poniedziałek, 30 czerwca 2014








„Słowa Zachodu potrzebują słów Wschodu, aby Słowo Boże coraz lepiej ukazywało swe niezgłębione bogactwa” - Jan Paweł II


Tę prawdę wyraża sztuka niezwykła jaką jest Ikona, której ojczyzną jest chrześcijański Wschód. To więcej niż obraz wyrażający prawdy wiary, to więcej niż przedstawienie Chrystusa, Jego Matki czy Świętych, to teologia wypisana za pomocą linii, kolorów, symboli które odsłaniają przemienioną rzeczywistość do której zmierzamy tu, na ziemi.
Ikona to okno na Królestwo Boże, to spoglądanie na świat harmonii, piękna zdolnego zbawić świat. Święty Paweł dobrze formułuje chrystologiczną podstawę ikony: „Chrystus jest obrazem niewidzialnego Boga”. Oznacza to że widzialne człowieczeństwo Chrystusa jest ikoną Jego niewidzialnego Bóstwa, że jest Widzialnym Niewidzialnego”. Ikona Jezusa Chrystusa jawi się jako obraz Boga i człowieka jednocześnie, ikona pełnego Chrystusa- Boga-Człowieka.
Dlatego, zdaniem ojców Kościoła, ikony są przepełnione łaską i świętością ze względu na przyznane im miano świętych. Ikona jest uświęconym imieniem Boga oraz imionami osób pozostających w Jego bliskości, czyli świętych, i z tego powodu otrzymuje łaskę Ducha Świętego.
Poza tym, przytaczając słowa św. Bazylego Wielkiego, Sobór stwierdza, że cześć oddawana wizerunkowi przechodzi na jego pierwowzór i ten kto czci obraz, czci osobę tego, kogo on przedstawia.
Tak więc ikony służą jako pośrednik między osobą wyobrażoną a modlącym się ludem, jednocząc ich w łasce. W świątyni podczas liturgii, zgromadzenie wiernych przez ikonę i modlitwę liturgiczną wchodzi w łączność z Kościołem niebieskim, aby wraz z nim tworzyć jedność. W tej wspaniałej symfonii każdy wierny, patrząc na ikony widzi starszych towarzyszy, patriarchów, apostołów, męczenników, świętych – jako istoty prawdziwie obecne. Uczestniczy z Nimi wszystkimi w Tajemnicy, będąc współuczestnikiem liturgii aniołów, śpiewa:
„W Twoich świętych ikonach kontemplujemy niebieski przybytek i radujemy się radością czystą...”
Jerzy Nowosielski powiedział: „Zaistnienie ikony w Kościele zachodnim jest niesłychanie ważne, gdyż przywraca Kościołowi duchowość katolicką. Mówię katolicką w etymologicznym rozumieniu tego słowa. Ikona przywraca Kościołowi jego powszechność, tę duchowość kościoła, jaka była dlań charakterystyczna w pierwszym tysiącleciu”
Takim człowiekiem którego Bóg postawił na mojej drodze życia jest Andrzej Binkowski- artysta plastyk, twórca wielu ikon, mój wspaniały przyjaciel. Było dane nam spotkać się przed kilku laty w Pile, ja zakochany w teologii ikony i sofiologii rosyjskiej, On świeżo "nawrócony" i zafascynowany pięknem sztuki prawosławnej, dwie dusze o podobnych fascynacjach poznawczych. Pomyślałem iż warto o tym doświadczeniu napisać, wyrazić dar wdzięczności wobec osoby którego twórczość stała się przestrzenią do pogłębienia mojej osobistej wiary, podjęcia dyskursu który wpisał się  tak płodnie w budowanie pewnej spójnej wizji sztuki sakralnej. Jak powiedział Trubieckoj "Ikona to kolorowa kontemplacja Boga", rzeczywiście i autentycznie może człowieka pociągnąć, zachwycić i unieść ku kontemplacji innej rzeczywistości...poderwać oczy i serce ku poznaniu, które zacznie wybiegać ku transcendencji. Właściwie zawsze naszym wspólnym marzeniem było przywrócić Kościołowi Zachodniemu utraconą przed wiekami tradycję Ikony jako obrazu kanonicznego i dogmatycznego, tworzącego wraz liturgią wydarzenie spotkania z Bogiem. Przeczytałem przed wielu laty słowa Jana Pawła II które skierował do artystów, wydają się niezwykle trafne w kontekście Andrzeja Binkowskiego, jego talentu, twórczości, bogatej i wrażliwej osobowości. "Ten, kto wierzy, kto kocha, kto ma nadzieję, w chrześcijańskim rozumieniu tego słowa, wkracza w nowy świat. Tak samo jednak ten, kto z pasją uprawia sztukę, do której upodobanie i talent dał mu Bóg. Człowiek taki nie poszukuje korzyści osobistych; nie liczy tylko na własne siły. Pozwala, by rozwijało się w jego sercu to, co w nim samym najlepsze, w nim- człowieku wolnym, wykształconym i bezinteresownym [...] Sztuka nie tylko pozwala uczestniczyć w tajemnicy człowieka, którego chce przywołać, przedstawić, odmalować, ale tworzy więzi pomiędzy wszystkimi ludźmi, którzy tę sztukę uprawiają, którzy ją kontemplują lub którzy się nią cieszą". Dziękuję Andrzeju za sztukę...porywającą serce, otwierającą na piękno które dotyka Piękna Boga. Tylko tak rozumiana i uprawiana sztuka staje się eschatologią- tęsknotą za Niebem, spełnieniem wszystkiego w Bogu. W świecie w którym manifestuje się kicz, wulgarność i brzydota, ikona odsłania rzeczywistość już nie z tego świata, przeobrażoną światłością którą wypisuje niewidzialna dłoń Boga.


 


 

sobota, 28 czerwca 2014


Mt 16,13-19

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” A oni odpowiedzieli: „Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków”. Jezus zapytał ich: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. Odpowiedział Szymon Piotr: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Na to Jezus mu rzekł: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr Opoka, i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego: cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”.

 

Dwóch wielkich świętych Apostołów Piotr i Paweł. Dwa fundamenty, wsporniki kolegium uczniów których Chrystus powołał do głoszenia Ewangelii. Słów kilka o wielkim Rybaku. Św. Piotr pochodził z Betsaidy, miejscowości położonej nad jeziorem Genezaret. Jak podaje Ewangelia był bratem św. Andrzeja Apostoła (J 1,40), który go też przyprowadził do Pana Jezusa. Piotr to postać pełna kontrastów, wewnętrznej walki, wadzenia się ze sobą… To do jego łodzi wszedł Pan i rzekł aby wypłynęli na głębie i zarzucili ponownie sieci. Mimo iż całą noc łowili ryby, byli wykończeni i do tego nic nie złowili. Ale na słowa Mistrza wypłynął jeszcze raz… zdumiał się cudownym połowem, to był zwrot w życiu profesjonalnego rybaka. I słowa które jak echo będą powracały do Piotra przez całe życie: „Nie bój się odtąd ludzi będziesz łowił”. To wydarzenie zmieniło jego życie, rozpostarło nowe horyzonty, otworzyło serce na przygodę której zwroty akcji mogą stanowić fabułę, w której to odnajdzie się wielu współczesnych ludzi ze swoją czasami zagmatwaną historią życia. Piotr to uczeń który przeszedł wszystkie napięcia wewnętrzne, od fascynacji osobą Jezusa, po gwałtowność którą niejednokrotnie wyrażał swoim pełnym ekspresji temperamentem i siłą, po tragiczne w skutkach zaparcie się Mistrza, skołatane z bólu serce i spadające jak wodospad łzy. Piotr od końca zaufał Bogu, podniesiony z upadku, wzmocniony łaską, odpowiada z nową jakością na miłość po raz kolejny-już jako dojrzały pasterz odpowiedzialny za powierzoną sobie trzodę. To pytanie Pana po zmartwychwstaniu trzykrotne: Czy kochasz Mnie ?I pełna napięcia i  wzruszenia odpowiedź: Panie Ty wiesz że Cię kocham… znasz moje serce, wiesz jaki naprawdę jestem. Potwierdza to wyznanie męczeńską śmiercią, utożsamiając się z Miłością Ukrzyżowaną. Najstarsze źródła tradycji wskazywały jako miejsce męczeńskiej śmierci Piotra ogrody cesarskie, które rodzina Augusta Oktawiana założyła na brzegu Tybru, naprzeciw właściwego miasta, pod nazwą ager vaticanus. W tym miejscu cesarz August, Kaligula i Neron założyli stadiony i cyrki ku uciesze obywateli. Około 330 roku cesarz Konstantyn Wielki postawił na tym miejscu śmierci Apostoła, bazylikę która była wielokrotnie przebudowywana, dzisiaj świadectwem pamięci jest konfesja pod którą znajduje się grób Biskupa Rzymu.

Jak wszyscy dobrze wiemy przed bazyliką świętego Piotra, stoją dwa imponujące posągi Apostołów Piotra i Pawła. Są oni łatwo rozpoznawalni poprzez swoje atrybuty: klucze w rękach Piotra i miecz w rękach Pawła. Również na głównym portalu bazyliki świętego Pawła za Murami są wspólnie przedstawione sceny z życia i męczeństwa tych dwóch filarów Kościoła. Chrześcijańska tradycja zawsze łączyła Piotra i Pawła: rzeczywiście razem reprezentują oni całą Ewangelię Chrystusa. Zaś w Rzymie ich więź jako braci w wierze nabrała szczególnego znaczenia. Istotnie wspólnota chrześcijańska tego Miasta uważała ich jako rodzaj przeciwstawienia wobec mitycznych Romulusa i Remusa, braci bliźniaków, którym przypisywano założenie Rzymu. Można by również pomyśleć o innej zbieżności przeciwieństw, również jeśli idzie o kwestię braterstwa: podczas gdy pierwsza biblijna para braci ukazuje nam skutek grzechu, z powodu którego Kain zabija Abla, to Piotr i Paweł, choć bardzo po ludzku różnią się od siebie i pomimo, że w ich relacji nie brakowało konfliktów, urzeczywistnili nowy sposób bycia braćmi, przeżywany według Ewangelii, sposób autentyczny, który stał się możliwy właśnie przez działającą w nich łaskę Chrystusowej Ewangelii. Jedynie pójście za Jezusem prowadzi do nowego braterstwa: to jest właśnie pierwsze fundamentalne orędzie, jakie dzisiejsza uroczystość przekazuje każdemu z nas i którego znaczenie znajduje również odzwierciedlenie w poszukiwaniu owej pełnej komunii, której pragną Patriarcha ekumeniczny i Biskup Rzymu, a także wszyscy chrześcijanie. W wysłuchanym przed chwilą fragmencie Ewangelii świętego Mateusza, Piotr składa swoje wyznanie wiary w Jezusa, uznając w Nim Mesjasza i Syna Bożego. Czyni to także w imieniu pozostałych Apostołów. W odpowiedzi, Pan objawia misję, jaką zamierza jemu powierzyć, to znaczy, że będzie “opoką”, “skałą”, widzialnym fundamentem, na którym wybudowany jest cały duchowy gmach Kościoła (por. Mt 16,16-19). W jaki jednak sposób Piotr jest skałą? Jak powinien on wypełniać tę prerogatywę, której rzecz jasna nie otrzymał dla siebie? Relacja ewangelisty Mateusza mówi nam przede wszystkim, że uznanie tożsamości Jezusa wypowiedziane przez Szymona w imieniu Dwunastu nie pochodzi z “ciała i krwi”, to znaczy z jego ludzkich zdolności, lecz ze szczególnego objawienia Boga Ojca. Natomiast wkrótce po tym, gdy Jezus zapowiada swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie, Szymon Piotr reaguje właśnie wychodząc od “ciała i krwi”: “począł robić Mu wyrzuty… Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”(16,22). Jezus zaś z kolei odpowiedział: “Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą…” (w. 23). Uczeń, który na mocy Bożego daru może się stać mocną skałą, ukazuje siebie przez to, kim jest w swojej ludzkiej słabości: kamieniem na drodze, kamieniem o który można się potknąć – po grecku skandalon. Ujawnia się tutaj wyraźnie napięcie istniejące między darem, który pochodzi od Boga a ludzkimi możliwościami. W tej scenie między Jezusem a Szymonem Piotrem, widzimy w pewien sposób zapowiedź dramatu historii samego papiestwa, charakteryzującej się właśnie jednoczesną obecnością tych dwóch elementów: z jednej strony dzięki światłu i mocy pochodzących z wysoka papiestwo jest fundamentem Kościoła pielgrzymującego w czasie, z drugiej zaś, na przestrzeni wieków wyłania się także słabość ludzi, którą może jedynie przekształcić otwarcie na działanie Boga.                                                                                                  (  fragment homilii Benedykta XVI na Uroczystość św. Piotra i Pawła )

 



środa, 18 czerwca 2014

BÓG KTÓRY STAŁ SIĘ POKARMEM


 
Jutro będziemy przeżywać niezwykle malowniczą w swoim wymiarze zewnętrznym  Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Wyniesiemy ze świątyni Najświętszy Sakrament i będziemy wędrować ulicami miasta. Będą flesze aparatów fotograficznych, dzieci sypiące kwiatki, kobiety pięknie wystrojone, jedna przez drugą będą się prześcigały jak tu estetycznie przykuć oko przemierzających drogę ludzi. Panowie wyprostowani i wypachnieni jak najlepsza perfumeria… wszystko takie wypełnione splendorem… tajemniczością Kogoś kto jest niesiony w złotej monstrancji. Jednocześnie warto przebić się myślami przez ten cały, a jakże piękny folklor. Przecież chodzi tu o Boga, który dał Siebie jako Miłość. W ten dzień powracają słowa z Ostatniej Wieczerzy, z cudownej a jednocześnie pełnej tajemniczości uczty pożegnalnej którą Chrystus wyprawił swoim uczniom. Oni czuli że jest to szczególna chwila, wyjątkowa i jedyna… sprawowana w wieczór Paschy. To wydarzenie obwieszcza cierpienie Pana, Mesjasza. Podobnie jak przełamywany został ten święty chleb, tak ciało Jezusa zostanie wydane za życie świata… Zostało wydane z moje i twoje życie. Uroczystość którą będziemy przeżywać jest przedłużeniem tego co dokonało się w Wielki Czwartek. Dwa sakramenty miłości: Kapłaństwo i Eucharystia, stanowiące krwiobieg życia wspólnoty Kościoła. Bierzcie, to jest Ciało moje, które za was będzie wydane. Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie na moją pamiątkę. Ojciec Aleksander Mień komentując te słowa napisał: „Tak oto dokonała się Pascha Przymierza, zawartego we krwi Baranka. Jezus rozmyślnie zachował w obrzędzie symbolikę ofiary, ponieważ wszystkie starożytne ołtarze były wołaniem ku niebu i wyrażały pragnienie obcowania człowieka z Najwyższym. Ostatnia Wieczerza Chrystusa jednoczyła wiernych z Nim, z wcielonym Synem Bożym.” Bóg w tym wydarzeniu dokonał transfuzji krwi do żył (życie..miłość..)prowadzących  do naszego serca, chciał zamieszkać i pozostać z nami w tabernakulum naszych serc. Każda Liturgia na którą przychodzimy jest uobecnieniem tej wielkiej Miłości-misterium obdarowania serca. To jest tak jakbyśmy weszli do „wehikułu czasu”, to co dokonało się dwa tysiące lat temu z uczniami w Sali na górze, dokonuje się tu i teraz, na każdym ołtarzu świata… Bóg staje się Pokarmem aby móc posilić każdego z nas. Może uchwycenie tego wydarzenia w taki sposób pozwoli nam w postawie uwielbienia i błogosławieństwa przejść ulicami naszych miast, aby zobaczyć Boga, nasycić Nim swój wzrok i napełnić serce… tylko wtedy zrozumiemy na czym polega miłość. Chcemy z miłością modlić się słowami św. Tomasza z Akwinu: O święta Uczto, na której przyjmujemy Chrystusa,  odnawiamy pamięć Jego męki,  duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały.


 



sobota, 7 czerwca 2014



Kościół po raz kolejny w pokorze serca pragnie doświadczyć bogactwa daru Pięćdziesiątnicy.
Piszę pokornie z tym mocnym akcentem na wewnętrzną dyspozycyjność, uniżenie i otwartość, to wszystko dokonuje się w modlitwie przyzywania, tak jak to czynił Chrystus: Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze (J 14, 16). To wołanie z głębin ludzkiego jestestwa aby Duch Święty urzeczywistnił Miłość.  Tak głęboko o tym napisał o. Matta el-Maskine „Obietnica Ojca, ze ześle nam Ducha Świętego, została dotrzymana i proces przybrania za synów, wielokrotnie obiecanego przez Pana i oczekiwanego przez uczniów, dobiegł końca, gdy Syn przygotował w samym sobie wszystko, co było konieczne do tego. Uczniowie byli zgromadzeni w Sali na górze, zgodnie nakazem Chrystusa, aby tam czekać na obietnicę Ojca, i wszyscy trawli na modlitwie. Wtedy obietnica została spełniona przez namaszczenie ogniem…” Również my dzisiejszego dnia każdy na swój własny sposób w wieczerniku swojego domu, wielu młodych zgromadzonych w wigilię na polach lednickich w miejscu początku chrztu, na ziemi uchrystusowienia naszych przodków i dziejów historii. Z Wieczernika każdy powinien wyjść inny, nie wiem jaki...ale lepszy jako człowiek i świadek wiary. To pewnie trudne zadanie szczególnie dzisiaj w sercu dziwnego świata, w swoistym Babel globalizacji, która nie przybliża i nie otwiera na drugich… gdzie języki się pomieszały i w polifonii krzyku współczesności zakładającej słuchawki na uszy i pędzi się Bóg wie gdzie, w takiej atmosferze nie można  uchwycić wiatru, gwałtownego szumu z Nieba, chcącego odnawiać oblicze ziemi tworzącego życie Parakleta. Duch Święty zstępuje na świat, wyraża się przez swoje dary i charyzmaty, urzeczywistnia się w serdecznym uśmiechu każdego dziecka, miłości ludzi i szczerym pragnieniu dawania dobra. Okrywa Go wielka tajemnica… O tej Tajemnicy sformułowanej jako modlitwa i antidotum na ból świata napisze Simone Weil „Wzywać Ducha Świętego zwyczajnie i po prostu; wołanie, krzyk. Podobnie kiedy jest się u kresu pragnienia, kiedy jest się chorym z pragnienia, nie wyobraża się sobie czynności picia w odniesieniu do siebie ani czynności picia ogólnie. Wyobraża się sobie tylko wodę, wodę samą w sobie, lecz ten obraz wody jest niczym krzyk całej istoty”. Chyba jeszcze nigdy jak dzisiaj człowiek jest tak mocno spragniony Wody (łaski Ducha Świętego), zmęczony i bezradny, zagubiony i kołaczącym sercem człowiek pragnie zaspokoić największe pragnienie. Kiedy otworzymy nasze wnętrze i pozwolimy się mimo naszej grzeszności poprowadzić przez pustynię, doświadczymy święta o którym niewiarygodnie napisał Exupery  w Małym Księciu kiedy jego mały bohater doszedł strudzony do wyczekiwanej długo studni aby wreszcie zaspokoić swoje pragnienie: „Zrozumiałem już, czego szukał. Podniosłem wiadro do jego warg. Pił, mając oczy zamknięte. To było tak piękne jak święto. To było czymś więcej niż pożywieniem. Ta woda była zrodzona z marszu pod gwiazdami, ze śpiewu bloku, z wysiłku mych ramion. Sprawiała radość w sercu-jak podarek…” Zstąpienie Ducha Świętego to wyjątkowe dla każdego święto, które wypełnia...odnawia...przeobraża i przebóstwia.


sobota, 17 maja 2014


Pragnę przywołać esej pt. "Katedra symbol Europy", napisany przed laty przez wybitnego uczonego, poetę i historyka sztuki, Księdza Profesora Janusza Pasierba. Tekst był pisany ponad dwadzieścia lat temu, ale nic nie traci ze swojej mądrości i świeżości myśli. Autor snuje rozważania o fenomenie kulturowym jaki jest Katedra- specjalnie napisałem przez duże K. abyśmy poczuli gdzie są nasze korzenie...Katedra to symbol, a może nawet coś więcej, warto się dzisiaj zdumieć nad tym fenomenem zrodzonym w sercu Europy i ludzkiej wyobraźni z gruntu chrześcijańskiej.

Kate­dra. Słowo, któ­rego obco­ści nie odczu­wamy w żad­nym języku euro­pej­skim, cho­ciaż wiąże nas z Gre­cją. Ozna­czało tam sie­dzibę, lego­wi­sko, krze­sło, sie­dze­nie (także w ana­to­micz­nym sen­sie), bazę kolumny. O ile w sta­ro­żyt­no­ści pogań­skiej mogło okre­ślać sie­dze­nie bez­czynne, w dobie Nowego Przy­mie­rza stało się nazwą sie­dzi­ska dla nauczy­ciela. Krze­sło tego, kto uczy, zaczęło ozna­czać miej­sce, gdzie się naucza: kościół biskupa. Potem był to kościół biskupi i kró­lew­ski, kościół miej­ski, ale jak soczewka odbi­ja­jący w sobie życie oko­licy, wsi, rol­ni­ków i myśli­wych, ich pracę jako «zaję­cia mie­sięcy». Mia­sto Boga wypeł­niały sym­bole odnie­sione do kosmosu i do czło­wieka. Zna­cze­nie miały strona prawa i lewa i strony świata, gdzie połu­dnie i wschód ozna­czały Chry­stusa – «Słońce spra­wie­dli­wo­ści», Ducha Świę­tego i żar wiary, a zachód i pół­noc – Anty­chry­sta, sza­tana, kró­le­stwo ciem­no­ści, także złych ludzi. Rzut odzwier­cie­dlał ciało ludz­kie, ciało Chry­stusa: pre­zbi­te­rium odpo­wia­dało gło­wie, tran­sept – roz­krzy­żo­wa­nym ramio­nom, nawy sta­no­wiły kor­pus – cor­pus. Bryła kamien­nych cio­sów sym­bo­li­zo­wała wspól­notę, a wierni dopa­so­wani do sie­bie przez miłość byli „żywymi kamie­niami” – homi­nes quadrati. Gdy kolumn było dwa­na­ście, przy­po­mi­nały one apo­sto­łów, okna – nauczy­cieli wiary, kazno­dzie­jów, a serce świą­tyni – ołtarz – ozna­czał samego Zba­wi­ciela, jego betle­jem­ski żłó­bek lub jero­zo­lim­ski grób. Tu, w obrę­bie świę­tego kręgu, pano­wał święty porzą­dek, kosmos. Każdy był na swoim miej­scu: biskup, władca, kano­nicy, wierni podzie­leni na męż­czyzn i kobiety. Była tu Jero­zo­lima i Rzym, labi­rynt i łaciń­ska jasność.


W śre­dnio­wie­czu Europa była tam, pokąd się­gały kate­dry. Naj­da­lej na wschód wysu­nięte pre­zbi­te­rium kate­dralne ma Gnie­zno. Przez ten pierw­szy, co do rangi, kościół kraju zaczę­li­śmy nale­żeć do «głów­nego lądu», bowiem gdzie kate­dra, tam była Europa. Z kate­dry wyszły pod­sta­wowe insty­tu­cje two­rzące kul­turę euro­pej­ską. Przez wieki kwi­tły w jej cie­niu szkoły kate­dralne. Gdy powstały uni­wer­sy­tety, pro­fe­so­ro­wie, jak biskupi w swo­ich świą­ty­niach, zasie­dli na kate­drach, i tak jest do dziś, na wieczną tych związ­ków pamiątkę.


W kate­drze nauczał biskup, ale uczyła także archi­tek­tura, rzeźba i malar­stwo. Od dawna koja­rzono kate­drę z summą wie­dzy, a rów­no­cze­śnie z arcy­dzie­łem sztuki. Dla Wik­tora Hugo ostat­nią kate­drą była twór­czość Szek­spira, a dla współ­cze­snego nam Geo­r­gesa Duby – Boska kome­dia Dantego.


Tak jak ongiś kate­dry wyra­stały ponad mia­sta i orien­to­wały wędrow­ców, ponie­waż góro­wały nad oko­licą, tak dziś górują ponad histo­rią. Wra­camy do nic, szu­ka­jąc swo­ich korzeni. Uczone stu­dia poświę­cili im Gun­ter Pand­mann, Hein­rich Dit­t­mar, Geo­r­ges Duby, Frie­drich Hobius, Hans Sedl­mayr, Otto von Sim­son, nie licząc auto­rów mono­gra­fii poszcze­gól­nych świą­tyń. Mnożą się albumy i wydaw­nic­twa popu­larne. Kul­tura masowa, choć pra­gnie wcią­gnąć kate­dry na obszar swo­jej sym­bo­liki, staje przed nimi onie­śmie­lona: można powie­dzieć tury­stom, ile scho­dów pro­wa­dzi na wieżę, ale trudno okre­ślić, jak ona wysoko sięga.


Zło­tym wie­kiem katedr było gotyc­kie i kato­lic­kie śre­dnio­wie­cze. Emble­ma­tycz­nie uka­zują to dzieje kate­dry w Kolo­nii. Jej budowę, roz­po­czętą w roku 1248, prze­rwały w roku 1560 rene­sans i refor­ma­cja. W wieku XVIII kate­dra prze­sta­nie być zna­kiem wyłącz­nie reli­gij­nym i sta­nie się także świec­kim sym­bo­lem kul­tu­ro­wym, zwią­za­nym z histo­rią Europy, poczy­na­jąc od wiel­kiej rewo­lu­cji fran­cu­skiej, aż po nasze dni. Wiek XIX, odkry­wa­jąc gotyk, pod­nie­sie kate­drę na wyżyny mitu.


Wielka rewo­lu­cja fran­cu­ska potrak­to­wała kate­dry jak sym­bole ancien regime: z jed­na­kową siłą ude­rzyła w tron i w ołtarz. Na fasa­dzie kate­dry Notre Dame ścięto głowy biblij­nym kró­lom. Ale to nie rewo­lu­cja wymy­śliła taką iden­ty­fi­ka­cję sacrum i pro­fa­num. To już śre­dnio­wieczni legi­ści gło­sili, że rex Fran­co­rum est quidam Deus cor­po­ra­lis, i jesz­cze Cha­te­au­briand w Odzie ku czci Karola X w 1824 roku powtó­rzy, że władca Fran­cji to «kapłan i król w jed­nej oso­bie». Teraz, w dobie rewo­lu­cji, arcy­bi­skup Paryża składa wraz z dwoma innymi bisku­pami swoje insy­gnia i wyrzeka się kapłań­stwa, podob­nie jak uczy­niło to pięć szó­stych spo­śród trzy­dzie­stu tysięcy księży fran­cu­skich. Wcze­śniej, tysiące księży, któ­rzy nie zło­żyli przy­sięgi na kon­sty­tu­cję, została w różny spo­sób stra­co­nych lub depor­to­wa­nych. W kate­drze Notre Dame odbyła się inau­gu­ra­cja nowego Kultu Rozumu. Był dzień 10 listo­pada 1793 roku, kiedy w kate­drze usta­wiono kon­struk­cję w kształ­cie skały, na któ­rej wzno­siła się budowla przy­po­mi­na­jąca antyczną świą­ty­nię. U pod­nóża i na zbo­czach tej góry stały dziew­częta, które na widok «bogini Rozumu», która wyszła ze świą­tyni, zain­to­no­wały hymn uwiel­bie­nia. Aktorka odgry­wa­jąca rolę bogini ubrana była w szaty trój­ko­lo­rowe: na białą szatę miała narzu­cony nie­bie­ski płaszcz, a na gło­wie – czer­wony cze­pek. Zasia­dała na tro­nie okry­tym zie­lo­nym aksa­mi­tem, a wyzna­czony mówca oznaj­mił, że: oto fana­tyzm reli­gijny ustą­pił miej­sca spra­wie­dli­wo­ści i praw­dzie. Odtąd nie będzie już wię­cej księży, bogów i wie­rzeń, prócz tych, jakie Natura obja­wiła ludz­ko­ści. Tę swo­istą litur­gię powta­rzano i poza Pary­żem. Wiele fran­cu­skich katedr prze­kształ­cono w «świą­ty­nie Rozumu», a Char­tes ledwo unik­nęło zbu­rze­nia. Jed­nak inter­wen­cja w klu­bie jako­bi­nów spo­wo­do­wała, że Kon­went Naro­dowy zabro­nił dal­szego prze­śla­do­wa­nia ugo­do­wego Kościoła «kon­sty­tu­cyj­nego», zamy­ka­nia świą­tyń i pro­pa­gandy bez­boż­nic­twa. Stop­niowo księża wycho­dzą z kon­spi­ra­cji, pod­czas któ­rej odpra­wiali Msze w domach pry­wat­nych i sto­do­łach, a wierni łączyli się z tymi nabo­żeń­stwami duchowo, czę­sto na wielką odle­głość (tzw. «Msze ślepe»), i wra­cają do świą­tyń. Kate­dry oży­wają. Reszty dokona póź­niej kon­kor­dat napo­le­oń­ski z dnia 15 lipca 1801 roku i les lois de Sepa­ra­tion (1905, 1907 i 1908). Z sym­bolu monar­chii i reak­cji kate­dra staje się sym­bo­lem narodowym.


Kiedy młody Goethe, prze­cho­ro­waw­szy się i ze względu na nie­przy­jem­nie ukła­da­jące się sto­sunki z ojcem pra­gnący opu­ścić rodzinny dom we Frank­fur­cie, przy­bywa do Stras­burga z zamia­rem kon­ty­nu­owa­nia roz­po­czę­tych w Lip­sku i prze­rwa­nych w 1768 roku stu­diów, led­wie złoży swe rze­czy w obe­rży «Pod Duchem», pierw­sze swe kroki kie­ruje do kate­dry. Jesz­cze w dro­dze, kiedy dojeż­dżał do mia­sta, poka­zy­wali mu ją, widoczną z daleka, towa­rzy­sze podróży. Wpa­try­wał się w nią «spory kawał drogi» – teraz doszło do głosu «gorące pra­gnie­nie» ujrze­nie jej z bli­ska. «Gdy­bym teraz – cytuję cią­gle księgę IX Zmy­śle­nia i prawdy – nagle w wąskiej uliczce zoba­czył ten gigan­tyczny gmach, a potem na bar­dzo wąskim pla­cyku zbyt bli­sko przed nim sta­ną­łem, dozna­łem oso­bli­wego wra­że­nia, któ­rego jed­nak na razie myślą objąć nie mogłem: wchło­ną­łem je tylko w sie­bie, bo pilno mi było wejść na górę, by pochwy­cić jesz­cze peł­nię sło­necz­nego bla­sku, która miała mi nagle obja­wić obraz roz­le­głego żyznego kraju», który podzi­wia jak czy­stą kartę, gdzie mają się zapi­sać przy­szłe rado­ści i smutki. Dopiero po zej­ściu sta­nął Goethe «przez pewien czas w kon­tem­pla­cji przed tym wspa­nia­łym gma­chem; ale nie wtedy, ani póź­niej nie mogłem – wyzna – pojąć, czemu to cudo archi­tek­tury, które było dla mnie czymś nie­sa­mo­wi­tym i powinno było mnie prze­ra­zić, wyda­wało mi się jed­no­cze­śnie, dzięki swej szla­chet­nej w liniach kom­po­zy­cji oraz pre­cy­zji wyko­na­nia cał­kiem pro­ste, a nawet przy­jemne dla oka. Nie sta­ra­łem się wcale docie­kać, na czym ta sprzecz­ność polega, lecz pod­da­wa­łem się spo­koj­nie wra­że­niom, jakie ten zdu­mie­wa­jący zaby­tek przez samo swe ist­nie­nie na mnie wywie­rał». Jakże zna­mienne są dla okresu «burzy i naporu» (Sturm und Drang) oba te uczu­cia: kla­sy­cy­stycz­nej nie­chęci i roman­tycz­nej fascy­na­cji śre­dnio­wiecz­nym zabyt­kiem! Do tego prze­ży­cia odwoła się dwu­krot­nie, pisząc nie o gotyc­kiej, a o nie­miec­kiej archi­tek­tu­rze w roku 1772 i 1823.


(…)


Młody Goethe wyznaje, że do tej pory z goty­kiem koja­rzyły mu się «nie­okre­ślo­ność, bez­ład, nie­na­tu­ral­ność, kle­ce­nie, łata­nie, prze­ła­do­wa­nie» ozdo­bami. Wspo­mina, że kiedy po raz pierw­szy zbli­żał się do kate­dry w Stras­burgu, oba­wiał się «widoku szpet­nego, zje­żo­nego potwora», tym­cza­sem doznał nie­ocze­ki­wa­nego uczu­cia, któ­rym «mógł się roz­ko­szo­wać i upa­jać, ale nie mógł go zro­zu­mieć ni wyja­śnić». Było to wra­że­nie har­mo­nii wielu czę­ści, napeł­nia­jące «nie­biań­sko – ziem­ską roz­ko­szą»! Prze­ży­wał je wie­lo­kroć, wra­ca­jąc w róż­nych porach dnia, by podzi­wiać «wiel­kiego ducha naszych star­szych braci», nie­miec­kich arty­stów. Arcy­dzieło «sztuki cha­rak­te­ry­stycz­nej» jest two­rem narodu i epoki, ale przede wszyst­kim geniu­sza, wiel­kiego twórcy, dzie­łem porów­ny­wal­nym do cudow­nych two­rów natury. Jeśli dla geniu­sza «szko­dliw­sze od prze­kła­dów są zasady», to dla odbiorcy dzieła – teo­ria «pięk­no­du­chów» w rodzaju Sulzera.


(…)


Tym­cza­sem Goethe zwie­dził już kate­drę w Medio­la­nie, któ­rej styl znie­kształ­ciły «póź­niej­sze zmiany», dopiero kate­dra koloń­ska dała mu prze­ży­cie porów­ny­walne z tym, jakiego doznał przed laty w Stras­burgu, prze­ży­cie nie­po­koju, nie dają­cego się nawet okre­ślić. Było to wra­że­nie «cze­goś nie­do­sko­na­łego, nie­sa­mo­wi­tego, gdzie wła­śnie to, co nie­ukoń­czone, przy­po­mina nam o ogra­ni­czo­no­ści czło­wieka, skoro tylko ośmiela się stwo­rzyć coś ponad swoje możliwości».


(…)


Można by powie­dzieć, że w XIX wieku doj­dzie do sym­bo­licz­nej wojny katedr. Stu­le­cie to stwo­rzy mit kate­dry. Sta­nie się to we Fran­cji za sprawą Wik­tora Hugo, któ­rego Kate­dra Notre Dame wyj­dzie w 1831 roku. Mit ten nie nabrałby jed­nak kon­kre­ty­za­cji i siły bez «filo­zofa – kon­ser­wa­tora», Viollet-​le-​Duca, który zapo­ży­czył swoją wie­dzę od Ludwika Viteta, kon­ser­wa­tora zabyt­ków, autora mono­gra­fii o kate­drze Notre Dame (1845). O ile wizja Wik­tora Hugo wiąże się z falą nostal­gii za śre­dnio­wiecz­nym chry­stia­ni­zmem, opie­wa­nym przez Rene Cha­te­au­brianda w jego Geniu­szu chrze­ści­jań­stwa, to Vitet dopa­truje się w kate­drze wyrazu laicy­za­cji spo­łecz­no­ści miej­skiej. Viollet-​le-​Duc dopo­wie, że kate­dry były wznie­sio­nym w kamie­niu pro­te­stem miast prze­ciw feu­da­łom, że były kamien­nym krzy­kiem ludu o wol­ność. Posłu­żył się tu przykładem kate­dry w Laon: zbu­rze­nie chóru z pół­okrą­głym obej­ściem i zastą­pie­nie go dłu­gim pro­sto­kąt­nym pre­zbi­te­rium miało, jego zda­niem, słu­żyć… zgro­ma­dze­niom ludo­wym. Z tych fan­ta­stycz­nych, nie opar­tych na grun­tow­nych bada­niach źró­dło­wych, twier­dzeń naro­dziła się jed­nak – jak słusz­nie pod­kre­śla Alain Erlande-​Brandenbourg – nowa wizja kate­dry jako sym­bolu «czy­stego», odpre­pa­ro­wa­nego od kon­tek­stu, wynie­sio­nego ponad oto­cze­nie, a jakie kate­dra zawsze tuliła do sie­bie i pra­gnęła spi­ry­tu­ali­zo­wać. Kon­se­kwen­cją stało się znisz­cze­nie oto­cze­nia kate­dry, to co Ber­nard Huet, czy­niąc alu­zję do tytułu sztuki Eliota, nazwał «mor­der­stwem obok kate­dry». Tak stało się z Notre Dame i wie­loma kate­drami Europy. Pisał o tym już Wik­tor Hugo, opi­su­jąc znisz­cze­nie przez pury­stów, fana­ty­ków gotyku, oto­cze­nia Notre Dame.


Kate­dra Notre Dame jest nie tylko hym­nem ku czci kate­dry, ale i reali­stycz­nym opi­sem jej losów. W peł­nym uwiel­bie­nia opi­sie Hugo «sędziwa kró­lowa naszych katedr, swo­isty twór czło­wieka, potężny i płodny niczym twór boski», odzna­cza się takimi przy­miot­ni­kami, jak: «roz­ma­itość i wiecz­no­tr­wa­łość». Hugo zauważa to samo, co w Stras­burgu dostrzegł Goethe: powagę i potęgę, która prze­raża: quae mole sua ter­ro­rem incu­tit spec­tan­ti­bus. Onie­śmie­la­jący maje­stat nie powstrzy­mał jed­nak pro­fa­na­to­rów, tych wszyst­kich, co oszpe­cili lub ogo­ło­cili ten zaby­tek. Są nimi «archi­tekci, arty­ści naszych dni», a także «arcy­bi­skupi – wan­dale, któ­rzy oszpe­cili swoją kate­drę tyn­kami barwy żół­tej, jaką kat zama­lo­wy­wał ongiś budynki zhań­bione zbrod­nią». A «mody zro­biły wię­cej złego niż rewo­lu­cje» – cią­gnie Hugo, pięt­nu­jąc także bar­ba­rzyń­ców w togach pro­fe­so­rów. Poeta dosko­nale czuje gotyk, jego ary­sto­te­liczną pasję eks­pe­ry­men­to­wa­nia: kate­dra nie jest «budowlą jed­no­litą, okre­śloną, skoń­czoną», i dzięki temu może być sym­bo­lem o wiele pojem­niej­szym niż dzieło jed­no­lite: «jest to budowla okresu przej­ścio­wego, rów­no­cze­śnie opac­two romań­skie, kościół filo­zo­ficzny (…), sztuka gotycka, sztuka saksońska (…) jest [ona] wśród sta­rych kościo­łów Paryża czymś w rodzaju Chi­mery – ma głowę jed­nego, koń­czyny dru­giego, grzbiet trze­ciego. To wszystko mówi nam, jak bar­dzo pier­wot­nym zja­wi­skiem jest archi­tek­tura (…), [że] naj­wspa­nial­sze osią­gnię­cia tej sztuki są bar­dziej dzie­łami spo­łe­czeństw niż jed­no­stek, że rodzą się one raczej z pracy ludów niż wytry­skają z geniu­sza jed­nostki, że jest to wkład całego narodu, spu­ści­zna stu­leci». Kate­dra jest więc sym­bo­lem syn­te­ty­zu­ją­cym czas («czas jest archi­tek­tem») i prze­strzeń, sym­bo­lem dyna­micz­nym, zna­kiem sta­wa­nia się. Jest ona dzie­łem czło­wieka, ale przy­po­mi­na­ją­cym dzia­ła­nie przy­rody, przy­wo­dzi bowiem na myśl skały, rośliny i zwie­rzęta: ten «wielki sym­bol archi­tek­tury, wieża Babel, ma kształt ula».


«Kate­dry w grun­cie rze­czy nie ist­nieją, lecz stają się» – mówi Hugo – a tym, co w nich trwa, jest chrze­ści­jań­ska kon­cep­cja: «wszyst­kie te róż­nice (sty­li­styczne) doty­czą tylko powierzchni budowli. Sztuka zmie­niła skórę. Lecz plan i zasada chrze­ści­jań­skiego kościoła nie zostały naru­szone z tej przy­czyny (…), skoro zapew­nione i zabez­pie­czone zostały warunki dla wypeł­nie­nia reli­gij­nego obrzędu – archi­tek­tura może robić wszystko, co się jej podoba (…), stąd to bie­rze się cudowna roz­ma­itość zewnętrzna tych gma­chów, u któ­rych pod­staw leży tak wielki ład i jed­no­li­tość. Pień drzewa jest nie­zmienny, liście są kapry­śnie różnorodne».


Jedna kate­dra jest sym­bo­lem całego mia­sta (…), w niej są obecne wszyst­kie jego kościoły, ale i coś wię­cej: «to, co powie­dzie­li­śmy o kate­drze pary­skiej – trzeba powie­dzieć o wszyst­kich śre­dnio­wiecz­nych kościo­łach chrze­ści­jań­stwa». Kate­dra sym­bo­li­zuje więc całe chrze­ści­jań­skie i euro­pej­skie uni­ver­sum historyczne.


Ten znak został jed­nak zakwe­stio­no­wany: «księga zabije gmach». Kate­dra była księgą, którą wyna­la­zek druku uczyni zbędną.


(…)


Aż do wieku XV wszystko było zapi­sy­wane w kamie­niu. Teraz «archi­tek­tura zostaje zde­tro­ni­zo­wana. Miej­sce kamien­nych liter Orfe­usza zajmą oło­wiane litery Gut­ten­berga». I tu Hugo zaczyna opła­ki­wać archi­tek­turę, któ­rej kształt «teo­kra­tyczny» przed chwilą oskar­żał. Od rene­sansu począw­szy, archi­tek­tura prze­staje wyra­żać spo­łe­czeń­stwo, a my, Euro­pej­czycy, to «zacho­dzące słońce», jakim było odro­dze­nie, «bie­rzemy za jutrzenkę». Cóż się stało? Oto «geniusz gotycki zgasł na zawsze na wid­no­kręgu sztuki, archi­tek­tura traci blask». Jej ostat­nim, zroz­pa­czo­nym obrońcą był… Michał Anioł. Obec­nie wszę­dzie widać «objawy wyczer­pa­nia i osła­bie­nia – nie­chaj nikt się nie łudzi, archi­tek­tura umarła, umarła bez­pow­rot­nie, zabita przez dru­ko­waną książkę», ponie­waż «książka tak szybko gotowa, tak nie­wiele kosz­tuje i tak daleko dociera [cóż za świetny opis mass mediów! — przyp. J. St. P.], pod­czas gdy każda kate­dra to miliard».


Jedno jed­nak pozo­staje: war­to­ści sym­bo­liczne, choć zmie­niają się ich tre­ści. Kate­dra – księga nie prze­staje być «czy­tana» (…). Kiedy pró­bu­jemy stwo­rzyć jeden obraz ze wszyst­kich, «wytwo­rów druku», jakie się od Gut­ten­berga po nasze dni poja­wiły, «czyż całość ta nie staje przed nami niby ogromna, wsparta na całym świe­cie budowla?» Jest to nawa wieża Babel, któ­rej szczyt gubi się w chmu­rach. Książka – kate­dra – oto nowy emble­mat Europy. Będzie tak dopóty, dopóki nie zde­wa­lu­ują go elek­tro­niczne środki prze­kazu w XX wieku. Przez pięć wie­ków cała ludz­kość była zajęta budo­wa­niem kró­le­stwa druku, tego nowego gma­chu o tysiącu pię­ter. Były tu, jak w gotyc­kiej kate­drze, mroczne kaplice, «jaski­nie nauki i krze­wiące się na zewnątrz ara­be­ski, rozety i koronki» sztuki. Powstała nowa har­mo­nia, rów­nie zaska­ku­jąca jak tamta, gotycka. «Od kate­dry Szek­spira po meczet Byrona tysiąc wie­ży­czek tłoczy się bez­ład­nie na tej metro­po­lii powszech­nej myśli. U fun­da­men­tów gma­chu wypi­sano kilka sta­rych tytu­łów ludz­ko­ści, któ­rych nie zano­to­wała archi­tek­tura»: to Homer, Biblia, Wedy i Nibe­lungi. Podob­nie jak ongiś śre­dnio­wieczna kate­dra, «ów cudowny budy­nek jest zresztą zawsze nie­skoń­czony», podob­nie jak ona jest on dzie­łem wiel­kich ano­ni­mo­wych mas: «cała ludz­kość stoi na rusztowaniach».


Póki co, w XIX wieku książki pró­bują rato­wać kate­dry. Papie­rowa wieża Babel pró­buje oca­lić kamienne śre­dnio­wieczne mia­sto Boga. Mnożą się dzieła. Powstaje teo­ria i filo­zo­fia kon­ser­wa­cji. Nigdy też lite­ra­tura piękna, poeci i powie­ścio­pi­sa­rze nie czy­nili tyle, co w tym stu­le­ciu, na rzecz architektury.


(…)


Kiedy Mar­cel Pro­ust pisze 16 sierp­nia 1904 roku w «Figaro» o «śmierci katedr», jesz­cze przez 10 lat kate­dry euro­pej­skie, zwłasz­cza fran­cu­skie, będą raczej zagro­żone powol­nym umie­ra­niem, niż tra­giczną śmier­cią. Ta roz­wi­nie nad nimi swój pło­mienny sztan­dar pod­czas I wojny świa­to­wej, w latach 1914–1918. W 1916 roku pad­nie jej ofiarą kate­dra w Reims i sta­nie się takim samym sym­bo­lem jak Ver­dun. W cza­sie I wojny świa­to­wej rodzi się kate­dra – męczen­nica, reduta ducha naro­do­wego, bro­nią­cego się przed najaz­dem nowych Hunów, pod jej roz­dar­tymi skle­pie­niami pojed­nają się repu­bli­ka­nie i ultra­mon­ta­nie, socja­li­ści i katolicy.


Druga wojna świa­towa pomnoży ilość katedr – męczen­nic. Będą to przede wszyst­kim kate­dry kra­jów zjed­no­czo­nych w wiel­kiej koali­cji anty­hi­tle­row­skiej. Zbom­bar­do­wana kate­dra w Coven­try pozo­sta­nie ruiną, pomni­kiem, do któ­rego zosta­nie dobu­do­wana nowa świą­ty­nia. Alianci bom­bar­do­wali o wiele cel­niej, oszczę­dza­jąc na ogół zabytki: kate­dra w Kolo­nii tkwiła na Renem przez pierw­sze powo­jenne lata jak sczer­niały okręt na morzu gru­zów mia­sta. Kate­dra w Gnieź­nie została jesz­cze przed znisz­cze­niem w 1945 roku zbez­czesz­czona: umiesz­czono w niej na sto­liku, który miał imi­to­wać ołtarz, por­tret Hitlera. W Pel­pli­nie urzą­dzono w kate­drze pro­mo­cję absol­wen­tów szkoły poli­cyj­nej, prze­ciwko czemu zapro­te­sto­wał z Gdań­ska biskup Splett. Kate­drę war­szaw­ską burzono i palono meto­dycz­nie: po woj­nie w jej murze umiesz­czono na straszną pamiątkę – gąsie­nicę, wymie­rzo­nego w nią przez hitle­row­ców, «goliata»… Kate­dra św. Jana stała się pierw­szą z pol­skich katedr – męczen­nic; w jej dźwi­ga­nych z gru­zów murach kazał się pogrze­bać pierw­szy pry­mas, który przy­szedł z Gnie­zna do War­szawy, kar­dy­nał Hlond. Sym­bo­liczną rolę trzech pol­skich katedr, ofiar II wojny świa­to­wej, okre­śla wła­ści­wie odbu­dowa: wszyst­kie trzy – gnieź­nień­ską, war­szaw­ską i poznań­ską rego­ty­zo­wano, jakby szu­ka­jąc głę­biej, pod powierzch­nią, w daw­no­ści, korzeni jakże potrzeb­nych w sytu­acji, gdy miał się walić wszelki stary porzą­dek. Kate­dra war­szaw­ska zaczęła być miej­scem pamięci. Zaczęto tu gro­ma­dzić pamiątki rze­czy pol­skich, gdzie indziej zagro­żo­nych czy nisz­czo­nych, jak choćby płytę upa­mięt­nia­jącą Cmen­tarz Orląt. Będąc nekro­po­lią (choć w sto­licy będzie pod tym wzglę­dem z nią współ­za­wod­ni­czył kościół św. Krzyża, jak z Wawe­lem – Skałka), jest znowu miej­scem, gdzie obcho­dzi się wiel­kie rocz­nice i współ­cze­sne wyda­rze­nia narodowe.


(…)


Trudno jest dziś odróż­nić w wielu przy­pad­kach tury­stów od piel­grzy­mów. Jeśli idzie o Pol­skę, nawet tury­ści są w dużej mie­rze piel­grzy­mami, pod­czas gdy na zacho­dzie Europy na ogół bywa odwrot­nie. Jed­nego dnia, 1 maja 1987 roku, odwie­dziło kate­drę, a raczej zwie­dziło (choć jakie to zwie­dza­nie w takiej masie) 50 tysięcy osób – odno­to­wu­jący to publi­cy­ści, pod­kre­ślają w imię prawdy, że tego dnia muzea były zamknięte, a za wstęp do kate­dry się nie płaci.


Czy nie jest to osta­nie wcie­le­nie kate­dry: czy stała się ona obiek­tem kul­tury maso­wej, sym­bo­lem ład­nej i szyb­kiej kon­sump­cji prze­lot­nych este­tycz­nych wra­żeń? Czy są to wra­że­nia wywo­łane daw­no­ścią obiektu, bo prze­cież wszy­scy roz­pacz­li­wie szu­kają jakie­goś fun­da­mentu? Czy jest to wyraz nostal­gii za przeszłością?


Kate­dra euro­pej­ska jest zja­wi­skiem histo­rycz­nym. W Euro­pie nie buduje się nowych katedr. Nowe kate­dry powstają w nowym świe­cie, można by tu wska­zać Bra­zy­lię, Tokio, jakieś kraje misyjne. Kate­drami XX wieku stają się, zwłasz­cza gdy przy­bywa nie­stru­dzony papież, place, sta­diony, lot­ni­ska, błonia.


(…)


Kate­dra Europa. Wynu­rzyw­szy się z roman­tycz­nych mgieł XIX wieku jak okręt – widmo, kate­dra śre­dnio­wieczna zol­brzy­miała w kate­drę – nostal­gię, kate­drę – uto­pię. Czym tłu­ma­czyć fakt, że my, Polacy, po przej­ściu przez ogień i wodę dru­giej wojny świa­to­wej, zapra­gnę­li­śmy stwo­rzyć swoją nową prze­szłość, rego­ty­zu­jąc kate­dry w War­sza­wie, Gnieź­nie, Pozna­niu, jak nie pra­gnie­niem pod­kre­śle­nia naszej euro­pej­skiej przy­na­leż­no­ści? Czymże innym jest jak nie marze­niem, uto­pią i pro­jek­tem rekon­stru­owana współ­cze­śnie w takim tru­dzie, na wzór śre­dnio­wiecz­nego uni­ver­sum, Europa? Europa zawsze była kon­struk­cją, dzie­łem kul­tury. Natu­ral­nie bio­rąc, ist­nieje tylko Eura­zja. Europa nie jest wyod­ręb­niona w spo­sób natu­ralny od Azji. Jej gra­nice od Wschodu wyzna­cza kul­tura. Europę zawsze trzeba było two­rzyć i budo­wać, zapew­niać jej cią­głość. I taka jest dziś: róż­no­rodna aż do nie­kształt­no­ści – to ją opi­sy­wał Wik­tor Hugo, pisząc o kate­drze – nigdy nie ukoń­czona, dzie­dzi­czona i zada­wana jak naj­trud­niej­sza lek­cja nowym poko­le­niom, pełna odręb­no­ści, aż do nie­po­do­bień­stwa, pomimo murów i dru­tów naszego stu­le­cia, zawsze jakoś jedna“.


 

czwartek, 23 stycznia 2014

chrześcijanie waleczne koguty

Będę pisał o kogutach ale w podtekście będę zdrowo i trzeźwo myślał o współczesnym etosie dzisiejszych wyznawców Chrystusa. Po raz kolejny odwołam się do sztuki, obraz mocniej działa niż słowo. Bardzo interesujące jest przedstawienie koguta walczącego z żółwiem, na mozaice podłogowej w bazylice świętego Teodora w Akwilei, wzniesionej tuż po Edykcie Mediolańskim Konstantyna Wielkiego ( ok. 343 r.). W tym przedstawieniu istotna jest zaciekła walka pomiędzy dwoma zwierzętami, kogut symbolizuje odwagę i spryt pierwszych chrześcijan podejmujących duchową walkę z przeciwnikiem, jakim jest demon- którego zwierzęcym ucieleśnieniem  jest żółw. Scena ta wprawdzie była kierowana do katechumenów przygotowujących się do przyjęcia chrztu i wyznania wiary, ale jest niezwykle aktualna w swoim przesłaniu również dla nas współczesnych chrześcijan, osadzonych w tej konkretnej rzeczywistości świata. Kogut jednocześnie symbolizuje światło które przynosi Chrystus- Zwycięzca, który pokonuje szatana, królestwo ciemności i grzech pętający rodzaj ludzki. Ta dekoracja mozaikowa w swoim jakże prostym przekazie uświadamia nam po raz kolejny o postawie która powinna cechować człowieka duchowego, jako wojownika, gwałtownika który walczy o sprawy Królestwa Bożego, który nie jest obojętny... nie stoi z boku i biernie przygląda się biegowi spraw. W swoim poczuciu rzeczywistości, chrześcijaństwo bierze na siebie niezwykłą odpowiedzialność za profil i jakość przepowiadania Ewangelii, obrony depozytu wiary i autentyczności osobistego życia. Jestem kogutem na ringu świata, drapieżnikiem uzbrojonym mocą z wysoka, wypełnionym światłem Ducha Świętego. Najgorsze jest to jak chrześcijanie zamiast być kogutami, stają się ospałymi kurami karmiącymi się z różnych poletek i ze stresowanymi jak te współczesne czekające w klatkach na śmierć. Mamy czerpać siłę do walki od Tego Który już jest Zwycięski, który zapewnił nas słowami: Jam zwyciężył świat !



niedziela, 19 stycznia 2014


Nazajutrz zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa, i rzekł:
"Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata" (J 1,29-34)
W Ewangelii to św. Jan Chrzciciel wskazuje na tak upragnionego
i długo oczekiwanego Syna Bożego. Nie waha się wyciągnąć dłoni w kierunku Jezusa i wypowiedzieć słowa które zapiszą się w najważniejszym momencie Eucharystii, tuż przed przyjęciem Świętych Postaci, to On-Baranek, ten którego szuka wasze serce.
Jako ludzie wierzący jesteśmy w codzienności życia zaproszeni do szukania i adoracji Boga. Mam taką nieodpartą  pokusę aby w kontekście tego fragmentu Ewangelii odwołać się do obrazu, jest nim Ołtarz gandawski, znany bardziej pod tytułem Adoracji Mistycznego Baranka autorstwa braci van Eyck. Ołtarz został zamówiony w 1420 roku przez zamożnych mieszczan Jodoka Vydta i jego zonę Elżbietę. Jest to pierwsze dzieło i nieprześcignione dzieło nowego stylu charakterystycznego dla rozwijającego się dumnie malarstwa niderlandzkiego. Ołtarz van Eycków jest tryptykiem, składa się z części środkowej i ruchomych skrzydeł bocznych. Kiedy otwieramy skrzydła jawi nam się w strefie górnej siedem obrazów. W środkowym przedstawieniu widzimy, siedzącego i tronującego, frontalnie przedstawionego Boga Ojca, w bogato bramowanej kapie, papieskiej tiarze na głowie, berło w dłoni, a prawą ręką czyni gest błogosławieństwa.  Na dwóch obraz po bokach przedstawienia Boga-Ojca, znajdują się orędownicy: Matka Boska i św. Jan Chrzciciel-Prorok, oboje mają otwarte księgi. Dalej na prawo możemy dostrzec grupy aniołów, wykonujących muzykę na instrumentach. Mamy również obraz pierwszych prarodziców: Adama i Ewy. Dolna strefa to najbardziej mnie osobiście intrygujące duchowo i estetycznie przedstawienie Adoracji Baranka Mistycznego, po Jego bokach cztery grupy: sprawiedliwych sędziów, rycerzy Chrystusa, mnichów-pustelników oraz grono pielgrzymów, wszyscy oni skierowali swoje spojrzenie ku ołtarzowi na którym stoi Baranek. Ta adoracja stanowi odniesienie do Apokalipsy: ujrzałem rzeszę tak wielką, której nikt nie mógł zliczyć, ze wszystkich narodów i pokoleń i ludów i języków. Stojąc przed tronem i obliczem Baranka, przyodziani są w białe szaty i z palmami w ręku, wołali głosem donośnym... Celem ludzkiego pielgrzymowania, drogi wiary ma stać się wieczna, jedyna i wypełniająca serce człowiecze, adoracja Chrystusa-Baranka, w Królestwie Niebieskim. To wszystko przed nami, ale warto wyruszyć w drogę, która wcale nie wydaje się przyjemna i łatwa, ale perspektywa końca będzie zapowiedzią szczęścia która się wypełni na ołtarzu miłości, kiedy nasze życie będzie w Bogu. Na tym obrazie jest również miejsce dla mnie i dla ciebie, blisko aniołów i strudzonych wędrowców których powiodła muzyka nieba i pragnienie życia wiecznego.