czwartek, 30 maja 2019


Potem wyprowadził ich ku Betanii i podniósłszy ręce błogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba (Łk 24, 50-51).

Wzniosłeś się w chwale, Chryste Boże nasz, radość uczyniwszy uczniom obietnicą Ducha Świętego, ogłoszonym im błogosławieństwem, albowiem Ty jesteś Synem Bożym, Zbawicielem świata (Troparion).

Paschalnym librettem Ewangelii- akordem uchylającym krajobraz wieczności jest wniebowstąpienie Chrystusa. Dłoń Przedwiecznego rozsuwa zasłonę niepoznania, rozrywa zaklęty krąg czasu i przestrzeni, czyniąc człowieka uprzywilejowanym obywatelem nieba. Pelikan, który na Golgocie rozpostarł szeroko skrzydła- który otworzył ranę swego boku i nasycił życiem rodzący się Kościół, teraz unosi się ku górze- ku miejscu naszego ostatecznego przeznaczenia. „A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie”(J12,32). To, co wydawało się pozorne i niewyobrażalne, w zmartwychwstałym Chrystusie osiągnęło pełnię istnienia- przywróciło ludzkości Raj. On zabrał ze sobą to co nasze i otworzył wierzącym Królestwo Niebieskie. Wiara, która jest widzeniem rzeczy niewidzialnych, pulsuje w nas, otwierając wszystkie zmysły na inny świat, przekraczający najśmielsze wyobrażenia i ludzkie oczekiwania. Człowiek zmierza ku światłości, podążając za Chrystusem; ufając Mu bez reszty. „Jego wniebowstąpienie jest naszym uwielbieniem”- powie święty Efrem. W tym liturgicznym uobecnieniu triumfalnego wstępowania Życia, zawiera się również nasze wzięcie. Wyrażają to barwnie słowa poety Angelusa Silesiusa: „Wieczności związek z nami tak ścisły jest i silny, że chcemy czy nie chcemy, wieczni być musimy.” Ta uroczystość uświadamia nam, że powinniśmy podnieść wzrok poza ziemski horyzont. Mieć wertykalne spojrzenie wiary. Indyjski mistyk Kabir, woła: „Otwórz oczy miłości i ujrzyj Tego, który napełnia świat cały ! Rozważ to dobrze i poznaj, że to twój własny kraj !” Osnową każdego przesłania Chrystusa jest nadzieja przeniknięta ogniem nieśmiertelności, zwiastująca „życie ukryte w Bogu,” które objawi się kiedyś w całej pełni. „Cielesna śmierć będzie wówczas już tylko czymś zewnętrznym, assumptio stanie się kiedyś ascensio przemienionego ciała”(O. Casel). Kościół od tamtego wydarzenia trwa w nieustannym Adwencie. „Przeminą rzeczy widzialne i przyjdzie to, na co czekamy i co jest piękniejsze”(Cyryl Jerozolimski). Apokalipsa otwiera wspólnotę przenikniętą Duchem Świętym na Paruzję. Pękną pieczęcie Księgi Życia i rozlegnie się wołanie Oblubieńca: „Zaiste, przyjdę niebawem. Amen. Przyjdź, Panie Jezu !”(22,20). Wniebowstąpienie nie jest rozłąką z Bogiem bliskim i ukochanym. Chrystus musiał powrócić domu Ojca, abyśmy mogli być bliżej świata przebóstwionego. Jego bliskość będzie się wyrażać w nowy, sakramentalny i charyzmatyczny sposób. Od tej pory Paraklet będzie wypisywał w sercu Kościoła ikonę Chrystusa i dokonywał poruszających znaków i cudów, potwierdzając, że Pan jest z nami „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.” „Chwałą Boga jest żyjący człowiek, zaś życiem człowiek jest oglądanie Boga”(św. Ireneusz z Lyonu). W nas musi pozostać święte drżenie i radosna czujność; tęsknota wyglądania Oblubieńca.

środa, 29 maja 2019


Rz 6,3-9

Bracia: Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Przyjmując więc chrzest zanurzający nas w śmierć, zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie, jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca...  

 „Dlaczego istnieje coś raczej niż nic ?”- dociekał przenikliwie filozof Leibniz. Trzeba jakoś wyjść z tego impasu. Czy ten świat w którym się rodzimy, wzrastamy, zdobywamy potrzebne umiejętności, kochamy i przeżywamy paletę różnorodnych emocji- jest jedynym z możliwych obszarów naszego przebywania ? „Ten, kto nie może zobaczyć, co jest za zasłoną, nie ma prawa powiedzieć, że tam nie ma niczego”(H. Kung). Mamy prawo nosić w sobie głębokie przeświadczenie o niezwykłym świecie Boga. Chrześcijaństwo elastycznie posługuje się słowem: Nadzieja. Jestem przekonany, że nosimy w sobie obraz wieczności. Nadzieja uchyla niewidoczne drzwi naszej wyobraźni podprowadzając na paluszkach, cichutko ku Temu, który jest Zmartwychwstaniem i Życiem. Zdecydowanie łatwiej się żyje i umiera, będąc człowiekiem głęboko wierzącym. Noszę w sobie głębokie przekonanie, że spełnią się słowa Chrystusa które skierował do Natanaela: „Zobaczysz jeszcze większe rzeczy” (J 1,50). Święty Paweł uświadamia nas w czytaniu, że przyszłość dokonuje się w nas-już teraz- na sposób sakramentu Chrztu. Zanurzenie w wodzie i wynurzenie jest uczestnictwem w śmierci i życiu zmartwychwstałego Pana. O ile jednak wody chrztu są grobem, w którym zostaje pogrzebany grzeszny człowiek, o tyle są one również ożywczym środowiskiem, w którym zostaje powołane do życia nowe stworzenie. Dwa razy wychodzimy z „płynnego łona”- jedno jest matczynym środowiskiem, drugie to przestrzeń Kościoła, który inicjuje naszą wędrówkę ku wieczności. „I ów Człowiek, który z nieba zstąpił i przyjął śmiertelność, trzy dni był pod ziemią i znów wrócił do życia, tak też winien każdy, przez ludzką naturę z Nim złączony, dla osiągnięcia tego samego celu tj. ożywienia zamiast ziemią dać się okryć wodą i trzykroć się w niej zanurzyć, by przez to naśladować daną po trzech dniach łaskę zmartwychwstania”- pisał św. Grzegorz z Nyssy. Każdy wierzący przez ożywczą kąpiel wszedł w Triduum Chrystusa Zwycięzcy. W ten sposób sakrament wtajemniczenia jest realnym zstąpieniem razem z Chrystusem w Jego śmierć, jak również udziałem w triumfie zmartwychwstania.  Wieczność jest Boża i ludzka. Współpracujemy z Bogiem, aby ją osiągnąć. Cała nasza historia jak również sekwencje towarzyszących naszemu życiu wydarzeń, są wzlotem ponad teraźniejszość. Nieustannie transcendujemy naszą egzystencję. Dzięki temu przyszłość- jak wyraził to w swoich intuicjach rosyjski filozof Frank- nie jest po prostu przed nami, lecz stanowi część historii, teraźniejszość przeczuwaną, przeduczestniczącą, już realną. „Ponieważ Bóg istnieje, ja jestem nieśmiertelny- pisał z eschatologiczną wrażliwością Dostojewski- Moja nieśmiertelność jest nieodzowna choćby dlatego, że Bóg nie zechce zgasić na zawsze płomienia miłości, który zapłonął dla Niego w moim sercu”.  

sobota, 25 maja 2019


J 6,67-69

 Rzekł więc Jezus do Dwunastu: „Czyż i wy chcecie odejść?” Odpowiedział Mu Szymon Piotr: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga”.

Prawdziwą przyczyną nieporozumienia i nieprzyjęcia Boga do swojego serca, jest najczęściej brak wiary. „Wierzyć to oświetlać to, co ukryte” (A. Heschel). Uczniowie, pomimo tego, że byli tak blisko Mistrza, przeżywali momenty zwątpienia, osobistych niepewności i poczucia totalnego niezrozumienia. „Czy i wy chcecie odejść ?”- to pytanie jest skierowane również do nas. Nie jesteśmy wolni od braku wiary, czy zwątpienia w Jego miłość. „Wiara jest mozaiką złożoną z wątpliwości” (N. Kazantzakis). Czasami myślimy o wierze w kategoriach łatwych i przyjemnych pojęć, które nam wszystko rozjaśniają i uczynią Boga bliskim. Wiara to również strefa wielkiej niewiadomej, chwilowego osamotnienia i osierocenia. Wielu ludzi chciałoby najpierw wiedzieć, dotknąć, doświadczyć cudu, a dopiero później wierzyć. Takie myślenie jest w samym założeniu porażką. Nie możemy manipulować Bogiem dla zaspokajania własnych widzimisie. Najpierw trzeba uwierzyć, bezgranicznie zaufać- pozwolić poprowadzić się jak małe dziecko po nieznanych drogach, a potem spotkamy się z Panem. „Nie wszystko można wyjaśnić- twierdził św. Filaret- Jest wiele rzeczy, w które trzeba tylko wierzyć, gdyż nie pozostaje już tylko nic innego, jak tylko uwierzyć.” Każdy musi mieć moment zachwiania równowagi- jak Paweł oślepiony światłem pod Damaszkiem- wszedł w ciemność i bezradność; jak Łazarz przebudzony ze snu śmierci- oszołomiony wskrzeszeniem i darem życia; jak Zacheusz wiszący na drzewie sykomory- gdzie spojrzenie Jezusa tak wprawiło w zdumienie, że zapragnął zmienić swoje życie. W historii ludzkich zmagań w przestrzeni wiary jest miejsce dla każdego z nas; dla zdradzającego i żarliwie płaczącego Piotra- „Ty wiesz, ze Cię kocham”, i dla Marii Magdaleny całującej stopy Jezusa i wiernej do końca. W miłości do Boga nie można mieć nic do stracenia. Najłatwiej jest odejść- uciec, zdezerterować, wmieszać się w obojętny tłum świata. „Kto jest blisko Mnie, jest blisko ognia” (Orygenes). Wolność, którą daje mi Chrystus, zobowiązuje mnie do oczyszczenia moich wyborów z narosłych przyzwyczajeń, obaw, konwencji. „Istotne by człowiek wiedział, że Bóg go kocha” (Mikołaj Kabasilas). Pytanie powinno być inaczej sformułowane: Dlaczego chcecie zostać ze Mną ? W takiej odpowiedzi zawiera się wdzięczność- płomień miłości.

środa, 22 maja 2019


 Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak proroctwa które się skończą, albo jak dar języków, który zniknie, lub jak wiedza której zabraknie (1Kor 13, 8).

Czasami marzę za światem spokojnym w którym ludzie przystają na chwilę i spoglądają sobie w oczy. Tęsknię za rzeczywistością utkaną z dobrych wiadomości, szlachetnych słów i pomysłów, które będą potrafiły ogniskować ludzi wokół naprawdę ważnych spraw. Żyjemy w świecie zamętu, podglądactwa, nieustannie toczącego się monologu, rozkruszania murów i ciągłych powrotów do ruin które z premedytacją wykrusza demon zamętu. „Nasza epoka jest zatruta kłamstwem i zamienia w kłamstwo wszystko, czego dotyka”- pisała S. Weil. W naszym świecie dziecko musi prosić o uwagę i miłość matki-wlepiającej swoje oczy w ekran telefonu komórkowego i ekscytującej się newsami z pudelkowego świata show biznesu. „Mamusiu porozmawiaj ze mną. Spojrzyj na mnie. Jestem !”- mówił drobny chłopiec w tramwaju do matki podekscytowanej promocją w internecie, która z poczucia obowiązku odwozi w codziennym rytuale dziecko do szkoły. Synowie poszukują ojców, którzy to większość drogocennego czasu na miłość, rozmieniają na pracę- pomnażając zasobność konta bankowego. Małżeństwa się rozpadają w ułamku sekundy, bo nagle jedno czuje się znużone codziennym dźwiganiem krzyża i umieraniem dla własnego egoizmu. „Kochać to znaczy mieć tę wytrzymałość, która pozwala przechodzić przez wszystkie stany od cierpienia do radości, z tą samą intensywnością”(E.Schmit). Przestali spoglądać w jednym kierunku; rozproszyli się na pierwszym zakręcie. Zbyt szybko spakowali walizki i ukradkiem uciekli. Wzajemne oskarżenia i monotonia powodują nieuniknione tąpnięcie, na skutek czego powstaje krater nieporozumienia i przerzucanego ponad nim pasma wzajemnych pretensji. Wesele Kany Galilejskiej staje się teatrem smutku- podtrzymywanym oparami pełnych niepamięci wspomnień. Dobre wino miłości nigdy nie zmętnieje, a na pewno się nie wyczerpie. Święty Jan Chryzostom mówił, iż „małżeństwo jest obrazem nieba.” Jakie to smutne, że wielu ludzi przestało czuć w sobie istnienie innych- ich cudowny barwny świat- intrygujące zakamarki duszy, na które zwiedzanie powinna starczyć wieczność. „Istota kochana jest we mnie”- czytamy w japońskim poemacie miłości. Gdzie jest ta wskrzeszająca siła miłości- tryskająca z sakramentu- uskrzydlająca zmęczone lotem do gniazda ptaki ? Ciągle jest ludziom za ciasno i nerwowo; duszno i klaustrofobicznie- istoty uwikłane w czasie i pośpiechu, skupione na sobie, zbyt często kalkulujące, co się opłaca a co nie. Życie powinno być świętem piękna i miłości, nawet jeśli coś uwiera lub pojawią się drobne rysy. „Tak więc mężczyzna, kobieta, małżeństwo powstają, budują, tworzą się poprzez wiele oddaleń i powrotów, przejść przez pustynię, podczas których pozostaje tylko wiara zaangażowana i nagłe powroty czułości odnowionej, miłości wypełnionej humorem, stabilniejszej, czystszej” (O. Clement). Powinno się codziennie modlić słowami jednego ze świętych ojców: „Chryste, daj mi łzy, które obmyją brud mego serca.” Gogol twierdził, że „ojczyzną duszy jest miłość,” choć wielu odnajduje inne krainy równie powabne, choć tylko chwilowo atrakcyjne. Cudowne są powroty w miłości. Czytałem świadectwo kobiety, której ojciec w okresie reżimu stalinowskiego został zesłany na Syberię. Wrócił po wielu latach i stając na progu domu, rozpłakał się i zaczął całować dłonie i nogi żony, że pomimo tej próby czekała na niego i uchroniła od śmierci głodu ich troje dzieci. W czeluściach piekła siłę dawała mu miłość do najbliższych. Widział ich twarze rozpromienione promieniami słońca- paschalną nadzieją na poranek wolności. „Wskrzesiła ich miłość, serce każdego z nich miało w sobie niewyczerpalne źródło życia dla serca drugiego”(F. Dostojewski). Fascynujące są te ludzkie- choć dramatyczne historię, gdzie pomimo zawirowań losu- miłość daje siłę do zmartwychwstania; z deszczu tęsknoty i łez rozkwita Eden. Codzienność- choćby najbardziej zawirowana, nie może niszczyć świętości ludzkich relacji. Proza życia nie może tłamsić, czy spychać miłości w piekielny świat nudy. Twarz kochanej osoby, nigdy nie może zmatowieć- jest świetlista, bo muśnięta palcem odwiecznej Miłości.

poniedziałek, 20 maja 2019


J 14, 27-31

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka. Słyszeliście, że wam powiedziałem: Odchodzę i przyjdę znów do was. Gdybyście Mnie miłowali, rozradowalibyście się, że idę do Ojca, bo Ojciec większy jest ode Mnie...

Myślę, że ludziach drzemią dwa paraliżujące lęki. Lęk przed porzuceniem i zapomnieniem oraz lęk przed nieuchronnością śmierci. Człowiek panicznie boi się, przed byciem pominiętym- odsuniętym poza objęcia miłości drugiej osoby. Towarzyszy nam niekiedy głębokie przeświadczenie, że jeśli ktoś przestanie nas kochać i pamiętać- to dokona się jakiś proces unicestwienia osoby; zniknięcia z horyzontu życia. „W mroku wszystkie drogi prowadzą w przepaść” (I. Evangelu). Nie bez przyczyny wszechobecna samotność ludzi staje się symptomem naszych czasów, zaciskając wszystko w hermetycznej przestrzeni własnego nienaruszalnego „ja.” Człowiek wychodzi z łona matki i zostaje natychmiast otoczony wianuszkiem uśmiechniętych ludzi, a za chwilę opuszcza przestrzeń życiową w możliwym i dramatycznym zapomnieniu; utopionej we łzach samotności. Syndrom współczesności. Świat ludzi pełnych pozorów, podejrzliwych, zakładających maski, o wymuszonym uśmiechu, próbujących imitować „szczęście” ludzi z pierwszych stron gazet. Wielu jak pisał Marquez „w seksie szuka pociechy, gdy cierpi na niedostatek miłości.” Egoizm i pogoń za własnym szczęściem, stał się bożkiem współczesności, domeną ludzi karłowatych którzy zamiast wypuścić korzenie w glebę, zmierzają bez świadomości w cynicznym amoku– ku nieuchronnej śmierci ducha. Boimy się mówić o uczuciach- szczerych intencjach- bo zostaniemy przez ogół uznani za słabych i aż nazbyt sentymentalnych. A słabi ludzie siedzą na kuszetkach psychologicznych gabinetów, gdzie modeluje się człowieka podług wymagającego perfekcji świata i retuszuje, przykrywając obłędy duszy; najbardziej ohydnych pragnień i fantasmagorii. Istnieje jednak wyjście z najbardziej zawikłanej sytuacji. Ewangelia niesie przesłanie wolności- „Niech się nie trwoży serce wasze”- słowa Chrystusa podnoszą świat od dwa piętra wyżej, ku przebudzeniu w nadziei. „Przychodzimy z głębokich mroków, dochodzimy do głębokich mroków, między nimi jasna przestrzeń- życie”(N. Kazantzakis). Istnieje taka nadzieja, która żyły rozkapryszonego i zasklepionego w sobie świata napełnia istnieniem. Jakiś wertykalny wymiar egzystencji- ikaryjskie wzbicie ku Słońcu, które nie spala a przemienia od wewnątrz. Skierować się ku wnętrzu, aby na zewnątrz objawić się jako byt przeobrażony- wyzwolony od lęków i nasycony pokojem. Interioryzacja w doświadczeniu Miłości ! Miał rację Bierdiajew mówiąc, że „chrześcijaństwo jest objawieniem Bogoczłowieczej miłości. Zbawia mnie, to znaczy przemienia moją naturę, nie tylko miłość do Boga, ale także miłość do człowieka. Miłość do bliźnich, do braci, jest częścią drogi mego zbawienia, mego przemienienia.”

niedziela, 19 maja 2019


Był pewien człowiek bogaty, który ubierał się w purpurę i bisior i dzień w dzień świetnie się bawił. U bram jego pałacu leżał żebrak okryty wrzodami imieniem Łazarz. Pragnął on jedynie nasycić się odpadkami ze stołu bogacza... (Łk 16, 19- 31).

Lubię słuchać Jezusa kiedy na stronach Ewangelii mówi do ludzi obrazami przypowieści. Maluje sytuacje słowami które wzbudzają w słuchaczach zainteresowanie i wymagają konfrontacji z własną sytuacją życiową. Historia bogacza i żebraka Łazarza rozpościera się pomiędzy dwiema – diametralnie różnymi przestrzeniami egzystencji. Mamy tu złudzenie szczęścia ziemskiego, prowadzące do zaślepienia i skamienienia serca bogacza, oraz piękny świat Boga- „łono Abrahama” które staje się udziałem biedaka, potrafiącego tęsknić i prosić ufnie o wieczność. W tej przypowieści niczym w lakmusowym papierku odbija się współczesna sytuacja świata- ludzi rozszarpywanych nieustannym nasycaniem i pomnażaniem przyjemności i tych którzy stają się dla owych „wielkich” sprawdzianem człowieczeństwa i miłosierdzia. W oczach Boga jedni i drudzy są ukochanymi dziećmi, ale względem siebie jedno z nich może zostać zaślepione pogardą i poczuciem wyższości. Bogacz jest głupim, samotnym i wyrachowanym w swoim postępowaniu człowiekiem. Gromadzi wiele dóbr i poszukuje wciąż nowych bodźców, aby na pełnych obrotach przeżywać życie. Opiera swoje życie na tym, co posiada, a nie na tym kim jest. Wymachuje „złotą kartą” i wydaje mu się, że jest panem każdej zaistniałej sytuacji. Żyje w iluzji szczęścia poruszając się po niebezpiecznym i zatracającym duszę gruncie; zachłanność posiadania bajowych pałaców, luksusowych samochodów, wyszukanych towarów i ludzi traktowanych jako środki wzmacniające poczucie swojej wyjątkowości. Otchłań samotności i rzeka nawarstwionych kompleksów retuszowana siła pieniądza i władzy. „Podle jest być szczęśliwym samemu- pisał A. Camus- Życie zwrócone ku pieniądzom jest śmiercią.” Bogacz jest synonimem próżnych, rozwydrzonych dzieci tego świata, wyciągających bezmyślnie po wszystko ręce. Wystarczy tylko jeden moment próby- wylew, pęknięcie jednej żyłki w mózgu, nowotwór złośliwy usytuowany w takim miejscu, że nawet górą złota obsypany szpital rozłoży ręce. Jeden moment i wielka mydlana bańka pęka, a śmierć zagląda prosto w oczy- naga prawa o człowieku. Bogactwo może prowadzić do skurczenia serca i głupoty. Od strony duchowej to życie na nieustanne krawędzi; bogactwo które może pociągnąć na samo dno. Łazarz jest przeciwieństwem tego świata, wywołuje jedynie współczucie u psów które liżą z miłością jego rany. Ma jednak imię Łazarz, które oznacza „Bóg wspomaga,” „Jahwe udziela pomocy.” Ten człowiek- będący jakby cieniem, kimś niezauważalnym, pogardzanym i wyśmianym przez los, okazuje najbliższym sercu Boga. Śmierdzącym, brudnym i zaropiałym- choć najbardziej umiłowanym- przeznaczonym dla Królestwa Bożego. „Czym jest człowiek- pytał H.U. Batlhasar- Żebrakiem przed bramą wieczności.” Celem przypowieści nie jest, jak to uczynił Dante w Boskiej Komedii, wycieczka w zaświaty i przenikające drżenie przed temperaturą piekła. Nie jest to opis zaświatów w których ktoś dokonuje zatracenia w czeluściach samotności i jęku potępionych. Ważne jest napięcie które przechodzi przez ludzkie serce, drżenie miłości i współodpowiedzialność lub jej brak za innych. „Tylko dzisiaj, tutaj możemy zostać wyzwoleni z naszej przeszłości i w ten sposób zagwarantować sobie przyszłość” (A. Pronzato). Święty Paweł z takim uporem przypominał Tymoteuszowi: „Zdobywaj życie wieczne: do niego zostałeś powołany”(1 Tm 6,12). Jakże pięknie byłoby gdyby kilka słów leczyło duszę, uzdrawiało życie, łatało zerwane ludzkie więzy, darowało miłości szansę na ponowne zmartwychwstanie. Każdy dzień przybliża człowieka do wieczności -„już i jeszcze nie” - jest sprawdzianem z miłości która otwiera bramy Raju.   

piątek, 17 maja 2019


Odpowiedział im Jezus: „Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy nigdy pragnąć nie będzie”(J 6,35).

Wiele razy wędrowałem ustronnymi ścieżkami wokół których kładły się złociście łany zboża. Od dziecka uwielbiałem włóczenie się po miejscach gdzie można było odetchnąć ciszą i spokojem. Zapach zboża w powietrzu jest szczególny i przywraca pamięci smaki wypieczonego chleba, który za nim ostygł w pośpiechu się zjadało. Nie ma smaczniejszego pokarmu jak chleb. Pamiętam starszego księdza który przeżył obóz koncentracyjny w Dachau, jak spontanicznie chował kawałki chleba w kieszeniach marynarek, spodni i ciasnych zakamarkach szafy. W obozowym piekle doświadczył braku chleba i zawsze się obawiał, że może nadejść ponownie dramatyczny czas kiedy znowu poczuje się głodny. Dla niego ten pokarm kojarzył się z domem i wiejskim piecem w którym matka wypiekała chleb- wykreślając nożem znak krzyża. Nade wszystko kojarzył się z wolnością w Bogu. Czarny- obozowy chleb i kropla wina z przemyconych rodzynek, położona na spękanym ołtarzu dłoni była Świętem Życia pośród otchłani śmierci. Są jakieś granice ekspresji językowej, kiedy mówi się o sprawach przekraczających zwyczajność codziennego posiłku. Wchodzimy już w przestrzeń liturgii- uobecnienia- Wieczerzy przy której trzy Osoby Boskie prowadzą miłosny dialog. Najbardziej krucha materia świata stanie się Ciałem Boga danym do spożycia.  Rozum, zmysły i serce muszą się mocować ze sobą, aby to właściwie pojąć. Ukryty Bóg pod postacią wypieczonych ziaren zboża, które scalone staną się prosforą- „Barankiem złożonym za życie świata” ! Tak niewystarczające są słowa i skojarzenia aby właściwie wyrazić tę tajemnicę wiary. Język jest ułomny- potrzebna jest interakcja innych zmysłów w którym spożywanie stanie się aktem mistycznym i przełomowym. Mówiąc językiem świętego Franciszka, nasz brat ciało wchłonie w siebie Boga, aby się Nim nakarmić i w Niego przemienić. „Tej łączności pożądamy; musimy jej pożądać- pisał R. Guardini- chcielibyśmy przez życie nasze tak się połączyć z Bogiem, jak ciało nasze łączy się z jadłem czy napojem. Przeto łakniemy i pragniemy Boga. Nie dość nam Go poznać, nie dość nam Go kochać. Chcemy Go objąć, zatrzymać, mieć u siebie...chcemy Go spożywać.” Eucharystia jest „sakramentem sakramentów,” w którym Ciało Chrystusa nasyca Kościół odwieczną miłością Boga i leczy rany zadane przez grzechy. Dzięki tej Mistycznej Wieczerzy odkrywamy prawdę o tym, że życie jest mocniejsze niż śmierć. Jesteśmy na powrót przyssani do pępowiny przez którą płynie ożywczy pokarm rodzący nas dla nieba. Ciało człowieka staje się „Miejscem Świętym”- „Tabernakulum”- przestrzenią przebóstwioną i świetlistą. „Stajemy się Tym, kogo przyjęliśmy i w kogo Duch nas przemienił”(J. Corbon). Od tej pory egzystencja człowieka staje się źródłem- miejscem pulsowania miłości, sadzawką z której można czerpać radość i pokój... „Bóg złożył w sercu człowieka pragnienie Siebie”(św. Maksym Wyznawca). Iluż to chrześcijan przyjmując Święte Postacie zwracało się ufnie do Boga: „Odkryj mi Twą obecność, aby Twój widok i piękność sprawiły, że umrę !” W każdej celebrowanej liturgii rozpoznaje się zstępującą Miłość i proklamuje się paschalną radość, której energia żłobi w sercu Kościoła ranę miłości i budzi postawę pojednania: „Pascha ! Zmartwychwstania dzień ! Rozjaśnijmy twarze w radości ! Obejmijmy jeden drugiego ! Powiedzmy, bracia, do nienawidzących nas: „Darujmy wszystko w Zmartwychwstaniu !”