Cztery dni w Londynie. Cudowna, trwająca cztery kwadranse podroż przez Niemcy, Francję i Niderlandy, aby przesiąść się z autokaru do promu i dotrzeć przez bramę jasnych klifów na Wyspy. „Londyn jest miejscem noclegu dla każdego ptaka”- twierdził Disraeli. Przeprawa z czterdziestoosobową grupą młodzieży, zawsze jest wyzwaniem i przygodą zarazem. To fascynujące doświadczenie kosmopolitycznego miejsca i wrzeźbionych w nie ludzi. Przemierzaniu topografii miasta o którym się budowało wyobrażenie z książek i opinii tych, którym dane tam było być. Londyn to jakże odmienne miasto od tych, jakie do tej pory poznałem i próbowałem niezgrabnie opisać, czy uszeregować w katalogu odkrytych krain, czy sformułowanej na mój użytek „architektury fragmentu.” Niespokojne, osadzone na marginesie znanych i przebadanych mi światów. Tak nieprzewidywalne, jak pogoda która swoimi kaprysami zaskakuje przybyszów z odległych miejsc. Na szczęście nie uraczył nas ukośnie padający deszcz, lecz piękna i skąpana w słońcu aura, pozwalająca z niebywałą wprost płynnością przemierzać szlaki turystycznie udeptane i te, które schowane są przed ciekawskimi oczami przybyszów. Najczęściej poznaję jakieś miejsce wedle uprzednio przygotowanej matrycy – tym razem jest zgoła inaczej. Poddany niewiadomej i nucie sceptycznej niedowierzalności, spacerowałem traktami ulic, zaułkami domów, pasażami pod których dachami kłębiły się tłumy Londyńczyków – stanowiących tkankę żywego organizmu miasta. Wzrok fiksował przestrzeń w niespotykany dotąd sposób. Dałem się prowadzić przewodnikowi, będąc zdanym na jego wiedzę i estetyczną wrażliwość kogoś mi zupełnie obcego. Ciekawość i podekscytowanie - to słowa klucze do zrozumienia czegokolwiek. Stare i nowe, połączone w tak trudnej do opowiedzenia harmonii, przenika się i uzupełnia, otwierając się wszystkimi porami materii umysłu na to, co jeszcze nieprzewidziane i odmienne od mojego miejsca zakotwiczenia i wizerunku mijanego codziennie społeczeństwa. Pomimo zatężenia historii i czasu, Londyn potrafił zachować blask wczorajszego i opisywanego na kartach powieści życia sięgającego czasów rzymskich. Wielokulturowość i wieloreligijność jest zagadką tego miejsca i osadzonego na jego powierzchni człowieka. Wszystko jest takie rozwarstwione, a zarazem scalone tam - gdzie tego wymaga dobro ogółu i wzajemnej komunikacji. Od karnacji skóry, sztuki rozpychającej się z muzealnych przestrzeni na ulicę, po kulinaria w których streszcza się eksperyment z tym, co własne i odmienne zarazem. Pośpiesznie mijanie ludzi. Twarze pogodne, uprzejme, zakotwiczone w odłamkach własnych myśli i losów, które wiatr rzucił na brzeg i pozostawił. Nie rozmijam się z nimi, ale próbuje uchwycić ten język spojrzeń i monologów w tak różnorodnych językach ocierających się zaledwie o słowa Szekspira, czy Dickensa. W sercu miasta Tamiza „płynna historia” lub „najszlachetniejsza rzeka Europy” której brzeg wykreśla obecność mostów, tuneli i barier – które szczelnie i dumnie wypełnia mnogość spacerowiczów. Oprócz miejsc reprezentatywnych i godnych zobaczenia takich jak: Opactwo Westminster Abbey, Big Ben i budynki Parlamentu, Pałac Buckingham, czy katedra świętego Pawła, największe wrażenie zrobiły na mnie parki – zielone płuca miasta: St. James’Park, Green Park, a także Hyde Park, ogrody Kensington i Regent’s Park. Oprócz tego świątynie sztuki: British Museum, The National Gallery of Art, Tate Modern. Przekrój tych estetycznych doświadczeń wymaga jeszcze uporządkowania w czasie i osobnej refleksji. „Londyn jest zagadką.” Obok tych jakże pozytywnych uniesień, towarzyszy mi przeświadczenie, że wraz z rozwojem nowoczesnej i piętrzącej się ku górze architektury, moralność sięga bruku. Na ulicach muzułmańscy radykałowie wykrzykujący tak przejmująco i odważnie imię Allaha. Zawłaszczyli przestrzeń która niegdyś przeszła przez kąpiel chrztu. Skręcam w boczną uliczkę i natrafiam na kościół w którego wnętrzu knajpa, a na beztrosko bawiących się ludzi - z mozaik, fresków i witraży – obserwują nieprzerwanie Chrystus i święci. Desakralizacja ! Patrzę na to i dręczy mnie ból, który chciałbym w sprzeciwie chwili wykrzyczeć, ale nie mam odwagi patrząc na pijany "motłoch bezbożników." Babilon czekający na żywioł ponownej Pięćdziesiątnicy. Ostatecznie umacnia mnie uśmiech moich uczniów. Jest w nich podnosząca na duchu nadzieja i świeżość. Ich zadowolenie z miejsc, które jak myślę na długo naznaczą ich pamięć, stając się ostatecznie radosnym wspomnieniem przestrzeni dla której słowo nadmiar – to zdecydowanie za mało.