Poczekalnia
myśli które trzeba właściwie dobierać, ważyć, dopasowywać na miarę codzienności
w której przyszło oddychać i jakoś żyć. „Myśl – podobnie jak światło czy kolor
– jest zjawiskiem nieposiadającym stanu. Błyska i znika, rozpada się. Trzeba
było wynaleźć literaturę, by myśl stała się zjawiskiem odczuwalnym”- twierdził
Sandor Marai. Teksty powstają z nalotu wspomnień i przetrawionych osobiście
historii. W dzieciństwie wszystko jest niespodzianką, każda chwila i odkryte
miejsce jest magiczną krainą upojenia szczęściem. „Być wszędzie, rozlać się w
zapachach, rozkwitać w kwiatach, popłynąć wodą, drgać jak dźwięk, świecić jak
światło, wtulić się we wszystkie kształty, przeniknąć wszystkie atomy, zejść do
samej głębi – być Materią !” – jak pisał upojnie Flaubert. Dorastanie to okres
podekscytowania i mocowania się żywiołami które niczym wulkany przebudzają się
z uśpienia i czekają na coś w rodzaju erupcji. A później przychodzi dorosłość i
gwałtowne przyśpieszenie czasu, czyniącego z dzieci o szeroko otwartych
zmysłach, wędrowców odmierzających każdy kolejno postawiony krok ku śmierci. Kowale
własnego losu, zdanego na kaprysy innych. Potykanie się, upadki i podnoszenie
się z nich to sztuka wymagająca i wyczerpująca. Poszukujemy straconego czasu i
kurczowo wypatrujemy świtu, kiedy ponownie zbudzi nas ciepły jak mleko, głos
matki i jej delikatna dłoń na twarzy zaspanego i niechętnego do wstania z łóżka
małego buntownika. Później przychodzi sztorm miłości. Serce zaczyna bić
intensywnie a ciało wiotczeje pod naporem siły która mogłaby stać się wiecznym
trwaniem naprzeciw paraliżującego rozum żywiołu. Eros rozprzestrzenia się w
obiegu ciała, czyniąc je darem i świątynią najwznioślejszej modlitwy. Pierwszy
styk ust którego smak i nieudolność pozostanie w pamięci, a po nim wszystkie
inne pocałunki będą jedynie powrotem do tego pierwszego momentu przekroczonej intymności
– innego i jakże boskiego Ty. Ta na pozór ekstaza będzie trwać do pierwszego
zawału serca i miłosnego zawodu, którego najczęstszą wirusową infekcją jest
egoizm której ze stron. „Nie przemówię do ciebie, lecz będę myślał o tobie, gdy
usiądę samotny lub samotny zbudzę się w nocy, Będę czekał, bo nie wątpię, że
spotkam cię znowu, I zadbam o to, aby cię nie utracić”- dotkliwie wyrazi to
napięcie język poezji. Poturbowana i przetrącona przez los istota, będzie
zbierać okruchy sensu, aby powstać i pójść dalej. To wszystko przywodzi
malarskie stadia przemian postaci w momencie przesypywanej klepsydry. Panta rei aby dotrzeć do oceanu światła. Na końcu jesień i obumieranie liści z
drzewa które rodziło owoce i nagle zastygło – stając się suchą i niezwracającą
na siebie uwagi ikebaną. W jej wnętrzu zachowała się jednak starcza mądrość
której młodość nie rozumie i prześmiewczo ignoruje. Ona nie musi już nikomu nic
udowadniać; jej ostatnim zadaniem jest milczące wyczekiwanie wieczności. Znowu
czekamy na towarzyszącą czułość i muśnięcie dłoni. Następuje wyjście ku
tajemnicy którą chrześcijaństwo bezpośrednio utożsamia z nadzieją. Przeżycie
bliskie biblijnemu Hiobowi, bez narzekania i dokonujące się w milczącej zgodzie
na to, co nieuniknione i do teraz zakryte. To powtórne przejście przez rodny
kanał, a u jego nasady oślepiające światło nowonarodzonego. Ciało walczy i
opiera się cierpieniu, ale musi przekroczyć
ten punkt newralgiczny – aby wszystko przeniknął powiew życia -
zmartwychwstanie. Gasną oczy. Skóra staje się pofałdowanym pergaminem
nieodwracalnych zmian. Kości kruszeją jak wysuszona gruda ziemi. Aby mogło
pokonać gwiezdną ławicę ku bramom Nieba, musi zejść w ciemną szczelinę
chwilowej samotności i rozkładu. Śmierć i monada czekająca na bilet wstępu!
Ostatnia poważna inicjacja bytu rozumnego. Wszystko staje się prochem i cieniem
„tak że ciemność będzie światłem a bezruch tańcem.” To jedno z najkrótszych
streszczeń historii człowieka. Proust zagniłby mnie za pominięcia i
uogólnienia, ale Bóg który na zegarek nie zerka, oddałby mi słuszność intencji.
Kończy się czas stawianych pytań. Nastaje czas odpowiedzi i miłosnego teraz !






