środa, 25 marca 2026

 

Wracając do domu zatrzymał mnie widok pękających pod naporem ciepła pąków magnolii. Człowiek  oderwany od fiksacji ekranu i bezruchu powiek pod wpływem zaciskanego w dłoni telefonu, może zostać wyswobodzony przez kontakt z naturą - jeśli tylko pozwoli się dać obezwładnić tej sile rozkwitającego zewsząd piękna. W egzystencji naznaczonej pośpiechem i nieustanną potrzebą bycia zalogowanym, kontakt z przyrodą wydaje się dla wielu, czymś sporadycznym a nawet rzadkim. Bez wątpienia jest to najbardziej terapeutyczne doświadczenie dla naszych zmysłów ! Nasz świat jest jak szklana bańka w której zakorkowani niczym z malarstwa Boscha, przemierzamy drogę od wyznaczonego, po ostatecznie zrealizowany cel, który jakże często jest przeliczalny na pieniądz i powoduje nieodwracalny uszczerbek na zdrowiu psychicznym. Obłęd poruszania się w wirtualnym świecie Internetu, uśmiercił potrzebę wyjścia na zewnątrz, tworząc tym samym świat równoległy na kształt labiryntu w którym się błądzi, aż po utratę sił i życiowego celu – alienacji na kształt cienia z platońskiej jaskini. Jadąc tramwajem zauważyłem piękną dziewczynę siedzącą frontalnie naprzeciwko mnie. Próbowałem nawiązać z nią jakiś kontakt wzrokowy, migotliwą i rozkruszającą zalegającą anonimowość zbiorowości – chwilę porozumienia. To było bez celowe, przegrałem z siłą ekranu telefonu zawłaszczającego wzrok, słuch i ruch twarzy którą migotliwie głaskało światło słońca przez brudne smugi szyby. Isaak Asimov nakreślił tak destruktywną sytuację w powieści Face aux feux do soleil ukazując wykreowanych przez siebie mieszkańców planety Solaris, jako zastygłych przy komputerach, pozbawionych wzajemnych relacji, przenikniętych lękiem na samą myśl o fizycznym kontakcie w którym nastąpi pewnego rodzaju materializacja osób i spotkanie ciał. „Ile rodzajów pieśni może zaśpiewać konik polny wokół starego domu, gdzie mieszkańcy osiedlają się na wieczne życie”- pytał zasadnie i targany poczuciem wrażliwości, węgierski pisarz Krúdy. Problem w tym, że my już nie słyszymy tej rapsodii w której śpiew ptaka spotyka się z akompaniamentem wiatru i pocałunkiem istnień przebudzonych ze śmierci do życia. Świat zabił powolność i chęć delektacji tym, co naszych przodków zapraszało do kontaktu z ziemią; wyczuwaniem jej pulsu i świętości pod opuszkami palców i w kącikach ust. Człowiek stał się banalnym i przewidywalnym w każdym odruchu swojej cielesności. Choć wystawiony na światło i obłaskawiony eterycznością, zdaje się być wydartym siłom ciążenia i samotności. Człowiek epoki kamiennej posiadał większą amplitudę wrażliwości, niż ten nowoczesny, zakotwiczony w klawiaturze zdyszanego komputera. Oczy przestały rejestrować tajemnicę, stając się jedynie receptorami zdarzeń w które wpisani zostaliśmy zadaniowo, zwodząc uparcie siebie że jesteśmy wolni. „Świat jest muzyką dla której trzeba znaleźć słowa”- przekonywał Pasternak wbrew sprofanowanej złem rzeczywistości w której dane mu było żyć. Z dna plecaka wyciągnąłem informator Akademii Sztuki w Szczecinie który ktoś mi włożył w pośpiechu. Zagotowała mnie w nim jedna myśl: „…bo piękno nie istnieje – istnieje wolność !” Sztuka wydestylowana z piękna wydaje się już być krok od katastrofy. Zatopiona w przepastnej wolności twórcy, może sięgnąć pustki. Lepiej powrócić do miejsca zachwytu. Drzewo magnolii ma w sobie mądrość i piękno Stwórcy !