Czas ferii zimowych
sprzyja podróżom i odwiedzaniu miejsc które znalazły się na peryferiach zapomnienia.
Zima nie odpuszcza i w swojej ostrości nadaje kolorytu spacerom, czyniąc je nad
wyraz ascetycznymi. To okazja do różnej maści przemyśleń na tematy do których
zabrania nie miałem zwyczajnie czasu. Jakieś miesiąc temu miałem wymianę udręczonych myśli z
będącym w moim wieku „filozofem”- zdeklarowanym ateistą, pouczającym mnie o
konstytucyjnym prawie człowieka do wolności sumienia, a tym samym do niewiary.
Sugerował mi w nieskładnym bełkocie, iż chrześcijaństwo niesie ucisk, przymusza
do religii i odbiera rzekomo wolność tym, którzy chcą żyć po swojemu i podłóg własnej
moralności lub jej braku. Kiedy podjąłem dyskusję, odpierając z gruntu błędne i
urojone założenia, mój przedmówca odwołał się w pewnym momencie do przykazania
miłości, szacunku i poszanowania. Asekuracja tonącego w sytuacji zagrożenia i
porażki. Pokrętna i oparta na strachu logika, próbująca z ludzi wiary uczynić
jakiś intelektualnych prostaków zamkniętych w murach swych świątyń („spożywających
teleportowanego w chlebie Boga”) i nie wychylających głowę na zewnątrz, ponieważ
mogliby dotkliwie poruszyć jakąś przerdzewiałą strunę sumienia świata. Z pomocą
w tych rozterkach przyszła mi lektura Filozofii
wina Hamvasa. To małe arcydzieło poświęcone nie tylko medytacji nad
najsubtelniejszym z napojów którym się raczy od zamierzchłych czasów człowiek,
lecz wspaniały traktat obnażający niemoc i głupotę rozumowania ateistów- poważnie
zapętlonych w swoich konstrukcjach myślowych i nic nie wnoszących poważnie do
nauki, czego inni zapalczywi śmiałkowie- mocujący się z Bogiem by nie
artykułowali i ostatecznie weszli w obłok zapomnienia. Hamvas przedstawia ich
jako ludzi zagubionych, cherlawych i kalekich którym jedynie należy współczuć,
a na pewno nie stosować wobec nich żadnej perswazji. Należy postrzegać ich jak
dzieci opóźnione w rozwoju, próbujące poruszać się we mgle. Z nieukrywaną
satysfakcją przytaczam cytat tego węgierskiego intelektualisty: „Ateistyczna
bigoteria nazywa się materializmem i opiera się na trzech dogmatach: człowiek
pochodzi od zwierzęcia, nie posiada duszy, istnieje tylko życie doczesne. A to
dlatego, że ateiści potwornie boją się Pana Boga. Böhme mów o nich, że żyją
pogrążeni w gniewie bożym. Znają tylko Boga gniewnego, przed którym się kryją.
Mówią, „nie ma Boga” i myślą, że w ten sposób przestaną się bać. Ale nieprawda,
jeszcze bardziej się boją, tak bardzo, że nie znoszą nawet widoku imienia Boga.”
Współczuję mojemu rozmówcy, że większą część życia poświęci na batalię z Tym
który jest Miłością. Pewnego dnia zamknie oczy, a obecność Tego wypieranego i spotwarzanego
okaże się druzgocząco inna. Rozumiem, że można nie lubić chrześcijan- ponieważ
wielu z nich jest dalekich od przesłania i mądrości Ewangelii, ale to jedynie
margines, jakaś cząstka statystyczna, zaciemniająca czy umniejszająca pięknu
całości które skłania do życia innego niż to, które zajmuje mrówka dla której
śmierć wszystko kończy. Odkryć Boga w płatkach śniegu, skutej lodem rzece
szukającej swego ujścia w zakleszczeniu śmierci, drzewach smaganych wiatrem,
pierwszych promieniach słońca i twarzy dziecka kierującej swój wzrok i dłonie ku
górze- miejscu docelowego spełnienia w Nim. Wiara jest łaską ! Jeśli jej nie
masz, nie wykrzykuj swego bólu, nie obrażaj innych i nie próbują się mocować z
rzeczywistościami których nie uniesiesz, bo do ich ciężaru potrzebna jest
przestrzeń serca.
