Wracając do domu
zatrzymał mnie widok pękających pod naporem ciepła pąków magnolii.
Człowiek oderwany od fiksacji ekranu i
bezruchu powiek pod wpływem zaciskanego w dłoni telefonu, może zostać
wyswobodzony przez kontakt z naturą - jeśli tylko pozwoli się dać obezwładnić
tej sile rozkwitającego zewsząd piękna. W egzystencji naznaczonej pośpiechem i
nieustanną potrzebą bycia zalogowanym, kontakt z przyrodą wydaje się dla wielu,
czymś sporadycznym a nawet rzadkim. Bez wątpienia jest to najbardziej
terapeutyczne doświadczenie dla naszych zmysłów ! Nasz świat jest jak szklana
bańka w której zakorkowani niczym z malarstwa Boscha, przemierzamy drogę od
wyznaczonego, po ostatecznie zrealizowany cel, który jakże często jest
przeliczalny na pieniądz i powoduje nieodwracalny uszczerbek na zdrowiu
psychicznym. Obłęd poruszania się w wirtualnym świecie Internetu, uśmiercił
potrzebę wyjścia na zewnątrz, tworząc tym samym świat równoległy na kształt
labiryntu w którym się błądzi, aż po utratę sił i życiowego celu – alienacji na
kształt cienia z platońskiej jaskini. Jadąc tramwajem zauważyłem piękną
dziewczynę siedzącą frontalnie naprzeciwko mnie. Próbowałem nawiązać z nią
jakiś kontakt wzrokowy, migotliwą i rozkruszającą zalegającą anonimowość
zbiorowości – chwilę porozumienia. To było bez celowe, przegrałem z siłą ekranu
telefonu zawłaszczającego wzrok, słuch i ruch twarzy którą migotliwie głaskało
światło słońca przez brudne smugi szyby. Isaak Asimov nakreślił tak
destruktywną sytuację w powieści Face aux
feux do soleil ukazując wykreowanych przez siebie mieszkańców planety
Solaris, jako zastygłych przy komputerach, pozbawionych wzajemnych relacji,
przenikniętych lękiem na samą myśl o fizycznym kontakcie w którym nastąpi
pewnego rodzaju materializacja osób i spotkanie ciał. „Ile rodzajów pieśni może
zaśpiewać konik polny wokół starego domu, gdzie mieszkańcy osiedlają się na
wieczne życie”- pytał zasadnie i targany poczuciem wrażliwości, węgierski
pisarz Krúdy. Problem w tym, że my już nie słyszymy tej rapsodii w której śpiew
ptaka spotyka się z akompaniamentem wiatru i pocałunkiem istnień przebudzonych
ze śmierci do życia. Świat zabił powolność i chęć delektacji tym, co naszych
przodków zapraszało do kontaktu z ziemią; wyczuwaniem jej pulsu i świętości pod
opuszkami palców i w kącikach ust. Człowiek stał się banalnym i przewidywalnym
w każdym odruchu swojej cielesności. Choć wystawiony na światło i obłaskawiony
eterycznością, zdaje się być wydartym siłom ciążenia i samotności. Człowiek
epoki kamiennej posiadał większą amplitudę wrażliwości, niż ten nowoczesny,
zakotwiczony w klawiaturze zdyszanego komputera. Oczy przestały rejestrować
tajemnicę, stając się jedynie receptorami zdarzeń w które wpisani zostaliśmy
zadaniowo, zwodząc uparcie siebie że jesteśmy wolni. „Świat jest muzyką dla
której trzeba znaleźć słowa”- przekonywał Pasternak wbrew sprofanowanej złem
rzeczywistości w której dane mu było żyć. Z dna plecaka wyciągnąłem informator
Akademii Sztuki w Szczecinie który ktoś mi włożył w pośpiechu. Zagotowała mnie
w nim jedna myśl: „…bo piękno nie istnieje – istnieje wolność !” Sztuka
wydestylowana z piękna wydaje się już być krok od katastrofy. Zatopiona w
przepastnej wolności twórcy, może sięgnąć pustki. Lepiej powrócić do miejsca
zachwytu. Drzewo magnolii ma w sobie mądrość i piękno Stwórcy !




.jpg)

