niedziela, 5 lipca 2026

 

Gdy Jezus przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków, wybiegli Mu naprzeciw dwaj opętani, którzy wyszli z grobów, bardzo dzicy, tak że nikt nie mógł przejść tą drogą. Zaczęli krzyczeć: „Czego chcesz od nas, Jezusie, Synu Boży? Przyszedłeś tu przed czasem dręczyć nas?” A opodal nich pasła się duża trzoda świń. Złe duchy prosiły Go: „Jeżeli nas wyrzucasz, to poślij nas w tę trzodę świń”. Rzekł do nich: „Idźcie”. Wyszły więc i weszły w świnie. I naraz cała trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i zginęła w falach. Pasterze zaś uciekli i przyszedłszy do miasta rozpowiedzieli wszystko, a także zdarzenie z opętanymi. Wtedy całe miasto wyszło na spotkanie Jezusa; a gdy Go ujrzeli, prosili, żeby odszedł z ich granic (Mt 8, 28- 9,1).

Czytam dzisiejszy epizod Ewangelii jak rzetelnie podany news. W tym opisie wszystko jest tak nieprawdopodobne i budzące zainteresowanie, aż nawet trochę tragikomiczne według dzisiejszych standardów powierzchownego interpretowania rzeczywistości. Wejdźmy w sam środek tego wydarzenia, wczujmy się w położenie Gadareńczyków. W ich okolicy wydarzyło się coś tak bardzo zaskakującego. Biegną nad jezioro, wcale nie po to, aby oddać rekreacji – pływać, opalać się - ale ich wzrok zostaje dotknięty dwiema zaskakującymi sytuacjami. „Nie istnieje pełne przedstawienie rzeczywistości. Tylko wybór”( P. Lagerkvist). Dwa kadry zapierające dech w piersi. Z jednej strony trzoda potopionych świń, które do nich nie należały, a z drugiej dwóch opętanych ludzi, którzy w jednym momencie stali się normalni- wolni od irracjonalnych i niebezpiecznych zachowań. Bez wątpienia taka sceneria wyrywa obserwatorów z bierności i neutralności, budząc wewnętrzne zakłopotanie. A pośrodku tego wszystkiego stoi Chrystus dotknięty dylematem dokonania wyboru: trzoda świń lub dwóch potrzebujących uwolnienia ludzi. To gra o los człowieka i sprawdzian miłości Boga. Bilans jest klarowny- o dwóch ludzi zdrowych na ciele i duszy więcej, o stado świń mniej. W świetle przesłanek ekonomicznych ta decyzja to czyste szaleństwo. Człowiek którego te świnie są własnością będzie klepał biedę do końca życia. „Trzeba jednak zapłacić jakąś cenę za „wyzwolenie” dwóch ludzi. Chrystus żąda tej zapłaty od Gadareńczyków. Żąda by w swych sercach uznali, że człowiek jest ważniejszy do świń.” To nie jest prosta transakcja biznesowa. Przecież świnie to dobra lokata na dobrze zaplanowaną przyszłość; a tu w grę wchodzą takie straty. Chrystus również od nas żąda jasnego wyboru. Na jednej szali człowiek. Na drugiej wszystkie zabezpieczenia i finansowe wentyle bezpieczeństwa. Zgoda na obecność Chrystusa zależy od wahań tej wagi. Pewnie pomocą w tej refleksji będzie dobrze postawione pytanie. Czy potrafię postawić drugiego człowieka na pierwszym miejscu ? Przed moimi sprytnymi kalkulacjami, korzyściami, reputacją, zyskiem, za cenę utraty przywilejów i doraźnych profitów ? Osobiście boję się takich ludzi którzy przechodzą przez życie zgodnie z zaprogramowaną nawigacją, którzy w imię świętego spokoju udają, że nie widzą innych; ponieważ konfrontacja z bliźnim mogłaby wywołać jakieś zaangażowanie. Chrześcijanin to człowiek dla którego bliźni jest darem, a „świnie” to tylko sztafaż stanowiący element Bożej ekonomii zbawienia. „Jakież znaczenie mają łachmany naszych grzechów, jeśli zdarliśmy je z naszego ciała i stajemy w Twojej obecności nadzy i drżący ? – pytał Mauriac. Aktualność i przestroga dzisiejszej Ewangelii jest klarowna dla nas współczesnych. Nie wchodź w przestrzeń Lewiatana w której możesz się ześwinić, ubrudzić, spodlić w świecie który jest otchłanią demonicznych sił, opozycją wobec piękna i miłości Boga. „Zło to postrzeganie siebie i świata jako pozbawionych Boga, czyli pozbawionych miłości i świadomości”(J.Y. Leloup). Przesłanie może być bolesne dla wolności samostanowienie o sobie. Nie wchodź od „podziemia”, abyś i ty ze świniami nie spadł do urwiska. Niech dopełnieniem tego rozważania będą słowa św. Izaaka Syryjczyka: „Ten, kto widzi swój grzech, jest większy od tego, kto wskrzesza umarłych.”

niedziela, 28 czerwca 2026

 


Gdy Jezus wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: „Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi”. Rzekł mu Jezus: „Przyjdę i uzdrowię go”. Lecz setnik odpowiedział: „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: «Idź», a idzie; drugiemu: «Chodź tu», a przychodzi; a słudze: «Zrób to», a robi»”. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: „Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary (Mt 8,5- 13).

Rozglądam się w scenerii dzisiejszej Ewangelii i muszę ze smutkiem stwierdzić, że bardzo często brakuje mi wiary setnika, rzymskiego centuriona; wrażliwości i czułości mężczyzny, reagującego natychmiast na agonię drugiego człowieka. Tej determinacji, odwagi i ufności w możliwość uzdrowienia, wbrew dramatycznym okolicznościom czasu i miejsca. W obliczu cierpienia, choroby, gaśnięcia życia - Bóg i człowiek są sobie bliscy – połączeni niewidzialną nicą miłości i milczącego porozumienia. „Znalezienie w Bogu tego, co absolutnie upragnione, i złożenie tam swego serca odsłaniają zdumiewającą bliskość Boga”(P. Evdokimov). Ikoniczność „Samarytanina” o szeroko otwartych oczach i sercu. Mozolne naciskanie na Mistrza, aby wybłagać cud na odległość, bez fatygi i narażania się na otarcie z nieczystością domu człowieka i jego najbliższych – przez wyszeptane słowo, mające moc przywracania wszystkiego, poza ciekawskimi oczami tłumu cwaniaków, niedowiarków, naciągaczy, zdrajców i plotkarzy od kolportowania galilejskich nowinek, jak również paradoksom losu. „Obecność dyskretnego Boga zda się nieobecnością… Cechą cudów Bożych jest dyskrecja.” Trud zrozumienia ponadczasowości sensu tego wydarzenia, odsłania jakże powierzchowną i pełną wahań wiarę współczesnych chrześcijan. Można się potykać o ciała cierpiących braci, nie zauważać ich, ignorować, iść przed siebie i myśleć tylko o sobie. „Samolubny jest ten, kto kocha tylko siebie samego, z czego wynika dlań fakt braku miłości dla siebie”(Teofilakt). Antropologiczna martwota postaw i emocjonalny chłód. Łatwiej się uprząta zmarłych (utylizuje), niż pochyla się nad chorymi i podnosi się ich ku nadziei nowego świtu. Ludzie miasta są częścią tej jakże chorej tkanki, skazanej na obojętność i bezruch. „Tym, czym się nie staliście, tym nie jesteście”- pouczał św. Grzegorz z Nyssy. Przestaliśmy być ludźmi pragnienia, prośby, człowieczeństwa osuwającego się na kolana i błagającego Boga o wejrzenie i podmuch miłosierdzia. Nie przenika naszego wnętrza ten wielki powiew miłości, budzący olbrzymów podtrzymujących w posadach kruchy i ledwie chwiejący się świat który przeobrazi się niebawem w szpital. Polegamy na sobie i zabezpieczeniach które w chwilach dramatycznej próby, tak naprawdę nie są wstanie nic zmienić – jedynie zatrzymają na chwilę wskazówkę zegara. Wiara pozwala zdiagnozować w człowieku to, co święty Jan z Karpathos nazywa „chorobą niedowiarstwa.” Być dla innych świadkami czułej miłości Jezusa ! U Quoista przeczytałem takie intrygujące i bardzo osobiste wspomnienie: „Tej nocy umarł mój przyjaciel, Panie, i płaczę. Ale moje serce jest pełne pokoju. Bo tej nocy umarł mój przyjaciel, ale razem z Tobą dał mi życie.”

środa, 24 czerwca 2026

 

Za kilka dni rozpoczynają się wakacje. Pauza od czynności i powtarzalności do której się przez dziesięć miesięcy przywykło. Odpoczynek to powinność konieczna dla rozwoju duchowego i fizycznego. To odmienne spojrzenie na rzeczywistość, bycie w drodze i odkrywanie zupełnie nowych przestrzeni – rzeźbionych przez czas i obecność ludzi których losy splatają się z konkretnym oddechem natury i tembrem miejsca. Szlachetny podróżnik z apetytem na to, co jeszcze nieodkryte. Nostalgia za wymiarem o którym się śni lub marzy, na kształt wiecznie ciekawskiego i bystrego dziecka. „Kiedy otwiera się niewidzialny świat, kontemplacja staje się radosna. Wewnątrz rozkwita radosna atmosfera. A ta radość, wyniesiona w przestrzeń, dociera do wszystkich "żebraków Absolutu". (M.M. Davy). Wolność od bycia na czas i realizacji poleceń wynikających w wyuczonej profesji. Bycie poza, bez limitu degustowanych kaw; na kształt pragnienia ptaków wzbijających się do lotu i szybujących zgodnie z oddechem wiatru. „Pragnij tego, by wędrowanie było długie: żebyś miał wiele takich poranków lata, kiedy, z jaką uciechą, z jakim rozradowaniem, będziesz wpływał do portów nieznanych...” – powie poeta Kawafis. Cały świat niewyrażonych rzeczy, czekający uzewnętrznienia za pomocą pośpiesznie odnotowanych słów na zupełnie świeżych stronach notatnika. Naprawdę wszystko może być zdumieniem i namacalnością zmysłów łapczywie próbujących zatrzymać dla siebie jak najwięcej. Świadomość łączności z przestrzenią w której można się na chwilę zadomowić, pozostawiając na jakiś czas swój bezpieczny matecznik, stając się odmieńcem przygarniętym na chwilę. Intryguje mnie przeszłość odkrywana w zakamarkach zachowanej architektury, przesiewanych przez czas artefaktach, czy zatrzymanych na wieczność szczególikach obrazów artystów – których już z nami nie ma, a jedynie ich sztuka coś ma jeszcze mądrego do powiedzenia. Z nią można toczyć wewnętrzny i upajający dialog. Poruszają mnie bez reszty ludzie wczorajszego świtu, z zupełnie odmienną perspektywą życia, bardziej zrównoważeni i będący w harmonii z ziemią, której niegdyś granice wykreślały ślady ich stóp lub spracowanych dłoni. Patrząc na dzieci mojej epoki, czuliby rozbawienie zmieszaną z  irytacją szklącą oczy, marszcząc czoła na widok technologii od której zależą kaprysy i codzienna monotonia szekspirowskiego pytania: „to be, or not to be” – targanego demonem absolutu. Być może nie trzeba się tym tak martwić, dbając o własną higienę intelektu i duszy. Torba spakowana i oparta o ścianę. „Słońce wschodzi tylko dla tych, którzy idą je spotkać"(Henri le Saux). Wystarczy zakluczyć drzwi, pozostawiając wszystko na swoim miejscu. Wyruszyć w przygodę przyglądania się i przeżywaniu świata  !

niedziela, 21 czerwca 2026

 

Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności. Jeśli więc światło, które jest w tobie, jest ciemnością, jakże wielka to ciemność! (Mt 6,22-23).

Człowiek jest wydany spojrzeniu: pięknemu, magnetyzującemu, zawłaszczającemu, a czasami niszczącemu, odpychającemu natychmiast, powodującemu odwrócenie twarzy i zacisk powiek. „Przechodzimy przez życie z jednym okiem nadmiernie wyostrzonym, z drugim ślepym, zaciągniętym bielmem. Wystarczy, by widzieć ? Nie, nie wystarczy” – sugeruje Gustav Herling- Grudziński. Ewangelia mówi o oczach „zwierciadłach duszy” i instrumentach poznania rzeczywistości realnej i tej ukrytej za zasłoną mistycznego zdumienia. Znam ludzi o oczach szeroko otwartych, wypełnionych po brzegi miłością, głębią, współczuciem, dobrocią i łagodnością. Obok tych, istnieją oczy niewyraźne, odpychające, zaciemnione – zdradliwe, budzące niepokój, a nawet strach. Oczy w których można się przejrzeć i takie które mogą zwieść lub zatracić w niebycie. „Dzisiejszej nocy oczy mego wewnętrznego ja były otwarte: stały się zdolne do patrzenia w niebo, w świat idei i w piekło”- powie poddany rozdarciu widzenia Swedenborg. Istnieją jeszcze oczy świętych, doskonale oddane na ikonach w których jest żar – przyciąganie tak intensywne, że nie można mu się oprzeć. Ogień bijący ze źrenic tych, którzy zostali nasyceni światłem, stojąc naprzeciw Obecności na szczycie Synaju, Taboru i Golgoty, przemienieni mocą Paschy. „Być żywym oznacza być widzianym, wchodzić w światło kochającego spojrzenia"(Ch. Bobin). Chrystus wskazuje na dwa rodzaje oczu. Od jakości patrzenia zależy kondycja ludzkiej duszy, bowiem wszystko co do niej przenika – przechodzi od wzroku – uzdalniając lub nadwyrężając ludzką wolę wyboru pomiędzy dobrem i złem. Ilu jest takich, co spoglądają bezmyślnie, nieuważnie, nie zdając sobie sprawy jak przez te dwie wytrzeszczone „soczewki” przenika mnogość niebezpiecznych doznań. W strumieniu zalewających nas zewsząd obrazów, trzeba dokonać natychmiastowej selekcji. Duchowość jest związana z nieustanym procesem korekty świata, jego powabów i miraży. „Bóg sprawia wszystko w nas, do nas należy tylko dobra dyspozycja woli”(św. Maksym Wyznawca). Jeżeli trzeba coś w świecie ocalić, to czystość zmysłów z których spojrzenie jest rozstrzygające dla uzewnętrznienia się Królestwa Bożego. „Ten, kto ujrzał swój grzech, większy jest niż ten, kto widział anioły”(św. Izaak Syryjczyk). Można paść na twarz i schować w piasku lub błocie wzrok, albo podnieść się z kolan niewolnika i wystawić ku bijącym ze źródła energiom Życia.

środa, 17 czerwca 2026

 

Tak że ciemność będzie światłem, a bezruch tańcem. Dostrzegłem poruszenie na twarzach moich uczniów, kiedy przedłożyłem im krytyczne spostrzeżenie: „Kiedy nastąpi czas apokalipsy i wyłączą Internet, tylko ci którzy byli bystrymi obserwatorami rzeczywistości i czytali książki przetrwają ten moment próby.” Była to wypowiedź w kontekście uzależnienia od telefonów i bezkrytycznego pozyskiwania wiedzy za pomocą sztucznej inteligencji. Myślenie krytyczne to umiejętność nad wyraz cenna w świecie informacyjnej papki i dróg na skróty w poszukiwaniu odpowiedzi na najprostsze nawet pytania. Wielu już nawet przestało pytać, pozostając na mieliźnie i w bezruchu wegetatywnego trwania umysłu. „W naszym stopniowo kurczącym się świecie wszyscy potrzebują siebie nawzajem. Musimy szukać człowieka, gdziekolwiek się da. Kiedy Edyp w drodze do Teb napotkał Sfinksa, jego odpowiedzią na jego zagadkę było: „Człowiek”. To proste słowo zniszczyło potwora. Mamy wiele potworów do zniszczenia. Pomyślmy o odpowiedzi Edypa”- rozmyślał Giorgios Seferis. Przysypywani w klepsydrze ludzie żyją z dnia na dzień, pozostając na samym dnie piramidy potrzeb i pragnień. „Zawsze wolimy życie ograniczone, życie umiarkowane, od tego uderzenia pioruna, od tej inteligencji szybszej niż światło. Zawsze wolimy nie wiedzieć, żyć własnym życiem. Ona tam jest. Jest pod płonącym krzakiem, nie zbliżaj się do niej. Potrzeba nieoczekiwanej miłości lub czytania, abyśmy to zobaczyli”(Ch. Bobin). Pośpiech nie pozwala uchwycić tego, co istotne – zamykając w szczelnym kokonie niepoznania i hibernacji uczuć. Wszystko dzieje się po omacku, kapryśnie, obarczone balastem znudzenia i przymuszonej powinności. Na zewnątrz letnie upojenie życiem. Drzewa i kwiaty wydzielają eteryczne zapachy, owady uprawiają balet w pąkach kwiatów, a drzewa rozkładają swe korony ku słońcu, zacieniając zarazem zdyszanego od naglących potrzeb wędrowca. Natura rozkwita bogactwem form i onieśmiela nas – istoty ułomne i zastygłe – o zaciemnionej percepcji piękna; dyspensujących się od poetyckiego namysłu nad rzeczywistością. Natura i kultura zdaje się być trampoliną dla tych których przygniótł syzyfowy głaz niemocy i obojętności. „Tylko sztuka ma moc wyciągania cierpienia z otchłani”- pisał Appelfeld. Dzieła sztuki rejestrują i odczytują świat w sposób porównywalny do tego, jak reflektuje go myśl filozofa, wpatrującego się pejzaż i dostrzegającego w nim zgoła coś więcej, niż impresję barw i dźwięków – symbol nieskończoności, wbrew analitycznym podszeptom rozumu. Jakże trudne jest bycie w świecie dla ludzi wrażliwych, refleksyjnych, potrafiących czytać rzeczywistość w sposób ambitny i twórczy. Tacy ludzie nie są doceniani. Omija się ich, ponieważ stanowią zagrożenie, dla nic nie wartych prostaków, karierowiczów, lizusów i pochlebców, gotowych od tak za pieniądze zrobić wszystko i dokonać gwałtu na własnej wolności. Nakładający maski i dopasowujący się jak kameleon do zaistniałych sytuacji; troglodyci naszego jutra. Manekiny na usługach merkantylnego półświatka. Trzeba się upominać o wrażliwców, podnoszących ten świat o kilka pięter ku górze.

niedziela, 14 czerwca 2026

 

W owym czasie Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci: Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim*. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci: Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim ( Mt 4,18-23).

Kilka razy dane mi było spacerować po porcie rybackim i obserwować pracę znajdujących się tam ludzi. Nie jest to przestrzeń estetyczna dla przypadkowych przechodniów. Surowy sztafaż miejsca, gdzie dokonuje się szamotanina myśli, wypłynięcia i powroty; radość z ułowionych ryb, czy rozczarowanie z pustki wyszarpanych morzu sieci. Zbutwiałe i wypracowane łodzie rybackie, rzeźbione przez czas i kaprysy wody. Słowa fal uderzające o burtę, stają się filozofią człowieka oddalającego się od ziemi, wydanego samotności i cierpieniu. Rozciągnięte na palach i co jakiś czas łatane sieci, nadające pejzażowi nadbrzeża dość osobliwy i surowy charakter. Piasek wysadzany kamieniami i rozpościerająca się monotonia, tak silnie kontrastująca z nieprzewidywalnością akwenu na który trzeba wypłynąć, aby zarobić pieniądze i utrzymać rodzinę. W końcu rybacy – często z ojca na syna – zajmujący się ta niebezpieczną profesją obcowania z żywiołem wody i jego mirażami, dla których jak powie bohater Hemingwaya „tylko praktyczność ma sens.” Portrety tak wyraziste jak otwarta książka z której można czytać powieść. Każde opuszczenie portu, może być tym ostatnim. Widmowość egzystencji na którą pada cień śmierci. „Od skał po góry prowadziła nas droga mleczna, a gdy morze zniknęło Bóg był blisko”- powie grecki poeta Sarantaris. Mój kolega ze studiów, opisując ojca, rybaka z pod Pucka wspominał: Kiedy wychodził z domu czynił znak krzyża. Żegnał się z nami tak ciepło, jakby miał już do niego nie powrócić. Rybacy o dłoniach chropowatych, poranionych, mocujących się z ławicami ryb – tańczącymi w prądach wody. Patrzę na tę scenerię niczym malarz, powstrzymując w sobie chęć odtworzenia go aż do momentu, kiedy linie i kolory, ukształtują w moim wnętrzu obraz finalny, przeniknięty duchowym sensem i ponadczasowym przesłaniem. W tym duchu czytam ten fragment Ewangelii. Istnieje piękno zauważenia, splot okoliczności, zatrzymania, spojrzenia w prozaiczności miejsca i pracy ludzi, zagarniętych dla dzieła które w danej chwili może być niezrozumiałe, a nawet przerastające ludzkie możliwości. Rozmyślanie o przypadku jest bezcelowe. To miejsce wybrał Chrystus – najmniej sakralne, a zarazem tak magnetyzujące zmysły i wyobraźnię. „Nie pytaj, dokąd zmierza miłość, która cię porywa”- wyzna pewien mistyk w świetlistym upojeniu ciemnej nocy duszy. Kiedy On wypowiada imię stojąc boso na brzegu jeziora, to naturę przenika zapach eterycznych olejków i spokój, ponieważ drganie życie przenika serce świata. Po chwili kipi woda i sieci się rwą od dostatku ryb, znaku błogosławieństwa po którym słowa zdają się zbędne. Nastaje cisza, niczym przeistoczona mowa i gorący oddech Boga. Spotkanie rozpoczyna się od zauważenia osoby. On inicjuje przygodę wiary i czyni rybakami ludzi. Kołatanie serca i odwaga oddalenia się od brzegu. Zaropiałe i pozbawione snu oczy mężczyzn, przenika blik światła i nadziei; poderwanie do natychmiastowego pójścia za Nim.

wtorek, 9 czerwca 2026

 

Jak dojść do celu, kiedy bolą cię nogi ? Jak można kochać, kiedy serce jest rozdarte na strzępy ? Jak trzeźwo myśleć, kiedy umysł przygniata balast niepewności o kształt jutra ? Jak odkryć piękno, kiedy codzienność naznacza wulgarna i tandetna brzydota ? – to zaledwie kilka pytań które składają się na litanię ludzkiego istnienia. Również mojego !  Życie bez tak stawianych pytań utraciłoby swój smak, stało się gorzkie i bezbarwne, osnute jedynie na płochych marzeniach, prowadzących do małych lub większych katastrof. Odwracam głowę za siebie i dostrzegam przeszłość, jej ciężar i zmienność, naprężenie jak na cięciwie łuku; którą smagają spękane od wypuszczania strzał opuszki palców. Te strzały to zakamuflowane myśli i uczucia które pod skrzętnie nagromadzonymi warstwami, czekają nowego otwarcia – świtu – jutra, które będzie piękniejsze niż to zagmatwane dzisiaj. Przekręcasz twarz i patrzysz na horyzont. Wiatr smaga twarz a światło obłaskawia pierwsze pojawiające się zmarszczki. Mrużysz oczy i niedowierzasz im, sceptycznie przecierając je dłonią aż do uciążliwego bólu powiek. Wszystko naznacza zmienność i tonalność teraźniejszości, aż po partycypację w tajemnicy czegoś jeszcze ukrytego – wyłaniającego się częściowo i jeszcze niewyraźnie. Umysł obarczony pamięcią przywołuje obrazy i smaki, delektując się nimi aż do utraty tchu i poczucia rzeczywistości. Sploty płochliwie przeżywanych zachwytów i miłosnych uniesień, biologicznego przeżywania scalenia, po ból rozstania i porażki, odsłaniającej fatum śmierci. Od ciała zwiniętego w powolnie otwierający i pękający kokon życia, po ciało zbutwiałe – zwinięte w zwój który może unieść natychmiastowo podmuch wiatru. „Piękno wzywa do pożądanego udziału w życiu, do przekroczenia śmierci – pisze Christos Yannaras – w swoich scholiach poświęconych miłości – Piękno ukochanej istoty, piękno ukochane, zaproszenie do życia, najwyższe wezwanie. A za tym wezwaniem: natura, szyderczy grymas śmierci. Jesteśmy spragnieni piękna: pragnieniem nienasyconym, pragnieniem natury, instynktu, popędu. Natura nieuchronnie poddaje życie możliwości własnego trwania i kontynuacji.” Eros i Tanatos trzymają się za dłonie w solennym korowodzie historii każdego z nas. Zobacz jest w tym napięcie i harmonia, odrzucenie i scalenie, bunt i zespolenie, szamocące żywiołem istot wychodzących przez macierzyńską bramę rozkoszy i życia. „Gdy przebywamy w łonie matki, ze światem łączy nas pępowina. Kiedy się urodzimy – usta. Spośród naszych zmysłów wzrok jest abstrakcyjny – oko nie ma bezpośredniego kontaktu z tym, co widzi, nie potrafi się zrosnąć z obiektami widzenia. Słuch poprzez swój organ, czyli ucho, jest już bliższe światu; ręka dotyka, chwyta, nozdrza wciągają zapachy i opary”- rozmyślał o tej różnorodności poznawczej zmysłów Hamvas. Przestałem już całować a zacząłem nasłuchiwać ciszy. Zamiast łykać hausty powietrza, oddycham miarowo. Podnoszę głowę ku górze jak chłopiec na obrazie Julio Reyesa. Zamykam częściej oczy, niż je otwieram. Staram się mniej mówić i pisać o wierze, a świadomiej wierzyć. Staram się mniej żyć, a bardziej umierać – aby móc żyć w pełni w Miłości. Kwintesencja dojrzałego istnienia !