niedziela, 23 stycznia 2022

Gdy zszedł z góry, postępowały za Nim wielkie tłumy. A oto zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim i prosił Go: «Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić». Jezus wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł: «Chcę, bądź oczyszczony!». I natychmiast został oczyszczony z trądu (Mt 8,1-3). Nasz świat w którym egzystujemy coraz bardziej staje się światem ludzi chorych. Chyba nie ma takiej rodziny w której nie byłoby doświadczenia osoby doświadczającej choroby, cierpienia, bezsilności… Przechodząc ulicami miast można spotkać wielu ludzi smutnych, pełnych obojętnego spojrzenia, przygniecionych ciężarem cierpienia. W ich twarzach i oczach wypisuje się tęsknota za nadzieją na uzdrowienie. Chorzy, którzy wpadli w piekielny krąg cierpienia i czyhającej za rogiem śmierci. Ludzie przekonani od swojej doskonałej kondycji fizycznej i witalności, za chwilę mogą przegrać z pojawiającym się niczym intruz nowotworem. Nerwowy i toksyczny świat uśmierzany farmakologicznymi znieczulaczami i psychologicznymi pocieszeniami na chwilę. Na każdym kroku jesteśmy bombardowani reklamami coraz to nowych leków mających rzekomo wyeliminować poczucie bólu. Kolejki do aptek i przychodni są dłuższe niż do świątyń. Każdy chce własnymi siłami i przy pomocy dostępnych środków zapobiec nieodwracalnemu procesowi chorobowej regresji. Wielu ludzi nie tylko cierpi fizycznie, często przeżywają o wiele bardziej dręczącą i konwulsyjną walkę duszy. Ilu jest ludzi poranionych duchowo- zainfekowanych kłamstwem oraz pozorami, obumierających w poczuciu bezradności. Wielu przyzwyczaiło się do okłamywania samych siebie; wymuszony uśmiech ma oszukać spojrzenie innych ludzi. Znam ludzi przygniecionych tak wielkim cierpieniem- nie potrafiących zaakceptować swojego losu, którym pozostaje tylko nienawiść siebie i odtrącanie kochanych osób wyciągających do nich pomocną dłoń. W świecie w którym praca, zasobność portfela i bankowego konta określa wartość osoby, choroba wydaje się narzuconym przez pokrętny los przekleństwem. Człowiek pragnie szczęścia, chciałby uniknąć cierpienia- a kiedy się ono pojawi, niczym intruz- to najlepiej uciec lub zepchnąć w nieświadomość. Jakże trudno jest powiedzieć Bogu: „Bądź wola Twoja”. Boimy się chodzić do lekarzy i z drżeniem duszy odbieramy wyniki zleconych odgórnie badań. Choroby są niczym uśpione wulkany, które za chwilę mogą wybuchnąć i zdestabilizować nasz poukładany świat. Człowiek chory uczepia się niczym tonący ostatniej deski ratunku. Niektórzy słysząc o wybitnym lekarzu lub klinice sprzedają swoje majątki i płyną za ocean, aby przedłużyć o jeden rok kalendarz swojego życia. Szukają lekarza. Trędowaty z dzisiejszej Ewangelii jedyne co może zrobić to przynieść swoje cierpienie do Jezusa. Bóg uzdrawiający człowieka ! Nie wystarczy świadomość, że Bóg może przywrócić zdrowie. Trzeba jeszcze się do Niego zwrócić- WIARA. W kodzie choroby i śmierci znajduje się blask uzdrowienia i zmartwychwstania. Aby uzyskać od Chrystusa wyleczenie swoich chorób, człowiek musi najpierw chcieć. Jak trafnie zauważył św. Jan Chryzostom: „Boski lekarz nie uzdrawia nas wbrew nam samym”. Powierzyć się Bogu. „Twoje rany nie przewyższają umiejętności lekarza. Tylko powierz mu się sam z wiarą, opowiedz swoją chorobę lekarzowi” (św. Cyryl Jerozolimski). Wiara jest najskuteczniejszym lekarstwem. „Bóg przychodzi z pomocą tym, którzy pragną się leczyć, dając im wiarę” (Teodoret z Cyru). Często pozostaje modlitwa- pełna łez i zawierzenia: „Lekarzu dusz i ciał, uzdrawiający, sługę twego ogarniętego niemocą nawiedź miłosierdziem Swoim, wyciągnij swą rękę napełnioną siłą uzdrawiającą i uzdrów go podnosząc z łoża i niemocy, uwolnij od ducha słabości…, ze względu na swoją miłość do człowieka”.

sobota, 22 stycznia 2022

Lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni (Hi 19, 25). Dość częstym tematem moich rozmyślań w ostatnim czasie jest problem zła. Pewnie nie powinno to nikogo za specjalnie dziwić, że teolog zajmuje się tym „granicznym” i trudnym do rozwikłania problemem. „Największą tajemnicą jest sama możliwość uzyskania chociażby okruchów wiedzy”(L. Broglie). Wczoraj wieczorem w rozmowie telefonicznej z moim przyjacielem, doszliśmy do wspólnego wniosku, iż ludzie wrażliwi- posiadający jakiś zasób wiedzy z zakresu humanistyki, z wielki trudem egzystują w tak wewnętrznie sprzecznym i szarpanym przez siły zła świecie. Wystarczy zrobić przegląd mediów informujących o tym, co się dzieje na świecie, aby przekonać się jak katastrofalne są skutki ludzkiej wolności. „Gorycz życia to żal, że nie możemy mieć nadziei, że nie słyszymy już rytmów, które zapraszają nas do odegrania naszej roli w symfonii stawania się”- pisał G. Bachelard. Krajobraz szczelnie zakamuflowanego zła przenikający sanktuaria ludzkich serc. Oczywiście nie można generalizować i identyfikować tego, co zewnętrzne i narzucające się oczom, jako rzeczywistości do cna zepsutej, chorobotwórczej i pozbawionej dobra. Byłby to niepełny i zafałszowany obraz rzeczywistości. Od początku historii świata- od pierwszego nieposłuszeństwa istot wolnych- pierwocinami ludzkiej wolności są dobro i zło. Nie można wyjaśnić obecności zła bez wolności. Dostojewski głębiej niż ktokolwiek inny rozumiał, że zło jest dzieckiem wolności. Rozumiał jednak także, że bez wolności nie ma dobra. Mądrość żydowska przytacza jakże barwną historię stworzenia człowieka i obdarowania go darem wolności. Kiedy Bóg zobaczył po czasie, jak człowiek korzysta z tego daru, to zapłakał. „Przestraszyłem się strasznej siły człowieka”- nakreślił te słowa Warłam Szałamow- człowiek który otarł się o piekło gułagu. Oczywiście, że zło jest bardziej krzykliwe, manifestujące się i sprzedające o wiele mocniej niż dobro w zaciszu którego rodzi się ledwie dostrzegalna ludzka świętość i heroizm. W starożytnej katechezie dwóch dróg, czytamy: „Bóg dał synowi człowieczemu dwie drogi, dwa sposoby postępowania i dwa cele.” Wnioskujemy z tego fragmentu, że w człowieku przecinają się i wymagają konieczności wyboru dwie drogi i postawy: dobra i zła; śmierci i życia. Nie można uciec przed tym wyborem, czy zdystansować się od odpowiedzialności za otaczającą człowieka rzeczywistość. Jeżeli zło będzie się nawarstwiać piramidalnie, to świat zostanie przygnieciony ciężarem ludzkich cierpień; utopi się w morzu obojętności i cierpienia. „Człowiek chce uciec przed dręczącym problemem zła w sferę neutralną i tym zamaskować swoją zdradę Boga”(M. Bierdiajew). Ateiści porzucając jakąkolwiek drogę dialogu z Bogiem, zrezygnowali z wyjaśniania problemu zła i możliwości jego oddziaływania na różne sfery życia ludzkiego. Pomijają go i przemilczają, ponieważ uchylenie tych drzwi spowodowałoby lawinę pytań- niczym drobnych kamyków mozaiki jaką jest teodycea. „Eliminując Boga, ateizm czyni zło bardziej realnym i bardziej jadowitym.” Gdy w ludziach umiera potrzeba dobra i miłości, pokoju i szlachetności postaw, wtedy wirus zła zatruwa ich dusze, a następnie wybucha wojna- przynosząca żniwo bezsensownych śmierci. Jakże przejmujący tragizm zła i cierpienia ! Sparafrazuję jeden z tytułów obrazów Goyi: Gdy dusza śpi, to budzą się monstra. Jeśli umiera duchowość, to w jej miejsce przychodzi niszczący międzyludzkie relacje chorobotwórczy egoizm jednostki, trawiony bezbożną ideologią pustki. Wtedy rodzi się piekło. Miejsce jak powie jeden Ojców Pustynii: „Tam, gdzie nie można nikogo zobaczyć twarzą w twarz.” Miejsce pozostawionych ruin, czekających na świt nadziei i ocalenia. „Uleczmy człowieka z jego szaleństwa, a natychmiast jego natura będzie wstanie spojrzeć na rzeczy natury bez strachu”- pisał żyjący w XII wieku Wilhelm z Saint- Thierry. Uzdrowienie wolności dokonuje się przez miłość Tego, który ostatecznie zdruzgotał u źródła zło. Pascha Chrystusa jest wyrazem największej filantropii Boga. „Nadejdzie czas, kiedy świat chrześcijański odbuduje swą jedność i rozpocznie- z całą mocą i pokora- wielkie boje duchowe: o pokój między ludźmi, o samoograniczenie, które uwolni pragnienia od szaleństwa wybujałego konsumpcjonizmu i niepohamowanej seksualności, aby stawić czoło siłom nicości perwersyjnego nihilizmu, mających wywołać rozkład w duszach, wydać je na pastwę wulgarności, szyderstwa, przemożnej rozpaczy…”(O. Clement). Nadzieja przenika ludzi los. Według Orygenesa należy pojąć z całą siłą istnienia, „że jeden jedyny święty poprzez modlitwę staje się w walce silniejszy niż cały tłum grzeszników.” Jutro może być lepsze niż dzisiaj. „Wszystko będzie dobrze”- przekonuje nas mistyczka Julianna z Norwich. Mroczna strona otaczającego zewsząd nas świata, może zostać opromieniona światłem wschodzącego Słońca „Jest bowiem Synem Bożym. Zbawiającym rodzaj ludzki.”

czwartek, 20 stycznia 2022

W epoce nowoczesności i pośpiechu tylko sztuka przynosi powiew wolności i otwiera oczy przechodniów na inna sferę świadomości. Technika zawładnęła masami, a sztuka próbuje rozerwać ten niewidzialny łańcuch zależności i otworzyć oczy na to, co poza światowe- transcendentne, schowane pod powierzchnią materii będącej w okowach czasu. Technika i przyssane do niej ideologie uczyniły z człowieka użyteczną, konsumpcyjną marionetkę, łaknącą coraz to więcej i więcej w zgiełku egoistycznej szamotaniny biegnącego na oślep tłumu. Wytwory artystów jakże często stają się remedium na ten stan rzeczy. Dostojewski w Braciach Karamazow wkłada w usta starca Zosimy te słowa: „wiele rzeczy pozostaje ukrytych przez całe życie przed naszym wzrokiem; jest nam natomiast dana wewnętrzna pewność żywego związania z innym wyższym światem; te same korzenie naszych myśli i uczuć nie tkwią w naszej ziemi, lecz w zaświatach.” Siła obrazu zrodzona z idei ma bez wątpienia wymiar terapeutyczny i integrujący. Ten strumień znaczeń i symboli jest niczym ogień wzniecający intensywność wyobraźni. Muzyka otwiera okna duszy na milczenie- symfonię mistyków; stając się obecnie najkosztowniejszym luksusem nielicznych. W sztuce istnieje tragizm i współczucie; bunt i doznane ukojenie; ból i radość; rozpacz i nadzieja; śmierć i zmartwychwstanie. Owe doznania podnoszą słaby i zalękniony byt ku światu niedefiniowalnemu- odbierającemu słowom siłę możliwego opisu. „Tylko sztuka odsłania rzeczywistość wewnętrzną: nie zna się jej, lecz rozpoznaje”- pisał Malraux w książce Ponadczasowe. Na piaszczystych drogach widnieją odbite stopy artystów, wyrażających całym sobą poemat istnienia metafizycznego, ciążącego ku horyzontowi absolutnego Piękna. Mistrzowie pędzla, dłuta, pióra- dotykający zmurszałego od naporu śmierci świata, aby go podnieść ku wielkiemu przeobrażeniu „gdy gram, maluję, rzeźbię i piszę, spod moich odrętwiałych palców wytryska życie”(J. Pasierb). Artysta jeśli posiada czystą duszę, niczym witraż, potrafi nie tylko rozszyfrować egzystencję, ale zmienić jej wektor. Tylko szlachetny rzemieślnik którego dłonie krwawią w tańcu dłuta, może wyznać: „Z tego kamienia staram się wydobyć coś, co by przypominało ciężar, jaki czuję w sobie”(A. Exupery). Spoglądam na fotografię ukazującą Niekończącą się kolumnę Brancusiego i zaczynam rozumieć, gdzie ulatywały myśli artysty w czasie wielogodzinnego szlifowania kamienia. Dotykał wyobraźnią tego, co nieskończone- niebiańskie, przeprute tańcem romboidalnych form wystrzelonych ku górze- niczym biblijna drabina Jaubowa. Niebiańskie drzewo po którym można się wspiąć. Lub jak małe dziecko usiąść w jego cieniu i spostrzec świat widziany od dołu, otulony już światłem wieczności ! Jego sen o materii wydźwigniętej ku górze ziścił się, stał się karbowanym filarem łączącym to, co ziemskie- ludzkie, z tym co prawdziwie niebiańskie- Boga „ukrytego we własnej epifanii.”

środa, 19 stycznia 2022

Zobaczyliśmy Jego gwiazdę na Wschodzie i przyszliśmy oddać Mu pokłon (Mt 2,2)- pod takim hasłem przebiega tegoroczny tydzień modlitw o jedność chrześcijan. Dla wielu kościołów przynaglenie do jedności stanowi bardzo trudną drogę nawrócenia. Jeszcze nie zabliźniły się dobrze rany historii, doktrynalnych sporów, stąd wizja ekumenicznego scalenia pozostaje ciągle „marzycielskim dążeniem.” W epoce wrogiej chrześcijaństwu i pełnej sprzecznych ideologii, świadomość ekumeniczna powinna być naznaczona osobistym pragnieniem i fundamentalnym zadaniem uczniów Chrystusa. W świecie duchowo zdewastowanym, potrzeba przemiany serc i charyzmatycznego przebudzenia z letargu obojętności, co może zainaugurować autentyczną postawę sakramentu brata. „Czyż Chrystus jest podzielony ?” To chrześcijanie są podzieleni i rozdzierają Ewangelię na strzępy, szukając w niej uzasadnienia swojego własnego stanowiska. „Tym, co powinno łączyć wszystkie wyznania chrześcijańskie, jest poczucie duchowego niedorastania do chrześcijaństwa. Wszystkie Kościoły skazane są na przyzywanie Bożego Ducha, aby zastąpił obszary wewnętrznego ubóstwa poszczególnych wiernych i całej wspólnoty. Samo przyzywanie Ducha jest wyrazem przyznania się do tego, czego nam nie dostaje.” (W. Hryniewicz). Wzrastanie w jedności musi być epikletyczne- przyzywające nieustannie mocy Ducha Świętego. On urzeczywistnia jedność i prowadzi dzieci skąpane w wodach chrzcielnych ku Źródłu. „Nie ulega wątpliwości, że Kościół nie może być podzielony; mimo pozorów tajemnicza, niepodzielna jedność żyje; w przeciwnym razie należałoby powiedzieć, że poza kanoniczną granicą rozpoczyna się pustynia i że używanie słowa Kościół w liczbie mnogiej nie ma sensu” (P. Evdokimv). Ile trzeba wewnętrznej determinacji, aby przyśpieszyć o krok w przywracaniu utraconej jedności. Ile potrzeba pokory żeby nabrzmiałą od sporów teologię napełnić żarem miłości Chrystusa. Dla wielu chrześcijan uobecniona tu na ziemi jedność, pozostaje w kręgu szlachetnych- choć nie możliwych do zrealizowania tęsknot. Każdy okopał się na swoim stanowisku i kurtuazyjnie wychodzi naprzeciw, choć w środku swojej własnej wspólnoty kościelnej zabiega o pierwszeństwo w wyścigu o laur zbawienia. Włodzimierz Sołowjow w książce o Antychryście przenosi urzeczywistnienie jedności na krańce historii; w wydarzenie eschatologiczne, gdzie zjednoczenie dokona się na końcu czasów. Myślę, że rany naszych podziałów muszą się zabliźnić szybciej, poprzedzając ostateczne przyjście Chrystusa w Paruzji. Mamy już dzisiaj przygotować grunt pod nadejście Królestwa miłości i pokoju. Każdy człowiek, powiada Teodor z Beze, otrzymuje w chwili urodzenia zapieczętowany list, który wolno mu otworzyć dopiero przed tronem Bożym- wówczas może go odczytać i dowiedzieć się o swoim wiecznym losie. Przypuszczam, iż treścią tego listu może być pytanie o miłość. Tylko miłość jest tworzywem powszechnego zbawienia. Pragniem ostatecznej jedności i bycia wspólnie w Bogu. Dołożyć wszelkich starań, aby w tym momencie historii uczynić wszystko co tylko możliwe, abyśmy byli jedno. Sforsować bramy szczelinie zamkniętych drzwi i rodzić owoce Ducha, uśmiercając w sobie bierność oraz ekskluzywizm konfesyjny. „Moc Boża zdolna jest dać nam nadzieję tam, gdzie nie ma nadziei, wytyczyć drogę w tym, co niemożliwe”- pisał św. Grzegorz z Nyssy. Chrystus zstępuje w otchłanie naszych serc i żarem miłości usuwa grzechy podziałów. Jego przesłanie jest paschalne- wskrzeszające i wertykalne. Kończę to rozważanie wierszem Aleksandra Galicza, upatrując w tych słowach modlitwę, aby rozproszwni przyjaciele Baranka spotkali się kiedyś w jednej Świątyni Ducha: „A gdy powrócę, skieruję kroki do tej jedynej świątyni, z której błękitną kopułą nie mogą się równać niebiosa.”

niedziela, 16 stycznia 2022

Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa rzekła do Niego: «Nie mają wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czy jeszcze nie nadeszła godzina moja?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie»…(J 2,1-11). Ewangelia przenosi nas na wesele w Kanie i czyni uczestnikami radości nowożeńców w których dom Chrystus wnosi błogosławieństwo i radość wyrażoną cudem obfitości wina. Misterium w którym zawiera się Boski sens zjednoczenia pary ludzi i urzeczywistnienia świętości. Bóg wchodzący w samo centrum ludzkiej miłości, podnoszący ten akt oddania, wierności i miłosnego splotu ciał do wymiaru mistycznego- sakramentalnego. Święty Jan Chryzostom lapidarnie, choć z wielką głębią powie: „Małżeństwo jest sakramentem miłości.” To preludium do uobecnienia się świata w którym ostatnie słowo należy do miłości, a siła tego uczucia jest wstanie zdruzgotać posadami śmierci. „Jeśli powiem kocham cię to znaczy, że nie umrzesz”(G. Marcel). Uczucie które przekracza granice tego świata i staje się czymś na wskroś teofaniczym. Miłość uzewnętrznia się wtedy „kiedy ukryta moc odkrywa piękno, którego inni nie mogą dostrzec.” Wyraża to również treść starożytnego agrafonu: „Kiedy zniszczycie odzienie wstydu i kiedy dwoje będzie jedno, i kiedy męskość i kobiecość nie będzie jak męskość i kobiecość.” Człowiek rodzi się dwa razy. Po raz pierwszy wychodzi z łona matki, a następnie jako mąż i żona- poprzez liturgiczne ukoronowanie. Mistrz na tej wspaniałej uczcie przez swą obecność, jedynie potwierdza „sakramentalną instytucję raju.” Cud w Kanie, przemiana wody w wino, wskazuje na przemianę tego, co grzeszne- poddane namiętności i destrukcyjnej sile egoizmu, w najbardziej wyborne wino charyzmatycznej miłości, zdolnej wydać na świat dzieci Kościoła. Jest jeszcze jeden kluczowy aspekt tego wydarzenia; diakonia służby. „Wina nie mają”- ten drobny dysonans dopiętej na ostatni guzik uroczystości, rzuca światło na Maryję i jej zdumiewającą umiejętność zaradzania ludzkim problemom. Objawia się tu w swojej funkcji Matki- Orantki zanoszącej modlitwę prośby ku swemu Synowi. Istoty o oczach gołębicy, zdolnych zauważyć, że czegoś brakuje. Kobieta daru i personifikacja Kościoła w szlachetnej i pełnej macierzyńskiej troski o obfitość łaski i szczęścia. Maryja służebnica, poślubiona Duchowi Świętemu przez wieki Kościoła wyprasza jego dzieciom dar pociechy i siły w trudach owocowania miłości. „Raduj się, o Ty, któraś stanęła u początku cudów Chrystusa.”

piątek, 14 stycznia 2022

Jako teolog zawsze się wzbraniałem przed opisywaniem otaczającej mnie rzeczywistości w kategorii epoki pochrześcijańskiej. Wychowałem się w świecie wartości które w sposób naturalny rzeźbiły moją wizję świata i kształtowały określony zespół postaw. Wydaje mi się, że istnieje taki psychologicznie ugruntowany resentyment wiary ukształtowanej u podstaw w środowisku z którego się wyszło w świat. Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, aby wzrastać w rodzinie wykarmionej mądrością Biblii, duchowością i modlitwą przodków zakorzenionych na tyle głęboko, aby transcendować to, co z natury rzeczy pogańskie. „Bóg umiera z zimna- rozmyślał J. Green- Puka do wszystkich drzwi, ale czy ktokolwiek otwiera ? Pokój jest zajęty przez kogo ? Przez nas samych.” Dla wielu ludzi- skądinąd dobrze wykształconych choć cynicznych, mówienie, że nasza cywilizacja i kultura zostały ufundowane na wartościach Ewangelii, brzmi jak truizm, a co zatrważające jako coś przedawnionego. Instynktownie pociesza mnie diagnoza Sołowjowa wobec tych, którym nie po drodze do religii: „Pseudoniewierzący wyprzedzą w królestwie Bożym całe mnóstwo pseudowierzących.” Jakże cenne po czasie, okazuje się stwierdzenie Karla Rahnera, że chrześcijanin przyszłości będzie musiał być mistykiem albo go nie będzie. Jakże odczuwalny z perspektywy czasu jest ciężar gatunkowy tych słów. Kiedy z pewnego dystansu jako prawosławny chrześcijanin, spoglądam na oblicze dzisiejszego katolicyzmu (rzymskiego), towarzyszy mi smutne przeświadczenie, iż widzę „kościół pogan” o którym z niebywałą ostrością myślenia pisał w swoich tekstach ponad pół wieku temu Ratzinger. Kościół mojego dzieciństwa dryfuje w niewiadomym kierunku, stając się bliższym „liberalnemu protestantyzmowi.” Myślę, że prawosławni chrześcijanie są głęboko zaniepokojeni erozją która dokonuje się w siostrzanej wspólnocie, gdzie wielowiekowa tradycja życia eklezjalnego w wymiarze sakramentalnym i moralnym, zostaje naznaczona duchem tego świata. Oczywiście w każdej z chrześcijańskich wspólnot wyrasta plon dobra i zła, ujmując to językiem przypowieści „pszenica i kąkol.” Tam gdzie są ludzie, istnieje pajęczyna grzechów stygmatyzująca nawet najbardziej szlachetną i dążącą do doskonałości społeczność. Nosimy skarb wiary w naczyniach glinianych- ułomnych, poddanych stłuczeniu- niedoskonałych formach. Chrześcijaństwo które będzie próbowało żyć duchem tego świata, mentalnością tego świata, będzie skazane na powolna agonię. Jesteśmy wędrowcami którzy jednie na chwilę przycupnęli na gałęzi sykomory i wyglądają horyzontu Ziemi Obiecanej. Choć zabrzmi to górnolotnie, ale mamy być ogniem który podpala świat miłością Boga ! Nikos Kazantzakis podejmuje ten jakże ważny aspekt poddania się Bogu: „Bóg jest ogniem, a ty musisz po nim chodzić… tańczyć na nim. W tej chwili ogień staje się chłodną wodą. Nim jednak dojdziesz do tego momentu, co za walka, mój Boże, co za męka !” Jest to droga wyzwań, pokonywania własnych ograniczeń, zdecydowanego działania. „Wiara, która zamyka paszcze lwom, to coś więcej niż pobożna nadzieja, że nie ugryzą”(G. Clark). Można odczuwać pokusę wątpliwości, ale nigdy nie wolną skapitulować; zrezygnować w połowie raz obranej drogi. Irytują mnie chrześcijanie zalęknieni, apatyczni i niewyraźni w swoich życiowych decyzjach. Kim jest mistyk nowoczesności ? To nie malkontent obwarowanego, kościelnego bastionu. To wizjoner- prorok i apostoł- świadek Prawdy w którym tętni już życie zmartwychwstałe. „Mistycyzm, który nie zbiera plonu podzielonej miłości ku innym, jest oszustwem i ostatecznie odczłowiecza. Prawdziwy mistycyzm jest zawsze rodzeniem, stawaniem się drugim człowiekiem w większej wspólnocie miłości”- pisał G. A. Maloney. Moje myśli tańczą, zataczając koło powracają do pierwszego impulsu tej refleksji: Jeśli nie mistyk to kto ?

wtorek, 11 stycznia 2022

Cywilizacja w której dane nam jest żyć, cechuje się nie tyle zmiennością, co kruchością następujących po sobie zjawisk i wydarzeń. Myślę, że wielu ludzi znajduje się na rozdrożu, stając się niewolnikami nowoczesności i ideologii tak gwałtownie szturmujących umysł i sumienie. Jakże ponadczasowe zdają się intuicje Miereżkowskiego dotyczące wewnętrznej walki światów: „W naszej epoce walka człowieka- boga, który ogłasza się bóstwem, z Bogiem- Człowiekiem, ową tajemnicą łaski zstępującej w pokorze, nabrała większej ostrości niż kiedykolwiek… jest to walka między duchem wojny a duchem łaski.” W rezultacie tego stanu rzeczy, wielu ludzi przestało sondować głębiny własnego wnętrza i przestało wznosić gmach katedry ducha. „Gdzie jest we mnie to miejsce, do którego mogę Cię zaprosić, mój Boże”- pytał św. Augustyn. Współcześnie ważne pytania składane niczym modlitwa, utonęły w mirażach powierzchowności i bylejakości istnienia; przykryła je pustka obojętności, wycofania i zrezygnowania. Człowiek przestał stawiać pytania Bogu i własnej duszy. „Wspomnienie Boga, nawet bez sformułowania choćby jednego słowa jest modlitwą i pomocą”- przekonywał święty Barsanufiusz. Już nie tyle pandemia odbiera wolność i wywołuje tragiczny pesymizm, co świadomość niepewności jutra- „widmo wojny” której polem będą ludzkie dusze, poddane napierającym zewsząd niszczącym żywiołom. „Mówi się, że wszystko jest śmiercią, że świat jest zamieszkany przez martwe dusze… Bracia !”(M. Gogol). W jakiś trudno do zobrazowania sposób, ziemia na powrót staje się „bezładem i pustkowiem”- przestrzenią zmagania dobra ze złem; światłości z ciemnością; miłości z nienawiścią. Fenomenologia zła wykrzyczana ustami tych, dla których Bóg stał się niepotrzebną i uwierającą rozum ideą. Kimś przeszkadzającym w eksploatowaniu szaleńczo wolności. To jeszcze nie jest tak przygnębiające i zatrważające, jak bierność wierzących wobec zła ! Nie chcę w tym miejscu wskazywać źródeł tego tchórzostwa. Można to jedynie porównać do lęku biblijnego Jonasza, wobec misji którą powierza mu Bóg. Być może trzeba być wyplutym przez rybę, aby cokolwiek zrozumieć- poderwać się z paraliżującego marazmu i pójść do Niniwy. „Kto chce przemawiać do świata, musi najpierw słuchać Boga”(H. U. Balthasar). Spoglądam na świat i szukam w nim świętych zdolnych stanąć do walki z tymi, którzy zaciemniają światło i zacierają kontury prawdy. Być może potrzeba nam jeszcze mocnej niż w poprzednich stuleciach bohaterów, opieczętowanych miłością Boga i zdolnych do heroicznych czynów oraz ocalenia wartości pozwalających zachować resztki przyzwoitości i człowieczeństwa. Potrzeba kogoś na wzór wędrowca Eliego z filmu Księga ocalenia, zdolnego zachować dla tonącego w odmętach grzechu egzystencji, najdrogocenniejsze przesłanie: Słowo Życia- antidotum na wzmagający się zamęt i upadek człowieka. „Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem”- mówił Chrystus swoim uczniom kiedy ich myśli wydzielały zapach lęku przed podjęciem z odwagą przygody wiary. Święty Cyryl Jerozolimski w porywającej katechezie przekonywał katechumenów, że mają być atletami i żołnierzami Chrystusa: „Duch Święty daje wam broń do walki… Będzie czuwał nad wami jak nad własnym wojownikiem, wy zaś wytrwajcie na stanowisku przeciwko wszelkiej przeciwnej mocy.” Dzięki odwadze swoich dzieci, chrześcijaństwo staje się profetyczne, mesjańskie, charyzmatyczne, radykalne ewangelicznie i pełne szaleństwa miłości. „Kościół jest nocą, która staje się pełną blasku, piekielną przepaścią między stworzeniem i tym, co wieczne, nocą, która w Chrystusie staje się błogosławionym zjednoczeniem stworzonego i nie stworzonego, bogoczłowieczeństwem. Z przebitego boku ukrzyżowanego Boga wstaje jutrzenka Ducha. Odtąd w Chrystusie przestrzeń śmierci zmienia się w przestrzeń Ducha, ciężar lęku staje się brzemieniem wiary, a przez wiarę Boże światło napełnia człowieka”(O. Clement). Nie jesteśmy krzyżowcami walczącymi o zgliszcza kościelnej hegemonii, lecz świadkami wschodów słońca i wieczności które owe impresje zwiastują. Chrześcijanin jest tym który potrafi wzbić się na orlich skrzydłach, aby wyraźniej dostrzegać przestrzeń na której przyjdzie stoczyć mu bój o wszystko. Zmieniać świat to otwierać go na przebóstwienie i zbawienie. „Koniec cywilizacji nastanie wtedy, kiedy umrze ostatni wierzący w Boga”- rozmyślał proroczo Andrzej Tarkowski.