteśmy rozwiedzeni z życiem- mówił Dostojewski- mniej lub bardziej okaleczeni.” Rzeczywistość przestała być odczuwalna, a stała się wirtualną, zachowującą pozory naginanej do wyimaginowanych potrzeb materii. Jest faktem niewątpliwym, że wewnątrz tego naporu zjawisk jesteśmy poddani jeszcze większemu drganiu niepewności i zagubienia. Japońska mądrość obwieszcza: „Szczęście przychodzi do domu, gdzie słychać śmiech.” Pośród tych niepokojących symptomów codzienności, tylko człowiek duchowy się ostanie i zdoła podnieść kruche istnienia ku Życiu.

niedziela, 8 lutego 2026

 

A gdy jeszcze był daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko, wybiegł naprzeciw niego, rzucił się mu na szyję i ucałował go. Jest to jeden z najpiękniejszych, a jednocześnie  najbardziej poruszających wewnętrznie fragmentów Ewangelii. Zobaczyć gest Ojca, który rozpościera w akcie miłości swoje ramiona, wychodzi na drogę z tęsknotą wyczekując swojego zagubionego i zniszczonego przez grzechy dziecka. Dom z aromatem pomarańczowego sadu. Przestrzeń miłosiernej i czułej Obecności ! Pocałunek, przytulenie, wzruszenie i eksplozja miłości, która czyni chrześcijaństwo wrażliwym na przebaczenie, to wielkość która wypływa z pełnego miłosierdzia serca Boga. „Wszyscy jesteśmy schwytani w kosmiczny rozmiar Bożej łaski i miłosierdzia”(R. Rohr). Chrześcijaństwo mierzy się otwartymi ramionami, głębią serca, potokiem łez które przynoszą oczyszczenie i wskrzeszają na nowo do życia. „On uznał mnie gotowego do, aby wejść do cudownego raju, a ja wybrałem kłujące ciernie. On przygotował życie i wieczną chwałę, a mnie zabiły własne grzechy”(J. Mandakuni). Ile to razy w naszym życiu zranieni jesteśmy grzechem, zagubieni, pełni buntu i wewnętrznej pychy. Przechodząc przez dramat upadku, potykając się o swoje iluzje szczęścia, w pewnym momencie przypominamy sobie, że ktoś nas autentycznie i prawdziwie kocha, dla Niego jesteśmy ważni. Bóg się nami nie brzydzi, ciągle wychodzi cierpliwie na drogę i wygląda naszego powrotu, bo wie że krucha jest  i pełna lęku ludzka natura. „Nie mów, że jesteś słaby, powiedz, że jesteś grzesznikiem”(św. Jan Chryzostom). Grzesznik musi zdjąć z siebie ciężar ciała, aby móc zostać dotkniętym łaską i otworzyć się na przebóstwienie. Kiedy duma, pycha i egoizm się wyczerpią pozostanie tylko tęsknota za Miłością. Święty Ambroży wypowiedział jakże zdumiewający pogląd: „Bóg stworzył człowieka i wówczas odpoczął mając wreszcie kogoś, komu może przebaczyć grzechy". Te słowa stanowią całą wielką wyobraźnię miłości jako daru. Serce ojca nigdy nie przestało bić dla swojego dziecka które się zeświniło. Serce to centrum uczuć, to przestrzeń w której zostaje przywrócony do życia ten, który był umarłym a ożył, zaginał a odnalazł się. W głębi tego obrazu przypowieści, widzimy starszego syna - tego „sprawiedliwego wyrobnika", gdybyśmy mieli opisać jego portret psychologiczny to zobaczymy: wściekłość, irytację, pogardę, ręce zaciśnięte w porywie gniew, to cała postawa wyraża naganę i zgorszenie słabością ojca. Jak ten obraz ma się do mnie ? Kiedy odnajdę w sobie marnotrawnego syna, stanę w prawdzie, dokonam autorefleksji nad swoim postępowaniem, wejdę na drogę, jest szansa że spotkam na niej Ojca, który przyjmie mnie z rozpostartymi ramionami..., to już jest uzdrowienie, odnaleziona darmowa miłość. "Teraz wreszcie czuję, jak ogarnia mnie tęsknota za tym uściskiem. Biegnę do Ojca, zarzucam Mu ręce na szyję. Przebacz mi, że byłem Ci wierny bez miłości".

 

środa, 4 lutego 2026

 

Czas ferii zimowych sprzyja podróżom i odwiedzaniu miejsc które znalazły się na peryferiach zapomnienia. Zima nie odpuszcza i w swojej ostrości nadaje kolorytu spacerom, czyniąc je nad wyraz ascetycznymi. To okazja do różnej maści przemyśleń na tematy do których zabrania nie miałem zwyczajnie czasu. Jakieś miesiąc temu miałem wymianę udręczonych myśli z będącym w moim wieku „filozofem”- zdeklarowanym ateistą, pouczającym mnie o konstytucyjnym prawie człowieka do wolności sumienia, a tym samym do niewiary. Sugerował mi w nieskładnym bełkocie, iż chrześcijaństwo niesie ucisk, przymusza do religii i odbiera rzekomo wolność tym, którzy chcą żyć po swojemu i podłóg własnej moralności lub jej braku. Kiedy podjąłem dyskusję, odpierając z gruntu błędne i urojone założenia, mój przedmówca odwołał się w pewnym momencie do przykazania miłości, szacunku i poszanowania. Asekuracja tonącego w sytuacji zagrożenia i porażki. Pokrętna i oparta na strachu logika, próbująca z ludzi wiary uczynić jakiś intelektualnych prostaków zamkniętych w murach swych świątyń („spożywających teleportowanego w chlebie Boga”) i nie wychylających głowę na zewnątrz, ponieważ mogliby dotkliwie poruszyć jakąś przerdzewiałą strunę sumienia świata. Z pomocą w tych rozterkach przyszła mi lektura Filozofii wina Hamvasa. To małe arcydzieło poświęcone nie tylko medytacji nad najsubtelniejszym z napojów którym się raczy od zamierzchłych czasów człowiek, lecz wspaniały traktat obnażający niemoc i głupotę rozumowania ateistów- poważnie zapętlonych w swoich konstrukcjach myślowych i nic nie wnoszących poważnie do nauki, czego inni zapalczywi śmiałkowie- mocujący się z Bogiem by nie artykułowali i ostatecznie weszli w obłok zapomnienia. Hamvas przedstawia ich jako ludzi zagubionych, cherlawych i kalekich którym jedynie należy współczuć, a na pewno nie stosować wobec nich żadnej perswazji. Należy postrzegać ich jak dzieci opóźnione w rozwoju, próbujące poruszać się we mgle. Z nieukrywaną satysfakcją przytaczam cytat tego węgierskiego intelektualisty: „Ateistyczna bigoteria nazywa się materializmem i opiera się na trzech dogmatach: człowiek pochodzi od zwierzęcia, nie posiada duszy, istnieje tylko życie doczesne. A to dlatego, że ateiści potwornie boją się Pana Boga. Böhme mów o nich, że żyją pogrążeni w gniewie bożym. Znają tylko Boga gniewnego, przed którym się kryją. Mówią, „nie ma Boga” i myślą, że w ten sposób przestaną się bać. Ale nieprawda, jeszcze bardziej się boją, tak bardzo, że nie znoszą nawet widoku imienia Boga.” Współczuję mojemu rozmówcy, że większą część życia poświęci na batalię z Tym który jest Miłością. Pewnego dnia zamknie oczy, a obecność Tego wypieranego i spotwarzanego okaże się druzgocząco inna. Rozumiem, że można nie lubić chrześcijan- ponieważ wielu z nich jest dalekich od przesłania i mądrości Ewangelii, ale to jedynie margines, jakaś cząstka statystyczna, zaciemniająca czy umniejszająca pięknu całości które skłania do życia innego niż to, które zajmuje mrówka dla której śmierć wszystko kończy. Odkryć Boga w płatkach śniegu, skutej lodem rzece szukającej swego ujścia w zakleszczeniu śmierci, drzewach smaganych wiatrem, pierwszych promieniach słońca i twarzy dziecka kierującej swój wzrok i dłonie ku górze- miejscu docelowego spełnienia w Nim. Wiara jest łaską ! Jeśli jej nie masz, nie wykrzykuj swego bólu, nie obrażaj innych i nie próbują się mocować z rzeczywistościami których nie uniesiesz, bo do ich ciężaru potrzebna jest przestrzeń serca.  

niedziela, 1 lutego 2026

 

Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik (Łk 18, 10 -14)

Ewangelia dzisiejszej Niedzieli, nie stanowi w żaden sposób wprowadzenia do życia modlitwy, to raczej precyzyjnie sformułowana odpowiedź, skierowana w stronę faryzeuszów, próbujących Mistrza zapędzić w ślepy zaułek teologii, obarczonej uwierającym umysł pytaniem: Jak można się zbawić ? Bowiem dla uczonych w Prawie, jedyną drogą do zbawienia jest wierne i poddane dyscyplinie zewnętrznych aktów – przestrzeganie Prawa. Jezus staje w opozycji do takiej perspektywy i wskazuje na język miłości, przebaczenia i skruchy, jakże odległy od pełnej arogancji i pychy człowieka, przechwalającego się katalogiem spełnionych powinności względem Boga. „Początkiem ludzkiej mądrości jest umiejętność osądzania siebie”- czytam w Apoftygmatach. Świątynia z przypowieści, staje się doskonałą przestrzenią weryfikacji dwóch jakże odmiennych postaw ludzkich. Jeden człowiek, to pozer przechwalający się swoimi zasługami i robiący wokół siebie spektakl radykalnej pobożności, poza którą nie istnieje już rzeczywistość współczucia i miłości bliźniego; tylko konfrontacyjny osąd i pogarda. „Bóg jest przykrywą dla zadufanego „ja”, które instrumentalizuje relację religijną dla własnego wywyższenia. Człowiek, który kryje się poza tą modlitwą, niczego od Boga nie oczekuje, o nic go nie prosi; chodzi mu jedynie o pokazanie się, o przedstawienie Bogu swoich praw, o przedstawienie swojego kredytu”(R. Fabris). Faryzeusz w miejscu dla uprzywilejowanych i celnik w schowany za półmroku krużganka, nie mający odwagi nawet podnieść oczu ku światłu sączącemu się przez przepruwający ścianę świątyni otwór. Bije się w piersi, wskazując na wnętrze które niczym wyschnięta ziemia potrzebuje życia, odrodzenia i łaski. „Twarz obmyta przez łzy – pisze św. Efrem – ma niezatarte piękno.” Zdruzgotany grzechami, obarczony historią osobistych zdrad, znajduje miłosierne westchnienie i pełen współczucia osąd Boga.  W celniku jest marność i nędza zagubionego dziecka. Jest wolny od osądzania kogokolwiek i pragnie jedynie posklejać swoje życie, aby zacząć wszystko od nowa. On najlepiej rozumie trudny los innych – ubrudzonych w rynsztoku, ogłupiałych przez pieniądz, niewiernych, odseparowanych, nieczystych, skazanych na potępienie – takich na których faryzeusze spluwają, lub omijają szerokim łukiem. Życie modlitwy, jego intensywność, głębia, stanowi o jakości zdrowia duchowego i ma wymiar terapeutyczny. „Zacznij od pokornego powiedzenia: jestem grzesznikiem, dzięki Ci składam, Panie, za to, że mnie cierpliwie znosisz… Następnie proś o Królestwo boże, a potem o rzeczy godziwe i nie ustawaj z tego powodu, że ich nie otrzymałeś”(św. Bazyli Wielki). Ten został zaakceptowany i przygarnięty przez Boga. „Odwrócić się od wszystkiego ku jednej twarzy to znaleźć się twarzą w twarz ze wszystkim”(E. Bowen). Przypowieść Chrystusa jest również przestrogą dla chrześcijan, którzy mogą popaść w pułapkę ekskluzywizmu zbawienia i łatwość wykluczenia z niego innych braci. W każdej modlitwie dokonuje się poszukiwanie Boga i współodczuwanie wraz z innymi wielkiego daru miłości i przebaczenia – uchylającego drzwi do Królestwa Bożego. „Daj mi głos celnika dla mojej uzdrowionej duszy – wzdycham za mistykiem Nersesem Snorhali – Ty, który jesteś Wodzem Celników, abym wołał własnymi słowami: Mój Boże, przebacz mi moje grzechy !”

wtorek, 27 stycznia 2026

 

Za oknem pogoda jest kapryśna i meteorologiczne prognozy muszą się konfrontować z dynamiką żywiołów które paraliżują życie miasta. Pokonywanie drogi do pracy na łyżwach to najprostszy i trochę humorystyczny, jeśli niekonwencjonalny sposób przemieszczania się. Wczorajszy obraz rzeczywistości był groteskowy. Ludzie zmierzający do wybranych przez siebie miejsc powoli, niezdarnie, potykając się i ślizgając samotnie na wielkim lodowisku świata. To jakaś wyrazista metafora wędrówki w której nogi nie mogą nas nieść tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Jesteśmy zdani na powolność i ostrożność- porzucenie pośpiechu za cenę bezpieczeństwa i zdrowia. Wtedy dociera wątła prawda, że nie wszystko zależy od nas i naszych nawyków pozornie kontrolujących codzienność. „Świat jednak kryje tajemnicę w takiej samej mierze, w jakiej ją wyjawia”(O. Clément). Wyemigrować z przestrzeni własnych przyzwyczajeń i bezpieczników. Histeryczna twarz sąsiadki dla której codzienne bieganie to już nie tyle tężyzna fizyczna, co uzależnienie i kult ciała poddanego naporowi przemijania. Zbyt mocno przywiązaliśmy się do aury zimy, gdzie samochód odpala na zawołanie a śnieg jest mglistym wspomnieniem dziecięcych lat. W naturze jak w czasie, zdarzenia zataczają swój krąg w ramach tzw. powtarzalności. Z perspektywy naszych oczu, wbrew mrzonkom katastrofistów obwieszczających ocieplenie klimatu, nie stracimy z pola widzenia śniegu- drogi skutej lodem i przeszywającego boleśnie nozdrza mrozu. Ta mgła drobin śniegu unosząca się w powietrzu, przynagla do zakotwiczenia się w domu ze szklanką ciepłej herbaty w dłoni i przeterminowaną książką w drugiej. Miał rację Marai pisząc: „Granice fizyki i metafizyki zacierają się, teologia zaczyna znów być sensowna.” Odnaleziony świat zdziwień pod którego powłoką kryją się ukryte źródła ciszy. „Znać prawdę, to być może tylko widzieć w ciszy”- pisał w Twierdzy Saint-Exupéry. Wymaga to zejścia w przestrzenie zasłuchania i odmiennej gry zmysłów, niż te którym na co dzień zawierzamy. „Tymczasem Bóg Ewangelii nie jest Bogiem alienacji, który zazdrośnie strzeże swych darów- pisał Życiński- jest Bogiem miłości, bez której nasze życie staje się ciemne i puste, jak życie istot do których dotarł ogień Prometeusza.” Tęsknota może rozbudzić pragnienie zrozumienia nowych znaczeń, sensów i pragnień- otworzyć na to, co przypadkowe a jednocześnie tak silnie poruszające wszystkimi głębinami bytu. Zakłada twórczy wysiłek odbierający nudzie moc otumanienia i dokuczliwego odczucia niemocy istnienia. Tęsknota może stać się filozoficzna, religijna czy estetyczna, teleportując nas na brzeg najpiękniejszego krajobrazu który pomimo majaków potrafią ujarzmić nasze oczy.

niedziela, 25 stycznia 2026

 

Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu.”(Łk 19, 1-10).

Chrystus przybywa do Jerycha które w starożytności cieszyło popularnością i było czymś na kształt kurortu odwiedzanego przez ówczesny establishment. Miejsce ekscentryczne i wytworne jak dzisiejszy Dubaj- synonim zbytku, luksusu i marzeń, za kulisami którego unosił się, nie zapach piękna a zaduch grzechu z eleganckimi domami uciechy i peryferiami zapomnienia o Bożym świecie. W taką rzeczywistość wchodzi Mistrz, a poprzedza tę wizytę fama, która zbiera ciekawski tłum i postronnych gapiów, przywykłych i wyczekujących czegoś spektakularnego. Z tego ścisku wyłania się jeden człowiek którego odnotowuje Ewangelia. Celnik Zacheusz- postać karykaturalna, nie lubiana, o zamulonym sumieniu. Karzeł wzbogacony na czyjejś krzywdzie, osobnik odpychający w którego kieszeniach brzęczy zabrudzony chciwością trzos. On też chce być w centrum wydarzeń. Wyprzedza wszystkich i wspina się na sykomorę. Słyszę trzask pękających gałęzi, kapryśny szum drzewa zauważenia i prawdy. Kołyszę się na gałęzi jak dzieci które łączą zabawę z obserwacją otaczającego ich krajobrazu z perspektywy ptaka rozsiadłego w gnieździe. „Judaizm, z właściwą sobie tajemnicą i wzniosłością, głosił, że gdyby człowiek zobaczył Boga, umarłby- pisał Chesterton- Chrześcijaństwo sądzi, z  jeszcze bardziej katastroficzną nieuniknionością, że jeżeli widzi Boga, będzie żyło wiecznie.” Wbrew nieprzewidywanym okolicznością chwili, zostaje wypatrzony, widowisko zostaje przerwane głębokim spotkaniem dwóch spojrzeń które zmieniają tak wiele. Wstrzymanie oddechu i gwałtowny paraliż zmysłów. Człowiek tragicznie bezradny traci równowagę, przez jego wnętrze przechodzi łaska. Droga do domu grzesznika- od komory celnej do Kościoła- prowadzi przez drzewo, które zawsze odnosi chrześcijanina do rzeczywistości Krzyża; dramatu obumarcia dla grzechu i świata. Wysiłek poruszonego gwałtownie serca. Przejść w świat inny, zbawić siebie ! „Zbawienie świata jest wyparciem zła w sferę niebytu, umocnieniem świata prawdziwego i zniszczeniem świata fałszywego”(M. Bierdiajew). Przy gwizdach gawiedzi, z sykomory schodzi mężczyzna już przemieniony, nasycony światłem, uleczony z kompleksów, cwaniactwa, pazerności, egoisty prowadzącego pasożytniczą egzystencję. Skrucha i zadośćuczynienie staje się praxis nowego myślenia i działania. Metanoia, zwrot od tego, co było zerwaniem ze śmiercią duszy- „idolatrią samego siebie”- jak mówił św. Andrzej z Krety. Każdy z nas ma swoją sykomorę na którą się wdrapuje, aby z jej perspektywy dostrzec peryferia swojej małości i szczyty doskonałości wymagającej nieustannej pracy.  

środa, 21 stycznia 2026

 

Życie unosi wspomnienia rzucając je na ziemię. Istnieją w życiu momenty zwrotne, wymagające powrotu do miejsca i ideałów od których zaczęło się osobistą wędrówkę. Nie bez wahania dokonuje się takich wyznań- upubliczniania ich, spraw które kryją się za fasadą serca i przebudzonego w sekwencjach ciemnej nocy, która paradoksalnie była dla mistyków przyszywającą byt udręką- bólem istnienia w cieniu Misterium. Skrzętnie i odrętwiale notuję myśli w notatniku, aby nic nie uronić. Już nie mam takiej łatwości pisania i przeżywania egzystencji jak podrostek, który oszalały w pędzie poznania wylewał na kartkę słowa jak sprinter maratonu, pragnący zdobyć laur zwycięstwa, stanąć na podium, obdarować świat uśmiechem pewności  i spełnienia. Wykrzyczeć rzeczy wielkie jak drobiny kwiatów unoszonych przez podmuch wiatru i wir światła- naiwne marzenie nowicjusza wchodzącego w świt możliwości, fikcji, kapryśnej ułudy i szczęścia. On przeminął i pozostał jedynie ktoś spoglądający na siebie i zewnętrzność z ociężałością pielgrzyma, wyczekującego celu drogi i szeptów Piękna. Natchnienie opuszcza nawet tych którzy spacerując w cieniu drzewa oliwnego, wypatrują Boga i żywią nadzieję, że jutro przyniesie bukiet nowych szans i wrażeń. W udręce tej chwili pytam za André Bretonem „Kim jestem ?” i nie mogę znaleźć jednej i wyczerpującej wszystko odpowiedzi. Lękam się utracić to, co może przeminąć bezpowrotnie. Próbuje w desperacji ocalić wspomnienia w których się chroniłem przed niebezpieczeństwem utraty tego, co przenika wątła nic świętości i niepoznania. „Moc Boża bowiem potrafi znaleźć do niemożliwości”- twierdził św. Grzegorz z Nyssy. Ciągle wypatruję tego wtargnięcia, czekając cierpliwie i podekscytowanie. Zgadzam się z poczciwym Proustem: „Kochamy tylko to, czego nie mamy do końca.” Wszystko jest świętą tęsknotą, drżeniem duszy u bram Raju.