Sztuka pozwala tak wizualnie stać się
uczestnikami betlejemskiej tajemnicy narodzin Boga-Człowieka. Dobrze się
zatrzymać i zdumieć nad obrazem dominikańskiego artysty bł. Fra Angelico.
Udajmy się do klasztoru Sam Marco we Florencji. W jednej z cel zakonnych
znajduje się fresk przedstawiający Narodzenie Pana. Przedstawienie jest
niezwykle ujmujące swoim przekazem. Miejsce narodzin Jezusa pokazał tak, jak widziała
je tradycja chrześcijańska od początku swojej religijnej refleksji. Łącząc dwa
motywy, groty i stajenki wymalował szopę przybudowaną do jaskini. Takie
połączenie tradycji ikonograficznej wschodu i zachodu chrześcijańskiego. Szopa
z malowidła zbita jest z solidnych desek, ma spadzisty dach i boczne ściany,
stanowiące jakby obramowanie groty. od reszty świata osłaniają ją tylko dwie
przegrody, zapewne kamienne, przesłaniające wnętrze do połowy, między którymi
znajduje się wejście. Aby nie było wątpliwości, że jest to pomieszczenie dla
domowych zwierząt, zza przegród wystawiają swoje łby wół i osioł. Malarz
nawiązał do apokryficznej Ewangelii Pseudo- Mateusza: "Trzeciego dnia po
urodzeniu Panna Maryja weszła do groty i udała się do stajni. tam złożyła
Dzieciątko w żłobie, a wół i osioł oddali mu pokłon". Artysta przedstawił
już późniejszą chwilę kiedy to Maryja wyjęła już Dziecię ze żłóbka. Przed ową
szopą znajduje się obszerne klepisko, które zajmuje dużą część malowidła. Rzuca
się w oczy jego surowa nagość i bezczelna twardość. To jest zbita glina, z
której kiedyś ulepił Bóg człowieka. To jest materia w całej swej mizerności. Na
niej właśnie, złożywszy dłonie jak do modlitwy, klęczą cztery osoby adorujące
Jezusa. Maryja i Józef są szczególnie wyróżnieni. Górna połowa ciała każdego z
ziemskich rodziców, a zwłaszcza głowa ze złotą aureolą, znajduje się na tle
owych przegród ze zgrzebnie obrobionego jasnofioletowego kamienia. Św. Piotr
Męczennik tworzy z nimi jakby trójkąt. Nieco z boku, za Matką Boską, znajduje
się św. Katarzyna ze Sieny. Zamiast pasterzy, którzy jeszcze nie przybyli lub
już odeszli, mamy dwoje świętych zakonu dominikańskiego, do którego należał
klasztor San Marco. Geneza szopki jest dość jasna. Św. Franciszek pragnął
unaocznić poniżenie i upokorzenie Boskości "Miłość nie jest kochana".
Angelico malując szopkę chciał zaczerpnąć z duchowej wrażliwości Franciszka,
ukazać tajemnicę poniżenia Boga. Goła ziemia była dla niego miejscem
umartwienia. Usuwajac się na gołą ziemię chciał się przybliżyć do osamotnionego
w akcie kenozy Jezusa. Stąd
nagusieński Jezus leży na klepisku na podrzuconej pod Niego wiązce słomy. Nie
zielonego sianka, lecz żółtej słomy, symbolizującej kruchość i przemijalność.
Jego nimb oznaczony jest czerwonym krzyżem, znakiem przyszłej męki. Znajduje
się ona dokładnie naprzeciw wejścia do stajenki, którego nie przesłaniają
klęczące postaci. Na tle wystających zza przegród łbów woła i osła widoczny
jest pusty żłób. Wystawiony do nas krótszym bokiem, ukazany w perspektywie,
nasuwa skojarzenie ze zbitą z desek otwartą trumną. Za tym żłobem, na tej samej
linii prostej, osi poniżenia możemy dostrzec ciemność groty. Tajemnicze wnętrze
ziemi tak jak często zostaje przedstawione na wschodnich ikonach. To pieczara w
której kiedyś zostanie złożone po okropnej śmierci ciało Pana. Żłób trumna do
której chowa się po śmierci nasze kruche ciała- oto tło tajemnicy Wcielenia
Pana, nazanaczonego męką, strąconego na twardą glinę i wiązkę słomy. Bóg stał
się człowiekiem aby przyjąć śmierć, to nas odsyła na Golgotę "gdzie Bóg
będzie królował z drzewa życia". Wprowadzając do stajenki znaki męki i
śmierci, artysta chciał skierować naszą myśl od misterium Żłóbka do
rzeczywistości Krzyża po, to aby przypomnieć nam istotę kerygmatu, który
rozbrzmiewa przez wieki chrześcijaństwa: Bóg przyszedł aby odnowić w nas obraz
Adama, i zrehabilitować miłością urzeczywistnioną w akcie Wcielenia i
Odkupienia.
sobota, 22 grudnia 2012
Mała dziewczynka w czasie ulicznej kolędnicy chwyciła mnie kiedyś za dłoń i powiedziała: proszę księdza Bóg musi bardzo kochać dzieci, zapytałem skąd wiesz ? Takim pewnym głosem odpowiedziała: ponieważ Bóg sam stał się Dzieckiem ! Wzruszyłem się ogromnie, radość wypisała sie na mojej twarzy od ucha do ucha i poruszyłem skrzydłami, ponieważ byłem przebrany za anioła. Prosta i piękna zarazem teologia małego człowieczka. Czy święta Bożego Narodzenia sprzyjają takim rozmyślaniom ? W tym czasie pewnie wolimy myśleć o zakupach, dobrze przygotowanym mieszkaniu, świecidełkach które oblepiają centra handlowe itd. Pragniemy radosnej atmosfery, góry prezentów, i bliskości osób wśród których czujemy się dobrze. To wszystko jest pewnie ważne, ale czy powinno aż tak, nas angażować. "Ale prawda jest taka, że Bóg przyszedł na świat, bo człowiek jest zły. Nie dlatego jednak, że został wadliwie stworzony. Jest zły, bo nie spełnia własnych oczekiwań. Jest zły, bo nie dorasta do wyobrażeń o sobie. Jest zły, bo chciałby być inny, ale nie potrafi". Boimy się tak myśleć, żeby przypadkiem nie naruszyć klimatu świątecznej sielanki. A przecież Bóg wchodzi w nasze życie, naszą nędzę i kruchość. Przynosi światło, tak jak rozświetlił ciemności betlejemskiej nocy, gdy iluminacja wytrysnęła z groty. Jezus przyszedł na świat aby zmierzyć się z naszymi lękami, obdarować serce człowieka szczęściem. "BÓG STAŁ SIĘ CZŁOWIEKIEM, ABY CZŁOWIEK MÓGŁ STAĆ SIĘ BOGIEM". Wcielenie Chrystusa samo w sobie jest już aktem zbawienia. Biorąc na siebie nasze rozbite człowieczeństwo, On odnawia je i, według słów pewnej Bożonarodzeniowej pieśni "podnosi ku górze upadły obraz". Dobrowolne uniżenie się Boga pozwala nam uchwycić najważniejsze treści wiary, mianowicie to, że nasze człowieczeństwo zostaje przeistoczone miłością. Kiedy weźmiemy do naszych dłoni opłatek to gest łamania odsyła nas do Eucharystii- Miłości i bezgranicznego daru Boga. Życie nasze ma być łamane i rozdawane w liturgii miłości. O tyle staję się człowiekiem o ile potrafię kochać, wtedy jest Boże Narodzenie. Bóg chce kochać przez nas świat, tych najmniejszych, bezradnych i łaknących miłości.
wtorek, 18 grudnia 2012
Boże Narodzenie jest Paschą
Oto Bóg,
który nie zamyka się w swym bóstwie, nasz Bóg wcielony, niebawem ukrzyżowany i
zmartwychwstały. On, Słowo, które podtrzymuje świat, staje się dzieckiem bez
słowa wśród bezsłownych zwierząt. On, zarzewie ognia, zamyka się w ciemnościach
groty. Któregoś dnia albo raczej nocy, nocy świetlistej, gdy ciemności zostaną
przemienione, poderwie się ze śmierci niczym ogromny, skrwawiony i promienny
ptak, umocniony ptak- ludzkość, przemieniony ptak – świat. Dziś jest to jeszcze
słaby ptak o podkurczonych skrzydłach, ale Maryja czuwa nad Nim w milczeniu,
nosząc wszystkie te rzeczy w swoim sercu. Paradoks właśnie nie do pomyślenia.
My rodzimy się we krwi matczynej, co jest znakiem, że przychodzimy na świat,
aby umrzeć. Jezus rodzi się w sposób dziewiczy, aby pokonać śmierć i dać nam
udział w swoim zwycięstwie. Już to, gdy oddychał Duchem Świętym, już to, gdy
podskakiwał – i to z jakąż bezgraniczną radością – w Tchnieniu, Jego
egzystencja była ukonstytuowana w Duchu. Było to bardziej ciało w duszy niż
dusza w ciele- gdybyśmy chcieli bawić się tymi obrazami przestrzennymi…Bardzo
szybko Maryja nauczy Go mówić abba,
ojcze, przede wszystkim do Józefa, pokornej obecności nawiedzonej przez sny,
Józefa który po opisach dzieciństwa znika z Ewangelii, jakby jego rola miała
polegać głównie na prawnym wprowadzeniu Jezusa w potomstwo Dawidowe. Imię Józef
oznacza „Bóg, który dodaje”. Ci, inni synowie to my, synowie w Synu, których
Jezus uczy wymawiać abba, słowo pełen
nieskończonej czułości, boskiej otchłani, o której On nam mówi, że jest
otchłanią miłości.
Jezus rodzi
się nie raniąc swej Matki, ponieważ On jest czystym życiem, samym życiem,
„życiem wiecznym”, można by powiedzieć, aby przywołać życie, z którym nie
mieszają się żaden znak śmierci. To właśnie z posłuszeństwa Ojcu, z „szalonej
miłości” ku nam – którzy uczyniliśmy i nieprzerwanie czynimy naszą skończoność
zamkniętą- Słowo dobrowolnie wchodzi wchodzi w tę skończoność, niewinne Dziecię
wśród mnóstwa zmasakrowanych niewiniątek. Dobrowolnie też pójdzie na mękę i
swoją śmierć, aby pokonać śmierć i otworzyć- wśród naszych ciemności- drogi
zmartwychwstania. Gdzie jest Bóg? – pytali Dostojewski i Camus wobec cierpienia
dziecka, nierzadko cierpienia okrutnego i śmiertelnego. Gdzie jest Bóg?- pytali
nasi bracia Żydzi, kiedy lud Maryi i Józefa wydawał się skazany na zagładę.
Gdzie jest Bóg ? Nie tylko tam, gdzie dziecko kona, nie tylko tam, gdzie wiatr
rozwiewa prochy krematoriów. Ale On jest tym dzieckiem i tym ludem, który stał
się przez chwilę Izajaszowym „cierpiącym Sługą”. W dzień Narodzenia- głosi
liturgia bizantyjska- „Stwórca staje się sercem swojego stworzenia”. Dzieckiem
w grocie (którą ikony zawsze przedstawiają jako bardzo ciemną) jest Bóg, który
przyszedł do tych, co „w mroku i cieniu śmierci mieszkają”. Jest to tajemniczo
zwycięskie „zstąpienie” na ulice, którymi chodzi śmierć i które niekiedy noszą
już jej ślady na ziemi… „Ogołocił
się”, mówi św. Paweł, burząc w ten sposób całkowicie nasze rozumienie Boga, bo
ogołocił się „stając się posłusznym”, oczywiście, aż do śmierci na krzyżu, ale
wcześniej aż do narodzin w stajni. „Mesjasz na opak”- jak powiedzieliśmy –
Chwała ukrzyżowana, a wiec wyzwalająca dla człowieka ukrzyżowanego w
straszliwej Męce historii, Mesjasz niemal tajemniczy, dla którego nie ma
miejsca w wielkiej gospodzie pożądliwości, ambicji i spektakularnych widowisk.
Ten, który kładzie podwaliny pod naszą wolność, gdyż nie tylko nie narzuca się
nam, ale tak bardzo nas szanuje, że pozwala nam Go ukrzyżować, aby mógł
ofiarować życie- to prawdziwe- swoim zabójcom, nam, codziennym zabójcom
miłości. Bóg
jest tak potężny, że oprócz swojej wolności może powołać do istnienia inne:
wolność aniołów i wolność ludzi. Jego potęga w tak stworzonym świecie jest
zatem potęgą prawdziwej wolności, to znaczy wolności miłości. Działa w
świcie jedynie jako przypływ światła,
pod warunkiem że serca dobrowolnie się na nie otworzą. Wówczas uruchamia się
szatańska spirala negacji. Odwracając się plecami do Boga, człowiek rzuca cień
i przewrotne siły chaosu wybuchają z całą swą mocą w ciemnościach. Im silniej
wybuchają, tym bardziej człowiek myśli, że Bóg nie istnieje. I w ten sposób
ciemności gęstnieją, zło rośnie w siłę, człowiek coraz bardziej wątpi i
neguje…Któregoś dnia pewna kobieta, Maryja, pozwoliła, aby odrzucony Król,
który mógł dotąd podtrzymywać świat jedynie z zewnątrz, wszedł „w serce
stworzenia”. I to jest Boże Narodzenie: jeśli piekło jest nieobecnością Boga,
miejscem, gdzie dokonuje się rzezi niewinnych, to można powiedzieć, że Bóg
przychodzi i wypełnia sobą miejsce swojej nieobecności. Milczenie Słowa
zapowiada Jego ostatnie wołanie: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił ?”
Ale mamy też:
„Ojcze, w Twoje ręce powierzam mego ducha”. W tej bardzo ciemnej grocie u boku
Dziecięcia położyła się Maryja. Otwarcie nicości staje się łonem ludzkości
zbawionej, ludzkości już wiecznej. Wśród nocy jaśnieje gwiazda, która się
rozrośnie i będzie „Słońcem sprawiedliwości”. Nic
nie może oddzielić Boga od Boga. Ale to potężne pulsowanie miłości, o jakim
wspomina prolog Ewangelii Jana – „Słowo było zwrócone ku Bogu (czyli ku Ojcu) i
Słowo było Bogiem”- to potężne pulsowanie miłości, poczynając od Narodzenia , wciąga, obejmuje całe stworzenie. To małe
Dziecię jest Osobą Boską, to znaczy Osobą doskonałą, a więc całkowicie w
komunii, całkowicie nierozłączną, współistotną Ojcu w Jego bóstwie,
współistotna z nami w naszym człowieczeństwie. W Chrystusie ten sposób bycia
Bogiem, jakim jest miłość, udziela się wszystkim ludziom. Słowo żywe, które
stało się milczącym Dziecięciem, męką, zmartwychwstaniem, tajemniczo pociągnie
ku sobie cały wszechświat. „Kiedy będę wywyższony nad ziemię, pociągnę
wszystkich do siebie”.
On pociąga
nas, nie tylko wchodząc do naszej rozpaczy i naszej udręki, ale wchodząc do
naszych najmocniejszych radości. Czy są one silniejsze niż te płynące z dwóch
macierzyństw połączonych w Maryi: macierzyństwa cielesnego i macierzyństwa
duchowego, radości rodzenia i radości zbawienia ?
Zmartwychwstanie
rozciąga się na świat, poczynając od kolebki, od żłobu, zaczęło się nie w
gospodzie ani nawet, jak mówią archeologowie, nie w domu, lecz poza domem, w
jednej z tych grot, gdzie trzyma się zwierzęta. „W nędznej stajni mojej duszy”-
komentuje pewien tekst liturgiczny.
„Przyszedłem
ogień rzucić na ziemię”- mówi Jezus. W dzień Narodzenia żar jest już w otchłani,
„w cieniu śmierci”. I oto znów pojawia się raj i następuje antycypacja
Królestwa: ziemia i niebo łączą się w osobach i muzyce aniołów, i przychodzą
pasterze z oswojonymi zwierzętami ziemi, i mędrcy, którzy wpatrują się w
gwiazdy…
Boże
Narodzenie. Bóg ma już oblicze ludzkie- objawiające nam zarazem boskie oblicze
człowieka, każdego człowieka, żywego „obrazu”, w którym uwidaczniają się pewne
przyciąganie i wezwanie. Największą „monstrancją” Boga dziś w sercu groty
nihilizmu, są pewne twarze, które stały się niemal ikonami, jak twarz ojca de
Foucaulda pod koniec jego życia albo twarz „starca” Trawiona, wielkiego
rosyjskiego mistrza duchowego, który przez długi czas żył w obozie
koncentracyjnym i do którego napływały prawdzie tłumy. Boże Narodzenie. Bóg
jest już nieodłącznie związany z człowiekiem. To już nie są dwie rywalizujące
ze sobą wielkości w jakiejś zamkniętej przestrzeni, jak przez długi czas sobie
wyobrażano, czy to żeby zmiażdżyć człowieka, czy to żeby „zabić” Boga. Bóg i
człowiek połączeni bez rozdzielenia i bez zmieszania. Bóg jest tym silniej
objawiony, im bardziej staje się człowiekiem. Człowiek tym silniej człowiekiem,
im bardziej łączy się z Bogiem.
Boże
Narodzenie. Bóg stał się człowiekiem i człowiek może na nowo wejść w życie
Boże, w przestrzenie trynitarne. Przyjmuje go ogromne i przesłodkie światło,
tak jak musiało przyjąć bandytę i prostytutkę.
Bóg daje, a
kiedy dar ulegnie zniszczeniu, daje jeszcze raz. Bóg daje i przebacza, a
człowiek ze swej strony również może się stać istotą przebaczającą.
Twarzyczka
Dziecięcia rozdarła na zawsze matowość świata, sprawiając, że wytrysnęło w nim
światło zmartwychwstania. Betlejem znaczy „dom chleba”: oto nasz chleb
wieczności, niezniszczalna manna. Zachodnia sztuka średniowiecza oraz pewne
ikony przedstawiały dziecko w kielichu eucharystycznym. I jest niewątpliwie
prawdą, że to życie, ta słodycz, ten pokój ofiarowuje się nam niewyczerpane w
chlebie i winie, które Kościół konsekruje i rozdziela ( i które tworzą Kościół
w takiej mierze, w jakiej Kościół je sprawuje). Wychodząc od tej małej
twarzyczki, wychodząc od Eucharystii, zrodziły się Santa Sophia i Chartes,
masywne kościoły romańskie Francji i urocze kościółki archipelagu greckiego,
których biel przemienia ziemię. Również dzisiaj, jeśli chcemy, jeśli dołączymy
do ognia współczesne rozumienie, ten płomień, którego Kościół w swojej
wytrwałej pieśni uwielbienia pozostaje lampą, może stać się gwiazdą ludzkości
zmierzającej do swej jedności. Wychodząc od tajemnicy Bożego Narodzenia,
wychodząc od Boga, który stał się obliczem i od kobiety bez rozdarcia wśród
rozdarcia świata, możemy położyć fundamenty pod etykę osoby i komunii, możemy
niestrudzenie tworzyć szkic kultury, zdolnej zjednoczyć to, co Boskie, z tym co
ludzkie, „bez rozdzielenia i bez zmieszania”: człowiek humanistów, uwolniony od
swoje dumnej i rozpaczliwej skończoności, obraz Boga „deizmów”, uwolniony od
zamkniętej i pożerającej transcendencji. W Narodzeniu Pańskim koncentruje się
zarazem niedostrzegalna i niepohamowana siła zaczynania, rozpoczynania na nowo.
I dla każdego płynie wielka pewność: jestem kochany, więc istnieję.
( Olivier Clement Boże Narodzenie)
( Olivier Clement Boże Narodzenie)
niedziela, 9 grudnia 2012

W drugą niedzielę Adwentu słyszymy: "Głos wołającego na pustyni: Przygotujcie drogę Panu, Jemu prostujcie ścieżki !" (Mk 1,3). Święty Jan Chrzciciel wyszedł na pustynię. Na pustyni zabrzmiał adwentowy głos. Adwent zwiastuje nam, że przemieni naszą pustynię tak, że stanie się kwitnąca. Pustynia jest dla nas obrazem naszej egzystencji. Mowimy o betonowej pustyni w naszych miastach, o pustyni w ludzkich sercach, kiedy wszystko staje się puste i jałowe. Pustynia jest obrazem samotności, opuszczenia. Pustynia oznacza bezsensowność, brak kontaktu, stan suszy, wysuszenia. Dla mnichów IV wieku pustynia była miejscem przebywania demonów, miejscem, gdzie włóczą się ciemne duchy, w którym zło dosięga ludzi. Wydaje się, że także o współczesności można powiedzieć, iż jest miejscem, gdzie panują duchy czasu- duchy czasu przemocy, nieufności, wyzysku, zniszczenia. Synonimami słowa "pustynia" są: pusty, niezabudowany, nieuprawny, niezamieszkały, samotny, dziki, nieokiełznany, brzydki, odrażający. Wszystkimi tymi wyrazami opisany został współczesny stan duszy. Odczuwamy w sobie pustkę i samotność. Jesteśmy nieokrzesani poza domem. Działają w nas dzikie i nieokiełznane siły, które szpecą naszą twarz. Pustynia jest miejscem, w którym konfrontujemy się bezwzględnie z samymi z sobą i naszą nieprzyjemną rzeczywistością. Na tej pustyni naszego serca powinniśmy przygotować drogę dla Pana. By móc utorować drogę dla Niego, najpierw musimy sami się odważyć i wejść na naszą własną pustynię. Możemy zobaczyć w nasz wszystko co to, co stłumione, ukryte, niejasne, i powierzyć to Bogu.(...) Pośrodku naszej pustyni wystrysną źródła. Jednak pustynia pozostanie. Bedziemy nieustannie krążyć wokół źródła i wkraczać na pustynię, by konfrontować się tam z własną pustką. Adwent obiecuje nam, że na naszej pustyni odnajdziemy źródło, z którego będziemy mogli się napić. To wystarczy, by użyźnić naszą pustynię. Pustynia to nie tylko miejsce pustki i bezsensowności, próby i pokusy, lecz także miejsce pierwszej miłości miedzy Jahwe i Jego ludem. Na pustyni Bóg czyni liczne cuda, i pragnie mieszkać w tobie.
Anselm Grun "Boże Narodzenie- świetować Nowy Początek"
czwartek, 6 grudnia 2012
AKATYST

W II Niedzielę Adwentu (
9 XII 2012) o godz. 19.30
w kościele NMP. Wspomożenia Wiernych w Aleksandrowie
Kujawskim, będziemy śpiewać AKATYST ku czci Bogurodzicy. Zapraszam wszystkich na
to piękne nabożeństwo czerpiące z duchowego bogactwa chrześcijańskiego Wschodu.
wtorek, 4 grudnia 2012

Bóg
przychodzi, aby nas wyzwolić od zła i śmierci
Pierwsza antyfona tej liturgii Nieszporów rozpoczyna okres
Adwentu i rozbrzmiewa jako antyfona całego roku liturgicznego. Posłuchajmy jej
jeszcze raz: «Zwiastujcie narodom nowinę: Oto nasz Bóg i Zbawca przychodzi». Na
początku nowego cyklu rocznego liturgia wzywa Kościół, aby na nowo głosił
wszystkim narodom swe przesłanie, i ujmuje je w dwóch słowach: «Bóg
przychodzi». W tych tak bardzo zwięzłych słowach kryją się zawsze nowe myśli.
Zatrzymajmy się przy nich na chwilę i pomyślmy: nie używa się tutaj czasu
przeszłego — Bóg przyszedł, ani przyszłego — Bóg przyjdzie, lecz teraźniejszy:
«Bóg przychodzi». Jak dobrze widać, jest to czas teraźniejszy ciągły, czyli
czynność, która wciąż się dokonuje: już się dokonała, dokonuje się teraz i
jeszcze się dokona. «Bóg przychodzi» w każdej chwili. Czasownik «przyjść»
występuje tu jako słowo «teologiczne» czy wręcz «teologalne», ponieważ mówi nam
o czymś, co dotyczy samej natury Boga. Głosić, że «Bóg przychodzi», znaczy więc
głosić po prostu samego Boga, ukazując jedną z Jego istotnych i
charakterystycznych cech: to, że jest On Bogiem-który-przychodzi.
Jedyny prawdziwy
Bóg
Adwent
jest wezwaniem dla wierzących, aby uświadomili sobie tę prawdę i zgodnie z nią
postępowali. Niczym zbawienne wezwanie, ponawiane w kolejnych dniach,
tygodniach, miesiącach, rozbrzmiewają słowa: Obudź się! Pamiętaj, że Bóg
przychodzi! Nie wczoraj, nie jutro, ale dzisiaj, teraz! Jedyny prawdziwy Bóg,
«Bóg Abrahama, Izaaka i Jakuba», nie jest Bogiem, który żyje sobie w niebie i
nie interesuje się nami ani naszymi dziejami, lecz jest Bogiem-który-przychodzi.
Jest Ojcem, który nigdy nie przestaje o nas myśleć i w pełni szanując naszą
wolność, pragnie nas spotkać i nawiedzić; chce przyjść, zamieszkać wśród nas,
pozostać z nami. Przychodzi, bo chce nas wyzwolić od zła i śmierci, od tego
wszystkiego, co uniemożliwia nam prawdziwe szczęście. Bóg przychodzi, aby nas
zbawić.
Wcielenie duchowe
Ojcowie
Kościoła zauważają, że «przychodzenie» Boga — nieustanne i, by tak rzec,
wynikające z natury samego Jego bytu — koncentruje się w dwóch głównych
przyjściach Chrystusa: w Jego wcieleniu i w powrocie w chwale na końcu dziejów
(por. Cyryl Jerozolimski, Katecheza 15, 1; PG 33, 870). Cały okres
Adwentu skupia się na tych dwóch biegunach. W jego pierwszych dniach kładzie
się akcent na oczekiwanie ostatecznego przyjścia Pana, o czym świadczą również
teksty dzisiejszej liturgii Nieszporów. Gdy zbliża się Boże Narodzenie, coraz
bardziej dominuje wspominanie wydarzenia z Betlejem, by w nim rozpoznać «pełnię
czasu». Można mówić jeszcze o trzecim przyjściu, pomiędzy tymi dwoma
«widzialnymi». Św. Bernard nazywa je przyjściem «pośrednim» i «ukrytym»;
dokonuje się ono w duszy wierzących i stanowi jakby «pomost» między przyjściem
pierwszym i ostatnim. «W pierwszym — pisze św. Bernard — Chrystus był naszym
odkupieniem, w ostatnim objawi się jako nasze życie, w tym jest naszym
odpoczynkiem i pocieszeniem» (V Przemówienie o Adwencie, 1). Archetypem
tego przyjścia Chrystusa, które moglibyśmy nazwać «wcieleniem duchowym», zawsze
była Maryja. Jak dziewicza Matka zachowywała w swym sercu Słowo, które stało
się ciałem, tak każda dusza i cały Kościół mają podczas swej ziemskiej
pielgrzymki oczekiwać Chrystusa, który przychodzi, i przyjmować Go z
nieustannie odnawianą wiarą i miłością.
Przygotować Jego
przyjście
Liturgia
Adwentu ukazuje zatem, jak Kościół staje się wyrazicielem oczekiwania Boga,
które jest głęboko wpisane w historię ludzkości, a które, niestety, zbyt często
jest zakłócane lub niewłaściwie ukierunkowane. Kościół, jako Ciało mistycznie
zjednoczone z Chrystusem Głową, jest sakramentem, czyli znakiem i skuteczną
pomocą również w tym oczekiwaniu Boga. Wspólnota chrześcijańska może w pewnej
mierze, znanej tylko Jemu, przyśpieszyć Jego ostateczne przyjście, pomagając
ludzkości wyjść na spotkanie Pana, który przychodzi. Czyni to przede wszystkim,
ale nie tylko, przez modlitwę. Istotne i nieoddzielne od modlitwy są również
«dobre uczynki», o czym przypomina modlitwa z I Niedzieli Adwentu, w której
prosimy Ojca niebieskiego, «abyśmy przez dobre uczynki przygotowali się na
spotkanie przychodzącego Chrystusa». Tak rozumiany Adwent jest okresem
sprzyjającym bardziej niż jakikolwiek inny, by przeżywać go w jedności ze
wszystkimi — a dzięki Bogu jest ich wielu — którzy pragną świata bardziej
sprawiedliwego i bardziej braterskiego. W tym działaniu na rzecz
sprawiedliwości mogą w pewnej mierze spotkać się ludzie wszystkich narodów i
kultur, wierzący i niewierzący. Wszyscy bowiem, choć kierują się różnymi
racjami, pragną tego samego celu, a mianowicie przyszłości, w której będzie
sprawiedliwość i pokój.
Przyjdź Królestwo
Twoje
Pokój
jest celem, do którego dąży cała ludzkość! Dla wierzących «pokój» jest jednym z
najpiękniejszych imion Boga, który pragnie zgody między wszystkimi swymi
dziećmi, o czym przypomniałem również podczas niedawnej pielgrzymki do Turcji.
Pieśń pokoju rozbrzmiewała w niebie, kiedy Bóg stał się człowiekiem i narodził
się z Niewiasty, gdy nadeszła pełnia czasu (por. Ga 4, 4). Rozpocznijmy zatem
ten nowy Adwent — czas dany nam od Pana czasu — rozbudzając w naszych sercach
oczekiwanie na Boga-który-przychodzi oraz nadzieję na to, że święcić się będzie
Jego imię, że przyjdzie Jego Królestwo sprawiedliwości i pokoju, że wypełni się
Jego wola jako w niebie, tak i na ziemi.
W tym oczekiwaniu pozwólmy się prowadzić Maryi Pannie, Matce Boga-który-przychodzi, Matce nadziei. Niech Ona, którą za kilka dni będziemy czcić jako Niepokalaną, wyjedna nam, byśmy okazali się święci i nieskalani w miłości, kiedy przyjdzie Pan nasz Jezus Chrystus, który wraz z Ojcem i Duchem Świętym niech będzie uwielbiony i pochwalony na wieki wieków. Amen
Papież Benedykt XVI
Rozpoczął się Adwent, po raz kolejny wchodzimy w czas oczekiwania i tęsknoty na przybycie Kogoś bardzo ważnego. Nosimy w sobie różne pragnienia: szczęścia, bliskości innych osób, poczucie bezpieczeństwa, tego czy starczy środków na egzystencję. Jest w każdym człowieku oczekiwanie i tęsknota, wyglądanie czegoś niezwykłego co może zmienić nasze życie. Życie bez oczekiwań jest tylko nędznym wegetowaniem, ślizganiem się po powierzchni egzystencji. Okres czterech niedziel często koncentruje naszą uwagę tylko na przygotowaniu do Bożego Narodzenia, a tu chodzi o coś więcej, to wejście w całą historię zbawienia w której Bóg wychowuje ludzi do przyjęcia Miłości- Umiłowanego Syna Jezusa Chrystusa. Jawi się tu również perspektywa eschatologiczna, świadomość przyjścia Pana na końcu czasów Paruzja- wydarzenie miłości. Pan przyjdzie do swoich po raz drugi i będzie to spektakularne widowisko zapierajace dech w piersiach. Matthias Gruenewald przedstawił na zewnętrznej stronie drzwi słynnego późnogotyckiego ołtarza skrzydłowego w Insenhaim obraz Wielkiego Piątku. Na tle ciemnego, pustego krajobrazu wznosi się krzyż, do którego przybito umęczone ciało Jezusa. Po prawej stronie krzyża stoi potężna postać Jana Chrzciciela. Jego ręka, której ekspresji dodaje wystający z dłoni palec wskazujący, kieruje wzrok widza na postać Ukrzyżowanego. Na swoim obrazie artysta umieścił słowa z ewangelii św. Jana: "Potrzeba, bo On wzrastał, a ja się umniejszał"(J 3,30). Jan Chrzciciel tym gestem wskazania na Jezusa objawia nam adwentowy program życia duchowego, w którym trzeba wysilić się aby zobaczyć Pana rozpoznać Go, przyjąć do swojego życia. To urzeczywistnienie tęsknoty Kościoła który woła z głębi serca: Marana Tha !
Subskrybuj:
Posty (Atom)