piątek, 5 lutego 2016

Mk 6,14-29
Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei. Gdy córka tej Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: „Proś mię, o co chcesz, a dam ci”. Nawet jej przysiągł: „Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa”. Ona wyszła i zapytała swą matkę: „O co mam prosić?” Ta odpowiedziała: „O głowę Jana Chrzciciela”. Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: „Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela”. A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce. Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie.
Taniec, stanowi najbardziej skupiający na sobie element dzisiejszej Ewangelii. Zawłaszcza również naszą wyobraźnią. Homo ludens- człowiek bawiący się i czerpiący radość z zabawy. Tutaj mamy przeciwieństwo ludzkiej celebracji szczęścia… To teatr jednej aktorki, której udaje się przejąć władzę na życiem i śmiercią; od chwili ekstatycznego paraliżu ludzkich oczu utkwionych w tańcu pięknej Salome, odbija się cały tragizm sytuacji. Scena rozpościera się między krańcowymi sytuacjami: radość życia- wyrażona w intrygującym i zatrzymującym na sobie tańcu dziewczyny, a z drugiej strony pragnienie zemsty- ujście dla gniewu, rozprawienia się z kimś, kto jest burzycielem sumienia. Podstępna i niezwykle inteligentna Herodiada, posłużyła się własną córką, aby zniewolić zmysły Heroda. Uśpienie moralności króla, miało służyć eliminacji człowieka, który zagrażał interesom dworu, a nade wszystko mącił w głowie władcy. Taniec, który jest zwyczajnie wyrazem radości i dziękczynienia, stał się dogodnym instrumentem zaplanowanego morderstwa. Tylko w taki sposób można było raz na zawsze uciszyć nachalnego Proroka. Nadarzyła się ku temu okazja; wielka uczta z okazji urodzin władcy. Sala pełna muzyki i tańca, unoszące się w powietrzu wonności otępiały zmysły. Wszystko było gotowe na jeden z najbardziej żenujących i burzących krew w żyłach spektakli. Dostojewski pisał, że „taniec to nieme wyznanie miłosne”, tu nic nie było z wypowiedzi miłości, tu był tylko erotyzm sprowadzony w kulminacyjnym momencie do tragicznego finału śmierci niewinnego. „Taniec stał się masturbacją na forum publicznym”, niczym więcej…, zniewolił umysł i serce Heroda. Obudził najbardziej podstępną i złą stronę ludzkiej natury. Wszystko poszło jak należy: głowa Jana przyniesiona na misie, kobiety uradowane, podnieconemu władcy opadła amplituda ekstatycznej radości. Trzeba żyć dalej- „bardziej spokojnie”. Okazuje się, że śmierć Proroka rozbudziła jeszcze większy niepokój. Krew wołała z ziemi o sprawiedliwość i zapowiadała koniec kłamstw i tyranii. Dlaczego Ewangelia poświęca tak obszerny opis męczeństwa Jana ? Wyjaśnienie jest banalnie proste. Dla Chrystusa, był On postacią kluczową- najważniejszą w realizacji swojego posłannictwa. Ta posługa Jana pozwala się dopatrywać w nim także poprzednika Paruzji. Przyszedł bowiem „w duchu i mocy Eliasza” (Łk 1,17), a Mistrz sam wielokrotnie dokonuje komentarza względem jego osoby: „jeśli chcecie przyjąć, to on jest Eliaszem, który ma przyjść” (Mt 11,14). „Mesjańska posługa Eliasza przybiera kształt posługi świadectwa świętego Jana Chrzciciela o Baranku.” Teksty liturgiczne i tradycja Kościoła widzi w Jego charyzmatycznej postaci „anioła ziemskiego i człowieka nieba”. Święty Jan jest gwałtownikiem, tą gwałtownością, która pochodzi od Chrystusa. Ten radykalizm zostaje przypieczętowany męczeństwem- a świadek jak wiemy, jest zawsze zwycięski.

czwartek, 4 lutego 2016

Mk 6,7-13
Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi. I przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. „Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien”. I mówił do nich: „Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich”. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali.
Ewangelia opowiada o rozesłaniu uczniów do akcji ewangelizacyjnej. Rozesłał ich po dwóch ! Wielu specjalistów od marketingu kościelnego i skutecznego przepowiadania  Ewangelii, próbowało na różne sposoby wiercić ten temat. W dwójce posłanych wielu postrzegało większą skuteczność ewangelizacyjną- synergia- współdziałanie dla ważnej sprawy. „Tak też w początkach istnienia Kościoła parami będą misjonarze udawać się w drogę; jest to rozumny środek zapewniający podporę i kontrolę, a także zapobiegający zbytniej egzaltacji człowieka, który samotny przemawia do tłumów”(D. Rops). Nie wiem czy w liczbie parzystej, można się doszukiwać jakiejś innej płaszczyzny znaczeń- niech to rozstrzygają inni. W każdym bądź razie uczniowie poszli po raz pierwszy na poligon. Obuci w jedną parę sandałów i ubrania, krótkie pouczenia Chrystusa, a nade wszystko przekonanie, że to nie od nich zależy powodzenie tej misji. Na drogę otrzymali katalog zasad, według których mają ściśle postępować- pierwszy podręcznik kapłańskiego savoirvivru. W tych sformułowanych zasadach, rzecz jasna jest miejsce dla kreatywności i spontaniczności. Ich praca, nie przypominała nic z przyjemnej kolędowej wizyty księdza. Nie czekały na nich, miłe słowa, gratyfikacje, czy wspaniale zastawione stoły z jedzeniem. Oczywiście spotkali się z gościnnością, ale na nią trzeba było sobie zapracować. Szybko się spostrzegli, że bycie uczniem Chrystusa- to ciężka i niepozbawiona potu robota. Szczęście okraszone łzami, radość zrodzona w procesie osobistego spaceru po drodze usłanej różami. Głoszenie nawrócenia wymaga trudu i ofiary…, a nade wszystko cierpliwości. W tym wszystkim, co stanowi sens i cel zadania, trzeba być nade wszystko sobą. Tomasz Merton pisał o drodze powołania następująco: „Powinniśmy być sobą przez stanie się Chrystusem. Dla człowieka istnieć i żyć to jedno. Ale on tylko wtedy żyje jak człowiek, kiedy zna prawdę, kocha to, co zna, a działa zgodnie z swoją miłością…” Główną metodą jaką przekazuje im Mistrz, to radykalne ubóstwo, którego sami przykład dać muszą, a nade wszystko wiara, że to Bóg w nich i przez nich będzie działał. Prawdziwym wyposażeniem głosiciela staje się miłość i oddanie bez reszty. Zakończę słowami Quoista: „Jeżeli zaś bardziej będziesz kochał prawdę aniżeli siebie, sprawiedliwość bardziej niż własne interesy, a dobro bliźnich przewyższy twoją zachłanność, jeżeli ludzi przyciągał nie do siebie, ale do najwyższych wartości i uczynisz z siebie piedestał nie dla twojej chwały, lecz dla nich, jeżeli nie będziesz się nimi posługiwał jak parawanem, za którym ukrywasz swoje zepsucie i nędzę… Wtedy i tylko wtedy dzięki tej szlachetnej postawie wzbudzisz dla siebie szacunek. Ponieważ odtąd promieniować z ciebie będzie światło boskich cnót, które głosisz, których bronisz i którymi żyjesz.”

środa, 3 lutego 2016

Mk 6,1-6
Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze. A wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.
Czytając dzisiejszy fragment Ewangelii pojawia się pokusa, aby się zirytować na współziomków Chrystusa. Obraz takiego Mesjasza całkowicie był niezgodny z ich wyobrażeniami. Nie można ich winić, jedyne co wydaje się smutne i rozczarowujące, to brak wiary. Czasami jesteśmy do nich podobni; wytwarzamy w sobie swój własny obraz Boga i dopasowujemy do niego wszystkie atrybucje (będące projekcją naszych ukrytych oczekiwań). Takie wyobrażenie zakłada pewną postawę interesowności- Bóg na usługach człowieka. Tworzymy sobie pewien mit kogoś, kto odpowiada naszej zachłannej wyobraźni. Taki obraz szybko rozbija się na drobne kawałki. Wyobrażamy sobie Boga spełniającego nasze zachcianki, a jednocześnie bezmyślnie mijamy Boga, który przechodzi obok nas urzeczywistniając miłość- subtelnie i niewidocznie na pierwszy rzut oka. W taką pułapkę wpadli mieszkańcy Nazaretu. Bóg nie odpowiadał ich wyobrażeniom, przekraczał wkodowany w głowę mit Mesjasza. Chrystus wskazuje na serce, jako przestrzeń spotkania i doświadczenia cudu- „dobrze widzi się tylko sercem”. Kiedy człowiek staje przed Nim ogołocony ze zbędnych wyobrażeń, pozbawiony sfabrykowanych oczekiwań- wtedy Chrystus staje się najbardziej bliski. „Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko”- pisał Einstein. Często boimy się odsłonić szeroko powieki i zobaczyć, że wszystko to, co dzieje się w naszym życiu jest wypadkową małych ingerencji Boga. Mikrocuda dotykają nas i wszystkiego wokół nas. W zauważeniu tych fenomenów miłości Boga, pozostaje człowiekowi do zrobienia tylko jedna rzecz: przekonanie Boga, że na mojej twarzy jaśnieje blask wiary ! Nie możemy się z Nim zamienić miejscami…, bo jeśli to uczynimy, wpadniemy w tę samą pułapkę myślenia co ludzie z dzisiejszej Ewangelii- Bóg „zagrozi” naszej wyimaginowanej wolności. Dostojewski w  Braciach Karamzow, przestrzega przed rezygnacją i brakiem zaufania Bogu. Wskazuje na katastrofę, będącą efektem ludzkiej wolności „Kiedy wszyscy ludzie pozbędą się idei Boga i wieczności…, człowiek skupi się na tym, aby czerpać z życia wszystko, co ono może dać, ale jedynie gwoli szczęścia i radości, i tylko w tym życiu. Wówczas ludzie sami staną się „jako bogowie”, napełnieni boskim duchem i poczuciem „tytanicznej dumy”. Mamy tu obraz utopii- Bóg wygnany z życia ludzi, zastąpiony zamiennikami szczęścia. To katastrofa prowadząca do duchowego unicestwienia… Bóg rozpoznany, przyjęty z wiarą- jest wstanie całkowicie przeobrazić nasz świat. Czeka na naszą wolność…
 

wtorek, 2 lutego 2016

Łk 2,22-40
Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to  Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. A Jego ojciec i matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”…
Czasami doświadczając radości przeszywającej nas od zewnątrz i wewnątrz nucimy sobie pod nosem mnóstwo składnie pozytywnych słów. „W życiu piękne są tylko chwile”- zapewne znany tekst piosenki. Osobiście poszedłbym znaczniej dalej w tym błogostanie wypowiedzi i odparł, iż w życiu najpiękniejsze są spotkania. Spotkania z ludźmi pozostawiają oraz najbardziej utrwalają w sercu i pamięci ślady. Takim cudownym wydarzeniem było dla starca Symeona, spotkanie z Mesjaszem Pańskim. Tu nic nie było zaplanowane, wszystko potoczyło się spontanicznie i nieprzewidywalnie wzruszająco. Maryja zgodnie z przepisem Prawa czterdzieści dni po urodzeniu Jezusa (po upływie czasu nieczystości rytualnej) udała się do Świątyni Jerozolimskiej. Maryja pewnie była szczęśliwa i podekscytowana, że wreszcie będzie mogła wejść do świątyni, obmyć się w sadzawce i błogosławiąc Boga, złożyć w ofierze parę gołąbków. Choć tak naprawdę, ten akt oczyszczenia w Jej przypadku był całkowicie zbyteczny; jak powie święty Bernard: „Jej żywot nie znający męża stał się świątynia Ducha Świętego… Ani w tym poczęciu, ani w porodzeniu nie było nic nieczystego, nic niegodziwego, nic co wymagałoby oczyszczenia…”(najprościej można to tylko wytłumaczyć następująco- nakaz prawa rzecz święta !). Chrześcijaństwo wspominając ten żydowski zwyczaj i rolę jaką miała spełnić Maryja, włączył to wydarzenie do kalendarza liturgicznego- powszechnie nam znane Święto Ofiarowania, nazywano Oczyszczeniem Maryi, chociaż cały przekaz akcentuje głównie moment przedstawienia Jezusa w świątyni. W tradycji jerozolimskiej- a więc związanej z chrześcijańskim Wschodem, obchód ten nazywano jeszcze inaczej, jako Hypapante- czyli tyle, co „uroczyste spotkanie”. Skupmy się na spotkaniu. Maryja i Józef przynoszą Jezusa, aby go przedstawić Bogu Ojcu. Tego przedstawienia- prezentacji najbardziej potrzebują ci, którzy wyglądają nadziei. Dla Symeona możliwość zobaczenia tego Dziecięcia, to był największy cud. Już większej iluminacji dotykającej jego oczu i duszy, nie będzie. Słowa nie są wstanie oddać szczęścia tego człowieka. Maryja i Józef musieli być nadzwyczaj zmieszani zaistniałą sytuacją. Dumni i zmieszani chwilą pełną Bożej łaski. „Radują się ci, którzy widzą to światło, które nastało, które jaśnieje z nieba, które świeci dzięki pochodni. A jakże biedni są ci, którzy tego widzieć nie mogą… Wam, wybranym na świętych polecam, abyście miłowali światło, którego może nie widzicie. Wierzcie, o ile jeszcze nie widzicie, i wołajcie, abyście przejrzeli…”, wołał z przejęciem do wątpiących braci w wierze święty Augustyn. Myślę, że w życiu każdego z nas musi być moment na szczególne spotkanie z Bogiem- takie osobiste, intymne, wypełniające oczy łzami po brzegi- ze szczęścia. Czasami tak bardzo tęsknimy za drugim człowiekiem, za miłością, szacunkiem, spokojem wewnętrznym, a nade wszystko Bogiem. W przypływie tej wewnętrznej samotności zapalamy świecie, aby poczuć migotanie światła na swojej twarzy, ciepło otulające i nastrajające do nadziei. Może dlatego w naszej tradycji ta liturgiczna celebracja „oczyszczenia”, „ofiarowania”, nosi nazwę święta Matki Bożej Gromnicznej. Polacy zawsze w chwilach trudnych, zapalali świece w swoich domach i duchowo przytulali się do Tej, która tuliła z miłością swojego Syna. Zapalone gromnice miały charakter atropaiczny w naszej kulturze. „Świecie symbolizują światło jaśniejących dusz, które rozbłysły dzięki sakramentowi chrztu…” (św. Hilary). W czasie liturgii będziemy trzymać zapalone świece, niekiedy idąc w procesji- na znak, że z Chrystusem przemierzamy wędrówkę do miejsca wiecznego przeznaczenia, na najbardziej niezwykłe spotkanie. Warto uczynić ze słów Symeona swoją osobistą modlitwę tęsknoty; „oczy moje ujrzały Twoje zbawienie…”, z wiarą w to, że uchwycimy naszym wzrokiem wszystko jasno i wyraźnie. Dzisiaj kontemplujemy w sercu historii Światłość, którą przynosi nam Oblubienica bez skazy. Kiedyś dotkniemy całej pełni, w której światłość przeniknie nas, niczym wielki strumień. Będzie to piękne Spotkanie !

poniedziałek, 1 lutego 2016

Mk 5,1-20
Jezus i uczniowie Jego przybyli na drugą stronę jeziora do kraju Gerazeńczyków. Ledwie wysiadł z łodzi, zaraz wybiegł Mu naprzeciw z grobów człowiek opętany przez ducha nieczystego. Mieszkał on stale w grobach i nawet łańcuchem nie mógł go już nikt związać. Często bowiem wiązano go w pęta i łańcuchy; ale łańcuchy kruszył, a pęta rozrywał, i nikt nie zdołał go poskromić. Wciąż dniem i nocą krzyczał, tłukł się kamieniami w grobach i po górach. Skoro z daleka ujrzał Jezusa, przybiegł, oddał Mu pokłon i krzyczał wniebogłosy: „Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Zaklinam Cię na Boga, nie dręcz mnie”. Powiedział mu bowiem: „Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka”. I zapytał go: „Jak ci na imię?” Odpowiedział Mu: „Na imię mi legion, bo nas jest wielu”. I prosił Go na wszystko, żeby ich nie wyganiał z tej okolicy. A pasła się tam na górze wielka trzoda świń. Prosili Go więc: „Poślij nas w świnie, żebyśmy w nie wejść mogli”. I pozwolił im. Tak duchy nieczyste wyszły i weszły w świnie. A trzoda około dwutysięczna ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora. I potonęły w jeziorze…
Komentarz do dzisiejszej Ewangelii można śmiało zawrzeć w jednej scholii- dla Boga, człowiek jest ważniejszy niż stado świń. Taki lapidarny komentarz nie jest satysfakcjonujący; a szczególnie dla tego, kto był nieszczęśliwym posiadaczem biegnącej po urwisku trzody. Przyjrzyjmy się tej scenie bardziej wnikliwie. Mamy dwie kluczowe postaci- Chrystus i człowiek opętany. Oczywiście w tle tej sceny stoi widownia ciekawskich obserwatorów- Gerazeńczyków. Na pierwszym miejscu, rzuca nam się w oczy dramat człowieka poturbowanego przez działanie demonów. Chrystus staje na polu walki, twarzą w twarz z szatanem. Przyjął od razu zdecydowaną postawę zwycięzcy: „Wyjdź, duchu nieczysty, z tego człowieka”. Mamy do czynienia z modlitwą egzorcyzmu, dzięki której na powrót człowiek zniewolony, staje się w pełni zdrowym. „Oto największe cuda Jezusa: ludzie wykluczeni, potępieni wracają do nas „normalni”. Za coś normalnego uznaliśmy ich potępienie, ich stratę, Chrystus tymczasem zwraca ich nam jako osoby normalne. Takie jak my sami”. Dotykamy tu uzdrawiającej i przeobrażającej życie człowieka- od środka- łaski. W tym miejscu przypomina mi się niezwykle mocna scena z rosyjskiego filmu pt. „Wyspa”. To opowieść o charyzmatycznym starcu o imieniu Anatol. Pewnego dnia na jego wyspę przypływa zrozpaczony ojciec z opętaną (totalnie ubezwłasnowolnioną) córką; licząc na to, że starzec-uzdrowiciel zaradzi ich problemom. Mnich zabiera córkę łodzią na jedną z nieopodal położonych wysp, wszystko dzieje w scenerii mroźnej zimy; poszczególne kadry filmy zdają się  być skomponowane z szarości barw- to zimna pustynia, na której trzeba się zderzyć z demonami- odzwierciedla stan ludzkiej duszy. Scena ta zapadła mi mocno w pamięci, powtarzany przez Anatola nieustannie znak krzyża (jakby opasywanie się mocą Boga), a szczególnie wypowiadane słowa w czasie modlitwy o uwolnienie: „Niech powstanie Bóg i rozproszą się wrogowie Jego, niech uciekają przed Jego obliczem ci, którzy Go nienawidzą; jak znika i rozwiewa się dym, tak niech znikną biesy sprzed oblicza miłujących Boga i żegnających się znakiem Krzyż Świętego…”. Opowiadała mi wczoraj znajoma o swoich wrażeniach z nabożeństwa uzdrowienia na którym się przypadkiem znalazła. Pierwszy raz w życiu na własne oczy zobaczyła manifestację złego ducha w osobach nad którymi była odmawiana modlitwa o uwolnienia. Była wstrząśnięta i przerażona. Zwróciła się do mnie takimi słowami- „największymi chorobami dzisiejszego świata, nie są nowotwory, lecz o wiele gorsze- choroby duszy”. „Zło jest pasożytem. To realna rzeczywistość ontologiczna, coś więcej niż brak dobra. I kiedy zło się zagnieździ, zachowuje się jak huba- coraz bardziej się rozbudowuje…”( ks. H. Paprocki). Czasami wydaje się, że  wielu ludziom chodzi o święty spokój; ale z tego „świętego spokoju”- to jest obojętności wyskakuje demon ze swoim paraliżującym kłamstwem. Wtedy moja wizja szczęścia bardzo szybko przeobraża się w tragedię niewoli. Dostojewski miał rację, kiedy pisał: „Za wielki zakres dany jest człowiekowi ! szatan jeden wie, dlaczego to, co rozum obrzuca pogardą, przedstawia się w sercu jako rozkosz i piękno najwyższe. Czy jest piękno w Sodomie ? O, wierz mi, że jest dla ogromnej większości ludzi. Piękną jest walka szatana z Bogiem, gdy polem bitwy są serca nasze”.

niedziela, 31 stycznia 2016


Łk 4,21-30

W Nazarecie w synagodze, po czytaniu z proroctwa Izajasza, Jezus powiedział: „Dziś spełniły się te słowa Pisma, któreście słyszeli”. A wszyscy przyświadczali Mu i dziwili się pełnym wdzięku słowom, które płynęły z ust Jego. I mówili: „Czyż nie jest to syn Józefa?”. Wtedy rzekł do nich „Z pewnością powiecie mi to przysłowie: „Lekarzu, ulecz samego siebie; dokonajże i tu, w swojej ojczyźnie, tego, co wydarzyło się, jak słyszeliśmy, w Kafarnaum«”. I dodał: „Zaprawdę powiadam wam: Żaden prorok nie jest mile widziany w swojej ojczyźnie…  Na te słowa wszyscy w synagodze unieśli się gniewem. Porwali się z miejsca, wyrzucili Go z miasta i wyprowadzili aż na stok góry, na której ich miasto było zbudowane, aby Go strącić. On jednak przeszedłszy pośród nich, oddalił się.


Ewangelia dzisiejszej Niedzieli kontynuuje wątek obecności Chrystusa w swoich rodzinnych stronach. Chyba nie tak wyobrażał sobie Pan wizytę w swoim rodzinnym mieście. Wielu komentatorów tego wydarzenia, spogląda na całą sytuację w kategoriach odrzucenia, ewangelizacyjnej porażki, czy absolutnego braku otwarcia na przepowiadanie współziomka. Nie postrzegam tego epizodu w kategorii nieudanej misji; podziwiam odwagę Chrystusa, stanowczość i bezkompromisowość. Wszedł z odwagą w środowisko ludzi, którzy go znali i dla których był zwyczajnym młodzieńcem, takim samym jak ich synowie. A tu jawi się jako Pomazaniec Boży ! Reakcje tych ludzi też były dziwne, amplituda emocji szalała- od początkowego podziwu, zdumienia, fascynacji Jego mądrością; „nauczał jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie”. Nie mówił jak pierwszy lepszy nauczyciel z synagogi. Ale jak charyzmatyczny mąż, jakby odnosząc się do autorytetu wyższego, jednocześnie czyniąc wypowiadane słowa swoimi. W tym wystąpieniu jak w muzyce, przechodzi od łagodnych miłych dla ucha tonów, do niepokojących wariacji- przeobrażających się w krzyk odrzucenia. To takie typowo semickie- bardzo płynne przejście od postawy zachwytu, do werbalizacji agresji (wtedy szybko znajdują się kamienie ). „Oto crescendo, które przechodzi od entuzjastycznego podziwu do historycznej nienawiści”. Nawet tak poniżająca dla Jezusa sekwencja wydarzeń zostaje nasycona elementem budującym- człowiek odwagi, przychodzący aby zaświadczyć o prawdzie. Przemówienie Jezusa zawierał dwa intrygujące słuchaczy elementy, które zdaje się spowodowały lawinę nieprzychylności i gniewu. „Dzisiaj spełniły się te słowa”- to znaczy tyle, co tu i teraz. To dzieje się na waszych oczach…, nie gdzieś tam w przyszłości- Królestwo Boże, tu i teraz dokonuje swojej inwazji. I drugie to wskazanie na siebie, jako wypatrywanego Mesjasza. Dla mieszkańców Nazaretu, był to niewyobrażalny wstrząs. Z drugiej strony nie można się dziwić tym ludziom, do uchwycenia tej prawdy potrzeba rzeczywiście wiary. Przywiązanie do tradycji i nawarstwione przez lata przekonanie o Mesjaszu zwycięskim pogromcy tyranii, zbiło ich z pantałyku. Zwyczajnie nie dojrzeli do takiego obrotu spraw. Chesterson napisał niezwykle mądre słowa: „Po zobaczeniu Boga człowiek może umrzeć, ale na pewno nie będzie się czuł jedynie nieco osłabiony, tak aby mógł wziąć jakąś pastylkę lub zawołać lekarza”. Spotkanie z Bogiem zawsze powoduje mocną eksplozję emocji, nie kończy się tylko na lekkiej migrenie. Chrześcijanie powinni sobie do serca też wziąć te słowa. Kiedy Bóg przychodzi do mojego życia, to z całą gwałtownością- wywracając je do góry nogami. Może dlatego wielu ludzi „wierzących” ucieka przed dojrzałą, głęboką wiarą- wolą zachować się jak ziomkowie Chrystusa. Dla wielu ludzi o wiele prościej jest chwycić kamień w dłoń i być anarchistą, niż przeczytać Ewangelię i zacząć wypowiadać światu miłość. Chrześcijaństwo wymaga odwagi i rezygnacji z własnych nagromadzonych wyobrażeń. W kontekście tej wypowiedzi, wybrzmiewają w całej pełni słowa św. Tichona Zadońskiego: „Im bardziej ktoś poznaje Boga tym bardziej staje się pokorny, bardziej kocha, bardziej się boi i bardziej kocha”.  

sobota, 30 stycznia 2016

Mk 4,35-41
Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do uczniów: „Przeprawmy się na drugą stronę”. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź się już napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: „Milcz, ucisz się”. Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: „Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary?” Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego : „Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?”
Wiara jest ryzykiem ! Człowiek kiedy wchodzi w pewne miejsca, zdarzenia, nie jest wstanie przewidzieć co takiego może się wydarzyć. Nie chodzi tu o łatwowierność, czy zwykłą naiwność w przeżywaniu przygody, której fabułę nie do końca można przewidzieć. Chrystus swoim uczniom aranżuje często rożne sytuacje- nazywam je testami duchowej sprawności. Sytuacje ekstremalne odsłaniają prawdziwe, niezafałszowane oblicza ludzi. Bóg potrafi w jednej chwili obnażyć wszystkie lęki i najbardziej skryte emocje. Czasami trzeba stracić grunt pod nogami, otrzeć się o nieprawdopodobny stres, aby w całej bezradność wykrzyczeć Bogu- ratuj mnie ? Wiara jest ryzykiem…, rzecz w tym, abyśmy poczuli się przez chwilę osamotnieni, bezradni, skazani tylko na siebie- odkryć to, że nie mam władzy nad swoim życiem. Wielu ludzi żyje w taki sposób jakby miało nieustannie rękę na pulsie- wszystko kontrolują, wydaje im się, że nic nie jest wstanie ich zaskoczyć. Ten pewnik egzystencjalny karmiony jest do momentu, kiedy pojawia się sytuacja która potrafi całkowicie zdemontować „pulpit niezawodnej nawigacji życia”. Apostołowie doświadczyli takich emocji- musieli się zderzyć z żywiołem wody, wichru, zaskakującej ciemności i niemożliwości zrobienia czegokolwiek. Była tylko łódź niczym łupinka, przez którą przelewała się woda i strach w oczach w wymianie spojrzeń. Takie obrazy biblijne wyrażają potęgę i wielkość majestatu Boskiego, któremu nic nie może się sprzeciwić, wskazują na duchowość Najwyższej Istoty- Bóg jest Panem natury i wszystkich jej atrybucji. W gwałtownych i zaskakujących zrywach wiatru, delikatnych szumach i muśnięciach ludzkiego ducha;  przez całe dzieje historii zbawienia- objawiała i objawia się nieustannie pełnia dzieł Bożych. Od wiatru i burzy, które paraliżują, budzą strach oraz przerażenie, po lekką bryzę zapowiadającą miłosne przybycie Boga miłośnika człowieka. Pragnienie tego świętego tchnienia znalazło wyraz w erotycznej poezji księgi Pieśni na Pieśniami, we fragmencie, w którym Oblubienica (Kościół) gorąco oczekuje zbawczego działania: „Powstań, wietrze północny, nadleć wietrze południa, wiej poprzez mój ogród, niech popłyną jego wonności !” (Pnp 4,16). Ten metaforyczny obraz tęsknoty za miłością, zapowiada nadejście Boga- Oblubieńca- Zbawiciela, który tchnie wiatr (Ducha Świętego). Przybywając w pełnym gracji kroku tanecznym, rozpala ogień miłości w sercach oczekujących jego nadejścia wierzących. Już teraz rozumiemy scenę burzy na jeziorze. To co wydawało się tragicznym epizodem lęku, staje się zapowiedzią uobecnienia Chrystusowej mocy. Przychodzi Chrystus, który wszystko ucisza…, natura staje się posłuszna i poddaje się egzorcyzmującej mocy. Wydarzenie to, ma sprowokować całe mnóstwo pytań w głowie uczniów- „Kim On właściwie jest ?”. Apostołowie muszą się zmierzyć z tą sytuacją i oswoić z nieprzewidzianym interwencjami Boga. Jeszcze nie raz zostaną poddani próbie. W przyszłości, przyjdzie im zderzyć się z charyzmatycznym żywiołem nadejścia Parakleta. Nie będzie już łodzi; tylko szczelnie zaryglowane drzwi i okna wieczernika- towarzyszyć temu wydarzeniu będzie ten sam strach i osamotnienie. Nagle pojawi się szum z nieba, Ogień przepruwający wszystkie zakamarki wieczernika, a nade wszystko ich serc. Pojawi się wicher tak silny, że wypchnie ich na rozległe wody świata… Oni „popłyną” z tą jedną różnicą, będą już wolni od paraliżującego ich serca lęku. Będą słyszeć szum wiatru i wspominać gwałtowny huragan Bożej miłości, przechodzący przez ich zalęknione serca. My tez potrzebujemy gwałtownego wiatru !