czwartek, 23 lipca 2026

 

Kilka dni mojego urlopu spędzam na Podlasiu. W każdym z wędrowców i również we mnie jest coś z mitycznego Odyseusza, który za wszelką cenę pragnął wymknąć się z objęć Kirke czy Kalipso, nie doznając tym samym przyjemności widzenia, ani nie oglądając cielesnych przyjemności, które mogłyby go zatrzymać na dotkniętym zaklęciem miejscu. Choć nie przeżywam tych samych dylematów i presji czasu, co Odyseusz lub biblijny Abraham, jednak podróżuję w zupełnie innym celu, aby odpocząć i zatrzymać się w miejscach z których studni można pić do nasycenia zmysłów i duszy. Odpocząć na ziemi leżącej „pod Lachem.” Tu czas i otaczająca przestrzeń jest zupełnie inna, niż w pozostałych częściach kraju. Krajobraz malowniczy, który znaczą różnorodne architektonicznie cerkwie i monastery. Ludzie których wyrzeźbiła tradycja i duchowość prawosławia. To pogranicze tak wielokulturowe i bogate historią ludzi wrośniętych w ziemię i obyczaje przodków. Szlaki drewnianych domostw i przydrożnych krzyży, wskazujących kierunek postrzegania i myślenia o świecie. Święta Góra Grabarka porośnięta krzyżami i ludzkimi łzami, które uczyniły ją Górą nawróconych grzeszników -Taborem z którego bije światło modlitwy i świadectwa. Osnową tej ludzkiej wrażliwości jest żywa wiara z domieszką zabobonu i humorystycznych praktyk, które zaadaptowało i ochrzciło zupełnie naturalnie prawosławie. Ruska i polska mowa, łaciński i starocerkiewny alfabet, niczym ornament na ścianach świątyń wschodu i zachodu. Starsze kobiety których twarze znaczy modlitwa i znój pracy, sprzedają na gankach domów swoje warzywa i owoce- pierwociny ziemi która karmi i daje wsiąkać w siebie radościom i smutkom losu. Zapach ziół i eterycznych olejków które wynoszą na skórze wierni uczestniczący w cerkiewnej obrzędowości wschodniego chrześcijaństwa. Młodzi ludzie żarliwie modlący się na wieczornym nabożeństwie są uwiarygodnieniem wiary, która kiełkuje i nie ma zamiaru przejść jeszcze do lamusa. Zbyt wiele myśli kotłuje się w mojej głowie, iż nie sposób odziać je w budzące sympatię i obrazy słowa. Zapach kadzidła pozostaje na długo i obwieszcza piękno wieczności. Człowiek nowoczesności odnajduje tu błogostan którego nie sposób znaleźć w pulsującym tembrze miasta, wielosłowia, samolubności, błazeństwa, głupoty i wyjałowienia wnętrza. „Wolność jest imieniem człowieka”- rozmyślał Tischner- próbując dialogicznie rozwiązać człowieka łamigłówkę. Czasami trzeba opuścić na chwilę jedno miejsce, aby zobaczyć siebie i to, co jest na zewnątrz w zupełnie nowy i świeży sposób. Oddalić się od ludzi którzy podobnie myślą, reagują, percypują podobnie, będące w ich bliskości rzeczy. Uciec od towarzystwa które zawsze jest gościnne i ma w zanadrzu kilka głaszczących ego pochlebstw i estetycznych spoufaleń. Odwaga wymaga pójścia tam, gdzie się jeszcze nie było. Rozmów z tymi których języki wydają się szorstkie, ale ujmująco szczere i prawdomówne. Przespacerować się ewangelicznymi opłotkami, bowiem tam zakulisowo czekają - owi inni – o których życiu możemy dowiedzieć się czegoś więcej, bez zdejmowania masek i stosowania psychologicznych chwytów. „Bagaż dziedzictwa, charakter, twarz, to, czym jestem, są w gruncie rzeczy wynikiem jakichś przypadkowych spotkań – twierdził Guitton – Jedna dziesiąta sekundy w przód lub w tył, a byłbym zupełnie kimś innym albo nie byłoby mnie wcale.” Chodzę po świecku i nie mówię napotkanym ludziom kim jestem. Unikam takie bezpośredniości na rzecz szczerej i najbardziej spontanicznej wymiany myśli. Piękne w ludziach nie jest to, kim są, lecz jacy są !