Kilka dni mojego urlopu
spędzam na Podlasiu. W każdym z wędrowców i również we mnie jest coś z
mitycznego Odyseusza, który za wszelką cenę pragnął wymknąć się z objęć Kirke
czy Kalipso, nie doznając tym samym przyjemności widzenia, ani nie oglądając
cielesnych przyjemności, które mogłyby go zatrzymać na dotkniętym zaklęciem
miejscu. Choć nie przeżywam tych samych dylematów i presji czasu, co Odyseusz
lub biblijny Abraham, jednak podróżuję w zupełnie innym celu, aby odpocząć i
zatrzymać się w miejscach z których studni można pić do nasycenia zmysłów i
duszy. Odpocząć na ziemi leżącej „pod Lachem.” Tu czas i otaczająca przestrzeń
jest zupełnie inna, niż w pozostałych częściach kraju. Krajobraz malowniczy,
który znaczą różnorodne architektonicznie cerkwie i monastery. Ludzie których wyrzeźbiła
tradycja i duchowość prawosławia. To pogranicze tak wielokulturowe i bogate
historią ludzi wrośniętych w ziemię i obyczaje przodków. Szlaki drewnianych
domostw i przydrożnych krzyży, wskazujących kierunek postrzegania i myślenia o
świecie. Święta Góra Grabarka porośnięta krzyżami i ludzkimi łzami, które
uczyniły ją Górą nawróconych grzeszników -Taborem z którego bije światło
modlitwy i świadectwa. Osnową tej ludzkiej wrażliwości jest żywa wiara z
domieszką zabobonu i humorystycznych praktyk, które zaadaptowało i ochrzciło zupełnie
naturalnie prawosławie. Ruska i polska mowa, łaciński i starocerkiewny alfabet,
niczym ornament na ścianach świątyń wschodu i zachodu. Starsze kobiety których
twarze znaczy modlitwa i znój pracy, sprzedają na gankach domów swoje warzywa i
owoce- pierwociny ziemi która karmi i daje wsiąkać w siebie radościom i smutkom
losu. Zapach ziół i eterycznych olejków które wynoszą na skórze wierni
uczestniczący w cerkiewnej obrzędowości wschodniego chrześcijaństwa. Młodzi
ludzie żarliwie modlący się na wieczornym nabożeństwie są uwiarygodnieniem
wiary, która kiełkuje i nie ma zamiaru przejść jeszcze do lamusa. Zbyt wiele
myśli kotłuje się w mojej głowie, iż nie sposób odziać je w budzące sympatię i
obrazy słowa. Zapach kadzidła pozostaje na długo i obwieszcza piękno wieczności.
Człowiek nowoczesności odnajduje tu błogostan którego nie sposób znaleźć w pulsującym
tembrze miasta, wielosłowia, samolubności, błazeństwa, głupoty i wyjałowienia
wnętrza. „Wolność jest imieniem człowieka”- rozmyślał Tischner- próbując
dialogicznie rozwiązać człowieka łamigłówkę. Czasami trzeba opuścić na chwilę
jedno miejsce, aby zobaczyć siebie i to, co jest na zewnątrz w zupełnie nowy i
świeży sposób. Oddalić się od ludzi którzy podobnie myślą, reagują, percypują podobnie,
będące w ich bliskości rzeczy. Uciec od towarzystwa które zawsze jest gościnne
i ma w zanadrzu kilka głaszczących ego pochlebstw i estetycznych spoufaleń.
Odwaga wymaga pójścia tam, gdzie się jeszcze nie było. Rozmów z tymi których języki
wydają się szorstkie, ale ujmująco szczere i prawdomówne. Przespacerować się
ewangelicznymi opłotkami, bowiem tam zakulisowo czekają - owi inni – o których
życiu możemy dowiedzieć się czegoś więcej, bez zdejmowania masek i stosowania
psychologicznych chwytów. „Bagaż dziedzictwa, charakter, twarz, to, czym jestem,
są w gruncie rzeczy wynikiem jakichś przypadkowych spotkań – twierdził Guitton –
Jedna dziesiąta sekundy w przód lub w tył, a byłbym zupełnie kimś innym albo
nie byłoby mnie wcale.” Chodzę po świecku i nie mówię napotkanym ludziom kim
jestem. Unikam takie bezpośredniości na rzecz szczerej i najbardziej
spontanicznej wymiany myśli. Piękne w ludziach nie jest to, kim są, lecz jacy
są !
