środa, 28 października 2026

 

Za oknem jesień skąpana w słońcu i ruchu wiatru, przenoszącym niewidoczne dla oka partykuły materii i skrycie wyjawianych cudzych myśli. Ziemia rozkłada to, co umiera, dając tym samym wciąż na nowo życie. To błogosławiona powtarzalność i powinność, którą Bóg zapisał w kodzie natury. Przeszywające umysł przeświadczenie o kruchości bytu i zatrzymaniu w połowie wędrówki do miejsca przy którym refleksja teologiczna, może być iluzoryczna i porównana do przed lingwistycznego bełkotu dziecka, próbującego na siebie zwrócić uwagę. Przyroda zapada beztrosko w sen, a my nie mamy na to żadnego wpływu. Jesteśmy biernymi obserwatorami procesów które określamy przemianą. Ziemia ścieli się kołdrą różnobarwnych liści; szykuje sobie posłanie oczekując odprężenie nadejścia śmierci. Człowiek jest też uwikłany w tąpnięciach biologii – kaprysach cielesności która trzeszczy, uwiera, choruje, przeżywa stan konwulsji i nie wiadomo o której godzinie – wyłącza się z czasu który odmierzają wskazówki zegarka. Niektórzy pragną jedynie przetrwać, przechodząc drogą, ociężale stawiając kroki ku niewiadomej następnego dnia. Istnieją również tacy, których jak rozmyślał Yannaras: „Ciało mówi językiem duszy. Dusza wyraża pragnienie życia z taką ekspresją, która nie poddaje się żadnej definicji.” Spoglądam z niepokojem na moją mamę jak gaśnie. Umysł jest ciągle świeży i rozpoznający wszystko z bystrością dziewczyny pijącej z nektaru zadziwienia przeszłością. Ciało natomiast wiotczeje i gaśnie, nie mogąc już unieść niczego – stając się balastem – ciążącym ku pozycji horyzontalnej; czekając na godzinę zerwania owocu z drzewa życia. Opiekujesz się rodzicem: karmiąc go, myjąc, zmieniając opatrunki na niegojących się ranach, dotykając bólu. Przebierasz pieluchę, spłacając dług wdzięczności za uśmiech dzieciństwa w którym matka powtarzała te same codzienne czynności z bezinteresowną czułością i oddaniem. To miłość która zatacza krąg i powraca w zupełnie innej trajektorii działania przenikniętego współczuciem. Chciałbym naszkicować świat skąpany w świetle do którego można wbiec jak wariat upojony szczęściem. Jednak trzeba zejść na ziemię i zryć ją ciężarem własnej bezradności. Dźwigać z uporem ciężar losu rozświetlonego przesłaniem Ewangelii. Niektórzy nie potrafią tego unieść, kamienieją jak Niobe z opowieści Owidiusza na widok odchodzenia i straty najbliższych. Wszystko jest przygotowaniem na przejście, choć układ scalony mózgu to wypiera. „Czym innym jest umrzeć, a czym innym zostać unicestwionym – pisał Hamvas – Czym innym spaść w nicość w nic nierozumiejącym oszołomieniu, a czym innym świadomie przekroczyć granicę. Jasność śmierci przenika najgłębsze warstwy istnienia.” Kiedyś ból ustanie a na horyzoncie gasnącego wzroku wyłoni się Raj. Pasternak nakreśli dłonią doktora i poety Żywagi słowa otuchy i nadziei wbrew dialektyce zła: „Zwyciężyć  będzie można śmierć. Wysiłkiem zmartwychwstania.”