Doświadczenie ostatnich
dni jest dla mnie niezwykle trudne. Ma trochę racji Calvino mówiąc że „są tacy
którzy skazują się na nudę przeciętnego życia, bo spotkał ich cios lub
nieszczęście; ale są też tacy, którzy czynią to, bo mieli więcej szczęścia, niż
mogli udźwignąć.” Piętrzące się wyzwania, naglące terminy i realizacje które
już wiem, nie będą na czas. Wszystkiemu towarzyszy gorączkowe napięcie i
przeciekanie czasu którego upływ jest niemożliwy do zatrzymania. „Wszystkie
rzeczy rozpuszczają się w czasie”- twierdził poczciwy fantasta Lem. Presja
tego, co zewnętrzne, uporczywe i nachalnie o sobie przypominające, wyzwala we
mnie chęć ucieczki na peryferia – samotnię w której będę tylko ze sobą samym. Nic
nie poradzę na to, iż mam naturę mnicha mogącego wlepiać godzinami wzrok w
samotne drzewo, stojące na rozstaju dróg i dostrzec w jego rozczapierzonych
gałęziach prawdę o innym z drzew które udźwignęło na sobie ciało cierpiącej
Miłości. Uspokaja mnie natura w pełnym rozkwicie swych witalnych form – wielka
„katedra piękna” – przez którą dotyka się horyzontów innego wymiaru świata. Zapach
przyrody to jedna z odmian powabnej komunikacji. Alfabet który rozczyta bez
problemu raczkujące dziecko. Obok tego błogosławieństwa drzew, tafli wody, kwiatów
i pląsów ptaków, sztuka daje mi wytchnienie i wstrząsa mną tak intensywnie:
oglądana, przeżywana, skrupulatnie trawiona w oku, buzująca na skraju umysłu,
transcendująca banalną szarość zastygłej w przyzwyczajeniach egzystencji i
towarzyszących jej konfliktów i pęknięć. Spontanicznie wyciągnięty album
malarstwa z opasłej biblioteczki, utkwienie wzroku na fragmencie do tej pory
niezauważonym, powątpiewanie i ostatecznie radość, która towarzyszy człowiekowi
tęsknoty lub odkrywcy nieopisanych dotąd lądów. Nie potrafię sobie wyobrazić,
że mógłbym nie wierzyć w Boga. To za mało sprowadzić prawdę o Nim, jedynie do
szlachetnych dywagacji filozoficznych, będących czymś na kształt dobrze
wyćwiczonego warsztatu intelektualisty - wykarmionego mądrością Biblii i
pochłoniętymi setkami dzieł teologów, czy ukształtowanego przez rodzinny dom
zatrzymanego w kadrze wspomnienia - podglądając oczyma dziecka rodziców
zginających kolana i przedkładających Obecności najbardziej drobiazgowe sprawy
własnego i niekiedy cudzego życia. To wyznanie człowieka który na co dzień
mierzy się z duchową przeciętnością otaczających go ludzi i dziwi się ich
brakowi wyobraźni, obojętności, czy zakorzenienia w czymś naprawdę ważnym
– więcej zbawczym. Mozolna konfrontacja z marazmem duszy postępującym tak
okrutnie, że strach pomyśleć o przyszłości i amplitudzie wrażliwości istot patrzących
na ten sam horyzont krajobrazu, na którego widok pokolenia wiek wcześniej,
doznawały poruszenia tak dogłębnie, że pchało ich w przestrzenie religii, a tym
samym ku spotkaniu Misterium i Sacrum. Odbieram świat emocjonalnie, ale
nigdy bez związku z Tym, który tchnął w niego pierwiastek życia, nasienie i
zarys kształtu z którego objawiło się coś zupełnie nowego i intrygującego poznawczo.
To ważkie myśli w kontekście rozlicznych inicjatyw ogłupionych ekoaktywistów,
wieszczących planecie nadejście Armagedonu. Mój osiemdziesięcioletni wujek którego dwa dni temu odwiedziłem w domu na wsi, wyznał mi swój sen. Widział mnie w nim jak zbieram z pod drzew jabłka. To uszczęśliwiająca wizja ! Jestem spokojny o kształt jutra i życie
którego siewki dokonuje ciągle rozrzutna w miłości dłoń Boga.






