Świat w którym przyszło
nam żyć jest światem ludzi sukcesu- zarozumiałych karierowiczów, dla których
nie istnieją żadne granice w drodze do osiągnięcia własnego celu. „Świat jest
wstanie letargu; śpi pogrążony w grzesznym śnie”(św. Jan z Kronsztadu). Rzeczywistość
należy do silnych, przedsiębiorczych, pozbawionych wahań i emocji- „gigantów
kreatywności,” próbujących urządzić świat jak wielką idealnie funkcjonującą
korporację zapewniającą liczne profity. Ludzi bez wyrazu, pozbawionych
uśmiechu- eksploatujących do granic możliwości rzeczywistość. Słowa Jezusa o
pokorze rezonują w świecie dusznych pragnień, krótkowzrocznych podniet, egoistycznych
i narcystycznych impulsów. W mądrości chasydów jest opowieść o ludziach którzy
mają swoje wyznaczone miejsca. Pewien uczeń pytał mędrca: „Dlaczego więc
ludziom jest niekiedy tak ciasno ?” Nauczyciel odparł: „Bo jeden chce zająć
miejsce drugiego.” Zagubił się człowiek współczesny i stracił z horyzontu
najbardziej fundamentalne ludzkie wartości: pokorę, małość, wrażliwość,
delikatność, współuczestniczenie w egzystencjalnym bólu innych. W tych filarach
humanistycznej wielkości- dostrzega dzisiaj jedynie słabość- anachronicznej i nieprzystającej
do świata jednostki. Ludzie pierwszego miejsca zapomnieli, że w kolejce po
wieczność, ci ostatni będą najbardziej uprzywilejowanymi- ponieważ, nie
stracili ze wzroku brata, nie opróżnili serca
z miłości, nie sprzedali własnej duszy w imię popularności i poklasku. „Pokora
rodzi olbrzymów”- pisał Chesterson. Tworzy ona ludzi o sercu pojemnym,
promieniującym dobrocią i łagodnością- cechami które podcinają nogi tym, którzy
widzą jedynie czubek własnego nosa. Chrześcijanie są pokornymi osłami
dźwigającymi ciężary świata który zmierza ku bankructwu miłości. „Pokora nie
jest tylko warunkiem autentyczności i prawdziwości cnót, lecz także warunkiem
przemienienia w Chrystusie. Ale ma ona w sobie wysoką wartość, nadaje
człowiekowi piękno”(D. Hildebrand). Chrześcijaństwo pomimo licznych
przeciwności, winno iść drogą posłuszeństwa i pokory; promieniować
niewzruszonym spokojem i odwagą przeciwstawiania się wszelkim przejawom
pomniejszania innych. „Pytaj serca- pouczał św. Augustyn- Jeśli jest pełne miłości,
masz w sobie Ducha Bożego.” Masz w sobie siłę, aby pójść pod prąd !
niedziela, 29 września 2019
piątek, 27 września 2019
Istnieje słuszne
przekonanie że artysta powinien pozostawić po sobie już inny świat-
rzeczywistość napełnioną głębią maksymalnego przeżywania życia. Niczym
boomerang powraca do mnie pytanie francuskiego konceptualisty Bena Vautiera: „Dlaczego
sztuka nieustannie się zmienia ?” Przemiana jest pewnie nieunikniona, ale
niepokojące są wewnętrzne procesy- oderwania od tego, co najbardziej
fundamentalne i dynamizujące jej rację istnienia. Żyjemy w świecie gdzie kultura próbuje się
oderwać od swych liturgicznych i teologicznych źródeł istnienia. „Pan artysta
świat buduje nie z atomów lecz z odpadków”- z poetycką nutą i przewrotnie pisał
Z. Herbert. Artyści zbyt łatwo poddali się pokusie alienacji, osamotnienia,
paraliżującej wnętrze pustki, zagłuszanej krzykiem dekadencji. „Impulsem sztuki
nowoczesnej jest często pragnienie zniszczenia piękna”(B. Newman). Destrukcja,
wulgarność i szokowanie stały naiwnymi metodami współczesnej, niczym
nieskrępowanej kreacji wyzwolonego człowieka. „Sztuka awangardowa stała się
nawykiem, martwą literą o niewielkich konsekwencjach duchowych...”(D. Kuspit). Od
Saturna Goi pożerającego własne
dzieci, coś zaczęło się psuć. Już wcześniej badacze zdiagnozowali sztukę przed
zaistnieniem obrazu i po obrazie, lub obecnie w stanie atrofii (po końcu
sztuki). Warhol był przekonany, że sztuka może zrodzić się jedynie z tego, co
osobiście pasjonuje artystę. Myślę, że poruszał się tylko na powierzchni świata
który dostarczał mu jedynie podniet w sferze tego, co zewnętrzne- banalne i
krótkowzroczne- zredukowane do przedmiotów wyniesionych do rangi estetycznych
fetyszy konsumpcyjnego i wiecznie niezaspokojonego społeczeństwa. „Wulkaniczne
wybuchy farby, łagodne jej spływanie po płaszczyźnie obrazu, ruch linii i nieokreśloność
plam- mają zapewne wyrażać stan współczesnych umysłów, niepokój naszych czasów”(M.
Ernst). Georgies Mathieu, otumaniony dźwiękami muzyki wytryskiwał na ogromne
płótno farby, jakby chcąc uobecnić w swym procesie malarskiego wycieńczenia
stan rozpaczliwego chaosu. „Sztuka rodzi się z ograniczeń, ze skrępowania, a
umiera od nieokiełznanej wolności” (A. Gide). U Polloca i jego naśladowców- action painting- sztuka była czymś poza
refleksyjnym, automatyzmem wprawiającym w ruch liczne wiaderka z farbą. Mamy do
czynienia z eksperymentami na „ciele sztuki” które ostatecznie doprowadzą do
wyeksponowania fekaliów w blaszanej puszce, czy fotografowania krucyfiksu
zanurzonego w urynie. „Względność gustów to wymówka, wymyślona przez epoki o
zepsutym smaku”(N.G. Davila). Ciężko jest jednak obronić sztukę kontrowersyjną,
afiszująca się skandalem i podszytą podskórnie chęcią zdetonowania od środka
tego, co jest święte. Być może rozpędzony pociąg sztuki musi wyhamować w miejscu,
gdzie trzeba zacząć poruszać się w sferze humanistycznego postrzegania
rzeczywistości. Przestać się idiotycznie naigrywać i wszystko sprowadzać do
bezpardonowego języka pogardy, kpiny, kloacznego epatowania indywidualnością. Wielką
sztukę tworzą artyści pokorni- oni są olbrzymami, zwiastunami oraz prorokami
piękna. „Jestem taki malutki- wszyscy inni nad podziw ogromni, piękni, zacni,
prawie murowani- pisał o ludowym, pokornym, kalekim, naiwnym malarzu
łemkowskich pejzaży Nikiforze Tadeusz Kubiak- Aż strach wśród tych olbrzymów z
pędzelkami chodzić wśród złocistości świata szaremu jak słodzik.” Współczesny
twórca stał się celebrytą, epatującym dionizyjskim i niszczącym pierwiastkiem- prześmiewczo
mieszającym na palecie odpryski antysztuki. „Istnieje coś gorszego niż człowiek
zdemoralizowany- mianowicie człowiek który się przyzwyczaił”(E. Mounier).
Człowiek powierzchowny, miałki, którego ekspresja już nie kołysze duszy,
przestrzeń spowija ciemnością. Człowiek przyzwyczajony i tendencyjny, który
brzydotę wstawił zbyt gwałtownie w miejsce piękna. Jakże trudno jest być
dzisiaj artystą z moralnym kręgosłupem, z głową w której buzują twórcze idee-
gdzie świat materii spotyka świat ducha i bierze nad nim prymat. „Zbyt mocno
wrośnięci jesteśmy w przestrzeń i czas, abyśmy mogli całkowicie się od nich
oderwać, nigdy nie potrafimy uchwycić aktualnej rzeczywistości własnego ja.
Istnieje więc tylko możliwość zwycięstwa, do którego dążymy. Istnieją w nas
zaczątki działań, których wstępny etap rozgrywa się w życiu ludzkim, lecz które
mogą osiągnąć pełny rozwój gdzie indziej, na płaszczyźnie wyższej niż ludzka, a
raczej na płaszczyźnie wewnętrznego życia człowieka”- z delikatną nutą nadziei
rozmyślał Rene Habachi. Zaczątki działań, poryw duszy- kulturalny wzlot nad
przeciętnością i próżnym przekonaniem, że jest się kimś wyjątkowym. Artysta o
cherlawej duszy może być jedynie plagiatować innych, cytującym formy i
przywłaszczającym je jako swoje własne. Jest
zbyt mały, aby wzbić się wyżej- ku transcendencji i tłumaczyć świat własnej
duszy podłóg pierwotnej harmonii Raju. „Kultura jest ruchem, kultura jest miłością.
Historia nie rozpoczyna się od pierwszego oburzenia człowieka, nie rozpoczęła
się od Kaina; zaczęła się od pierwszego zachwytu człowieka, od ofiary złożonej
Bogu przez Abla. „Bogu” to znaczy całemu światu...”(W. Rozanow). Sztuka powinna
być spoiwem w świecie antywartości. „Oczyszczenie sztuki może dokonać się przez
oczyszczenie człowieka- przekonywał M. Janocha- A oczyszczenie człowieka
zaczyna się od dostrzeżenia brudu. Brudu nie zobaczy się w ciemności. Do tego
potrzebne jest światło...”Sztuka świetlista- symfonia w chaotycznym bełkocie
słowa i obrazu. „Gdybym nie miał farb malowałbym błotem”- przekonywał E.
Delocroix. Błotem, które Chrystus w Ewangelii wziął w swoje boskie dłonie i położył
na oczy niewidomego, a ten przejrzał. Od
tej pory świat stał się świetlisty- napełniony Pięknem ! środa, 25 września 2019
Nadziwić
się nie mogę, że tak szybko chcecie od Tego, który was łaską Chrystusa powołał,
przejść do innej Ewangelii. Innej jednak Ewangelii nie ma: są tylko jacyś
ludzie, którzy sieją wśród was zamęt i którzy chcieliby przekręcić Ewangelię
Chrystusową (Ga 1, 6-7).
Daje się dzisiaj
zauważyć pewne zakłopotanie w ludziach których droga rozpoczyna się w
chrześcijaństwie, a następnie podąża w poszukiwaniu odpowiedzi na innych
ścieżkach. Obecny kryzys zdawać się może niedostateczną świadomością tego, kim
właściwie jest człowiek Ewangelii. „Co się zdarzyło. Wkradł się jakiś podstęp. Ktoś
inny wyszedł z „ubogiego żłóbka”- z właściwą dla siebie ironią diagnozował rzeczywistość
Rozanow. Przestaliśmy widzieć twarz Chrystusa Ukrzyżowanego i
Zmartwychwstałego, a jedynie dobrodusznego i uśmiechniętego kaznodzieję z
Galilei. Sytuacja wewnątrz wielu wspólnot chrześcijańskich jest skomplikowana,
odzwierciedlają się bowiem liczne poglądy, które bardzo często rozmijają się z
przesłaniem Dobrej Nowiny- intencją i pragnieniem Chrystusa. Niektórzy chrześcijanie
postępowi chcieliby zreinterpretować na nowo Ewangelię w duchu tego świata- zrelatywizować- pozostawiając
to, co jest dla nich wygodne; przerzucić pomost na lewą stronę przepaści.
Chcieliby słowo Chrystusa rozrzedzić w różnych synkretycznych naukach, tak aby
wszystko było możliwe do przyjęcia dla innych- lekkostrawne i nie wymagające jakiekolwiek
duchowej korekty ze strony człowieka. A przecież Ewangelia nie zwiastuje tak
powszechnie proklamowanej na dachach tolerancji- tak pojemnej, że można tam
upchać ludzkie grzechy i przyzwolenie na nieograniczone niczym eksploatowanie
wolności. „Poznanie prawdę, a prawda was wyzwoli”(J 8,32). Słowo musi być
skandalem ! "Nie chodzi o dostosowanie chrześcijaństwa do ludzi, ale o przystosowanie ludzi do Chrystusa"(H. Lubac). Wiara jest głęboko przemyślanym i dojrzale wyartykułowanym ludzkim
Tak. „Chrześcijaństwo jest naśladowaniem Bożej natury”(św. Grzegorz z Nyssy). Świat
który szkicuje Mistrz z Nazaretu jest światem radykalnych decyzji, osobistej
rewizji życia- nawrócenia i obumarcia dla grzechu. W Jego słowach rozbłyska
piękno przemienienia. „Kiedy pragnienie miłości Chrystusowej nie zwycięża w
tobie aż tak, żebyś z radości Chrystusa stał się beznamiętny we wszelkim
cierpieniu swoim: wówczas wiedz, ze świat żyje w tobie bardziej, niżeli
Chrystus”(św. Izaak Syryjczyk). Bóg przyjmuje tylko wolnych, tych których serca
są gorące- którzy wykrzykują z głębi jestestwa swoje: Hosanna ! Jak w czasach
rzymskich katakumb, stajemy na rozdrożu: albo wybieramy Prawdę i żyjemy, albo idziemy
na kompromis i stajemy poza Chrystusem. Wielki Inkwizytor w powieści
Dostojewskiego, wróg wolności i przeciwnik Chrystusa, mówi do Niego z wyrzutem:
„Zapragnąłeś wolnej miłości człowieka, żeby poszedł za Tobą, olśniony i
zachwycony Tobą.” Ten jazgot Inkwizytora dobiega ze zgiełku świata, rozlega się
na ulicach, zatruwa serca- „Wieża Babel”
którą próbują wznieść fałszywi prorocy prawdy. Poza Chrystusem istnieje jedynie
pustynia i irracjonalny bunt- miejsce ślepej włóczęgi, wyjałowienia, osierocenia
i tęsknoty. Ewangelia wręcz przeciwnie- opowiada o człowieku uzdrowionym,
przeobrażonym i zmartwychwstałym- „nowym stworzeniu,” który nie decyduje się na
łatwe kompromisy lecz staje się znakiem przemieniającej miłości Krzyża. Jak
wielu jest jeszcze pogan, których całkowicie nie obmyła woda chrztu ! „Świat
rozświetlony w Chrystusie, przeniknięty dynamizmem Zmartwychwstania, pozostaje
jednak widocznie zniekształcony zaślepieniem ludzi”(O. Clement). Spotkałem
ostatnio chrześcijanina- katolika, któremu kompletnie nie przeszkadza
przenoszenie filozofii buddyjskiej na grunt chrześcijański. Nie widzi w tym
żadnego problemu; nie istnieje żaden dysonans duchowy ! Coś najbardziej
absurdalnego- chrześcijanin z metryki, uwiedziony utopią oświecenia i nirwany. Niepokojącym
obrazem fermentu duchowego jest umieszczanie w wielu niemieckich kościołach
Biblii obok Koranu. W imię postępowej tolerancji i poprawności politycznej
można przeoczyć to, co dla chrześcijan jest fundamentalne- Żywe Słowo Boga-
przyjmowane i proklamowane własnym życiem. „Nie ma dzisiaj innej drogi, jak
tylko być dobrym zaczynem i fermentem- pisał W. Hryniewicz- Obawy, że
chrześcijaństwo będzie się zmniejszało i kurczyło do rozmiarów diaspory, nie są
pozbawione racji. Ale i nad tym nie trzeba lamentować. Niech będzie mniejsze,
nie chodzi o liczby. Owszem trzeba pokazywać piękno chrześcijaństwa, to jest
nasz obowiązek: „Idźcie i czyńcie uczniami wszystkie narody.” Wiele lat temu
poruszyły mnie przeczytane zapiski Małego Brata Jezusa- Karola de Foucauld. „O
czym marzę w sekrecie, to coś bardzo prostego, małego liczebnie,
przypominającego wspólnoty pierwotnego Kościoła. Mała rodzina, maleńka i bardzo
prosta.” Wspólnota w której słowo Chrystusa rozbrzmiewa bezkompromisowo, z całą
mocą i przemienia świat od środka- rezonując zbawczą siłą miłości „mocą
działania na chwałę Bożą.”
niedziela, 22 września 2019
Gdy
zbliżał się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego- jedynego syna
matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan
użalił się nad nią i rzekł do niej: „Nie płacz” (Łk
7,11-17).
Pan użalił się nad nią...
Wydaje się, że głównym motywem wskrzeszenia dokonanego przez Jezusa było
współczucie. „Żeby zobaczyć cud, potrzebne są odpowiednie oczy”(I. Evangelu). Nikt
nie prosił Go o dokonanie cudu; Mistrza poruszają łzy matki, smutek po utracie ukochanego
dziecka. W geście Jezusa uobecnia się najbardziej ludzkie i współczujące
oblicze Boga- miłość zrywająca pęta śmierci. Nadzieja osuszająca potok łez i
ludzką bezradność. „Przyjął śmiertelne ciało, aby, cierpiąc za wszystkich w
ciele, w którym przyszedł- powie św. Atanazy- obrócić nicość Pana śmierci.”
Wraz z pojawieniem się Bogaczłowieka świat zostaje wyrwany z objęć śmierci,
poderwany do życia. „Zbliżył się do śmierci tak bardzo, że dotknął śmiertelności
i własnym ciałem dał początek Zmartwychwstaniu”(św. Grzegorz z Nyssy). Ten cud
jest już przedsmakiem paschalnego zwycięstwa nad śmiercią, pokonania i
odebrania jej władzy. „Ja Jestem zmartwychwstaniem i życiem, kto we Mnie wierzy
nie umrze.” Wystarczy majestatyczny gest wstrzymania konduktu żałobnego i
polecenie zmarłemu, by wstał. Jest ludzki, gdy „głęboko się wzrusz,” „rozrzewnia
się,” a później będzie płakał nad grobem przyjaciela Łazarza. „Oto jak go
miłował !”(J 11,33). Antoni Bloom pisał: „W śmierci jest również moc życia,
która nas dosięga. Jeżeli nasza miłość jest wierna, jeżeli zdolni jesteśmy do
tego, aby pamiętać nie tylko umysłem, ale i sercem, wówczas o tych, których
kochaliśmy na ziemi można powiedzieć słowami Chrystusa: „Gdzie jest twój skarb,
tam będzie i serce twoje”(Mt 6,21). Żyjemy w świecie zdehumanizowanym w którym
śmierć została przesłonięta zobojętnieniem, a człowiek umiera w zapomnieniu. „Cywilizacja,
w której żyjemy, która robi absolut z życia w plątanego w śmierć, z życia,
jakby śmierci nie było, systematycznie ukrywa tę ostatnią.” Samotność
przechodzenia na drugą stronę, brak towarzyszenia ze strony bliskich czy
znajomych, chłód świata w którym jedynie
liczy się życie „przekazywane drogą płciową.” Chrześcijaństwo jest religią
zmartwychwstania, którego przepowiadanie streszcza się w jednym podniosłym
wezwaniu: „Chrystus prawdziwie zmartwychwstał !” Słowo Boże rozbrzmiewa od
dwóch tysięcy lat i jest dobrą nowiną przeciwko samotności i lękowi przed
cierpieniem, rozpaczą, bólem i przechodzeniem. Śmierć Chrystusa zadała „śmierć
śmierci” a Jego paschalne zwycięstwo otworzyło bramy Raju dla każdego
wierzącego.
piątek, 20 września 2019
Myślę, że istnieje
metafizyka sztuki. Jej religijna poświata którą emituje w przestrzeni zwątpienia
i niewiary. Jakaś zagospodarowana malarsko przestrzeń w której artysta widzi
intensywniej i głębiej; dostrzega owo egzystencjalne napięcie które towarzyszy
człowiekowi wiary. „Sztuka przynosi nam dowód, że istnieje coś innego niż
nicość”- pisał M. Proust. Artysta jako jedyny w sposób najbardziej właściwy i
wyrazisty potrafi otworzyć inne oczy- spojrzenia- na to, co zwiastuje ukradkiem
mądrość Ewangelii. Kiedy przyglądam się obrazom D. Morellego, V. Polenova, M.
Nesterova, P.P. Chavannesa, G. Rouaulta, A. Chmielewskiego i wielu innych twórców
zmagających się z żywą obecnością Boga i wewnętrznym drganiem duszy (mistyką),
dostrzegam jak kultura obrazu- staje się żywą teologią- opowieścią o szamotaninie
i ostatecznie szczęściu człowieka obcującego z Bogiem. Malarstwo o którym pisał
Gogol, które chrześcijaństwo wydobyło z nicości i zamieniło w olbrzyma „które
wydostało się z granic zmysłowego świata.” To malarskie rozprawy o przyjaźni z
Tym, który stał się najpiękniejszym z synów ludzkich- Wcielonym Bogu. Gdyby tak
można było sportretować nasze impulsy duszy, nadać im formę i nasycić kolorem.
Gdyby dukt pędzla mógł oddać poryw modlitwy- dialog pomiędzy pyłkiem a
Istnieniem. Wielka sztuka musi zmagać się z pytaniami o Boga, rozniecać żar,
czasami wstrząsać posadami sumienia, nawet jeśli roztrzaska się o niezrozumienie
lub odrzucenie. Czasami eidos musi
wejść w milczenie, aby doświadczyć „widzenia w niewidzeniu,” aby dostrzec świetlistą
twarz Bogaczłowieka. Domeną sztuki jest intensyfikacja piękna na wszelki
możliwy sposób. To świadczy o jej
filokaliczności i teofaniczności. Paul Valery był przekonany, że znakiem
obecności dzieła sztuki jest stan natchnienia, w który ono nas wprowadza.
Jednak ów stan to zbyt mało, chodzi o coś znacznie bardziej głębszego,
bogatszego i fascynującego poznawczo. Artysta musi wzbudzić głód- łaknienie
głębi- tęsknotę za sacrum. „Dzieło
sztuki ma wyrażać to, co nie jest poddane śmierci”(C. Brancusi). Zadaniem
sztuki jest roztaczanie horyzontu wieczności; szkicowanie przeplatających się
dróg, którymi będzie można dotrzeć do krainy idealnego i ostatecznego piękna. „Nie
chcę tworzyć obrazu, chcę otworzyć przestrzeń, stworzyć dla sztuki nowy wymiar,
związać ją z kosmosem w całej jego rozciągłości, z nieskończonym poza płaską
powierzchnią obrazu”- rozmyślał włoski abstrakcjonista Lucio Fontana. W tych
słowach zawiera się jakaś utajona tęsknota za światem transcendentnym-
przestrzenią w której Prawda staje się dostrzegalna w całej pełni, a
rzeczywistość zostaje przeniknięta energiami Ducha. W apokryficznej Ewangelii
św. Tomasza czytamy wymowne słowa włożone
usta Chrystusa: „Obrazy ukazują się człowiekowi, a światłość, która jest
w nich, ukryta jest w obrazie światłości Ojca. On ujawni się, a jej obraz
ukryty jest w Jego światłości.” Końcowym akordem kultury jest przebóstwienie,
spojrzenie na Tego, który jest światłością świata. środa, 18 września 2019
Czy żyjemy już w
świecie bezbożnym- pogańskim- a może tak bardzo obojętnym, że wszystko co
święte człowiekowi współczesnemu zobojętniało ? To pytanie nie jest jedynie
prowokacją mającą na celu zdiagnozowanie religijności człowieka nowoczesnego,
światowego i najczęściej polegającego na własnych umiejętnościach. Tym niech
się zajmie socjologia lub psychologia religii. Teolog będzie pytał o człowieka.
O jego uśpioną tęsknotę za Bogiem; horyzontalne i wertykalne spojrzenie wiary. Teologia
nie jest jedynie akademickim dyskursem odrealnionych mędrców w sutannach. Teologia
się dzieje pomiędzy człowiekiem i Bogiem, promieniuje i sprowadza sprawy ważne
na właściwe tory. Pulsuje wewnątrz chrześcijaństwa i stawia nas wobec naglących
problemów współczesności. Jest dyskursem wokół spraw najistotniejszych, choć
czasami jeszcze tak niewyraźnie zarysowanych. W końcu jest wzdychaniem za
blaskiem prawdy i wiecznością, wokół których może- jeśli tyko zechce orbitować
człowiek. „Dajcie człowiekowi świat, a potrzeba drugiego zniknie”- słynna
sentencja ateistów zaciskających kurczowo w dłoniach egzystencję. Fałszywie
pojmowany dyktat stworzenia nad Absolutem. Można poszerzyć tę myśl: „Dajcie
człowiekowi nieograniczoną władzę, pieniądze, medialny rozgłos, a potrzeba Boga
umrze w nim śmiercią naturalną.” Obojętność podszyta zuchwałą irytacją i
wzmocniona urojoną nienawiścią do tego, co religijne- transcendentne- tworzy
człowieka „niezależnego” i „odmitologizowanego” ze wszystkich nawarstwień
duchowego pojmowania rzeczywistości. „Człowiek jest bogiem bezsilnym”- już
dobry kawałek czasu temu, stwierdził M. Heidegger. Byt bezsilny- ponieważ
wydaje mu się, że może urządzić swój własny świat bez pomocy kogokolwiek.
Bezsilny- ponieważ może pominąć najbardziej fundamentalne pytania o sens
własnego istnienia i przechodzenia na drugą stronę życia. Jeżeli życie
człowieka nie jest paschą- przejściem- wówczas wszystko zostaje spowite
śmiercią; irytującym bełkotem ślepca potykającego się o własne złudzenia.
Myślenie i postrzeganie świata wchodzi w absurdalność śmierci. Merlau- Ponty
powiedział: „człowiek nie jest skazany na wolność, jest skazany na sens, co
znaczy, że został wezwany do rozszyfrowania sensu egzystencji, przede wszystkim
zaś sensu samej wolności.” To w przestrzeni wolności dokonuje się proces wyboru-
być w Bogu lub może być poza Nim. Nie wszyscy są zdolni i na tyle odważni, aby
jak Rimbaud oznajmić: „Ja to Inny.” W spotkaniach z różnymi ludźmi bardzo często
nie ujawniam się, że jest duchownym- teologiem. Rozmowy rozszerzają się na
różne tory, ale tym ostatnim- zmarginalizowanym okazuje się rzeczywistość
religii, duchowości, aspiracji wzbicia się poza „teraz.” Jeżeli rozmowa
poszybuje w kierunku spraw duchowych, to bardzo często okazuje się, że jest to
mielizna w której topią się przeciętni „wierzący” w których pulsuje już jedynie
duch tego świata. „Z pewnej perspektywy dałoby się nieomal powiedzieć, że w
przypadku ludzi współczesnych określających się mianem „areligijnych” religia i
mitologia „skryły się” w mrokach ich nieświadomości- jest to równoznaczne ze
stwierdzeniem, że ludzie ci głęboko w swym wnętrzu mają możliwość odzyskania
religijnego przeżywania życia. Z chrześcijańskiego punktu widzenia dałoby się
powiedzieć, że „niereligijność” odpowiada nowemu „upadkowi” człowieka, że
człowiek areligijny utracił zdolność do świadomego przeżywania religii, tym
samym do zrozumienia i uznania jej, ale w najgłębszej głębi swej istoty ciągle
przechowuje wspomnienie o tym, jak było kiedy wierzył” – twierdził M. Eliade. On
istnieje, przenika ludzkie myśli, spojrzenia i rozmowy. „On jest nieograniczoną
przestrzenią naszej wolności. Bez Niego bylibyśmy jedynie śmiesznymi działkami
wszechświata i historii, pęcherzykami na powierzchni nicości. Amebami, których
przypadek uczynił organizmami złożonymi”(O. Clement). Spróbować odnaleźć ślady
Boga w świecie, a nade wszystko w sobie. Można spotkać Go w drodze jak
uczniowie idący do Emaus i przeżywający wewnętrzne rozterki. Wejść w centrum
własnego serca, gdzie spaceruje On- pełna miłości Obecność ! Zmierzyć się ze
sobą- szamotać, rozbić się o fale niemocy własnego rozumu. Bóg nie zamieszka w
kimś kto nie zamieszkał w sobie. „Gdzie jest we mnie to miejsce, do którego
mogę Cię zaprosić, mój Boże”- pytał z takim przejęciem poszukujący sensu święty
Augustyn. Paradoksalnie Bóg się objawia w tej chwili, kiedy nie ma już w nas
naszego próżnego i krzykliwego ja. „Kiedy już nie ma mnie, jest On.” Wtedy
zstępuje struga światła, rozszerza się granica wieczności, wytryskuje miłość. Miał
rację święty Grzegorz: „Aby zbliżyć się do Niego, musimy iść krokiem miłości.”
wtorek, 17 września 2019
Był właśnie w
synagodze człowiek opętany przez ducha nieczystego. Zaczął on wołać: Czego
chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku ? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś:
Święty Boży. Lecz Jezus rozkazał mu surowo: „Milcz i wyjdź z niego.” Wtedy duch
nieczysty zaczął go targać i z głośnym wołaniem wyszedł z niego (Mk 1,23-25).
Zdaniem świętego Jana „cały
świat leży w mocy Złego”(1 J 5,19). To bardzo mocne i niezwykle intrygująco
rezonujące w ludzkiej świadomości przesłanie. Czy umiłowany uczeń Pana, nie aż
nazbyt przesadnie demonizuje otaczającą go rzeczywistość ? Myślę, że wszystko
zależy od obranej perspektywy- duchowej wrażliwości. Istnieją bowiem takie
obszary ludzkiej wolności w których człowiek odpowiada Bogu swoim nie.
Następuje jakaś utrata wolności i odmowa przeżywania życia w stanie łaski. „Zasada
zła i obraz diabła nie są samoistną siłą, konkurującą z Bogiem, lecz karykaturą
bytu, duchem niebytu” (M. Bierdiajew). To wolność rodzi piekło- samowola-
oddalenie od Obecności, wewnętrzne zachwianie prowadzące w rozpostarte ramiona
naigrywającego się nieprzyjaciela. „Bóg chciał, aby człowiek miał wolność
odrzucania Boga- pisał P. Evdokimov- znaczy wolność bez granic. Ta zawieszająca
moc ludzkiego wyboru czyni jego los niepewnym. I jest to, by rzec, piekło
boskiej miłości, boski wymiar piekła, boska wizja człowieka pogrążonego w nocy
samotności.” Istnieje również na przeciwległym biegunie przepastna ucieczka
człowieka w świat ciemności, negacji, fałszywie pojmowanej afirmacji siebie.
Rozpacz i zwątpienie w świat może popchnąć na najbardziej krętą drogę oddalenia
i wewnętrznej destrukcji, a w konsekwencji ubezwłasnowolnienia jakim jest
opętanie; poczucie niemocy nad sobą, nad własnym życiem. Ewangelia nam mówi o
miłosierdziu Chrystusa, o wskrzeszającej sile druzgoczącej jazgot demona; o
zmartwychwstaniu- które z taką siłą proklamuje chrześcijaństwo. „Bóg przychodzi
z pomocą tym, którzy pragną się leczyć, dając im wiarę”- powie Tertulian. Słowo
Jezusa ma moc rozsupłać demoniczne pęta i przywrócić wewnętrzną wolność tym,
których ciała wyginają się w straszliwych konwulsjach, a dusze ledwo zipią od
nadmiaru przeszywającego chłodu. „Grzech zniekształca człowieka, zaś łaska
czyni go pięknym”(św. Sylwan z Atosu). Dobra nowina o uzdrowieniu,
przebóstwieniu najdrobniejszej tkanki ludzkiego bytu. Pamiętam młodą kobietę
której całe ówczesne życie było brodzeniem w grzechu. W dzieciństwie była
poraniona przez swojego ojca i brata, wyrzucona z domu- zdana na łaskę losu.
Przez wiele lat brnęła w grzechach cielesnych, próbując uśmierzyć broczące rany
pamięci. Przeszła przez różne sekty, zasklepiając swoje serce w niemożliwości
przebaczenia i przemiany własnego życia. Była zniewolona duchowo. Kiedy
położyłem na nią ręce modląc się o uzdrowienie, całe jej ciało wyrywało się do
ucieczki, a usta nie potrafiły zdobyć się na przebaczenie swoim krewnym zła i
przebaczenia sobie. Miłość Boga tak bardzo ją przepalała od środka, że była jak
ten opętany z Ewangelii- pełna wykrzyczanego światu buntu. Otrzymała lekarstwo-
przebaczającą i uzdrawiającą miłość Jezusa. Miłosierdzie rozlało się po każdej
szczelinie jej udręczonej duszy; twarz stała się świetlista, a oczy po raz
pierwszy zobaczyły świat innym, niż do tej pory. Czułe oblicze Mistrza zajaśniało
w jej wnętrzu. „Czyste łzy niszczą wszystkie widzialne i ukryte namiętności”(św.
Izaak Syryjczyk). Ciemności ustąpiły, dziewczyna narodziła się powtórnie. „Kochająca
twarz zwrócona ku samemu Bogu, Bogu, który jest wewnątrz, Bogu, który
przemienia człowieka w siebie, i który czyni z jego życia spojrzenie miłości
skierowane ku temu Innemu”(M. Zundel). Chodzi o doświadczenie Boga. Człowiek
który Go doświadcza pomimo otchłani własnej nędzy i oddalenia, staje się na
powrót wolnym.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

