W
owym czasie Jezus przechodził obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał dwóch braci:
Szymona, zwanego Piotrem, i brata jego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro;
byli bowiem rybakami. I rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi». Oni natychmiast
zostawili sieci i poszli za Nim*. A gdy poszedł stamtąd dalej, ujrzał innych
dwóch braci: Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, jak z ojcem swym
Zebedeuszem naprawiali w łodzi swe sieci. Ich też powołał. A oni natychmiast
zostawili łódź i ojca i poszli za Nim ( Mt 4,18-23).
Kilka razy dane mi było
spacerować po porcie rybackim i obserwować pracę znajdujących się tam ludzi.
Nie jest to przestrzeń estetyczna dla przypadkowych przechodniów. Surowy
sztafaż miejsca, gdzie dokonuje się szamotanina myśli, wypłynięcia i powroty;
radość z ułowionych ryb, czy rozczarowanie z pustki wyszarpanych morzu sieci.
Zbutwiałe i wypracowane łodzie rybackie, rzeźbione przez czas i kaprysy wody. Słowa
fal uderzające o burtę, stają się filozofią człowieka oddalającego się od ziemi,
wydanego samotności i cierpieniu. Rozciągnięte na palach i co jakiś czas łatane
sieci, nadające pejzażowi nadbrzeża dość osobliwy i surowy charakter. Piasek
wysadzany kamieniami i rozpościerająca się monotonia, tak silnie kontrastująca
z nieprzewidywalnością akwenu na który trzeba wypłynąć, aby zarobić pieniądze i
utrzymać rodzinę. W końcu rybacy – często z ojca na syna – zajmujący się ta
niebezpieczną profesją obcowania z żywiołem wody i jego mirażami, dla których
jak powie bohater Hemingwaya „tylko praktyczność ma sens.” Portrety tak
wyraziste jak otwarta książka z której można czytać powieść. Każde opuszczenie
portu, może być tym ostatnim. Widmowość egzystencji na którą pada cień śmierci.
„Od skał po góry prowadziła nas droga mleczna, a gdy morze zniknęło Bóg był
blisko”- powie grecki poeta Sarantaris. Mój kolega ze studiów, opisując ojca, rybaka z pod Pucka wspominał: Kiedy wychodził z domu czynił znak
krzyża. Żegnał się z nami tak ciepło, jakby miał już do niego nie powrócić.
Rybacy o dłoniach chropowatych, poranionych, mocujących się z ławicami ryb –
tańczącymi w prądach wody. Patrzę na tę scenerię niczym malarz, powstrzymując w
sobie chęć odtworzenia go aż do momentu, kiedy linie i kolory, ukształtują w
moim wnętrzu obraz finalny, przeniknięty duchowym sensem i ponadczasowym
przesłaniem. W tym duchu czytam ten fragment Ewangelii. Istnieje piękno
zauważenia, splot okoliczności, zatrzymania, spojrzenia w prozaiczności miejsca
i pracy ludzi, zagarniętych dla dzieła które w danej chwili może być
niezrozumiałe, a nawet przerastające ludzkie możliwości. Rozmyślanie o
przypadku jest bezcelowe. To miejsce wybrał Chrystus – najmniej sakralne, a
zarazem tak magnetyzujące zmysły i wyobraźnię. „Nie pytaj, dokąd zmierza
miłość, która cię porywa”- wyzna pewien mistyk w świetlistym upojeniu ciemnej
nocy duszy. Kiedy On wypowiada imię stojąc boso na brzegu jeziora, to naturę
przenika zapach eterycznych olejków i spokój, ponieważ drganie życie przenika
serce świata. Po chwili kipi woda i sieci się rwą od dostatku ryb, znaku
błogosławieństwa po którym słowa zdają się zbędne. Nastaje cisza, niczym
przeistoczona mowa i gorący oddech Boga. Spotkanie rozpoczyna się od zauważenia
osoby. On inicjuje przygodę wiary i czyni rybakami ludzi. Kołatanie serca i
odwaga oddalenia się od brzegu. Zaropiałe i pozbawione snu oczy mężczyzn, przenika
blik światła i nadziei; poderwanie do natychmiastowego pójścia za Nim.
