środa, 30 września 2026

 

Człowiek myśli bo ma ręce. Sztuka nie istnieje bez dotyku. Muśnięcie dłoni, dukt pędzla czy dłuta, batuta w dłoni dyrygenta, pióro pisarza, zdają się czasami bardziej składne i przekonujące niż wypowiadane w zadyszce słowa, którymi się tka od tak banalną codzienność. Amiel w swoim dzienniku zanotował intrygujące słowa: „Możesz polegać tylko na tym, co trzymasz w dłoni.” Dłonie to narzędzie sztuki w akcie wyłaniania i stawania się form. Archai to pierwszy ślad odciśniętej dłoni na ścianie prehistorycznej jaskini – linii papilarnych bezimiennego, kto nie zdołał sklecić słów – a już tworzył, przekraczając determinizmy ślepego losu i śmierci. Wyrytowany na kawałku kości ornament staje się sekretem, a nawet ukrytą wiadomością z przeszłości o której nie sposób zbyt wiele powiedzieć. Dłonie gestykulujące w powietrzu i tańczące na wietrze w tak muzyki która wydobywa się w z ukrytych źródeł życia. Ręka prawa bądź lewa służebnie wykonujące podszepty umysłu i wyuczone od dziecka schematy, a najczęściej porywy serca do którego tembru przyłącza się ekspresyjnie ciało w tych odrostach cielesności. Srebrny palec przemierzający drogę świętego tekstu Tory – sacrum pod powierzchnią słów Boga. „Dotyk wypełnia naturę tajemniczymi siłami. Bez niego pozostało jak urocze krajobrazy ciemni – jasne, płaskie i chimeryczne” – pisał w Życiu form Focillon. Ręce rzeźbiarza rozkruszają grudy gliny, ścierają na ostrości i porowatości kamienia, mocują z twardością materii którą muszą oswoić i ujarzmić. Odrętwiałe od bólu i zaschniętej krwi na koniuszkach palców, rejestrują każde włókno, czy szczelinę marmuru przez które przechodzi żywioł uobecnienia się i światła kruszącego ciemność niebytu: „…każde miejsce tego głazu widzi cię. Musisz twoje życie zmienić”(R.M. Rilke). Ręce malarza są zgoła inne, przebarwione i eteryczne, jakby uszlachetnione barwami których drobiny pozostają niczym mikroskopijny ornament na skórze, która też jest czymś na kształt pergaminu czy płótna naciągniętego na kościec i mięśnie. Zaschnięty atrament na powierzchni, gdzie linie przecinają się lub biegną równolegle, wieszcząc zdaniem cygańskich wieszczek – mniej, a może bardziej szczęśliwe życie; o długości nie wspominając. „O pióro ! Tyś mi żagle anielskiego skrzydła…”(C. Norwid). Dłonie artystów nawiedzają moje życie, ich szelest i ruch opowiada o kolejnym powziętym i ponawianym nie bez oporów akcie tworzenia. Dłonie Verdiego piszącego partyturę Traviaty, czy Vivaldiego kreślącego Cztery pory roku, oddając tragizm i euforie w tak rozpoznawalnym przez ogół brzmieniu muzyki. Obawiam się widoku palców odciśniętych i zdeformowanych od wystukiwanej mechanicznie klawiatury telefonu, czy komputera. To takt niewolniczy, odbierający dotykowi coś na kształt poruszenia czy ekstazy. Jednym z najlepszych sposobów poznania kogoś jest przypatrzenie się dłoniom, ich fakturze, pracowitości i zdolności do czułego przybliżenia. Dotyk zakochanego Apolla dłuta Berniniego, próbującego przyciągnąć do siebie drżące i wystraszone ciało Dafne. Igraszka miłości wystawionej na odtrącenie oddania i utratę zespolenia dusz. Gest wyciągniętej dłoni Stwórcy ze sklepienia Sykstyny, powołujący proch to znaczy Adama do życia. Artysta w atelier z dłonią na kształt menory. Taniec młodzieńczych ciał spowitych błękitem z obrazów Chagalla, pobudzonych drganiem skocznych dźwięków które wygrywa skrzypek na dachu – przekraczając irytującą umysł melancholię istnienia i zakrzep dramatycznej historii XX wieku.  Chrystus wyłaniający się z ikonopu, kreślący milcząco znak krzyża. Miłosierna dłoń Obecności, dająca schronienie zagubionej i dotkniętej cierpieniem ludzkości.

niedziela, 27 września 2026

 

Zbaw, Panie, lud Twój i pobłogosław dziedzictwo Twoje, zwycięstwem prawowiernych nad przeciwnikami obdarzaj i przez Krzyż Twój ochraniaj społeczność Twoją (Troparion). W krajobrazy naszych małych ojczyźnianych krain, wpisuje się geometryczny motyw krzyża. Pomimo programowo i ideologicznie uskutecznianego obrzydzania chrześcijaństwa, znak odkupionego człowieka – nieprzerwanie i milcząco przemawia do sumień, prowokując umysł do głębokiego namysłu nad rozerwanymi włóknami świata. Być może minęła era w której wznoszono imponujące stylistycznie katedry, ale najważniejsze ich zwieńczenie, niczym zwornik spina ludzkie pokolenia zanurzone w strumieniu czasu. „Zapominający Boga, lecz stale, zazdrośnie, żądny ubóstwienia, człowiek chciałby zawładnąć ziemią. Przejrzystość rzeczy zmienia w zwierciadło Narcyza” (O. Clement). Nasza epoka zakochana w świeckości i kulcie „złotego cielca,” napotyka niemy znak sprzeciwu który przekierowuje strumień myśli ku sprawom ważkim – szybującym ponad przeciętnością i banalnością egzystencji; ku transcendencji której głód jest ciągle nienasycony. Krzyż „kosmiczny znak wyciśnięty na niebie i na ziemi”(św. Grzegorz z Nyssy), odciśnięty niezmywalnie i nieusuwalnie na duszy chrześcijanina, wpisany w genotyp świata wychylonego ociężale ku wieczności. Historia świata naznaczona jest dialektyką Krzyża na którym nagie Ciało Baranka promieniuje mocą zwycięstwa nad śmiercią. „Przyjrzyjcie się całemu światu, czy mógłby zaistnieć bez krzyża !” – woła męczennik starożytnego Kościoła św. Justyn. Krzyże noszące Ukrzyżowanego, trony na których Wojownik ugodzony w boju odpoczywa po męce, wypowiadając testament swojej miłości. Materialnie sękaty, wygładzony, doszlifowany do perfekcji, dźwigający na sobie śpiącego, nagiego, upokorzonego, zmasakrowanego, czy przebóstwionego i zmartwychwstałego Bogaczłowieka. To wyobrażenie się zmienia, podłóg tradycji która będzie eksponowała odmienny akcent, czy emocjonalny ładunek, wyrastający z autentycznie i zupełnie indywidualnie lub wspólnotowo przeżywanej mistyki chwili. Wierzący w  Święto Podwyższenia Krzyża, powraca do fundamentalnego pytania które szamotało umysłami poprzednich pokoleń: Czy Bóg mógłby zbawić świat inaczej i nie poprzez krzyż ? Z pomocą przychodzi mądrość i błyskotliwość świętego Augustyna: „Mógł, ale gdyby tego dokonał, i tak nie zadowoliłoby to ludzkiej ignorancji.” Bułgakow twierdził, że religia bez świadectwa staje się martwa i w konfrontacji z piętrzącymi się wyzwaniami kapituluje. Jakże ważną w tym punkcie wydaje się intuicja rosyjskiego myśliciela jakim był Buchariew, który widział w Chrystusie „Baranka Bożego, który w pełni poniósł na sobie winę wszystkich błędów naszych myśli…” Jednym słowem, odkupił tragizm naszego błędnego przekonania i pychy umysłu. Samouniżenie Boskiego Piękna i Miłości – rozpostartego na ramionach drzewa jest źródłem zbawczej wolności. W kontekście tych przemyśleń rozumiem to, co próbowała wyrazić Simone Weil: „Jesteśmy ukrzyżowaniem Boga.”

czwartek, 24 września 2026

 

Czasami kroki czasu się zatrzymują i wtedy zapada cisza, czasem straszna… Każdy dzień to pewnego rodzaju gra miedzy beztroską a niepokojem wobec nieprzewidzianych kaprysów jutra. „Nie chodzi o to, żeby przewidywać przyszłość, ale żeby ją tworzyć”( Denis de Rougemont). Człowiek targuje się z Bogiem o odrobinę świętego spokoju i poczucie stabilizacji – towaru luksusowego – reglamentowanego dla tych, których nie niosą plecy wpływowych olbrzymów. Świat bez gwarancji bezpieczeństwa, zawieszony na nadwyrężonej gałęzi którą napręża grawitacja kłamstwa i przemocy. Jakże wielu ludzi nie ma odwagi być sobą. Czekają na instrukcję obsługi życia i klucze do wyjść ewakuacyjnych. Lęk przed wejściem w śmierć z otwartymi oczami ! Spóźnienie dociera do nas bolesna informacja, że wojna za naszą wschodnią granicą nie skończy się za szybko, a nawet przybiera coraz bardziej dramatyczne oblicze, rozszerzając w źrenicy oka pole śmiercionośnego rażenia. Jak coś się zacznie dziać to uciekaj do schronu którego nie ma, słyszymy podprogowe komunikaty w mediach. Ponieważ instrukcja obsługi na wypadek wojny, nie przewidziała braku miejsca schronienia, gdzie należy przeczekać preludium dramatu – rozsiąść się w fotelu i wyczekiwać rozbłysku. Politycy z szyderczym uśmiechem informują opinię publiczną, że na wypadek zagrożenia mają przygotowany plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami – od takimi jak na wakacyjny biwak. Z nieprzejrzystego cienia wychodzi zło, skrzętnie pudrowane i  kamuflowane,  przebudzając stan paniki i bezradności. W życiu każdej istoty nadchodzi dzień, kiedy trzeba wyruszyć w podróż z której się już nie wraca. Cywilizacja rozdrażnionych i neuropatycznych wędrowców których oko – niczym Cyklopa – fiksuje wszystko w samozachowawczym i gorączkowym pędzie chwili. Dusze wrażliwców inaczej przeżywają kaprysy historii, jej powtórzeń, tąpnięć, niespodziewanych zwrotów akcji. „Niebezpieczeństwo kryje się w uleganiu podszeptom pychy prowadzącej człowieka do tego, że sam siebie chce uczynić Bogiem”- twierdził nieprzedawnienie Blondel. Kiedy byt kruchy i przygodny uwierzy w to, że jest kimś na kształt nadczłowieka, to wtedy z wielką łatwością wyciągnie zawleczkę lub detonuje ładunek w tłumie uśmiechniętych i niczego nieświadomych przechodniów. Niegdyś Baudelaire zapytany o miejsce, gdzie pragnąłby żyć, odparł: „Gdziekolwiek, gdziekolwiek… byle tylko poza światem !” Pragnienie opuszczenia miejsca i wydostania się poza siebie, trapi wielu współczesnych ludzi refleksyjnie i zaangażowanie obserwujących antagonizmy politycznej gry miedzy przepychającymi się mocarstwami. „To świat finansów ze swoją Świątynią – pisał Evdokimov – Giełdą i jej żądnymi luksusu westalkami, polityczny świat ambicji i chciwości, zbiorowej neurozy, szalonych namiętności i wypaczonego erosa. Świat chwiejący się nad przepaścią, bez żadnej stabilności, utkany z mgieł i zaludniony widmami, który w każdej chwili grozi tym, że zniknie tak, rozwiewa się dym i topnieje w ogniu wosk.” Potrafią to dostrzec ci, którzy wyłączyli telewizory i wygasili poczytne strony internetowe, przecierając oczy nad ogromem wszędobylskiej głupoty i kłamstwa. Pewien młody mnich przyszedł do zaprawionego w ascetycznym życiu pustelnika i zapytał: „Mistrzu, naucz mnie, jak ocalić moją duszę i zdobyć zbawienie.” Mądry starzec spoglądając na niego odparł: „Zanim cię nauczę, idź i usiądź u podnóża wzgórza które widzisz i policz ziarenka piasku. Jak to uczynisz to wróć.” Uczeń nigdy nie wrócił, piasek, drobiny kamieni, czy partykuły liści niesionych przez wiatr – zawsze znajdziemy coś wokół siebie, co zaspokaja naszą potrzebę nieskończoności.

poniedziałek, 21 września 2026

 

Myślę, że większą część naszego życia stanowi poszukiwanie przyczyn istnienia, wykreślanie odcinków które należy pokonać przy licznych obliczeniach, które jakże często okazują się niesprawdzalne i niepotwierdzalne, co ostatecznie powoduje rozterkę i dezorientację. W tumulcie zalewających nas sprzecznych wiadomości, martwimy się o kształt jutra wydanego drapieżnym siłom losu. Eony zagubione w krzywiźnie czasu i historii ! Wszystko jest pewnego rodzaju grą – pomiędzy względnym spokojem – a rozpryskiem jakieś zabłąkanego pocisku, skracającego dystans kolejnego wybuchu. W pogróżkach mocarstw odżyło widomo nuklearnej zagłady. Nawet jeśli to tylko słowa, to niosą one siłę paraliżującego umysł lęku. Znowu wszystko wrze i stoi nad przepaścią jakiejś trudnej do określenia katastrofy. Niektórzy ludzie będący na skraju apokaliptycznego obłąkania, zwiastują bez domieszki błędu koniec tego zapętlonego w swoich problemach świata. Czy można dać im wiarę ? „Nic nie jest brudniejsze niż miłość własna”- pisała Yourcenar. Ten brudny osad zatruwa dusze i jakże często popycha ludzi do egoizmu i szaleństwa przemocy. Nic nas nie nauczył XX wiek i dramat dwóch wojen światowych – torfowisk martwych ciał i pogwałconej ze wszech miar wolności. Ciągle przedzieramy się przez mgłę, przywyknięci do względnego spokoju i bezpiecznego domu w którym nic złego nie może się nam wydarzyć. Tak bardzo wszyscy byli zbulwersowani kiedy patriarcha Rosji Cyryl oświadczył w jednym ze swoich wystąpień, o „metafizyce wojny” i tu zapętlony w spirali zła pasterz Cerkwi miał szczyptę racji. Ponieważ każde zło rozpoczyna się w sercu człowieka, jego pragnieniach, zamiarach i planach, czekających na realizację. Kiedyś życzeniem zarośniętego Marksa, było aby wyjść ze sfery wierzeń do sfery faktów. A te złożone niczym puzzle potrafią niepokoić. Na świecie są swa rodzaje ludzi. Ci, którzy pukają do drzwi i wchodzą, ponieważ nikt im ich nie otwiera, oraz drudzy, którzy pukają do drzwi i cierpliwie czekają – zostając na miejscu- ponieważ drzwi są zamknięte. Ten pierwszy wariant może okazać się brutalnym wtargnięciem. „Rodzimy się, żyjemy, umieramy w sercu bagna, gasnącego piekła, w sercu popiołów – wciąż ciepłych – stworzenia, które rozpaliło miliony ognisk gwiazd we wszechświecie, które potrafiło utworzyć noc, światło, gwiazdy, ale nie potrafiło dać człowiekowi istoty ani wielkości, która jak sądzono, była jego prawem”(J. Lacarriere). Bóg musi szlochać przyglądając jak nieporadnie posługujemy się wolnością i jak w imię najbardziej szlachetnych haseł wzniecamy pożogę, spuszczając z łańcuchów wygłodniałe biesy. „Sumienie jest narzędziem trwałym, ale trudnym w obsłudze. Nigdy nie odstawimy go do kąta, ale prawie zawsze coś w nim szwankuje. To jakby zegar, którego wskazówki wciąż się poruszają, ale niestety godzina, jaką wskazują, jest nieprawidłowa… Dziełem mądrości jest oddalenie się o tych napierających prądów i wyregulowanie naszego zegara według słońca, to znaczy sumienia Boga, którego nasze sumienie jest tylko zatartym i zniekształconym obrazem”- rozmyślał Gustave Thibon.  Wektor sumienia. To jedyny ratunek dla niewyraźnej i labilnej przyszłości !

niedziela, 20 września 2026

 

Podobnie też [jest z królestwem niebieskim] jak z pewnym człowiekiem, który mając udać się w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał (Mt 25,14-30).

Światoobraz przypowieści nakreślonej przez Chrystusa wymaga od słuchaczy nie tylko elastyczności umysłu, co umiejętności czytania pomiędzy wierszami; drganie serca pośród napierającego zewsząd rozproszenia. Zdać rachunek przed Bogiem ! „Człowiek jest istotą dramatyczną, stającą się, niespokojną, zadaną samej sobie, istotą ocalającą swoje człowieczeństwo lub zatracającą się w egoizmie własnych dróg i wyborów wolności”- pisał W. Hryniewicz. Mamy tu wydźwięk eschatologiczny, wskazujący na rzeczywistość która nastanie jutro, a poprzedzać ją będzie dobrze i bez szemrania wykonana praca. Człowiek wiary ma zakasać rękawy i wziąć się do roboty, wbrew kalkulacją finansowym i oglądaniu się na innych. Pojemność konta w tej chwili nie jest ważna, liczy się jedynie wynik końcowy. Słowo Boga „jest proklamacją, w której realizuje się nadejście tego, co jest proklamowane”(K. Rahner). Obwieszczona rzeczywistość nowego czasu, wymaga udziału człowieka, mobilizacji, intelektualnych sprawności, talentów, a nade wszystko charyzmatycznej dyspozycyjności do zadań które przerastają najśmielsze oczekiwania i ludzkie siły. Bóg udziela człowiekowi darów i mocy do ich realizacji, aby je pomnożył. Radość niezależności i głębokiego namysłu. Czas „nieobecności” właściciela jest momentem próby, dojrzałości i odpowiedzialności. Egzamin z wiary i pracowitości, sprytu i dalekowzroczności. Jedność odzwierciedlona w eklezjalnym działaniu i twórczości. Czas inwestowania- „maklerski gwar”- mający na celu pomnożyć dobra i dystrybuować je, urzeczywistniając zarys krajobrazu Królestwa Bożego. „Cóż zaś większego może być dane wiernemu słudze, jeśli nie to, że może być razem z panem i oglądać radość swojego pana”- pyta św. Hieronim. Raj jest za drzwiami, a my posiadamy do niego klucze. Piękno wyczekiwanego świata musi przyczynić się do stanowczego działania na miarę osobistych predyspozycji, porzucając dogmat nicości, aby ostatecznie przekonać się jak cudowny jest oddech w Bogu. Zwrócić się ku niebu, nawet wtedy kiedy się zagubimy, roztrwonimy talenty i zaszyjemy się wstydliwie na peryferiach. Możemy wrócić do początku i zacząć jeszcze raz, a „łzy wyrzeźbią w nas warstwę nowej świadomości, będą czymś więcej, niż smutek, bunt czy rozpacz”(J. I. Leloup). Prawdziwe i pełne życie zaczyna się tutaj i ma swój finalny akord po drugiej stronie. Kończę to rozważanie modlitewnym westchnieniem nadziei Nersesa Snorhali: „W moich rękach leży czynienie dobra. Daj mi łaskę, abym przez talent mógł się Tobie jeszcze spodobać.”

wtorek, 15 września 2026

 

Poczekalnia myśli które trzeba właściwie dobierać, ważyć, dopasowywać na miarę codzienności w której przyszło oddychać i jakoś żyć. „Myśl – podobnie jak światło czy kolor – jest zjawiskiem nieposiadającym stanu. Błyska i znika, rozpada się. Trzeba było wynaleźć literaturę, by myśl stała się zjawiskiem odczuwalnym”- twierdził Sandor Marai. Teksty powstają z nalotu wspomnień i przetrawionych osobiście historii. W dzieciństwie wszystko jest niespodzianką, każda chwila i odkryte miejsce jest magiczną krainą upojenia szczęściem. „Być wszędzie, rozlać się w zapachach, rozkwitać w kwiatach, popłynąć wodą, drgać jak dźwięk, świecić jak światło, wtulić się we wszystkie kształty, przeniknąć wszystkie atomy, zejść do samej głębi – być Materią !” – jak pisał upojnie Flaubert. Dorastanie to okres podekscytowania i mocowania się żywiołami które niczym wulkany przebudzają się z uśpienia i czekają na coś w rodzaju erupcji. A później przychodzi dorosłość i gwałtowne przyśpieszenie czasu, czyniącego z dzieci o szeroko otwartych zmysłach, wędrowców odmierzających każdy kolejno postawiony krok ku śmierci. Kowale własnego losu, zdanego na kaprysy innych. Potykanie się, upadki i podnoszenie się z nich to sztuka wymagająca i wyczerpująca. Poszukujemy straconego czasu i kurczowo wypatrujemy świtu, kiedy ponownie zbudzi nas ciepły jak mleko, głos matki i jej delikatna dłoń na twarzy zaspanego i niechętnego do wstania z łóżka małego buntownika. Później przychodzi sztorm miłości. Serce zaczyna bić intensywnie a ciało wiotczeje pod naporem siły która mogłaby stać się wiecznym trwaniem naprzeciw paraliżującego rozum żywiołu. Eros rozprzestrzenia się w obiegu ciała, czyniąc je darem i świątynią najwznioślejszej modlitwy. Pierwszy styk ust którego smak i nieudolność pozostanie w pamięci, a po nim wszystkie inne pocałunki będą jedynie powrotem do tego pierwszego momentu przekroczonej intymności – innego i jakże boskiego Ty. Ta na pozór ekstaza będzie trwać do pierwszego zawału serca i miłosnego zawodu, którego najczęstszą wirusową infekcją jest egoizm której ze stron. „Nie przemówię do ciebie, lecz będę myślał o tobie, gdy usiądę samotny lub samotny zbudzę się w nocy, Będę czekał, bo nie wątpię, że spotkam cię znowu, I zadbam o to, aby cię nie utracić”- dotkliwie wyrazi to napięcie język poezji. Poturbowana i przetrącona przez los istota, będzie zbierać okruchy sensu, aby powstać i pójść dalej. To wszystko przywodzi malarskie stadia przemian postaci w momencie przesypywanej klepsydry. Panta rei aby dotrzeć do oceanu światła. Na końcu jesień i obumieranie liści z drzewa które rodziło owoce i nagle zastygło – stając się suchą i niezwracającą na siebie uwagi ikebaną. W jej wnętrzu zachowała się jednak starcza mądrość której młodość nie rozumie i prześmiewczo ignoruje. Ona nie musi już nikomu nic udowadniać; jej ostatnim zadaniem jest milczące wyczekiwanie wieczności. Znowu czekamy na towarzyszącą czułość i muśnięcie dłoni. Następuje wyjście ku tajemnicy którą chrześcijaństwo bezpośrednio utożsamia z nadzieją. Przeżycie bliskie biblijnemu Hiobowi, bez narzekania i dokonujące się w milczącej zgodzie na to, co nieuniknione i do teraz zakryte. To powtórne przejście przez rodny kanał, a u jego nasady oślepiające światło nowonarodzonego. Ciało walczy i opiera się cierpieniu, ale musi  przekroczyć ten punkt newralgiczny – aby wszystko przeniknął powiew życia - zmartwychwstanie. Gasną oczy. Skóra staje się pofałdowanym pergaminem nieodwracalnych zmian. Kości kruszeją jak wysuszona gruda ziemi. Aby mogło pokonać gwiezdną ławicę ku bramom Nieba, musi zejść w ciemną szczelinę chwilowej samotności i rozkładu. Śmierć i monada czekająca na bilet wstępu! Ostatnia poważna inicjacja bytu rozumnego. Wszystko staje się prochem i cieniem „tak że ciemność będzie światłem a bezruch tańcem.” To jedno z najkrótszych streszczeń historii człowieka. Proust zagniłby mnie za pominięcia i uogólnienia, ale Bóg który na zegarek nie zerka, oddałby mi słuszność intencji. Kończy się czas stawianych pytań. Nastaje czas odpowiedzi i miłosnego teraz !

niedziela, 13 września 2026

 

Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego (Mt 22,35-46). Miłość do Boga i człowieka, nie można opisać tylko i wyłącznie słowami oscylującymi w kategorii uczuć, pragnień, tęsknot, szczęścia… Właściwie na gruncie teologii i praktycznego przekraczania jej- miłość- implikuje wszystko w człowieku, całe jestestwo zostaje zdeterminowane, aby być naprzeciw tego Drugiego. „Miłować to odnajdywać własne dobro poza samym sobą i wiedzieć, że nie można go osiągnąć inaczej, jak tylko przez wolny dar z siebie”(S. Tugwell). Ten stan odniesienia wypływa z przestrzeni serca i jest mniej dyskursywny, niż komuś się może wydawać. Miłość wymaga czytelnych i jednoznacznych aktów. „Prawdziwa wartość miłości polega na tym, że zawsze rozrzutnie darzy sobą niegodnych”(R. Tagore). Miłość wymaga przestrzegania przykazań- to fundament na którym powstaje gmach uczuć, emocji, gestów i pragnień skierowanych ku Bogu oraz drugiemu człowiekowi. „Kto kocha Boga, kocha też bez reszty swego bliźniego”- pisał św. Maksym. Taka miłość kosztuje; nie jest płytka, krótkowzroczna, opakowana kaprysami chwili czy zmieniających się nastrojów. Miłość prawdziwa jest stała, kreatywna, detonująca przytwierdzone do serca znamiona egoizmu i pychy. Miłość otwiera i udrażnia zatamowane arterie dobra. Miłość jest „lekarstwem na nasze grzechy”- rodzi współczucie, wrażliwość, współodczuwanie cierpienia z innymi, uśmierza ból egzystencjalnych porażek. Aby kochać prawdziwie, trzeba przejść przez doświadczenie cierpienia. „Boga trzeba kochać, by bolały mięśnie i kości”- mówił św. br. Albert. Z tego „bólu” rodzi się świat przepełniony ogniem miłości. „Kiedy Twoja miłość jest już przyjęta i otwierają się przed Tobą ramiona, wówczas proś Boga, niech zachowa tę miłość od zepsucia…”(A. Exupery). Jak sobie poradzić z tą koncepcją Chrystusowej miłości ? Możemy przytaknąć i przyznać rację jak faryzeusze; ale za chwilę wrócić do swojego schematu myślenia. A może spróbować żyć inaczej- nasycać życie Miłością.