Za oknem jesień skąpana w
słońcu i ruchu wiatru, przenoszącym niewidoczne dla oka partykuły materii i
skrycie wyjawianych cudzych myśli. Ziemia rozkłada to, co umiera, dając tym
samym wciąż na nowo życie. To błogosławiona powtarzalność i powinność, którą
Bóg zapisał w kodzie natury. Przeszywające umysł przeświadczenie o kruchości
bytu i zatrzymaniu w połowie wędrówki do miejsca przy którym refleksja
teologiczna, może być iluzoryczna i porównana do przed lingwistycznego bełkotu
dziecka, próbującego na siebie zwrócić uwagę. Przyroda zapada beztrosko w sen,
a my nie mamy na to żadnego wpływu. Jesteśmy biernymi obserwatorami procesów
które określamy przemianą. Ziemia ścieli się kołdrą różnobarwnych liści;
szykuje sobie posłanie oczekując odprężenie nadejścia śmierci. Człowiek jest
też uwikłany w tąpnięciach biologii – kaprysach cielesności która trzeszczy,
uwiera, choruje, przeżywa stan konwulsji i nie wiadomo o której godzinie –
wyłącza się z czasu który odmierzają wskazówki zegarka. Niektórzy pragną jedynie
przetrwać, przechodząc drogą, ociężale stawiając kroki ku niewiadomej
następnego dnia. Istnieją również tacy, których jak rozmyślał Yannaras: „Ciało
mówi językiem duszy. Dusza wyraża pragnienie życia z taką ekspresją, która nie
poddaje się żadnej definicji.” Spoglądam z niepokojem na moją mamę jak gaśnie.
Umysł jest ciągle świeży i rozpoznający wszystko z bystrością dziewczyny
pijącej z nektaru zadziwienia przeszłością. Ciało natomiast wiotczeje i gaśnie,
nie mogąc już unieść niczego – stając się balastem – ciążącym ku pozycji
horyzontalnej; czekając na godzinę zerwania owocu z drzewa życia. Opiekujesz
się rodzicem: karmiąc go, myjąc, zmieniając opatrunki na niegojących się
ranach, dotykając bólu. Przebierasz pieluchę, spłacając dług wdzięczności za uśmiech
dzieciństwa w którym matka powtarzała te same codzienne czynności z
bezinteresowną czułością i oddaniem. To miłość która zatacza krąg i powraca w
zupełnie innej trajektorii działania przenikniętego współczuciem. Chciałbym
naszkicować świat skąpany w świetle do którego można wbiec jak wariat upojony
szczęściem. Jednak trzeba zejść na ziemię i zryć ją ciężarem własnej
bezradności. Dźwigać z uporem ciężar losu rozświetlonego przesłaniem Ewangelii.
Niektórzy nie potrafią tego unieść, kamienieją jak Niobe z opowieści Owidiusza
na widok odchodzenia i straty najbliższych. Wszystko jest przygotowaniem na
przejście, choć układ scalony mózgu to wypiera. „Czym innym jest umrzeć, a czym
innym zostać unicestwionym – pisał Hamvas – Czym innym spaść w nicość w nic nierozumiejącym
oszołomieniu, a czym innym świadomie przekroczyć granicę. Jasność śmierci
przenika najgłębsze warstwy istnienia.” Kiedyś ból ustanie a na horyzoncie
gasnącego wzroku wyłoni się Raj. Pasternak nakreśli dłonią doktora i poety Żywagi
słowa otuchy i nadziei wbrew dialektyce zła: „Zwyciężyć będzie można śmierć. Wysiłkiem
zmartwychwstania.”






