czwartek, 5 czerwca 2025

 

Egzegeza polityki jest trudna, a kłopoty ze słusznym wyborem dotknęły każdą świadomą jednostkę o ile odkryła w sobie ważkość odpowiedzialności za jutro. „Deprymuje mnie jednak ta atmosfera społeczna, która sprawia, że podejrzliwość i brak zaufania stają się konieczne” – pisał jakby wczoraj Gustave Thibon. Każdego dnia wymieniało się niewiele prawdziwych słów, aż napompowany na siłę balon pękł. Wybory prezydenckie za nami, choć wrzawa po nich jeszcze nie opadła i zdaje się utrzyma się na jakiś dłuży czas. Układ sił politycznych się zmienił, a pewność domknięcia systemu przez obóz władzy spełzła na niczym – ku bolesnemu rozczarowaniu unijnych elit z lewej strony barykady. Polska niczym nadwyrężone żywiołami drzewo - pękło na pół - choć jedna połowa zdynamizowała się w obronie wartości i duszy narodu, nad którego przyszłością i losem czyhało mnóstwo niebezpieczeństw i zakulisowych rozgrywek. Jakże nieprzedawniona jest spostrzegawczość Wata: „Wiedza nasza o ludziach i czasach zyskuje na tym, że głównym przedmiotem psychiatrii jest nie chory, ale człowiek zdrowy w chorej historii, w czasie, który się obłąkał.” Sycylijska zasada Lampedusy, „żeby wszystko zostało po staremu” przedawniła się i straciła moc sprawczą. Po wyborczej nocy wielu zaniemówiło, a nawet zostało spowitych czymś na kształt histerycznie przeżywanej „żałoby.” Tęczowa flaga nie zawiśnie na Belwederze, a zieloni ekoaktywiści nie wdzieją luksusowych garniturów i nie rozsiądą się na lukratywnych posadach. Można wejść do miejsca pracy i zderzyć się z milczącą, a niekiedy wykrzyczaną pogardą wobec prawideł i reguł demokracji. Nierówna była potyczka dwóch kandydatów do prezydenckiego tronu. Za jednym stały potężne media i gigantyczne środki finansowe, mające zabezpieczyć wielopłaszczyznowo triumfalne zwycięstwo. Nawet po wylaniu szlamu pomówień, konfabulacji, notorycznego deptania –  godności kontrkandydata – zwycięstwo okazało się płochą iluzją i społeczną kompromitacją. „Jedno kłamstwo powoduje więcej hałasu niż sto prawd”- twierdził Berananos. Naskórek kłamstwa został zerwany i zabolał najmocniej tam, gdzie nikt się tego nie spodziewał. Retoryka pogardy i fałszu ustąpiła zdroworozsądkowej refleksji i dalekowzroczności. Niektórzy w fabrykowanej permanentnie podłości okazali się perfekcyjni, opłacając farmy trolli i różnej maści szkodników preparujących na zamówienie nieprawdę i piętrząc społeczny niepokój. Pretendujący do zwycięstwa, potykając się o zastawione przez siebie pułapki – okazali się nieudolni, cyniczni i śmieszni. Egoizm materialny, ideologiczna zachłanność i przepuszczona walka wobec wartości chrześcijańskich znalazła opór w ludziach dobrej woli. Najwyższa wartość chrześcijaństwa znajduje remedium na zepsucie i fałsz w wolności którą od zawsze przynosi Chrystus. W duszy człowieka drzemie tak wielka energia zdolna obudzić rzeczywistość do dojrzenia prawdy i podążenia za nią. Do najważniejszych spraw państwa w cieniu dziejącej nieopodal wojny, nie jest temat zabijania nienarodzonych dzieci, legalizacja związków partnerskich, czy różnej maści hedonizm redukujący człowieka do kogoś, kogo życie naznaczają najniższe instynkty – mające być potwierdzeniem rzekomej wolności człowieka, choć są w gruncie rzeczy niedostrzeżoną niewolą. Świat paradoksu który zdemaskował odlegle Dostojewski słowami Szigalewa: „Wyszedłem od założeń nieograniczonej wolności, a doszedłem do tyranii bez granic.” Bez znaczenia okazały się zwiotczałe wynurzenia tzw. „intelektualnych elit” próbujących za wszelką cenę utorować drogę władzy która przez długi okres czasu, oddolnie zabezpieczała ich partykularne interesy i wzajemne salonowe afirmacje. W dyktaturach – według przenikliwej diagnozy Orwella – wszystkie zwierzęta są równie, ale niektóre równiejsze. Z grubsza naszkicowałem natężenie tych kilku dni, których uwierająca ociężałość, stała się czymś w rodzaju kategorycznego imperatywu, milcząco wykrzyczanego przy plastikowych urnach i szepcie spadających na dno kart. Być może monolog jest jedyną formułą dotarcia do tych, którzy usadowili się w miejscu pełnym cieni i czekają jeszcze na poruszenie.

wtorek, 3 czerwca 2025

 

Czułe macierzyństwo i Czuła Dziewica– to najpiękniejsze określenie względem ikony Matki Bożej Włodzimierskiej. W tak wielu komentarzach na jej temat, słowo – czułość – wybrzmiewa najmocniej i rezonuje ponad warstwę estetyczną która bez wątpienia przyciąga zmysł wzroku. Milcząca Miłość którą w Niej inicjuje Paraklet. Anonimowy artysta wywodzący się ze środowiska bizantyjskiego, musiał być człowiekiem ogromnej wiary i miłości, iż potrafił stworzyć arcydzieło które oparło się naciskowi czasu. Prawosławie rosyjskie jest naznaczone obecnością ikon maryjnych z których szczególnie ta, spleciona jest z losami narodu i jego duchowej tożsamości. Jeżeli historia sztuki jest nabrzmiała od przedstawień Maryi, to ten wariant ikonograficzny jest rozpoznawalny poza granicami bezkresnego kraju, który tak pieczołowicie i ze wszech miar pielęgnuje kult dziewictwa i macierzyństwa. Ona rozświetla kraj w którym „najmniejsza przyjemność znajduje swoją karę, a człowiek łańcuchem przeklął swoje niewolnictwo.” Aura towarzysząca temu przedstawieniu ma wymiar mistyczny, w którym kobiecość emanuje kontrastowością i siłą szlachetnej prostoty. Złocistooliwkowa karnacja twarzy, zatrzymująca na powierzchni odczucie spokoju i niepewności zarazem. Święte zaskoczenie wobec dramatu Misterium. „Kobiecość to dar i los – pisał Turczyński – Coś niezmiennie stałego w tym nieustannie zmieniającym się świecie. Ona to wie. I właśnie tę wiedzę sygnalizuje Jej umykające spojrzenie, pochylenie głowy. Jej pełna napięcia twarz… Ona. Bogurodzica. Theotokos, Matka Boga. Pneumatofora. Nosicielka Ducha.” Jest tu silna sublimacja emocji, wobec których widz zostaje wciągnięty w coś, co jest poza czasem i przestrzenią. Obok tych odczuć, pojawia się stan wyciszenia i świętości – wykraczający poza język teologicznego objaśnienia rzeczywistości do której wejścia jesteśmy zaproszeni jakby ukradkowo i w tajemnicy przed zgiełkiem rozkrzyczanego zewsząd świata. Maryja nawiązuje kontakt wzrokowy, nie z dzieckiem garnącym się do matki, lecz z druzgocącą serce wizją przyszłości. Jej źrenica to jakby cienka zasłona, za którą jest światło nowego dnia stworzenia. Z drugiej strony, w tych oczach rysuje się przyszłość pełna cieni. „W chwili gdy mi się pojawiasz, moje serce miało całe niebo, aby je oświecić. Musisz drżeć, żeby się rozwijać”- nasuwają mi się słowa poety. Ból cierpiącej miłości Tego, dla którego przygotowany jest Krzyż – narzędzie kaźni i materia uświęcenia – rosochate drzewo błogosławieństwa, którego drzazgi będą drogocennymi klejnotami. Piękno oszpecone, zmiażdżone, przygniecione krzykiem tłumu domagającego się krwi Sprawiedliwego. Taka sceneria rysuje się w oczach Dziewicy, które jakby obawiały się spotkania ze wzrokiem małego Jezusa. „Oczy Matki bez przerwy towarzyszą losowi każdego człowieka i nic nie może zatrzymać porywu Jej matczynego serca”(P. Evdokimov). Jego prawa rączka próbuje objąć Ją za szyję, znaleźć punkt zaczepienia, oparcia, pulsu który synchronizuje się, czyniąc dwa naprzeciw obecne się siebie istoty – jednością, która w tym przypadku ma już wymiar transcendentny. Usteczka dziecka szukają zespolenia, a wdech i wydech powietrza jest jakby tchnieniem wieczności, czekającej na przebudzenie w czasie ostatecznym – muśniętym dłonią Ducha. Matka gestem lewej dłoni wskazuje na Syna, odsyłając do Źródła Miłości. Dłoń wyznacza również kierunek serca w którym miesza się niczym w drogocennej szkatule: siła miłości, pokory, zawierzenia, przyzwolenia, a nade wszystko cierpienia które ma wymiar odkupieńczy. Apokaliptyczna Niewiasta wyznaczająca nam drogę ku „niezachodzącym dniu Twego Królestwa.”

niedziela, 1 czerwca 2025

 

Słowa bowiem, które mi powierzyłeś, im przekazałem, a oni je przyjęli i prawdziwie poznali, że od Ciebie wyszedłem, oraz uwierzyli, że Ty Mnie posłałeś. Ja za nimi proszę, nie proszę za światem, ale za tymi, których Mi dałeś, ponieważ są Twoimi (J 17, 1-13).

Rzeczywistość która jawi się naszemu poznaniu jest tylko fragmentaryczna, częściowa, widmowa, nasycona ulotnymi spostrzeżeniami które uwikłane są w krosnach czasu i miejsca. Bóg postrzega rzeczywistość szerzej, wyraźniej, całościowo, nie pozwalając światu być na opak. Nie ma dla Niego zdarzenia które można opisać karkołomnym słowem: przypadek. Kiedy wybija właściwa godzina – staję błogosławioną i świętą – ponieważ w niej dokonuje się dzieło zbawienia i uświęcenia. „To dla Chrystusa zostało stworzone serce ludzkie, wielka szkatuła, dość obszerna, by pomieścić w sobie samego Boga. Dlatego tu na ziemi nic nas nie nasyci… Gdyż dusza ludzka pragnie tego, co nieskończone…, wszystko stworzone dla celu, a pragnienie serca – by wzbić się ku  Chrystusowi”( M. Kabasilas). Pękają stągwie historii,  a czas otwiera się na inny wymiar, pozwalając ujrzeć Męża Boleści zmiażdżonego cierpieniem, jako Żyjącego, którego moc odryglowuje bramy Otchłani i detonuje kamień grobu. To objawienie miłości Ojca która uzewnętrznia się w ikonie Chrystusa, przenikniętego energiami Ducha, które lada moment przenikną uczniów włączonych i zaproszonych do posługi świadectwa. Jakże wzruszająca i intymna jest modlitwa Jezusa zwrócona do Ojca, aby dzieło które zostało powołane i napełnione siłą Ewangelii – mogło być kontynuowane, aż do wydarzenia Pięćdziesiątnicy i Paruzji. Nie wszystkim jest dana tak klarowna konstrukcja myślenia o sprawach wiary i pewnościach, które osadzają się na kamieniach milowych nadziei i miłości. Na opłotkach są również i tacy, dla których Bóg zniknął z przestrzeni ich życia, „albo może nawet nigdy nie istniał. Obiektywnie, nasze wybory, złudzenia i fascynacje nie zmieniają niczego w Bogu. Bóg odrzucony, zapomniany, czy systematycznie ignorowany, pozostaje niezmiennie bliskim, kochającym Bogiem, który nie chce narzucać swojej obecności ani uszczęśliwiać swymi wzorcami piękna”- pisał J. Życiński. Pomimo tego, jest Bogiem pragnienia i daru, który jako najlepszą z propozycji tego świata, przedkłada każdemu tak – jak to uczynił najpierw względem uprzednio powołanych ludzi. Droga chrześcijanina jest wędrówką pełną duchowego sensu, nie wolną od błądzeń i upadków, ale drogą po śladach Mistrza z Nazaretu. W wieku przyszłym, twierdził Orygenes, „wszyscy znajdą spełnienie w Człowieku doskonałym i staną się jednym słońcem.”

piątek, 30 maja 2025

 

Wena namiętnego rozmyślania nad historią i jej materialnymi odpryskami towarzyszyła mi w tygodniowej włóczędze ulicami Krakowa wraz z moimi uczniami. Na ścianie galerii  Bunkier Sztuki mój wzrok zatrzymał się na słowach: „Notuj rzeczy, które widzisz i których nie widzisz… Podejmuj głębię wędrowca, filozofa i artysty, który żyje w każdym z nas.” Nie tylko sztuka staje się przyczynkiem do odwiedzin jednego z najbardziej urokliwych polskich miast, a nade wszystko aura miejsca która magnetyzowała mnie na wszystkich etapach mojej życiowej drogi. Mogę podpisać się pod słowami Josepha Conrada: „To w starym mieście grodzie królewskim i uniwersyteckim przestałem być dzieckiem, wyrosłem na chłopaka, zakosztowałem przyjaźni, zachwytów, myśli i świętych oburzeń…” Tak lapidarne rozważanie synchronizuje się w z oddechem architektury i topografią nieoczywistych miejsc do których się zagląda, przedzierając się przez tłum płynących – przypominających nieuregulowaną rzekę ludzi. Ocalić nutę przeszłości, wsłuchać się w zgiełk szeptów, dochodzących ze szczelin urokliwych kamienic na których czas pozostawił ślad obecności wieków do których wgląd ma naznaczony błogosławieństwem oczu, człowiek rozedrganej i podekscytowanej rzeczywistości. Siedząc na schodach gotyckiego przedsionka dominikanów, przeczytałem u Italo Calvino intrygujące zdanie: „Historii nie tworzą wielcy, ani mali ludzi, jest ona wprawiana w ruch podobnie jak świat roślinny, jak las, który przeobraża się na wiosnę.” Odsłania to dwie fundamentalne prawdy. Po pierwsze to odczucie sakralności historii, dostrzeżonej jako proces podniosły, który się dzieje mimowolnie wobec człowieka i jego mniej lub  bardziej tragicznego losu. Po wtóre to stygmat człowieka który próbując zachować pamięć o sobie pozostawia ślady siebie – niczym papilarne linie w przestrzeni dotykanej i domagającej się dotyku. Zanotowałem w moim szkicowniku tak wiele tych śladów które składają się na bajkowy i realny świat wyobrażonego miejsca. Przeszłość choć trochę zamieszkana ! Czasami pejzaż z narośniętymi niczym bluszcz mitami, wydaje się atrakcyjniejszym od historii skatalogowanej i zaszufladkowanej jak oznakowany artefakt na dnie archeologicznego magazynu. Opowiadałem moim słuchaczom o rzeczach które na pierwszy rzut oka ciężko dostrzec; wobec których trzeba zmusić do wysiłku wzrok i wyobraźnię, nie poddając się wabikom które na turystów zastawia dzisiejsze miasto z pokusami ogałacającymi przegrodę portfela. Poza grą dobrze wyszlifowanych słów, istnieje cały repertuar symboli – intrygująco ciekawy – wobec masowego człowieka z fast foodem ściskanym w dłoni. Tylko dzięki oczom wyprażonym w słońcu i stopom obolałym od nadmiaru kilometrów, można poczuć radość człowieka obdarowanego kulturą. Zmęczenie połączone z gibkością spojrzeń i myśli odnotowanych tak błyskawicznie, zachowując wszystko w najmniejszym detalu. Trudno jest wyliczyć kilometry które sugerował krokomierz kapryśnego zegarka. Topografia miasta i dziesiątki muzeów z setkami punktów rozszerzających soczewkę oka. Przestrzeń naszych impresji stanowi o naszej małej Odysei. Oglądając sztukę japońską, a dokładnie drzeworytów Kitagawy Utamaro, zrozumiałem poetycką formułę „przepływania świata” – przemijalności która nie jest obumieraniem, ale nieustannym rozkwitem – narodzinami. Poetyka spojrzenia wyrażona w słowach: „Zawsze patrz w stronę wschodzącego słońca, a nigdy nie zobaczysz cienia za sobą.” W Krakowie zatrzymaliśmy się w niezwykle gościnnym ośrodku prowadzonym przez franciszkanów i dzięki ich uprzejmości oraz charakterystycznej dla św. Franciszka ekumenicznej wrażliwości, mogłem w kaplicy tego domu celebrować Boską Liturgię. Byli na niej moi uczniowie dla których to był pierwszy i mam nadzieję, nie jedyny kontakt z Liturgią Wschodu. Choć przebierali z nogi na nogę, byli oczarowani odmiennością modlitwy zamkniętej w powtarzalnym wezwaniu: Κύριε, ἐλέησον. Wszystko stało się niezamierzonym promieniowaniem niewidzialnego Piękna. Odnaleziony świat pragnień i zatrzymań w którym jak pisał Merton: „Istnieją wody Siloe, które płyną w ciszy.” Wody obmywające zaprószony kurzem i niewiarą wzrok, oczekujący już jedynie na muśniecie Obecności.

sobota, 24 maja 2025

 

Idź, obmyj się w sadzawce Siloe… On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc (J 9,1 -38). Niedziela o ślepcu. Każdy z nas wcześniej czy później zostanie przyprowadzony do sadzawki, w której dokona się nasze obmycie oczu. Ten organ jest źródłem bezpośredniego doświadczenia Obecności ! Chrystus nakłada błoto na nasze oczy, abyśmy dostrzegli, iż jesteśmy ślepcami jesteśmy, potykającymi się o nasze grzechy. Bóg nie tylko dłońmi pieści wzgórza i piękno świata, ale również ludzkie oczy. Uzasadnienie dotyku jest proste: podniesienie tego, co upadło, odnalezienie tego, co zostało utracone, oczyszczenie tego, co zostało zabrudzone, rozjaśnienie tego, co zostało zaciemnione – jednym słowem Zbawienie. Droga bez sprawnego wzroku, jest stąpaniem po krawędzi urwiska, wyciąganiem odruchowo dłoni w nieudolnej próbie kroczenia ku wyznaczonemu mgliście celowi. Sądzę, że jedną z przeszkód które nie pozwalają nam być naprawdę sobą i odnaleźć własnej drogi, jest to że nie zdajemy sobie sprawy jak dalece jesteśmy ślepi. I nie uchodzi tu o o nasz fizyczny wzrok. Gdybyśmy wiedzieli, że jesteśmy ślepi, jakże usilnie szukalibyśmy uzdrowienia ! Prawdopodobnie szukalibyśmy zdrowia, jak ten bezimienny człowiek z Ewangelii. „Ślina Pańska służyła jako klucz do otwarcia zamkniętych oczu: uzdrowił oko i jego źrenicę przez wodę, z wody ukształtował błoto i naprawił zło”- tak skomentował ten akt św. Efrem. Ale tragedia na tym polega, że nie rozpoznajemy swej ślepoty, bowiem zbyt wiele rzeczy narzuca się naszym oczom, abyśmy mogli uświadomić obecność rzeczy niewidzialnych, na które oślepliśmy. Żyjemy w świecie rzeczy, zagarniają naszą uwagę i zawłaszczają dla siebie. Świat zewnętrzny żąda naszej uwagi –  Bóg zabiega o nas inaczej. Świat zewnętrzny sam nam się narzuca, a wewnętrzny kiełkuje niezauważenie i domga się percepcji duszy. Świat wewnętrzny może być odczytany, ale nigdy hałaśliwie nie zwraca na siebie uwagi.  Oślepieni światłem rzeczy zapominamy, że nie zawiera on tych głębi, które człowiek zdolny jest odkryć. Zderzamy się z wielorakimi rodzajami ślepoty, często będąc w złej kondycji duchowej, tłumaczymy sobie tym samym, zręcznie uspokajając sumienie, że nic złego się nie dzieje – to jedynie chwilowa zaćma. Pisze o tym doświadczeniu św. Grzegorz Wielki: „Kto więc nie zna blasku wiekuistego światła, jest ślepy; jeśli jednak nie wierzy w Odkupiciela, to jest tym który siedzi koło drogi. Ale gdyby miał wiarę i nie dbał o to, aby prosić o otrzymanie wiecznego światła, i nie modlił się, byłby podobny do tego, kto będąc niewidomym   siedząc przy drodze, ale wcale nie żebrze. Jeśli zaś wierzy i poznaje ślepotę swego serca, i prosi o odzyskanie światła prawdy, jest jak ten, kto będąc niewidomym żebrze siedząc przy drodze. Kto więc poznaje ciemności swej ślepoty, kto pojmuje, że brak mu wiecznego światła, niech woła z głębi serca, niech woła także głosem ducha: „Jezusie, Synu Dawida, zmiłuj się nade mną!" Bo z patrzeniem jest tak, jak to powiedział lis Małemu Księciu: „Widzi się dobrze tylko sercem, najważniejsze jest niewidoczne dla oczu".  

wtorek, 20 maja 2025

 

Przyglądam się uważnie światu z właściwą dla myśliciela irytacją. Stoję na rozdrożu, jak wygnaniec Dante „w życia wędrówce, na połowie czasu.” Materią od zawsze jest słowo, przemyślane i wykaligrafowane w trosce o nieuronienie spraw ważnych. Jakże groteskowe jest wyznanie zdeklarowanej katoliczki, iż odda swój głos na kandydata z lewicy, który to ostentacyjnie jest za aborcją i „piłowaniem” wartości chrześcijańskich. Włosy się jeżą na głowie, a na usta cisną się wióry zatrzymanych w locie przekleństw, wypluwane w odruchu zażenowania i buntu. Drażni mnie to, co dzieje się w polskiej rzeczywistości – od intelektualnego wyjałowienia mas – po politykę, która grzęźnie w oparach absurdu. Tyle czarującego kłamstwa wypełnia pory umysłów, ukształtowanych wedle uprzednio wyreżyserowanego spektaklu. Wirtuozi obłędu i szamani medialnych przestrzeni, szkicujący pośpiesznie twarze godne zaufania, które tak naprawdę są teatralnymi maskami za których splotem, kryje się szyderczy uśmiech orwellowskich świń, usadowionych przy krawędzi koryta i mlaskających przy fleszach kamer. Urojone królestwo szczęścia w którym tylko nieliczni stają dysponentami przywilejów i płynących z poddańczej wierności profitów. Ludzie są potrzebni do instalacji władzy, aby mogła pozostać na tronie i budować iluzję sukcesu, szczęścia i dobrobytu którego fiskalny paragon opada niezauważenie na dno śmietnika. Domknięcie systemu to marzenie tych, którzy w domyśle zaciskają już pętle na szyi narodu, który co boleśnie poświadcza historia, przez wieki buntował się przeciwko obcym wpływom i nieprzerwanie marzył o „szklanych domach.” Społeczeństwo zamiast gromadzić się wokół wspólnych spraw i interesów które będą zabezpieczały przyszłość następnych pokoleń, podąża w kierunku ideologicznych aberracji i inżynierii umysłów, wedle nowoczesnego „kolektywnego projektu” – mającego za cel wyhodować człowieka spolegliwego i pozbawionego własnego zdania na bieg zdarzeń i kształtu wolności – którą zastąpią odgórne dyrektywy salonowych decydentów z za brukselskich ław. Boję się Europy przebranej w jeden uniform ideologicznej poprawności, której nie może naruszyć słowo krytyki, bo takie będzie postrzegane w kategoriach uporczywie nachalnego „konserwatyzmu,” a co gorsza „terroryzmu” podkopującego autorytet narcystycznie Wielkiego „tęczowego i ekologicznego Brata.” Rządza unicestwienia realistycznego myślenia innych, stała się programową agendą wielu dykasterii „Europejskiego Państwa Rad” – odwołując się do zaprzeszłej nomenklatury naszego wschodniego sąsiada. Widziadło życia, które gorączkowo poszukuje tabletki przeciwbólowej, bo jakże w tym przeszywającym bólu istnienia można przetrwać tak ogłupiający czas. „Pośród wielu złudzeń, które nam czynią życie długim, godnym podziwu, cierpienia i walki, najsilniejsze są te złudy, którym za wszelką cenę – nawet za cenę samego życia – usiłujemy nadać pozory prawdy” – pisał odlegle ale jakże trafnie Wittlin.  Czy w tej mieszaninie dobra i zła, ktoś pochwyci do ręki sito i dokona przesiewu prawdy ? Myślę całym sobą i opieram się drapieżnie głupocie zalegającej niczym kurz na moich porozrzucanych na biurku książkach. Jakże trzeba sokratejskiej przenikliwości i odwagi, aby nie zwariować w tym wielkim kłębowisku iluzji i rozterek które wyczekują nieprzerwanie nadziei sensu. Świat człowieka jest sceną dramatów przez które trzeba przejść trzeźwo lub przeczołgać się z twarzą ku ziemi, aby nie poddać się widmom umysłu zniewolonego. Ostatecznie pocieszają mnie słowa Bierdiajewa: „W życiu nie ma niczego przypadkowego i zewnętrznego. Wszystko ma sens, wszystko coś znaczy, czyli jest znakiem z innego świata.”

niedziela, 18 maja 2025

 

Panie, daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać (J 4,5-42). Wielokrotnie próbowałem wyobrazić sobie scenę spotkania Chrystusa z Samarytanką. Przesuwa mi się w pamięci wiele obrazów malarskich, których wspólnym wyróżnikiem jest atmosfera niepowtarzalnej intymności i spontaniczności. W Ewangelii większość obrazów wypełniają szczelnie kłębiący się ludzie, którzy z ciekawości lub z chęci zobaczenia cudu cisną się wokół osoby Jezusa. Spotkanie przy studni wskazuje na bardzo indywidualne podejście Boga do człowieka. Samarytanka nic o przypadkowo napotkanym mężczyźnie nie wie, nawet jest zaskoczona i skrepowana Jego obecnością. Nie może się już wycofać i wrócić z niczym do domu. Pokazanie się w innej porze dnia byłoby dla niej niebezpieczne; już nie tylko poszybowałyby przykre słowa z ust innych kobiet, a może nawet kamienie poleciałby w jej kierunku. Chrystus doskonale zna jej historię. Wie czym się zajmuje, jaki jest jej status społeczny, a co najbardziej zaskakujące zna myśli ludzi na jej temat. Jest osaczona i musi skonfrontować się z prawdą. Nie można czerpać wodę ze „studni życia” przy jednoczesnym zakłamywaniu własnego życia. Jest grzeszna i potrzebuje „źródła wody żywej”. Nagle uświadamia sobie że jest w niej ktoś, kto zna ją od wewnątrz. „Skrucha wypływa z poznania prawdy” (T.S. Eliot). To spotkanie uświadamia nam niezwykle uniwersalne przesłanie. „Grzech pokrywa obraz Boga w człowieku nieczystością i zasłania go. Obraz Boga zostaje przykryty innym obrazem, który jest obrazem zwierzęcym, diabelskim. Pokuta oczyszcza i odnawia obraz. Cnota nadaje mu blask i piękno” (T. Spidlik). Chrystus wprowadza nieznajomą i bezimienną niewiastę w nawrócenie; bez tego dyskusja o obecności Boga w tym, czy innym miejscu jest tylko stratą czasu. Tą świątynią jest serce człowieka - miejsce spotkania, nawiedzenia, nasycenia życiem. „Wyszła zabrudzona, wróciła jako typ Kościoła nieskalanego. Wyszła i zaczerpnęła życie jak gąbką; wyszła niosąc hydrię, wróciła niosąc Boga. Któż nie będzie błogosławił tej niewiasty, a raczej czcił Kościoła, który wyszedł z pośród pogan i wziął radość i zbawienie ?”(św. Roman Melodos). Piękno, Dobro, Miłosierdzie stoi przed nią - w bliskości o której mogli sobie pomarzyć Prorocy włóczący się za Bogiem, czy wdrapujący się na wysokie góry, aby choć przez chwilę poczuć obecność Niepoznawalnego. Ile jest dzisiaj takich ludzi, którzy mówią że nie są spragnieni. Czy ich pragnienie Źródła wyschło ? Przy studni czeka Pan także na współczesne samarytanki. One doskonale wiedzą, że źródło istnieje, i szukają je, ale zapomniały, że bije ono z Tego, który nieustannie prosi, aby dać Mu pić. Źródło nie jest czymś urojonym, to człowiek jest zagubiony i zdezorientowany, ciągle przychodząc nie w porę. On ciągle czeka przy studni- Bóg tęskniący za człowiekiem. Dzisiaj Jego studnia jest Kościół- „miejsce pokrzepienia”- locus refrigerii- przedsmak Raju nawodniony miłością Zbawiciela. Kiedy nas swojej drodze życia spotka się Chrystusa, to pozostawia się swój dzban na brzegu studni i biegnie się ile tylko sił w nogach i piersiach, aby wykrzyczeć innym: „Czyż On nie jest Mesjaszem ?”