wtorek, 2 sierpnia 2016

Mt 14,22-36
Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Wtedy Jezus odezwał się do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”. Na to odpowiedział Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”. A On rzekł: „Przyjdź”. Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: „Panie, ratuj mnie”. Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?” Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”.
Wiara oznacza ryzyko opuszczenia wygodnego i bezpiecznego miejsca. Boimy się czasami własnego cienia, a co dopiero żywiołów, które mogą na nas spaść jak grom z jasnego nieba. Niesamowite jest wydarzenie wzburzonego jeziora i obecności uczniów w łodzi; przerażenie i lęk wypisany na twarzach, bezradność oraz niemożliwość uczynienia czegokolwiek. Wzburzone jezioro- metafora naszego życia; kiedy słońce rozkłada spokojny i ciepły ton na powierzchni wody, kiedy tafla przywołuje poczucie przenikającego spokoju- wtedy życie wydaje się cudem. Ale kiedy zmieni się aura na niebezpieczną i budzącą poczucie strachu, wtedy człowiek zostaje sparaliżowany i przetrącony poczuciem niemożliwości zapanowania nad sytuacją- fatalizm. W który momencie życia się znajdujesz ? „Wody są ledwie oświetlone na powierzchni, lecz czuję ich ciemną głębię… Wezwanie do życia i zaproszenie do śmierci”- pisał z właściwym dla siebie realizmem chwili- Camus. Dotykam wyobraźnią tej sytuacji. Wyobrażam sobie Piotra krzyczącego do Chrystusa: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”- zdumienie i strach, niepewność oraz poczucie niesamowitości. Piotr po raz drugi zderzył się z takim uczuciem, nosił w pamięci obraz przemienionego Pana na górze Tabor. Wydaje się, ze nic już nie powinno go zaskoczyć, a jednak Chrystus reżyseruje nieprawdopodobne scenerie. Ta sytuacja jakoś bardziej jest mi bliska przez obraz Ivana Ajvazovskiego (1817-1900), rosyjskiego malarza, ormiańskiego pochodzenia. Artysta romantyzmu, specjalizujący się w malarstwie marynistycznym; z właściwą dla siebie wrażliwością oddający z analityczną precyzją potęgę żywiołu wody. W tej scenie jest jednocześnie uchwycone coś z faktu przemienienia- Chrystus spowity światłością, światło wydobywające się z Niego, rzuca poświatę na kłębiące się fale. Groza żywiołu zostaje przełamana świetlistością obecności Boga- Człowieka. Piotr podąża ku Chrystusowi mając wzniesione ręce ku górze, jakby przeczuwając, iż za chwilę pochłonie go żywioł wody- w myślach prowadzi wewnętrzny dialog- „Panie jak wpadnę, złapiesz mnie ?”. Jego twarz otulona jest światłem, jak na wschodnich ikonach ilustrujących scenę Przemienienia. Niczym echo z oddali historii wybrzmiewają słowa św. Symeona Teologa: „Bóg jest Światłością i ci, których czyni godnymi, by Go widzieli, widzą Go jako Światłość”. Tak silna emanacja światła sprawia, że człowiek nie jest wstanie widzieć. Piotr idzie na oślep, a pod nogami kotłuje się woda i wiatr uderzający z ogromną siłą w całe ciało, tak że nie można utrzymać równowagi. W końcu zaczyna tonąć, jedyne co pozostaje to krzyk: „Panie, ratuj mnie”. Wydają się niezwykle profetyczne słowa napisane przez ks. Pasierba: „Siła Boga nie okazuje się, dopóki nie objawi się słabość człowieka”. To przecież obraz nas samych, naszych permanentnych zmagań ze sobą, nieustannych prób „chodzenia po wodzie” i wyczekiwania cudu. To poszukiwania obecności Boga i artykułowania nieporadnie nieskończenie wiele razy pytań, na które nie jesteśmy wstanie sami odpowiedzieć. Nasze życie- utkane ze spokojnych wybrzeży i zrywających się w jednym momencie sztormów…, tonięcia i wypływania na powierzchnię. „Nie możesz przepłynąć morza stojąc na brzegu i wpatrując się w wodę”.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Mt 14, 13-21
A gdy nastał wieczór, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Miejsce to jest pustkowiem i pora już późna. Każ więc rozejść się tłumom: niech idą do wsi i zakupią sobie żywności». Lecz Jezus im odpowiedział: «Nie potrzebują odchodzić; wy dajcie im jeść!» Odpowiedzieli Mu: «Nie mamy tu nic prócz pięciu chlebów i dwóch ryb». On rzekł: «Przynieście Mi je tutaj». Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do syta, a z tego, co pozostało, zebrano dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.
Wy dajcie im jeść ! Słowa Chrystusa skierowane do uczniów, przekraczają czas i miejsce czyniąc Kościół- jadłodajnią miłości. Chrześcijaństwo wrażliwe, wychodzące naprzeciw największych ludzkich głodów. „Najlepsze miejsce jest tam, gdzie można drugim wyświadczyć najwięcej dobra”- pisał bł. Karol de Foucauld. Połamane chleby i upieczone na kamieniach ryby, stanowią zapowiedź pokarmu, który przekracza czysto ludzkie zaspokojenie głodu. Chrystus jest Chlebem Życia, Rybą- Tym, który pragnie nakarmić strudzonych drogą wędrowców. Wraz z przełamywaną Hostią na ołtarzach całego świata, Chrystus nieustannie żyje w ludziach. Człowiek przyjmuje okruszyny miłości, nie uświadamiając sobie do końca tego, że wchodzi w coś najświętszego, niewypowiedzianego, zdumiewającego, zapierającego dech w piersiach, przyśpieszającego bicie serca- Misterium fidei- wieczną miłość Boga. W Eucharystii otrzymujemy zadatek życia wiecznego, a jednocześnie uczymy się tu na ziemi odkrywać ludzką miłość- pełną bezinteresownej służby, znajdującą swoją siłę w miłości Jezusa. „Jeżeli nauczycie się odkrywać Jezusa w Eucharystii, to będziecie umieli odkrywać Go także w waszych braciach i siostrach, a w szczególności w najuboższych” (Jan Paweł II). Od ołtarza komunii z Chrystusem, przechodzi się w sposób spontaniczny, naturalny do komunii z drugim człowiekiem- dostrzegając głód jego ciała i duszy.

niedziela, 31 lipca 2016

Kol 3, 1-5. 9-11
Bracia: Jeśli razem z Chrystusem powstaliście z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, zasiadający po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze Życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale. Zadajcie więc śmierć temu, co przyziemne w członkach: rozpuście, nieczystości, lubieżności, złej żądzy i chciwości, bo ona jest bałwochwalstwem. Nie okłamujcie się nawzajem, bo zwlekliście z siebie dawnego człowieka z jego uczynkami, a przyoblekliście nowego, który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu Boga, na obraz Tego, który go stworzył…  

Pochylając się nad niedzielną Liturgią Słowa, pragnę zatrzymać się nad drugim czytaniem z Listu św. Pawła do Kolosan. Mowa jest o paschalnym powołaniu człowieka. Pascha Chrystusa i przejście człowieka od grzechu, do przemienionego- chwalebnego człowieka. Przyznam się szczerze, że do tej refleksji zainspirowała mnie wczorajsza obecność Papieża Franciszka w Sanktuarium Jana Pawła II; a dokładniej mozaika w tymże kościele o. Marko Rupnika, przedstawiająca Mojżesza przeprowadzającego lud Izraela przez Morze Czerwone. „Umarliście bowiem i wasze życie ukryte jest z Chrystusem w Bogu”. Z tysięcy małych płytek- szklanych, ceramicznych lub kamiennych, oblekanych złotem- zwanych tesserami, artysta opowiedział najważniejszy, soteriologiczny sens historii zbawienia. Słowa św. Pawła znajdują potwierdzenie w barwnej mozaice- wizualnej katechezie Kościoła. Przejście przez Morze Czerwone jest figurą zwycięstwa Boga nad Rahabem, morskim potworem, stanowiącym figurę Egiptu. Możemy w tym symboliczno- typologicznym obrazie dostrzec przewodni motyw, jakim jest zwycięstwo Boga nad morskim smokiem, utożsamianym bardziej szczegółowo z bałwochwalstwem. To nic innego, jak zwycięstwo Boga nam mocami zła. Przez pryzmat Nowego Testamentu, a szczególnie nauczania św. Pawła- przejście przez Morze Czerwone, jawi się jako droga ze śmierci do życia. Z mroków grzechu ku wolności w Chrystusie Zmartwychwstałym. Przejście przez morze dla chrześcijan dokonuje się bowiem w obrzędzie Sakramentu Chrztu. Schilllebeckx pisał: „Sakramenty są naszym pielgrzymowaniem do Emaus, do Eschaton. Idziemy u boku Pana i choć Go nie widzimy, wiemy, że jest blisko nas”. To baptysterium staje się miejscem nowych sakramentalnych narodzin- sadzawka w której przelewają się fale „Wody Życia”. „Wyjście z Egiptu jest chrztem. Dwie rzeczywistości mają to samo znaczenie. Oznaczają koniec niewoli grzechu i wejście do nowego życia” (J. Danielou). Odkupienie jest pojmowane jak zwycięstwo Chrystusa- Nowego Mojżesza nad szatanem, zwycięstwo, przez które ludzkość zostaje wyzwolona, a człowiek zostaje uzdolniony do walki ze światem i swoją grzeszną naturą. Zrzuca cielesne „ubranie grzechu”- przyobleka się w Chrystusa, przechodząc bez lęku na drugi brzeg. „Według św. Pawła przejście przez Morze Czerwone było spełniającym się proroctwem sakramentu chrztu. W istocie jeszcze teraz, kiedy lud zbliża się do wody odrodzenia uciekając z Egiptu, którym jest grzech, ona sam zostaje wyzwolony i ocalony, ale diabeł i jego poplecznicy, duchy zła, zostają unicestwieni” (św. Grzegorz z Nyssy). Chrystus, nie tylko przeprowadza każdego człowieka przez drogę pełna niebezpieczeństw, ale również napełnia Duchem Świętym, który dokonuje dzieła uświęcenia i przebóstwienia. „Dzięki Niemu- pisał św. Bazyli Wielki- serca wznoszą się ku górze, słabi są prowadzeni za rękę, a ci, którzy posuwają się naprzód, doskonalą się. On to, świecąc tym, którzy oczyścili się z każdej plamy, sprawia, że stają się duchowymi istotami dzięki wspólnocie z Nim samym.” Od tego momentu „nowy człowiek”- będzie wpatrywał się w niebo, oczekując po trudach duchowej walki z grzechami ciała i świata- spotkania z Chrystusem Zwycięzcą. Zakończę słowami teologicznej poezji św. Efrema Syryjczyka: „Oto ja, Bóg wasz, uniżyłem się i wam służyłem, aby przygotować Paschę doskonałą i uweselić oblicze całego świata”.

sobota, 30 lipca 2016

Mt 5, 10
Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.
Wczorajsze, pełne milczenia i zadumy wydarzenie wizyty Papieża Franciszka w obozie koncentracyjnym w Auschwitz- Birkenau, nie tylko przywołało cienie dramatycznej historii- Holocaustu, ale również skierowało uwagę świata na miejsce, które stało się symbolem intensyfikującym największy horror ludzki XX wieku. Zachowane do dzisiaj miejsca kaźni wielu narodów, stanowią najcichszy pomnik pamięci i rozdzierający głos sumienia dla świata. Papież Franciszek uświadamia wszystkim, a szczególnie młodym ludziom- iż chrześcijaństwo jest religią pamięci. Pamięć o zamordowanych kobietach, mężczyznach i dzieciach ciągle żyje w sercach i umysłach żyjących. Tych wydarzeń nie można przenieść tylko do historycznych opracowań, publikacji, czy muzealnych ekspozycji. Ludzki krzyk i płacz jest tak donośny, że nie można go stłamsić, a obrazy bestialskiej przemocy nie można zretuszować, czy przesłonić wypłowiałymi usprawiedliwieniami. Nikt poza tymi którzy przeżyli obozową gehennę nie jest wstanie zrozumieć, czym tak naprawdę było obozowe piekło- jako konsekwencja ideologii depczącej drugiego człowieka, niczym nieużytecznego robaka. Naziści szyderczo powtarzali ofiarom: nawet jeśli ktoś przeżyje obóz i będzie opowiadał o tym, co tu się stało, to wezmą was za obłąkanych. Nikt wam nie uwierzy. „Problem moralny, jaki mamy z Holokaustem, nie polega na tym, że sprawcy byli nieludzcy, ale na tym, że byli ludzcy, jak my” (Y. Bauer). Dwa lata temu przeczytałem ciekawą książkę pt. Obrazy mimo wszystko G.D. Hubermana. Opowiada zaskakującą historię z obozu koncentracyjnego, gdzie w 1944 r., więźniom z oddziału Sonderkommando udało się sfotografować po kryjomu proces zagłady, w sercu którego się znajdowali (Kilka miesięcy temu w małych kinach można było obejrzeć film pt. „Syn Szawła”- opowiadał o jednym dniu pracy oddziału Sonderkommando )Były to ostatnie chwile wojny, masowa eksterminacja więźniów dokonywała się bardzo szybko i na wszelkie możliwe sposoby, aby zatrzeć ślady nazistowskiej zbrodni. Więźniowie dzięki przemyconemu w podwójnym dnie wiaderka aparatowi fotograficznemu zdołali wykonać kilka zdjęć. Z wielkim heroizmem i narażeniem życia udało się przemycić film ze zdjęciami poza teren obozu i dostarczyć aliantom. Jedno zdjęcie jest nam pewnie znane: ogromna hałda usypanych i palących się ludzkich ciał, a na pierwszym planie nadzorujący naziści- podekscytowani spektaklem i rozbawieni do granic możliwości. Zdjęcia przedostały się na zewnątrz, aby opowiedzieć o dramacie eksterminowanych ludzi i autentyczności programu, którego hasłem było „ostateczne rozwiązanie”. Największym dramatem było to, że alianci nie uwierzyli tym fotografiom- więcej dokonali nawet korekty zdjęć, aby utrwalone na nich obrazy śmierci nie wyglądały tak drastycznie. Ten jeden z licznych przykładów, niezwykle jasno pokazuje, że nie można zagubić pamięci, a już na pewno zacierać śladów… Po historii obozów, wszystko się zmieniło. Chyba brakuje słów, aby opisać to ekstremum. Wielu teologów, filozofów, psychologów- zajmujących się humanistyką, musiało zrewidować swoje poglądy oraz szukać odważnych odpowiedzi w pokorze i milczeniu. Ile to razy pojawiało się rozpaczliwe wołanie: Gdzie był Bóg, kiedy płonęły piecie krematoryjne, gdy matki opłakiwały śmierć swoich dzieci ? „Światłem Pana jest życie ludzkie”- powie mądrość żydowska. Bóg nigdy nie opuścił swoich dzieci ! Współcierpiał w każdym człowieku, ocierał łzy płaczących i był towarzyszem męczeństwa- w procesji cierpienia, wśród ognia krematoryjnych pieców. Był przy nich i w nich, respektujący ludzką wolność oprawców, stał się „Bogiem cierpiącym”. „Zbawcza miłość Ojca nie cofa się przed drogą Syna na krzyż. Bóg współcierpi jak bezbronny, ale przez to dokonuje największego dzieła zbawienia z całą przemożnością, o czym świadczy Zmartwychwstanie Chrystusa- początek nowego świata i nowej ludzkości. Miłość może być zlekceważona, zraniona lub całkowicie odrzucona. Dając człowiekowi przestrzeń wolności, Bóg tym samym ogranicza swą moc i wystawia się na ryzyko odmowy. Krzyż Chrystusa jest wyrazem i największym świadectwem tej bezbronności Boga w świecie… Bezbronność Boga okazuje się Jego przemożną i przemieniającą mocą. Jest nieodłączna od cierpienia, a zarazem zwycięska”- pisał ks. W. Hryniewicz. Nad moim biurkiem umieściłem niezwykle głęboki cytat prawosławnego teologa O. Clementa. Tak naprawdę jest wyjaśnieniem tego wszystkiego, co nieudolnie próbowałem opisać. To próba zrozumienia absurdu piekła, zgotowanego przez ludzi ludziom. Piekła, które zostaje prześwietlone ostatecznym zwycięstwem Chrystusa nad złem: „Być chrześcijaninem to odkrywać, nawet w głębi swojego piekła, zdewastowane i zmartwychwstałe oblicze Boga, który nas przyjmuje, wyzwala i przywraca nam szansę bycia Jego obrazem”. 

piątek, 29 lipca 2016

1 J 4, 7-16
Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga. Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością. W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu. W tym przejawia się miłość, że nie my umiłowaliśmy Boga, ale że On sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy. Umiłowani, jeśli Bóg tak nas umiłował, to i my winniśmy się wzajemnie miłować. Nikt nigdy Boga nie oglądał. Jeżeli miłujemy się wzajemnie, Bóg trwa w nas i miłość ku Niemu jest w nas doskonała. Poznajemy, że my trwamy w Nim, a On w nas, bo udzielił nam ze swego Ducha. My także widzieliśmy i świadczymy, że Ojciec zesłał Syna jako Zbawiciela świata. Jeśli kto wyznaje, że Jezus jest Synem Bożym, to Bóg trwa w nim, a on w Bogu. Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim.
Ten kto miłuje, narodził się z Boga ! Słowa z listu św. Jana pasują jak ulał do tego wszystkiego, co dzieje się w tych dniach. Światowe Dni Młodzieży w Krakowie, wizyta Papieża Franciszka ukonkretniają wielkie chrześcijańskie świadectwo miłości i miłosierdzia. Miłość- to najpiękniejsze imię chrześcijaństwa. Miłość Boga przepływająca przez ludzkie serca niczym rzeka, oraz miłość człowieka do człowieka- wypowiedziana w prostocie, spontaniczności, rozdawana niczym najcenniejszy skarb. „Nie ma dwóch światów jest jeden- pisał ks. J. Twardowski- niebo chodzi po ziemi, ziemia chodzi po niebie. Cieszy się każdym rumiankiem podaje wodę dzbankiem. Miłość stamtąd i stąd”. Tylko kilka słów złożonych w wiersz potrafi oddać atmosferę krakowskiego święta młodości i wiary. Z łatwością można dostrzec oblicze chrześcijaństwa pięknego, witalnego, kolorowego kulturowo, odbijającego się w entuzjazmie oraz spontaniczności tysięcy młodych dziewcząt i chłopców. Można przekonać się, że najważniejsza jest miłość-  agape. Wyraża się ona w uśmiechach ludzi, w ludzkiej dobroci i przełamywanej kromce chleba- wyrażona w powszechnej wspólnocie języków i obyczajów. Święto w którym wybrzmiewa jedno najważniejsze przesłanie: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”. A Papież Franciszek potwierdza i utrwala swoim autorytetem, potężną siłę Chrystusowej Ewangelii. Prezentuje Kościół jak szkołę miłosierdzia- sakrament bliźniego, który napotkany zostaje nakarmiony darmową miłością, podniesiony z ziemi niczym okruszyna, zauważony. „Jakże byłoby pięknie, gdyby wszyscy mogli patrzeć z podziwem, jak troszczymy się o siebie nawzajem, wzajemnie się wspieramy i towarzyszymy sobie. To właśnie dar z siebie buduje stosunki międzyludzkie, które rodzą się nie z dawania sobie rzeczy, ale z dawania samego siebie. W każdym dawaniu ofiaruje się własną osobę. Dawać się oznacza pozwalać, aby działała w nas cała potęga miłości, jaką jest Duch Boga, i w ten sposób torować drogę Jego mocy stwórczej… Człowiek dając siebie, spotyka się na nowo z samym sobą w swej prawdziwej tożsamości dziecka Bożego, podobnego do Ojca i – w jedności z Nim- dającego życie, brata Jezusa, o którym daje świadectwo.” Wspólne świętowanie miłosierdzia buduje wzajemną komunię osób, polaryzując i pogłębiając globalny język miłości. Jest to uczestnictwo w czułości i delikatności Boga względem człowieka, „jest serdecznym i silnym uczuciem, które poprowadziło Chrystusa do człowieka, tak też prowadzi każdego z nas do brata, w którym dotykamy tajemnicy boskiej godności” (C.M. Martini). Miłość ma najwięcej do powiedzenia !

czwartek, 28 lipca 2016

Jr 18, 1-6
Słowo, które Pan oznajmił Jeremiaszowi: «Wstań i zejdź do domu garncarza; tam usłyszysz moje słowa». Zstąpiłem więc do domu garncarza, on zaś pracował właśnie przy kole. Jeżeli naczynie, które wyrabiał, uległo zniekształceniu, jak to się zdarza z gliną w ręku garncarza, robił z niego inne naczynie, według tego, co wydawało się słuszne garncarzowi. Wtedy Pan skierował do mnie następujące słowo: «Czy nie mogę postąpić z wami, domu Izraela, jak ten garncarz? – mówi Pan. Oto bowiem jak glina w ręku garncarza, tak jesteście wy, domu Izraela, w moim ręku».

Jeremiaszowa przypowieść o garncarzu, po raz kolejny odsyła nas do obrazu Boga jako rzemieślnika- artysty, doskonałego wytwórcy, konceptualisty. W tym antropomorficznym obrazie Boga zajętego tworzeniem dostrzegamy mistagogiczny sens kultury, która ma swoje źródło w doskonałych aktach Stwórcy. Atelier Rzemieślnika jest warsztat garncarski, stanowiący metaforę świata. Kiedy dłonie Najwyższego dotykają materii świata, przekształcają ją w piękno. Niczym mitologiczny król Midas; każda dotknięta uprzednio rzecz przemieniała się w złoto- jaśniejąc zdumiewającym blaskiem boskości. Zatem Bóg jawi się jako najdoskonalszy kreator rzeczywistości, a Jego działanie jest ściśle przemyślane, celowe… Tchnie nieustannie w „glinę świata”- nadając formie kształt i  ożywiając swym Duchem. Sztuka zatem jest znajomością reguł, dzięki którym można wykonywać rzeczy. Św. Tomasz z Akwinu pisał: „Sztuka jest właściwą znajomością tego, co należy robić”. „Wszystkie dzieła Pana są bardzo piękne” (Syr 39, 16). Bóg nie tworzy knotów, nie lepi czegoś- nad czym można usiąść i zapłakać, zgorszyć się, czy obrazić. Tworzy piękno ! „Uczynił wszystko pięknie w swoim czasie, dał im nawet wyobrażenie o dziejach świata” (Koh 3,11). Przyroda jest najbardziej wiarygodnym odblaskiem twórczego działania Wszechmocnego. Człowiek spogląda na świat i odkrywa ślady Boga- dotyk dłoni, „pociągnięcia dłutem”, istotę „malarskiego i harmonijnego zestawienia barw”, sofianiczy charakter powołanych do istnienia bytów- geniuszu, przy którym wszystko inne jest tylko cieniem- nic nieznaczącą próbą imitacji. Bóg w swym wachlarzu pomysłów, utkanych form zadziwia i zaprasza do podziwu. Świat wywołuje w nas tak wielkie poruszenie, onieśmielenie. Człowiek chciałby się zakraść i podpatrzyć Boskiego Rzemieślnika przy pracy. Takie na wskroś mistyczne wrażenie z obserwacji świata zapisał francuski kompozytor Claude Debussy: „Pełne ruchu niebo, cudowne i nieustannie zmieniające się, w którym wpatruje się długimi godzinami, wywołuje we mnie nieopisane poruszenie. Niezmierzona natura odpowiada światłem, padającym na moją głodną prawdy, biedną duszę. Tu rosną drzewa, których ramiona wznoszą się wysoko w niebo, tu roztaczające swą woń, uśmiechające się na łące kwiaty… I oto dłonie niezauważalnie składają się do modlitwy. Modlić się- to dla mnie poczuć, do jakich porywających, majestatycznych widowisk natura zaprasza swe śmiertelne drżące stworzenia”. Chrystus w Ewangeliach również opowiadał o pięknie świata, który jest dziełem rąk Stwórcy. „Przypatrzcie się liliom na polu, jak rosną: nie pracują ani przędą. A powiadam wam: nawet Salomon w całym swym przepychu nie był tak ubrany, jak jedna z nich. Jeśli więc ziele na polu, które dziś jest, a jutro do pieca będzie wrzucone, Bóg tak przyodziewa, to czyż nie tym bardziej was, małej wiary ?” (Mt 6,28-30). Miał rację Bazyli z Cezarei mówiąc: „Chodzimy po świecie, jak gdybyśmy zwiedzali warsztat, w którym boski rzeźbiarz wystawia swe cudowne dzieła. Pan, twórca tych cudów i artysta, wzywa do ich kontemplowania”. Często zapominamy o tym, że za nim człowiek chwycił za pędzel, dłuto, cyrkiel, czy pióro- aby wskrzesić sztukę i odcisnąć ślad siebie, Bóg uczynił to pierwszy. Stwórca „zaraził” człowieka tęsknotą za wydobywaniem piękna z pod nawarstwień brzydoty, defektu świata. „Bo piękno na to jest, by zachwycało- pisał profetycznie Norwid- Do pracy, praca, by się zmartwychwstało”.

środa, 27 lipca 2016

Ps 59, 2
Od nieprzyjaciół moich wyzwól mnie, mój Boże,
broń mnie od tych, którzy przeciw mnie powstają.
Wybaw mnie od złoczyńców
i od mężów dyszących zemstą.

Wstałem rano jakiś niespokojny, nie mogłem spać- tysiące niepokojących myśli zaprzątało mi większą część nocy. Od kilku dni media informują nas o narastających w Europie atakach islamskich fundamentalistów. Stoimy przed brutalnym faktem historycznym i jednoznacznym komunikatem adresowanym w sposób szczególny do chrześcijan: nie możecie czuć się swobodnie ! Coś w jakiś niekontrolowany sposób zachwiało fundamentami europejskiej cywilizacji; a konsekwencją jest lęk, destabilizacja, niepokój i niepewność jutra. Jakaś zwariowana i szalona część świata islamskiego, próbuje nas tak mocno sparaliżować i pozbawić trzeźwego widzenia dokonujących się obok nas wydarzeń. Islam żyje w kulcie śmierci i próbuje tym odorem zniszczenia zainfekować chrześcijańskie dusze. Taka religia która na swoich sztandarach jest splamiona krwią, jest tylko zbrodniczą ideologią- kolejnym totalitaryzmem przebranym w religijny kostium. „Dobro wywołuje niechęć i wydaje się być mało interesujące. Natomiast zło imponuje, wydaje się interesujące i piękne. Ludzie walki (fałszywie) uważają, że zło jest mądre, niż dobro, że nie można zrealizować celów dobra, dobrych celów. Łatwo prowadzi to do zła i złych środków…”(M. Bierdiajew). Wyzbyłem się wszelkich złudzeń wobec Islamu. To religia destrukcji, epatująca złem…, uprzedmiotawiająca człowieka, odbierająca wolność myślenia i kochania. „Allah nie ma nic wspólnego z Bogiem chrześcijańskim. Z Bogiem Ojcem, Bogiem Dobra, Bogiem miłującym, głoszącym miłość i przebaczenie. Bogiem, który w ludziach widzi swoje dzieci. Allah jest Bogiem- właścicielem, Bogiem- tyranem. Bogiem, który w ludziach widzi swoich poddanych, ba, swoich niewolników. Bogiem, który zamiast miłości naucza nienawiści, który w Koranie nazywa „psami” niewiernych, którzy wierzą w innego Boga i nakazuje ich ukarać. Podbić, wymordować…” (O. Fallaci). Potwierdzeniem tych słów jest wczorajszy akt nienawiści na francuskim księdzu zamordowanym w Saint- Etienne du Rouvray, gdzie w czasie spraowania Eucharystii został zamordowany przez nożowników. Ksiądz, który paradoksalnie udzielał pomocy muzułmańskim rodzinom przybywającym do Francji i próbującym się asymilować w nowym środowisku. Owładnięci amokiem religijnej wielkości z tego człowieka uczynili męczennika- świadka wiary, tym samym przyczyniając się do wielkości chrześcijaństwa i triumfu miłości nad rozpaczą śmierci. „Tylko chrześcijaństwo akceptuje tragizm śmierci i spogląda jej prosto w twarz, ponieważ Bóg przechodzi tę drogę po to, by ją unicestwić, a wszyscy idą za Nim”. O tym pisze dzisiaj Psalmista, opowiadając o Bogu- Miłości, który jest większy niż strach, zniszczenie, czy śmierć. On jest Wybawcą, trzymającym w ramionach swoje cierpiące dzieci. Pisał o tym przed laty kard. J.M. Lustiger: „Ten, któremu mogliśmy powiedzieć: Jesteś daleko i zostawiasz nas samych. Co Ty robisz z człowiekiem, którego stworzyłeś ? Ten Bóg wydaje nam samego siebie, przyjmując na siebie naszą słabość. Bóg daje nam siebie, stając się tym, czym my jesteśmy. Tajemnica i niepojęty dar, ofiarowany w tajemniczy sposób nam, uczniom Chrystusa”. Odrzucony przez ludzi i niesprawiedliwie pozbawiony obrony, staje się na powrót  Bogiem- Męczennikiem w prześladowanych dzieciach Kościoła. „Boże, w oczach Twoich cenna jest śmierć świętych, spraw, aby wierność Tobie w codziennym życiu to nam przyniosła, co im pobożna śmierć” (Liturgia Galijska).