środa, 4 listopada 2020
Nieważkie jak wiatr słowa nie są wstanie urzeczywistnić obrazów które choć trochę, odsłoniłyby prawdę o kruchości i przemijalności ludzkiego bytu. Szamotaninie bezradnego i zalęknionej istoty na którą pada cień śmierci. Szamocze się we mnie mnogość eschatologicznych intuicji które szukają formy, aby móc je chropowato i drżąco wypowiedzieć. „Obraz, który nie rozumie własnej otchłani..., który nie tworzy otchłani na płótnie. To nie jest obraz”- pisał G. Deleuze. Kultura nie porusza się po peryferiach logicznych pewników i nie rozdaje gotowych - podnoszących na duchu odpowiedzi. Nie ma recept od tak. Sztuka próbuje zgłębiać inną sferę świadomości, szkicować po omacku panoramę wieczności- próbuje stać się rezurekcyjną i apokaliptyczną. Ta rola szczególnie spoczywa na teologii; milcząco miłosnym towarzyszeniu i modlitwie rwącej arterie serca. Przekuta w wizję, jakoś nieudolnie i opłotkami prowadzi ku tajemnicy. Stają przede mną ludzkie oblicza zmarłych. Jakby wołali o modlitewne westchnienie. Dla wielu nagłe i niespodziewane nadejście śmierci jest paraliżującym, klaustrofobicznym odczuciem „otchłani”- ciemności, samotności i pustki. Zdjęcia przechodzących przez korytarz śmierci tych, których nie można trzymać za dłoń w szpitalnych salach. Oni są już poza nami, pomimo tego że wszystko w człowieku wyje, szamocze się, pęka niczym gliniane naczynie. Fotografie pamięci- wykonane często ukradkiem telefonem komórkowym przez pracowników służby zdrowia, przesłane rodzinie, stają się ocalonym od niepamięci kadrem rozstania i uchwycenia najbardziej być może dramatycznej chwili rozłąki. Ostatnim zarejestrowaniem twarzy naznaczonych udręką. Twarzy wyrzeźbionej od mozolnego oddechu który z każdym zasysanym uprzednio łykiem powietrza staje się spowolniony. Oczy wezbrane po brzegi łzami, wyrażającymi ostatni i zarazem mętny komunikat- adresowany do tych, którym w nadziei nieśmiertelności przekazało się cząstkę życia. W tym momencie próby człowiek staje się nędzarzem, bezdomnym, bezradnym dzieckiem wyciągającym dłonie- niczym orant w nadziei na wyzwolenie. Być może są i tacy, których „łoże już zostało rozłożone w ciemnościach” (M. Gogol), „zaciśnięta dłoń jest śmiercią”(L. Bloy), a serce zostało odarte z tęsknoty za innym lądem. W tym świecie naznaczonym stygmatem cierpienia, tylko Bóg jest wstanie odebrać uporczywy lęk i przynieść otuchę. Staje mi przed oczami jedno z najbardziej budzących wyobraźnię i nadzieję przedstawień jakie zrodziła sztuka ikony. Zstąpienie do Otchłani- kwintesencja prawosławnej teologii paschalnej. W tej ikonograficznej wizji otchłań zostaje przeniknięta życiem i światłem. Chrystus chwyta Adama i Ewę za dłonie, wyprowadzając ich ku górze. To ludzkie, wydarte śmierci i piekłu oblicza nieskończoności, przeniknięte dynamizmem zmartwychwstaniem. Zakończę to rozmyślanie słowami pełnymi otuchy, które nakreślił w swojej medytacyjnej książce pt. „Twierdza” Exupery: „Kiedy pewnego dnia będziesz przyjmował Twoje stworzenie do Twych spichlerzy, otwórz nam szeroko, na dwie strony, wierzeje, i wpuść nas tam, gdzie nie będzie już odpowiedzi, bo i pytań nie będzie, tylko sama szczęśliwość, która jest zwornikiem wszelkich pytań i obliczem, które daje ukojenie.”
poniedziałek, 2 listopada 2020
Porywasz ich: stają się jak sen poranny, jak trwa, co rośnie: rankiem kwitnie i jest zielona, wieczorem więdnie i usycha (Ps 90, 5-6).
Czas namacalnego doświadczenia kruchości ludzkiego życia, jakoś naturalnie zbiega się z listopadowym czasem refleksji o tych którzy odeszli. Człowiek jest efemerydą. Nędzną częścią przyrody, śmieszną chwilą historii, żyjącą- jak powiedział św. Grzegorz z Nyssy- „życiem śmierci” w świecie opieczętowanym przez śmierć. Wszystko jest takie witalne- pulsuje od nadmiaru życia- a po chwili obumiera, staje się jedynie migotliwym wspomnieniem. „Wyzwolić się z obsesji siebie- to nakaz najpilniejszy”(E. Cioran). Droga ku światłości prowadzi przez ciemność, ale w tej ciemności naznaczonej lękiem- rozbłyska światło nowego dnia. Dla wierzących jest to czas próby, dogłębnej refleksji nad tym, co jeszcze nie zostało przeniknięte, naznaczone muśnięciem Ducha- rozgrzane żarem życia- skąpane w promieniach słońca i oddane Bogu. „Nie chodzi o to, żeby przewidywać przyszłość, ale żeby ją tworzyć”(D. Rougemont). Mamy poczuć w sobie Życie, a smutek niesiony w tłumie zdezorientowanych ludzi, przekuć w nadzieję i promienną radość. „Światłość Chrystusa zwycięża świat, zwycięża wszelką ciemność”(M. Bierdiajew.W rzeczywistości chaotycznej, histerycznej i odrętwiałej od naporu szamoczących ją zewsząd niepokojów, pojawia się nadzieja; trzeba się jej kurczowo uchwycić, a oczy same napełnią się światłem. Poeta Rilke pisał, że „jesteśmy tylko korą, tylko liściem, ale owoc, który jest w centrum wszystkiego jest to wielka śmierć, którą każdy niesie w sobie.” Jednak to nie śmierć niesie w sobie człowiek, lecz zmartwychwstanie- świetlistą przyszłość. Takie przesłanie niesie chrześcijaństwo przez dwa tysiące lat. „Oczyśćmy zmysły, a ujrzymy Chrystusa jaśniejącego- wyśpiewa Kościół w dzień Zmartwychwstania Pańskiego- W niedostępnym świetle swego Zmartwychwstania. I usłyszymy wyraźnie jak mówi „Radujcie się.”
niedziela, 1 listopada 2020
Daj mi siebie, Boże mój, daj mi siebie znowu ! Kocham Cię ! Ale jeśli moja miłość jest za mała, to daj mi więcej miłości ! – wołał święty Augustyn w Wyznaniach. Oblicza świętości zrodzone w ogniu pragnienia i intensywnej miłości do Boga. Sacrum- sanctus – świętość jest tą rzeczywistością która jednych zawstydza, onieśmiela, a jeszcze innych wprawia w zakłopotanie lub bulwersuje. „Twoje światło, o Chryste, lśni na twarzach Twoich świętych” – woła Kościół w liturgicznym uniesieniu. Świętość jest maksymalnym człowieczeństwem; transparencją i cudowną opowieścią heroicznych ludzi którzy zakochali się w Bogu do szaleństwa. Stali się oni lustrami w których Jego blask, miłość i piękno odbija się w całym bogactwie treści. „Jasność świętych oświeca świat i takie jest znaczenie nimbu ikonograficznego, który otacza ich twarze”(P. Evdokimov). Święci są wielkim i mieniącym się złotem „ikonostasem świątyni”, obwieszczającym obecność Chrystusa Przyjaciela i Zbawiciela człowieka. Miał rację Rudolf Otto, pisał jakby intuicyjnie (badając wyżyny duchowości) o mistykach których „nieśmiałość staje się oddaniem”- intymnością spotkania, powiewem Ducha w receptywnej, przeistoczonej Ogniem duszy. W starożytnym chrześcijaństwie każda wspólnota była „Kościołem świętych,” komunią przyjaciół Oblubieńca który otworzył ranę swego boku i rozlał obficie miłość. Agape społeczności przechadzającej się w radości paschalnej i obwieszczającej światu, że Pan żyje ! Świętość splatała się z prozą życia, przenikała tkankę rodzin, poszczególnych osób i emanując siłą dobra przemieniała życie tych, których oczy zagarnął blask przemieniającej światłości. „Miłość jest bezgraniczna”- jak powtarzał Mnich Kościoła Wschodniego. Ta bezgraniczność przyciągała rzesze kobiet i mężczyzn do radykalizmu ewangelicznego; wzlotu ponad przeciętność, świadectwa proklamowanego na dachach świata: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus.” Liturgia bizantyjska nazywa „apostołami apostołów” kobiety niosące wonności do grobu, pierwsze które spotkały Zmartwychwstałego i obwieściły o tym światu. „Cała teologia żywi się epoką sięgającą od apostołów aż po średniowiecze- pisał H.U. Balthasar- epoką w której wielcy teologowie byli świętymi. Tutaj życie i nauka, ortopraksja i ortodoksja interpretowały się wzajemnie, zapładniały się i rodziły jedna drugą. W nowszych czasach teologia i świętość rozwijały się różnymi torami, z wielką szkodą dla obydwóch.” Tylko męczeństwo- starożytne i współczesne- stało się pierwszą formą świętości nasyconego dynamizmem rezurekcyjnym Kościoła. Pierwsi chrześcijanie zignorowali śmierć, śmiali się jej w oczy. Obłaskawiali swoich prześladowców szaleństwem radości, oddania
i przebaczającej miłości. Atleci ducha wymieniający między sobą pocałunek pokoju, aby w objęcia śmierci wejść pojednanymi z Tym, który umiłował ich do końca. Jakże potężne i wzruszające jest świadectwo młodej chrześcijanki Felicyty, która będąc wstanie błogosławionym nie bała się oddać swego życia. Miała być rzucona z rzeszą innych wyznawców na pożarcie dzikich zwierząt. Jakże głębokie są jej słowa świadectwa: „Teraz ja cierpię sama, ale tam będzie we mnie cierpiał ktoś Inny, gdyż ja będę cierpiała za Niego.” Męczennicy stali się ziarnami Kościoła rzuconymi w nieurodzajną glebę świata. Stali się „gronami winnicy Bożej, których winem pijany jest Kościół”(Rabula z Edessy). W świętych Kościół staje się sakramentalnym wydarzeniem przejścia Boga- Jego obdarowania, charyzmatycznej dyspozycyjności, uzdrawiającej mocy, podniesienia z brudu grzechu. W zlaicyzowanym świecie świętość staje się tematem złośliwych kpin, uśmiechów, wątpliwości i niedowierzania. Patrzymy na świętość szablonowo- a na świętych jako wykadrowanych z obrazów w nastawach ołtarzowych- odległych w czasie herosów, których niesie legenda mitycznej zgoła nadprzyrodzoności. Musimy zdjąć ten kostium pieszczotliwej wyobraźni. Ponieważ oni byli nami, tak jak my możemy stać się nimi. Ludzie z krwi i kości- pełni słabości i upadków, które pokonywali niczym milowe kamienie w pocie czoła i łez. To ci, którzy ze swoimi brakami i karkołomnymi słowami, weszli w świat Boga i opowiadali o nim tak fascynująco- że życie innych zaczęło mienić się promieniami słońca. „To bardzo ważne, żeby istnieli ludzie, dzieła i miejsca, które pytają o tajemnicę egzystencji, o tajemnicę Boga”(O. Clement). Święci są obok nas, kiedy pokonujemy codzienną drogę do pracy. „Człowiek w innych ludziach”(B. Pasternak). Święci są wśród nas- matki i ojcowie, mnisi, duchowni, młodzi i starzy- pełni mistycznych doznań o twarzach świetlistych i sercach bijących delikatnością. Przed ich spojrzeniem nie można się schronić. Burzyciele sumień wyhartowani w ogniu cierpliwości i pokory. Cudowni ludzie, biegnący ile tchu pod prąd świata, których „życie wewnętrzne stanowi najgłębsze i najczystsze źródło szczęścia”(Edyta Stein). Potrzeba nam dzisiaj takich świadków, których życie będzie roztaczało aurę wieczności. Ludzie modlitwy dźwigający na swoich barakach świat i czyniący z niego wspaniałą katedrę ducha- proklamujący Dzień Pański. Uczymy się od nich nieporadnie życia godnego nieba.
środa, 28 października 2020
Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta która kocha syna swego łona ? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie (Iz 49, 14-15).
Zbyt mało jest jeszcze wokół nas cierpienia i śmierci, że w jakimś irracjonalnym buncie młode kobiety wychodzą na ulicę i próbują wykrzyczeć swoje frustracje w sposób wulgarny, ohydny, pozbawiony zaufania do życia. Triumf głupoty wyrażony skandalicznym językiem agresji i opryskliwości. Zbiorowa histeria i nienawiść. Ludzie krzyczą, ale już nie potrafią słuchać. Nie ma tu piękna komunii. Z tej kobiecej kakofonii wyłania się również fatalny obraz nieobecnych i niepotrafiących dźwigać ciężaru życia mężczyzn (kryzys ojcostwa). Kultura śmierci w której partycypuje zagubiony i pozbawiony sensu człowiek- impulsywny i odarty z przyzwoitości, nabuzowany wściekłością; pędzący stadnie i nieświadomy że jest wrzucony w trybiki machiny, większej niż on sam. Jakaś przerażająca atrofia umysłów w młodzieży która bezmyślnie i bez spokojnego dialogu, epatuje agresją i napiera na sprawy nad którymi potrzeba się spokojnie i refleksyjnie pochylić. Duszna i bezideowa agora krzykaczy, którym w gruncie rzeczy nie zależy na dobru kobiet, tylko na wszczęciu burdy i profanacyjnych aktów- dekonstrukcji świata wartości i wojny z chrześcijaństwem ! „Jeśli odrzuci się Boga to już wszystko wolno” a wtedy można stworzyć „piekło dzieci.” Nie boje się użyć tego sformułowania, ale jest w tym akcie coś szkaradnego i przewrotnego- diabolicznego, odzwierciedlającego jakieś przepastne ciemności spowijające ludzkie dusze. W świecie wygodnictwa, egoizmu i panseksualizmu, temu najmniejszemu i bezbronnemu człowiekowi odbiera się prawo do życia. Staje się „odpadkiem” hedonistycznej cywilizacji. Rozrywany się na strzępy w imię fałszywie proklamowanej wolności. Bezimienne dzieci (męczennicy) w nowoczesnym- barbarzyńskim świecie wyrafinowanej i korporacyjnej zagłady. Istoty, którym odebrano prawo głosu, ponieważ „matki” stwierdziły, że wybrakowane nie zasługują na dar istnienia. Zezwierzęcił się ten świat. Upodlił się ten człowiek ! Jakże wymowne dzisiaj stają się słowa Wiktora Frankla: „w tym świecie ludzkie ego wyrzekło się ostatecznie wszystkich wartości.” Ten najmniejszy i kruchy człowiek, stał się polem doświadczalnym- wrzuconym w eugeniczne i selektywne laboratorium śmierci. „To Bóg domaga się, od człowieka człowieczeństwa, którego sam człowiek się nie bardzo się domaga”(M. Bierdiajew). Być może jest nam potrzebny koszmar wojny, abyśmy na nowo zrozumieli wartość życia. „Wojna uczy stracić wszystko i stać się tym, kim się nie było”- pisał A. Camus. Wojna rodzi świętych i bestie, słabych i silnych. W żaden sposób nie jest wartością, ale staje się potencjalną przestrzenią przebudzenia sumień. Wznieca heroizm matek do swoich dzieci, gotowych bez namysłu oddać za nie własne życie. Pragnę to wykrzyczeć z całych sił: JESTEM ZA ŻYCIEM !
sobota, 24 października 2020
Ty bowiem stworzyłeś moje wnętrze i utkałeś mnie w łonie mej matki (Ps 139, 13).
Jakże trudne jest snucie medytacji o ludzkiej egzystencji kiedy na powrót ludzkie umysły przenika poczucie leku i niewiadomej. Świat dojrzewający i przygotowujący się na możliwie najgorszy scenariusz. „Jestem człowiekiem, który się boi- pisał Harold Urcy- i który chce dzielić się swoim lękiem.” Sytuacja współczesnego człowieka staje się przenikliwym krzykiem istnienia- wypowiedzianym zewsząd bólem w obliczu choroby i następującej po niej śmierci. Pomimo tak powszechnego przerażenia wydobywa się ironiczny krzyk demona w ludziach dla których życie nie ma jakiejkolwiek wartości. „W ciele kształtem piękna jest dusza, a tym, co nas zachwyca w pięknie duszy, jest obraz Boga”(H. Corbin). Obserwuję w mediach nerwowe, agresywne kobiety wychodzące na ulice i domagające się prawa do swojego brzucha, macicy... Boskiego prawa do odebrania oddechu własnemu dziecku które noszą pod swoim sercem. Sprowadzona do czystej psychologii, zanika w ten sposób nie tylko tajemnica, ale i sama kobieta. „Bycie dla siebie” kobiety- feministki okazuje się byciem zasklepionym we własnej egoistycznie rozumianej przyjemności. Piszę te słowa tydzień po tym, jak moja żona poroniła. Było to nasza hiobowa próba wiary. Być może czuję się bardziej przynaglony, aby wejść w dyskurs ze światem tych kobiet, których cielesność stała się absolutną własnością- własnością separującą i odrzucającą życie. Tęczowa rewolucja ideowa wciąga kobiety w swoje tryby i stawia je pierwszej linii frontu, zadając tym samym cios więziom rodzinnym i wartościom od wieków chroniącym życie. „Jedni cierpia za potomstwem, jak inni cierpią z powodu
dzieci”(św. Grzegorz z Nazajnzu). Wyemancypowana kobieta nowoczesności przestaje być biblijną „chwałą mężczyzny”(1 Kor 11,7), pragnienie definiować siebie poza mężczyzną- jako istota „wolna” i samostanowiąca o sobie; uwikłana w fałszywy aksjomat wolności ! Cywilizacja śmierci w której najwięcej do powiedzenia o życiu nienarodzonych dzieci mają ci, którym dano żyć. „Trudno jest
mówić spokojnie o przerywaniu ciąży, gdyż dotyczy ono miłości i śmierci, czyli tego, co najważniejsze w ludzkich losach. Ponieważ dotyczy to kobiety w jej „dziwności” cielesnej, na którą składają się życie, śmierć, krew, tak jakby zawierała się w tym postać sacrum, która zresztą byłaby historycznie dwuznaczna. Dodajmy jeszcze, że kobieta całym swoim ciałem odczuwa znużenie, samotność, lęk, wobec których reakcje męskie wydają się powierzchowne”(O. Clement). Jakże to smutne kiedy kobieta mając w sobie życie, zaczyna formułować sądy na których kładzie się cień odrzucenia, wyparcia i śmierci: „zlepek komórek,” „płód,” „ciało obce,” „dziecko intruz”- coś zgoła nieplanowanego i odepchniętego określanego jako „piekło kobiet.” A przecież miłość zakłada dar życia- powołanie do istnienia kogoś, a nie czegoś. „Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia, które pragnie żyć”- rozmyślał A. Schweitzer. Obok nas żyje tak wiele kobiet z traumą aborcji, gdzie dzieci powracają w ich snach przekonując, że istnieją. W świecie kolekcjonowania tylko i wyłącznie przyjemności, nie ma miejsca na odpowiedzialność. „Wspomagany przez zwulgaryzowaną psychoanalizę panseksualizm oznacza koniec wielkich namiętności... Miłość wyzuta z duchowości ofiarowuje ciała, w których brakuje duszy i powoduje spustoszenia umysłowe”(P. Evdokimov). Nawet cielesność przeszła z poziomu wzajemnego obdarowania do mechanicznego aktu samozaspokojenia; narcyzmu pozbawionego relacji i zobowiązań. Pamiętam wiele lat temu dziecko odnalezione zimową porą w śmietniku, tuż po urodzeniu owinięte w szmatę nasączoną benzyną i wyrzucone. Cudem odnalezione przez młodą dziewczynę, słyszącą cichy płacz wydartej śmieci istoty. Pamiętam kobietę która w wigilię Bożego Narodzenia zadzwoniła do mnie szukając pomocy. Totalnie rozbita walczyła z myślami czy podjąć decyzję o aborcji, ponieważ jej chłopak zostawił ją samą i uciekł. Próbowałem ją podnieść na duchu i wielu rozmowach telefonicznych przekonywałem, aby wydała na świat życie. Nawet znalazłem pełną miłości rodzinę, która zawalczyłaby o przyjęcie tego dziecka. Myślę, że świat nie zginie z powodu wojen, pandemii, czy nowotworów. Świat zginie w momencie kiedy kobieta odrzuci życie- stanie bezpłodna w miłości. Losy nowego świata spoczywają w ramionach matki, jak to cudownie oddaje jeden z wersetów Koranu: „Raj leży u stóp matki.”
https://www.youtube.com/results?search_query=Nieplanowane
czwartek, 22 października 2020
Nie ma chrześcijaństwa bez Kościoła- pisał na początku XX wieku biskup i męczennik Hilarion Troickij. W tych mądrych słowach zawiera się istota wczesnochrześcijańskiej i współcześnie rozumianej eklezjologii. „Na wzór Chrystusa, który jest jego założycielem i jego głową, Kościół jest zarazem i drogą, i jej kresem: jednocześnie widzialny i niewidzialny, doczesny i wieczny, podobnie jak jednocześnie jest oblubienicą i wdową, grzesznicą i świętą...”(H. Lubac). Czas który aktualnie przeżywamy jest również niezwykle trudnym doświadczeniem dla Kościoła jako społeczności poddanej ograniczeniom i izolacji- wspólnoty- komunii, przychodzącej do źródła jakim są sakramenty. „Zamieszkaj w wewnętrznym kościele i zachowaj zewnętrzny, bo i serce, i dom jest naznaczony Twoim imieniem !”- słyszymy w jednej ze starożytnych pieśni Balaja. Pandemia wymusiła na ludziach wierzących odkrycie kościoła pozainstytucjonalnego, którego przestrzenie przesunęły swoje zewnętrzne granice- przeszły do domów, ogniskując życie duchowe w małych i przenikniętych tęsknotą rodzinnych wspólnot. „Kościół jest życiem Boga w ludziach”(A. Chomiakow). Już wiele lat temu poruszyły mnie głęboko słowa napisane przez ojca Karola de Foucauld: „O czym marzę w sekrecie, to coś bardzo prostego, małego liczebnie, przypominającego pierwsze wspólnoty pierwotnego Kościoła. Mała rodzina, małe ognisko monastyczne, maleńkie i bardzo proste.” Doświadczam tego na co dzień, tak namacalnie piękna i duchowej siły rodzinnej wspólnoty liturgicznej. Kiedy celebruję Eucharystię dla kilku najbliższych osób, ta mała cząstka łączy się mistyczne ze wszystkimi którzy zanurzeni w nurcie modlitwy, podnoszą świat z udręki, cierpienia i śmierci ku zmartwychwstaniu. „Żyć w Chrystusie, to
żyć już tu i teraz poza śmiercią, to pozwalać zakiełkować w sobie ziarnu „ciała chwalebnego”(O. Clement). Kościół który pomimo inercji myśli, kocham i próbuję często nieudolnie definiować to nie socjologiczna statystyka zamknięta w liczbach, czy murach świątynnych gmachów. To z pewnością coś na kształt ciała- organizmu, którego życie tworzą mężczyźni, kobiety i dzieci- pierwociny Królestwa Niebieskiego. Kościół to Chrystus, Ty i Ja zjednoczeni w miłosnym uścisku. To chyba najpiękniejsza z wykutych tworzywem słowa definicji: Kościół wspólnota miłości !
poniedziałek, 19 października 2020
Pandemia stała się częstym tematem naszych codziennych i zakulisowych rozmów. Zdominowała i przemodelowała wszystkie obszary życia tak mocno, że rzeczywistość po jej prawdopodobnym ustaniu, nie będzie taka sama- będzie już zupełnie inna ! Jak mam tworzyć skoro wokół tyle smutku i niepewności o własny i innych los- napisała mi znajoma rzeźbiarka. Izolacja oddzieliła nas od wspólnoty- uczyniła bytem „zmierzającym ku śmierci.” Zaczęliśmy spoglądać na nasze życie z perspektywy zapieczętowanego grobu; dla wielu symbolu przegranej z chorobą. Od zbyt długiego przebywania w domu rodzi się pragnienie „sztucznych potrzeb,” nieustannie stymulowanych przez siłę reklamy i powodujących stagnację intelektualną oraz zanikanie zainteresowania tym innym- drugim. Pomimo technicznych mechanizmów komunikacji, pogłębiła się samotność- „bycie zdanym na siebie” i towarzyszące temu milczące oczekiwanie na powrót do normalności. Jest to obraz świata poranionego, zahamowanego, pokruszonego na części, rozpiętego pomiędzy pulsującym życiem a śmiercią, która zbiera swoje żniwo. „Zapomnienie i milczenie są przywilejami zmarłych”(św. Grzegorz z Nazjanzu).W licznych rozmowach międzyludzkich wzrasta poczucie nerwowości połączone z bezsilnością jednostki wobec ukrytych mechanizmów tego świata i mnożących się często opinii spiskowych o zabarwieniu apokaliptycznym- płodów umysłu poddanego licznym obciążeniom psychicznym. „Jesteśmy rodzajem szkicu, sprawdzianem dla ludzkości”- pisał wiele lat temu Constantin Noica. Być może tak rozumiany szkic jest jedynie wstępem do jakiegoś kompletnego dzieła, powstającego z pożogi rozpanoszonego na dobre wirusa i śmierci. To planetarne gadulstwo nie przyczynia się uzdrowieniu sytuacji lecz budzi sprzeciw i postawy irracjonalne. Świat w przekonaniu wielu ludzi uchodzi za miejsce globalnego- eksterminacyjnego eksperymentu- mającego na celu zmniejszenie populacji ludzkich. Takie przeświadczenie budzi sprzeciw i bunt. W panoramie postaw, dostrzegamy również działania nacechowane dobrem, spokojem, modlitwą i gestem Samarytanina. Filozofia współczucia i miłości ! Istoty uzdrowione z narcyzmu, egoizmu; wydobyte z kultury przyziemnych i nic nieznaczących doznań przeszły przez ogień oczyszczenia. Byty przeobrażone strumieniem miłosierdzia. Być może pandemia otwiera przed wieloma ludźmi przestrzenie wnętrza które do tej pory były zamknięte. Postrzegania własnego życia od wewnątrz; dostrzeżenie racji ostatecznych własnej egzystencji. Nasze miasta stały się również sprawdzianem dla ludzi wierzących i współczujących- przepełnionych nadzieją, rzucającym wyzwanie śmierci i zdolnych do podejmowania aktów heroicznej miłości. Nawet w największym chaosie może się pojawić człowiek świetlisty, którego oczy napełnione są miłością do innych. „W głębi naszego wnętrza Duch przenika lęk przed śmiercią w radość zmartwychwstania. Odtąd uczymy się jak żyć nie w śmierci, lecz w Duchu, „oddychamy Duchem,” w Nim kochamy, poznajemy, tworzymy”(O. Clement). Jest to wielkie zadanie dla chrześcijan, aby szczelinę niepewności, napełniali życiem rozkruszającym lęk. Przyroda na zewnątrz komunikuje nam prawdę o zmartwychwstaniu- triumfie życia nad śmiercią. Cała ludzka bezsilność wobec widma spadających nagle nieszczęść, nie może zachwiać posadami wiary. Mądra teologia podpowiada nam że koniec jest pełen światła i nadziei, a po długiej nocy, nastaje przeniknięty promieniami słońca dzień. Ostatnie słowo należy do Życia !
Subskrybuj:
Posty (Atom)






