czwartek, 14 sierpnia 2014

Mt 18, 21
Piotr zbliżył się do Jezusa i zapytał: "Panie, ile razy mam przebaczyć, jeśli mój brat wykroczy przeciwko mnie ? Czy aż siedem razy ? Jezus mu odrzekł: "Nie mówię ci, że aż siedem razy, lecz aż siedemdziesiąt siedem razy."

Chrześcijanin to człowiek przebaczenia ! (przebaczaniu...etosie miłosiernego spojrzenia). Za każdy razem jak czytam ten fragment Ewangelii porusza mnie ta postawa miłości Jezusa. Podnosząc wydobywa człowieka z jego zniewolenia, czyni człowieka na nowo uczestnikiem dialogu miłości, pomimo tego wszystkiego, co wydaje się skłaniać do pogardy i odtrącenia. Napisał w książce "Nad przepaściami wiary" ks. Hryniewicz: "Bóg jest Tym, który przekracza dystanse, przezwycięża bariery, obala mury. On jest Tym, który podnosi". Chrystus zaprasza nas do uczestniczenia w takiej praktycznej miłości czynu, to przynaglenie do postawy zdolnej pokonać w sobie uprzedzenie i egoizm, fałszywy obraz drugiego człowieka, który tak często w sobie budujemy. Przebaczyć to tyle co pozwolić komuś na nowo zaistnieć w miłości brata...przebaczyć to znaczy wprowadzić na drogę łaski. Przebaczenie to opróżnienie serca z więzów które nie pozwalają w pełni kochać. To akt który na nowo może wskrzesić tego drugiego do życia łaski. Przypomina mi się  cudowna scena z filmu pt. "Jezus z Nazaretu" Franco Zeffirelli, która mocno zapadła mi w pamięci. Jest o przebaczeniu...tak na marginesie cały film składa się z niezwykle malarskich scen, jakby się oglądało klatka po klatce wydobywające z mroku światło jak z obrazów Caravaggia. (Przyzwyczailiśmy się do oglądania tych scen przy świątecznych obiadach, stąd pewnie bardzo wiele tej symboliki i głębi jakoś nam naturalnie umyka.) Jest taka scena kiedy Jezus oświadcza uczniom iż wybiera się na ucztę do domu celnika Mateusza, oni czują się oszukani, zgorszeni i zaczynają Panu robić wymówki. Jezus oczywiście argumentuje swoją decyzję tym że nie przyszedł do zdrowych, ale do chorych (grzeszników). Kiedy rozpoczyna się uczta w domu celnika, Jezus na prośbę gospodarza opowiada przypowieść o marnotrawnym synu, który poszedł w dalekie strony i roztrwonił majątek...Tej przypowieści przysłuchiwał się uważnie celnik-gospodarz imprezy, jak również stojący w drzwiach domu i brzydzący się wejść do domu rozpustnika, aby nie skalać Piotr. Kiedy Jezus kończy pełną przebaczenia i miłości przypowieść, Mateusz i Piotr mają łzy w oczach i po chwili wpadają sobie w ramiona. Ta scena wyciska mi zawsze łzy w oczach...szlocham jak dziecko.Uświadomienie sobie tego że jestem tym który powinien przebaczyć i potrzebuje jednocześnie przebaczenia, sprawia wewnętrzne zmartwychwstanie i charyzmat łez. I na koniec mądre, choć demaskujące serca wielu ludzi "pobożnych" słowa św. Sylwana z Atosu: "Są ludzie, którzy życzą nieprzyjaciołom lub wrogom zguby oraz katuszy w ogniu piekielnym. Myślą tak dlatego, że nie nauczyli się miłości Bożej od Ducha Świętego. Ten bowiem, kto się jej nauczył, będzie przelewał łzy za cały świat..."

środa, 13 sierpnia 2014

Mt 18,15-20

Jezus powiedział do swoich uczniów:

„Gdy twój brat zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go w cztery oczy. Jeśli cię usłucha, pozyskasz swego brata. Jeśli zaś nie usłucha, weź ze sobą jeszcze jednego albo dwóch, żeby na słowie dwóch albo trzech świadków opierała się cała prawda. Jeśli i tych nie usłucha, donieś Kościołowi. A jeśli nawet Kościoła nie usłucha, niech ci będzie jak poganin i celnik.

Zaprawdę powiadam wam: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie.

Dalej zaprawdę powiadam wam: Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie. Bo gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich”.


Ojciec Święty Jan Paweł II często mówił o wyobraźni miłosierdzia, wydaje mi się iż potrzebna jest bardzo wyobraźnia w umiejętności upomnienia, przebaczenia...wrażliwego i nacechowanego miłością terapeutycznego wejścia w życie drugiego człowieka. Chodzą po tym świecie ludzie którzy chcieliby za wszelką cenę naprawiać błędy swoich bliźnich, czatować wypatrując grzechów i potknięć uwikłanych w różne sytuacje trudne, sparaliżowanych wewnętrznie braci i sióstr; mam ciebie... złapałem i zdemaskowałem twój grzech. To takie pastwienie się nad kimś, bawienie  nieszczęściem tego drugiego (grzech zawsze jest dramatem osoby, czy sobie ona to uświadamia czy nie...to nieszczęście przeszywające wnętrze, paraliżujące serce). W wielu sytuacjach dokonuje się ta cała skomplikowana procedura upomnienia o której mówi Chrystus; upomnienie w cztery oczy, później z towarzyszącym świadkiem, a następnie poddanie (zagubionego w nieprawości człowieka) osądowi instytucji Kościoła. A dalej co nastąpi...? Pewnie rozesłanie sms...i listów z informacją do wszystkich o następującej treści: to jest grzesznik...zdrajca, burzyciel porządku, wrzód na ciele wspólnoty ! Czy taka postawa nie mija się z intencją Jezusa.  Normalną sytuacją jest taka kiedy rewanżujemy się Bogu czyniąc dobro naszym bliźnim. Podobnie jest z upomnieniem i przebaczeniem tym, którzy wobec nas zawinili. Czy przez inwektywy i szykanowanie można sprowadzić bliźniego na drogę nawrócenia, wydaje się to niemożliwe a nawet powodujące jeszcze większy regres duchowy w życiu takich osób. Taka postawa zniechęciła wielu ludzi do Kościoła, sprawiła że uciekli na opłotki szukać uzdrowienia gdzie indziej... Zamiast współczucia, wsparcia i miłości, otrzymali często niesprawiedliwy osąd i uderzenie kamieniem w serce. Chrystus jest Wybawicielem, tym który opatruje rany... największym Ratownikiem człowieka z sytuacji beznadziejnych i przenikniętych poczuciem zranienia i odtrącenia. To w przestrzeni wiary i zaufania dokonuje się otwartość na uzdrawiającą miłość... Jeden z teologów napisał pełne mądrości słowa: "Wiara otwiera oczy na to, czego się nie przeczuwa. Wiara uczy żyć piękniej. Przezwycięża poczucie daremności, które zawsze zagląda człowiekowi w oczy...Wiara przynosi odpowiedź na bolesne doświadczenia. Wiara pokazuje kierunek, daje orientację." Może człowiek którego znamy i w naszym ludzkim osądzie skazany jest na potępienie, przeżywa swoiste katharsis duchowe, staje przed nim cała nędza. To co napisał w jednym z listów św. Hieronim: "Jedyną doskonałością ludzką jest świadomość własnej niedoskonałości". Niech upominający będą ostrożni, delikatni...z sercami przenikniętymi miłością. Aby się przypadkiem nieokazało że to wcale nie jest troska podyktowana pragnieniem odnalezienia zagubionego człowieka, a myśli i słowa wysyłane z taką pewnością, aby przypadkiem nie stały się nieznośnym zapachem, który zamiast leczyć będzie uśmiercał.

Na koniec inspirujące fragmenty tekstu z Elementarza ks. Malińskiego, które otrzymałem od Przyjaciela. Pocieszenie
Chciałbym, abyś uwierzył, że w twoim życiu zdecydowanie przeważa dobro. Choć zło kładzie się cieniem na twoje działanie i wybija się w twojej świadomości takim ostrym akcentem, że aż się z nim nieomal identyfikujesz. Ale niesłusznie.
Trzeba odejść, aby zobaczyli. Trzeba się odwrócić, aby popatrzyli. Trzeba się pożegnać, aby zapłakali. Trzeba umrzeć, aby zrozumieli.
Nie jakoby nie widzieli. Nie jakoby nie doceniali. Nie jakoby nie wierzyli. Ale potrzebna jest tęsknota, aby się zachwycili.
Wciąż gdzieś są trzęsienia ziemi, wciąż gdzieś panuje ucisk na świecie i ludzie umierają ze strachu, powstają narody przeciwko narodom i wybuchają wojny. Wciąż gwiazdy spadają i czasem słońce jest zaćmione, a czasem księżyc. I wciąż gdzieś brat wydaje brata, a dzieci występują przeciwko rodzicom. Wciąż dokonuje się przyjście Syna Człowieczego. Odbywa się Jego sąd nad ludźmi. Przyjdzie moment, że zobaczysz coś, czegoś dotąd nie widział, usłyszysz, czegoś dotąd nie słyszał, odczujesz, czegoś dotąd nie odczuwał, zrozumiesz, czegoś dotąd nie rozumiał. I będziesz chodził nieprzytomny ze szczęścia, jakbyś sięgnął do siódmego nieba. Świat ci będzie domem, a ludzie braćmi. Tylko bądź świadomy, że może już za chwilę znowu ogarnie cię ciemność i będziesz szedł po omacku, wyciągając przed sobą sztywne ramiona, natrafiając na mur, pustkę albo na wrogi tłum, nie wiedząc, dokąd iść, jak postąpić. Ale to potem. Na razie ciesz się światłem, któreś otrzymał i strzeż go, bo ono pozwoli ci żyć w chwilach ciemności.
Przechowuj w pamięci okruchy
twojego raju: miejsca, ludzi, sytuacje,
kiedy było ci dobrze,
kiedy czułeś się bezpieczny, niezagrożony,
otoczony życzliwością,
darzony zaufaniem.
To ci jest potrzebne na czas wrogi:
gdy runie na ciebie huragan,
gdy zamieć śnieżna zwali cię z nóg,
samotnie ugrzęźniesz w zaspach,
zagrożony przez wilki i ludzi gorszych niż wilki.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Mt 18,1-5.10.12-14

Uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: „Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?” On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł:

„Zaprawdę powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje.

Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.




Człowiek to taki byt ciekawski...próbujący przenikliwie usadowić się w miejscu które będzie dla niego najbardziej wygodne, miłe i dające poczucie bezpieczeństwa. Ta pokusa ciekawości nie była obca myśleniu pierwszych uczniów, poważne choć nasycone nutą ciekawości w wyścigu o pierwsze miejsce pytania: kto będzie najważniejszy i pierwszy w królestwie ? Przypomina mi się jedno z opowiadań nasyconych życiową mądrością  Martina Bubera: Każdy człowiek ma swoje miejsce. Dlaczego więc ludziom jest niekiedy tak ciasno ? Odpowiedział Mędrzec: Bo jeden chce zająć miejsce drugiego. To smutne iż w początkach rodzącej się wspólnoty Kościoła już pojawia się wśród jego pasterzy pokusa zajmowania pierwszych miejsc. Chrystus jakby przewidział takie sytuacje, które w jakiś sposób będą gorszące i będą antyświadectwem ewangelicznej miłości i pokory. Stać się jak dziecko które jest piękne, szlachetne i czyste, stojące w opozycji do koniunkturalizmu i eksponowania siebie na zaszczytnym miejscu. Nie jest obciążone zdolnością do kalkulacji, budowania swojego wizerunku na potrzebę reklamy wobec świata swojego próżnego "ja". Dziecko jest wolne od poklasku, swoją naturalnością i wewnętrzną radością ubogaca świat przez sam fakt że istnieje...Nie potrafi zakłamywać swojego życia...(kiedy spojrzysz w oczy dziecka odbija się w nich utracony raj) dziecko to trochę taki anioł, nie jest zepsute mentalnością ludzi dorosłych. Wyczytałem kiedyś taką głęboką myśl, nie pamiętam już autora: Ludzie bowiem to anioły bez skrzydeł i to jest właśnie takie piękne, urodzić się bez skrzydeł i wyobrażać je sobie...Dzieci to anioły bez skrzydeł, uprzywilejowane w wyścigu o pierwsze miejsce, parenetyczne wzorce świętości. Dzisiaj śmiertelnie poważnym dorosłym potrzebna jest postawa dziecka w percepcji wiary i autentyczności przybieranych postaw. Nie chodzi abyśmy byli dziecinni...śmieszni...czy infantylni w swoim spojrzeniu na siebie i ludzi. Właściwie potrzeba nam takiego widzenia siebie w pryzmacie dziecka które potrafi zaufać i przytulić się do Boga. Spróbuj wyobrazić sobie że masz skrzydła !


 

niedziela, 10 sierpnia 2014

Mt 14,22–33

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał.

Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, mio­tana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży noc­nej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zoba­czywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli.

Jezus zaraz przemówił do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”.

Na to odezwał się Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”.

A on rzekł: „Przyjdź”.

Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie przyszedł do Je­zusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: „Panie, ratuj mnie”.

Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc:

„Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”. Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył.

Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc:

„Prawdziwie jesteś Synem Bożym”.


Jesteśmy w wielu uwarunkowaniach naszego życia zbliżeni do sytuacji która stała się doświadczeniem Piotra. Nazywam się Piotr i tonę...zostało zachwiane poczucie panowania nad sytuacją, genotyp pewności wiary został poddany niezwykle wymagającej próbie chwili. Każdy ma chwile próby, wątpliwości i osobistego zmierzenia się z żywiołem. Nie ma człowieka wolnego od strachu, ci pozornie twardzi na zewnątrz w środku są jak małe przerażone dzieci, które ubrały powłokę. Pan często zdejmuje z nas taką powłokę, pozwala nam poczuć strach i bezradność, abyśmy wyleczyli się z poczucia panowania nad każdą sytuacją życiową...abyśmy uświadomili sobie że życie nie jest tak do końca zależne od nas. Piotr myślał że jak wyjdzie z łodzi na słowo Chrystusa, to nagle będzie bezpiecznie i doświadczy jakiegoś cudownego zawieszenia praw natury...od kolejny cud, po którym nie trzeba będzie wykręcać mokrej tuniki. A tu takie zdziwienie, po pierwszej euforii zauważył, że woda pozostała wodą...zimną, mokrą, przeszywającą całe ciało. Burza szalała na dobre, ta cała aura wywołała w nim paniczny strach...przestraszył się i w tym momencie zaczął tracić równowagę i wpadł do wody (było głęboko). Co jest intrygujące w tym wydarzeniu, Piotrowi nie wystarczyło słowo, chciał również zewnętrznego bezpieczeństwa. To jest częsty błąd wielu ludzi wierzących...Panie ja pójdę tam, podejmę jakieś ryzyko, ale gdyby coś było nie tak to Ty to wszystko uporządkuj. To wiara pozwala mi na posuwanie się w ciemnościach, pośród burzy, nawałnicy przeciwności i ludzkich spojrzeń czyhających aby pochwycić na błędzie lub upadku. Wiara jak pisał Pronzato: "nie jest sposobem na uniknięcie odpowiedzialności. Nie ułatwia mi drogi. Nadaje jej tylko sens. Słowo "przyjdź" nie czyni mnie kimś uprzywilejowanym, lecz kimś powołanym do tego aby stawić czoło otwartemu morzu życia". I co najważniejsze to wzrok skierowany na Jezusa. Wczoraj byłem na nabożeństwie Wieczerni w  cerkwi, mój wzrok zatrzymał się na majestatycznym przedstawieniu w kopule postaci Chrystusa Pantokratora. Nie mogłem spuścić wzroku z Niego, byłem jakby w innej rzeczywistości, nie chciałem opuścić tego miejsca...czułem się bezpiecznie. Ale po chwili uświadomiłem sobie że to Oblicze musi się wypisać w sercu, szczególnie wtedy kiedy zacznie się chwila próby i wrogości ze strony świata.

sobota, 9 sierpnia 2014






Przypowieść o dziesięciu Pannach ma charakter alegoryzujący. Występuję tylko w Ewangelii według św. Mateusza. Warto przytoczyć całą perykopę tego tekstu: Wtedy podobne będzie królestwo niebieskie do dziesięciu panien, które wzięły swoje lampy i wyszły na spotkanie pana młodego. Pięć z nich było nierozsądnych, a pięć roztropnych. Nierozsądne wzięły lampy, ale nie wzięły z sobą oliwy. Roztropne zaś razem z lampami zabrały również oliwę w naczyniach.  Gdy się pan młody opóźniał, zmorzone snem wszystkie zasnęły. Lecz o północy rozległo się wołanie: Pan młody idzie, wyjdźcie mu na spotkanie ! Wtedy powstały wszystkie owe panny i opatrzyły swe lampy. A nierozsądne rzekły do roztropnych: Użyczcie nam swej oliwy, bo nasze lampy gasną. Odpowiedziały roztropne: Mogłoby i nam, i wam nie wystarczyć. Idźcie raczej do sprzedających i kupcie sobie! Gdy one szły kupić, nadszedł pan młody. Te, które były gotowe, weszły z nim na ucztę weselną, i drzwi zamknięto.  W końcu nadchodzą i pozostałe panny, prosząc: Panie, panie, otwórz nam! Lecz on odpowiedział: Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was (Mt 25,1-13). Czuwajcie więc, bo nie znacie dnia ani godziny. Ewangelista który był redaktorem tego tekstu, umieścił tę przypowieść w ramach długiej mowy eschatologicznej, przypuszczalnie wygłoszonej w wielki wtorek, po niedzielnym wjeździe Chrystusa do Jerozolimy. Mimo że przypowieść nie ma paralel w tekstach innych autorów synoptycznych, ani w apokryficznej Ewangelii Tomasza. Charakterystycznym wydaje się samo sformułowanie początku przez redaktora, znamienne słowo wtedy, które jednoznacznie odnosi się do paruzji, oraz nie należące do przypowieści, choć w pełni z nią harmonizujące, końcowe wskazanie na potrzebę czujności, rodzaj jakby refrenu w sekwencji tematów mówiących o końcu świata.  Interpretacja tego fragmentu jako semickiej paraboli ewangelicznej idzie w dwóch kierunkach. Pierwszy ma charakter raczej duchowy i nie liczy się z kontekstem. Opiera się na znanej ze Starego Testamentu idei Boga jako Oblubieńca narodu wybranego (Oz 2,1-25; Iz 54,4-10). Chrystus-Oblubieniec i dusze (Kościół) czekające na przyjście oblubieńca. Czujność jest symbolizowana przez oliwę, a ta z kolei może oznaczać wiarę albo gorliwość, lub dobre uczynki. Drugi kierunek uważa, iż myślą przewodnią tej przypowieści jest idea oczekiwania na oblubieńca opóźniającego swoje przyjście. Idea Mesjasza oblubieńca i sędziego czasów eschatologicznych była obca Żydom, ale ideę Boga-Oblubieńca narodu znano z ksiąg Starego Testamentu. Jezus w tej przypowieści zdaje się łączyć obydwie idee (por. 2 Kor 11,2; Ap 21,9). Dziesięć panien oznacza ogólną liczbę-całość tych, którzy przyjęli naukę Jezusową i oczekują Jego przyjścia. Według zwyczaju palestyńskiego w czasie ostatniego aktu ceremonii małżeńskich, kiedy to oblubieniec miał przeprowadzić swoją oblubienicę do swego domu, orszak weselny dziewcząt oczekiwał w domu na jego przybycie. Jezus mówiąc o konieczności przygotowania się na moment paruzji uznał za stosowne w swojej przypowieści nawiązać do tego właśnie zwyczaju chcąc między innymi dać do zrozumienia, że paruzja będzie momentem radości i ostatecznym aktem tego zjednoczenia się z Bogiem, jakiego wyrazem jest Królestwo Boże. Ale zaraz na wstępie Jezus zauważa, że wśród orszaku weselnego dziewcząt, a wśród jego wyznawców, uczniów, są mądrzy, przewidujący jak również nieroztropni- ociężali i tępi. Wyrazem tej nieroztropności jest zaniedbanie tego, co konieczne, żeby można z oblubieńcem  wejść na gody weselne. Jezus nie sprecyzował co należy rozumieć pod symbolem oliwy, ale skoro miała ona dać światło konieczne przy powitaniu oblubieńca, to wydaje się, że nawiązywał on w ten sposób do swojej nauki, mówiącej o świetle uczynków, dzięki którym ludzi mogą poznać i chwalić Ojca Niebieskiego.
Jest rzeczą ciekawą, że oblubieniec był równie nieczuły na prośby panien nieroztropnych, jak i ich mądre koleżanki, gdy chodziło o pożyczenie oliwy. Można stąd wysnuć wniosek, iż Jezusowi chodziło o podkreślenie, że w sprawie zbawienia w momencie paruzji będą się liczyć wyłącznie własne dobre uczynki i osobista gotowość.
             W tym momencie człowiek będzie zdany wyłącznie na siebie. Bóg zaś będzie wtedy oblubieńcem, ale wymagającym i nieubłaganym. Interesująca wydaje się próba interpretacji dokonana przez św. Jana Chryzostoma: sen panien oznaczałby śmierć, lampa-wiarę, dodatkowe naczynie z oliwą-miłość. W chwili zmartwychwstania ci, którzy mają wiarę, ale nie mają miłości, znajdą się na zewnątrz. Oczekujący paruzji są gotowi, mogą wziąć udział w uczcie niebieskiej; ci natomiast, którzy nie są gotowi, zostają z niej wykluczeni.
              W interpretacji alegorycznej przypowieść zawiera zatem zarówno groźbę, jak i obietnicę. Chociaż kończy się twardymi słowami, to jej główny akcent spoczywa na obietnicy, na uszczęśliwiającym uczestnictwie w zaślubinach Chrystusa z Kościołem. Zamknięte drzwi przed pannami głupimi stanowią już inną narrację, którą wyrażają chłodne słowa Chrystusa: Nie znam was. Za zamkniętymi drzwiami odbywa się uczta weselna, symbol radości, bliskości i pełni szczęścia, znak mesjańskiego zbawienia, które zostaje dane ludziom pokornym, wiernym, sprawiedliwym i zachowującym czujność serca. Ale z drugiej strony tych zamkniętych drzwi oblicze Chrystusa oblubieńca przemienia się w oblicze sędziego, którego z którego ust wychodzi gorzka prawda o kondycji człowieka. Z wielką duchową przenikliwością oddaje to wybitny XIV wieczny kaznodzieja Jana Tauler: Zastanówcie się ! Człowiek otrzymał od Boga wszystko co posiada wewnątrz i zewnątrz: dobra natury, łaski i szczęśliwości wiecznej. A wszystko to otrzymał po to by Bogu oddał na powrót z miłością, wdzięcznością i uwielbieniem. Otóż te niemądre, trwoniące czas dusze zdobywają się zaledwie na to, by spłacić dług należny Bogu za codzienne dary. A cóż począć z tym niezmiernym długiem całego życia, jaki obciąża człowieka wobec Boga ?Moi drodzy, jeśli się przyjrzymy bliżej i uświadomimy sobie, że trzeba będzie zdać sprawę ze wszystkiego, aż do ostatniej pozycji, jak sądzicie co się z nimi stanie ?Niech uważają, żeby się im nie przydarzyło to samo co niemądrym pannom; o nich nie czytamy nawet, że popełniły grzechy ciężkie, lecz tylko, że nie były na czas gotowe. Chciały się one przygotować, wydaje się wiec, że miały zupełnie dobrą wolę, a mimo to musiały pozostać na zewnątrz, nie zostały wpuszczone
i powiedziano im: Nie znam was.

            W sztuce średniowiecznej zachodniej przedstawienie to nie jest niezwykłym tak w rzeźbie czy malarstwie. Ojcowie Kościoła i dawniejsze liturgie posługiwali się bardzo często tym obrazem Panien Mądrych, przede wszystkim zaś odnajdywały siebie w tej przypowieści dziewice poświęcone Bogu. W katakumbach rzymskich przypowieść tę przedstawia się dwukrotnie. Jeden z tych fresków pochodzi z I połowy IV wieku i znajduje się w Coemeterium maius przy Via Nomentana, drugi, nieco młodszy, w katakumbach świętej Cyriaki, za S. Lorenzo na Agro Verano. Malowidło bardzo zniszczone z Coemeterium Ostrianum przy Via Nomentana ukazuje przypowieść w momencie, kiedy Chrystus jako Oblubieniec świętuje z wybranymi przy stole weselnym. Nie pięć, lecz tylko cztery mądre panny siedzą wraz z Nim przy stole, gdyż piąte miejsce przeznaczone jest dla zmarłego, na którego grobie umieszczono tez obraz. Pięć głupich panien stoi wprawdzie z zapalonymi lampami przed drzwiami, lecz te są już zamknięte i bronią im wstępu do wspólnej uczty.
Tym którzy przychodzili do katakumb, aby przywołać pamięć nieżyjących bliskich, pozostawała tylko nadzieja, że zmarły polecany ich modlitwom, kiedy nadejdzie Pan zostanie zaproszony do zajęcia miejsca warz z Nim przy stole miłości.  Lampy na tych obydwu, bardzo już zatartych freskach, mają kształt pochodni. Świecą się te które należą do mądrych panien, lampy zaś panien głupich są zgaszone i powywracane-obraz Boskiego światła życia, które zgasło w ich duszach. Umieszczenie obrazu tej przypowieści na ścianach katakumb stanowiło potwierdzenie, że zmarli chrześcijanie oczekują powrotu Chrystusa i chociaż zapadli w sen, są gotowi w każdym momencie się przebudzić i przywitać Go. Na fasadzie bazyliki S.Maria In Trastevere w Rzymie sztuka mozaikowa XII wieku stworzyła w polu tympanonu piękną kompozycję mądrych panien, które zbliżają się do Madonny z Dzieciątkiem, zasiadającej na tronie umieszczonym w miejscu centralnym. Ich lampy mają kształt waz. W katedrach Strasburgskiej, Reimskiej, w kościołach St. Denis i St. Germain L.Auxerrois, w przedsionkach bocznych katedry w Chartes i w portalach w Notre Dame paryskiej, spotykamy się z postaciami rzeźbionymi panien mądrych i głupich. W kodeksach miniaturowych i na witrażach katedry w Troyes, natrafiamy na ich przedstawienia malarskie. Jest ich zawsze dziesięć, pięć głupich i pięć roztropnych; ostatnie mają zwykle strój zakonny, obszerne suknie i welony na głowach. Strzegą one pilnie lamp zapalonych, które trzymają w rękach. Panny głupie noszą w sztuce średniowiecznej szaty świeckie, mają głowy odkryte, albo w cylindrycznych czepcach, ich lampy są bez knotów i oleju. Postacie roztropnych panien bywają w ruchach spokojnych, drugie zaś niespokojne i wyrażają na twarzach uczucia przykre. W katedrze w Amiens obok głupich stoi drzewo bez  owoców i liści, obok mądrych drzewo to kwitnie i owocami jest przeładowane. Czasem panny mądre prowadzi Chrystus i szatan głupie, przy pierwszych jest kościółek zamknięty, przy drugich z bramą na oścież otwartą. Malowidło lądzkie posiada wiele z tych oznak zapożyczonych z ikonografii francuskiej, ale różni się tym, że ma tylko pięć panien roztropnych. Postępują one jedna za drugą, mając za tło mur z framugami półkolistymi jako przedstawienie raju. Przyjmuje mądre oblubienice anioł skrzydlaty w lewym rogu obrazu. O ile wyobrażenie Panien Mądrych mieści się całkowicie w ramach rozpowszechnionych na terenie całej Europy schematów ikonograficznych wczesnego średniowiecza, to ikonograficzne ujęcie drugiej części przypowieści należy do rzadkości. Nie zna go zupełnie-rzecz ciekawa Nadrenia, w które temat ten należy do najbardziej aktualnych. Najbliższych analogi dostarcza teren Dolnego Śląska i państwo zakonu krzyżackiego w polichromicznym wyobrażeniu w kościele w Strzelcach pod Sobótką, z ok. połowy wieku XIV, gdzie Panny Głupie skrępowane sznurem, posuwają się z podobnymi gestami rozpaczy ku piekłu, umieszczonemu obok sceny z Chrystusem w otchłani, i w rzeźbiarskiej dekoracji północnego portalu kaplicy św. Anny w Malborku z ok. 1340 roku, jeszcze bliższej ujęciem freskowi lądzkiemu. Interesujące podobieństwo w sposobie ich ukazania, gestykulacji i kompozycji budowy obrazu, możemy dostrzec w przedstawieniu Panien Mądrych, w kościele św. Katarzyny w Ornowie Pruskim (1350-1370).
          Na ścianie cysterskiej kaplicy w Lądzie, mamy ikonograficzny zapis ewangelicznej przypowieści, ilustrujące przyjście Oblubieńca do oczekujących niewiast. Panny Roztropne przekraczają progi domu szczęśliwości, zaś Panny Nieroztropne spotykają się z zamkniętymi drzwiami. Sytuacja i ich położenie ilustruje dramaturgia różnorodnych postaw, wyrazy twarzy, dynamika ruchów ciała to wszystko tworzy pewien złożony psychologiczny obraz napięcia, chwili przejścia od stanu radości po rozpacz. Roztropne niewiasty są pełne wewnętrznego szczęścia i rozpierającej je dumy, podążają tanecznym krokiem w stronę wyłaniającego się w ich kierunku anioła. To postawa pełna subtelności, hieratyczności i dworskiej elegancji. Zostają ukazane jako pełne spokoju, zwiewnie przemieszczają się krokiem pewnym i dostojnym, w dłoniach trzymają zapalone lampy, oświetlające drogę ku pełni miłości. Głupie Panny kontrastują z tym sielankowym obrazem szczęścia, wydają się smutne, apatyczne i nieszczęśliwe, starają się ruchami rąk odgonić diabelskie postacie popychaczy, ale to okazuje się bezcelowe. Ta droga napełniona zostaje trwogą opuszczenia, ciała dręczone, powyginane na skutek konwulsji, pozostają one pozbawione spojrzenia kochającego Oblubieńca. Ich światłem staje się nie blask zaopatrzonych lamp oliwnych, ale otchłań piekielna. Widząc ogień piekielny w akcie rozpaczy wyrywają sobie włosy, łapią się za nadgarstki i kolana, wnoszą w lamentacyjny sposób ręce, jakby próbowały ostatkiem sił wybłagać jeszcze jedną szansę, przywrócić utracony czas. To, iż kobiety zostały skazane na karę potępienia wyrażają ich pasiaste suknie. Pasiaste ubiory w średniowieczu były wyrazem hańby i wykluczenia społecznego, ludzie z marginesu i opętani podejrzewani o kontakty ze złem przywdziewali takie stroje. Upadłe kobiety, błazny, kaci czy uliczni kuglarze.


Przesłanie ikonograficzne ewangelicznej przypowieści ma na celu poruszenie serca
i rozbudzenie postawy oczekiwania. Każdy z nas winien tedy pilnie czuwać, aby Pan gdy przyjdzie, nie zastał nas śpiącymi. Każdy bowiem zda sprawę przed Bogiem ze swojego postępowania. Czuwa zaś ten, kto trzyma oczy umysłu otwarte na prawdziwe światło; czuwa ten kto zachowuje czynem to, w co uwierzył; czuwa kto odrzucił od siebie ciemności.


 


 

piątek, 8 sierpnia 2014

 Mt 16,24-28

Jezus powiedział do swoich uczniów:

„Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę?
Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania. Zaprawdę powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają, śmierci, aż ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w królestwie swoim”.




Tajemnica Krzyża który jest wpisany w życie każdego człowieka. To odkrycie tej najgłębszej prawdy która staje w centrum chrześcijańskiego przepowiadania, mianowicie że świat jest zbawiony jedynie w Chrystusie i nie masz w nikim innym zbawienia. Nie ma bowiem innego imienia pod niebem, danego ludziom, w którym byśmy mieli być zbawieni (Dz 4,12). Dlatego "Ten, który poznał tajemnicę krzyża i grobu, zna również racje zasadnicze wszystkich rzeczy i ten który zostaje wprowadzony w misterium zmartwychwstania, zna cel wszystkiego" pisał wczesnochrześcijański myśliciel Klemens Aleksandryjski. Chrześcijaństwo to krzyż, ten bolesny ze wszystkim odcieniami i intensywnością bólu, jak również chwalebny...ponieważ z tylko z krzyża wypowiada Bóg człowiekowi miłość. Św. Hipolit wyraził to w głębokich słowach: "Rozpostarłszy swe ręce na drzewie Chrystus rozwinął dwoje skrzydeł, prawe i lewe, wzywając do siebie wszystkich wierzących i przykrywając ich jak matka swoje dzieci." To jest jakaś niezgłębiona pedagogia miłości Boga, w akcie największego uniżenia, ofiarowania darmowej miłości aby każde ze stworzeń doświadczyło miłości rozlewającej się z cierpiących ran Baranka Ukrzyżowanego za życie świata. Krzyż stał się najbardziej wiarygodnym i najmocniej przemawiającym argumentem w którym wypowiedziała się obecność Boga bliskiego, troskliwego i współczującego, pochylającego się na zranionym grzechem stworzeniem. Ewangelia zaprasza nas do radykalizmu, wzięcia swojego osobistego krzyża: podniesienia się z grzechu, przebudzenia się z bierności, obojętności..., przeżycia swojego paraliżującego cierpienia jako wydarzenia terapeutycznego, mogącego wzmocnić mnie wewnętrznie. Czasami ciężar który wydaje się już nie do uniesienia i rany które tak broczą krwią i promieniują przeszywającym bólem duszy, mogą stać się ścieżką do zbawienia. Tu nie chodzi o cierpiętnictwo...chrześcijaństwo to nie masochizm czy jakiś ekshibicjonizm cierpiętniczy, ale to przyjęcie sytuacji trudnych i pozwolenie aby to wszystko co w naszym życiu jest krzyżem, spotkało się z Jego Krzyżem. Tylko wtedy dokona się powstanie, uzdrowienie i zmartwychwstanie (duchowa wiosna). Czasami inni próbują nam dobierać krzyże, umoralniać na siłę, czy szukać jakiś duchowych alternatyw na świętość. Ktoś próbuje mnie zbawić beze mnie, zaspokajając tylko jakieś swoje duchowe aspiracje poczucia wyższości. Wczoraj otrzymałem wieczorem telefon od człowieka który próbował prostować ścieżkę mojego życia, udzielając mi pouczeń...Pytam się człowieku znasz moje serce, widziałeś moje łzy, uchwyciłem dramat mojej duszy...zarejestrowałeś moją szamotaninę z Bogiem ? Chyba nie, bo gdyby tak było nie próbowałbyś bawić się terapeutę, wykazałbyś odrobinę szacunku, duchowego dystansu, wylałbyś jak lekarstwo na rany brata modlitwę miłości. Czasami ślepy próbuje prowadzić ślepego...po drodze mijając krzyż Pana. Każdy ma swoją tajemnicę krzyża, własne broczące rany... Z zewnątrz zbyt wiele się nie zobaczy, zbyt łatwo można się pomylić w osądzie...Czasami trzeba stracić swoje życie, aby je na nowo zyskać !




wtorek, 5 sierpnia 2014

Mt 17,1-9

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego, Jana, zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: Twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło.

A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”.

Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie”

Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli.

A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: „Wstańcie, nie lękajcie się”. Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa.

A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: „Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie”.



Pisze już dzisiaj o Święcie Przemienienia, szkoda że nie ma ono takiej rangi jak w Kościele Wschodnim, gdzie stanowi jedno z dwunastu najważniejszych świąt (wydarzeń które wspólnota wiary antycypuje w liturgii). Specjalnie i trochę prowokując do tekstu Ewangelii umieściłem obraz przedstawiający scenę Zmartwychwstania Chrystusa autorstwa Matthiasa Grunewalda. Artysta okazał się niezwykle śmiały w przedstawieniu tak nieogarnionej i pełnej misteryjności chwili triumfu życia wydobywającego się z nad grobu i spowitego tęczową aureolą, tak silnie nasyconą światłem. Artysta okazał się niesamowitym mistrzem światła, godnym poprzednikiem Rembrandta. Zestawienia barw śmiałe, nieoczekiwane, zaskakujące, zjawiskowe...tony intensywne, koloryt jakby eksplodował intensywnością nagromadzonych w środkach wyrazu emocji. Ta fantazja i niezwykła intuicja religijna stanowi jakby fotograficzne zatrzymanie w kadrze tego o czym dowiedzieliśmy się w Ewangelii: Twarz Jego zajaśniała jak słońce... Za każdym razem czytając ten fragment, wraca mi w pamięci obraz Zmartwychwstania. Przecież to co dokonało się na górze Tabor, było niczym innym jak przedsmakiem tego najważniejszego cudu, meta-teologicznego wydarzenia, gdzie światło wypełniło historię, gdzie śmierć została usunięta i życie zapłodniło świat  w bólach kiedy podniósł się po grzechu. Na górze Jezus tak się przeobraził że uczniowie nie byli wstanie spoglądać na Niego, był Słońcem ogniskującym w sobie ciekawości każdego ludzkiego spojrzenia, wychylenia głowy i skierowania oczu ku zjawisku, które par excellance nie miało miejsca w historii człowieka rozmawiającego z Bogiem (tak face to face). Na koniec dygresja socjologiczna, antropologiczna...już sam nie wiem jaka. Obserwuję każdego dnia przemierzających różne ścieżki ludzi, pędzących tak szybko że mogliby butami najbardziej markowymi zerwać chodnik i tego nie zauważyć. Człowiek pędzi...biegnie...zasapany i zmęczony wszystkim nie ma już siły podnieść twarzy ku górze. Oczy są nabrzmiałe a czasami przeropiałe od niewyspania i troski o byt. Myślę sobie często w duchu. Człowieku błagam zatrzymaj się w zgiełku miasta, poszukaj swojego szczytu, wzniesienia, wjedź windą na najwyższe piętro swojego wieżowca (bo najczęściej spoglądasz tylko w zsyp na śmieci) i pozwól ogarnąć się chwili, krótkiej modlitwie serca...wypowiedzianemu westchnieniu duszy: dobrze być tu z Tobą Panie. Niech ta chwila trwa !