czwartek, 14 listopada 2019


Będę chodził w obecności Boga w krainie żyjących (Ps 115, 9).
Wyrazem ludzkiej tęsknoty za nieśmiertelnością i pokonaniem ujmującego lęku przed zapomnieniem są licznie zachowane cmentarze (coemeterium- miejsce spoczynku). „Prawdziwie godnym człowieka pomnikiem jest ziemia mogilna i drewniany krzyż”- pisał Rozanow. Być może miejsca odpoczynku naszych zmarłych mają nam o wiele więcej do powiedzenia, niż nam się tylko wydaje. Przestrzeń rozstania i niepamięci- wilgotnej gleby „łona ziemi”- staje się przestrzenią w której odczytuje się śmierć jako stan mistyczny, a przechodzenie jako wychodzenie naprzeciw odsłaniającemu się na horyzoncie poznania światu Boga. W wielu kulturach chowano zmarłych w pozycji embrionalnej, sugerując powtórne wyjście- narodziny. „Chrześcijaństwo jest religią prawdziwego wskrzeszenia”- przekonywał M. Fiodorow. Wydobycia z ziemi, przebudzenia, rozpieczętowania z kokonu oczekiwania na przebudzenie, snu śmierci i zapomnienia. W rumuńskiej miejscowości Sapinta, tuż przy granicy z Ukrainą znajduje się określany przez mieszkającą tam ludność „Wesoły Cmentarz.” Po raz pierwszy natrafiłem z zdjęcia tego miejsca, przeglądając jakąś monografię opisującą unikatowe przykłady krucyfiksów w różnych kulturach. Radosne kolorystycznie nagrobki tego miejsca zrobiły na mnie głębokie wrażenie. Ten pogodny cmentarz- stanowiący obecnie uczęszczane miejsce wielu turystów, opowiada o typowo rumuńskim- rezurekcyjnym podejściu do śmierci. „Śmierć jest tylko iluzją”- rozmyślał poeta M. Eminescu. Sen w miejscu które ma być namiastką raju. Jest tam miejsce dla każdego: rzeźbiarza, prostytutki, kramarza, czy batiuszki- wszyscy podążają ku jednemu, wytęsknionemu miejscu zbawienia. Wyraża ten nastój, jedna ze starych rumuńskich kolęd: „Raju, słodki ogrodzie. Nie opuściłbym już ciebie. Twojego słodkiego zapachu. Zapachu kwiatów. Płomienia gromnic.” Przestrzeń zadumy i milczenia wybucha euforią radości, której wyrazem są rzeźbione i mieniące się soczystymi barwami krzyże. Rumuni umierają tak jak żyją, pogodni i pełni duchowej wiosny. „Chrześcijaństwo jest dogmatem, mistyką, moralnością i wszystkim po trochu, lecz nade wszystko jest to sposób życia, wyjście, recepta na szczęście... To chrześcijaństwo jest wstanie dać pokój, pogodę ducha i wypoczynek. Pokój, szczęście”- twierdził rumuński teolog N. Steinhardt. Malowidła zdobiące każdy grób opowiadają o konkretnych ludziach, ich profesjach, pochodzeniu, związkach z najbliższymi, stając się pogodnymi i unieśmiertelnionymi w drewnie, za pomocą farb portretami. Eschatologiczny folklor w którym nadzieja splata się z życiem, a tęsknota za najbliższymi przyobleka się w optymistyczną modlitwę nadziei na spotkanie z nimi w przyszłości. Pod nimi usypana ziemia z której wyrastają kwiaty „które są niczym przebaczenie umarłych.” W taki sposób żywi antycypują już radość Paschy; przezwyciężają pustkę straty najbliższych, wiedząc że ich egzystencja ma swój finał w zmartwychwstaniu. Zasnęli, aby się obudzić w świecie otulonym promieniami słońca, zapachem kwiatów i tańcem aniołów podrygujących zwiewnie na liturgii wieczności.

środa, 13 listopada 2019


Dn 7,9-10.13-14

Patrzałem, aż postawiono trony, a Przedwieczny zajął miejsce. Szata Jego była biała jak śnieg, a włosy Jego głowy jakby z czystej wełny. Tron Jego był z ognistych płomieni, jego koła to płonący ogień. Strumień ognia się rozlewał i wypływał sprzed Niego. Tysiąc tysięcy służyło Mu, a dziesięć tysięcy po dziesięć tysięcy stało przed Nim. Sąd zasiadł i otwarto księgi. Patrzałem w nocnych widzeniach, a oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego i wprowadzają Go przed Niego. Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie.

Obrazy, które rysuje przed nami Prorok zadają się przerastać możliwości naszej wyobraźni- tego, co znamy i co odbija zwierciadło naszego poznania- fascinosum et tremendum. Tylko wizjoner jest wstanie przedrzeć się  przez zasłonę apofazy i zatrzymać wzrok na obrazie przemienionego i triumfującego Syna Człowieczego. „Pantokrator, w świetle swego przemienionego oblicza, odnawia pierwotne symbole, wyzwala Mądrość kosmiczną od jej smutku, prowadzi ją do rozżarzonej do białości ostatecznej przejrzystości” (O. Clement). Przedwieczny zasiadł na tronie historii- ogniskując na sobie spojrzenie przeobrażonego świata subtelnych bytów- utkanych ze światłości- wystawionych ku Źródłu Życia, niczym rośliny wychylające swe łodygi ku słońcu. „Paruzja sprawi, że piorunujące przyjście Chrystusa w chwale będzie oczywiste dla wszystkich- pisał Evdokimov. Paruzja będzie widoczna nie w historii, lecz ponad historią, co zakłada przejście do innego eonu: „wszyscy będziemy przemienieni” (1Kor 15,51). „Potem my, którzy pozostaniemy przy życiu, razem z nimi porwani będziemy w obłokach w powietrze, na spotkanie Pana” (1Tes 4,17). Eschatologiczny obraz proroka Daniela, zawsze nasuwa mi skojarzenie z rzeźbiarską wizją triumfu Chrystusa z romańskiego portalu opactwa Moissac. Pośrodku na tronie zasiada ukoronowany Chrystus, pełen hieratyczności i splendoru. Otaczają Go cztery symbole ewangelistów, ze swej strony flankowane przez dwa anioły z rozwiniętymi rotulusami w dłoniach. Są one jedyną wskazówką, że w tym momencie odbywa się Sąd Ostateczny. Resztę miejsca zajmuje dwudziestu czterech Starszych, po dwóch w górnym szeregu, po trzech w niższym, a pozostali siedzą poniżej wzburzonych fal morza pod stopami Chrystusa. Tympanon wspiera się na nadprożu, na którym wirują ogniste koła symbolizując infernalne ognie apokalipsy. Całość spoczywa na dwóch potężnych węgarach o osobliwym, falowanym profilu, skierowanym do wewnątrz, na których, na których znajdują się smukłe płaskorzeźbione postacie: św. Piotra i proroka Izajasza. Program rzeźbiarski w swojej katechetycznej funkcji implikuje wypełnienie się historycznego łańcucha wydarzeń, stając się profetyczną wizją, objawiającą moc i niczym nieograniczone panowanie Chrystusa kosmicznego. W obliczu misterium Paruzji, Objawienie pozwala uchwycić zdumiewający finał którego najpełniejszym akordem będzie uczestnictwo ludzkości w światłości bez końca. Chciałoby się zapytać za św. Izaakiem Syryjczykiem „Cóż to jest wiedza ? To doznanie życia nieśmiertelnego. A cóż to jest życie wieczne ? To odczuwanie rzeczy w Bogu”. Przyszłość naszego świata jest naznaczona stygmatami końca- „stworzenie jęczy w bólach”- oczekując pęknięcia kokonu czasu i wzlotu ku górze. „Człowiek, który jest wieczny w swojej najgłębszej istocie- powie M. Quoist- jest w naturalny sposób zorientowany ku przyszłości. Odosobnienie i ukierunkowanie na przeszłość należą do starego człowieka z upadłego świata. Czas teraźniejszy jest czekaniem na przyjście Syna Człowieczego, którego powtórne i chwalebne przyjście celebruje Eucharystia”. Przyjdzie i zajaśnieje niewyobrażalną światłością, ten blask oślepi wątpiących, a wierzących napełni weselem.

niedziela, 10 listopada 2019


Kto będzie na dachu, niech nie schodzi, by zabrać rzeczy z domu. A kto będzie na polu, niech nie wraca, żeby wziąć swój płaszcz. Biada zaś brzemiennym i karmiącym w owe dni! A módlcie się, żeby ucieczka wasza nie wypadła w zimie albo w szabat. Będzie bowiem wówczas wielki ucisk, jakiego nie było od początku świata aż dotąd i nigdy nie będzie. Gdyby ów czas nie został skrócony, nikt by nie ocalał. Lecz z powodu wybranych ów czas zostanie skrócony (Mt 24, 17-22).

W pierwszym odczuciu dzisiejsza Ewangelia napawa lękiem i niepewnością. Kiedy przebrniemy przez warstwy apokaliptycznego i zbudowanego z wielkim natężeniem przerażenia, dostrzeżemy światło zbawienia „siedząc na dachu.” Być chrześcijaninem to oddychać nadzieją- łapać zasysać żwawo powietrze, nieustannie być w drodze zbawienia, którą w trudzie trzeba pokonać, aby dojść do Źródła. Człowiek jest istotą tragiczną, ale wyzwoloną. Wbrew temu co głosił Epikur, że „Substancja tego ogromnego świata jest wydana śmierci i zniszczeniu”- chrześcijanie odkrywają horyzont nowej egzystencji. Pragną przyłożyć do ziemi ucho, „aby móc usłyszeć szmer ukrytych źródeł i niewidoczność kiełkowania” (J. Maritain). Przejście przez duchową pustynię, otwiera zmysły na niepoznane dotąd obszary obecności Boga. Pustynia zaczyna śpiewać dla tych, którzy widzą oczami duszy horyzont wieczności- skapanej w kroplach spadającego w darze światła. Wiara w ten świat musi się otworzyć na zmartwychwstanie. Wschód jest krainą Objawienia. Czas zaczyna się kurczyć, a pod stopami wypełnionego tęsknotą pielgrzyma zaczyna drżeć ziemia na której utrwaliły się ledwie zarysowane stopy Boga. Idziemy za Nim, choć może nie rozumiemy do końca sensu i celu tej włóczęgi. Żyjemy i poruszamy się w przestrzeni wiary- wątpiącej, nieporadnej, migotliwej niczym lampa oliwna lub głębokiej - intensywnej niczym żar ognia. „Światło pochodni jest obrazem oświecenia wewnętrznego” (Dionizy Areopagita). Chrześcijanin jest dzieckiem Dnia Ósmego. „Ów dzień rozświetlony jest nie przez materialne słońce, lecz przez prawdziwe światło- powie św. Grzegorz z Nyssy- słońce sprawiedliwości, które prorok nazywa wschodem, bo słońce to nigdy nie zachodzi.” Człowiek w pulsującym od nadmiaru łaski Ciele Kościoła, wychyla się niczym kwiat ku wschodowi Słońca- Tego, które wzeszło w poranek wielkanocny. Słońca którego świetlista aura rozpromieni twarze zmęczonych poszukiwaczy w dniu przeobrażenia- przeistoczenia świata w Królestwo Życia- Wieczność ! „Ten ósmy dzień jest figurą zmartwychwstania Chrystusa, które nastąpiło nazajutrz po szabacie; jest figurą chrztu, który jest początkiem nowej epoki i pierwszym dniem nowego tygodnia; wreszcie jest figurą ósmego dnia, który nastąpi po całym czasie świata” (J. Danielou). Człowiek wiary jest istotą na wskroś paschalną i apokaliptyczną, zorientowaną ku chwili odrodzenia i przeobrażenia. „Nie zapominajcie, że życie jest chwałą,” przekonywał Rilke. Każdy nasz krok który stawiamy, spojrzenie, słowo i gest- czyni z prozy życia liturgię tęsknoty- proroczą zapowiedź wydarzenia już zanurzonego w Bogu. Paschalna egzystencja Jezusa staje się darem odkupionej ludzkości. Na tę chwilę odczuwamy tę rzeczywistość na sposób sakramentalny jako przedsmak pełni istnienia. „Sakramenty są naszym pielgrzymowaniem do Emaus, do Eschatonu- pisał E. Schillebeeckx- Idziemy u boku Pana i choć Go nie widzimy, wiemy, że jest blisko nas.” Z każdym dniem jesteśmy bliżej wschodu Słońca. W dniu ósmym „Bóg bez zasłony zbliży się do człowieka, a człowiek w swej nagości do Boga”(G. Greshake). Bóg wyjdzie ku nam i przyjmie nas wszystkich. Katarakty serca się otworzą, z oczu popłyną zły szczęścia. Serce zabije jak uczniom w drodze do Emaus. Życie objawi się w całej pełni. Pustynia pełnego zgiełku miasta rozkwitnie i stanie się Rajem !

środa, 6 listopada 2019


Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy ukaże się Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale (Kol 3,3-4).

Listopadowe dni kierują spojrzenie nielicznych na tajemnicę przemijania i śmierci. Naiwne życie chwilą obecną odrywa nas od eschatologii. „Dlatego lepiej się nie narodzić”- pisał pesymistycznie Plutarch, niż „cierpieć czy umierać.” Być może jest to element wyparcia podyktowany strachem, chwilową ucieczką, nerwowym cofaniem wskazówek zegara do tyłu. Zgoła inaczej pisze święty Augustyn: „Czyż lęka się zboże tego, że je zwiozą do stodoły ? Przeciwnie ! Pragnie tego.” Chrześcijanie nie są tak bezradni wobec tej rzeczywistości. Nawet jeśli się o tym nie mówi głośno, to zetknięcie się z trudną prawdą o umieraniu- czyni z ludzi istoty wychylone ku innemu sposobowi egzystencji; bardziej pogodne, oswojone, przeniknięte nadzieją. Wbrew nowoczesnej filozofii proklamującej zmierzch śmierci i kult życia buzującego w ciałach, każdy człowiek zdaje sobie w pełni sprawę z tego, że finałem wędrówki jest śmierć.   Zdumiewają mnie słowa świętego Ignacego z Antiochii który w ostatniej drodze do Rzymu, gdzie czekała go śmierć na arenie, pisał: „Pozwólcie mi przyjąć czyste światło. Kiedy tam przybędę, będę człowiekiem świetlistym. Pozwólcie mi być naśladowcą męki mojego Boga. Jeśli ktoś ma Boga w sobie, niech zrozumie do czego dążę.” Istnieją również ludzie którzy nie mają łaski wiary, ich spojrzenie spowite jest nicością, pustką, bezsensowną szamotaniną z myślami (widzą jedynie koniec, po którym nie ma już nic- otchłań niebytu). Gdyby spojrzenie wielu napotkanych na drodze ludzi potrafiło wyjść poza granice tego świata, automatyzmy zmagazynowanej wiedzy, ciasnych przekonań, a nawet przeczuć, być może niepewność zostałaby rozpalona ogniem nadziei. Rozszerzające się od nadmiaru światła źrenice, dostrzegłyby kontury wieczności. „Na razie żyj pytaniami. Być może odległy dzień wzejdzie stopniowo, nie zauważając tego, zrodzi w tobie odpowiedzi”- rozmyślał poeta R.M. Rilke. Z drugiej strony pamięć o śmierci staje się niezwykle ważnym- medytatywnym elementem chrześcijaństwa. „Mamy ufność i chcemy raczej opuścić nasze ciało i zamieszkać z Panem”(2 Kor 5,8). Otwiera umysł i serce na inność świata „radość z obietnicy życia wiecznego i radości z tego życia, jej lekkości, jej uroku”(W. Rozanow). Kto potrafi pięknie i szlachetnie żyć, ten również będzie umiał przechodzić na drugą stronę spowitym szczęściem i bez obaw. „Człowiek jest kapłanem swojej śmierci”- pisał przenikliwie P. Evdokimov. Mowa tu o człowieczeństwie dojrzewającym do przechodzenia i spotkania z Bogiem. Jesteśmy ziarnem, które wpadając w ziemię umiera, a potem żyje. Tych, którzy obawiali się cierpienia i wkroczenia w objęcia śmierci, pocieszał św. Serafin z Sarowa: „Dla ciebie i dla mnie to będzie radość.” W ostatnich dnia nawiedziłem groby swoich bliskich. Trzeba pamiętać o pięknie cmentarzy przykrytych puchem jesiennych liści- sypialni w których wylegują się zmarli oczekując na zmartwychwstanie. Jakże piękna symbolika odsłaniająca wieczność, wyrażona w kamiennych  grobach z licznymi krzyżami i kwiatami; namiastką Raju do którego wszyscy ostatecznie zmierzamy. Zapalam znicze i odmawiam krótką modlitwę. Czasami chwilę milczę i pozwalam szumowi wiatru i kłębiących się liści złożyć modlitwę muzyki. Staram się nie tyle wspominać, lecz rozmawiać z nimi, uśmiechać się, żartem przełamywać posępność i nastrój otaczającej przestrzeni. Stojąc na mogiłą mojego ojca ze wzruszeniem wyznaję mu synowską miłość, z odwagą której mi brakowało kiedy żył tu na ziemi. Recytuję podniośle paschalny hymn zwycięstwa: „Chrystus powstał z martwych. Przez śmierć zwyciężył śmierć. Tym, którzy są w grobach życie dał.” Coś we mnie drży i duszę otwiera na życie. Tak wiele mam mu do powiedzenia i zazdroszczę, że patrzy na to wszystko za czym ja tak intensywnie wzdycham w nadziei. Odchodząc, żegnam się słowami Dostojewskiego: „Będziemy z Chrystusem.”

niedziela, 3 listopada 2019


Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie (J 11, 25)

Za oknem wiatr beztrosko przenosi liście z miejsca na miejsce. Deszcz delikatnie spulchnia ziemię, wypełniając kroplami wody jej spękane bruzdy. Natura zapada w powolny sen migotliwie rozświetlony coraz bardziej nikłymi przebłyskami słońca. Jesień ma swój urok i wprowadza w atmosferę zadumy nad sensem życia i jego przygodnością. Piękno kolorytu topniejących w istnieniu liści sugeruje człowiekowi nawet najbardziej śpieszącemu się o nieuchronności wchodzenia w śmierć. Poruszyły mnie kiedyś przeczytane słowa Tołstoja: „Zdumiewające jest, jak mogłem nie widzieć wcześniej tej wątpliwej prawdy, że poza tym światem i naszym życiem jest Ktoś, kto wie, po co istnieje ten świat, a na nim my, jak pęcherzyki we wrzątku, wyskakujemy, pękamy i znikamy.” Istnieje taki moment obumierania, aby na nowo odrodzić się w istnieniu przemienionym; naznaczonym poczuciem bezpieczeństwa i bliskości Kogoś nam dobrze znanego. Może wtedy łatwiej nam stawiać sobie pytania ważne i przenikliwe, niekiedy trudne. „Wiara w Boga to przede wszystkim pragnienie istnienia”(M. Unamuno). Rozmyślania natury egzystencjalnej i eschatologicznej wyrywają z bierności i skupienia na rzeczach naprawdę banalnych. N. Fidorow twierdził, że „kto szuka prawdy, zawsze wracać będzie do pytania o to, jak można przezwyciężyć śmierć.” Sergiusz Bułgakow sugerował że, śmierć jest cząstką życia, a nie życie cząstką śmierci. Wiara pozwala nam przekroczyć symboliczny horyzont niepoznania i trapiących duszę wątpliwości. „Nadzieja zawieść nie może”- dobrze to rozumieją chrześcijanie oswajając się z koniecznością ewentualnego przejścia przez bramę śmierci. Promień paschalnej nadziei przeszywa możliwość lęku i zwątpienia w potencjalność dalszego istnienia. Sartr twierdził, że śmierci nie można traktować pozytywnie. Marginalizował jej obecność i odsuwał na dalszy tor. Uważał – i to jest dramatyczne, że śmierć jest zniszczeniem możliwości tworzenia wartości przez człowieka i końcem jego wolności. Jakże to przeciwstawny i żałośnie pesymistyczny pogląd z tym, który proklamuje przez wieki chrześcijaństwo; ono szuka w świecie utraconego Raju z widokiem na Dom Boga. Ekscytujące pragnienie wejścia w komunię z Życiem ! Tak więc życie wieczne rozpoczyna się tutaj- w tej chwili i intensywnie antycypuje nadejście Paruzji. „Jest inny świat ? lecz jest on w tym świecie” (P. Eluard). Żyć opromienionym tęsknotą, ciekawością, wyczekiwać chwili kiedy Bóg rozwikła najbardziej skomplikowane dylematy i pochwyci mnie w momencie najbardziej dla Niego właściwym. Podnoszą mnie na duchu słowa M. Gogola: „Kto wierzy w światłość ujrzy ją.”

czwartek, 31 października 2019


W przeddzień uroczystości wszystkich Świętych, chciałbym scharakteryzować oblicza świętości. Sacrum- sanctus – świętość jest tą rzeczywistością która jednych zawstydza, onieśmiela, a jeszcze innych wprawia w zakłopotanie lub bulwersuje. „Twoje światło, o Chryste, lśni na twarzach Twoich świętych.” Świętość jest maksymalnym człowieczeństwem; transparencją i cudowną opowieścią heroicznych ludzi którzy zakochali się w Bogu do szaleństwa. Stali się oni lustrami w których Jego blask, miłość i piękno odbija się w całym bogactwie treści. Święci są wielkim i mieniącym się złotem „ikonostasem świątyni”, obwieszczającym obecność Chrystusa Przyjaciela i Zbawiciela człowieka. Miał rację Rudolf Otto, pisał jakby intuicyjnie (badając wyżyny duchowości) o mistykach których „nieśmiałość staje się oddaniem”- intymnością spotkania, powiewem Ducha w receptywnej, przeistoczonej Ogniem duszy. W starożytnym chrześcijaństwie każda wspólnota była „Kościołem świętych,” komunią przyjaciół Oblubieńca który otworzył ranę swego boku i rozlał obficie miłość. Agape społeczności przechadzającej się w radości paschalnej i obwieszczającej światu, że Pan żyje ! Świętość splatała się z prozą życia, przenikała tkankę rodzin, poszczególnych osób i emanując siłą dobra przemieniała życie tych, których oczy zagarnął blask przemieniającej światłości. „Miłość jest bezgraniczna”- jak powtarzał Mnich Kościoła Wschodniego. Ta bezgraniczność przyciągała rzesze kobiet i mężczyzn do radykalizmu ewangelicznego; wzlotu ponad przeciętność, świadectwa proklamowanego na dachach świata: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus.” Liturgia bizantyjska nazywa „apostołami apostołów” kobiety niosące wonności do grobu, pierwsze które spotkały Zmartwychwstałego i obwieściły o tym światu. „Cała teologia żywi się epoką sięgającą od apostołów aż po średniowiecze- pisał H.U. Balthasar- epoką w której wielcy teologowie byli świętymi. Tutaj życie i nauka, ortopraksja i ortodoksja interpretowały się wzajemnie, zapładniały się i rodziły jedna drugą. W nowszych czasach teologia i świętość rozwijały się różnymi torami, z wielką szkodą dla obydwóch.” Tylko męczeństwo- starożytne i współczesne- stało się pierwszą formą świętości nasyconego dynamizmem rezurekcyjnym Kościoła. Pierwsi chrześcijanie zignorowali śmierć, śmiali się jej w oczy. Obłaskawiali swoich prześladowców szaleństwem radości, oddania i przebaczającej miłości. Atleci ducha wymieniający między sobą pocałunek pokoju, aby w objęcia śmierci wejść pojednanymi z Tym, który umiłował ich do końca. Jakże potężne i wzruszające jest świadectwo młodej chrześcijanki Felicyty, która będąc wstanie błogosławionym nie bała się oddać swego życia. Miała być rzucona z rzeszą innych wyznawców na pożarcie dzikich zwierząt. Jakże głębokie są jej słowa świadectwa: „Teraz ja cierpię sama, ale tam będzie we mnie cierpiał ktoś Inny, gdyż ja będę cierpiała za Niego.” Męczennicy stali się ziarnami Kościoła rzuconymi w nieurodzajną glebę świata. Stali się „gronami winnicy Bożej, których winem pijany jest Kościół”(Rabula z Edessy).  W świętych Kościół staje się sakramentalnym wydarzeniem przejścia Boga- Jego obdarowania, charyzmatycznej dyspozycyjności, uzdrawiającej mocy, podniesienia z brudu grzechu. W zlaicyzowanym świecie świętość staje się tematem złośliwych kpin, uśmiechów, wątpliwości i niedowierzania. Patrzymy na świętość szablonowo- a na świętych jako wykadrowanych z ikon- legendarnych herosów, których niesie legenda mitycznej zgoła nadprzyrodzoności. Musimy zdjąć ten kostium pieszczotliwej wyobraźni.  Ponieważ oni byli nami, tak jak my możemy stać się nimi. Ludzie z krwi i kości- pełni słabości i upadków, które pokonywali niczym milowe kamienie w pocie czoła i łez. To ci, którzy ze swoimi brakami i karkołomnymi słowami, weszli w świat Boga i opowiadali o nim tak fascynująco- że życie innych zaczęło mienić się promieniami słońca. „To bardzo ważne, żeby istnieli ludzie, dzieła i miejsca, które pytają o tajemnicę egzystencji, o tajemnicę Boga”(O. Clement). Święci są obok nas, kiedy pokonujemy codzienną drogę do pracy. „Człowiek w innych ludziach”(B. Pasternak). Święci są wśród nas- matki i ojcowie, mnisi, duchowni, młodzi i starzy- pełni mistycznych doznań o twarzach świetlistych i sercach bijących delikatnością. Przed ich spojrzeniem nie można się schronić. Burzyciele sumień wyhartowani w ogniu cierpliwości i pokory. Cudowni ludzie, biegnący ile tchu pod prąd świata, których „życie wewnętrzne stanowi najgłębsze i najczystsze źródło szczęścia”(Edyta Stein). Potrzeba nam dzisiaj takich świadków, których życie będzie roztaczało aurę wieczności. Ludzie modlitwy dźwigający na swoich barakach świat i czyniący z niego wspaniałą katedrę ducha-  proklamujący Dzień Pański.  Uczymy się od nich nieporadnie życia godnego nieba.   

wtorek, 29 października 2019


Jest czas rodzenia i umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono... (Koh 3,2).

Przemijanie, kruchość i śmierć, będą stanowiły w najbliższych dniach dla wielu przechadzających się po cmentarzach ludzi- ważny temat do rozmyślania. Mądrość Talmudu powie: „Anioł śmierci ma mnóstwo oczu, nikt śmierci nie ujdzie. Gdy Anioł Śmierci otrzymuje zezwolenie, nie rozróżnia miedzy sprawiedliwymi i złoczyńcami.”Czas który tak intensywnie przeżywają chrześcijanie jest próbą wyzwolenia się z lęku przed śmiercią; jej paraliżującymi objęciami i nieuniknionym nadejściem w trudnym do określenia czasie. „Zatem to życie ludzkie wydaje się krótką chwilą, wszakże o tym, co nastąpi, nie wiemy zgoła nic” – prowokacyjnie wyzna Beda Czcigodny. Chcielibyśmy to odczucie wykadrować z czasu- porzucić, zapomnieć, wyprzeć, wyeliminować ze świadomości. Heraklit z Efezu przekonywał, „że jest w nas jednocześnie życie i śmierć, jawa i sen, młodość i starość, które wzajemnie się zmieniają.” Śmierć przychodzi nagle, niespodziewanie, skrada się i wdziera  jak złodziej w momencie dla niej najbardziej dogodnym, a dla człowieka zaskakującym. Konfrontacja z nią rodzi spektrum różnych postaw i odczuć. „Ponad wszystko inne boimy się teraz śmierci i zmarłych. Jeśli w jakiejś rodzinie ktoś umrze, powstrzymujemy się przed napisaniem do nich, przed udaniem się tam, nie wiemy, co o niej, o śmierci powiedzieć”- pisał A. Sołżenicyn. Myślę, że większość ludzi w pewnym momencie swojego życia podejmuje jednak twórczą refleksję nad tą rzeczywistością. Przychodzi to z wielkim trudem i często łzy przejmują rolę słów nakreślających towarzyszące ludziom emocje. Długo wypieramy ze świadomości jej obecność, ale przychodzi taka chwila w której nie można się do niej odwrócić plecami i schować niczym dziecko w bezpiecznym miejscu przeczekania. Wielu obawia się nadejścia tego tajemniczego gościa, przechodząc przez doświadczenie choroby, bólu, samotności, czy utratę wiary w obecność tych którzy powinni przy nas być, a ich nie ma. Jakże dramatyczne zdają się słowa Ciorana sytuującego człowieka pomiędzy śmiercią a wiecznością, tak upragnioną- a odległą: „Istnieje wieczność prawdziwa, pozytywna, rozciągająca się poza czasem i istnieje też inna, negatywna, fałszywa, która mieści się po jego  jednej stronie i ta w której giniemy daleko od zbawienia.” Ewangelia czytana przez chrześcijan w czasie otwiera serca i oczy na nadzieję pełną nieśmiertelności. Krzyż na który spoglądamy jest najbardziej dramatycznym znakiem śmierci, staje się jednocześnie kluczem otwierającym portal wieczności; wyjaśniającym tym samym prawdę o ludzkiej nieśmiertelności i przeznaczeniu do życia w Bogu. „Przez krzyż przychodzi na świat radość zmartwychwstania”- głosi z euforią paschalną jeden z tekstów liturgicznych. Po zwycięstwie Chrystusa na krzyżu, zdeptaniu paraliżującego świat lęku przed unicestwieniem –  chłodem i ciemnością śmierci, chrześcijaństwo postrzega wszystko w pełni życia- duchowej wiosny, gdzie w centrum Raju na nowo rozkwita drzewo życia. „Tylko chrześcijaństwo akceptuje tragizm śmierci i spogląda jej prosto w twarz, ponieważ Bóg przechodzi tę drogę po to, by ją unicestwić, a wszyscy idą za Nim” (P. Evdokimov). Thanatos już nie zagląda tragicznie człowiekowi w oczy, ale jest zawstydzony, bowiem odebrana została mu władza nad śmiertelnikiem. Lęk został unicestwiony bezpowrotnie. Ludzie podtrzymujący blask lampy oliwnej wejdą radośnie w świetlisty tunel; uczepią się skrzydeł anielskich i na skraju mroku ujrzą strugę światła, którą tak fantazyjnie wymalował Bosch. Człowiek wiary nie stoi już na krawędzi otchłani, widzi okiem wewnętrznym „miejsce ochłody, nasycenia i radości.” Proklamuje to troparion śpiewany w czasie liturgii Wielkiego Piątku: „W grobie ciałem, w otchłani duszą jako Bóg, w raju zaś z łotrem, na tronie z Ojcem i Duchem byłeś Chryste, wszystko napełniający, Ty którego żadne słowo opisać nie może.” Drogą chrześcijanina jest urzeczywistnione i przekraczające zawiasy czasu zmartwychwstanie. „W cudzie zmartwychwstania nie ma przymusu dowodu- powie M. Bierdiajew- nie można o nim widzieć, odkrywa się on temu, kto uwierzył i pokochał.” Wiara wyzwala z lęku i sprawia że z oczu spadają łuski, a horyzont który staje się dostrzegalny jest nowym porankiem w czasie którego wschodzi Słońce Życia. „I jak w Adamie wszyscy umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1Kor 15, 22).