Człowiek
myśli bo ma ręce. Sztuka nie istnieje bez dotyku. Muśnięcie dłoni, dukt pędzla czy dłuta, batuta
w dłoni dyrygenta, pióro pisarza, zdają się czasami bardziej składne i
przekonujące niż wypowiadane w zadyszce słowa, którymi się tka od tak banalną
codzienność. Amiel w swoim dzienniku zanotował intrygujące słowa: „Możesz
polegać tylko na tym, co trzymasz w dłoni.” Dłonie to narzędzie sztuki w akcie
wyłaniania i stawania się form. Archai to
pierwszy ślad odciśniętej dłoni na ścianie prehistorycznej jaskini – linii papilarnych bezimiennego, kto nie
zdołał sklecić słów – a już tworzył, przekraczając determinizmy ślepego losu i
śmierci. Wyrytowany na kawałku kości ornament staje się sekretem, a nawet
ukrytą wiadomością z przeszłości o której nie sposób zbyt wiele powiedzieć. Dłonie
gestykulujące w powietrzu i tańczące na wietrze w tak muzyki która wydobywa się
w z ukrytych źródeł życia. Ręka prawa bądź lewa służebnie wykonujące podszepty
umysłu i wyuczone od dziecka schematy, a najczęściej porywy serca do którego
tembru przyłącza się ekspresyjnie ciało w tych odrostach cielesności. Srebrny
palec przemierzający drogę świętego tekstu Tory – sacrum pod powierzchnią słów Boga. „Dotyk wypełnia naturę
tajemniczymi siłami. Bez niego pozostało jak urocze krajobrazy ciemni – jasne,
płaskie i chimeryczne” – pisał w Życiu
form Focillon. Ręce rzeźbiarza rozkruszają grudy gliny, ścierają na
ostrości i porowatości kamienia, mocują z twardością materii którą muszą oswoić
i ujarzmić. Odrętwiałe od bólu i zaschniętej krwi na koniuszkach palców, rejestrują
każde włókno, czy szczelinę marmuru przez które przechodzi żywioł uobecnienia
się i światła kruszącego ciemność niebytu: „…każde miejsce tego głazu widzi
cię. Musisz twoje życie zmienić”(R.M. Rilke). Ręce malarza są zgoła inne,
przebarwione i eteryczne, jakby uszlachetnione barwami których drobiny
pozostają niczym mikroskopijny ornament na skórze, która też jest czymś na
kształt pergaminu czy płótna naciągniętego na kościec i mięśnie. Zaschnięty
atrament na powierzchni, gdzie linie przecinają się lub biegną równolegle,
wieszcząc zdaniem cygańskich wieszczek – mniej, a może bardziej szczęśliwe
życie; o długości nie wspominając. „O pióro ! Tyś mi żagle anielskiego
skrzydła…”(C. Norwid). Dłonie artystów nawiedzają moje życie, ich szelest i
ruch opowiada o kolejnym powziętym i ponawianym nie bez oporów akcie tworzenia.
Dłonie Verdiego piszącego partyturę Traviaty, czy Vivaldiego kreślącego Cztery pory roku, oddając tragizm i
euforie w tak rozpoznawalnym przez ogół brzmieniu muzyki. Obawiam się widoku palców odciśniętych i zdeformowanych od
wystukiwanej mechanicznie klawiatury telefonu, czy komputera. To takt
niewolniczy, odbierający dotykowi coś na kształt poruszenia czy ekstazy. Jednym
z najlepszych sposobów poznania kogoś jest przypatrzenie się dłoniom, ich
fakturze, pracowitości i zdolności do czułego przybliżenia. Dotyk zakochanego
Apolla dłuta Berniniego, próbującego przyciągnąć do siebie drżące i wystraszone
ciało Dafne. Igraszka miłości wystawionej na odtrącenie oddania i utratę
zespolenia dusz. Gest wyciągniętej dłoni Stwórcy ze sklepienia Sykstyny,
powołujący proch to znaczy Adama do życia. Artysta w atelier z dłonią na
kształt menory. Taniec młodzieńczych ciał spowitych błękitem z obrazów
Chagalla, pobudzonych drganiem skocznych dźwięków które wygrywa skrzypek na
dachu – przekraczając irytującą umysł melancholię istnienia i zakrzep
dramatycznej historii XX wieku. Chrystus
wyłaniający się z ikonopu, kreślący milcząco znak krzyża. Miłosierna dłoń Obecności,
dająca schronienie zagubionej i dotkniętej cierpieniem ludzkości.
