czwartek, 30 marca 2017

Ps 106

U stóp Horebu zrobili cielca
i pokłon oddawali bożkowi ulanemu ze złota.
Zamienili swą Chwałę
na podobieństwo cielca jedzącego siano.

Kiedyś próbowałem wyobrazić sobie twarz Mojżesza schodzącego z góry po bezpośrednim spotkaniu z Bogiem. Jest już blisko obozu swoich współziomków i przed jego oczami rysuje się obraz zbiorowego bałwochwalstwa- ludzi w hipnotycznym amoku tańczących lubieżnie wokół odlanego ze złota cielca. Mojżesz pewnie przeżył taki wstrząs, że mało mu nie eksplodowało serce z rozpaczy wymieszanej z gniewem. Bez względu na to, w co wierzyli współcześni mu ludzie, on sam był głęboko przeświadczony, że lud Izraela winien oddawać cześć wyłącznie Jahwe. Taki sens miało i ma sześć hebrajskich słów, znanych pod nazwą Szema, które w przekładzie brzmią następująco: „Słuchaj Izraelu, Pan jest naszym Bogiem- Panem jedynym” lub „Pan i tylko Pan jest naszym Bogiem”, jest jeszcze trzeci wariant tego lapidarnego wyznania: „Pan i tylko Pan jest naszym Bogiem”. Tak brzmiał głoszony donośnie manifest religii wyznającej Boga, który płonął bezkompromisową, gwałtowną, namiętną zazdrością i żądał dla siebie wyłączności. Jak widać z tego opisu, lud również zapragnął czegoś dla siebie i na pewno nie kierował się mądrością, ani dalekosiężną roztropnością. Uczynienie cielca nie było zwyczajnym wybrykiem zrodzonym pod wpływem nudy i niemożliwości zobaczenia Boga. Nie można tego w żaden sposób wytłumaczyć, usprawiedliwić, nadać temu jakiś dyskursywny sens. Jakaś zbiorowa amnezja połączona z głupotą i rozwiązłością. Izrael wyszedł z Egiptu- miejsca niewoli, ucisku. Pan ich prowadził, wskazywał drogę, czynił cuda… Co w takim razie się stało ? „Niewielu zachowuje wdzięczność po otrzymaniu dobrodziejstwa. Większość dopóty pamięta o darach, dopóki z nich korzysta” (Seneka). Ten epizod ze Starego Testamentu jest mądrą lekcją również dla chrześcijan- szczególnie tych dzisiejszych. Nasza kultura jak nigdy dotąd nie była tak przeniknięta idolatrią. Świetnie to zjawisko demaskuje Erich Fromm „Wielbiciele bożków są zarówno wśród wierzących, jak i niewierzących. Uczynili oni z Boga- bożka, wszechwiedzącą, wszechpotężną istotę, sprzymierzoną z potęgami ziemskimi. Podobnie są też niewierzący, którzy wprawdzie nie uznają Boga, ale czczą idole (wielbione również przez ludzi wierzących); suwerenne państwo, sztandar, rasę, produkcję materialną i wydajność przywódców politycznych lub samych siebie”.  To niezwykle mocne słowa- obnażające człowieka, który nie tylko wytwarza sobie idole, ale również jest przez nie zagarniany. Prawdziwy Bóg nigdy nie ogłupi człowieka, a człowiek nie musi się przy Nim zachowywać jak niewolnik ogarnięty szaleństwem. Mądrość Talmudu powie: „Widziałem świat do góry nogami: możnych na dole, maluczkich na górze”. Mali nigdy nie przesłonią Oblicza Boga, to jest domeną wielkich których ukrytym pragnieniem jest być bożyszczem mas. Ilu jest ludzi którzy jak Goetz w sztuce Sartra wykrzykują: „Czy mnie słyszysz głuchy Boże ?” A kiedy nie potrafią już zrozumieć, że nawet Jego milczenie jest mową, to lepią są bożki. „Dzisiejsza cywilizacja- pisał współczesny teolog prawosławny- wcale nie występuje przeciwko Bogu, ale tworzy ludzkość bez Boga. Jak mówią socjologowie, „ateizm stał się masowy”, choć nie doszło do żadnego zerwania. Ludzie żyją na powierzchni samych siebie, tam, gdzie z definicji Bóg jest nieobecny”. Nie potrzebny jest im prawdziwy obraz Boga- ten sam o  który spytał Filip: „Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy. Odpowiedział mu Jezus: Filipie tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś ?”(J 14, 8-9). Współczesnym chrześcijanom nie przeszkadzają już w domach figurki Buddy, hinduskie symbole, okultystyczne amulety, murzyńskie maski, czy bałwochwalcze kadzidełka. Chodzenie do sklepów z ezoteryką stało się fascynującą modą, a porady wróżek są tylko „niewinną ciekawością” propagowaną przez cele brytów i nadającą życiu egzotycznego kolorytu. Jak w taki sposób chrześcijaństwo ma odsłaniać prawdziwą twarz Boga. Ten synkretyczny styl życia jest kompletnym zaprzeczeniem Ewangelii; utratą siły nad własnym życiem, kompletnym brakiem wyobraźni i lekkomyślności. Tam nie ma Chrystusa. Miał rację Marcel More, wystawiając opinię co poniektórym ochrzczonym poganom. „Słowa ludzi, którzy, nie wiedzieć, jakim cudem, znaleźli sposób, aby wygodnie rozsiąść się na Krzyżu, nie mogą mieć już żadnego oddźwięku”.

środa, 29 marca 2017




(J 5, 17-30) Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto słucha słowa mego i wierzy w Tego, który Mnie posłał, ma życie wieczne i nie idzie pod sąd, lecz ze śmierci przeszedł do życia.  
Od początku kształtowania się chrześcijaństwa priorytetowym zadaniem uczniów Chrystusa było głoszenie Dobrej Nowiny. W tym najważniejszym przesłaniu i żywych słowach Mistrza upatrywano jak najrychlejsze nadejście Królestwa Bożego. Kościół pierwotny był na wskroś przeniknięty tęsknotą za nadejściem „ósmego dnia” w którym to dokona się przeobrażenie wszystkiego. Pan przyjdzie i przeminie doczesna postać świata. Chrześcijanie zawierzyli słowom Mistrza, które były dla nich filarem i podporą prawdy. Już wczesnochrześcijański pisarz Atenagoras z Aten (II w.) głosił: „Powodem stworzenia człowieka jest jego wieczne bytowanie, a przyczyną wiecznego bytowania jest zmartwychwstanie, bez którego człowiek nie mógłby trwale istnieć”. Rozsmakowywano się w obietnicy przyszłej nieśmiertelności, rozpamiętując i przekazując braciom przekaz o paschalnym zwycięstwie Chrystusa. „Ostateczny dowód na to, ze żyjący w określonym czasie Jezus jest Chrystusem z dni ostatecznych, z końca dziejów, dało Zmartwychwstanie. Bez wiary w nie pierwsi chrześcijanie nie potrafiliby utożsamić obu postaci. Zmartwychwstając, Chrystus wykazał, że w Jego osobie Bóg dokonał ostatecznego osądu historii, a oczekiwana era eschatologiczna właśnie się otwarła. Przez powstanie Chrystusa z grobu nastąpił kres, ostateczność, spełnienie. Przyszło zwycięstwo w walce z potęgą zła i zaczęło realizować się finalne przeznaczenie do życia nieprzerwanego oraz wypełnionego wszelkim dobrem, światłem, sprawiedliwością i radością; w osobie powstałego z martwych Chrystusa ludzkość wraz z całym stworzeniem uzyskała takie życie”(J.D. Zizioulas). Pod tym względem futurystyczna eschatologia wpływała na intensywność przeżyć i towarzyszących im licznym wyobrażeniom. Chrześcijanie czuli podskórnie potrzebę mówienia i pisania o zmartwychwstaniu i czekającym na wszystkich Sądzie Ostatecznym. Z czasem ta pełna intensywności nadzieja na rychłe spotkanie z Chrystusem wygasła i w miarę upływania czasu z mniejszą lub większą intensywnością powracała w licznych dyskusjach, rozmyślaniach, czy sytuacjach naznaczonych dramatycznymi dziejami historii. Tak naprawdę Kościół nieustannie żyje prawdą o nadejściu Dnia Pańskiego- Sądzie nad ludzkością, ostateczną polaryzacją dobra i zła, stanięciem wobec absolutnej Prawdy. „Dzień ostateczny ma charakter szczególny: nie posiada żadnego „wczoraj”, ponieważ nie będzie miał żadnego „jutro”. Zamyka czas historyczny, ale sam nie bierze w nim udziału, nie znajdziemy go w kalendarzu, i dlatego nie da się go przepowiedzieć”(P. Evdokimov). Opowiadamy o sprawach które są niemożliwe do wyjaśnienia, można je jedynie rozważać w sferze ducha. Kościół nieustannie w modlitwie artykułuje pamięć o przyszłym zmartwychwstaniu, „to ono już dokonało się tu i teraz w „wiecznej pamięci Boga”, a ona jest nie tylko przyszłą, ale także teraźniejszą we wszystkich czasach” (K. Ch. Felmy). Słowa Chrystusa nigdy się nie zdezaktualizowały są świadectwem pamięci i miłości; wyrażają troskę o los świata i człowieka. Człowiek, który potrafi przezwyciężać grzech, potrafi równocześnie przezwyciężać wymiar śmierci i towarzyszącemu jej lękowi, nosi już w sobie życie wieczne, aczkolwiek wciąż jeszcze w sposób niewidzialny i niedostrzegalny. Powinno towarzyszyć nam nieustannie przekonanie po brzegi wypełnione nadzieją, że w chwili paruzji i eschatologicznego spełnienia dziejów cały świat stworzony osiągnie zjednoczenie z Bogiem. To zjednoczenie dokona się, lub raczej objawi w każdej z osób ludzkich, które uzyskały łaskę Ducha Świętego w Kościele”. Wypatrujmy piękna innego świata, nie zapominając, że ciągle ziemia po której stąpamy jest naszym przygodnym domem. Jedyne, co nam pozostaje, to wołać z Oblubienicą Kościołem: Pamiętaj o nas, wyryj nas w swej pamięci. Przyjdź !

 

wtorek, 28 marca 2017

5, 1-16

Było święto żydowskie i Jezus udał się do Jerozolimy. W Jerozolimie zaś jest przy Owczej Bramie sadzawka, nazwana po hebrajsku Betesda, mająca pięć krużganków. Leżało w nich mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już dłuższy czas, rzekł do niego: «Czy chcesz wyzdrowieć?» Odpowiedział Mu chory: «Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. W czasie kiedy ja dochodzę, inny wstępuje przede mną». Rzekł do niego Jezus: «Wstań, weź swoje nosze i chodź!» Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje nosze i chodził…

Sadzawka Owcza jawi się nie tylko jako miejsce rytualnego obmycia dla tych którzy byli naznaczeni licznymi chorobami. Betesdą jest również Kościół w którego łonie dojrzewa i rodzi się przez chrzest nowy człowiek. W Kościele starożytnym katechumen musiał rozebrać się do naga, żeby móc wejść do baptysterium i przyjąć Chrzest. „Podchodzisz zatem do świętego chrztu i najpierw wyzbywasz się swego odzienia” (Teodor z Mopsuestii). Musiał pozostawić wstyd i wszystko to, co pogańskie za drzwiami świątyni: „wyzucie się ze starego człowieka wraz z jego uczynkami”. Jest w tym akcie ewidentna analogia do ogołocenia na wzór Ukrzyżowanego Chrystusa. Będąc zanurzonym w matczynym łonie Kościoła człowiek zostaje „oczyszczony” i przez narodziny staje się nowym stworzeniem. Poganin staje się wierzącym; woda zaś w której został zanurzony staje się wodą wytryskującą ku życiu wiecznemu. Dlatego z pełną odpowiedzialnością św. Grzegorz przekonywał jeszcze niezdecydowanych na chrzest, słowami: „Jesteś poza Rajem, katechumenie. Dzielisz wygnanie Adama, naszego ojca. Teraz drzwi się otwierają. Wejdź tam, skąd przyszedłeś”. Pierwsi chrześcijanie a za nimi całe rzesze wyznawców uważały sakrament Chrztu jako wejście do Kościoła- upatrując w tym powrót do edenicznej harmonii Raju. Przypomina nam o tym ważnym aspekcie wspólnota przygotowująca się przez pokutę na przeżycie Paschy. Już w starożytności uważano, że Wielki Post jest czasem bezpośredniego przygotowania do przyjęcia sakramentów; była to „szkoła ćwiczeń gimnastycznych z trenowaniem i zaprawą”- jak uważał św. Jan Chryzostom. Cały ten czas służył przygotowaniu do bycia „zanurzonym w wodzie” niczym ryba. Novalis romantyczny poeta nazywał Boga „oceanem życia”, a chrzest jest niczym innym jak „nurkowaniem ku głębi”. Mowa tu o oceanie życia napełnionym łaską Chrystusa; z niej wychodzi ktoś zupełnie inny- przemieniony i o duszy rozpromienionej niczym najsilniej świecący neon. „W wodzie chrztu winno zatem utonąć wszystko, co dzieli nas od Boga. Z wody chrztu winien zmartwychwstać człowiek, który żyje z Chrystusem”. Większość z nas została zanurzona w tym Źródle. Ale czy został w niej utopiony stary nasz człowiek ? Mam ciągle przed oczami inskrypcję z wczesnochrześcijańskiego baptysterium w Moguncji, brzmi następująco: „Sala chrztu świętego… Chrystus obmywa tam w rzece grzech Adama”. Mój grzech.

poniedziałek, 27 marca 2017

Ps 30  

Sławię Cię, Panie, bo mnie wybawiłeś
i nie pozwoliłeś mym wrogom naśmiewać się ze mnie.
Panie, mój Boże,
z krainy umarłych wywołałeś moją duszę
i ocaliłeś mi życie spośród schodzących do grobu.

Odkrywam w tym fragmencie Psalmu ogromny potencjał duchowego optymizmu. Bóg jawi się jako Ten który wybawia z ucisku, niemocy, rezygnacji, rozterki, a nade wszystko z objęć śmierci. „Kto szuka prawdy, zawsze wracać będzie do pytania o to, jak można przezwyciężyć śmierć”(N. Fiodorow). Jest w tym przesłaniu jakiś silny akcent paschalny- Bóg wyprowadzający duszę z krainy umarłych, jak również towarzysząca tej trudnej do wyobrażenia chwili, przenikajaca wszystko radość. Czyż nasze spojrzenie nie jest skierowane już teraz ku wielkanocnemu zwycięstwu Chrystusa ? Natchniony Psalmista wprowadza nas w tajemnicę „Dnia Ósmego”, który jest już byciem w wiecznym „teraz” Boga. Protestancki teolog Jurgen Moltamann, odwołując się do wczesnochrześcijańskiej tradycji pisał, „że wraz z Wielkanocą rozpoczyna się śmiech odkupionych i taniec wyzwolonych”. Chrystus jest świetlistym wodzirejem- jak niezwykle wymownie ukazują Go bizantyjskie ikony- wyprowadzającym z Otchłani pogrążonych w śnie śmierci ludzi. „A Chrystus, wyciągając rękę, uczynił znak krzyża nad Adamem i wszystkimi świętymi i trzymając dłoń Adama, wystąpił z piekieł; i wszyscy święci poszli za Nim”- opisze to apofatyczne doświadczenie jeden z apokryfów. Syryjski pisarz Afraates ukazuje Chrystusa jako Wybawcę ogałacającego piekło „my mamy Jezusa za przywódcę  i Zbawcę. Mojżesz rozdzielił dla nich morze i sprawił, że przeszli przez nie. Nasz Zbawiciel otworzył piekło, połamał jego bramy, gdy zstępując w głębiny otworzył je i utorował drogę dla wszystkich, którzy mieli w Niego uwierzyć”. Zmartwychwstanie Chrystusa jest zwycięstwem, które eliminuje śmierć i człowieczy lęk przed nią.  Bóg jawi się zatem jako nasza „kraina spokoju”, bo w nim dusza doznaje spełnienia. W historii Izraela najważniejszym epizodem jest wyjście z niewoli ku wolności. Chrześcijaństwo przeżywa swoją euforię szczęścia w przebudzeniu ze śmierci do życia. Pascha !

 

niedziela, 26 marca 2017

J 9,1-41

Jezus przechodząc ujrzał pewnego człowieka, niewidomego od urodzenia… Jak długo jestem na świecie, jestem światłością świata. To powiedziawszy splunął na ziemię, uczynił błoto ze śliny i nałożył je na oczy niewidomego, i rzekł do niego: „Idź, obmyj się w sadzawce Siloe”- co się tłumaczy: Posłany. On więc odszedł, obmył się i wrócił widząc. 

 

Ewangelia dzisiejszej Niedzieli opowiada nam o niewidomym od urodzenia. My też jesteśmy „niewidomi” jeśli nie fizycznie to przynajmniej duchowo. Potrzebujemy bliskości Jezusa- delikatnego muśnięcia duszy i błota na oczach które zadziała niczym lekarstwo. Od pierwszego dnia Wielkiego Postu Jezus kładzie błoto na nasze oczy, abyśmy dostrzegli to, że nędzni jesteśmy i zasklepieni w sobie. Tak wielu ludzi jest jeszcze w mroku, nie pozwala się zagarnąć uzdrawiającej miłości Boga. „Za naszym biednym słońcem znajdziemy słońca nowe, zdumiewające. Niech nam jaśnieje” (G. Skoworoda). Dzisiejsza Niedziela przynosi nam radość i światłość- orientuje nas ku Słońcu które niebawem wzejdzie w wielkanocny poranek. Wszystko zdaje się być przeniknięte szczęściem. Wyraża to antyfona liturgiczna: „Raduj się Jerozolimo, zbierzcie się wszyscy, którzy ją kochacie. Cieszcie się, wy, którzy byliście smutni, weselcie się i nasycajcie u źródła waszej pociechy”. Połowa drogi za nami- tak blisko jest Pascha ! Nie bójmy się wejść w Chrystusową światłość- zaniewidzieć od nadmiaru światła. Poczuć na twarzy i sercu dotyk Jezusa.  „Niech moje łzy będą mi sadzawką Siloe, abym mógł w niej obmyć niewidome oko mojej duszy ! Wówczas ujrzę, Panie, Ciebie, światłości przedwieczna”- wyśpiewuje Kościół w Kanonie pokutnym św. Andrzeja z Krety. Wybiegnijmy pełni wdzięczności ku naszemu Panu, mówiąc: „Wierzę, Panie !” Na tym etapie naszej drogi jesteśmy już w pełni przekonani, że wiara w Chrystusa przywraca światu zmysł duchowego widzenia i pełnię życia. „Chrześcijaństwo- powie Sołowjow- nie jest tylko wiarą w Boga, lecz również wiarą w człowieka, w możliwość realizacji bóstwa w człowieku”. Dlatego na końcu ziemskiej drogi może nastąpić już tylko uchrystusowienie człowieka; spotkanie ze Zmartwychwstałym Panem. Kończę to rozważanie modlitwą pragnienia, słowami św. Dymitra z Rostowa: „O miłości czysta, szczera, doskonała ! O światło substancjalne ! Użycz mi światła, ażebym w nim poznał Twoją światłość. Oświeć mnie, żebym zobaczył Twoje ojcowskie serce. Daj mi serce, abym Cię kochał… Ty jesteś moim jedynym pragnieniem, moją pociechą, kresem wszystkich moich udręk i cierpień. Szukam tylko Ciebie, w Tobie jedynym jest moja radość i moje szczęście. Teraz, i mam nadzieję- na wieki”.

 

sobota, 25 marca 2017

Łk 1,26-38

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”…  

Wielu chrześcijan przeżywa zaskoczenie odkrywając, że w wielkopostnym kalendarzu przypada Święto Zwiastowania. Niekiedy Zwiastowanie jeszcze głębiej wybrzmiewa w swoich treściach będąc w bliskości tajemnicy Krzyża. Historia chrześcijaństwa rozpoczyna się wbrew pozorom w pierwszym- najbardziej intymnym Nazaretańskim Wieczerniku. Tam  dokonuje się pierwsze przyjęcie Boga przez człowieka; przyjęcie przez Kobietę- nową Ewę. To również nasza izdebka przyjęcia Boga. Jak pisał w swoim poemacie Gerard Hopkins: „Nowy Nazaret w nas, gdzie Ona dopiero ma począć, Jego poranek, południe i wieczór..” Intymność i niezwykłą głębię momentu zwiastowania oddaje nawet werset Koranu: „I oto powiedzieli aniołowie: „O Mario ! Zaprawdę, Bóg wybrał ciebie i uczynił czystą, i wybrał ciebie ponad kobietami światów.” Chrześcijanie poszli w swojej refleksji jeszcze dalej, bowiem teologiczne treści tego wydarzenia zawsze wiązali z cudem Wcielenia. Główne znaczenie tego obchodu i duchowych treści wybrzmiewających w liturgicznych celebracjach chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu było umocowane w przesłaniu Ewangelii św. Jana:   Słowo stało się Ciałem (J 1,14), i stało się w chwili, w której jak powie św. Paweł: „Bóg posłał swojego Syna, zrodzonego z Niewiasty” (Ga 4,4). Maryja sama będąc stworzeniem, została wybrana na Tą, przez którą Logos Stworzyciel zjednoczył się z ludzką naturą. Bóg wybierając Maryję nie tylko przeciwstawił ją edenicznej Ewie, ale nade wszystko dostrzegając Jej wiarę i miłość uczynił ją „Naczyniem Łaski” prezentującym grzesznemu światu Zbawiciela- nowego Adama. Wyrażają to słowa św. Grzegorza z Nyssy: „…za pierwszym razem Bóg Logos wziął proch z ziemi i ukształtował człowieka, ale tym razem wziął proch z Dziewicy, i nie tylko ukształtował człowieka, ale ukształtował człowieka wokół siebie samego”. Chrystus zatem przyszedł przez ciało Dziewicy, poczęty w sposób cudowny „z nasienia Ojca”. Syn Boży wszedł w świat, stał się uczestnikiem prawdziwego człowieczeństwa, samemu zaświadczając, iż został „zrodzony z Niewiasty”. Jeżeli zatem pierwszy człowiek Adam nadał swej żonie imię Życie- Hava, Zoe, to druga Maryja stała się w sposób najpełniejszy Matką wszystkich wierzących, dzięki wierze w Jej Syna. „Dlatego więc słusznie i zgodnie z prawdą nazywamy świętą Maryję Matką Boga- napisze św. Jan z Damaszku- A tytuł ten zawiera całą tajemnicę Wcielenia”. Dlatego chrześcijanie od początku Kościoła odkrywali w Maryi również własną Matkę i Orędowniczkę. Termin Theotokos był pradawnym i zaszczytnym tytułem, używanym by okazać cześć Maryi i dobrze udokumentowanym w najstarszych modlitwach. Wyrażają to słowa ciągle żywej modlitwy pochodzącej z III wieku a powstałej w środowisku koptyjskim: „Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelkich złych przygód racz nas wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona”. Zwiastowanie w cieniu Krzyża- ta korespondencja dwóch pozornie przeciwstawnych treści, stanowi jedno wielkie opowiadanie o Odkupieniu człowieka. Koncentruje spojrzenie Kościoła na Oblubienicy i Oblubieńcu- Maryi i Chrystusie. Ona była cichą, dyskretną towarzyszką dzieła swego Syna- „Droga”, którą Zbawiciel pokonywał aby dojść do ludzi. Z oddali brzmi w naszych uszach treść kontakionu Romanosa Melodosa: „Smutek serdeczny dotyka mnie, o Dziecię. I nie mogę znieść myśli o przebywaniu w moich komnatach, gdy Ty jesteś na krzyżu; Ja w domu, gdy Ty w grobie. Pozwól mi iść z Tobą ! Twój widok uśmierza mój ból. Na to odpowiada Chrystus: Porzuć smutek, Matko, porzuć go… Jesteś pośrodku mojej weselnej komnaty”. Ona była pod Krzyżem w największym doświadczeniu wiary i miłości- pełna ufności- widząc historię świata w miłości sączącej się z nabrzmiałych ran Jej Dziecka. „Ona cierpiała wraz z Synem, i doświadczała duchowo Jego śmierci” (H. Balthasar). Otulona blaskiem wielkanocnego poranka przytula Kościół czyniąc go swoim Nazaretem- miejscem Zwiastowania, Wcielenia i Zmartwychwstania. 

piątek, 24 marca 2017

Oz 14, 2-10

Tak mówi Pan: «Wróć, Izraelu, do Pana, Boga twojego, upadłeś bowiem przez własną swą winę. Zabierzcie z sobą słowa i nawróćcie się do Pana! Mówcie do Niego: „Usuń cały grzech, a przyjmij to, co dobre, zamiast cielców dajemy Ci nasze wargi. Asyria nie może nas zbawić; nie chcemy już wsiadać na konie ani też mówić: nasz boże do dzieła rąk naszych. U Ciebie bowiem znajdzie litość sierota”. Uleczę ich niewierność, szczodrze obdarzę ich miłością, bo gniew mój odwrócił się od nich. Stanę się jakby rosą dla Izraela, tak że rozkwitnie jak lilia i jak topola zapuści korzenie. Rozwiną się jego latorośle, będzie wspaniały jak drzewo oliwne, woń jego będzie jak woń Libanu.

Ozeaszowe przesłanie w sposób niezwykle aktualny wybrzmiewa w czasie Wielkiego Postu: To wszystko, co nie jest Bogiem, może stać się bożkiem. Nie tylko Izrael w swojej barwnej historii zrywał przymierze i okazywał się wiarołomną nierządnicą. Przesłanie tej księgi nie straciło ani trochę ze swojej aktualności. Chrześcijanin też może być grzeszną Gomar- jeśli nie w całkowitej niewierności, to przynajmniej w jakimś fragmencie własnej duszy. Prorok Ozeasz nakreśla portret każdego z nas- kogoś najbliższego Bogu, a co najgorsze w pewnym momencie sprzeniewierzającego się również Jego miłości. Rosyjski filozof Bierdiajew próbuje przekonywać współczesnego człowieka: „Człowiek żyje w niewoli, dość często nie będąc tego świadomym, a czasami nawet z lubością”. Natomiast „człowiek wolny powinien czuć się umieszczony nie na skraju uprzedmiotowionego świata, lecz w centrum świata duchowego”. Wchodzimy tu zatem w tajemnicę ludzkiej wolności- niejednokrotnie tragicznej, roztrwaniając bezmyślnie miłość i szukającej pociechy w świecie naznaczonym grzechem oraz pustką. Jak mówił Dostojewski: „Człowiek jest nieszczęśliwy tylko dlatego, że nie wie, iż może być szczęśliwy”. Dopiero wyjście na pustynię pozwala odkryć w głębi własnego serca prawdę, że Bóg kocha mnie nawet w moim grzechu. Przez pokajanie i opłakiwanie własnych grzechów dokonuje się radykalna przemiana duchowa. Miał racje św. Jan Klimak: "Pokajanie jest córką nadziei i odrzuceniem rozpaczy".W pewnym momencie odkrywamy prawdziwe oblicze miłującego Boga- czułe ojcostwo, pełne cierpliwości i oczekiwania na powrót poranionego przez bezmyślną niewierność dziecka. Bóg jest miłością ! To nie jest ktoś urojony, pełen mściwości deptacz człowieczego życia. „Grzesznik jest skarbem Boga, którego On nigdy nie odrzuci w ciernie przydrożne” (Ch.Peguy). Na pustyni nawet prostytutka może się zrodzić jako święta. „Prawdziwy początek znajduje się na końcu” (M. Bloch). Nie ma straconych szans, jak również przysypanych rozpaczą powrotów. Zawsze może być dobry moment na powrót, na spulchnienie serca Rosą. Odnaleziony i przywrócony Miłości człowiek zaczyna uświadamiać sobie, iż Bóg w jego sercu wydrążył przestrzeń dla miłości. „Rozłupał skały w pustyni i jak wielką otchłanią obficie ich napoił. Wydobył ze skały strumienie i wylał wodę jak rzekę” (Ps 18,15-16). Jest to ostateczny akt Bożej miłości, wyrażający się w fascynującej metamorfozie ducha: „Zbawiam cię, ponieważ cie miłuję”.