niedziela, 10 kwietnia 2016

J 21, 1-19
Jezus znowu ukazał się nad Jeziorem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów. Szymon Piotr powiedział do nich: «Idę łowić ryby». Odpowiedzieli mu: «Idziemy i my z tobą». Wyszli więc i wsiedli do łodzi, ale tej nocy nic nie ułowili. A gdy ranek zaświtał, Jezus stanął na brzegu. Jednakże uczniowie nie wiedzieli, że to był Jezus. A Jezus rzekł do nich: «Dzieci, macie coś do jedzenia?» Odpowiedzieli Mu: «Nie». On rzekł do nich: «Zarzućcie sieć po prawej stronie łodzi, a znajdziecie». Zarzucili więc i z powodu mnóstwa ryb nie mogli jej wyciągnąć. Powiedział więc do Piotra ów uczeń, którego Jezus miłował: «To jest Pan!» Szymon Piotr, usłyszawszy, że to jest Pan, przywdział na siebie wierzchnią szatę – był bowiem prawie nagi – i rzucił się wpław do jeziora… A gdy spożyli śniadanie, rzekł Jezus do Szymona Piotra: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?» Odpowiedział Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego: «Paś baranki moje». I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?» Odparł Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego: «Paś owce moje». Powiedział mu po raz trzeci: «Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?» Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: «Czy kochasz Mnie?» I rzekł do Niego: «Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego Jezus: «Paś owce moje…

Ewangelia przenosi nas po raz kolejny na brzeg Jeziora Genezaret. Jest już po zmartwychwstaniu. Uczniowie przywołują w swojej pamięci wspomnienia z tego pierwszego spotkania z Mistrzem; jak po całonocnym połowie wracali i na brzegu spotkali Nieznajomego, który przekonał ich do wypłynięcia jeszcze raz. Cud pełnych sieci i moment powołania- radykalna zmiana życia. Tym razem Chrystus, po swoim zmartwychwstaniu powraca nad ten sam brzeg i zastaje uczniów przy tych samych czynnościach. Rybaków ogarnęło dziwne uczucie. Przecież już kiedyś zdarzyło się coś podobnego: był i brzeg, i pusta sieć, i niespodziewany połów… Jan, próbując przyjrzeć się Stojącemu, nagle szepnął do Szymona: „To jest Pan !”. Zwyczajem galilejskich rybaków, Piotr siedział w łodzi nagi, natychmiast bez słowa, przepasał biodra, wskoczył do wody i podpłynął do brzegu. Był podekscytowany i szczęśliwy; nie mógł stanąć nagi przez Mistrzem- wszystko był impulsem chwili. Reszta uczniów chwyciła za wiosła i jak najszybciej próbowała dopłynąć do brzegu. Scena ta jest niezwykle sentymentalna, każdy z elementów tego opowiadania tworzy w całości piękną mozaikę rozjaśniającą tajemnicę obecności Boga-Człowieka. Nikt nie miał wątpliwości, że to Pan. Przygotowano posiłek, ryby piekły się na kamieniach, z plecaków wyjęto chleby, słońce odbijało swoje refleksy na twarzach wypełnionych łaską ludzi. Ta chwila mogłaby trwać w nieskończoność- bez słów- od tak przebywać z Nim. Później następuje najbardziej ujmujący serce dialog miłości- utkany z lapidarnych pytań i pełnych wzruszenia odpowiedzi. Chrystus wziął na bok Piotra i postawił mu trzy pytania. „Czy miłujesz Mnie ?” Piotr stanął sparaliżowany. Powróciły wspomnienia z Wielkiego Piątku, kiedy w napadzie lęku, publicznie zaparł się Mistrza. Teraz już wiedział co odpowiedzieć, przestał się bać. Łzy skruchy wyżłobiły w jego sercu jeszcze więcej miejsca na miłość. „Panie, Ty wiesz, że Cię kocham”- wypowiedziały jego usta, a w środku myślał: Jesteś dla mnie wszystkim. Posłużę się słowami Claudela: „Ktoś kto jest we mnie bardziej, niż ja sam”. Następnie powierza Piotrowi wspólnotę rodzącego się Kościoła- prymat miłości i świadectwa. Pięknie oddają to słowa św. Jana Chryzostoma: „Teraz jednak Pan, Chrystus, polecając słudze owce, które On nabył krwią, pyta o to, czy sługa jest zdolny ponieść za nie mękę aż do krwi, wyrażając to w słowach: Paś owce moje, polecam ci owce, Jakie owce ? Te, które krwią nabyłem. Umarłem za nie ! I jak ów sługa człowieka jako człowiek umiał oddać pieniądze za zagubione owce, tak Piotr oddał krew za ocalenie owiec”.
 

sobota, 9 kwietnia 2016

J 6, 16-21
Po rozmnożeniu chlebów, o zmierzchu uczniowie Jezusa zeszli nad jezioro i wsiadłszy do łodzi, zaczęli się przeprawiać przez nie do Kafarnaum. Nastały już ciemności, a Jezus jeszcze do nich nie przyszedł; jezioro burzyło się od silnego wichru. Gdy upłynęli około dwudziestu pięciu lub trzydziestu stadiów, ujrzeli Jezusa kroczącego po jeziorze i zbliżającego się do łodzi. I przestraszyli się. On zaś rzekł do nich: «To Ja jestem, nie bójcie się». Chcieli Go zabrać do łodzi, ale łódź znalazła się natychmiast przy brzegu, do którego zdążali.

Wczoraj Ewangelia opowiadała nam o spektakularnym cudzie nakarmienia kilku tysięcy ludzi przez Jezusa. Z uczniów spadł niczym kamień z serca, balast odpowiedzialności za zgłodniałych słuchaczy Mistrza. Pozbierali do koszów resztki jedzenia, spakowali rzeczy i wyruszyli w drogę dalej. Pewnie nie spodziewali się kolejnego sprawdzianu, jeszcze bardziej wymagającego opanowania siebie i skonfrontowania się z własnym lękiem. Weszli do łodzi odpłynęli od brzegu- a tu zaczęła się przygoda. Wcale nie było miło i śmiesznie. Przerażenie i bezradność wypisały się na twarzach apostołów. Wszystko na zewnątrz jakby sprzeniewierzyło się wobec nich. Wichura, woda przelewająca się przez burtę, totalny dyskomfort i poczucie, że za jakąś chwilę łódka rozpadnie się na kawałki. Chrystus postawił uczniów przed trudnym zadaniem- krańcowym i wymagającym odwagi, oraz odpowiedzialności za siebie. Takie sytuacje odsłaniają, kto kim naprawdę jest. „Im większe w człowieku wewnętrzne rozbicie, poczucie własnej słabości, niepewności i lęk, tym większa tęsknota za czymś, co go powrotem scali, da pewność i wiarę w siebie” (A. Kepiński). Tak naprawdę Chrystus nie pozostawił ich nawet przez chwilę- niedostrzegalnie z boku obserwował całą dramaturgię. Czy zdadzą się na siebie, czy będą potrzebowali Jego pomocy ? To był sprawdzian motywacji i przygotowanie na o wiele trudniejsze wyzwania. Po chwili przychodzi do nich, spokojnie krocząc po wodzie. Pierwszy raz w życiu widzieli takie zjawisko, na początku byli przerażeni, ale szybko lęk, przeobraził się w szczęście. „To Ja Jestem, nie bójcie się”. Przeczytałem w jednym z podręczników psychologii, niezwykle mądre zdanie: „Jeśli chcesz pozyskać innego człowieka dla swojej sprawy, zacznij od przekonania go, że jesteś jego prawdziwym przyjacielem”. Po takim doświadczeniu, żaden z uczniów nie będzie miał wątpliwości, że Mistrz jest prawdziwym wybawcą i przyjacielem. Sytuacje graniczne, zaskakujące, nieprzewidziane zawsze są sprawdzianem wiary. Uczą ufności wobec siebie i Boga.

piątek, 8 kwietnia 2016

J 6, 1-15
Jezus udał się na drugi brzeg Jeziora Galilejskiego, czyli Tyberiadzkiego. Szedł za Nim wielki tłum, bo oglądano znaki, jakie czynił dla tych, którzy chorowali. Jezus wszedł na wzgórze i usiadł tam ze swoimi uczniami. A zbliżało się święto żydowskie, Pascha. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą się do Niego, rzekł do Filipa: «Gdzie kupimy chleba, aby oni się najedli?» A mówił to, wystawiając go na próbę. Wiedział bowiem, co ma czynić. Odpowiedział Mu Filip: «Za dwieście denarów nie wystarczy chleba, aby każdy z nich mógł choć trochę otrzymać». Jeden z Jego uczniów, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: «Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?» Jezus zaś rzekł: «Każcie ludziom usiąść». A w miejscu tym było wiele trawy. Usiedli więc mężczyźni, a liczba ich dochodziła do pięciu tysięcy. Jezus więc wziął chleby i odmówiwszy dziękczynienie, rozdał siedzącym; podobnie uczynił i z rybami, rozdając tyle, ile kto chciał. A gdy się nasycili, rzekł do uczniów: «Zbierzcie pozostałe ułomki, aby nic nie zginęło». Zebrali więc i ułomkami z pięciu chlebów jęczmiennych, pozostałymi po spożywających, napełnili dwanaście koszów.


Rozmnożenie chlebów i ryb- „jadłodajnia miłości”, zapowiadająca stół eucharystycznego spożywania Boga. Dlatego pierwsi myśliciele chrześcijańscy w tym cudzie nakarmienia rzeszy ludzi, dostrzegali nigdy nieprzerwane działanie Chrystusa. „Chrystus jest z nami nawet teraz, nawet teraz działa”. Sztuka sakralna naszpikowana symboliką, próbowała w wielu przedstawieniach zgłębić temat darmowej hojności Boga. Wenecki malarz renesansu- Tintoretto, namalował niezwykle intrygujący obraz pt. „Zesłanie manny” (Sala zgromadzeń w Scuola Grande di San Rocco, ok. 1580). Temat zaczerpnięty ze Starego Testamentu przedstawiający nakarmienie manną zgłodniałego i szemrzącego przeciw Mojżeszowi ludu na pustyni; stanowił zapowiedź innego pokarmu- Eucharystii. Obraz pełen dynamiki ukazuje ludzi wyciągających ku niebu kosze w które łapią spadającą mannę, ów pokarm przypomina małe hostie. „Pomiędzy Bogiem a zbierającymi widoczny jest baldachim, który w połączeniu z płatkami manny w kształcie hostii, odnosi się do zasłony w świątyni i obrusu na którym spoczywał Święty Pokarm w czasie Ostatniej Wieczerzy”. Wyłaniający się z obłoków Bóg Ojciec spowity jest blaskiem intensywnego światła. Również mistyczny pokarm tak pieczołowicie zbierany przez zgłodniały lud, zdaje się emanować światłem, wprowadzając uczestników w wymiar sacrum. „U Tintoretta światło traktowane jest nie tylko jako coś zewnętrznego, co modeluje, ale jako coś wewnętrznego, co emanuje. Światło jest czynnikiem dynamizującym, podobnie jak ruch ciał w przestrzeni”. Malarska wizja stanowi alegorię wielkiej Liturgii Boga, w której dokonuje się zstępujący ruch życia i miłości. „Spuścił jak deszcz mannę do jedzenia, a każdy odczuwał taki smak jakiego pożądał- pisał prowansalski biskup z V wieku. Co innego przyjmowali, a co innego widzieli, bo niewidzialny smak kształtował się w poszczególnych zmysłach… Niech więc moc kapłana konsekrującego sprawi, abyś poznał i przyjął prawdziwą ofiarę Boga, a wtedy Ten, który był jako figura w mannie, objawi ci się przez łaskę”. Prawosławny teolog Leonid Uspieński mówił: „Chrystus nie ukazuje się w Świętych Darach, jest On w nich dany”. Należy zatem dopowiedzieć, jest w Eucharystii ofiarowany do spożycia; aby wejść w każdą cześć nas samych. Tak przyjęty Pokarm- prawdziwe i wypieczone w ogniu miłości Ciało Chrystusa, nasyca dusze wierzących i czyni Kościół. Przez sprawowanie liturgii- misterium obecności Chrystusa, Kościół w istocie buduje siebie. Nakarmiony do syta może trwać w bliskości swojego Zbawiciela. Jak powie św. Tomasz z Akwinu: „Ilekroć odprawiamy pamiątkę ofiary Chrystusa, spełnia się dzieło naszego Odkupienia”. Jesteśmy jak strudzeni i głodni pokarmu wędrowcy- z obrazu Tintoretta; wyciągamy nasze dłonie i wołamy: Panie nakarm mnie sobą !
 
 

 

czwartek, 7 kwietnia 2016



Dz 5, 27-33
Gdy słudzy przyprowadzili apostołów, stawili ich przed Sanhedrynem, a arcykapłan zapytał: «Surowo wam zakazaliśmy nauczać w to imię, a oto napełniliście Jeruzalem waszą nauką i chcecie ściągnąć na nas odpowiedzialność za krew tego Człowieka?» «Trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi – odpowiedział Piotr, a także apostołowie. Bóg naszych ojców wskrzesił Jezusa, którego wy straciliście, zawiesiwszy na drzewie. Bóg wywyższył Go na miejscu po prawicy swojej jako Władcę i Zbawiciela, aby zapewnić Izraelowi nawrócenie i odpuszczenie grzechów. Dajemy temu świadectwo my właśnie oraz Duch Święty, którego Bóg udzielił tym, którzy Mu są posłuszni». Gdy to usłyszeli, wpadli w gniew i chcieli ich zabić.

Historia bardzo często zatacza koło i powraca w nowych odsłonach, odgrzebując „stare” problemy i rozdrapując moralne nawarstwienia. To, co przeżywali apostołowie po zmartwychwstaniu- niezrozumienie i odrzucenie, dotyka równie mocno dzisiejszych chrześcijan. Nauczanie kościołów chrześcijańskich jest odrzucane, w globalnej przestrzeni wymiany myśli skazane na zagłuszenie i wyśmianie. Świat stał się pogański i głęboko podzielony. „Słucha innych ewangelii i przemawiają do niego inne problemy. W grę wchodzą dynamiczne siły, usiłujące dokonać nowej integracji świata, w którym dominują zjawiska nie dające się pogodzić z chrześcijańską etyką”. Moralność, którą chrześcijaństwo aplikowało przez wieki historii w krwiobieg europejskiej kultury i etosu życia, zostaje programowo i z premedytacją wysysane z organizmów społecznych i zastępowane antropologicznie destrukcyjnymi hybrydami nowych wzorców zachowań, wedle których nie istnieją żadne zasady i normy. Chrześcijanie często walą głową w mur, aby przeforsować w pluralizmie ideologicznych trucizn- prawdę o człowieku, jako najpiękniejszym i najważniejszym pomyśle Boga. Świat posadził na ławie oskarżonych chrześcijan i bawi się nimi, jak rzymscy cesarze- zaspokajający swoje psychopatyczne zachcianki. Wszechobecna dekonstrukcja w wielu przestrzeniach społecznego oddziaływania ma w założeniu doprowadzić do rzucenia ludzi wierzących na kolana, przed oświeconymi masami niemoralnych barbarzyńców. Oczywiście nie można też wybielać wspólnoty ludzi wierzących. Tam gdzie są ludzie, pojawiają się grzechy…, karygodne pomyłki, zgorszenia. Jak pisał Lubac: „U jednego źródła zrodzić się może świętość i najgorszy fałsz. Ponadto ludzie, zebrani razem i nawet wzajemnie się wspierający, nieuchronnie zadają sobie cierpienie… We wspólnocie o tak wyjątkowym charakterze możliwe stają się niewyobrażalnie głębokie rany, jakich nie zna często ludzkie doświadczenie… W zwykłych okolicznościach chrześcijanin troszczy się o prawdziwe życie Kościoła doświadcza go niewątpliwie częściej- przeważnie w łagodniejszej postaci- niż cierpień zadawanych przez ludzi z zewnątrz”. Tak czy inaczej chrześcijanie byli, są i będą burzycielami sumienia świata. Obrońcami życia, piewcami moralności i stróżami poranka proklamującymi zwycięstwo Chrystusa nad głupotą, czy obojętnością świata. Cała batalia o obronę życia poczętego, pokazuje z jak silnymi strukturami trzeba się mierzyć. Chrześcijanie zawsze będą stali po stronie życia. Nawet wtedy kiedy inni będą mówili, że mają prawo decydowania po swojemu i stawania w roli, pana życia lub śmierci. Potrzeba dzisiaj świadków wiary, którzy zdobędą się na odwagę powiedzenia, iż „trzeba bardziej słuchać Boga niż ludzi”. Jak pisał M. Eliade: „im człowiek bardziej jest religijny, tym mocniej wpisuje się w to, co rzeczywiste, tym mniej jest narażony na niebezpieczeństwo, ze zatraci się, wykonując czyny nie mające wzorca, subiektywne, mówiąc zaś jednym słowem: niedorzeczne”.

środa, 6 kwietnia 2016

J 3, 16-21
Jezus powiedział do Nikodema: «Tak Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto źle czyni, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby jego uczynki nie zostały ujawnione. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki zostały dokonane w Bogu».

Światło przyszło na świat- rozświetliło ciemności i zakamarki człowieczego życia. Światło jest nie tylko najpełniejszą atrybucją Boga, ale nade wszystko zasadą objawienia. On wypowiada i uobecnia się poprzez światło- „Bóg jest światłością”. Uczniowie oślepieni światłem na górze Tabor, stali się uczestnikami zjawiska mistycznego- Bóg wypełnił ich spojrzenie sobą. Tak samo po zmartwychwstaniu zwycięski Pan, zdetonował kamień grobu usuwajac go ogniem życia. Dlatego święty Serafin z Sarowa nauczał w następujący sposób: „Bóg jest ogniem, który rozgrzewa i rozpala serca. Jeśli poczujemy w naszych sercach chłód, który pochodzi od demona- gdyż demon jest zimny- wzywajmy Pana, a On przyjdzie i rozgrzeje nasze serce miłością do siebie i bliźniego. I ciepło Jego oblicza przegna zimno nieprzyjaciela”. Dlatego Chrystus przestrzega przed wyborem ścieżki ciemności, a co bardziej tragiczne; wejściem w mrok- a tym samym w duchowy stan chłodu. Egocentryzm grzechu, psychologiczna separacja od wyboru dobra, porzucenie drugiego człowieka w aspekcie zaniedbania ewangelicznej miłości- prowadzi do oddalenia od Boga i zaślepienia ludzkiego ja. „Grzech to brak harmonii- pisał Spidlik- dezintegracja i ruina życia duchowego. Dusza traci swoją istotową jedność, zatraca świadomość swej twórczej natury, gubi się w chaotycznym wirze własnych stanów, przestając stanowić ich istotę”. Ludzkie „ja” wchodzi w stan zaplatania i bezradności- umiłowania ciemności, bycia poza Bogiem. Niezwykle wyraźnie rozmyślał o ciemności- w kontekście malarstwa ikonowego- które jako analogię, można przenieść z łatwością na ludzki grunt, wypowiadał się Paweł Floreński: „Ciemność jest dla wzroku zasłoną, która oddziela światło od oczu, a dzięki swojemu brakowi światłości potęguje jeszcze wrażenie ciemności… Istnieje więc energia światła, która oświecam oraz bierność tego, co jest oświetlane, lecz nie wchłaniające światła, a więc bierność substancji, która poza siebie światła nie przepuszcza…” Człowiek musi zdobyć się na powstanie z kolan i wzbicie się niczym mitologiczny Ikar, ku światłu- aby zostać spalonym w ogniu Bożej miłości. Tak jak „ikonę maluje się na świetle”, tak człowieka dorastającego do Bożej miłości, powinno prześwietlić niczym błonę fotograficzną, Światło Prawdy.
 

wtorek, 5 kwietnia 2016

J 3, 7b-15
Jezus powiedział do Nikodema: «Trzeba wam się powtórnie narodzić. Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, który narodził się z Ducha»…

Ewangelia kreśli obraz Nikodema, jako człowieka głęboko wierzącego, wrażliwego i poszukującego odpowiedzi o sens swojej egzystencji. Człowiek ostrożny, wyważony, umiejętnie rozeznający duchowe sprawy. Coś musiało niezwykle mocno nurtować serce Nikodema, że przyszedł pod osłoną nocy, aby się spotkać z Mistrzem z Nazaretu. Była to ryzykowna decyzja i mogła przysporzyć człowiekowi z wysokiej rady, wielu problemów. Przeszywało jego serce i umysł jedno poważne pytanie: czy Ten, o którym mówią inni, nie jest przypadkiem wyczekiwanym Mesjaszem ? Tak zaistniała myśl, wprawiała w duchowe zakłopotanie. Spotkanie w nocy jest niezwykle tajemnicze- ciemność, która zostaje rozświetlona mądrością Jezusa. Pan dobrze wiedział, co leży na sercu Nikodemowi. Dlatego powiedział tak enigmatycznie: „narodzić się powtórnie”, lub „urodzić się z wysoka”- grecki przekład Ewangelii dopuszcza te dwa warianty tłumaczenia. W pierwszym momencie Chrystus jakby zaciemnił rzeczywistość ducha Nikodemowi, wymagając czegoś, co wydaje się niemożliwe. „Jakże się człowiek może narodzić powtórnie będąc starcem ? Czyż może powtórnie wejść do łona swej matki i narodzić się ?” Po chwili Jezus spokojnie tłumaczy, nie naruszając ani zdrowego rozsądku. Narodzenie którego żąda, nie zależy od kobiety- nie chodzi tu o somatyczny rozwój prenatalny. „To, co się z ciała narodziło, jest ciałem”. „Ale Duch jako matka wydaje na świat to, co jest z Ducha. Duch po aramejsku i po hebrajsku słowo to jest rodzaju żeńskiego, wymawia się ruah, a oznacza także „podmuch wiatru”. A Duch często zachowuje się jak wiatr, szum jego słychać, ale nie widać… Wszystko napełnia życiem, On to z pustyni suchej i jałowej, potrafi uczynić rozkwitający ogród. „Przez Ducha Świętego całe stworzenie zostało odnowione w swojej pierwotnej kondycji”. Kiedy człowiek szuka Boga, wówczas Bóg znajduje człowieka; kiedy dąży do poznania prawdy, wówczas ona ogarnia go i przenosi na swoja płaszczyznę- a to dokonuje się przez Ducha i w Duchu Świętym. Jak pisał św. Grzegorz z Nyssy: „Rzeczywiste widzenie Boga polega na tym, że pragnienie oglądania Go nigdy nie zostaje zaspokojone”. Ale nowe narodziny w Duchu, sprawiają iż Bóg staje się bliższy i bardziej „namacalnie” uchwytny. Chrześcijanie w sakramencie Chrztu Świętego widzieli nowe narodzenie człowieka. Kościół to matczyne łono, w którym poczyna się nowy człowiek z Wody i Ducha Świętego. Według św. Dionizego woda chrztu staje się ‘matrycą synostwa”, gdyż przywraca Ojcu Jego dziecko. Wracając do poczciwego Nikodema, to pewnie potrzebował trochę czasu zanim zrozumiał istotę Chrystusowego przesłania. „Narodzić się”- to tyle, uduchowionym- przemienionym. Najstarsza tradycja podaje, że Nikodem wiele lat po śmierci i zmartwychwstaniu Pana, najprawdopodobniej został ochrzczony przez św. Piotra i ponoć umarł jako męczennik. Dzięki uczonemu w Piśmie, my jako ludzie wiary zrozumieliśmy, że wiara jest łaską- a nowy człowiek winien się począć z Ducha Świętego. Zakończę fragmentem katechezy wygłoszonej w kościele starożytnym przez biskupa Zenona z Werony: „Skaczcie z radości moi bracia w Chrystusie i wszyscy ożywieni żarliwym pragnieniem , śpieszcie się otrzymać niebiańskie dary. Źródło gdzie rodzimy się do życia, już nas zaprasza swoim zbawczym ciepłem. Nasza matka pragnie was wydać na świat, ale nie jest w niczym poddana prawu rządzącemu rodzeniem waszych matek. One bowiem jęczały w bólach rodzenia. Lecz ta niebiańska matka rodzi was pełna radości; wolna, wydaje was na świat uwolnionych od więzów grzechu”.
 

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Łk 1,26-38

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”. Na to Maryja rzekła do anioła: „Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?” Anioł jej odpowiedział: „Duch święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna, i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”. Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”. Wtedy odszedł od Niej anioł.
W bliskości tajemnicy Zmartwychwstania Chrystusa, Kościół w liturgii celebruje uroczystość Zwiastowania. To uobecnienie potęguje wymiar świętowania i urzeczywistnia ludzką radość w całej pełni. „Możemy radować się, radować się jeszcze głębiej, radować się z Nią, Tą, która dała swego Syna, że teraz Ona jest już w pewności i chwale Zmartwychwstania swego Syna” (A. Bloom). Zwiastowanie to jedna z najbardziej tajemniczych i intymnych zarazem scen Ewangelii. Najgłębsza i przekraczająca cały szereg wyobrażeń- Sacra conversazione- święty dialog pomiędzy wybraną Dziewczyną, a zwiastującym pomysł Boga Archaniołem. To kluczowy punkt historii zbawienia, wobec którego zastępy teologów przechodziły na paluszkach i po cichu. Mówi się o wielu kluczowych zwrotach w historii świata; ten jest najbardziej znaczący- przez otwartość na łaskę Maryi, dokona się największy cud- Wcielenie. „Zwiastowanie, „zbawienia naszego początek”, jest początkiem objawienia Bożego, gdyż w nim objawia się zbawcze działanie całej Trójcy Świętej i poprzez posłanego przez Ojca Ducha Świętego poczęcie przez Dziewicę Syna Bożego. Dzień ten jest także uprzedzeniem świętej Pięćdziesiątnicy, gdyż stworzenie w osobie Maryi stało się godne przyjęcia Ducha Świętego- nie tylko w widzialnym obrazie gołębicy lub pod postacią języków ognia, ale w odczuwalnym akcie poczęcia Boga” (S. Bułgakov). To święto Życia ! Na zewnątrz przyroda komunikuje nam fizyczne przebudzenie- wszystko rozkwita pod wpływem promieni słońca. Tak również w pięknej, delikatnej, otwartej na życie Maryi, dokonuje się wiosna- błogosławione łono, które niczym gleba rodzi Pana Życia. Dzieła sztuki próbujące uczynić bliższą scenę Zwiastowania- nie tylko są liczne, ale czasami jakby ograniczone- wyobraźnia ugina się przed wielką intymnością wypisanej słowami retrospekcji. Żaden bowiem temat nie nadawał malarzom natchnienia tak często jak ta młoda Kobieta, która w najważniejszej chwili życia, odpowiada Bogu swoim- Tak. Najbardziej do mnie przemawia ikonografia Kościoła Wschodniego, ale tym razem zatrzymam się na innym obrazie tej sceny. Tym razem zaintryguje mnie swoim geniuszem i sposobem podjęcia tematu artysta wyszukanego wdzięku i dworskiej ozdobności- Sandro Botticelli (1444-1510). Namalowana przez  niego scena Zwiastowania, burzy pewien ikonograficzny schemat przedstawieniowy. Wszystko w tym obrazie zdaje się być przesycone lekkością, finezją, wysublimowanym wdziękiem. Maryja w dialogu z Archaniołem zachowuje się tak, jakby usłyszała najpiękniejszą muzykę- a ta, tak bardzo rozedrgała Jej serce, że zdaje się tańczyć w owym teatrum chwili. Niewiasta nie zdaje się być spiętą, zaskoczoną, czy hierarchicznie zastygłą. Jest pełna kontemplatywnej radości, czego wyrazem jest taneczny krok i zamknięte oczy. Moment największej kondesacji wiary zostaje najcudowniej zwerbalizowany w tanecznych gestach. Gabriel- zwiastujący Boga, pochyla się tak bardzo, przypominając oblubieńca czekającego w kolejce na zaproszenie do współuczestnictwa z zabawie. Wzrok zatrzymuje się na urodzie Maryi- najpiękniejszej z rodzaju ludzkiego. Lilia w dłoniach zwiastuna, symbolizuje czystość i bezgrzeszność wybranki. Maryja pochyla się w kierunku archanioła zachowując bezpieczny dystans; wszystko zdaje się odpowiadać humanistycznej wrażliwości renesansu. Teolog z łatwością dostrzeże w tym wydarzeniu wielki przekaz duchowy- rzecz nie rozbija się o kunszt malarski czy ambiwalentną estetykę- próbującą sprawnie uwieść oko. Mamy do czynienia z malarską sekwencją wiary, uobecnioną w Pięknej Kobiecie- wypowiadającej swym ciałem i duszą, przeogromną radość. Cudowne zwiastowanie z Maryją jako nową Ewą i inkarnacją Chrystusa oznacza zaistnienie nowego stworzenia i zbawienia sparaliżowanej grzechem ludzkości. Maryja jawi się, jako najpiękniejszy pomysł Boga- „Cała piękna jesteś, przyjaciółko moja, i nie ma w tobie skazy… Ogrodem zamkniętym jesteś, ma oblubienico, ogrodem zamkniętym, źródłem zapieczętowanym”.