sobota, 7 listopada 2026

 

Pomimo pociechy jaką mi daje wiara, przeżywam dogłębnie uczucie osierocenia i starty. Wczoraj odeszła moja mama. Przestałem być dzieckiem: wyczekiwanym, kochanym, darem i towarzyszem tych najgłębszych rozmów i sekretów – jakie można po Bogu powierzyć matce. Na karcie została odnotowana przez lekarza przyczyna zgonu: „Zatrzymanie akcji serca i oddechu. Cukrzyca. Niewydolność nerek. Zapalenie płuc. Niezdolność oddechowa. Niezdolność krążenia.” Przez kilka dni towarzyszyłem Jej w tej „Drodze Krzyżowej” przy szpitalnym łóżku; dzieląc ból, mętne spojrzenia, utraty świadomości i cierpienie które mi sobie trudno wyobrazić a na które próbowałem reagować modlitwą. Uśmiechałem się jak mały chłopiec który wracając z przedszkola dopytywał: „Czemu jesteś smutna ?” Mama nie była smutna, toczyła być może największy bój swojego życia. Rozłąka ! Wróciłem do pustego domu, zderzając się z ciszą i przedmiotami które znam od zawsze. To miejsce jest teraz jak muzeum – pełne wspomnień i rzeczy – które od dziecka mi coś przypominają i stanowią dorobek życia naszych życiodawców. Dom bez rodziców. Dom bez matki jest miejscem ogołoconym. W pokoju mamy unosi się jeszcze jej zapach. Choć uprzątnąłem wszystkie rzeczy, to i tak wrył się w te ściany jakiś ślad. Pozostawiłem jeden sweter w który lubiła i się z nim nie rozstawała. Zniknięcie ukochanej istoty przynosi pustkę i chłód. „Nieobecność znaczy dokładnie nie-obecność tutaj, istnienie „gdzieś indziej,” jest to istnienie, które odwraca się plecami i patrzy gdzie indziej”- pisał M. Oraison. Jestem przekonany, że mama na mnie patrzy i się uśmiecha, ale tak materialnie i namacalnie brakuje mi jej. Rano z przyzwyczajenia wszedłem i zapytałem czy zrobić kawę, a tam zaścielony tapczan i cisza. Kiedy pozwolono mi ją zobaczyć w osobnym pomieszczeniu, zawiniętą w jedynie w prześcieradło. Wyglądała jak larwa która wleciała w arktyczny prąd powietrza. Blada twarz kobiety. W kieszeni płaszcza miałem pachnący olejek różany do błogosławieństwa. Uczyniłem znam krzyża na czole i wonność przeniknęła miejsce o którym się mówi szeptem lub wypiera ze świadomości. „Kiedy mówisz komuś: „Kocham cię” to tak , jak gdybyś mówił „Nigdy nie umrzesz” – twierdził Bloy. Cmentarz i powolnie poruszający się kondukt pogrzebowy. Przy śpiewie psalmów i błagalnych ektenii, odprowadziłem mamę do wyścielonej komnaty ślubnej, aby na nowo połączyła się z mężem i weszła do Raju. Nie mówię żegnaj, bo to chwilowa rozłąka. Do zobaczenia tam, gdzie wszystko jest przemienione i dotknięte promieniami Paschy Chrystusa !