Życie
unosi wspomnienia rzucając je na ziemię. Istnieją w życiu
momenty zwrotne, wymagające powrotu do miejsca i ideałów od których zaczęło się
osobistą wędrówkę. Nie bez wahania dokonuje się takich wyznań- upubliczniania
ich, spraw które kryją się za fasadą serca i przebudzonego w sekwencjach ciemnej
nocy, która paradoksalnie była dla mistyków przyszywającą byt udręką- bólem istnienia
w cieniu Misterium. Skrzętnie i odrętwiale notuję myśli w notatniku, aby nic nie
uronić. Już nie mam takiej łatwości pisania i przeżywania egzystencji jak podrostek,
który oszalały w pędzie poznania wylewał na kartkę słowa jak sprinter maratonu,
pragnący zdobyć laur zwycięstwa, stanąć na podium, obdarować świat uśmiechem
pewności i spełnienia. Wykrzyczeć rzeczy
wielkie jak drobiny kwiatów unoszonych przez podmuch wiatru i wir światła- naiwne
marzenie nowicjusza wchodzącego w świt możliwości, fikcji, kapryśnej ułudy i szczęścia.
On przeminął i pozostał jedynie ktoś spoglądający na siebie i zewnętrzność z
ociężałością pielgrzyma, wyczekującego celu drogi i szeptów Piękna. Natchnienie
opuszcza nawet tych którzy spacerując w cieniu drzewa oliwnego, wypatrują Boga i
żywią nadzieję, że jutro przyniesie bukiet nowych szans i wrażeń. W udręce tej
chwili pytam za André Bretonem „Kim jestem ?” i nie mogę znaleźć jednej i
wyczerpującej wszystko odpowiedzi. Lękam się utracić to, co może przeminąć
bezpowrotnie. Próbuje w desperacji ocalić wspomnienia w których się chroniłem
przed niebezpieczeństwem utraty tego, co przenika wątła nic świętości i
niepoznania. „Moc Boża bowiem potrafi znaleźć do niemożliwości”- twierdził św.
Grzegorz z Nyssy. Ciągle wypatruję tego wtargnięcia, czekając cierpliwie i podekscytowanie.
Zgadzam się z poczciwym Proustem: „Kochamy tylko to, czego nie mamy do końca.”
Wszystko jest świętą tęsknotą, drżeniem duszy u bram Raju.
