niedziela, 17 maja 2026

 

[Jezus], przechodząc obok, ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia. Uczniowie Jego zadali Mu pytanie: «Rabbi, kto zgrzeszył, że się urodził niewidomy – on czy jego rodzice?» Jezus odpowiedział: «Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże. Trzeba nam pełnić dzieła Tego, który Mnie posłał, dopóki jest dzień. Nadchodzi noc, kiedy nikt nie będzie mógł działać. Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata». To powiedziawszy, splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego; i rzekł do niego: «Idź, obmyj się w sadzawce Siloam» – co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc (J 9,1-38).

Misterium uzdrowienia ! Chrystus potrafi wypatrzeć człowieka w jego nieszczęściu. Pochylić się nad jego nędzą i wykluczeniem, usunąć fałszywe oskarżenia, zdemontować opinie które w żaden sposób nie mają potwierdzenia w rzeczywistości i jakże często zaprzeczają faktycznemu stanowi rzeczy. Człowiek jest niewidomy nie dla tego, że dotyka go jakiś dziedziczny stygmat grzechu który toczył jego rodzinę a w konsekwencji również jego samego. Jakże absurdalna jest ta wykładnia, podrywająca innych do wytykania palcami i marginalizowania człowieka brodzącego w mroku i potykającego się o krzywdzące opinie faryzeuszów. Dziedziczne może być jedynie barwnikowe zwyrodnienie siatkówki. Przesłanie jest proste, „to, co istotne jest niewidoczne dla oczu”- wyraża się w mądrym przesłaniu które wkłada w usta Małego Księcia Exupery. Chrystus uzdrawia jego oczy, aby mógł dostrzec światło, które ma moc stworzenia na nowo i przebóstwienia. „Niech moje łzy będą mi sadzawką Siloe, abym mógł w niej obmyć oko mojej duszy ! Wówczas ujrzę, Panie, Ciebie światłości przedwieczna !”- śpiewamy w Kanonie Pokutnym św. Andrzeja z Krety. Ewangelia szczegółowo opisuje ten ryt miłosierdzia którego materia jest odpychająca, ale skuteczna. Ślina i gruda ziemi – czy to nie przypomina pierwszego aktu stwórczego z Edenu ? Błoto wchłania się w organ najbardziej newralgiczny i czuły. Najpierw bolesne podrażnienie soczewki, strumień wody, a później rozchodzące się punktowo ciepło i bliki światła przez które przedziera się zarys miejsca i tłoczących się naprzeciw ludzi. Miłość daje mu oczy ogromne, żeby patrzył na świat i wierzył. Serce pełne bólu, staje się przestrzenią szczęścia. „Oczy zobaczą wiatr nad wiatrami. A potem ciszę obleją łzami”(E. Bryll). Ojcowie Kościoła w sadzawce będą widzieli rezerwuar łaski i źródło chrzcielne z którego wychodzi człowiek utkany ze światłości; przeniknięty tchnieniem i energiami Ducha. O Chrzcie Tertulian daje subtelne objaśnienie: „Przeto błogosławieni na których czeka łaska Boża; skoro opuściliście ową najświętszą kąpiel odrodzenia i po raz pierwszy z braćmi wyciągniecie w kościele ręce do modlitwy.” Święty Efrem poruszony przesłaniem Ewangelii, nakreśli słowami modlitwę pragnienia: „Dawco światła ! Spełnij moją prośbę i udziel mi tego, o co Cię proszę, i wlej w moje serce choćby jedną kroplę swojej łaski !”

sobota, 16 maja 2026

 

Wiele miejsc i rzeczy odkrywam na świeżo. Ciśnienie czasu, zmienność okoliczności, nastawienie i zupełnie inna perspektywa pozwala zobaczyć znajomą i oswojoną mi przestrzeń w zupełnie nowy sposób. Spędziłem z moimi uczniami kilka dni w Toruniu. Lubię takie włóczęgi po zabytkowych miastach; od tych wielkich jak Rzym, po takie nasze lokalne jak to, którego urokliwy krajobraz ukształtowała bogata historia i bajkowy rytm Wisły. Noszę w sobie wspomnienia z czasów studenckich jak przechodziłem o świcie most rozwieszony miedzy dwoma brzegami rzeki, a obrazy wyłaniające się moim oczom przypominały te które impresjoniści malowali, spoglądając na paryską Sekwanę i snujące się po niej barki. Miasto średniowieczne z dość dobrze zachowaną tkaną wieków przeszłych, co nadaje szczególnego kolorytu i przyciąga turystów – a nade wszystko młodych adeptów sztuki. W rozmowie telefonicznej moja znajoma, spacerująca po królewskim Krakowie z lekkim przekąsem odparła: „A co tam jest w tym Toruniu do zobaczenia ?” Rozczarowałem się odrobinę jej płytką i nonszalancką opinią, przeżuwając w mojej ulubionej azjatyckiej restauracji kurczaka w chrupiącym cieście. „Gotyk na dotyk” – widnieje na jednym z bilbordów reklamujących miejsce przenikania się kultury polskiej i obecności zakonu krzyżackiego, który to wbrew przerysowanym opiniom Sienkiewicza, pozostawił po sobie wiele wspaniałych dzieł plastyki i rzemiosła – kultury materialnej i myśli. Nie można postrzegać wielu spraw w małej skali czasu, wtedy możemy być zdani na pominięcie, czy sąd który stanie się płytkim ogólnikiem przenikającym nadmiernie do świadomości ludzkiej i historycznej. To może prowadzić do zakrzywienia, ale nie tak magnetyzującego wzrok jak jedna z odchylonych od osi muru baszt. Patrzę na miasto w którym nie można być zdezorientowanym, posiadającym pewnego punkty odniesienia tak chociażby jak pomnik Kopernika autorstwa Tiecka, wokół którego kłębią się spacerowicze a i gołębię mają swoje przytulne miejsce na głowie i ramionach wybitnego astronoma i uczonego. Pięknie odrestaurowane średniowieczne obiekty, barokowe kamienice i schowane na peryferiach zaułki w których można na chwilę uchwycić się własnych myśli. Nawet w supermarkecie wbitym w starówkę można dostrzec malowane stropy obwieszczające renesans. Siedziałem w kościele świętego Jakuba patrząc na krucyfiks Drzewo Życia. Chrystus umieszczony na pniu drzewa z którego rozrastają się latorośle a w ich gąszczu, gnieżdżą się starotestamentalni prorocy, rozwijający zwoje których treść odnosi się do Tego, który swymi ramionami próbuje w uścisku miłości objąć świat. Mało kto dzisiaj zwraca uwagę na drobne detale, smaczki magnetyzujące już aż nadto nadwyrężone od fiksacji wszystkiego oko. „Można przekazać wiedzę, ale nie można przekazać przeżycia – pisał w Lapidarium Kapuściński – Przeżycie posiada pewien dodatkowy wymiar egzystencjalny, wobec którego słowo jest zbyt ubogie, zbyt bezradne.” Nawet pozbawionemu właściwego wykształcenia badaczowi kultury, potrzebny jest instynkt i intuicja, które niczym najszlachetniejsza muzyka, wzmagają niedosyt i stan przelewającego się od oczu do serca i intelektu zachwytu. „Nie osiągnie się rozkoszy estetycznej ten, kto chce tylko wygodnie i tanim kosztem konsumować rezultat artystycznej produkcji – rozmyślał Bertolt Brecht – trzeba samemu wziąć udział w tworzeniu, stać się w pewnym zakresie produktywnym…” Świadczą o tym rysunkowe szkice na marginaliach mojego przemoczonego deszczem notatnika. To szperanie tu i tam w poszukiwaniu czegoś lub kogoś z plastikowym kubkiem kawy z mlekiem. Istnieją ludzkie którzy nie potrafią patrzeć, a tym samym nie są zdolni do przeżywania świata na wyższym wolumenie własnego istnienia. Wszedłem do Centrum Sztuki Współczesnej. Na ścianie toalety sfotografowałem naklejkę z cytatem Andre Molesa: „Nie ma już dzieł sztuki. Są tylko sytuacje artystyczne.” Określenie trafne w kontekście przestrzeni w której poczułem się lekko zniesmaczony, obcując bowiem z obiektami które codziennie wypluwa na wysypiskach nasza zabiegana cywilizacja. Żeby nie było aż nazbyt gorzko, to polecam wystawę Stefana Knappa pt. Alchemik i wizjoner. Ekspozycja prezentuje rozpięte na linii czasu dzieła artysty: malarstwo i rysunki, emalie na stalowych płytach, rzeźby i kompozycje o quasi fluorescencyjnych barwach. Prace przenika namysł na egzystencją która rozpina się od traumatycznych wydarzeń historii XX wieku, po pewnego rodzaju wolność twórczą i entuzjazm zamknięty w ekspresyjnych formach. Po intensywnych przeżyciach ze sztuką przycupnąłem w zaciszu parku, naprzeciw zamyślonego nad czymś popiersia Herberta. Pomilczałem z nim i powróciłem do hotelu.

 

niedziela, 10 maja 2026

 

Rzekła do Niego kobieta: «Panie, daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać»…(J 4,5 – 42).Wielokrotnie próbowałem wyobrazić sobie scenę spotkania Chrystusa z Samarytanką. Przesuwa mi się w pamięci wiele obrazów malarskich, których wspólnym wyróżnikiem jest atmosfera niepowtarzalnej intymności i spontaniczności. W Ewangelii większość obrazów wypełniają szczelnie kłębiący się ludzie, którzy z ciekawości lub z chęci zobaczenia cudu cisną się wokół osoby Jezusa. Spotkanie przy studni wskazuje na bardzo indywidualne podejście Boga do człowieka. Samarytanka nic o przypadkowo napotkanym mężczyźnie nie wie, nawet jest zaskoczona i skrepowana Jego obecnością. Nie może się już wycofać i wrócić z niczym do domu. Pokazanie się w innej porze dnia byłoby dla niej niebezpieczne; już nie tylko poszybowałyby przykre słowa z ust innych kobiet, a może nawet kamienie poleciałby w jej kierunku. Chrystus doskonale zna jej historię. Wie czym się zajmuje, jaki jest jej status społeczny, a co najbardziej zaskakujące zna myśli ludzi na jej temat. Jest osaczona i musi skonfrontować się z prawdą. Nie można czerpać wodę ze „studni życia” przy jednoczesnym zakłamywaniu własnego życia. Jest grzeszna i potrzebuje „źródła wody żywej”. Nagle uświadamia sobie że jest w niej ktoś, kto zna ją od wewnątrz. „Skrucha wypływa z poznania prawdy” (T.S. Eliot). To spotkanie uświadamia nam niezwykle uniwersalne przesłanie. „Grzech pokrywa obraz Boga w człowieku nieczystością i zasłania go. Obraz Boga zostaje przykryty innym obrazem, który jest obrazem zwierzęcym, diabelskim. Pokuta oczyszcza i odnawia obraz. Cnota nadaje mu blask i piękno” (T. Spidlik). Chrystus wprowadza nieznajomą i bezimienną niewiastę w nawrócenie; bez tego dyskusja o obecności Boga w tym, czy innym miejscu jest tylko stratą czasu. Tą świątynią jest serce człowieka - miejsce spotkania, nawiedzenia, nasycenia życiem. „Wyszła zabrudzona, wróciła jako typ Kościoła nieskalanego. Wyszła i zaczerpnęła życie jak gąbką; wyszła niosąc hydrię, wróciła niosąc Boga. Któż nie będzie błogosławił tej niewiasty, a raczej czcił Kościoła, który wyszedł z pośród pogan i wziął radość i zbawienie ?”(św. Roman Melodos). Piękno, Dobro, Miłosierdzie stoi przed nią - w bliskości o której mogli sobie pomarzyć Prorocy włóczący się za Bogiem, czy wdrapujący się na wysokie góry, aby choć przez chwilę poczuć obecność Niepoznawalnego. Ile jest dzisiaj takich ludzi, którzy mówią że nie są spragnieni. Czy ich pragnienie Źródła wyschło ? Przy studni czeka Pan także na współczesne samarytanki. One doskonale wiedzą, że źródło istnieje, i szukają je, ale zapomniały, że bije ono z Tego, który nieustannie prosi, aby dać Mu pić. Źródło nie jest czymś urojonym, to człowiek jest zagubiony i zdezorientowany, ciągle przychodząc nie w porę. On ciągle czeka przy studni- Bóg tęskniący za człowiekiem. Dzisiaj Jego studnia jest Kościół- „miejsce pokrzepienia”- locus refrigerii- przedsmak Raju nawodniony miłością Zbawiciela. Kiedy nas swojej drodze życia spotka się Chrystusa, to pozostawia się swój dzban na brzegu studni i biegnie się ile tylko sił w nogach i piersiach, aby wykrzyczeć innym: „Czyż On nie jest Mesjaszem ?”  

 

  

wtorek, 5 maja 2026

 

Zmurszałe i naznaczone rytmem pracy życie, zostaje zatrzymane rozkwitem miesiąca maja. Gorzki osad zniechęcenia opada na dno i nastaje świt ! Witalna erupcja natury obezwładnia władzę zmysłów, poddając je mocy eterycznych zapachów i kolorów które nie jednego artystę przyprawiają o zawrót głowy i przyśpieszone bicie serca. „Maluje się nie farbami, ale uczuciem” – uświadamiał młodym adeptom sztuki malarskiej Chardin. Wszystko żyję i przypomina, że pod warstwą oczywistości i zewnętrzności kryją się ukryte źródła przy których można odpocząć niczym biblijni nomadzi – zapominając o koniecznościach codzienności, tak silnie naznaczonej mnożonymi nieprzerwanie powinnościami. Zwały przygnębiających umysł myśli, zostają przegnane uśmiechami napotykanych twarzy – skąpanych w ciepłych wyziewach słońca. „Człowiek nie rzuca cienia, ponieważ jego filtry ocen, ustawione są na przepuszczanie tylko jasnego kręgu. Lubi być krystaliczny i przepuszczać wyłącznie światłość”(W. Sedlak). Siedzę przy źródle Mnemozyny, mitycznej bogini przypomnienia i powracam do beztroski dzieciństwa, gdzie wszystko wydawało się tak nieskomplikowane i niepowstrzymanie piękne. „W zasadzie przeszłość pojawia się w świadomości tylko w tej mierze, w jakiej może pomóc w zrozumieniu teraźniejszości i przewidywaniu przyszłości: oświetla ona działanie” – pisał H. Bergson. Maj przeniknięty jest wielkanocnym zrywem zmartwychwstania – wschodem Słońca, którego blask przygniata cień nocy i zachłanność śmierci; osnową jest nadzieja zawarta w przebudzeniu przyrody i wtórującemu jej śpiewowi ptaków. Miodowy werniks światła otula wszystko, czyniąc nasycenie kolorami podobieństwem do obrazów pełnego szaleństwa i sprzeczności van Gogha. Drzewa tańczą z radości, a dzieci przekonują się, iż ziemia jest przyjazna dla stóp wyzbytych z obuwia. Wyprażone w słońcu pola rzepaku i bociany powracające do swoich mateczników. Bóg „łagodny poeta świata” pozwala przygodnym i skazanym na pośpieszną tułaczkę stworzeniom, odczuć błogi spokój i pierwociny wieczności. W wertowanym pośpiesznie Dzienniku Guittona, natrafiłem na słowa: „Ażeby cieszyć się z obrazów i dźwięków, z widowiska barw i kształtów, trzeba je przełożyć na język zakrzepły i niemy; trzeba je wyrazić ciszą. Trzeba je zebrać razem niczym wielkie stado.” W sercu tętniącego świata stoi Bogarodzica określana na Wschodzie jako Słodkie Pocałowanie i potok matczynej miłości. Pełna milczącej tajemnicy Panhagia. „Matko Życia, Ty dałaś światu radość i wesołość, które osuszają łzy grzechu.” Przy źródle Jej poświęconym czerpię wodę i zwilżam usta porowate od nadmiaru słów. Piję i codzienność staje się Świętem !

niedziela, 3 maja 2026

 

W Jerozolimie zaś jest przy Owczej Bramie sadzawka, nazwana po hebrajsku Betesda, mająca pięć krużganków. Leżało w nich mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę… Rzekł do niego Jezus: „Wstań, weź swoje nosze i chodź !” Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje nosze i chodził… (J 5,1-15).

Porusza mnie ten fragment Ewangelii plastycznością przekazu i dramaturgią oczekiwania na Tego, który bezruch człowieka zmiażdżonego chorobą, napełnia dynamiką nadziei i sensu. Patrzę na tego nieszczęśnika leżącego na palmowej macie z twarzą przyprószoną piaskiem i wzrokiem wodzącym po tafli wody, którą w nieprzewidzianym momencie muśnie ręka zstępującego incognito anioła. Zadręczony marzeniami, wyczekuje jedynie pomocnych dłoni które przesuną go choć o metr bliżej upragnionego celu. Spoglądanie w ten sam punkt sadzawki z dojmującym przeświadczeniem, że wzbudzenie wody będzie mocniejsze i poderwie ją, poza kamienne obmurowanie cysterny. Szkliste oczy biedaków czekają na cud. „Ich wiara znalazła się w ognistym piecu zwątpienia, przerażona połamaniem praw natury”(R. Przybylski). A może tak spiętrzy się, obłaskawiając kilkoma kroplami spadającymi na pokrywające ciało i duszę rany. Niema procesja chorych wyczekujących ruchu i bulgotania łaski – rytuał ceremonii daru wody – kolejny uśmiech Boga wobec kruchego stworzenia. Oni stoją ciągle na starcie, niczym sportowcy oczekujący na podanie wyników biegu, który przegapili w ułamku sekundy. To tylko sfera marzeń o wodzie obmywającej trąd, wyzwalającej oczy z ciemności, czy członkach ciała które zastygły – stając się balastem istoty na pograniczu życia i śmierci. „Rzekł On do mnie: „Synu człowieczy stań na nogi. Będę do ciebie mówił.” I wstąpił we mnie duch, i postawił mnie na nogi; potem słuchałem Tego, który do mnie mówił”(Ez 2,1). Woda ma moc obmycia z brudu i ponownych narodzin – miejsce czułego dotyku Boga.  Czy nie istnieją słowa, gesty, spojrzenia i uśmiech który jest wstanie przywrócić równowagę zakleszczonemu w lęku światu ? Naprzeciw tej egzystencjalnej niemocy, staje Chrystus. Kiedy On wchodzi w sam środek tej poczekalni odrętwiałych ciał, dostrzegając ludzką nagość i niemoc. Jeden gest wystarczy, aby wyzwolić świat z jego konwulsji cierpienia. „Drogi, którą człowiek podejmuje w jednej chwili, nigdy nie da się zmierzyć. Dla tych odległości nie istnieją miary. Stłoczone wspomnienia, blask wrażeń, pędząca świadomość, przeczycie, refleksja, śmigają w człowieku jak rzucony kamień”(B. Hamvas). Chory nie potrafi ukryć łez, one stają się kroplą i fragmentem źródła które nabiera mocy uzdrowienia – wątłą stróżką wpadającą do rezerwuaru urzeczywistnionych tęsknot. Wszystko w człowieku pęka, niczym skorupa orzecha i napotyka ocean miłosierdzia. Nasz świat jest również pełen tęsknot i chorób, które nie tyle dotykają ciała co duszy. „Dzisiejszy człowiek jest rozbity. Rozdzierany przez zewnętrzne potrzeby, kończy wybuchem. Jego żywotność, seksualizm, wrażliwość, wyobraźnia…, krótko mówiąc, jego wszystkie władze coraz bardziej wymykają się jedności jego osoby – rozmyślał Quoist – Co najbardziej wyczerpuje człowieka, to nieustanna gonitwa za odnalezieniem swej najgłębszej istoty.” Człowiek dotknięty, obmyty u źródła, przywrócony sobie, o przemienionych zmysłach i opatrzonych ranach, staje się istotą nie tylko uzdrowioną, ale nade wszystko spójną i przenikniętą Obecnością. Dobrze to wyraził święty Paweł: „Żyć – to Chrystus.”

środa, 29 kwietnia 2026

 

Chciałbym w tym tekście podjąć temat niezwykle delikatny i przysparzający być może mi krytyków, a zarazem dojrzewający we mnie od dłuższego czasu. Myślę tu o dylematach i dramatach mężczyzn. To pokłosie doświadczeń, refleksji, rozmów i spotkań z mężczyznami poranionymi przez płeć silniejszą – kobietę towarzyszkę – próbując odwrócić tym samym kalki, stereotypy i utrwalone powszechnie przekonania, że to mężczyźni krzywdzą, będąc uważani za sprawców przemocy tak psychicznej jak i fizycznej. „Bóg stworzył człowieka i znajdując go wyraźnie samotnego, dał mu towarzyszkę, by lepiej odczuwał samotność”(P. Valéry). Istnieje niezauważalna i milcząca przestrzeń dramatu mężczyzn prześladowanych przez Erynie, będących niezawinionymi ofiarami tych „delikatnych”, „wrażliwych”, „współczujących”, „czułych” i „łaknących miłości kobiet” o których nikt z zewnątrz nawet nie pomyśli, że są mistyfikatorkami i dewastatorkami świata mężczyzny, który każdego dnia doznając bólu, zwija się niczym poczwarki owadów w kokon. Niewiasta sięgająca po owoc autonomii – Gorgona sprowadzająca nerwicę, depresję, cierpienie, guzy nowotworowe od spiętrzonego stresu, aż po pocałunek śmierci. Na jednym z internetowych forów przeczytałem: „W skali roku cztery tysiące mężczyzn popełnia samobójstwo. W Polsce wychodzi jedenaście samobójstw dziennie. O czym my mówimy, systemowa hekatomba na mężczyznach, a o tym cisza w mediach.” Samobójstwo z powodu utraty domu przez kobietę po rozwodzie i alienację dziecka. W ciśnieniu zbiorowej świadomości, proklamowanej przez media i utrwalanej przez poradnie psychologiczne, to mężczyzna jawi się jako źródło zła, zniewolenia, siły wymierzonej w kruchą kobietę za której plecami chronią się niczego winne i bezbronne dzieci. Ten mit eksploduje pod naporem danych z których jasno wynika, iż jest coraz więcej mężczyzn którym świat sypie się na głowę pod naporem cynicznych, wyrachowanych i obliczonych na zysk działań kobiet. Istot z premedytacją eliminujących mężczyzn i niszczących ich krok po kroku, wykorzystując do tego instrumenty prawa i instytucje, potrafiąc z premedytacją i zimną kalkulacją z mężczyzny zdrowego na umyśle, uczciwego, kochającego męża i ojca, uczynić przestępcę, czy niewolnika który na skraju bezdomności musi zapewnić finansowy byt kobiecie, która to koniec końców okazuje się zręczną manipulatorką. „Miłość zostaje sprofanowana zanim jeszcze udało się odkryć, czym była”(P. Evdokimov). Pamiętam jak wiele lat temu w rozmowie niezwykle szczerej, pewien mężczyzna wyznał mi, że jest ofiarą przemocy swojej żony. Cicha i spokojna, przykładna matka i skuteczna pracowniczka firmy, zakładając maski – okazała się femme fatale- inteligentną, przebiegłą i wyrafinowaną sadystką. Każdego dnia niszczyła i gasiła go jak papieros w popielniczce. Poniżała przed dziećmi i szantażowała. Z obawy przed wybiciem tego szamba na zewnątrz, założyła mu niebieską kartę (narzędzie niezależnych i przedsiębiorczych kobiet) i docisnęła go do końca w majestacie prawa i biurokracji, stojącej zawsze po jednej ze stron. Po jakimś czasie dowiedziałem się, że ten mężczyzna targnął na swoje życie. Odcięty od miłości dzieci i pozbawiony środków do życia, wybrał najbardziej tragiczną drogę rozwiązania tej sprawy. Deptany latami nie wytrzymał presji i lęku przed wyjściem z tego impasu. Spotkałem wielu bezdomnych, wyrzuconych za drzwi, ograbionych z godności z nalepką na czole alkoholik, niczym trędowaty od którego trzeba uciekać. Znam mężczyznę, którego notorycznie kobieta poniewiera przezywając od nieudaczników. Bije go dłonią po potwarzy, wykazując przy tym irracjonalną przyjemność z zadawanego mu bólu. Żyje w labiryncie i moczy się w środku nocy na myśl o kolejnym dniu partnerskiej gehenny. To tylko klika kadrów które podsuwa mi w tym momencie pamięć, a są ich dziesiątki. Na początku XX wieku potrzeba równości popychała kobietę do współzawodnictwa z mężczyzną, dogonienia i dorównania mu w wielu przestrzeniach codziennej egzystencji. Kobieta – „wezwanie bytu” – wdrapuje się po drabinie kariery wykorzystując ku temu wszystkie swoje atrybucje i zdolności intelektu, wyprzedzając mężczyznę i redukując go do jej doraźnych zachcianek i namiętności – bankomatu i egoistycznie przeżywanej seksualności. „Gdy człowiek spada z poziomu człowieczeństwa, nigdy nie staje się zwierzęcy – staje się demoniczny”- twierdził Hamvas. Z nudów bierze co chce i nic nie daje w zamian, będąc reżyserką życia w imię proklamowanej wolności i niezależności. Na progu tej przepastnej wolności stoi on, zaciśnięty w kleszczach i doznający zadyszki na myśl o powrocie do domu. Dlaczego nie widzimy płaczących i połamanych mężczyzn ? Ponieważ ich ból jest niewidoczny, wstydliwie skrywany w miejscach zaciemnionych, wyznawany jedynie na spowiedzi i bojący się ośmieszenia w społeczeństwie prężącym muskuły i obwieszczającym na każdym kroku prymat inteligencji, sprytu, siły i władzy. Czy widzieliście jakiś pomnik wystawiony mężczyźnie i ojcu, afirmujący jego miłość i oddanie ? Odpowiem:  Nie ! Istnieją tylko rzeźby szlachetnych kobiet które odpierając gwałt tego świata, odznaczyły się odwagą i rezygnacją z siebie w imię epickich idei. Z każdego sądu mężczyzna wychodzi z bagażem połajań i zobowiązań, niewysłuchany i pokopany jak pies. „Algorytm sądowy niemal automatycznie przyznaje dom, dzieci i alimenty jednej stronie. Zjawisko to określa się terminem „inflacji pojęcia przemocy”… Rozwód przestał być tylko dramatem emocjonalnym. Stał się najskuteczniejszą strategią inwestycyjną…” Mężczyzna zostaje wyrzucony z domu który przez lata budował, tracił dla rodziny siły i zdrowie. Jakże często wydzierając swoje serce dla dzieci, będąc gotowym zrobić dla nich wszystko. Skomli o miłość którą zagarnęła ona, oświetlona fleszami, z pakietem przywilejów i profitów. Matka Polka z dzieckiem przy piersi, paradygmat wryty w pamięć i uczucia, jak z ckliwych pasteli Wyspiańskiego. W kręgu tych mitów orbitujemy, kupując je za dobrą monetę i będąc przekonanymi, że świat jest taki monochromatyczny, a mężczyzna – „właściciel kobiety” stoi twardo w jego centrum - rozdając karty i kreśląc przyszłość po swojemu nadwyrężoną od nieróbstwa ręką. To dobrze sprzedający się fałsz, mający na celu zatuszowanie rzeczywistości która niczym wahadło zatrzymane natychmiast i celowo,  przechyla się w jedno miejsce. Na jednej ze stron kancelarii, młoda adwokat szczyci się ilością wygranych spraw rozwodowych. Scenografia pełna patosu, zachęcająca kolejnych klientów którzy już spakowali torby i wypchali portfel, strzelili focha i zatrzasnęli bezpowrotnie drzwi mieszkania. Wypadkowa chorobliwej tendencji, której wtóruje banda moralnych idiotów, niezdolnych do głębszej refleksji i przyklaskującej lepkiej na trzos palestrze, żerującej na wspólnocie osób, które wedle teologicznej definicji, winny być jednym ciałem – na dobre i złe. Uzasadnieniu tego świetlanego pasma sukcesów towarzyszy wklejenie filmu Smarzowskiego pt. Dobry dom, podprogowo i w sumie docelowo objaśniającego kto jest zły, a kto dobry na planszy życia. Mężczyzna staje się tragiczną wypadkową losu kobiety, widmowo uciekającej od ocalenia miłości, małżeństwa i rodziny. Mam świadomość że ten tekst powiał chłodem, ale musiał ujrzeć światło dzienne. Mężczyźni znani z przechwałek i uśmieszków, skrywają liczne i uwierające tajemnice, odbierające im jakże często sen i sens życia. Wydani niesprawiedliwym sądom, pozbawieni godności, rzuceni na pożarcie bezlitosnego systemu prawa – toną w ściekach sfabrykowanych kłamstw, wyciągając odruchowo dłonie i uczepiając się czegokolwiek – jakieś dryfującej deski ratunku. Dedykuję wam te przemyślenia, być może podnosząc was na duchu i dając wątłą nadzieję na blask prawdy, pośrodku gnieżdżącej się ciemności i strachu. Pragnę podziękować również tym wspaniałym kobietom, opiekunkom piękna i miłości, żonom potrafiącym podejmować trudne dialogi, umierać dla egoizmu i spoglądać na Krzyż Chrystusa w chwilach próby. Kobieta – połowa duszy i pomoc, cerująca każdego dnia tkaninę wierności. Twórczo wypełniająca świat swoją istotą i promieniującą obecnością, będąc wedle określenia św. Pawła „Chwałą mężczyzny.”

 

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

 

W świecie którym przyszło nam żyć jest tak wiele zmiennych sytuacji i wydarzeń, iż trudno prorokować o kształcie następnego dnia. „Po co iść tropem tego, co już się skończyło”- pyta w Mistrzu i Małgorzacie Bułhakow. Rzeczywistość rozpięta na osi dwóch imperializmów i dwóch podstarzałych, labilnych przywódców z zapalnikiem nuklearnym w dłoni, nie wróży nic dobrego – stając się źródłem dojmującego niepokoju. „Nieograniczona władza w ręku ograniczonych ludzi prowadzi do wybuchu okrucieństwa”(A. Sołżenicyn). Zimna wojna tak naprawdę się nigdy nie zakończyła, przybierając różnej maści mistyfikacje i znieczulenia, odwracając uwagę patrzących od sedna narastających i ukrytych pod powierzchnią problemów. Ambicja wymieszana z szaleństwem o rząd nad światem i eksploracje jego dóbr w sposób nieograniczony jest tym rodzajem szaleństwa które leczy się doraźnie i ryzykowanie. Zawsze znajdzie wariat który w imię rozhuśtanego ego, będzie chciał strawić świat w płomieniach, uprzedzając tym samym najbardziej mroczny – quasi apokaliptyczny scenariusz końca. Civitas diaboli utkane z pozorów i bezszelestnie wypluwające z siebie okruchy dobra. Choć z pozoru żyje się i oddycha spokojnie, to z tyłu głowy kłębią się myśli o kształt jutra, konstruowanego słowami i poczynaniami polityków, których działania jakże często nie skupiają się na dobru ludzkości lecz wymiernym interesom uprzywilejowanej jednostki lub grupy zaciskającej pętlę władzy i przywilejów, modelującej rzeczywistość podłóg własnego widzimisię. Trzeba być naiwnym wierząc młócącym o pokoju ustom którzy napierając na szkło kamery próbują wypaść lepiej i utrzymać korzystną dla siebie pozycję politycznego poparcia. Pogarda dla ludzkich problemów, nieszczęść, życiowych dramatów jest tak dostrzegalna, że człowiek się wewnętrznie kotłuje i krzyczy, choć ma przeświadczenie że nikt tego nie usłyszy. Im bardziej woła się o pokój, tym silniej trzeba się zbroić – błędne koło – pozycjonujące człowieka w stanie napięcia i cieniu zbliżającej się katastrofy. Powyżej umieściłem poruszającą pracę niemieckiej artystki Käthe Kollwitz pod znamiennym tytułem Nasion nie należy mielić. To praca nad wyraz antywojenna i ciągle aktualna, próbując uchronić młode pokolenie przed absurdem i okropnościami wojny. Zapora macierzyńskiej miłości przed złem, które odbiera resztki człowieczeństwa; tragiczne fatum wojny, wyszarpuje i przerywa szczęście dzieciństwa. Przecięta pępowina, rozdarty płaszcz matczynej opieki, wydarcie z domu i gwałt na rodzicielskiej i synowskiej miłości. Odbieranie życia innym i zarazem wola przetrwania w chaosie śmierci jest doświadczeniem na wskroś piekielnym i silnie stygmatyzującym historię każdej jednostki. Po tym już nic pozostaje takie jakie było. Wszystko wokół staje się inne, skarłowaciałe i moralnie upośledzone. Zbombardowane miasta, przerwane życia, zmasakrowane ciała wydane w ręce obcych i zbiorowych dołów. Bydlęce wagony, duszący fetor fekaliów i swędzącego ciało brudu, głód, kradzieże, to jedynie sekwencja kadrów powracających raz jeszcze, kiedy wystrzeli się pierwszą kulę z karabinu, czy naruszy spokój i intymność czyjegoś domu. Zawłaszczenie terytorium i człowieka, rozpoczyna się od wyniesienia telewizora i mikrofalówki, czy zdjęcia obrazu ze ściany. Kto rzetelnie na Ukrainie policzył straty: zamordowanych cywili, zgwałconych kobiet, okaleczonych i wywiezionych gdzieś tam na obcą ziemię dzieci, starców wywleczonych na pola i pozostawionych sobie ? Tchórzostwem jest rozprawianie o pieniądzach włożonych w wojnę, kiedy przestało się wspominać i opłakiwać umarłych, prześladowanych – których życie zdeptano natychmiast bez zbędnych formalności i tłumaczeń. Pieniądze których jest ciągle niewystarczająco, wchłaniają się w kieszenie nadętych i skorumpowanych oligarchów, które uszczuplone, finalnie wychodzą jako ochłapy dobroci, rzucone zrozpaczonym i bezsilnym ofiarom konfliktu. Nie akceptuję tego stanu rzeczy i bulwersuję się na takie widmo niesprawiedliwości. Zgadzam się z Tarkowskim, że „koniec cywilizacji może nastąpić, zanim spadnie pierwsza bomba atomowa. Stanie się to z chwilą, kiedy umrze ostatni człowiek, który wierzy w Boga: bez wiary w nieśmiertelność duszy – to już koniec, śmierć, cywilizacja zwierząt.” Myślę, że Rosja może zakończyć tę wojnę, ponieważ ma ogromne siły duchowe – sumienie - którego nie potrafi zrozumieć egoistyczny i skupiony na sobie świat zachodu. To jakieś trudne do pojęcia starcie cywilizacji na peryferiach których działają wrogie siły, podsycające militarny klincz i ciągle rozdrapujące zabliźniające się rany. „Możemy zrozumieć się nawzajem – pisał Hesse – lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam.” Trzeba uważnie wsłuchać się w głos dwóch stron i z właściwym ciężarem odpowiedzialności poszukać drogi wyjścia z tego impasu. Pragnienie pokoju zawsze przechodzi przez granicę serca człowieka. Prawosławie budząc sumienia, ciągle przypomina, iż kochać bliźniego w jego grzechu to najtrudniejsza sprawa !