wtorek, 5 sierpnia 2014

Przebóstwienie w liturgii


Liturgia w duchowości i życiu chrześcijaństwa wschodniego stanowi  niezwykłe  bogactwo wartości duchowych i materialnych, których bezpośrednim odbiorcą jest człowiek, przeniknięty mistycznym pragnieniem zanurzenia w Misterium obecności Boga, w dramaturgii, sztuce niezwykłej służby i nieustannego uwielbienia Stwórcy. Celebracja którą tak dokładnie w swoich dziełach przybliżało wielu wschodnich myślicieli, stanowi dla odbiorcy wychowanemu w kulturze Zachodu, wydarzenie, w którym dokonują się święte czynności, jako niezwykłe, w którym Bóg żywy i prawdziwy daje swoje życie w pełni. Pięknie to wyraża tekst rozpoczynający Anaforę Dwunastu Apostołów: Godną i sprawiedliwą jest rzeczą, abyśmy wysławiali, prawdziwego Boga Ojca, Jednorodzonego Twego Syna i Świętego Ducha. Ty z niebytu powołałeś nas do istnienia i upadłych znowu podniosłeś i nie opuściłeś, czyniąc wszystko, aby nas zaprowadzić do nieba i dać swoje przyszłe Królestwo. Zdaniem teologów wschodnich człowiek jest istotą liturgiczną, przekraczającą wymiary swojej egzystencji, ponieważ wykorzystuje i łączy elementy tego świata, wskazując na inną rzeczywistość, którą pragnie sprowadzić na ziemię, albo jeszcze inaczej to formułując sprowadzić świat swego istnienia do samego Boga. Ojcowie Kościoła zastanawiali się nad pierwszymi rozdziałami Księgi Rodzaju, rozumieli rolę Adama w raju ziemskim jako funkcję kapłańską i królewską. Był on najwyższym kapłanem, liturgiem całego stworzenia, które miał doprowadzić do Boga. Stąd człowiek winien urzeczywistniać całym swym istnieniem to, co odkrywa „twarzą w twarz” z Bogiem, gdy przychodzi ofiarować Panu w kulcie wszystko, co mieści jego serce. Serce człowieka, które powinno być wypełnione Bogiem, jest również przepełnione światłem. To ludzkie serce jest naczyniem, miejscem przestrzenią nieskończoną […]. W sercu człowieka dokonuje się wówczas spotkanie światła Bożego i świata. Każde serce ludzkie, gdy zostanie uświęcone, oczyszczone, oświecone, jest szczeliną, otworem, przez które dzięki liturgii, przenika cały świat Boga. Przez liturgię wchodzi się
w inny wymiar rzeczywistości, w którym dzięki łasce samego Boga, człowiek może stać się obdarowanym szczególnym darem przebóstwiającej mocy. W liturgii następuje spotkanie słabego człowieczeństwa, z człowieczeństwem Boga, który wynosi  je,  ku swojej Boskości.  
Już w Starym Testamencie Bóg wzywał Izraela: „Uświęćcie się więc i bądźcie świętymi, bo Ja jestem święty: Ja Pan, Bóg wasz (Kpł 20, 7). Tu szczególnym czasem i miejscem uświęcenia staje się liturgia sprawowana w świątyni. W liturgii wschodniej Bóg spotyka się z człowiekiem i objawia mu się w sposób szczególny jako piękno ontologiczne, które zbawia i przemienia świat. W najbardziej wymowny sposób tę tajemnicę opiewa nabożeństwo bizantyjskich nieszporów, które wspominają stworzenie świata i już na samym początku wkładają w usta uczestników słowa Psalmu 104, opisując piękno stworzonego świata. Bóg w tej liturgii pragnie dotrzeć do człowieka przez każdy zakamarek jego jestestwa, podobnie jak opisują to słowa Apokalipsy św. Jana: „Oto stoję u drzwi i kołaczę, jeśli ktoś posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną”(Ap 3, 20). Kiedy Bóg spotyka się z człowiekiem w jego wnętrzu, wówczas nawiązuje się piękny dialog miłości. W sferze widzialnej odpowiedź ta zostaje wyrażona w śpiewie i gestach liturgicznych, wykonywanych z wielką dbałością i pietyzmem. W tym samym czasie w sferze niewidzialnej dokonuje się proces przebóstwienia, dzięki któremu stopniowo człowiek staje się nosicielem samego Boga  (theophoros). Liturgia stanowi zatem tę część życia chrześcijańskiego, mistagogię -sakrament sakramentów, która była bliska chrześcijaństwu wschodniemu, jako doświadczenie boskie przenikające całe człowieczeństwo, a jednocześnie źródło intelektualnych poszukiwań u Ojców Kościoła i późniejszych teologów. Sam pisze o tym następująco: Jeżeli kościoły prawosławne są tak bardzo pełne światła, ciepła i jakiejś intymności, dzieje się tak dlatego, że każdy odcinek murów jest ożywiony i przedstawia niebo, stawiając człowieka wobec własnych przodków: aniołów, proroków, apostołów i świętych Człowiek czuje się tak, jakby rzeczywiście był w gościnie u Boga i przebywał w niebie […]. Jest to jakby rodzaj teomaterializmu, widzenia całej natury w Bogu, czyniącego wszystko do koła przeźroczystym, pozwalającego odczuć rzeczywistość niewidzialną. Liturgia uczy człowieka właściwej relacji do Stwórcy, jak również do całej wspólnoty, która pragnie doświadczyć Królestwa Bożego, antycypując je w świętych obrzędach. W liturgii człowiek odkrywa się na wpływ wartości boskich. W ten sposób podbudowany i podniesiony na duchu bliskością Boga człowiek staje się sam doskonalszy i boski. Człowiek uczestnicząc w rozgrywającym się akcie łączenia tego, co ziemskie i duchowe, staje się sam jedną z istot stojących na określonym stopniu hierarchii duchowej, o czym dość szczegółowo pisał Pseudo-Dionizy Areopagita.  Było to, ważne ze względu na wielki szacunek jakim otaczano święte czynności. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa katechumenom i grzesznikom odbywającym publiczną pokutę nie pozwalano uczestniczyć w drugiej części liturgii, właściwej dokonującej się Ofierze. Wyraża to św. Justyn Męczennik: Pokarm zaś ten nazywany jest przez nas Eucharystią i nikt inny nie może go przyjmować, jak tylko ten, kto wierzy, że to, czego nauczamy, jest prawdą, kto przyjął chrzest na odpuszczenie grzechów i odrodzenie oraz żyje tak, jak Chrystus nakazał. Nie spożywamy go jednak jako zwykłego chleba
i zwykłego napoju. Jak bowiem za sprawą Logosu Bożego nasz Zbawiciel, Jezus Chrystus, wcielił się i dla naszego zbawienia przyjął ciało i krew, tak samo również i ten pokarm dzięki modlitwie przez Niego ustanowionej staje się Eucharystią, karmi, przemienia nasze ciało i krew
. Liturgia stanowi jednocześnie serce prawosławnej teologii, z której człowiek czerpie siłę, doświadczając osobowo działania Słowa Wcielonego, o którym mówił poprzedni rozdział, jak również ożywiającego źródła, oraz przebóstwiającej mocy Jego Ciała. To dramat przywołujący historię zbawienia i aktualizujący ją na scenie jakim jest wnętrze świątyni, to ciągłe dokonujące się teraz, podnoszące człowieka z
profanum i umieszczające w przestrzeni innej, której słowa nie potrafią wyrazić. Trzeba jednak było, by nie tylko nasza natura w swojej substancji podniosła się do wyższego stanu, lecz także, by każdy człowiek z osobna, jeśli zechce, doznał nowego narodzenia i karmił się nowym pokarmem, odpowiadającym temu narodzeniu, i tak osiągnął pełną miarę doskonałości.  Te słowa odzwierciedlają misterium zgromadzenia, człowiek przez wspólnotę z drugimi wchodzi w relację przebóstwiającą z łaską samego Boga. Wyraża to tekst Pseudo-Dionizego opisujący obrzędy Eucharystii Objawia on [kapłan sprawujący] nam bowiem to, jak Chrystus wynurzył się z tajemnej głębi swojej Boskości, by przyjąć z miłości do ludzi naszą postać i całkowicie się w nas wcielić […]. Pod tym warunkiem jednak, że stopimy się w jedno z Jego boskim życiem i upodabniając się do Niego, tak dalece, jak jest to możliwe. Wtedy prawdziwie dostąpimy komunii z Bogiem i osiągniemy boską doskonałość.
W Eucharystii wzajemne udzielanie i samo ofiarowanie się wszystkich osób Trójcy Świętej zyskuje sakramentalne uobecnienie. Jeżeli wiara w Trójcę Świętą jest kwestią dogmatyczną, to Eucharystię należy traktować jako sakramentalne streszczenie całego misterium Zbawienia. W obu przypadkach mamy do czynienia z Symbolem jednej tajemnicy Bożego Zbawienia przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym.  To sprawia że liturgia utożsamia się z rzeczywistością samego Kościoła i Królestwa Bożego. Namacalnym tego dowodem jest akcja liturgiczna, poprzedzona dynamiką „tańca”, wykonywanego przy wchodzeniu przez diakona i posługujących. Po wielkim wejściu następuje długa litania próśb. Jest to jednocześnie zachęta do wzajemnej miłości, która odwołuje się do komunii miłości w samym łonie Trójcy Świętej. Przez to wyznanie człowiek może dopiero kosztować ze stołu nieśmiertelności.  Zjednoczenie Chrystusa z każdym wierzącym, dokonuje się poprzez udział w sakramencie Eucharystii, nie jest oczywiście takie samo, jak zjednoczenie Logosu Boga z przyjętą przez Niego naturą człowieka. Jedność sakramentalna jest realną jednością z Jego przebóstwiającą łaską i energią. Uczestnicząc w sakramencie Eucharystii, człowiek jednoczy się z przebóstwiającym Ciałem Chrystusa i ma udział wiecznym niezniszczalnym życiu, to znaczy staje się jednym ciałem z Chrystusem. To utożsamienie ciała nie następuje automatycznie, lecz jest ofiarowane jako dar łaski Bożej, który człowiek może przyjąć w duchu i osobiście. Tę doktrynę o przebóstwiającej łasce w Eucharystii, Evdokimov wiele razy przedstawiał odwołując się do Ojców Kościoła, jak również do wielu ich interpretatorów bizantyjskich, takich jak Grzegorz Palamas i Mikołaj Kabasilas. Chrześcijaństwo wschodnie zawsze uważało Eucharystię za tajemnicę prawdziwej i realnej wspólnoty z Chrystusem. Nawet w okresie, gdy Eucharystię tłumaczono przez system symboli przeznaczonych do kontemplacji, nigdy nie kwestionowano prawdy, że stanowi „misterium które rekapituluje całą boską Ekonomię.
Wyrazem tego jest głębokie przekonanie wielu Ojców Kościoła.  Dla Grzegorza z Nyssy  Najświętsza Ofiara jest konsekwencją dzieła Wcielenia i można ją zrozumieć tylko w kontekście dwóch natur Syna Bożego, ale nie należy zapomnieć o działaniu Ducha Świętego, który nieustannie dokonuje tej duchowej przemiany w Ciało Chrystusa. Potrzeba tu wspomnieć o istotnym twórczym działaniu Ducha Świętego, którego przyzywanie jest obecne prawie we wszystkich anaforach Wschodu. Szczególnie Ojcowie syryjscy, stosując język symboli i obrazów, odwołują się do przyjmowania wraz z Komunią, Ducha Świętego, Tego który jest sprawcą przebóstwienia. Duch Święty jawi się jako  moc Boża, z którą człowiek uzyskuje kontakt dzięki Eucharystii. Owocem tego kontaktu jest skuteczność ofiary eucharystycznej i uświęcenie człowieka. Wierni zasługują na nazwę „synów Ducha Świętego” a Kościół jest oblubienicą Bożą.  Liturgia zatem dokonuje się w nowym czasie poprzez Ducha, wszystko stanowi ciągłą epiklezę, przeistaczającą wszystko, co się w niej dokonuje „ Nas wszystkich spożywających z jednego chleba i jednego kielicha zjednocz razem we wspólnocie jednego Ducha Świętego”. Wyraża to plastyczny język liturgii wschodniej, jest taki moment kiedy to diakon przed komunią wlewa do kielicha wrzątek, symbolizujący żar Ducha Świętego, to wyraz duchowego uczestnictwa człowieka zanurzonego we Krwi Zbawiciela Zmartwychwstałego. Woda jest jednocześnie ogniem Jego Mocy, który kiedyś w wieczerniku zstąpił na uczniów, dając im siłę świadectwa.Wszystko co dokonuje się w liturgii, składa się z języka znaków   i symboli
jakby łączników pomiędzy niebem i ziemią. Liturgia jest symbolem i wyraża się symbolami. To jest ta rzeczywistość, którą gdzie indziej nazwaliśmy sakramentalnością właściwą dla całego bytu Bożego, lecz którą człowiek przestał odczuwać i rozpoznawać na „tym świecie” upadłym. Być może dlatego
Evdokimov z takim przejęciem i wewnętrznym przekonaniem opisuje głębię symboliki liturgicznej, zanurzonej w innej przestrzeni i czasie. Liturgia rzuca własne światło na antropologię i budzi w sercach hagiofanię, objawienie świętości, z jej podstawowym wymiarem dokosologicznym - adoracji i uwielbienia. Dlatego, liturgicznemu „małemu”i „wielkiemu” wejściu towarzyszy wejście wszystkich chórów anielskich, człowiek natomiast przyłącza się do ich pieśni pochwalnych […]. Przez uczestnictwo, Boża świętość daje początek wszystkim postaciom świętości ludzkiej oraz uświęceniu i świętości całego wszechświata. „Bądźcie święci”, „bądźcie doskonali”, zawsze na obraz Jednego Świętego i Doskonałego. Wyraża to niezwykle fragment z opowieści starców pustyni : „Jeden z ojców mówił, że ktoś kiedyś spotkał abba  Sylwana, a widząc jego twarz i ciało jaśniejące jakby anielskie, upadł na twarz. I mówił, że także niektórzy inni mieli taki dar. Powyższe napomnienia odnoszą się do jednej i tej samej pleromy, treści pełnego chwały „przyszłego wieku”, której kosztujemy już tu na ziemi.” Liturgia ukazuje nam człowieka w całym jego misterium jako nosiciela Ducha, co podkreśla wiarę w człowieka. Asceza wszystkich wieków opiera się nie tylko na wierze w Boga, ale też na wierze w człowieka. Wiara ta wynika z faktu przenikania natury przez łaskę niestworzoną, czyli przez przebóstwiające energie Boże, wiecznie promieniujące z istoty Boga. Według św. Augustyna wizja uszczęśliwiająca zaczyna się po śmierci, a według teologii wschodniej jest ona możliwa już tutaj, w tym życiu. Cud jest także fenomenem eschatologicznym, a sakramentach uczestniczymy w eschatologii zrealizowanej. Niedostępnej światłości Boga (1 Tm 6, 16), przejawiającej się w Boskich energiach, odpowiada głębia człowieka, której symbolem jest serce (Jr 17, 9-10). Misterium „Boga ukrytego”, posiada swe przedłużenie w tajemnicy „człowieka ukrytego serca” (1P 3,4). Apofatycznej teologii odpowiada też apofatyczna antropologia. F
undamentalnym tekstem, który pogłębia te refleksje jest nauka Cyryla Jerozolimskiego, skierowana do pierwszych wyznawców, mających być zanurzonymi w Paschalnym Źródle. Pod postacią chleba dane jest ci Ciało, pod postacią wina dana ci jest Krew. Gdy więc przyjmujesz Ciało i Krew Chrystusa, w Ciele i Krwi uczestniczysz […] uczestniczysz w naturze Bożej. O tej pełnej świadomości obecności Pana, nauczał też św. Hilary z Poitiers: […] On w nas trwa dzięki tajemnicy sakramentalnej, to dzięki  temu zostaliśmy pouczeni o doskonałej jedności przez Pośrednika, dzięki któremu wraz z nami On trwa w Ojcu, a mieszkając w Ojcu trwa również w nas. W taki sposób dostępujemy jedności z Ojcem. Skoro bowiem On jest
w sposób naturalny przez narodzenie w Ojcu, to również i my w Nim będziemy naturalnie, przez to, że On trwa w nas w sposób naturalny
 
Komunia staje się świadectwem nie tylko realnej obecności Boga pośród swego ludu, jak również mistycznym zjednoczeniem z Przebóstwionym Panem, co subtelnie wyraża bizantyjska liturgia Eucharystii, komentowana, przez teologa, w sposób misteryjny.  Komunia jest świadectwem realnej obecności Chrystusa aż do skończenia świata. Lecz podniesienie kielicha po Komunii i kłęby dymu kadzidła otaczające zanoszone do prothesis dary, gdzie mają być spożyte, symbolizują wstąpienie Jezusa do nieba, skąd już padają pierwsze promienie światła paruzji i nowej Jerozolimy. Jest to eschatologiczny finał liturgii, której uczta jest mesjańska […]. Teraz do świata należy, by stać się Chrystusem: „Widzieliśmy światło prawdziwe, wzięliśmy Ducha niebieskiego, odnaleźliśmy wiarę prawdziwą, niepodzielną, Trójcę adorując. Ona bowiem, nas zbawiła […]”. Nakarmiony i napojony u źródła człowiek staje się jakby kielichem napełnionym obecnością Chrystusa i ofiarowanym ludziom i światu.  Tak twórczo przedstawia to ikonografia wschodnia, w bogactwie kolorów i wyobraźni teofanicznej. Jeśli liturgia eucharystyczna stanowi ikonę zbawienia, to ikona, obraz liturgiczny, ma swój sens w tym szczycie, jakim jest Eucharystia, bezkrwawa ofiara chwały, memoriał Wieczerzy Pańskiej, obecność Chrystusa wśród nas i w nas przez przyjęte dary.” 
Ikona wieczerzy odwołuje się do każdego człowieka, który przyjmuje „Niebiański Chleb” i staje się dzieckiem światłości. Cudownie wyraża to język poezji eucharystycznej, syryjskiego piewcy świętych misteriów św. Efrema: Oto najświętsza świętość. Co uświęca serafinów w niebie. To jest owoc po którego spożyciu Adam zapragnął stać się Bogiem. Przystąpcie i przyjmijcie mnie, dzielcie na części, i kosztujcie mnie ukrytego pod postaciami. Dla zbawienia świata stałem się pokarmem i prawdziwym chlebem dla zaspokojenia głodu […]. Nie tego spalam kto mnie spożywa, ale tego, kto jest daleko ode mnie […]. Pijcie kielich płomienia.” „W tym sakramencie przebóstwienie staje się coraz bardziej osobowe i otwiera nas na niewyczerpalną nieskończoność tajemnicy trynitarnej, już jesteśmy w niebie.”
Myśliciele chrześcijańskiego Wschodu w swojej wrażliwości na Liturgię jako Misterium, odwołuje się do Ojców Kościoła wskazując intensywność ich życia duchowego, płodności intelektualnej i odczytywania życia w kontekście bliskości sakramentalnej z Bogiem Żywym. Liturgia, życie sakramentalne, stanowiło dla Ojców swoistą synergię obcowania z Wydarzeniem, które przeżywali i celebrowali. Teolog pisze o tym następująco: Ojcowie czytając Pismo Święte, nie obcowali wyłącznie z zapisanym tekstem, lecz z żywym Chrystusem - z Chrystusem do nich przemawiającym, odżywiali się Słowem jak eucharystycznym chlebem i winem, a Słowo Pisma otwierało przed nimi głębie samego Chrystusa. Ich teologia była przedłużeniem czynności sakramentalnych, przekładem - na terminy jej właściwe - przeżywanych teofanii […] Światy liturgii, ikony, a nawet teologii Ojców, stają się zamkniętymi enklawami znaków, szyframi, i dlatego potrzeba „gwałtowności” wiary, o której mówi Ewangelia (Łk16,16), ponieważ ona tylko zdolna jest złamać pieczęć Księgi Życia, aby to Życie mogło wytrysnąć.
Człowiek w liturgii doświadcza, udoskonalenia siebie od strony moralnej, jak również przebóstwiającej mocy Boga, której świadkiem się staje przez przyjęcie Ciała Pana i Jego Krwi, obleczony światłem nie z tego świata, staje się nowym stworzeniem, pięknym na wzór swego Oblubieńca. Dlatego człowiek pełen pokory pragnie wyśpiewać wraz z całym Kościołem hymn pełen nadziei zwany cherubikonem. Przyjmij mnie dzisiaj, Synu Boży, jako uczestnika Twojej mistycznej wieczerzy, gdyż nie zdradzę Twym wrogom tajemnicy ani też nie pocałuję Ciebie jak Judasz, lecz jak łotr wyznaję Ciebie: Pamiętaj o mnie, Panie, w Twoim królestwie. Alleluja. Alleluja. Alleluja.  

 

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Mt 14,22-36

Skoro tłum został nakarmiony, Jezus zaraz przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny.

Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli.

Wtedy Jezus odezwał się do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”.

Na to odpowiedział Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”.

A On rzekł: „Przyjdź”.

Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: „Panie, ratuj mnie”.

Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”

Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”.

Gdy się przeprawili, przyszli do ziemi Genezaret. Ludzie miejscowi, poznawszy Go, rozesłali posłańców po całej tamtejszej okolicy, znieśli do Niego wszystkich chorych i prosili, żeby przynajmniej frędzli Jego płaszcza mogli się dotknąć; a wszyscy, którzy się Go dotknęli, zostali uzdrowieni.



Wierzyć to znaczy chodzić po wodzie, chodzić za Jezusem kiedy lepiej jest lub kiedy gorzej...słowa znanej pielgrzymkowej piosenki w sposób bardzo realistyczny odsłaniają jaka jest droga chrześcijanina. Nie jest łatwo być człowiekiem wierzącym, trzeba dużo ufności względem Boga, aby wypłynąć na głębie ducha, aby wyjść ze swojej wygodnej łodzi kiedy zerwie się wichura i powstaną fale, które sprawią że pojawi się strach. Wiara to umiejętność postawienia pierwszego kroku, podjęcia na nowo ryzyka opuszczenia tego do czego się przywykło, co stało się przyzwyczajeniem i poczuciem pozornego bezpieczeństwa. Ewangelia to szaleństwo...ryzyko wpadnięcia do wody, utraty równowagi...poczucie że spadasz na dno i nie panujesz nad tym kompletnie. Wszystko aby On mógł nas podnieść, postawić na nogi i pozwolić abyśmy poczuli że nas kocha. Nosimy w sobie tyle pytań, które nas nurtują każdego dnia...Każdego ranka wstając z łóżka zastanawiamy się po jakie licho to robię. Kiedy czujesz się osamotniony, kiedy nie jesteś już na fali łatwo zaskarbionej popularności, przychodzi cierpienie, gdy nie idzie po twojej myśli, czujesz zranienie i odrzucenie...ciśnie się jedno pytanie: Po co to wszystko ? Może właśnie dla tego momentu, jedynego w Twoim szarym i zabieganym życiu...kiedy spuścisz wzrok z Jezusa, wpadniesz w przygnębienie i lęk, On przyjdzie aby podnieść i przywrócić poczucie pewności. Czasami trzeba się wydrzeć na całe gardło ile tylko sił w płucach..."Panie, ratuj mnie". po tej zdesperowanej modlitwie bezradności i chwili totalnej rezygnacji, przychodzi spokój serca, "odwagi, Ja jestem nie bój się..." św. Augustyn kiedyś napisał mądre słowa: "Bóg jest bliżej nas, niż my siebie". Czasami przychodzą takie trudne momenty, podobne do sytuacji którą doświadczył Piotr na wzburzonym jeziorze. Tak osobiście tego doświadczam, po kilku dniach poszukiwania pracy i troski o codzienne zdobywanie chleba. Teraz dopiero rozumiem jakie musiało być zdziwienie uczniów, kiedy Chrystus posłał ich głosić Ewangelię bez żadnego finansowego zabezpieczenia, bez ciepłej plebani, zastawionego stołu, protekcji na starcie z faktu kim się jest...bez trzosa, torby z portfelem na dnie wypchanym pieniędzmi i przywilejów. Aby poczuli że mają być ubodzy pośród ubogich, wrażliwi na pulsujące serce świata...na płacz głodnych dzieci, bezrobotnych ludzi. Po to aby ich nie minąć w drodze, aby uszanować każdą okruszynę chleba, aby osobisty egoizm nie przesłonił im prawdy że sługami nieużytecznymi mają być dla innych. Jedyne co ważne ma być w ich życiu to wiara, wnętrze pełne miłości i porywające dla uzdrowienia świata spojrzenie Jezusa. W tych kilku dniach doświadczyłem ogromnej pustyni, to najbardziej trudne rekolekcje mojego życia. Tyle kłębiących się myśli przelatujących przez umysł z prędkością odrzutowca. Modlitwa i poszukiwanie spojrzenia Jezusa. Czasami rozgoryczenie i ból połączony ze spadającymi jak lawina łzami. To wędrownie ku łodzi, do której trzeba będzie wsiąść i wypłynąć aby się zmierzyć z żywiołem, postawić nogę na fali i pójść za głosem. Pięknie napisał ks. Hryniewicz: "Różnorodność ludzkich dróg ku Bogu jest błogosławieństwem. Wierzę, że istnieją takie drogi zbawienia, które zna tylko Bóg".




 


 



czwartek, 31 lipca 2014

Mt 13,47-53

  Jezus powiedział do tłumów:
„Podobne jest królestwo niebieskie do sieci zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko?”Odpowiedzieli Mu: „Tak jest”. A On rzekł do nich: „Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare”.Gdy Jezus dokończył tych przypowieści, oddalił się stamtąd.





Ewangelia dzisiejsza porównuje Królestwo niebieskie do sieci zarzuconej w morze i zagarniającej ryby. Zarzucanie sieci to ogromnie trudna praca, kiedyś spacerując po porcie w  Pucku widziałem jak rybacy na kutrach wrócili z połowu i porządkowali swoje sieci po nocnym połowie. Spracowane i poranione dłonie od napinających się sieci, walka z żywiołem wody i rybami które w dużej ławicy, próbowały uwolnić się z krępujących sieci. Z tego wynika że aniołowie na końcu czasów będą mieli mnóstwo roboty aby ujarzmić taką rzeszę. Myślę też bardziej przyziemnie, o człowieku wrzuconym w sieć...nie chodzi mi zaplątanie w sieć jaką jest internet, choć to środowisko egzystencji wielu ludzi wydaję się bardziej niebezpieczne niż żywioł wody. Myślę o sieci ludzkich relacji, wzajemnych odniesień...Co się stało z ludzką wrażliwością, altruizmem, zainteresowaniem tym drugim obok mnie żyjącym ? Czasami mam wrażenie że wielu ludzi jest uwikłanych w  "sieci" jaką jest społeczeństwo- zbiorowość, a jednocześnie wielu jest samotnych, próbując pozostać na powierzchni wypełnionych egoizmem, pustką, krzykiem pychy i samorealizacją siebie. Ten drugi jest dla mnie ważny o tyle, o ile może mi coś dać...zabezpieczyć mój żałosny los...To smutne i przygnębiające. Może przez taki obraz Chrystus chce wzbudzić w nas odpowiedzialność za siebie i innych, wejście do Królestwa ma być pochodem ludzi połączonych więzami miłości, współodpowiedzialności za siebie, wspólnego pragnienia dostania się do Nieba.

wtorek, 29 lipca 2014




J 11,19-27

Wielu Żydów przybyło do Marty i Marii, aby je pocieszyć po bracie. Kiedy zaś Marta dowiedziała się, że Jezus nadchodzi, wyszła Mu na spotkanie. Maria zaś siedziała w domu.

Marta rzekła do Jezusa: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł. Lecz i teraz wiem, że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek byś prosił Boga”.

Rzekł do niej Jezus: „Brat twój zmartwychwstanie”.

Rzekła Marta do Niego: „Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym”.

Rzekł do niej Jezus: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?”

Odpowiedziała Mu: „Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat”.



Bardzo często w naszym życiu jest podobna sytuacja jak tak z dzisiejszej Ewangelii. Kiedy odchodzi ktoś bliski tak nagle, pojawia się często w naszym sercu pytanie skierowane do Boga: dlaczego... ?Panie gdybyś tu był, to może wszystko wyglądałoby inaczej... Czasami rodzi się postawa nacechowana żalem i pretensjami, bezradnością i krzykiem rozpaczy wydobywającym się gdzieś z wnętrza nas samych. Wielu ludzi nie potrafi z doświadczenia trudnego, jakim jest śmierć bliskiej osoby, przeżyć tego jako wydarzenia dobrego, chwalebnego z perspektywy wiary i nadziei. Ciągle żyjemy wspomnieniem obecności kogoś, nie pozwalając aby Bóg odkupił nasze wspomnienia, pamięć i relację do kogoś kto już jest w innym wymiarze bytowania. Dzisiejszy fragment pokazuje że Bóg jest Tym który przynosi życie: Zmartwychwstaniem i życiem. To nie jest Bóg nieczuły na dramat odejścia swojego przyjaciela ( każdy z nas jest przyjacielem Boga). Ta scena wskrzeszenia z martwych Łazarza jest pełna ciepła i miłości. Jezus w swojej ludzkiej naturze cierpi, jak każdy człowiek po stracie kochanej osoby, ale jako Bóg za chwilę ożywia go tchnieniem życia, aby pokazać że dla Niego nie ma sytuacji rozpaczy, zatrzymania w śmierci i zamknięcia na wieki w wykutym grobie. To katecheza triumfu życia nad rozpaczą śmierci, radości ożywienia nad wydzielającym się smrodem rozkładającego w efekcie śmierci ludzkiego ciała. Potrzeba nam wiary Marty i Marii sióstr tego któremu Bóg dał szansę jeszcze raz oglądać świat żywych. Jednocześnie przesłanie staje się jasne dla nas samych abyśmy mieli wiarę w Syna Bożego. Kiedyś ks. Pasierb postawił intrygujące pytanie: "Jak to będzie kiedy my już umrzemy skoro ciągle łatwiej przychodzi nam opuścić Boga niż życie". Oby tak nie było z nami jak kiedyś napisał Gogol: "Człowiek to taka istota, która dopiero wtedy poważnie weźmie się do czegoś, gdy wie, że jutro przyjdzie mu umrzeć".

sobota, 26 lipca 2014


Podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją  (Mt 13, 44-52).


Przybliżając temat królestwa Bożego, posługuje się Chrystus  tym razem, obrazem kupca kolekcjonującego piękne perły. Pewnie Pan chce nas zachęcić do pragnienia poszukiwania i przybliżania się do miejsca wyjątkowego. Pojawiają się dwa słowa klucze: poszukiwanie- jako pewien wysiłek, trud który trzeba sobie zadać... oraz odkrycie- czyli moment którego zwieńczeniem jest radość znalezienia czegoś wartościowego, bezcennego ( nieprzeliczalnego na profity finansowe). Może czasami w życiu chrześcijańskim trzeba wiele rzeczy pozostawić, wyruszyć w intrygującą przygodę odkrywania "perły" o nieporównywalnej wartości. Czasami trzeba dokonać jakieś reformy wnętrza, przewartościowania myślenia, wytyczenia nowych kierunków, aby nie umrzeć z nudów. Ktoś pięknie napisał iż czasami po nabyciu cennej perły przyzwyczaimy się do niej i przestaniemy ją cenić. Będziemy traktować nasz skarb ja zwykły przedmiot. Wtedy na tym co upragnione i cenne może osiąść kurz codzienności, przykrywając pierwotny blask i piękno które ta fascynowało. Można ten proces porównać do wielu artystów- utalentowanych choć niepotrafiących się przebić przez brutalny rynek sztuki. Wielu z nich sprzedawało swoje obrazy za kawałek chleba, aby zwyczajnie przeżyć kolejny dzień. A pełni wyrachowania zbieracze, dorobkiewicze i sklepikarze wzbogacali się o obrazy, które po czasie okazały się warte miliony. Artystów tych usprawiedliwiała trudna sytuacja, ból egzystencji... Mam jeszcze jedno skojarzenie związane z przypowieścią. Był taki kierunek w kulturze który miał charakterystyczną nazwę: rokoko- co się tłumaczy piękna perła w muszli. Tak sobie myślę że chrześcijanin nie tylko musi odnaleźć cenną muszlę, ale ją otworzyć... zadać sobie odrobinę trudu, może się skaleczyć. A kiedy otworzy muszlę, zobaczy piękną i drogocenną perłę. Posiadanie perły, to przybliżenie się do Królestwa Niebieskiego, to zbawienie człowieka, ma ono wymiar eschatologiczny, które zamknie to co ziemskie, ale stanie się namacalnym wydarzeniem spotkania z Tajemnicą.

czwartek, 24 lipca 2014

Mt 13,10-17
Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło zobaczyć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli”.

Wcześniej pisałem o epizodzie kiedy to Maria Magdalena w poranek zmartwychwstania odchodząc od grobu spotyka Chrystusa jako ogrodnika i którego poznała po głosie. Apostołowie mieli wielką łaskę oglądania oblicza Jezusa, pewnie na początku nie byli jej do końca świadomi, ale później ogień Ducha Świętego wypisał w ich pamięci, oblicze Mistrza (anamneza pamięci). Błogosławione oczy... Dlaczego to stwierdzenie: oglądanie...jest tak kluczowe ? Ponieważ Bóg przez całe wieki był dla człowieka niedostępny, okryty tajemnicą, wymykający się ludzkiemu poznaniu, spojrzeniu, jakiemukolwiek widzialnemu oglądowi. Przez fakt Wcielenia: "Słowo stało się Ciałem", zmienia się całkowicie perspektywa wiary, pojawia się obraz Boga. Nie jako idol, bożek, fetysz...ale prawdziwie Obecny- Chrystus ikona Ojca. Ten Tajemniczy, staje się bliski... namacalnie dostępny, możliwy do uchwycenia, osiągalny do zarejestrowania przez ludzkie oko i serce. Stworzenie zobaczyło Stwórcę, to więcej niż cud, to jakieś meta-wydarzenie, przekraczające wszystko. Z tego zrodzi się pojęcie kultu- liturgii. Pewnie gdyby nie inkarnacja Boga, to jakże uboga byłaby sztuka, tak silnie eksplorująca temat "Tego Który Jest" w różnych dziedzinach plastyki. Ewangelista Jan napisze w Prologu o Logosie: "I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy". Na szczęście wielu ludzi wierzących dostąpiło łaski autentycznego spotkania Chrystusa w darze spojrzenia, zobaczenia i uchwycenia- aktu kontemplacji. Błogosławione oczy które pragną kontemplować tajemnicę Boga. Taką łaskę miała św. Faustyna, kiedy ujrzała Jezusa. Usłyszała zachętę, aby namalować obraz, aby ludzie mogli dostrzec oblicze Boga-Człowieka pełnego miłosierdzia. Mam w swoim pokoju piękną ikonę przedstawiającą twarz Chrystusa (mandylion), jest to kopia obrazu Uszakowa. Zawsze kiedy jest mi ciężko, czuję bezradność i opadam z sił, spoglądam w oczy Pana. Jest mi wtedy jakoś lepiej. Pewnie coraz częściej uświadamiam sobie że wiara potrzebuje wizualizacji, przedstawienia- Kogoś bliskiego- Drugiego, Przyjaciela. Sztuka nie tylko przybliża, ale aktualizuje w materii i formie, ślady bliskości Tego który odwiecznie JEST. To doświadczenie czyni człowieka szczęśliwszym, gdyż spojrzenie może uciec w coś całkowicie transcendentnego, wypełnione tęsknotą za możliwością zobaczenia, czego skrótem myślowym jest stwierdzenie często używane przez kaznodziejów: zobaczyć Boga twarzą w twarz. Jak w tej pięknej pieśni lednickiej:
Ukarz mi Panie Swą twarz.  Daj mi usłyszeć Twój głos.
Bo słodki jest Twój głos. I twarz pełna wdzięku.  Ukaż mi Panie Swą twarz.   






poniedziałek, 21 lipca 2014

J 20,1.11-18

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień od niego odsunięty.

Maria stała przed grobem płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa: jednego w miejscu głowy, a drugiego w miejscu nóg.

I rzekli do niej: „Niewiasto, czemu płaczesz?”


Odpowiedziała im: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”.

Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus.

Rzekł do niej Jezus: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?”

Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę”.

Jezus rzekł do niej: „Mario!”

A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni”, to znaczy: „Nauczycielu”.

Rzekł do niej Jezus: „Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: «Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego»”.

Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: „Widziałam Pana i to mi po wiedział”.




Przyszedłszy do grobu Maria Magdalena nie znalazła ciała Pana. Pomyślała więc, iż zostało zabrane, i doniosła o tym uczniom. Ci przyszli, zobaczyli i przekonali się, że tak właśnie jest, jak im powiedziała niewiasta. Ewangelia mówi o nich dalej: "Uczniowie zatem powrócili znowu do siebie"; i dodaje: "Maria natomiast stała przed grobem płacząc".


Z tego widać, jak wielką miłością pałało serce Marii, skoro nawet po odejściu uczniów nie odstąpiła od grobu Pana. W dalszym ciągu szukała Tego, którego nie znalazła. Pukała szukając i ogarnięta żarem miłości gorąco tęskniła za Tym, o którym sądziła, iż został zabrany. I stało się, że tylko ta zobaczyła wówczas Jezusa, która pozostała, aby szukać. Dopełnieniem bowiem czynu dobrego jest wytrwałość, według słów Prawdy: "Kto wytrwa do końca, będzie zbawiony".


Szukała i nie znalazła. Szukała dalej wytrwale i znalazła; tęsknota rosła w miarę upływu czasu, kiedy zaś stała się wielką, osiągnęła cel swoich pragnień. Święta bowiem tęsknota rośnie, gdy nie znajduje przedmiotu swych pragnień. Gdy zaś czekanie usuwa tęsknotę, oznacza to, iż nie była to prawdziwa tęsknota. Taką właśnie prawdziwą tęsknotę przeżywał każdy, kto zdobył prawdę. Dlatego Dawid powiada: "Dusza moja pragnie Boga żywego, kiedyż przyjdę i ujrzę Boże oblicze". Natomiast Kościół w Pieśni nad pieśniami woła: "Zraniona jestem miłością". Zaś nieco dalej: "Omdlewa moja dusza".


"Niewiasto, czemu płaczesz! Kogo szukasz?" Zostaje zapytana o przyczynę bólu, aby tym bardziej wzrosła jej tęsknota, aby wymieniając imię poszukiwanego, tym większą zapłonęła ku Niemu miłością.


Mówi jej Jezus: "Mario". Kiedy zawołał: "Niewiasto", nie został rozpoznany; teraz oto woła po imieniu, jak gdyby chciał powiedzieć: "Rozpoznaj, Kto ciebie rozpoznał!" Maria nazwana po imieniu rozpoznaje Stwórcę i natychmiast woła: "Rabbuni", to jest "Nauczycielu"; albowiem Ten, którego szukała na zewnątrz, pouczał ją wewnętrznie, jak należy Go szukać.


                                                                                            Homilia św. Grzegorza Wielkiego, papieża


 


Maria Magdalena jest niezwykle zagadkową postacią którą przed nami odsłaniają Ewangelie. Miała pewnie skomplikowane życie, taka fabuła mogłaby stanowić temat na wiele ciekawych filmów o zabarwieniu dramatycznym lub psychologicznym. Ikonografia przedstawia Magdalenę jako kobietę piękną, pełną wdzięku i erotycznej siły odziaływania. Takie połączenie piękna i zmysłowości zawsze jakoś przyciąga oko, rozbudza pragnienia, rodzi ciekawość i mnóstwo podejrzeń. Ewangelie podają iż prowadziła w mieście życie grzeszne, tak współcześnie byśmy określili ową profesję jako dającą innym rozrywkę. Kobieta lekkich obyczajów...to delikatne określenie jednego z najstarszych i wystawionych na moralną ocenę ze strony ciekawskich i "sprawiedliwych ludzi" zawodów świata. Kościół dzisiaj ukazuje nam ją, jako świętą grzesznicę. Przekonujemy się po raz kolejny że Bóg szuka grzesznika, kocha zagubione dziecko, ofiarowuje miłość najbardziej tam gdzie ludzkie języki wypowiadają pogardę i potępienie. Bóg kochający grzesznika. Ona spotkała na swojej przepełnionej licznymi grzechami drodze Jezusa, który zamiast ją potępić daje nowe życie...przywraca do zdrowia, daje łaskę. Wyrzuca z niej siedem złych duchów, ratuje od ukamieniowania kiedy schwytano ją na cudzołóstwie. Chrystus jako pierwszy spogląda na Marię z miłością, czystą...piękną, wskrzeszającą i oczyszczającą z brudu nieczystości. Spogląda na nią, nie jak mężczyzna który pragnie ją kupić, posiąść i poczuć się na chwilę szczęśliwym, dając się ponieść najniższym instynktom cielesnym. Bóg taki nie jest, przez swoje człowieczeństwo uzdrawia, stwarza na nowo, przywraca utracony sens życia. Maria Magdalena po swoim nawróceniu do końca była wierna Jezusowi, aż po zgorszenie krzyża, gdzie wszyscy Pana zostawili, ona trwała przy Nim do końca. Kobieta pełna współczucia i miłości, która odpowiedziała miłością, na darmową miłość Zbawiciela. Jej łzy i kobiece delikatność stały się liturgią tęsknoty i miłosierdzia. Kiedy spotkała Zmartwychwstałego Pana jako ogrodnika, poznała Go o głosie, kiedy wypowiedział jej imię: Mario ! Nikt nie mówił do niej z taką siłą miłości, nikt nie znał jej prawdziwego imienia, pewnie zawsze była traktowana jak przedmiot bez swojego imienia i kobiecego "ja". Towar który się kupuje, kobieta bez imienia...ktoś do użycia. Jezus wypowiada jej imię, zna ją do głębi i czyni z jej życia drogę do świętości. Chrześcijaństwo to często droga osobistego grzechu przez który może dokonać się nawrócenie. Chrześcijaństwo to łzy grzesznika, i miłość Boga zakochanego w swojej Oblubienicy jaką jest Kościół.