Si
fueris Romae, Romano vivito more; si fueris alibi, vivito sicut ibi.
Powróciłem myślami do Rzymu w którym niespełna dwa tygodnie temu dane mi było
spacerować. Nie sposób opisać tych rozległych horyzontów sztuki które się tam smakuje
powoli, aby nie dostać zadyszki lub estetycznej niestrawności. Kultura tak
pełna zapożyczeń a zarazem najbardziej oryginalna w konstelacji tzw.
europejskości. Zawiłe do prześledzenia stadia rozwoju cywilizacji tak
rozwibrowanej jak meander Tybru – w którego tafli przeglądali się cesarze i
papieże, mierząc swoje siły na zamiary. Wszystko tam oddycha historią i
duchowością zaprzeszłych wieków, nie stając się tym samym, jakimś zatęchłym
skansenem czy przyprószonym kurzem reliktem - czekającym na obłaskawienie, czy
wybudzenie w oczach pielgrzymów i turystów. Wieczne
Miasto potrafi rozbudzić nawet tych, którzy są skupieni na sobie i dalekie
jest im przesiewanie piasków historii, czy uciążliwy ból w stopach pokonujących
kilometry bazaltowych ścieżek. Już teraz rozumiem aluzję Herberta: „Jeżeli
wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa wędrowanie pozornie bez
celu błądzenie po omacku żebyś nie tylko oczami, ale także dotykiem poznał
szorstkość ziemi i abyś całą skórą zmierzył się ze światem.” Warto odrobinę
pocierpieć, wyprażyć się w słońcu i być obmytym deszczem w drodze ku kolumnadzie
Berniniego; miejscu chwilowego schronienia. Tam nawet dyletanci przecierają
oczy i dostrzegają ów smaczki które zapadają w sercu i rzeźbią w pamięci łaknienie
znalezienia się tu ponownie. „Każdy, kto widział najpierw fotografię jakiegoś
miejsca, a potem je odwiedził, wie, jak bardzo odmienna jest rzeczywistość. Oddychamy
atmosferą tego miejsca, słyszymy należące do niego dźwięki, czujemy jak są one
odbijane przez niewidoczne domy z nami”(S. Rasmussen). Nie wiem czy istnieje coś,
na kształt syndromu rzymskiego nad którym mogliby deliberować przy łyku kawy psychologowie.
„Muzea i galerie Rzymu, choć tak bogate, mieszczą w sobie zaledwie część tego
piękna, jakie tu wieki kuły w kamieniu, utrwalały na płótnach, freskach,
mozaikach – pisał Jan Parandowski – Pełno ich w kościołach, w pałacach, w
gmachach państwowych, w domach prywatnych, gdzie wrosły dziedzictwem, w
zakamarkach, gdzie się ich nikt nie spodziewa: na ustronnym i zaniedbanym
podwórzu nagle spomiędzy rupieci wyłania się słowa posągu, a w iluż miejscach
strumyk wody sączy się w sarkofagu o pięknych reliefach ! Marmury i brązy
rozbiegły się po mieście, po ulicach i placach, w alejach parków odkrywamy je znienacka
w niefrasobliwej przechadzce, tak jak w ciemnym zaułku zatrzymuje nas Madonna,
niespodziana ozdoba starej, złuszczonej ściany, i swym wdziękiem każe nam
szukać jej twórcy wśród sławnych artystów.” Te zatrzymania i fragmentaryczne fascynacje
ogarniały każdego wytrwanego podróżnika który w tym miejscu szukał czegoś
więcej, niż poczucie ekstrawagancji, luksusu, prestiżu, czy zaistnienia na
fotografii – pośród rozsiadłych na wzgórzach krajobrazów – rozsianego obficie
piękna. Są to doznania pod którym dukt pióra drży, a klawiatura komputera jest
niczym klawisz fortepianu, rozpoczynająca niepewnie takt i muzyczną frazę
utworu. Kultura Rzymu jest jak warstwowy tort którego smaczne porcje, przywodzą
dziecinne wprost odczucie radości z chwili, która już taka sama się nie powtórzy.
Rzym antyczny, wczesnochrześcijański, bizantyjski, średniowieczny, renesansowy
i barokowy… w nakładających się kostiumach estetycznej wirtuozerii mistrzów
pędzla, dłuta, pióra, czy instrumentów poderwanych w bezsenną noc, otwierając źrenice
oczu na widok Forum Romanum, Koloseum, czy Bazyliki św. Piotra z kopułą w
której dosłownie, można zmieścić Panteon. Tutaj nigdy nie zapada noc, bowiem gwar
miasta przeistaczając się w delikatnie odczuwalną ciszę, zaprasza do kolejnej
wędrówki krętymi uliczkami i tawernami w których podochocony winem niejeden Rzymianin
w imię miłości, wykonywał arystokratycznie usposobiony arię na cześć miasta
których to protoplastów napoiła mlekiem wilczyca z Kapitolu. Miał rację poczciwy
Giotto mówiąc: „Rzym to miasto echa, miasto iluzji i miasto pragnień.” Zmęczony
wszedłem do bazyliki Santa Prassede, słyszałem kołatanie własnego serca. Położyłem
się na ławce i spoglądałem na sklepienie na którym Chrystus zamknięty w
medalionie był otoczony gibkimi aniołami – atletami wieczności. Wspomnienia wyryte w pamięci są źródłem
szczęścia !






.jpg)