czwartek, 30 listopada 2017


Mt 4,18-22

Gdy Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci, Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: „Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi”. Oni natychmiast zostawili sieci i poszli za Nim. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych dwóch braci, Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego Jana, jak z ojcem swym Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast zostawili łódź i ojca i poszli za Nim.

W tym opisie powołania apostołów wybrzmiewa jakaś urzekająca wrażliwość Chrystusa na człowieka. Czytałem ten fragment wielokrotnie i za każdym razem przykuwa moją uwagę jakiś inni szczegół. Ewangelia odsłania prostotę tych relacji, głębię spotkania i dojrzewającego w duszach dialogu osiągającego swoje apogeum w spontanicznym zadziwieniu: Kim jest ten człowiek ? Pomimo tylu kłębiących się ludzi na brzegu jeziora, Chrystus spogląda uważnie w oblicza tych, którzy za monet zmienią swoją profesję i wejdą w świat z przemieniającą siłą Dobrej Nowiny. Widzi twarz Szymona i Andrzeja kierując do nich imienne zaproszenie. „Gdzie jest we mnie to miejsce, do którego mogę Cię zaprosić Boże”- pytał z przejęciem św. Augustyn. Powołanie to zaskakujący moment konfrontacji z Tym, który czyta człowieka niczym książkę, wie wszystko, ale nie pozbawia wolności wyboru. Bóg przedstawiając ofertę, nie odwołuje się do argumentów sukcesów, władzy, pozycji i kariery... Pójście z Nim jest naznaczone „umieraniem” dla wielkiej sprawy. Powołanie to ogołocenie z siebie, pomniejszenie i ostatecznie krzyż. Zawiera się w tej decyzji szlachetna i pełna dyspozycyjności wiara człowieka, który wyruszając w misję nie wie jaki będzie jej ostateczny akord. „Tylko ci, którzy ryzykują pójście daleko dowiedzą się jak daleko można dojść” (T. S. Eliot). Często powracam do malarstwa Francisco Ribalta, a szczególnie do obrazu Chrystusa ze św. Bernardem. Poza zwiastowaniem hiszpańskiego- ekstatycznego barokowego malarstwa, obraz niesie przesłanie na wskroś mistyczne- choć nie szybujące w obłokach. W omdlewającym w ramionach Chrystusa Bernardzie można uchwycić bliskość ucznia, który na miłość odpowiada całym sobą. Jakby chciał powiedzieć: Jestem Twój, uczyń ze mną cokolwiek pragniesz. „Krzyż narzuca temu, kto wkracza na jego drogę, wysiłek ujednolicenia, który popycha ku heroicznym dążeniom woli” (G. Bevilacqua). Nasze wzrastanie w Chrystusie jest wzrastaniem w miłości, omdlewaniem i powstawaniem; codziennym, choć nie pozbawionym wątpliwości wypowiadanym: zgadzam się !

środa, 29 listopada 2017


Łk 21, 12-19

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Wydadzą was do synagog i do więzień oraz z powodu mojego imienia wlec was będą przed królów i namiestników. Będzie to dla was sposobność do składania świadectwa.... I z powodu mojego imienia będziecie w nienawiści u wszystkich. Ale włos z głowy wam nie spadnie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie».

Żadne wydarzenie w pierwszym millenium chrześcijaństwa nie było bardziej katastrofalne w swoich zrządzeniach i odciskające się na historii Kościoła, jak narodziny Islamu. Najważniejsze patriarchaty wschodniej części Imperium Bizantyjskiego, stały się łupem wyznających Islam Arabów. W VII wieku muzułmańkie hordy dotarły do Egiptu. Dokonało się to zaledwie siedem lat po śmierci Mahometa. Gdy Arabowie tam dotarli, w środku miasta stała majestatyczna katedra św. Marka, a w porcie niezapowiedziani nikomu intruzi mogli podziwiać słynną latarnię morską na wyspie Faros- uważaną później za jeden z siedmiu cudów starożytnego świata. „Starzy ludzie” z nową religią, oblegali wiele ważnych miast chrześcijańskiego świata, w tym Jerozolimę- miasto naznaczone szczególnie obecnością Chrystusa. „Arabscy zdobywcy Jerozolimy nie byli zwykłymi agresorami. Byli awangardą nowej religii, która rościła sobie nie tylko polityczne, ale i duchowe prawa do tego miasta. Dowódcy ich armii byli głosicielami orędzia Proroka, a nie tylko żołnierzami; byli zwiastunami nowej cywilizacji, która miała znieść język, przeobrazić instytucje i przebudować strukturę regionu, gdzie przez całe wieki dominowały kultury Izraela, Grecji, Rzymu i chrześcijaństwa” (R. Wilken). Kościół, chociaż osłabiony przez prześladowania zdołał zachować swoją tradycję, a jego wierni miłość do Chrystusa pieczętowali ofiarą z własnego życia. Pomimo tych ucisków, zdołał przetrwać i wychować wielkich- charyzmatycznych i inteligentnych świadków wiary. Strumień męczenników- posługujący się już językiem arabskim przepowiadał odważnie Ewangelię. Dlaczego robię wycieczkę w tak odległą przeszłość ? W historii jest pewna wewnętrzna dążność do powtarzania się pewnych wydarzeń. Jeżeli uważnie prześledzimy źródła historyczne, teksty chrześcijańskich pisarzy z tamtego czasu, to uświadomimy sobie o wiele więcej analogii do tego co dzieje się aktualnie w Europie. Dla muzułmańskich przybyszów Europa to „ziemia obiecana”- raj na koszt białych i pozbawionych własnego zdania autochtonów. Chrześcijańskie ofiary wojny w Syrii nie są wstanie dotrzeć do Europy; taka wyprawa byłaby dla nich czymś w rodzaju eksterminacji. Ochrzczony Arab byłby wypchnięty z pontonu na starcie, a chrześcijańska kobieta zgwałcona i zhańbiona. Dlatego zostają na miejscu, nie przestając marzyć o dniu kiedy zapanuje pokój. Czy potraficie sobie wyobrazić taką sytuację, że na Bliskim Wschodzie rocznie zostaje unicestwionych sto tysięcy chrześcijan (tylko dlatego, że należą do Chrystusa i nie chcą się wyprzeć wiary). Wyobraźmy sobie że jedno z polskich miast znika bezpowrotnie z roku na rok. W naszej Ojczyźnie ludzie zajmują się dyskusjami i przepychankami na temat wycinki lasu w Puszczy Białowieskiej, a co trzy minuty na świecie umiera chrześcijanin. Na pontonowych łodziach płyną obcy ludzie z półksiężycem proroka wytatuowanym na dłoniach i w sercu, ( w kieszeniach trochę „grosza” i głowę pełną marzeń o europejskim kalifacie) a Europa rozpościera swoje ramiona i czyni z siebie bezradną matkę- staruszkę, współczującą ofiarom rzekomych wojen. Chodźcie i opowiadajcie nam o swojej kulturze ‘”ogniem i mieczem”. Jeden z moich znajomych nauczycieli, nakarmiony ideologią biednych uchodźców o których się nasłuchał będąc z wizytą w Niemczech z takim przejęciem mówił mi o tym, że chrześcijanie powinni przyjmować imigrantów- bo to ich sprawdzian z chrześcijańskiej miłości. A jak ich przyjmiemy to oni podźwigną ciężką pracą nasze gospodarki i zastopują niż demograficzny (pewnie myślał o tych panach których moja siostra widziała w Hamburgu, jak idąc ulicą targali ogromną plazmę kupioną za socjal. Ich praca to wszechobecna nuda zabijana wpatrywaniem się w telewizor i czekaniem na mieszkanie. A nasze wyobrażenie o nich to mit liberalnych wizjonerów z za biurek w Brukseli ). Dlaczego tego „trojańskiego konia” nie wezmą szejkowie, obrzydliwie bogaci eksporterzy ropy; oni za nic mają swoich pobratymców. Dlaczego ludzie odpowiedzialni za nasz kontynent, nie podejmuje trzeźwej refleksji nad tym jaka będzie jego przyszłość. Czy nie potrafimy odsunąć na bok złudzeń i zobaczyć, że wśród tych którzy do nas  dobijają, znajdują się ludzie którzy mogą mieć krew na rękach ? Francuskie i niemieckie- muzułmańskie dzielnice, z prawem szariatu i ignorancją tego, co europejskie- nasze, pokazuje nam jasno sytuację, która może być bliską tej z inwazji w dawnych wiekach. Miał rację papież Benedykt XVI cytując w Ratyzbonie cesarza Mauela II Paleologa: „Pokaż mi, co nowego przyniósł Mahomet, a znajdziesz tak tylko rzeczy złe i nieludzkie, takie jak jego nakaz szerzenia mieczem wiary, którą głosił... Wiara jest owocem duszy, a nie ciała. Kto chce doprowadzić kogoś do wiary, musi umieć dobrze przemawiać i poprawnie rozumować, a nie uciekać się do przemocy i gróźb.”

wtorek, 28 listopada 2017


Łk 21, 11

Wtedy mówił do nich: «Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu. Wystąpią silne trzęsienia ziemi, a miejscami głód i zaraza; ukażą się straszne zjawiska i wielkie znaki na niebie».

Kiedy uważnie obserwujemy dramatyczne wydarzenia jakie dzieją się w różnych zakątkach świata, to może nasuwać się pytanie: Czy zaczynają się dziać rzeczy o których mówił Chrystus ? Istnieje w człowieku lęk o jutrzejszy świat, szczególnie wtedy kiedy środki masowego przekazu pokazują ciemną stronę świata bez tabu; kiedy mówi się o złu, aż nazbyt dosłownie, nie kamuflując niczego- bez reporterskiej cenzury. Takie obrazy budzą w sercu egzystencjalne napięcie, a w konsekwencji lęk. Być może istnieje duża grupa ludzi która w wygodnym fotelu bez jakichkolwiek emocji, przyjmuje kolejne komunikaty o trzęsieniu ziemi, wybuchu wojny, krwawej masakrze, czy gwałtach na kobietach. „Tak zwany homo sapiens miałby zatem być legalnym potokiem nie tylko małpy, ale również broni. Broń zrodziła człowieka. Najwyższą przyjemnością człowieka byłoby wiec naciskanie spustu, a w przypadku biedaka- wywijanie kijem” (A. Pronzato). Jakie to żenujące ! Zło odciskane przez człowieka i wobec człowieka nie jest problemem granicznym; to się dzieje na naszych oczach, a co najgorsze jest na to przyzwolenie możnych świata. Jest nasze przyzwolenie... Ilu obok nas żyje ludzi, którzy zamykają oczy na zło i udają że to ich nie dotyczy. Przełączą kanał w telewizji i już jest miło. „Świat jest w stanie letargu- pisał św. Jan z Kronsztadu- śpi pogrążony w grzesznym śnie. I Bóg go budzi wojnami, morowym powietrzem, burzami, nieszczęściami, trzęsieniami ziemi, powodziami i nieurodzajami.” Ludzie otrzymują tyle znaków- dopustów- i nie chcą nić zrobić z własnym życiem. Nie chodzi mi wcale o to, że Bóg dopuszcza zło, aby wstrząsnąć sumieniami niewrażliwych ludzi. On zamyka oczy, ale ani na chwilę nie przestaje kochać i chronić człowieka. To będzie pewnie aż nadto antropomorficzne stwierdzenie, ale Bóg ma odwagę płakać zamiast nas- często niewrażliwych i zasklepionych w poczuciu własnego bezpieczeństwa. Błogosławieni są ci, którzy potrafią obudzić nas z letargu i przywrócić tętniącemu w sercu świata życiu. Błogosławieni, którzy nie podkładają bomb, lecz kruszą współczuciem skamieniałe ludzkie serca. Błogosławieni konstruktorzy pokoju, widzący z oddali wyłaniającą się twarz miłosiernego Boga i podeptanego człowieka. Chrystus, mówiąc o katastrofach, chce nami dogłębnie wstrząsnąć, uczynić z nas bliźnich wychodzących naprzeciw innych. Każdą katastrofę można przewidzieć, stawić jej czoła.  „Wszyscy jesteśmy istotami potrzebującymi ocalenia”- pisał W. Hryniewicz. Jesteśmy Hiobami, smaganymi cierpieniem, bólem i osamotnieniem, ale na końcu tej drogi jest pełnia istnienia- ponieważ Bóg jest większy od tego szaleństwa. Miał rację św. Filaret Moskiewski: „Życie tu na ziemi dane jest człowiekowi po to, żeby dłonią wolnej woli i mocą Bożej łaski wypracował wieczne zbawienie.” Słowa Chrystusa nieustannie rozbrzmiewają i przemieniają oblicze świata: „Nie bójcie się, Jam zwyciężył świat !”

poniedziałek, 27 listopada 2017


Dn 3, 55-56  

Błogosławiony jesteś Ty, co spoglądasz w otchłanie,
który zasiadasz na Cherubach,
pełen chwały i wywyższony na wieki.
Błogosławiony jesteś na sklepieniu nieba,
pełen chwały i wywyższony na wieki.

Malarstwo wielokrotnie próbowało ilustrować prawdę o przyjściu na końcu czasów Chrystusa Zbawiciela. Sztuka była niejako drugą Biblią, a na pewno próbowała stać się łatwym do przyswojenia komentarzem do tego, co w nostalgii za wiecznością próbowali piórem wyrazić teologowie. Obraz przybliżał eschatologiczne wydarzenie- czynił je bardziej dostępnym- namacalnym odczuciem bliskości Boga. Tę atmosferę percepcji sakralnej sztuki, oddają powszechnie znane słowa św. Grzegorza Wielkiego: „Obraz jest w tym celu wystawiony w kościele, aby ci, co nie umieją czytać, przynajmniej patrząc na ściany czytali na nich to, czego nie mogą czytać w książkach.” W liniach obrazu wychodzących z pod dłoni anonimowych artystów, tak pieczołowicie nakreślających oblicze Boga-Człowieka, zawierała się opowieść o świecie przemienionym; a akordem zapowiadającym ten moment była Paruzja. Teologia, estetyka i wyrafinowany warsztat stawały się traktatem wiary- barwną, kolorową kontemplacją apokaliptyczną. Już wielu bizantyjskich myślicieli było świecie przekonanych, iż malarz może w zwierciadle swej sztuki uchwycić życie, teologiczne zaś, ponieważ za sprawą łaski ma udział w objawieniu wyższej prawdy. Dlatego w ikonach i miniaturach wczesnośredniowiecznych wzrok oglądającego był umiejętnie prowadzony od tego, co zewnętrze- ku wnętrzu- światu już przeobrażonemu. Żeby nie pozostawić moich czytelników bez konkretnego exemplum, przywołuję dzieło z kręgu zachodniego malarstwa romańskiego- choć o filiacjach bizantyjskich, przedstawiające Maiestas Domini (ok. 1180 r.)  z reprezentacyjnej kaplicy Panteon de los Reyes w Saint Isidorio w Leon. W urokliwej przestrzeni pochówku królów Kastylii i Leonu południowofrancuski lub kataloński Mistrz wymalował cykl wspaniałych malowideł na ścianach i sklepieniu. Finezja form wyraża finezję duchową tego, kto te formy tworzył. Charakterystyczną cechą tych malowideł jest dość zawężona gama kolorystyczna; od intensywnie brązowo-czerwonych odcieni do szaroniebieskich, przypominających trochę późniejsze francuskie arrasy. Wszystkie przedstawienia zostają oplecione fantazyjnymi ornamentami pnących się roślin. Świat idyllicznej szczęśliwości człowieka, zwierząt i natury. Wśród bogatego repertuaru tematów, szczególnie przyciąga oko przedstawienie Chrystusa Pantokratora. Zamknięty w charakterystycznej mandorli i zasiadający na sklepieniu, w zamaszystym geście dłoni wskazuje ku górze. Z energetycznej i świetlistej wizji zostaje wypowiedziane przesłanie: „Ja jestem światłością świata.” Jego obecność uświadamia wszystkim, że partycypuje On w życiu ludzi, „podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi” (Hbr 1,3). Ojciec „wszystko poddał pod Jego nogi, a Jego samego ustanowił nad wszystkim” (Ef 1,22). Sztuka zatem wyrywa się ku Chrystusowi, który przychodzi o poranku „nowego dnia,” aby wyzwolić człowieka. Ikona przypomina o dniu objawienia, kiedy słudzy Jego „będą oglądać Jego oblicze, a imię Jego będzie wypisane na ich czołach” (Ap 22,4).

niedziela, 26 listopada 2017

Mt 25, 31-46

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale, a z Nim wszyscy aniołowie, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych ludzi od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni u Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane dla was od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu,
a przyszliście do Mnie”...

Czas teraźniejszy jest oczekiwaniem na przyjście Syna Człowieczego. Pewnie dlatego w kalendarzu chrześcijańskim wszystko zatacza krąg i powraca do punktu wyjścia; ale to co początkowe zmierza ku temu, co ostateczne. Ewangelia zaprasza nas do kontemplacji wizji finalnej, której głównymi bohaterami są Chrystus- Sędzia i ludzkość poddana sprawdzianowi wiary. Chrystus, który na ziemi przeszedł drogę ogołocenia, odrzucenia i pogardy, przychodzi jako Basileus- Władca żądając od zranionego przez grzech człowieka dowodu miłości. „Oczekiwanie na Paruzję stanowi o postawie chrześcijańskiej w stosunku do ludzkiego życia. Określa obecny stan Kościoła jako napięcie między tym, co już jest spełnione, a tym, co jeszcze pozostało do spełnienia” (J. Danielou). Przypowieść o sądzie jest przypomnieniem i uwrażliwieniem na takie kształtowanie własnego życia, aby było w nim miejsce na miłość. Bardzo mocno wybrzmiewa tutaj przesłanie do nawrócenia serca, bowiem Bóg będzie nas sądził z miłości i odpowiedzialności za innych. To odzwierciedla niezwykle głęboką intuicję chrześcijaństwa; człowiek nie zbawia się pojedynczo, lecz we wspólnocie ludzi powiązanych ze sobą nicią miłości. Eschatologia jawi się zatem, nie jako przepowiadanie wydarzenia pełnego lęku, ale pedagogią miłości na wskroś przeszywającą serce człowieka. Bóg jest Miłością, a Jego działanie jest naprawcze- zbawiające. Jak pisał K. Barth: „Sędzia to nie ten, kto jednych nagradza, a innych karze, lecz mąż, który zaprowadza porządek i naprawia to, co zniszczone. (naprawia siłą miłości- moje wtrącenie). Musimy powrócić do prawdy, iż Sędzia, który jednych ustawia po lewej, a drugich po prawej, jest wszak Tym, który zamiast mnie stanął przed Bożym Sądem i zdjął ze mnie wszelkie przekleństwo. Jest Tym, który umarł na krzyżu i powstał w Wielkanoc.” Przeistoczony w blask prawdy Bóg- Sędzia, staje przed człowiekiem oczekując tylko jednego: miłości ! „Nie ma jednak całkiem doskonałych świętych, podobnie jak w każdym grzeszniku istnieje przynajmniej jakaś cząstka dobra- pisał   prawosławny teolog- Z punktu widzenia sprawiedliwości wszyscy powinni iść do piekła, ale w każdym znajduje się część raju i część piekła.” Źródłem tajemniczej siły, która pozwala ludziom przekraczać siebie jest ukryta w głębinach serca zdolność do kochania. Takowa jest w Bogu miłującym bezgranicznie człowieka. On nie chce czynić jakiegoś negatywnego oczyszczenia, a w konsekwencji wiecznego obozu koncentracyjnego dla zagubionych kozłów. Apokalipsa jest krzykiem o przemianę świata; utopieniem grzechów w oceanie miłosierdzia. Miłość jest mocniejsza niż śmierć i kara wejścia w niebyt istnienia. Tylko miłość może zbalansować to rozdarcie i uleczyć obojętność, przeobrazić świat w święto zbawionych- zanurzonych w wiecznej miłości Boga. Eschatologia musi mieć świetlaną postać otwartą na nadchodzącego Chrystusa. „Koniec świata jest dziełem Boga i człowieka. Jest nie tylko zniszczeniem świata i sądem, lecz jego przeobrażeniem, nadaniem mu blasku. Jest to dalszy ciąg dzieła stworzenia”(T. Spidlik). Jedne, co pozostaje nam dzisiaj zrobić, to nadać życiu profil miłości. Stać się współpracownikiem Kochającego. Miłować i nie przegapić dzielenia tej wskrzeszającej siły na ułomki. Wołam zatem pokornie, dotykając śladów Miłości: „Należę do Ciebie – zbaw mnie !”

sobota, 25 listopada 2017


Ps 9

Chwalić Cię będę, Panie, całym sercem moim,
opowiem wszystkie cudowne Twe dzieła.
Cieszyć się będę i radować Tobą,
zaśpiewam psalm na cześć Twego imienia, Najwyższy.

Wczoraj pisałem o teologicznym zachwycie nad światem i rozpoznawaniu subtelnych śladów obecności Boga. Pragnę jeszcze pogłębić te myśli i nadać im pewien patrystyczny wydźwięk. W Wyznaniach św. Augustyna znajduje się rozmyślanie dotyczące miłości do świata: „Jeśli podobają ci się rzeczy stworzone, chwal w nich Boga ! Skieruj swoją miłość na ich Twórcę, abyś w tym, co się tobie podoba, nie przestał podobać się Bogu. A jeśli podobają ci się ludzie, to kochaj ich w Bogu, ponieważ oni też mogą ulec zmianie, a tylko w Nim się utrzymują na stałe przy życiu, bo inaczej zginęliby niechybnie. W Bogu kochaj wszystko, i, o ile możesz, wszystkich pociągaj do Niego.” Ojciec Kościoła uświadamia istotną kwestię. Nie chodzi tylko o pełen wrażliwości i estetycznej afirmacji ogląd świata, ale dojście do źródła tego piękna- samego Boga. „Możemy łatwo odrzucić te rzeczy, które urzekają nas swym pięknem, bogactwem i rozmaitością, tylko wtedy- powie św. Leon Wielki- kiedy w pięknie tego świata kochamy więcej Stwórcę niż stworzenie.” Myśliciele jednoznacznie ukazują ścieżkę jaką powinien podążać chrześcijanin dokonując mądrego i pokornego oglądu rzeczywistości. Życie i harmonia piękna obecna w stworzonym świecie, ustawia człowieka w pozycji niewypowiedzianego zachwytu- ku Temu, który każdego dnia powołuj coś z niebytu do istnienia. Jesteśmy częścią nieustannie dokonującego się cudu w nas i obok nas. „I jeśli ktoś, oglądając, rozumie, co widzi, to musi też wiedzieć, że nie ogląda Boga samego, lecz tylko jakieś byty dzięki Niemu istniejące i dające się poznać... Największą bowiem i najdoskonalszą niewiedzą jest wiedza o Tym, który przekracza wszystko, co poznawalne”- będzie przekonywał w swojej Teologii mistycznej Pseudo- Dionizy Areopagita. Bóg mnie przekracza. Choćbym się nie wiem jak wysilał intelektualnie, wszystko co o Nim będę orzekał będzie wątłe, niepełne, nieadekwatne... Ale byty stworzone opowiedzą znacznie więcej. „Niebo, ziemia, morze, po prostu cały ten świat jest wielką i chwalebną księgą Bożą, w której Bóg otwiera się samym swym milczeniem” (św. Grzegorz Teolog). Człowiek posiada w sobie głębokie pragnienie i przeświadczenie, że chciałby wznieść się poza tym oglądem i wiedzą, zatapiając się całkowicie w Nim. Mamy tu potrzebę przejścia od materii ku zjednoczeniu z Bogiem, które mistyka zgrabnie nazwie przemienieniem lub przeobrażeniem. „W swej nieopisanej dobroci, Bóg transcendentny wobec wszystkich rzeczy, niepojęty i niewypowiedziany, zezwala nam uczestniczyć w sobie samym... i jest niewidzialnie widzialny”- będą wspólnie orzekać myśliciele chrześcijańscy. Jakże płynnie można przejść od zachwytu sensualnego do duchowego oglądu i stania się „uczestnikiem Bożej natury” (2 P 1,4). Tak rozumiana kontemplacja wchodzi w wizję eschatologiczną. Przemienienia dostąpi ostatecznie nie tylko ludzkie ciało, jak również całe stworzenie- metamorphosis. „Królestwo Boże- pisał z należytą głębią Fiodorow- jest dostępne dla ruchu molekuł i atomów we wszechświecie, co sprawia, że zmartwychwstanie i przemienienie wszystkich rzeczy jest możliwe.” Człowiek który potrafi się nad tym zdumieć, potrafi jednocześnie wejść w przestrzeń Tego, który przychodząc, czyni wszystko nowym.

piątek, 24 listopada 2017


Twoja jest wielkość, moc i sława, majestat i chwała,
bo wszystko, co jest na niebie i ziemi, Twoje jest, Panie

Niejednokrotnie snuję refleksję o świecie jako projekcie Boga. W metafizyce bytu słowo „stworzenie” oznacza udzielenie bytu temu, co nazywamy stworzeniami, przez najwyższy Byt- Stwórcę. „Stworzenie” zatem oznacza manifestację jedności poprzez wielość. Mamy do czynienia z filozoficznym pojęciem, choć niepozbawionym teologicznych zabarwień. Stwarzać to dla Boga tyle, co objawiać siebie- przynajmniej tak to rozumieli średniowieczni filozofowie, a ja im wtóruję. W Nim-Bogu- zawiera się świat; uczestniczy w akcie stawania się, a zarazem ten sam „wytwór” odbija obecność i piękno samego Stwarzającego. Stworzenie jest dziełem myśli- pragnienia Boga, żywym dziełem artysty. „Wszechświat nie jest słabą kopią nadzmysłowego modelu, tak jak w różnych odmianach platonizmu. Wytryska z rąk żyjącego Boga. Biblię przenika kosmiczna radość... Bóg w nim umieszcza napięcie ku transcendencji” (O. Clement). Dla człowieka choć trochę zajmującego się sztuką i towarzyszącym jej pięknem, ślad Boga odciśnięty w naturze- a wiernie oddany za pomocą talentu i biegłości pędzla artysty, jest czymś na wskroś epifanicznym i doksologicznym. Malarz przenosi odprysk Bożego piękna w świecie na płótno i nadaje mu status „nieśmiertelności”. To trochę jest tak, jakby chciał zawrzeć w kadrze ( ex post), to co wyszło z pod palców udzielających życie. Zatrzymać i poddać medytacji. Bóg istnieje, ponieważ piękno świata o Nim najpewniej opowiada ! Często przyglądam się licznym pejzażom, które tak mocno eksponuje zachodnioeuropejskie malarstwo. Nie są to obrazy religijne. Ile tam jest ukrytego piękna, podprowadzającego mimowolnie oglądającego pod doświadczenie wiary. Takie zdumienie wywołuje u mnie chociażby pejzaż luministyczny, francuskiego malarza Claude’a Lorraina. Jego krajobrazy skąpane są w świetle; utkane z emanacji słońca wschodzącego lub zachodzącego na horyzoncie. Metafizyczny nastrój i spokój, jaki emanuje z jego obrazów nastraja do kontemplacji i zachwytu nad Bogiem. Zgadzam się z Poussinem, „Nic nie jest widzialne bez światła. Nic nie jest widzialne bez przeźroczystego ośrodka.” Takie wrażenia zapadają tak głęboko, że stają się Teologią.