wtorek, 31 marca 2026

 

Si fueris Romae, Romano vivito more; si fueris alibi, vivito sicut ibi. Powróciłem myślami do Rzymu w którym niespełna dwa tygodnie temu dane mi było spacerować. Nie sposób opisać tych rozległych horyzontów sztuki które się tam smakuje powoli, aby nie dostać zadyszki lub estetycznej niestrawności. Kultura tak pełna zapożyczeń a zarazem najbardziej oryginalna w konstelacji tzw. europejskości. Zawiłe do prześledzenia stadia rozwoju cywilizacji tak rozwibrowanej jak meander Tybru – w którego tafli przeglądali się cesarze i papieże, mierząc swoje siły na zamiary. Wszystko tam oddycha historią i duchowością zaprzeszłych wieków, nie stając się tym samym, jakimś zatęchłym skansenem czy przyprószonym kurzem reliktem - czekającym na obłaskawienie, czy wybudzenie w oczach pielgrzymów i turystów.  Wieczne Miasto potrafi rozbudzić nawet tych, którzy są skupieni na sobie i dalekie jest im przesiewanie piasków historii, czy uciążliwy ból w stopach pokonujących kilometry bazaltowych ścieżek. Już teraz rozumiem aluzję Herberta: „Jeżeli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku żebyś nie tylko oczami, ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi i abyś całą skórą zmierzył się ze światem.” Warto odrobinę pocierpieć, wyprażyć się w słońcu i być obmytym deszczem w drodze ku kolumnadzie Berniniego; miejscu chwilowego schronienia. Tam nawet dyletanci przecierają oczy i dostrzegają ów smaczki które zapadają w sercu i rzeźbią w pamięci łaknienie znalezienia się tu ponownie. „Każdy, kto widział najpierw fotografię jakiegoś miejsca, a potem je odwiedził, wie, jak bardzo odmienna jest rzeczywistość. Oddychamy atmosferą tego miejsca, słyszymy należące do niego dźwięki, czujemy jak są one odbijane przez niewidoczne domy z nami”(S. Rasmussen). Nie wiem czy istnieje coś, na kształt syndromu rzymskiego nad którym mogliby deliberować przy łyku kawy psychologowie. „Muzea i galerie Rzymu, choć tak bogate, mieszczą w sobie zaledwie część tego piękna, jakie tu wieki kuły w kamieniu, utrwalały na płótnach, freskach, mozaikach – pisał Jan Parandowski – Pełno ich w kościołach, w pałacach, w gmachach państwowych, w domach prywatnych, gdzie wrosły dziedzictwem, w zakamarkach, gdzie się ich nikt nie spodziewa: na ustronnym i zaniedbanym podwórzu nagle spomiędzy rupieci wyłania się słowa posągu, a w iluż miejscach strumyk wody sączy się w sarkofagu o pięknych reliefach ! Marmury i brązy rozbiegły się po mieście, po ulicach i placach, w alejach parków odkrywamy je znienacka w niefrasobliwej przechadzce, tak jak w ciemnym zaułku zatrzymuje nas Madonna, niespodziana ozdoba starej, złuszczonej ściany, i swym wdziękiem każe nam szukać jej twórcy wśród sławnych artystów.” Te zatrzymania i fragmentaryczne fascynacje ogarniały każdego wytrwanego podróżnika który w tym miejscu szukał czegoś więcej, niż poczucie ekstrawagancji, luksusu, prestiżu, czy zaistnienia na fotografii – pośród rozsiadłych na wzgórzach krajobrazów – rozsianego obficie piękna. Są to doznania pod którym dukt pióra drży, a klawiatura komputera jest niczym klawisz fortepianu, rozpoczynająca niepewnie takt i muzyczną frazę utworu. Kultura Rzymu jest jak warstwowy tort którego smaczne porcje, przywodzą dziecinne wprost odczucie radości z chwili, która już taka sama się nie powtórzy. Rzym antyczny, wczesnochrześcijański, bizantyjski, średniowieczny, renesansowy i barokowy… w nakładających się kostiumach estetycznej wirtuozerii mistrzów pędzla, dłuta, pióra, czy instrumentów poderwanych w bezsenną noc, otwierając źrenice oczu na widok Forum Romanum, Koloseum, czy Bazyliki św. Piotra z kopułą w której dosłownie, można zmieścić Panteon. Tutaj nigdy nie zapada noc, bowiem gwar miasta przeistaczając się w delikatnie odczuwalną ciszę, zaprasza do kolejnej wędrówki krętymi uliczkami i tawernami w których podochocony winem niejeden Rzymianin w imię miłości, wykonywał arystokratycznie usposobiony arię na cześć miasta których to protoplastów napoiła mlekiem wilczyca z Kapitolu. Miał rację poczciwy Giotto mówiąc: „Rzym to miasto echa, miasto iluzji i miasto pragnień.” Zmęczony wszedłem do bazyliki Santa Prassede, słyszałem kołatanie własnego serca. Położyłem się na ławce i spoglądałem na sklepienie na którym Chrystus zamknięty w medalionie był otoczony gibkimi aniołami – atletami wieczności.  Wspomnienia wyryte w pamięci są źródłem szczęścia !