środa, 22 kwietnia 2026

 

Doświadczenie ostatnich dni jest dla mnie niezwykle trudne. Ma trochę racji Calvino mówiąc że „są tacy którzy skazują się na nudę przeciętnego życia, bo spotkał ich cios lub nieszczęście; ale są też tacy, którzy czynią to, bo mieli więcej szczęścia, niż mogli udźwignąć.” Piętrzące się wyzwania, naglące terminy i realizacje które już wiem, nie będą na czas. Wszystkiemu towarzyszy gorączkowe napięcie i przeciekanie czasu którego upływ jest niemożliwy do zatrzymania. „Wszystkie rzeczy rozpuszczają się w czasie”- twierdził poczciwy fantasta Lem. Presja tego, co zewnętrzne, uporczywe i nachalnie o sobie przypominające, wyzwala we mnie chęć ucieczki na peryferia – samotnię w której będę tylko ze sobą samym. Nic nie poradzę na to, iż mam naturę mnicha mogącego wlepiać godzinami wzrok w samotne drzewo, stojące na rozstaju dróg i dostrzec w jego rozczapierzonych gałęziach prawdę o innym z drzew które udźwignęło na sobie ciało cierpiącej Miłości. Uspokaja mnie natura w pełnym rozkwicie swych witalnych form – wielka „katedra piękna” – przez którą dotyka się horyzontów innego wymiaru świata. Zapach przyrody to jedna z odmian powabnej komunikacji. Alfabet który rozczyta bez problemu raczkujące dziecko. Obok tego błogosławieństwa drzew, tafli wody, kwiatów i pląsów ptaków, sztuka daje mi wytchnienie i wstrząsa mną tak intensywnie: oglądana, przeżywana, skrupulatnie trawiona w oku, buzująca na skraju umysłu, transcendująca banalną szarość zastygłej w przyzwyczajeniach egzystencji i towarzyszących jej konfliktów i pęknięć. Spontanicznie wyciągnięty album malarstwa z opasłej biblioteczki, utkwienie wzroku na fragmencie do tej pory niezauważonym, powątpiewanie i ostatecznie radość, która towarzyszy człowiekowi tęsknoty lub odkrywcy nieopisanych dotąd lądów. Nie potrafię sobie wyobrazić, że mógłbym nie wierzyć w Boga. To za mało sprowadzić prawdę o Nim, jedynie do szlachetnych dywagacji filozoficznych, będących czymś na kształt dobrze wyćwiczonego warsztatu intelektualisty - wykarmionego mądrością Biblii i pochłoniętymi setkami dzieł teologów, czy ukształtowanego przez rodzinny dom zatrzymanego w kadrze wspomnienia - podglądając oczyma dziecka rodziców zginających kolana i przedkładających Obecności najbardziej drobiazgowe sprawy własnego i niekiedy cudzego życia. To wyznanie człowieka który na co dzień mierzy się z duchową przeciętnością otaczających go ludzi i dziwi się ich brakowi wyobraźni, obojętności, czy zakorzenienia w czymś naprawdę ważnym – więcej zbawczym. Mozolna konfrontacja z marazmem duszy postępującym tak okrutnie, że strach pomyśleć o przyszłości i amplitudzie wrażliwości istot patrzących na ten sam horyzont krajobrazu, na którego widok pokolenia wiek wcześniej, doznawały poruszenia tak dogłębnie, że pchało ich w przestrzenie religii, a tym samym ku spotkaniu Misterium i Sacrum. Odbieram świat emocjonalnie, ale nigdy bez związku z Tym, który tchnął w niego pierwiastek życia, nasienie i zarys kształtu z którego objawiło się coś zupełnie nowego i intrygującego poznawczo. To ważkie myśli w kontekście rozlicznych inicjatyw ogłupionych ekoaktywistów, wieszczących planecie nadejście Armagedonu. Mój osiemdziesięcioletni wujek którego dwa dni temu odwiedziłem w domu na wsi, wyznał mi swój sen. Widział mnie w nim jak zbieram z pod drzew jabłka. To uszczęśliwiająca wizja ! Jestem spokojny o kształt jutra i życie którego siewki dokonuje ciągle rozrzutna w miłości dłoń Boga.