piątek, 3 lutego 2017

Ps 27, 8-9

Będę szukał oblicza Twego, Panie.
Nie zakrywaj przede mną swojej twarzy,
nie odtrącaj w gniewie Twego sługi.
Ty jesteś moją pomocą, więc mnie nie odrzucaj.

Ten fragment Psalmu jakoś naturalnie odsyła moją percepcję ku rozlicznym „portretom” Chrystusa. Myślę to o licznych ikonach ukazujących Acheiropoiete- oblicze nie uczynione ludzką ręką, którego odpowiednikiem łacińskim było non manufactum, a słowiańskim nierukotworiennyj. To jeden z wielu tajemniczych obrazów kultowych które przez wieki przechowywało chrześcijaństwo w pamięci i malarskiej posłudze pędzla. „Obraz taki powstawał albo za sprawą cudu dokonanego przez niebo, albo przez bezpośredni związek z ciałem tego, kogo przedstawiał. W ten sposób odcisk stał się relikwią kontaktową.” (H. Belting). Najprościej mówiąc, Chrystus sam z siebie miał wolę aby pozostawić swój obraz- Oblicze. Nie będę w tym miejscu przywoływał mnóstwa narosłych legend które towarzyszyły zaistnieniu świętych wizerunków Chrystusa, ale pragnę skupić się na osobie sportretowanej. Towarzyszy mi głębokie przeświadczenie, że Chrystus odbił cudownie na chuście swoje oblicze. Dla chrześcijaństwa obraz jest konkretnym dowodem na podstawowy dogmat wcielenia Boga w człowieka, które powtórzyło się w ziemskiej materii płótna. Według przekazu Ojców Kościoła, sam Bóg w swej miłości do człowieka dostarczył widzialnego dowodu swej inkarnacji w postaci cudownego wizerunku, a tym samym uprawomocnił wykonywanie obrazów. Ewagriusz w swojej refleksji o historii kościoła określa prawdziwy portret Chrystusa z Edessy „wizerunkiem uczynionym przez Boga”- theographos typos. Stąd do dziś istnieje w świadomości Kościoła przekonanie o cudownym Obliczu Chrystusa- uobecnionym pięknie Boga. W ten sposób istnienie Świętego Oblicza niejako poświadcza historyczne istnienie Tego, który za życia pozostawił odcisk swego ciała, utrwalając w przekonaniu wierzących prawdę o tym, że On jest z nimi „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Nie musimy daleko szukać, w naszej bliskości jest ciągle do końca niezrozumiała i fascynująca tkanina z odciśniętym w trójwymiarze ciałem umęczonego mężczyzny. „Wyrafinowane metody badawcze pozwalają odkryć ślady oblicza na słynnym Całunie Turyńskim, którego tajemnica nie została rozwiązana pomimo prób ustalenia jego pochodzenia przy pomocy węgla C 14. Trudno jest kwestionować głębokie podobieństwo oblicza z całunu i obrazu Acheiropoiete. Jest to zależność dziwna i zdumiewająca” (M. Quenot). Miał rację prawosławny teolog Olivier Clement pisząc: „Ikona więc, poprzez sztukę powściągliwie „przemieniającą”, stawia przed nami osobową obecność na obraz Chrystusa, stającą się jakby sakramentem Boskiego Piękna. Ta obecność zaprasza nas do komunii”. Piękne Oblicze- rozświetlone boską światłością, które w Synu ma formę ludzkiej twarzy. „Przez Chrystusa cała nasza natura zostaje naprawiona ponieważ przedstawia On jako figura to czym my naprawdę jesteśmy”(św. Grzegorz z Nyssy). Tylko w taki sposób jesteśmy w nas samych rozpoznać twarz i spojrzenie Bogaczłowieka. „Ikona to jest antropologia, to jest teologia ciała ludzkiego”- przekonywał wielokrotnie Nowosielski. Nie można w pełni zrozumieć siebie bez odniesieniu do uobecnionego Piękna. Twarz Boga jaśnieje na twarzach profanów. „Człowiek ma wartość absolutną- mówił Lubac- ponieważ jego twarz oświetla promień padający z Oblicza Boga; ponieważ oddycha już wiecznością..” Człowiek nie powinien się lękać poznania Boga i słów zlepionych w modlitwę: Daj mi zobaczyć Twoją Twarz !

czwartek, 2 lutego 2017

Łk 2,22-40

Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. A Jego ojciec i matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”…

Święto obchodzone drugiego lutego wprowadza nas w dwie ważne tajemnice: spotkanie z Symeonem i Ofiarowanie w Świątyni Jerozolimskiej. Te dwie narracje są ze sobą powiązane w sposób nierozłączny; wyrażają prawdę o tym, że Bóg przychodzi do człowieka, a człowiek spotyka Boga. Dla mnie osobiście to Święto Światła- Syn Człowieczy „Bóg z Boga. Światłość ze Światłości” zstępuje w życie ludzi i rozszerza granice „Miejsca Najświętszego”, uobecniając się w całej pełni poznania. „Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli…” Mam taki swój własny rytuał tego dnia w czasie Eucharystii. Na początku liturgii, zanim nastąpi przewidziany obrzęd błogosławienia świec, zapalam na ołtarzu świecznik siedmioramienny. To mój symboliczny ryt stanięcia naprzeciw Tego, który jest Światłością świata. Czyż liturgia nie jest zstępowaniem światłości ? Miał rację św. Grzegorz z Nyssy mówiąc: „Zbliżając się do światła dusza staje się światłością”. Ofiarowanie to początek rozszerzającej się na człowieka i świat światłości. Jej eksplozją będzie późniejsze Przemienienie i Zmartwychwstanie. „Światłość Zmartwychwstania będzie spowijać Kościół- jak pisał o. Bułgakow- a radość paschalna i zwycięstwo nad śmiercią będzie go wypełniać”. Ten blask wieczności zapowiadał pokorny Symeon- człowiek oczekiwania i nadziei. „Duch Święty objawił mu, że nie umrze, zanim nie zobaczy Mesjasza Pańskiego”. Duch Święty rozświetlił jego zmysły, obdarował natchnieniem i wyreżyserował spotkanie, które stało się Epifanią ! „Poprzez Ducha Świętego poznajemy Chrystusa, Syna Bożego a przez Syna kontemplujemy Ojca” (św. Jan z Damaszku). Dlatego Święto Ofiarowania jest zarazem Świętem Objawienia, teofanią Słowa, które stało się ciałem; jest teofanią czterdziestego dnia. Ten podniosły fakt staje się źródłem do uwielbienia Boga; naszą radością spotkania: „My także radujemy się ze spotkania ze Zbawicielem”- wyśpiewuje podniośle kapłan w prefacji. „Jak Bogurodzica, Dziewica niepokalana, niosła w swoich ramionach Światło prawdziwe idąc na spotkanie tych, którzy pozostawali jeszcze w mroku śmierci, tak też i my oświeceni jego promieniami i trzymając w reku widoczny dla wszystkich płomień pośpieszajmy naprzeciw tego, który jest prawdziwym światłem…” (św. Sofroniusz). My jesteśmy w gronie uprzywilejowanych na których twarzach i duszach lśni blask obecności Pana. Stąd w tym dniu chrześcijanie przynoszą świece; pod tym symbolem wyraża się niezwykle istotna prawda: „Człowiek mający oświecenie osiąga wieczne szczyty, już na ziemi wszystko staje się cudem” (św. Grzegorz Palamas). Procesja ze świecami ma również swoją historyczną genezę. Papież Sergiusz I, kierując się zmysłem wiary, ustanowił, że Eucharystia sprawowana w Rzymie w bazylice Santa Maria Maggiore zostanie poprzedzona procesją, która będzie wychodziła z Forum Romanum. Procesja przechodziła uliczkami Rzymu, a wierni w rękach nieśli zapalone świecie woskowe- gromnice. „W X wieku na terenie Niemiec obchody tego święta rozpoczynały się błogosławieniem świec, a w wielu krajach święto przyjęło poetycką nazwę Matki Bożej Gromnicznej” (P. Rouillard). Ze Świętem Ofiarowania związany jest cały szereg pobożnych i przenikniętych prostą pobożnością ludu obyczajów. Pobłogosławioną w kościele świece przechowywano w domu, obchodzono z nią pola, zagrody, stodoły. Wylewano krople wosku na groby zmarłych, czy zatrzymywano się na chwilę przy pasiekach, aby pszczoły każdego roku wyrabiały ów szlachetny materiał. Świece umieszczano w domu wysoko na szafie lub na domowych ołtarzyku przy świętych ikonach czy dewocyjnych obrazach. Zapalano ją w chwilach niebezpieczeństw, podczas burzy, pożarów, choroby, wojny czy śmierci. Wkładano ją w dłonie zmarłego- niczym zaopatrując go w ostatnią drogę. Wszystkie te gesty świadczyły o tym, że człowiek nosił w sobie potrzebę bliskości Boga. Wszystko to stanowiło tęsknotę za życiem wiecznym, którego ślady odkrywało się już tu na ziemi. Miał rację Bierdiajew: „Człowiek niesie w sobie zupełnie odmienny świat, niezrozumiały do końca dla kogoś drugiego”. Ten człowieczy świat ostatecznie zostanie rozjaśniony w pełni ostatecznego spotkania z Chrystusem- spowitym blaskiem nowego eonu. Lux lucis et fons luminis Diem dies illuminas !

środa, 1 lutego 2017

Mk 6, 1-6

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony». I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Miejsca związane z dzieciństwem i dorastaniem odkrywa się z biegiem czasu inaczej. Powrotom do rodzinnego domu zawsze towarzyszy atmosfera święta; rozpamiętywania ważnych momentów w których to najbardziej banalne chwile przynoszą radość. Pewnie z takim samym bagażem emocji powracał Chrystus w swoje rodzinne strony; rozpamiętywał miejsca i sytuacje w swojej pamięci, przywoływał twarze bliskich mu osób. Te pogodne uczucia w jednym momencie zostają zmącone przez ludzkie i pełne opozycji lekceważenie. Jan pisał, że „nawet Jego bracia nie wierzyli w Niego”(J 7,15). Co za afront ze strony najbliższych. Jednym słowem uważali Go za szaleńca podszywającego się pod kogoś kim nie jest. Jednak Jego roszczeniom, by uznano Go za Mesjasza, przeciwstawiają pogardliwą odmowę. „Do Chrystusa zmierza wszystko w Starym Prawie” (Meliton z Sardes), ale oni nie byli wstanie wyjść poza szablon powszechnego myślenia i spróbować choćby założyć, że Ten który do nich przemawia jest kimś więcej niż synem cieśli. „Stworzyli w sobie pewien wizerunek Boga i jeżeli objawia się tak, jak oni chcą, to dobrze. W przeciwnym razie, odrzucają Go. Ich Bogiem był bożek i woleli sobie zachować bożka”. Złość połączona z płytką, fanatyczną wiarą przybiera na sile i rodzi agresję; jak się czegoś lub kogoś nie rozumie to najprościej chwycić za kamienie i rozwiązać problem po swojemu. Dlatego Go wypędzają i wyraźnie artykułują, że już więcej Go tu nie chcą. Jezus przechodzi między nimi, jest smutny, wygnany, ale nie uważa tej sytuacji jako porażki. To mądra lekcja w której wyraża się prawa, iż „nie rzuca się pereł pod wieprze”. Historia to opowieść o ludziach przyjmujących i odrzucających Boga. Będzie musiało upłynąć jeszcze wiele czasu, żeby ludzie o zatwardziałych sercach przybliżyli się do prawdy o Chrystusie. Dopiero jednak chrześcijaństwo pozwoliło w całym kształcie poznać osobę Pana. „Jeśli Chrystus jest Synem Boga i jeśli przyoblekliście się w Chrystusa- pisze św. J. Chryzostom- jeśli macie w sobie Syna i przeobraziliście się w Niego przez podobieństwo, to jesteście w pewnym sensie z Jego gatunku, a Jego pokrewieństwo z Ojcem stało się waszym. Nie masz już Żyda, ani poganina, niewolnika, ani wolnego, mężczyzny ani niewiasty. Wszyscy staliście się jedno w Jezusie Chrystusie”. Zatem życie chrześcijanina jest upodobnieniem się do Niego, uczestniczeniem w Jego życiu; a dokonuje się to najpierw przez poznanie i miłość. „Złączywszy nas w ten sposób ze sobą, tworząc we wszystkim jedno z nami, czyni swoim wszystko co jest nasze”(św. Grzegorz z Nyssy). Rozpoznać, ukochać i pójść z Nim !

 

wtorek, 31 stycznia 2017


Mk 5, 21-43

A pewna kobieta od dwunastu lat cierpiała na upływ krwi. Wiele wycierpiała od różnych lekarzy i całe swe mienie wydała, a nic jej nie pomogło, lecz miała się jeszcze gorzej. Posłyszała o Jezusie, więc weszła z tyłu między tłum i dotknęła się Jego płaszcza. Mówiła bowiem: «Żebym choć dotknęła Jego płaszcza, a będę zdrowa». Zaraz też ustał jej krwotok i poczuła w swym ciele, że jest uleczona z dolegliwości… A Jezus natychmiast uświadomił sobie, że moc wyszła od Niego. Obrócił się w tłumie i zapytał: «Kto dotknął mojego płaszcza?» Odpowiedzieli Mu uczniowie: «Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: Kto Mnie dotknął». On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła… Wtedy kobieta podeszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, padła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę. On zaś rzekł do niej: «Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju i bądź wolna od swej dolegliwości».

Ewangelia ukazuje wielokrotnie Jezusa w działaniu- posłudze miłości i uzdrawiania. To nie jest tylko zjawisko naszych czasów, że ludzie całymi grupami  cisną się jak najbliżej tych, którzy mogą im przynieść ulgę w cierpieniu. Często siedzimy godzinami na korytarzu przychodni lekarskiej i sama myśl o spotkaniu z kimś kto zaradzi naszej nędzy, przynosi nadzieję. A cóż dopiero być blisko Syna Człowieczego ? Podobnie zachowuje się kobieta z dzisiejszej Ewangelii. Nie zapisała się na liście oczekujących cudu, nie ma odwagi ustawić się w kolejce i spojrzeć w oczy Chrystusa. Pragnie zaryzykować i dyskretnym podstępem spróbować otrzymać łaskę uzdrowienia. W wersji Mateusza kobieta zakrada się i od tyłu podchodzi do Jezusa. Wie, że nie może się pokazać, odsłonić, uzewnętrznić tak bezpośrednio- twarzą w twarz. Jej choroba czyni ją nieczystą, a taka bliskość stanowi naruszenie żydowskiego prawa. Takie ujawnienie przed ludźmi byłoby aktem niezwykle ryzykowanym i być może tragicznym. Pomyślała zatem, że najlepszym rozwiązaniem będzie dotknąć się choć szaty Mistrza. Wystarczy ledwie dotknąć Jezusa- musnąć, ponieważ w Niego wierzę, ufam Mu, jestem pewna, że ten zwykły gest przyniesie pozytywny skutek. Pewnie nawet się nie zorientuje, że ktoś się o Niego otarł. „Można więc powiedzieć, że fizyczny wymiar gestu jest tu odwrotnie proporcjonalny do siły wiary, co jest naprawdę rzeczą wielką. To dzięki temu gest, czy kontakt może być minimalny, ale stanowić element znaczący” (A. Cencini). Została natychmiast uzdrowiona, ale nie obyło się bez ujawnienia anonimowej osoby. „Kto Mnie dotknął ?” Spróbujmy w tej chwili dostrzec twarz tej kobiety- wywołanej z tłumu. Trzęsie się ze strachu i zmieszania, a łzy wzruszenia żłobią policzki. „Wiara cię ocaliła”. Tak naprawdę to Chrystus pozwolił się dotknąć. Zanim tam przyszedł już doskonale wiedział, że będzie na Niego czekać ta właśnie kobieta. Tak jak wiedział, że poraniona przez liczne grzechy Samarytanka przyjdzie w południe do studni. W tamtej chwili On na nią czekał. Jakże ciężko nam zrozumieć pedagogię Bożej miłości- zbawiającego spojrzenia, dotyku miłości i wiary która potrafi rozkruszyć największy życiowy dramat. „W Chrystusie odkrywamy, że Bóg jest miłością- pisał Patriarcha Atenagorsa- a ta jest jednocześnie siłą przenikającą świat i ufnością, która naszemu wzrokowi nadaje pełnię widzenia”. Pewnie wśród nas są i tacy ludzie, którzy przenigdy nie odważyliby się, aby podejść tak blisko i chwycić choćby nitkę z szaty Pana. Świat doskonale zna ludzi chorych, dumnych i zasklepionych w swoim bólu. „Dotykamy wszystkiego i nic nas już nie może dotknąć”(P. Sequeri). Taka jest brutalna prawda; ludzkość cierpi w strasznych konwulsjach i nie potrafi zdobyć się na wyjście naprzeciw zbawiającego Boga. Wcale nie chodzi o otrzymanie uzdrowienia- fizycznego lub duchowego. Chodzi o poczucie bliskości Kogoś, kto jest wstanie przeprowadzić nas przez drogę cierpienia czy śmierci. „Chrystus przedłuż swoje cierpienie w chorobie ludzi chorych” (D. Staniloe). Pozwala tym samym doświadczyć wskrzeszającej i podnoszącej ku górze miłości Ojca. Jego dłonie niosą świat i człowieka, a usta wypowiadają w każdej chwili: Uwierz i bądź zdrowy !

niedziela, 29 stycznia 2017


Mt 5, 1-12a
Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył usta i nauczał ich tymi słowami: «Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy się smucą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy wam urągają i prześladują was i gdy z mego powodu mówią kłamliwie wszystko złe o was. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie».
Kazanie na Górze jest szczególnym momentem nauczania Jezusa. Tłumy podążają za Nauczycielem przemierzając Galileę i w drodze rozpoznając, że Ten za którym wyruszyli jest kimś innym niż wszyscy dotychczasowi nauczyciele. „Jakaś przejmująca tajemnica, niewytłumaczalna siła przyciągania tworzyła wokół Niego atmosferę miłości, radości, wiary… Jezus dostrzegał nawet drobiazgi życia codziennego. Wśród ludzi czuł się jak u siebie” (A. Mień). W Jego słowach jest żar który zstępuje wprost do głębi serc. Najbardziej zadziwiające jest to, że całe przesłanie Ewangelii zawiera się w owym kazaniu wygłoszonym nie w świątyni, ale plenerze. „Jest głęboki sens w tym, że przepowiadanie Ewangelii związane było z tą właśnie ziemią. Nowina o Królestwie Bożym rozlega się po raz pierwszy nie w zadymionych, dusznych metropoliach, ale pośród zielonych gajów i wzgórz, przypominając, ze piękno ziemi jest odbiciem wiecznego piękna Nieba”. Nietrudno zrozumieć, dlaczego starzec Zosima w powieści Dostojewskiego  Bracia Karamazow udziela takiego pouczenia duchowego: „Ziemię całuj i bez ustanku, bez końca kochaj ją, kochaj wszystkich, kochaj wszystko, szukaj zachwytu i uniesienia owego”. A co dopiero ziemia na której odcisnęły się stopy Chrystusa, a Jego słowo zapadło w glebę ludzkich serc. Nic tak nie porusza jak dwa szczególne momenty u początku działalności Pana: Kazanie na łodzi i Kazanie na Górze. Wyobrażałem sobie tę scenę wielokrotnie; wzgórze skąpane w słońcu, ludzie siedzący na trawie niczym w najpiękniejszej katedrze świata, a wszystko odbija się na dole w tafli jeziora Genezaret. Zresztą każdy ma prawo wyobrażać sobie to wydarzenie jak chce. Najważniejsze jest aby właściwie zrozumieć przesłanie Mistrza. W wersji przekazanej nam przez Mateusza możemy naliczyć osiem błogosławieństw- tzw. makabryzmów, które w ustach Nauczyciela nie są tylko zwykłymi życzeniami szczęścia, lecz stwierdzeniem pewnego stanu egzystencji który zostaje wypełniony Jego obecnością. Tam gdzie jest Bóg zstępuje Jego błogosławieństwo. Ewangelista stara się podkreślić nade wszystko transcendentny charakter posłannictwa Jezusa. Przemówienie rozpoczyna się od zdań paradoksalnych, z powodu których nazywamy je kazaniem. Jezus już we wstępie nakreśla, jakie są potrzebne przymioty moralne, aby wejść do Królestwa Bożego. Droga ta wymaga radykalnej rewizji własnego życia. Nauczyciel myśli całkowicie odwrotnie, niż zasady ówczesnego jak również naszego świata. „Bóg mówi „tak” tym, którym świat mówi „nie”. Bóg gratuluje tym, którym świat współczuje” (A. Pronzato). Błogosławieństw mają dwa punkty odniesienia: teraźniejszość i przyszłość. Szczęście nie jest wyłącznie stanem, który został osiągnięty w definitywnym królestwie, ale dotyczy również chwili obecnej. Błogosławieństwo jest możliwością aktualną, realizującą się dzisiaj. Oczywiście, jest to inne szczęście. Jego źródłem nie jest świat, lecz naśladowanie Chrystusa. Dla nas Ewangelia z pakietem „dobrych życzeń” stanowi nieustanne zaproszenie do odkrywania piękna chrześcijaństwa- wrażliwości dla świata i stworzeń, świadectwa miłości Boga. Błogosławieństwa są też sprawdzianem dla samych wierzących- demaskując ich braki i lęki. Obnażają to słowa wielkiego społecznika Mahatmy Gandhiego, który powiedział: „Gdybym brał pod uwagę jedynie Kazanie na Górze, nie wahałbym się stwierdzić: Jestem chrześcijaninem. Niestety, większość tego, co uchodzi za chrześcijaństwo jest zaprzeczeniem Kazania na Górze”. Błogosławieństwa są darem i programem życia, obyśmy nie wypaczyli przesłania Chrystusa.
 

sobota, 28 stycznia 2017

Mk 4, 35-41
Owego dnia, gdy zapadł wieczór, Jezus rzekł do swoich uczniów: «Przeprawmy się na drugą stronę». Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. A nagle zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała wodą. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: «Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?» On, powstawszy, zgromił wicher i rzekł do jeziora: «Milcz, ucisz się!» Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: «Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże brak wam wiary!» Oni zlękli się bardzo i mówili między sobą: «Kim On jest właściwie, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?»

Zakończył się dzień pełnej zaangażowania pracy duszpasterskiej uczniów. Apostołowie są wyraźnie zmęczeni, ale również szczęśliwi; liczne tłumy kłębiące się wokół Chrystusa, nadzwyczajne sytuacje i szczęśliwe twarze wracających do domu ludzi utwierdzają ich w przekonaniu, że bycie Jezusem jest niesamowitą przygodą. Ten święty spokój i wewnętrzny entuzjazm zostaje zmącony w czasie przeprawy łodzią. Wystarczy moment a zmienia aura i ludzkie poczucie komfortu zostaje poddane próbie. Jeżeli ktoś oczekuje w chrześcijaństwie stabilizacji i świętego spokoju, to scena na jeziorze jest doskonałym obrazem sytuacji wręcz przeciwnej. To nie jest wyimaginowany obrazy którym Ewangelia posługuje się, aby pokazać wielkość Chrystusa i dać lekcje pokory apostołom. Tu jest jakaś cząstka naszego życia: zmagań, wątpliwości, szamotaniny, zderzenia z twardą a czasami okrutną rzeczywistością. Odtrącamy najczęściej takie myślenie pocieszając się, że nas to nie spotka. A jednak wcześniej czy później to doświadczenie, staje się naszym własnym zmaganiem na „środku jeziora”. Czy nie stawiamy Bogu pytań kiedy w naszym życiu zaczyna się usuwać piach z pod nóg, czy gdy wszystko sypię się na głowę ? Kiedy przychodzi moment opuszczenia, bezradności, zakleszczenia w sytuacji nad którą nie mamy już kontroli, wtedy pozostaje nam wołanie o ratunek. Zasypujemy Boga lawiną pytań, oczekując, że na wszystkie udzieli nam odpowiedzi w tej chwili. W takiej chwili jesteśmy zniecierpliwieni, przerażeni i roszczeniowi. Oczekujemy rozwiązania sytuacji już teraz- natychmiast. W takiej chwili najtrudniej powiedzieć: bądź wola Twoja. Jedyne co można uczyć to wierzyć i zdać się na Boga. Prawdziwym chrześcijaninem jest, kto potrafi zaakceptować i udźwignąć wiele, akceptując przy tym często trudną wolę Boga. „Prawdziwym chrześcijaninem jest ten, kto nosi Chrystusa w swoim sercu”- mówił abba Leoncjusz. Jeżeli jest On w tobie, to najbardziej wstrząsająca sytuacja będzie wypełniona błogosławionym pokojem. Tutaj zawiera się również jakaś trudna do zrozumienia logika krzyża- cierpienia w które się wchodzi i trzeba się z nim skonfrontować.  Miał rację św. Antoni Wielki, mówiąc: „Prawdziwa radość pochodzi od Boga i dawana jest temu, kto siebie samego bezustannie zmusza, aby odrzucać swoją wolę, a we wszystkim wypełniać wolę Bożą”.  

piątek, 27 stycznia 2017


„Teologiem jest ten, kto potrafi się modlić”- to jedno z najpiękniejszych zdań wykutych przez Ojców Kościoła. Przywołuję to stwierdzenie za każdym razem kiedy spotykam młodych adeptów teologii, czy beztroskich poszukiwaczy Boga. Życie modlitwy, jej pulsacja we wnętrzu człowieka, czyni człowieka istotą napełnioną Bogiem. „W czasach inflacji słowa wzmagającej zgubne poczucie osamotnienia, jedynie człowiek pokoju modlitewnego może przemawiać do innych i wskazywać im Słowo- Oblicze, Spojrzenie, które stało się obecnością”. Teologiem jest ten, kto potrafi odkrywać Twarz Boga- Jego przemienione zmartwychwstałe Oblicze ! Nie trzeba być zorientowanym w psychologii czy zjawisku mediów, aby zrozumieć jak ważne jest spojrzenie- to zbyt mało, chodzi bowiem o dostrzeżenie. Żyjemy w kulturze spojrzenia fiksującego i nasycającego się wszystkim niczym gąbka. Chrześcijaństwo zawsze wskazywało na percepcję inną, na wskroś oczyszczoną; o wzrok przemieniony i obłaskawiony niewyraźnym konturem innego świata. Miał rację św. Teodor Studyta mówiąc: „Z obrazu Chrystusa przenosimy oczy ducha na nieograniczony obraz Boga”. Zatem głębia życia duchowego intensyfikuje się w palecie wrażeń na sposób obrazu. Do wiary zawsze łatwiej dotrzeć za pomocą „błogosławionej sztuki” w której wyraża się wzniesienie, szamotanina i poruszenie duszy chrześcijańskiej. „Kościół nie ma być miejscem, gdzie gromadzi się dzieła sztuki- pisze M. Rupnik- lecz powinien odzwierciedlać świat i ludzkość przemienione przez Chrystusa”. Doskonale to rozumieli pierwsi chrześcijanie kiedy doświadczenie wiary, wspólnoty i dokonujących się misteriów przenosili na ściany katakumb. Ich plastyczny język wiary uformowany w tyglu prześladowań stanowił nieprawdopodobnie silną i pełną ekspresji katechezę. Wszystko opowiadało o zbawczym działaniu Boga. Cały świat wokół nich wariował, a oni opowiadali o tym, że Bóg jest ocalającą rzeczywistość miłością. Często powracam do malowideł katakumbowych- do sztuki krzewiącej wiarę- jak ją określał Uspieński. Ona kształtowała nie tylko młody kościół Rzymu, ale również inspiruje po dziś dzień. Wychowałem się na podziwie bukolicznego, pięknego Pasterza niosącego również mnie na swoich ramionach. To mówiło mi o nieśmiertelności i witalności jaką jest chrześcijaństwo. Ta erupcja trwa nieustannie, jest tylko zgoła niezauważona. Pomimo, że chrześcijaństwo przestało być triumfalnym pochodem po ścieżkach świata, to ikonografia ciągle opowiada tak wiele; upleciona ze znaków i symboli, przyprószona antyczno-mitycznymi konstrukcjami przynosi powiew ewangelicznej nowości- niczym manifest wobec pogańskiego świata. Nasz świat też stał się na wskroś pogański. Od płytkiej pobożności trzymającej się w ramie tradycji, od bylejakości myślenia i postrzegania świata, rzeczywistość i sam człowiek szuka kurczowo ocalenia. Może potrzeba nam współczesnym zejść do katakumb i schować się na chwilę pod ziemią; odnowić świadomość i nasycić patrzenie nowym, świeżym impulsem. Dostrzec Chrystusa Zbawiciela- A i Q. „Dobry Pasterz z sarkofagów i katakumb nie jest obrazem i nie jest symbolem Chrystusa, jest natomiast widzialnym przedstawieniem myśli, że Zbawiciel zbawia, że przyszedł nas zbawić, że jesteśmy przez Niego zbawieni. Daniel w lwiej jamie także nie jest portretem Daniela, a znakiem tego, ze Daniel jest zbawiony i my jesteśmy zbawieni jak Daniel. Taka sztuka we właściwym sensie słowa nie może być nazwana sztuką. Ona nie przedstawia i nie wyraża, ale oznacza ogniste jądro, żywe słońce misteryjnej wiary, o którym świadczą męczennicy i pasterze tamtych wieków, nowo ochrzczeni poganie, obrzęd ich chrztu i sami wrogowie Kościoła” (W. Weidle). Malarstwo katakumbowe nie pretendowało do roli bycia sztuką, tak ją dzisiaj analizujemy i oznaczamy działem antyku chrześcijańskiego. Malarstwo to jest żywą kerygmą Kościoła- zwiastującego nową egzystencję. „Aby mogła się ona pojawić, należało obrazy i formy cielesne uczynić duchowymi, sztuka naturalistyczna miała stać się transcendentną- pisał A. Schmemann. To zapowiedziało ikonę- „Kolorową kontemplację Boga”. To nam uświadamia jedno paradoksalnie najważniejsze przesłanie. Wraz z wejściem Boga w historię człowieka, wszystkim zajaśniała Twarz Niepoznawalnego. Wracamy do punktu wyjścia- teologiem jest ten, kto potrafi widzieć !