wtorek, 10 lutego 2015

Mk 7,1-13
U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nieumytymi rękami. Faryzeusze bowiem i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?” Odpowiedział im: „Słusznie prorok Izajasz powiedział o was obłudnikach, jak jest napisane: «Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad, podanych przez ludzi». Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji, dokonujecie obmywania dzbanków i kubków. I wiele innych podobnych rzeczy czynicie”. I mówił do nich: „Umiecie dobrze uchylać przykazanie Boże, aby swoją tradycję zachować.  
Temat „nieczystych rąk” może być wyartykułowany również w dzisiejszej rzeczywistości Kościoła jako przestroga. Boję się chrześcijaństwa napuszonego, moralizatorskiego, wypełnionego nakazami i zakazami, artykułowanymi w klimacie bezduszności oraz aroganckiej hipokryzji, w której zbyt łatwo można zagubić człowieka. Poszukuję siebie w chrześcijaństwie które jest bardziej misteryjne niż jurydyczne, dotykające tajemnicy, niż osadzające człowieka na granicy suchych pewników i wypłowiałych recept na świętość. Chrześcijaństwo przynoszące miłość zbawiającą a nie ekskomunikujące w imię litery prawa. Chrześcijaństwo głoszące z odwagą zwycięstwo dobra nad złem, życia nad śmiercią, przebaczenia i miłosierdzia, zbawienia a nie potępienia, czy zatracenia człowieka w otchłani wiecznego piekła. Chrystus Pan był daleki od faryzeizmu, wielokrotnie kontestował i przeciwstawiał się sztuczności oraz fałszywej pobożności. Często odejście od Boga może się częściej przydarzyć tym „sprawiedliwym” wykonawcom katalogu przyzwoitości i wszelkich przepisów torujących drogę ku doskonałości. Pobożni „kanoniści” wierzą, że są blisko Boga, często jednak w całej rubrycystyce programu nieskazitelności, wewnętrznie się od Niego oddalają, może nawet jeszcze bardziej niż ci, którzy otwarcie i świadomie zagubili w sobie życie wewnętrzne i stoją nad przepaścią swojego religijnego i egzystencjalnego „być, czy nie być”. „W tych ostatnich jak pisał- o. Odo Casel, pozostaje bowiem często nieświadoma tęsknota za Bogiem; wszelkie ich wątpliwości, negowanie istnienia Boga, nawet bluźnierstwa- są nierzadko potajemną „miłością w nienawiści”; nie mogą sobie poradzić z problemem Boga. Natomiast ci pozornie pobożni bywają całkiem ślepi. Wierzą, że posiedli Boga przez swoje zapewnienia i osiągnięcia, ale serca ich nie są skierowane ku Bogu, lecz ku samym sobie”. Często myślenie Boga, jest dalekie od naszego myślenia, działania, płytkich osądów czy duchowego diagnozowania. Przypominają mi się słowa Tyrella: „Dopiero co narodzone niemowlę z pewnością wie tyle samo o świecie i jego drogach, co najmądrzejsi z nas mogą wiedzieć o drogach Boga, którego władnie obejmuje niebo i ziemię, czas i wieczność”. Nie zachowujmy się jak faryzeusze z Ewangelii, szafując łatwymi prawdami, zakurzoną kazuistyką, próbując wkopiować innych w swój schemat. Każdy z nas ma swoją drogę ku Bogu. Na tej drodze odkrywając, że On nieustannie się do nas przybliża, a jednocześnie się oddala, usuwając niejako w cień. Odkrywamy Jego cudowne spojrzenie w ciemnych tajemnicach naszych nieprawości, grzechów i próżnego "ja". Jak również spotykamy Go, powstając z naszych upadków, więzów stygmatyzujących naszą duszę, doświadczając drugiego chrztu przez wylane strumieniami łzy pokuty. Piękne i głębokie w swojej treści wybrzmiewają w tym miejscu słowa średniowiecznego teologa Mikołaja Kabasilasa: „Bóg…, jest bardziej przyjazny niż jakikolwiek przyjaciel, bardziej sprawiedliwy niż jakikolwiek władca, bardziej kochający niż jakikolwiek ojciec…, bardziej nam potrzebny niż nasze własne serce”.

poniedziałek, 9 lutego 2015


Ja bowiem wiem i wierzę, że nawet po swoim zmartwychwstaniu Jezus był w ciele. A kiedy przyszedł do Piotra z towarzyszami, powiedział do nich: „Weźcie, dotknijcie mnie i zobaczcie, że nie jestem bezcielesnym demonem”. I natychmiast dotknęli Go i uwierzyli, trzymając się mocno Jego ciała i ducha. Dlatego też śmiercią wzgardzili i okazali się ponad śmierć wyżsi.

Ignacy z Antiochii  
Mk 6,53-56
Gdy Jezus i uczniowie Jego się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu. Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go poznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych, tam gdzie, jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy do osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby choć frędzli u Jego płaszcza mogli się dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.
Ewangelia kontynuuje refleksję dotyczącą osoby Jezusa jako Uzdrowiciela. Entuzjazm tłumów które widziały znaki i cuda czynione przez ręce Mistrza, wydaje się jak najbardziej na miejscu. Teraz to już Pan nie będzie miał spokoju, będzie miał mnóstwo pracy. Cudowne uzdrowienia zawsze przyciągały i przyciągają do dzisiaj ciekawskich, jak również tych, którzy potrzebują wsparcia. Tłumy ludzi przekonane o wyjątkowości Jego osoby będą przybywały zewsząd, aby zaradził ich nieszczęściu. Mamy tutaj dwa bardzo charakterystyczne elementy dzięki którym może dokonać się uzdrowienie. Trzeba być przyprowadzonym do Jezusa. Pamiętamy jak w innym miejscu Ewangelii nawet przez dach na marach spuszczano chorego, aby mógł zostać uzdrowionym. Do Pana człowiek musi być przyprowadzony, przyniesiony…, nie wbrew własnej woli, bo rodzina czy przyjaciele tak chcą. Ale ma być, ten ktoś przyprowadzony, ponieważ sam chory wyraża takie pragnienie. (WIARA) Druga sprawa, to dotknięcie się choćby kawałka szaty Jezusa. Dotknąć się Boga, inaczej całkowicie przylgnąć swoim człowieczeństwem do Tajemnicy, która jest niewypowiedziana, absolutna, stawiająca wobec nieskończonego miłosierdzia. Przyprowadzić brata lub siostrę, którzy chorują i postawić ich przed Jezusem. Każdy kto się dotknął Pana odzyskiwał zdrowie. Czy brakuje nam wiary, że tak może być ? Czy współcześnie Jezus nie uzdrawia ? Tyle razy przechodzi przez nasze życie i bliskich których kochamy, i dotyka łaską uzdrowienia. Wielu tego, nie potrafi dostrzec. Czasami cierpienie które przeżywamy, może okazać się źródłem niezwykłej łaski i siły. Pamiętam jak kiedyś przyszedłem do domu w którym leżał sparaliżowany młody chłopak- miał kilkanaście lat. Przydarzył mu się wypadek, w czasie zabawy z kolegami, skoczył do wody i doznał bardzo poważnej kontuzji kręgosłupa., co w konsekwencji skazało go na kalectwo. Jego mama ze łzami w oczach prosiła mnie: „niech ksiądz pójdzie do niego i powie mu, że będzie chodził”. W życiu nie ma łatwych rozwiązań. Nie mogłem tego zrobić. Dobrze wiedzieliśmy oboje, że będzie to raczej niemożliwe. Chłopak był zrozpaczony, leżał na łóżku płacząc do ściany. Wiedziałem że nie mogę wprowadzić go w kłamstwo. Położyłem na jego głowę dłonie i modliłem się, prosząc Pana Jezusa aby dał mu siłę w przyjęciu tego krzyża, aby pozwolił jego rodzinie ponieść to doświadczenie. A jeśli tylko jest taka Jego wola, żeby uzdrowił. To bardzo trudne doświadczenia, ale one pokazują że nie zawsze chodzi tylko o uzdrowienie ciała. Czasami może chodzić o coś więcej. Doświadczenie osoby chorej w rodzinie może stać się powodem do nawrócenia, innego spojrzenia na życie, zamyślenia nad sobą. Przez łzy i trudne sytuacje, zawsze przychodzi to prawdziwe, namacalne spotkanie z Bożą Miłością. Czasami w przypływie niemocy i bezradności, należy przyprowadzić drugą osobę do Jezusa. „We współcierpieniu Boga z ludźmi kryje się Jego przemożna i zwycięska obecność. Dzięki niej przemienia On cierpienie i przezwycięża je. Daje ludziom nadzieję… Niezaprzeczalny wydaje się związek pomiędzy miłością a cierpieniem. Aby okazać największą miłość ludziom, Bóg wybrał drogę cierpienia. Jest to jeden z najbardziej podstawowych wymiarów odkupienia, która zespala miłość i cierpienie.” Wielu ludzi załamuje się pod ciężarem cierpienia i tragedii z powodu losu swoich bliskich. To jest wielka próba, ale siłę do zmagania z nieszczęściem, poczuciem ogromnego żalu, można odnaleźć w perspektywie wiary- dotknięcia Jezusa. Cokolwiek wtedy się wydarzy, będzie to przeżyte wraz z Nim.

niedziela, 8 lutego 2015

Mk 1,29-39
Jezus po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On zbliżył się do niej i ująwszy ją za rękę podniósł. Gorączka ją opuściła i usługiwała im. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: „Wszyscy Cię szukają”. Lecz On rzekł do nich: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem”. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.
Kiedy uważnie wczytamy się w dzisiejszą Ewangelię to uświadomimy sobie bardzo ważną sprawę. W Chrystusie i przez Chrystusa dokonuje się zbawienie człowieka. Jego nauczanie zostaje potwierdzone konkretnym działaniem. Spojrzenie…, wypowiedziane słowo…, uczyniony gest… przynosi uzdrowienie z chorób i uwalnia od sideł demona. Ewangelista Marek pragnie zaakcentować, iż słowo Jezusa jest skuteczne, wypełnione łaską. Słowo które przemienia się w czyn przynoszący wolność dla każdego zniewolonego i zmiażdżonego pręgierzem grzechu człowieka. Przez Jego słowo coś się wydarza- uobecnia się twórcze działanie miłosierdzia. Bóg uzdrawia…, ponieważ kocha człowieka. Miłością Jezus egzorcyzmuje świat od poczucia lęku i niewoli. Zły robi wszystko aby utrzymać człowieka w poczuciu lęku, chce napełnić serca paraliżującym poczuciem pustki, bezsensu i braku nadziei. To szatański jęk którym zostaje spętana świadomość, który od zawsze rozbrzmiewa tak samo; podszept depczący ludzką wolność, wydobywający się skowyt spętanego łańcuchami przegranego który w poczuciu klęski krzyczy: jesteś nikim…, Bóg Ciebie nie kocha…, możesz być większy niż twój Pan. Możesz mieć wszystko, tylko porzuć złudzenie że jesteś kochany… Takie kłamstwo próbuje zasiać w sercu zagubionego człowieka. Chce osierocić nas,  zniekształcić prawdziwą i najdelikatniejszą cząstkę prawdy która zawiera się w poczuciu tego, iż jesteśmy kochani. Gdyby Bóg przestał nas kochać, to tak naprawdę przestalibyśmy istnieć. Kocha każdego człowieka, dlatego przynosi lekarstwo jakim jest miłosierna miłość Ojca. Musimy uświadomić sobie jedną i najważniejszą prawdę, która rodzi się z zaufania. Nasza wolność wewnętrzna rodzi się z poczucia że jesteśmy kochani, oraz faktu iż nieprzyjaciel człowieka jest jednocześnie wrogiem Boga. Tu jest walka, duchowe napięcie, wojowanie, o którym często mówi św. Paweł. Wróg jest wspólny. Bóg wie, co ma począć z czcią oddawaną Jego świętości, jeśli naruszona jest Jego własność. Człowiek jest sprawą Boga. Na dowód tego jak Chrystus uzdrawia przywołam pewną historię. Kiedyś modliłem się za strasznie pogubioną i poranioną dziewczynę. Miała zimny dom, zamiast miłości rodzice serwowali jej cierpienie, utwierdzali w poczuciu że jest nikim- zwykłym śmieciem, który pojawił się w ich życiu przez przypadek. Jej doświadczenia były dramatyczne; wykorzystywana seksualnie przez ojca, poniewierana przez wiele lat. Zdobyła się na odwagę wyzwolić się za takiego życia. Kiedy uciekła z domu rodzinnego w poszukiwaniu lepszego życia, przeszła przez różne sekty które zamiast jej pomóc to sformatowały jej umysł i jeszcze bardziej pogłębiły wszystkie problemy. Miała myśli samobójcze, nie widząc dalszego sensu życia. Bóg przez różne sytuacje sprawił, że odważyła się przyjść na spotkanie gdzie w małej grupie posługiwaliśmy modlitwą wstawienniczą. Kiedy modliłem się nad nią, prosząc aby Jezus uzdrowił historię jej życia, dochodziło do dziwnych sytuacji. Kładąc dłonie na głowie myślałem, że głowa tej młodej kobiety eksploduje. Trzeba było bardzo wielu spotkań które pozwoliłyby aby mogła ona odzyskać wewnętrzne uzdrowienie. Najtrudniejsze było przebaczenie swoim najbliższym, zwłaszcza ojcu. Nie potrafiła wypowiedzieć tego przebaczenia, blokując tym samym uzdrawiającą łaskę Jezusa. Kiedy już po długim czasie wspólnych modlitw, przeprowadzonej rewizji życia, wypowiedziała przebaczenie…, Bóg dotknął jej serca, uwolnił ją z przeszywającego serce bólu, lęku i pragnienia zemsty. On dał jej nowe życie…, zrozumiała że jest kochana i chciana na nowo. Zdumiewający jest Chrystus w swoim działaniu. Chwała Panu !

sobota, 7 lutego 2015






Mk 6,30-34


Po swojej pracy apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco”. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum i zdjęła Go litość nad nimi; byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać.


Entuzjazm apostoła z dobrze wykonanej pracy, znamy to uczucie kiedy nam coś się uda dobrze zrobić, jak sprawy ważne pójdą po naszej myśli. Satysfakcja z dokonanego dobra… Ważne jest to, że Chrystus nie zatrzymuje uczniów w tej euforii szczęścia z powodu dokonywanych przez ich usta i dłonie znaków działania łaski, ale odsyła ich na pustynię. Jakby chciał pokazać, iż skuteczne owoce dobrze przeprowadzonej misji ewangelizacyjnej, dokonują się tylko wtedy kiedy na pustyni człowiek zaczerpnie ze spotkania z Bogiem. „Kto idzie na pustynię, ten nie szuka tam chleba, lecz niesie w sobie głód za czymś większym”. Siła apostoła rodzi się z dotykania tajemnicy miłości Boga. Miał rację św. Hieronim mówiąc: „Pustynia miłuje ludzi nagich”- wymaga ogołocenia, aby później mogło się dokonywać przemienianie świata mocą Jezusa. Musisz ogołocić się z siebie samego, z twej woli, z twych programów, z własnych punktów widzenia, wiary we własne możliwości i różnorakich argumentacji które pozwalają teologicznie szybować i być rzutkim w słowie. Jezus odsyła apostołów na pustynie, nie tylko aby wypoczęli, nabrali sił, ale aby tam nauczycieli się ogałacać serce z pychy łatwego sukcesu, aby uczynili swoje życie pokornie składanym darem. Tylko w całkowitym ogołoceniu można spotkać Boga, odrzucić wszystko co zubaża, dołuje, przygniata i wydaje się nie do przejścia. W historii chrześcijaństwa bardzo wielu wybitnych ludzi ducha, przed rozpoczęciem ważnego zadania udawało się na pustynię. Odchodzili w miejsca ciszy, aby lepiej rozumieć świat do które za chwilkę mają wejść z ogniem słowa. Stawali w bliskości Boga, aby serce opróżnić z błazenady, udawania i poklasku. Na pustyni człowiek dopiero staje się w pełni obecny, obecny dla Boga, siebie oraz innych. Tam dojrzewa się do pracy w pocie czoła dla Królestwa Bożego. 


 


 

piątek, 6 lutego 2015

Mk 6,14-29
 Król Herod posłyszał o Jezusie, gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: „Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w nim”. Inni zaś mówili: „To jest Eliasz”; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, twierdził: „To Jan, którego kazałem ściąć, zmartwychwstał”. Ten bowiem Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem wypominał Herodowi: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał. Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei. Gdy córka tej Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: „Proś mię, o co chcesz, a dam ci”. Nawet jej przysiągł: „Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa”. Ona wyszła i zapytała swą matkę: „O co mam prosić?” Ta odpowiedziała: „O głowę Jana Chrzciciela”. Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: „Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela”. A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce. Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie.
W wydarzeniu z dzisiejszej Ewangelii mamy coś na pozór z dramatycznego „reality show”. Świetna zabawa której kulminacyjnym momentem jest podyktowana rządzą niezwykle rozluźnionej sytuacji, przysięga, która w konsekwencji zakłada przelanie niewinnej krwi. Pokusa skonsumowania cielesnej przyjemności zrodzonej wraz z wibrującym ciałem pięknej kobiety. Muzyka, unosząca się w powietrzu wonność olejków eterycznych, opróżniane kielichy z winem, stają się scenerią sądu nad sprawiedliwym Prorokiem. Takiej okazji nie mogła, nie wykorzystać pełna zazdrości i zemsty Herodiada. Wzrok Heroda fiksował każdą chwilę erotycznego uniesienia jej córki, wpadł w jakiś niezrozumiały trans, do tego stopnia, iż stracił czujność serca i rozum. To jest częsty błąd współczesnych degustatorów życia. Smakują przyjemności nie zastanawiając się nad konsekwencjami swoich czynów. Ile to razy można usłyszeć „wszystko mi wolno”, „przecież ma prawo wyciągać dłonie po, to co mi się podoba”. Pokusa posiadania i kolekcjonowania przeżyć. Błąd i całe nieszczęście polega na tym, że człowiek, zatrzymuje się przy tym, co tak naprawdę jest tylko ulotnym poczuciem spełnienia, często niezwykle mocno raniącym. Człowiek chce żyć pełnią życia…, pragnie czuć wiatr w płucach, delektować się wolnością i osobistą autonomią. Ale często szuka życia tam, gdzie go nie ma na trwałe; w rzeczach materialnych, hybrydach cielesnego uniesienia…, bez poczucia miłości i odpowiedzialności. Efektem udanego show, staje się prezent urodzinowy dla króla-  przyniesiona na misie głowa Jana Chrzciciela. Ten widok musiał mocno zapisać się w pamięci władcy, upojonego próżnym szafowaniem swojej władzy. Ociekająca krwią głowa Jana będzie od tego momentu spędzać sen z jego powiek, będzie to krzyk rozrywający serce. Każda kolejna impreza choć najlepiej wyreżyserowana i napakowana bajerami będzie tylko przypomnieniem tego jednego wieczoru, boleśnie penetrującego duszę głosu sumienia. To wydarzenie jest ostrzeżeniem dla każdego człowieka które pragnie zaspokajać w sposób bezmyślny i wyrachowany najniższe instynkty, zachcianki, które podrzuca beztrosko świat. Jednak vis a vis bycia wydanym pogubionemu światu, z jego nieuchronnością losu i śmiercią, otwiera się jakże inna perspektywa bycia otwartym na wolność która jest w samym Bogu. Tam tyrańska moc zła, cielesność zawłaszczona i pozbawiona miłości, sprofanowana i doprowadzona do granic absurdu może spotkać się z łaską Boga. Jego miłosierdzie, przebaczenie, ojcowska dobroć- rozpostarte ramiona i matczyna łagodność, rozlewająca miłość na to, co poranione i kruche. Naprawdę szczęśliwy jest człowiek który odbiera niezasłużone dobro, kiedy przebaczone są mu grzechy, kiedy Bóg podnosi jego serce z otchłani ciemności. Wtedy topnieje skorupa wokół serca, która się utworzyła przez egoizm, instrumentalność wobec innych i brak miłości. Wtedy dokonuje się duchowe przebudzenia które wypowiada z właściwą dla siebie wrażliwością Psalmista: „Tchnął swój oddech i wody popłynęły” (Ps 147,7). Wtedy z serca twardego jak skała, wyrasta piękno odwiecznego zamysłu Boga: miłość, wspaniałomyślność, poświęcenie, bycie darem dla innych. Wtedy człowiek jest zdolny do wszystkiego, czego nigdy nieosiągnąłby własnymi siłami. „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Mamy być czujni i pełni zaufania wobec Boga- „On nas uleczy, ranę przewiąże, przywróci nam życie, dźwignie nas i będziemy żyć w Jego obecności” (por. Oz 6,1).

czwartek, 5 lutego 2015

Zawsze na liturgiczne wspomnienie św. Agaty dokonuję poświęcenia chlebów i soli. Jakoś ciągle boleję nad tym że Kościół Zachodni w swoich czynnościach liturgicznych, zatracił tak wiele błogosławieństw materii świata natury, co było kiedyś tak charakterystyczne dla pobożności pierwszych chrześcijan i tak silnie jeszcze obecne dzisiaj, wśród Kościołów Wschodu. To stary zwyczaj, mający działanie atropaiczne, zabezpieczające przed złem, a szczególnie różnymi zagrożeniami, takimi jak: pożary, lub inne nieszczęścia. Tradycja mówi iż poświęcone pieczywo wrzucano do ognia, by w razie nagłego pożaru, wiatr i deszcz ugasiły niszczący żywioł. Chlebem i solą karmiono bydło, by je uchronić od chorób i nieszczęśliwych wypadków. Krótki rys hagiograficzny. Agata (etymologicznie: "dobrze urodzona, ze szlachetnego rodu")- wczesnochrześcijańska męczennica z Katynii na Sycylii. Wiadomości o niej mamy przede wszystkim w aktach jej męczeństwa. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa istniał bowiem zwyczaj, że sporządzano akta męczenników; większość z nich nie doczekała do naszych czasów. Akta męczeństwa Agaty pochodzą dopiero z V wieku. Z tych źródeł dowiadujemy się o miejscu narodzenia świętej, jak również drodze życia. Po przyjęciu chrztu postanowiła poświęcić się Chrystusowi i żyć w dziewictwie. Jej wyjątkowa uroda zwróciła uwagę Kwincjana, namiestnika Sycylii. Zaproponował jej małżeństwo. Agata odmówiła, wzbudzając w odrzuconym senatorze nienawiść i pragnienie zemsty. Trwały wówczas prześladowania chrześcijan, zarządzone przez cesarza Decjusza. Kwincjan aresztował Agatę. Próbował ją zniesławić przez pozbawienie jej dziewiczej niewinności, dlatego oddał ją pod opiekę pewnej rozpustnej kobiety, imieniem Afrodyssa. Kiedy te zabiegi spełzły na niczym, namiestnik skazał Agatę na tortury, podczas których odcięto jej piersi. W tym czasie miasto nawiedziło trzęsienie ziemi, w którym zginęło wielu pogan. Przerażony namiestnik nakazał zaprzestać mąk, gdyż dostrzegł w tym karę Bożą. Ostatecznie Agata poniosła śmierć, rzucona na rozżarzone węgle, 5 lutego 251 r. Jej ciało chrześcijanie złożyli w bezpiecznym miejscu poza miastem. Papież Symmachus (+ 514) wystawił ku jej czci w Rzymie przy Via Aurelia okazałą bazylikę. Kolejną świątynię w Rzymie poświęcił jej św. Grzegorz Wielki w roku 593. Wreszcie papież Grzegorz II (+ 731) przy bazylice św. Chryzogona na Zatybrzu wystawił ku jej czci trzeci rzymski kościół. Dowodzi to wielkiej czci, jaką otaczano ją w owych czasach. Obecnie ciało Agaty znajduje się w katedrze w Katanii. Warto zatrzymać się jeszcze w tym rozważaniu nad symboliką soli. O chlebie pisałem już wielokrotnie, pozwolę sobie pominąć jego znaczenie. Sól od starożytności miała wielorakie znaczenie, bez soli powiadali starożytni myśliciele nie może istnieć życie ludzkie. Tak więc sól oznacza sztuczne życie po zaniku naturalnego i jest obrazem duszy ożywiającej ciało. Rozpowszechniony był zwyczaj nacierania noworodków solą, aby wzmocnić ich skórę, do dzisiaj na Bliskim Wschodzie, Arabowie używają do tego celu soli, zmieszanej z oliwą lub wodą. Pewna sentencja Ojców Kościoła pochodząca z późnego okresu przypomina pewne zasadne przekonanie że: „pożywieniem mnicha jest chleb i sól”. Przede wszystkim dostrzegano w soli symbol trwałości i niepodlegania zepsuciu. Jej działanie konserwujące sprawiało iż posiadała on niezwykłą wartość symboliczną jak również materialną. Według Starego Testamentu sól stanowi najbardziej pożądany składnik dodawany do pokarmów. Również przepisy Prawa Mojżeszowego nakazują aby dodawano soli do składanych ofiar: „Każdy dar należący do ofiary pokarmowej ma być posolony. Niech nie brakuje soli przymierza Boga twego przy żadnej ofierze pokarmowej. Każdy dar posypiesz solą” (Kpł 2,13, Ez 43,24). Sól stanowiła znak trwałości i niezniszczalności przyniesionych darów, oraz niezłomnym symbolem wierności dochowywanej przymierzu zawartego z Bogiem. W kazaniu na Górze (Mt 5,13) Chrystus mówi Apostołom o konieczności bycia solą konserwującą świat od zepsucia. „Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić ?” (Łk 14,34). Zwietrzenie soli zatem należy rozumieć w kontekście duchowym jako rezygnację z bycia autentycznym głosicielem Dobrej Nowiny- rezygnacją z posolenia innych do wiary. To porównanie z katechezy Jezusa na Górze odnosi liturgia do nauczycieli i przewodników Kościoła. Tej wykładni trzymają się Ojcowie Kościoła: „Wy jesteście solą ziemi”. Skoro jesteśmy solą musimy przyprawiać ducha wiernych. Wy więc, jesteście pasterzami, pamiętajcie, iż pasiecie stworzenia Boże. Taką więc grudką soli powinien być kapłan wśród swoich wiernych, za których jest odpowiedzialny i których to życie duchowe powierzone jest jego pieczy. Kapłan ma zaprawiać innych smakiem dobrego, szlachetnego życia. Należy wspomnieć jeszcze od egzorcyzmującym działaniu soli, którą to dodaje się do wody święconej. Modlitwa egzorcyzmu wypowiadana nad solą, które może poprzedzić poświęcenie wody, najpierw wspomina o cudzie proroka Elizeusza, który na prośbę swych uczniów oczyścił niezdrowe źródło w Jerychu przez wrzucenie kawałków soli (2 Krl 2,21). Następująca  po nim modlitwa odmawiana nad tą materią, stanowi błaganie o dobroczynne skutki dla ciała i duszy, jak również oddalenie wszelkiego zła „sakrament zbawienia dla przepędzenia demona”. Przy udzielaniu sakramentu chrztu w starym rycie, dziecku podawano na język trochę tej pobłogosławionej materii, uważana była jako symbol wierności i zachowania.