niedziela, 11 stycznia 2026

 

Gdy oni odjechali, oto anioł Pański ukazał się Józefowi we śnie i rzekł: «Wstań, weź Dziecię i Jego Matkę i uchodź do Egiptu; pozostań tam, aż ci powiem; bo Herod będzie szukał Dziecięcia, aby Je zgładzić». On wstał, wziął w nocy Dziecię i Jego Matkę i udał się do Egiptu; tam pozostał aż do śmierci Heroda. Tak miało się spełnić słowo, które Pan powiedział przez Proroka:
Z Egiptu wezwałem Syna mego…(
Mt 2,13-23).

Istnieje taka sytuacja w życiu człowieka która wszystko zmienia. Rozciągnięta w czasie noc i towarzyszący jej intensywny sen, przez który objawia się przynaglenie, przebłysk prawdy o aktualnej sytuacji życia i pewność która rozprasza zalegające uprzednio wątpliwości i pozory. „To zawsze od snu zaczynają się wielkie rzeczy”- pisał Ch. Bobin. Zwinięty niczym ślimak na sienniku, ociężały od nadmiaru emocji, zmęczony i niczego się nie spodziewający. Poruszenie i wizja ! Stróżka potu ścieka po czole, a oczy zasklepione ciężarem istnienia, rozwierają się leniwie ku Misterium. „Niech się więc śluzą podwójną otworzą oczy me, czyniąc to na chwałę Bożą”(A. Marvell). Józef dojrzał do swojej roli wewnątrz gwałtownie przeżywanego snu- muśnięcia i szeptu anioła, kreślącego w skołatanej głowie męża Maryi- krajobraz jutra na który padał cień zazdrości, zagrożenia, zemsty i śmierci. Ów mąż Boży zaczyna rozumieć sens i rolę Maryi i Dziecka które przetarło szlak niegościnnej nocy i napełniło błogosławieństwem świat zasklepiony w sobie. Rozproszyły się wątpliwości i rozterki targające sercem mężczyzny. Prawda Wcielenia porusza każdym włóknem jego człowieczeństwa. Odpiera natarczywe myśli o kłopotliwym położeniu. Uda się ze swoją rodziną do Egiptu, chroniąc Życie którego stał się na kartach Ewangelii niemym świadkiem i obrońcą. Będzie nosił w pamięci zemstę Heroda i przelaną krew niewiniątek w Betlejem. Te zabite niemowlęta- „kwiaty męczenników”- jak powie Prudencjusz, będą pierwocinami ofiarnej miłości która niczym strumień płynie ku Miłości która na krzyżu, zebranej w kielichu Eucharystii. Czy to pokorne Dziecię mogło tak bardzo zaszkodzić obsesyjnemu tyranowi ? „Mój Bóg potrafi zająć ostatnie miejsce- pisał ks. Hryniewicz. Jest Bogiem pokornym, zdolnym do uniżenia, wręcz bezbronnym wobec ludzkiej wolności, a przecież przemożnym w swoim umiłowaniu ludzi i ostatecznie zwycięskim. Jego mocą jest miłość, On przekonuje i przemienia…” W obliczu ogromu zła, poczucia ludzkiej niepewności, płaczu pozostawionych i nieutulonych dzieci,  pozostają spulchnione łzami prześladowanych- słowa układające się w modlitwę o miłość. Miłość wzbijającą człowieczeństwo ku górze, wskrzeszającą świat z poczuciu absurdu i bezsensownej spirali zła. „Lepiej zapalić jedną małą świeczkę niż przeklinać ciemności”- powiedział mądry rabin. Rozniecić w sobie płomień miłości i oświetlić nim drogę drugiego człowieka- szczególnie tam gdzie dobro zostało zatarte, albo przykryte obojętnością ludzkich oczu.

wtorek, 6 stycznia 2026

 

Za chwilę będzie rozbrzmiewał wielki Psalm obwieszczający nadejście tak bardzo oczekiwanego Mesjasza: „Niech się cieszy niebo i ziemia raduje przed obliczem Pana, bo przyszedł” (Ps 96)- w podniosły sposób Psalmista oznajamia nadejście wyczekiwanego Zbawiciela. Towarzyszy temu wydarzeniu święte drżenie i spowijająca serce człowiecze radość z narodzenia Dziecięcia, którego powiła w sercu świata Maryja Dziewica. Radość narodzin i emanacja miłości z Betlejem przepływa przez każde stworzenie, które dogłębnie poruszone staje w postawie zdumienia i uwielbienia. Całe pokolenia wypatrywały wędrującej gwiazdy, której łuna wyznaczała szlak do miejsca pierwszego objawienia wcielonego Boga.  „Tajemnicę widzę, dziwną, niepojętą. Grota niebem się stała, Dziewica- Tronem cherubów. Żłób miejscem Tego, którego żadna przestrzeń nie zamknie: Chrystus w nim leży- wielbijmy Go pieśnią !”- wypowie pełna podniosłości i zachwytu ku górze liturgia bizantyjska. Noc narodzin Życia jest wypełniona euforią szczęścia, rozpościerającą się pomiędzy ludzkim niedowierzaniem i obojętnością, a niewiarygodnym zstępowaniem Bożej łaski. „Bóg na ziemi, Bóg pośród ludzi. Już nie jako dający Prawo, w ogniu i ogłuszającym ryku trąb, na buchającej dymem górze, ale w postaci ciała, cichy i pełen dobroci, przebywający razem z podobnymi sobie. Bóg w ciele… po to, by upodobniwszy się do nas przez ciało, przyprowadzić na powrót do siebie całą ludzkość”- to fragment bożonarodzeniowej homilii św. Bazylego, wskazujący iż w cielesnym narodzeniu Syna Człowieczego dokonuje się święta wymiana. Człowiek zostaje podniesiony i staje się uczestnikiem niebiańskich darów które wraz z pojawieniem się Emanuela stały się na powrót osiągalne. Wyrażają to pełne mistycznej aury słowa poety Angelusa Silesiusa: „Pomyśl tylko: Bóg mną się staje i na ten padół nędzy przychodzi, po to bym ja się znalazł w Królestwie i mógł się Nim stać”. W tych słowach odnajdujemy teologiczne orędzie które obwieszczały już wiele wieków temu, usta Ojców Kościoła;  odnowienie człowieka i przebóstwienie: „Bóg się stał człowiekiem, ażeby człowiek stał się Bogiem”. Nie chodzi tu o ludzkie i naznaczone egoizmem samoubóstwienie, ale duchowy postulat- aby stać się przyobleczonym w miłość, na wzór Bożego Syna. „Bóg przyjmuje ubóstwo mojego ciała po to, żebym ja otrzymał bogactwo Jego Bóstwa”(św. Grzegorz z Nazjanzu). To jest najważniejsze przesłanie płynące z misterium Wcielenia. Nie można zagubić tej świadomości i zasłonić jej gąszczem świątecznych świecidełek, czy nieumiarkowanego obżarstwa. Nasza radość wyrasta z wolności która staje się naszym przywilejem- przywilejem niezasłużonym. Bóg wchodząc w historię, tak wiele nam przebaczył: wiarę przenikniętą własnymi wyobrażeniami, brak zdolności kochania, zatwardziałość naszych serc, ludzkie ucieczki w gąszcze grzechu i pokusę samostanowienia o sobie, a nade wszystko paraliżujący serce egoizm. „Wcielony Chrystus…, spoczął w żłóbku nierozumnych stworzeń. Owinięty w pieluszki zerwał więzy naszych grzechów”(Kosma Jerozolimski). Jedyne, co powinniśmy sobie życzyć- to nie zmarnować  Jego miłości !

niedziela, 4 stycznia 2026

 

Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama. Abraham był ojcem Izaaka; Izaak ojcem Jakuba; Jakub ojcem Judy i jego braci; Juda zaś był ojcem Faresa i Zary, których matką była Tamar. Fares był ojcem Ezrona; Ezron ojcem Arama… Jakub ojcem Józefa, męża Maryi, z której narodził się Jezus, zwany Chrystusem. Tak więc w całości od Abrahama do Dawida jest czternaście pokoleń; od Dawida do przesiedlenia babilońskiego czternaście pokoleń; od przesiedlenia babilońskiego do Chrystusa czternaście pokoleń… (Mt 1,1-25).

Im intensywniej jesteśmy zanurzeni w strumieniu czasu, tym bardziej potrzebujemy pełnego nadziei przesłania o narodzeniu Bogaczłowieka. W Ewanegelii czytamy genealogię Chrystusa- czas z którego strumienia wyłania się fryz postaci- historia oczekująca na objawienie Obecności. Litania imion będąca wypadkową żydowskiej kultury pamięci, zakorzenionej w przeszłości którą przenika duch starotestamentowych proroctw. Nasz świat co napawa niepokojem jest opróżniony z pamięci która jest nośnikiem łaski, skupiony na tym, co jedynie dzieje się teraz. Pozbawiony cudowności człowiek, poddany zapomnieniu, zracjonalizowany, przewidywalny, banalny, posiadający na wszystko gotowe odpowiedzi- potrzebuje oczekiwania na cud. Człowiek nowoczesności jest niezdolny do posługiwania się językiem mistyki, apofatycznego westchnienia, wyobraźni wybiegającej poza horyzont pewności i żaru ognia zapalającego wszystko zewsząd. „On jest słońcem, gwiazdą, ogniem, wodą, tchnieniem, rosą, chmurą, opoką niewzruszoną, kamieniem, jednym słowem wszystkim co jest i niczym z tego co jest”- pisał o Przedwiecznym Pseudo- Dionizy, odkrywając Obecność w świecie. Poznanie przeniknięte pokorą i miłością. „Gdyby świat nie mówił tyle o Tobie- pisał Claudel- moja tęsknota nie byłaby tak wielka.” Chrześcijaństwo spowite jest tęsknotą i wyczekiwaniem; wyglądaniem Światła. Musi w nas zadrżeć cudowna prostota dziecka wypatrującego pierwszej gwiazdy na niebie. Mądrość żydowska powie, że „cud ostatni jest większy niż pierwszy.” Tym cudem jest bezsprzecznie Betlejem w sercu każdego człowieka. Cud przyjścia i nawiedzenia- dostrzeżony wzrokiem, usłyszany uchem, obecny i rozpościerający się w namiocie ludzkiego serca. Przedwieczny z miłości uzewnętrznia się w świecie w kruchej i rozpraszającej ciemność nocy osobie małego Dziecka. Jeśli Bóg nie narodzi się w nas, my sami pozostaniemy obcy dla samych siebie. Samotni wygnańcy na pustyni postnowoczesności ! Miał rację Angelus Silesius pisząc: „Choćby Chrystus tysiąc razy narodził się w Betlejem, ale nie w tobie, pozostaniesz wiecznie zagubiony.” Czekam na Boga mojej tęsknoty- spożytego w noc zstępującego światła !

 

środa, 31 grudnia 2025

 

Koniec kalendarzowego roku, topnienie czasu w klepsydrze i oczekiwanie na jutro- które wyłoni się po hucznej, przeprutej wystrzałami fajerwerków sylwestrowej nocy. Przywitaniu nowego roku zawsze towarzyszy refleksja o kształt historii w której człowiek okazuje się nie tylko widzem, lecz również głównym bohaterem w kluczu jednostkowo interpretowanej rzeczywistości. „Słowa posiadają ogromną moc łączenia i konfrontacji z tym, co bez nich pozostałoby rozproszone w czasie zegarów i mierzalnej przestrzeni”- powie Claude Simon. W moim rodzinnym domu wprawiłem w ruch jeden z zabytkowych zegarów mojego ojca, wiszących na ścianie i czekających na poruszenie. Jego bicie przenika duszę domu w którym upływ czasu tak silnie był zbratany z miłością jego mieszkańców. Teolog z racji twórczo wykonywanej profesji, stając na progu widzenia- interpretuje wiele docierających do niego danych z perfekcją wytrwanego obserwatora, mędrca, proroka i świadka. „Droga, którą podróżujemy przez czas, jest usiana gruzem wszystkiego, czym zaczynaliśmy się stać, wszystkiego, czym mogliśmy się stać”(H. Bergson). Każdy świt po intensywnie przeżytej nocy, to rezerwuar nowych szans i nowych możliwości które mają już ukryty wymiar eschatologiczny. Bowiem przeszłość i przyszłość stapiają się w poczuciu wieczności której intuicyjne oczekiwanie jest przywilejem nielicznych. Świadomość przygodności i towarzyszące jej rozdarcie zostaje przezwyciężone przez odczucie życia które jest w Bogu, a które niczym odkryta żyła wody, przedziera się koleinami, żłobiąc wnętrze człowieka. „Czas niesie ze sobą śmierć i śmierć ma miejsce w czasie. Lęk przed przyszłością jest przede wszystkim lękiem przed śmiercią. Śmierć jest wydarzeniem wewnątrz samego życia i śmierć jest końcem życia”- pisał Bierdiajew. Chrześcijaństwo nieprzerwanie proklamuje, że Chrystus wyzwala nas od paraliżującego lęku przed śmiercią, bowiem w Nim czas staje się uobecnieniem wieczności- nowego eonu-  bytu przeobrażonego w miłości. Człowiek wiary nie może być ślepym na wieczność. Upojenie teraźniejszością nie może mu przysłonić perspektywy końca i wyłaniającego się z niej początku. Los człowieka jest zawsze losem Boga. Uświadamia nam tę prawdę tajemnica Wcielenia, kiedy Nieogarniony i Przedwieczny, zstępuje do nas w postaci bezbronnego Dziecka- stając się absolutnym centrum- przenikając wszystkie wymiary świata potężnym dynamizmem łaski. Żegnam stary rok z ulgą człowieka wyzwolonego. Dusza nie wisi mi na ramieniu, a do oczu nie cisną się łzy bezradoności. Mijający czas był dla mnie najtrudniejszym i obfitującym w dramatyczne wydarzenia okresem życia. Wiele napięć i trosk jest za mną, pozwalając mi z ulgą odetchnąć i zaczerpnąć łyk świeżego powietrza. Mam nadzieję, że przyszłość będzie obfitowała w wiele dobra i nade wszystko przyniesie wewnętrzny spokój, wbrew napierającym kapryśnie determinizmom i fatalizmom ze strony ludzi. Umacnia mnie w drodze pełna teologicznej głębi myśl Dostojewskiego: „Ponieważ Bóg istnieje, ja jestem nieśmiertelny. Moja nieśmiertelność jest nieodzowna choćby dlatego, że Bóg nie zechce zgasić na zawsze płomienia miłości, który zapłonął dla Niego w moim sercu.”

niedziela, 28 grudnia 2025

 

 

Rzecze Pan taką przypowieść: Pewien człowiek urządził wielką ucztę i zaprosił wielu. I wysłał swego sługę w godzinie uczty, by powiedział zaproszonym: Przybywajcie, bo wszystko już jest gotowe… (Łk 14,16-24)

W Ewangelii Chrystus tworzy obrazy które mają sugestywnie dotrzeć do odbiorcy. „Żyć w Chrystusie, to żyć już tu i teraz poza śmiercią, to pozwolić zakiełkować w sobie ziarnu „ciała chwalebnego”(O. Clement). Przypowieści są wielką szkołą mądrości, ale jednocześnie zaszyfrowanym i nie łatwym do bezpośredniego odczytania przesłaniem. W przekazie Łukasza wyłania się opis weselnej uczta królewskiej i motyw zaproszonych gości którzy się wymówili. „Wiara jest początkiem rozumienia”- przekonuje nas św. Cyryl Aleksandryjski. Kluczowe dla rozszyfrowania tego eschatologicznego przesłania są słowa klucze- zaproszenie i ostrzeżenie przed wypowiedzeniem Bogu „biletu wstępu.” Akcent zostaje silne położony na wolność człowieka i jego osobisty wybór. Przyjęcie lub odmowa zaproszenia. Pan domu którym jawi się sam Bóg, wyraża pragnienie i przynagla, aby wszyscy stali się uczestnikami jego radości; obficie czerpali z owoców zbawienia. Z przypowieści emanuje prawda o ludzkim nawróceniu, perspektywie serca, otwartych oczach, dostrzegających już dalekosiężnie przygotowane dary szczęśliwości do których dostęp ma każdy bez wyjątku. On jest przyszłością i Tym w którym dokonuje się odkupienie czasu i determinującym przez miłość optymistyczne wydarzenie końca. Nie stwarza miejsce eksterminacji i cierpienia, ale nadziei z której wyłania się „nowe stworzenie”- istota świtu. „Oko, którym dostrzegam Boga, jest zarazem okiem, przez które patrzy na mnie Bóg”- powie Mistrz Eckhart. Los człowieka jest losem Boga i przenika go czułość, miłość i troska. „W domu Ojca jest mieszkań wiele”(J 14,2). „Z przypowieści Jezusa wyłania się obraz Boga jako miłosiernego Ojca- pisał W. Hryniewicz- który oczekuje powrotu tych, którzy pobłądzili, wybacza winy, przekonuje, zaprasza, wzywa do zmiany myślenia i sposobu życia. Bóg Jezusa dale wszystkim szansę nowego początku. Nikomu tej szansy nie odmawia… Siła illokucyjna przypowieści skierowana jest dla każdego, przekracza wszelkie granice, etniczne, kulturowe i religijne.” W perspektywie przyszłości rysuje się wizja ludzkości przenikniętej obecnością Boga i darem nieśmiertelności. „Byt skończony powraca do Nieskończonego, z którego wyszedł, do którego zmierza, w którym już jest”- rozmyślał J.Y. Leloup. Chrześcijanin staje się ikoną Obecności. Promieniem w Słońcu. Kroplą wody w ocenie wiecznego drgania i istnienia. Materią przebóstwioną. Biesiadnikiem Miłości !

środa, 24 grudnia 2025

 

Zima z kaprysami pogody i zmianą nastrojów tak silnie rzeźbiących twarze przemierzających w pośpiechu ludzi. Na zewnątrz mróz srebrzy drzewa i cudownie iskrzy obłaskawiający promieniami słońca. W zaciszu mieszkania jest jakoś spokojniej i refleksyjnej. Święta jest mi dane przeżywać podwójnie- będąc osadzonym w dwóch wyjątkowych tradycjach chrześcijaństwa. W grudniu u mamy po katolicku, a w styczniu wedle prawosławnego obrządku. Jestem jak roślina która zakorzeniona jest w dwóch źródłach i z nich czerpie obficie soki istnienia. Powrót do rodzinnego domu zawsze jest sentymentalny i pozwala na wędrówkę do wspomnień z dzieciństwa. Brakuje tylko mojego taty, który to z właściwą dla siebie estymą nadawał świętom podniosły- quasi patriarchalny charakter. Dom to coś więcej niż gniazdo w którym przysposabia a następnie wyfruwa się w dorosłość. Każdy jego skrawek przywodzi chwile przeszłe, czynią pamięć rezerwuarem uczuć tak intensywnych, iż słowa wydają się wyblakłe. Wnętrze przenika zapach goździków, miodu i cynamonu, obficie dodanego do piernikowego ciasta. Przedświąteczne przygotowania mają swój określony rytuał, który porządkuje życie w najdrobniejszych jego detalach. Uświęcona tradycją przodków obrzędowość sprawia, że duch dziecięcych wspomnień powraca i przywraca obliczu dorosłości anielski uśmiech. Drzewko choinki przypomina, że mimo dotkniętej muśnięciem śmierci aury natury, zasadzone w wilgotnej ziemi ciągle zielenieje – muśnięte życiem w drobinach swojego igliwia żyje. Świat, widziany z poziomu łodygi przebijającej się przez skutą lodem ziemię, wydaje się czymś dramatycznym i godnym zatrzymania. Ale to nie smutek bierze górę nad tym, co zewnętrznie i namacalnie przeżywalne w konwulsji śmierci, lecz barwny świat wspomnień, nasycający duszę ciepłem po brzegi i siłą do dialogu miłości. Samotność natury poddanej paraliżującemu cyklowi obumierania i odradzania się, uświadamia prawdę o zmienności czasu, którego konieczność istnienia staje się źródłem głębokiej zadumy i współodczuwania wszystkiego w Pięknie zstępującym z góry w kruchym ciele Dziecka. Spotkanie z Nieogarnionym staje się częścią naszego przeznaczenia i niesie znaczenie które trzeba rozwikłać. „Świat jest piękny tej nocy: Gwiazdy krążą w okrągłym tańcu; Ogień płonie i słychać śmiech, I w grocie znów zrobiło się jasno. Bicie dzwonów w raju - Zwiastun Bożego Narodzenia; Śpiewajmy Panu: Sam Bóg nam się objawił!” (R.R. Tolkien). To część ukrytego Misterium ponad przeciętnością upływających chwil i smagających duszą wątpliwości. Dom wypełniony Obecnością. Płomień lampady zawieszonej przed ikoną Maryi z Dzieciątkiem i zapach wydobywający się ze spalanych ziaren kadzidła, oczyszcza powietrze, czyniąc przestrzeń codziennego przebywania, przenikniętą obecnością świata którego ledwie widoczne zstępowanie, potrafią tylko dostrzec dzieci o anielskich oczach i uszach utkanych z szeptu niebiańskich kolęd. Każde Święta ochraniają świat od zapomnienia o Bogu. Ich podniosła cudowność przenika tkankę utrudzonej egzystencji, podnosząc ją ku wyżynom czegoś zgoła tak nieprawdopodobnego i mistycznego zarazem. Ta zażyłość ze światem duchowym budzi z rezygnacji i samotności, niweczy bunt i zło, nadając wszystkiemu rysy szlachetności i współczucia. Człowiek pychy i autoafirmacji, odkrywa prawdę o sobie i prostoduszności której brak rodzi głód – potrzebę natychmiastowego nasycenia.  Mądrość Kościoła wskazuje na Boga, który stał się człowiekiem i który udźwignął naszą ziemską skończoność, wybrakowanie i ciążenie ku ziemi. Stał się pasją miłości Ojca, największego uzewnętrznia miłości na w głębinach ludzkiej samotności i odrzucenia.

niedziela, 21 grudnia 2025

 

W owym czasie, gdy Jezus wchodził do pewnej wsi, wyszło Mu naprzeciw dziesięciu trędowatych, którzy stanęli z dala. I podnieśli głos, wołając: Jezusie, Mistrzu, zmiłuj się nad nami ! (Łk 17,12-19).

W świecie starożytnym trąd był jedną z najbardziej strasznych i budzących obrzydzenie chorób. Potwierdzają to liczne świadectwa i obrzędy zachowywania czystości w Starym Testamencie, mające na celu uchronić człowieka przed mikrobem - inicjującym rozwój choroby w organizmie. Mycobacterium leprae jest bakterią, blisko spokrewnioną z prątkiem gruźlicy, znajdującą schronienie w ludzkim ciele, namnażając się wolno i niszcząc wszystko, co napotka na drodze. Niedostateczny brak higieny przyczynia się dynamicznego rozwoju bakterii, namnażając się i powodując spustoszenie organizmu oraz bolesne zmiany fizyczne, często prowadząc do rozciągniętej w czasie agonii i ostatecznie śmierci. Kruchość ludzi „których ciała – jak pisze Jacques Berlioz – są igraszką nieprzewidywalnych warunków środowiska.” Dramatyzm, namacalność i uzewnętrznienie tego stanu rzeczy, możemy doświadczyć w postaci ewangelicznego trędowatego. Ile to razy snujący się po drodze człowiek, wołał do Boga: Ciało nie należy do mojego „ja.” Daj mi miejsce w słońcu, aby mnie ujrzeli. Rozpadlinę w skale, aby woda Twego deszczu mnie obmyła. Wiatr roznoszący zapachy kwiatów i ziół, aby przykrył mój odór. Śmiech dziecka, zwiastujący niezmąconą radość istnienia i wspomnienie ulotnego piękna. Inną dłoń, co zedrze ze mnie skórę martwego węża i przywdzieje szatę godową. Ewangelia w innym miejscu mówi, iż Jezus dotknął trędowatego. Położył dłoń na twarzy, przemierzając jej brzegiem zachowane fragmenty wczorajszej cielesności w której jeszcze nie zalęgły się muchy. Głęboko zajrzał w jego wypłukane od łez oczy; przeniknął świat okropności i cierpienia. Otworzył duszę na natychmiastowe muśnięcie Ducha. Nieczysty drżał, a przez spękane słońcem usta, wydały nikłe słowa pragnienia i artykułowanej na skraju rozpaczy prośby. „Jest słowo zawierzone ciszy, które przekazuje nam cień” – powie poeta Jourdan. Mistrz przełamuje barierę lęku, okrywając trędowatych niewidzialną szatą współczucia. Dotyka ich, stając się „Bogiem wyczuwalnym” ! Jest ucieleśnieniem świata w którym ostatnie słowo należy do nadziei. Od tej chwili  trędowaty „symbol grzechu par excellence,” jest także „obrazem Chrystusa biorącego na siebie wszystkie skalania ciała i stającego się najobrzydliwszym z obrzydliwych gwoli zbawienia ludzkości”(J. Agrimi). Świadomie próbując odsunąć, a nawet wyrwać paraliżujący lęk z uczniów, wobec samego faktu choroby, jak i człowieka, którego ciało cuchnęło, puchło i odpadało kawałkami, stając się jedną, wielką, broczącą ropą i krwią raną. Los trędowatych był naznaczony wygnaniem i izolacją, odseparowaniem od świata „żywych.” Kołatka lub dzwonek zaciśnięty w dłoni, oraz jękliwe i przejmujące wołanie z oddali: „nieczysty, nieczysty” miały na celu ostrzegać osoby zdrowe przed spotkaniem na drodze z chorym. Człowiek – żebrak miłosierdzia wydany śmierci i Bóg w Chrystusie, milcząca i współczująca Miłość ! Dla jednych to epizod szaleństwa, dla innych ekonomia miłosierdzia, oczyszczenia sięgającego przez włókna ciała do duszy, a może jeszcze dalej ku horyzontowi Raju. Tak, poza zdruzgotanym cierpieniem ciałem jest szczęście ocalenia i przebóstwienia.