poniedziałek, 21 lipca 2014

J 20,1.11-18

Pierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień od niego odsunięty.

Maria stała przed grobem płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa: jednego w miejscu głowy, a drugiego w miejscu nóg.

I rzekli do niej: „Niewiasto, czemu płaczesz?”


Odpowiedziała im: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”.

Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus.

Rzekł do niej Jezus: „Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?”

Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: „Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę”.

Jezus rzekł do niej: „Mario!”

A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: „Rabbuni”, to znaczy: „Nauczycielu”.

Rzekł do niej Jezus: „Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: «Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego»”.

Poszła Maria Magdalena oznajmiając uczniom: „Widziałam Pana i to mi po wiedział”.




Przyszedłszy do grobu Maria Magdalena nie znalazła ciała Pana. Pomyślała więc, iż zostało zabrane, i doniosła o tym uczniom. Ci przyszli, zobaczyli i przekonali się, że tak właśnie jest, jak im powiedziała niewiasta. Ewangelia mówi o nich dalej: "Uczniowie zatem powrócili znowu do siebie"; i dodaje: "Maria natomiast stała przed grobem płacząc".


Z tego widać, jak wielką miłością pałało serce Marii, skoro nawet po odejściu uczniów nie odstąpiła od grobu Pana. W dalszym ciągu szukała Tego, którego nie znalazła. Pukała szukając i ogarnięta żarem miłości gorąco tęskniła za Tym, o którym sądziła, iż został zabrany. I stało się, że tylko ta zobaczyła wówczas Jezusa, która pozostała, aby szukać. Dopełnieniem bowiem czynu dobrego jest wytrwałość, według słów Prawdy: "Kto wytrwa do końca, będzie zbawiony".


Szukała i nie znalazła. Szukała dalej wytrwale i znalazła; tęsknota rosła w miarę upływu czasu, kiedy zaś stała się wielką, osiągnęła cel swoich pragnień. Święta bowiem tęsknota rośnie, gdy nie znajduje przedmiotu swych pragnień. Gdy zaś czekanie usuwa tęsknotę, oznacza to, iż nie była to prawdziwa tęsknota. Taką właśnie prawdziwą tęsknotę przeżywał każdy, kto zdobył prawdę. Dlatego Dawid powiada: "Dusza moja pragnie Boga żywego, kiedyż przyjdę i ujrzę Boże oblicze". Natomiast Kościół w Pieśni nad pieśniami woła: "Zraniona jestem miłością". Zaś nieco dalej: "Omdlewa moja dusza".


"Niewiasto, czemu płaczesz! Kogo szukasz?" Zostaje zapytana o przyczynę bólu, aby tym bardziej wzrosła jej tęsknota, aby wymieniając imię poszukiwanego, tym większą zapłonęła ku Niemu miłością.


Mówi jej Jezus: "Mario". Kiedy zawołał: "Niewiasto", nie został rozpoznany; teraz oto woła po imieniu, jak gdyby chciał powiedzieć: "Rozpoznaj, Kto ciebie rozpoznał!" Maria nazwana po imieniu rozpoznaje Stwórcę i natychmiast woła: "Rabbuni", to jest "Nauczycielu"; albowiem Ten, którego szukała na zewnątrz, pouczał ją wewnętrznie, jak należy Go szukać.


                                                                                            Homilia św. Grzegorza Wielkiego, papieża


 


Maria Magdalena jest niezwykle zagadkową postacią którą przed nami odsłaniają Ewangelie. Miała pewnie skomplikowane życie, taka fabuła mogłaby stanowić temat na wiele ciekawych filmów o zabarwieniu dramatycznym lub psychologicznym. Ikonografia przedstawia Magdalenę jako kobietę piękną, pełną wdzięku i erotycznej siły odziaływania. Takie połączenie piękna i zmysłowości zawsze jakoś przyciąga oko, rozbudza pragnienia, rodzi ciekawość i mnóstwo podejrzeń. Ewangelie podają iż prowadziła w mieście życie grzeszne, tak współcześnie byśmy określili ową profesję jako dającą innym rozrywkę. Kobieta lekkich obyczajów...to delikatne określenie jednego z najstarszych i wystawionych na moralną ocenę ze strony ciekawskich i "sprawiedliwych ludzi" zawodów świata. Kościół dzisiaj ukazuje nam ją, jako świętą grzesznicę. Przekonujemy się po raz kolejny że Bóg szuka grzesznika, kocha zagubione dziecko, ofiarowuje miłość najbardziej tam gdzie ludzkie języki wypowiadają pogardę i potępienie. Bóg kochający grzesznika. Ona spotkała na swojej przepełnionej licznymi grzechami drodze Jezusa, który zamiast ją potępić daje nowe życie...przywraca do zdrowia, daje łaskę. Wyrzuca z niej siedem złych duchów, ratuje od ukamieniowania kiedy schwytano ją na cudzołóstwie. Chrystus jako pierwszy spogląda na Marię z miłością, czystą...piękną, wskrzeszającą i oczyszczającą z brudu nieczystości. Spogląda na nią, nie jak mężczyzna który pragnie ją kupić, posiąść i poczuć się na chwilę szczęśliwym, dając się ponieść najniższym instynktom cielesnym. Bóg taki nie jest, przez swoje człowieczeństwo uzdrawia, stwarza na nowo, przywraca utracony sens życia. Maria Magdalena po swoim nawróceniu do końca była wierna Jezusowi, aż po zgorszenie krzyża, gdzie wszyscy Pana zostawili, ona trwała przy Nim do końca. Kobieta pełna współczucia i miłości, która odpowiedziała miłością, na darmową miłość Zbawiciela. Jej łzy i kobiece delikatność stały się liturgią tęsknoty i miłosierdzia. Kiedy spotkała Zmartwychwstałego Pana jako ogrodnika, poznała Go o głosie, kiedy wypowiedział jej imię: Mario ! Nikt nie mówił do niej z taką siłą miłości, nikt nie znał jej prawdziwego imienia, pewnie zawsze była traktowana jak przedmiot bez swojego imienia i kobiecego "ja". Towar który się kupuje, kobieta bez imienia...ktoś do użycia. Jezus wypowiada jej imię, zna ją do głębi i czyni z jej życia drogę do świętości. Chrześcijaństwo to często droga osobistego grzechu przez który może dokonać się nawrócenie. Chrześcijaństwo to łzy grzesznika, i miłość Boga zakochanego w swojej Oblubienicy jaką jest Kościół.


 







 


niedziela, 20 lipca 2014

Inną przypowieść im powiedział: „Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach”.


Przeglądając  internet odnalazłem bardzo ciekawy komentarz średniowiecznego myśliciela Bedy Czcigodnego do Ewangelii którą Kościół nam podaje do lektury. Autor trafnie oddał w słowach przesłanie które zostało wypowiedziane przez usta Chrystusa. "Ziarnem gorczycy jest przepowiadanie Ewangelii oraz znajomość Pism, która prowadzi do życia. Tym, który sieje, jest nasz umysł i duch, który siejąc ziarno przepowiadania i podlewając wodą wiary sprawia, że wyrasta ono na polu jego wnętrza. Jest ona najmniejsza ze wszystkich nauk, ponieważ przy pierwszym głoszeniu nie daje się jej wiary, gdy przepowiada Boga, który jest autorem życia umarłych, oraz zgorszenie krzyża. Porównana z naukami filozofów wydaje się ona dużo mniejsza, ale ponieważ ich dokonania są miałkie jak warzywa, to szybko rosną i więdną. Ona jest najmniejsza, gdy przepowiada się ją w duszy wierzącego czy też w całym świecie, wyrasta nie na warzywo, ale na drzewo, tak by w jej ramionach, to jest, w różnorodności dogmatów dusze znajdowały odpoczynek. Może być również tak, że w ziarnie gorczycy ukazana została nieznaczność Pańskiego wcielenia, ponieważ gdy wziął to ciało człowiek, Józef i pochował w ogrodzie, wyrosło naprawdę na drzewo, ponieważ powstając wstąpiło do nieba. Rozciągnęło gałęzie, czyli rozesłało głosicieli, w których każdy wierzący znajduje odpoczynek od trudu tego życia." W tym rozrastającym się drzewie które wyrosło z małego ziarnka gorczycy dostrzegam też symboliczny obraz drzewa życia na którym Chrystus rozpostarł swoje ramiona. To Jego zwycięstwo przynosi życie dla każdego który pragnie się schronić w cieniu jego gałęzi. To na tym drzewie Bóg króluje, odnosi zwycięski bój i otwiera każdemu człowiekowi bramy Nieba. Tu wszystko nabiera nowego znaczenia, urzeczywistnia się zapowiedź odnowienia wszystkiego, przeobrażenia świata i manifestacji Królestwa Bożego. Wierzący są jak ptaki które mają znaleźć swoje miejsce, odkryć życiową misję, odnaleźć zagubiony sens. Ziarno gorczycy w trakcie wzrostu to przestrzeń mojego serca...tajemnica wnętrza, które staje się miejscem uobecnienia Boga prawdziwie zatroskanego o człowieka. Warto przywołać tu słowa  piosenki zespołu TGD:  
W cieniu Twoich rąk ukryj proszę mnie,
Gdy boję się, gdy wokół mrok, bądź światłem bądź nadziei dniem.
Wszystkim o czym śnie głosem w sercu mym,
Jak ręka która trzyma mnie.
Nad brzegiem nocy brzegiem dni,
Bądź jak skrzydła dwa kiedy braknie sił.
Chwyć mnie i nieś niech niebo bliżej będzie,
Tak bardzo chcę w ramionach skryć się Twych.



 


 
,

niedziela, 13 lipca 2014

Mt 13,1-23


 Tego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami:

„Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, niektóre ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na miejsca skaliste, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny.

Kto ma uszy, niechaj słucha”.

Przystąpili do Niego uczniowie i zapytali: „Dlaczego w przypowieściach mówisz do nich?”

On im odpowiedział: „Wam dano poznać tajemnice królestwa niebieskiego, im zaś nie dano. Bo kto ma, temu będzie dodane i nadmiar mieć będzie; kto zaś nie ma, temu zabiorą również to, co ma. Dlatego mówię do nich w przypowieściach, że otwartymi oczami nie widzą i otwartymi uszami nie słyszą ani nie rozumieją. Tak spełnia się na nich przepowiednia Izajasza:

«Słuchać będziecie, a nie zrozumiecie, patrzeć będziecie, a nie zobaczycie. Bo stwardniało serce tego ludu, ich uszy stępiały i oczy swe zamknęli, żeby oczami nie widzieli ani uszami nie słyszeli, ani swym sercem nie zrozumieli: i nie nawrócili się, abym ich uzdrowił».

Lecz szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę powiadani wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło zobaczyć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli.

Wy zatem posłuchajcie przypowieści o siewcy. Do każdego, kto słucha słowa o królestwie, a nie rozumie go, przychodzi Zły i porywa to, co zasiane jest w jego sercu. Takiego człowieka oznacza ziarno posiane na drodze.

Posiane na miejsca skaliste oznacza tego, kto słucha słowa i natychmiast z radością je przyjmuje; ale nie ma w sobie korzenia, lecz jest niestały. Gdy przyjdzie ucisk lub prześladowanie z powodu słowa, zaraz się załamuje.

Posiane między ciernie oznacza tego, kto słucha słowa, lecz troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszają słowo, tak że zostaje bezowocne.

Posiane w końcu na ziemię żyzną oznacza tego, kto słucha słowa i rozumie je. On też wydaje plon: jeden stokrotny, drugi sześćdziesięciokrotny, inny trzydziestokrotny”.




Dzisiaj Ewangelia nie wymaga większego wysiłku intelektualnego czy duchowego dla zrozumienia słów Chrystusa, nie musimy się gimnastykować aby uchwycić jakiś ukryty między wersetami przekaz. On sam komentuje przypowieść, aby była zrozumiała dla ówczesnych słuchaczy jak i tych dzisiejszych. Pan mówi w przypowieści- posługując się obrazem pracy człowieka  na polu, wsiewającego ziarno w ziemię aby wydało obfity plon. Dobrze czujemy że nie chodzi tu o zwyczajną pracę rolniczą, czy też urodzaj plonów...aby się lepiej i bardziej dostatnio żyło. Chodzi tu o człowieka, o serce które staje się glebą na której Słowo Boga ma dokonać wzrostu, przeobrażenia i nawrócenia jeśli tylko to jest potrzebne. Nie można inaczej oddać pragnienia Nieba jak tylko słowami przypowieści...odesłania do zasiewu, zasadzenia, podlania, nasłonecznienia i w końcowym efekcie wzrostu i wydania owocu. Ewangelia-Dobra Nowina o naszym zbawieniu stanowi zasiane słowo, to słowo potrzebuje słońca- a zatem odpowiedniej przestrzeni, klimatu aby mogło się rozwinąć (to nic innego jak wspólnota Kościoła zgromadzona na liturgii po to aby słuchać...karmić się, wzajemnie ubogacać, wcielać słowo w konkretny czyn), potrzebny jest deszcz który zwilży ziemię- to łaska Ducha Świętego, który otwiera na dar słuchania, modlitwy i właściwego odczytania depozytu otrzymanego przez nauczające usta kapłana. Warto sobie przy tej okazji postawić kilka pytań: jaka jest gleba mojego serca ? Czy Słowo może wydać we mnie wzrosnąć ? Czy przemieniony siłą Ewangelii mam odwagę głosić innym kerygmat ? Aby pobudzić świadomość, to na nasz użytek trochę wyliczenia. Dzisiaj jest tendencja do statystyk, wyliczeń, ewaluacji na różnych płaszczyznach życia zawodowego. Wyliczyłem sobie że w ciągu jednego tygodnia mamy siedem tysięcy minut czasu do dyspozycji, z tego trochę odpada na sen- wypoczynek, a reszta to codzienność: życie zawodowe, rodzinne, przesiadywanie przed komputerem, czy telewizorem ( szeroko rozumiana rozrywka). Z tego całego czasu wykradamy jedną godzinę w niedzielę na Eucharystię (liturgia słowa piętnaście minut czasu-słuchanie Słowa). Wydaje się iż po takiej analizie sytuacji, to zbyt mało czasu na pozwolenie aby Bóg mógł do nas mówić. Gdybyśmy spróbowali przynajmniej jedną minutę poświęcić na przeczytanie fragmentu Ewangelii w ciągu każdego dnia, być może przekonamy się jak bardzo to słowo może nas przemienić, jaką będzie podpowiedzią na trudne sytuacje naszego życia. Dla wielu z nas jedynymi informatorami opiniotwórczymi są media, gazety czy nieszczęśliwy w swoim zmanipulowanym często przekazie internet. Tonami chłoniemy mnóstwo informacji których nawet nasz umysł nie jest wstanie przetrawić, a co dopiero trafić do serca i je ubogacić. Spróbujmy może trochę inaczej żyć, usiąść u stóp Pana i zechcieć posłuchać... Gdzieś kiedyś na leśnym szlaku przeczytałem taką sentencję: zanim otworzysz usta posłuchaj. Jakie to mądre stwierdzenie i zarazem ogromnie trudne w realizacji. Kiedy Bóg mówi nie gardź jego słowem.

niedziela, 6 lipca 2014

Mt 11,25–30

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami:

„Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko prze kazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn, i ten, komu Syn zechce objawić.

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźmijcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem łagodny i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie”.

Obserwując współczesną kondycję człowieka, wydaje się iż w większości przypadków jesteśmy ludźmi zabiegania, na każdym kroku słyszymy o tym, aby realizować siebie...podnosić swoje kwalifikacje, samodoskonalić się zawodowo itd. Wrzuceni w świat i trochę zmuszeni do bycia pracoholikami przemierzającymi lękliwie codzienność walczymy ze sobą stawiając sobie każdego dnia pytania po co to wszystko ?(jeżeli ktoś jeszcze ma na tyle sił i aspiracji na taką refleksję). Wielu chciałoby się zatrzymać choć na chwilę i odpocząć, ale boją się że wypadną z gry, że stracą twarz człowieka "doskonałego" i wyrabiającego ponad normę. A tu jeszcze do tego słowa Jezusa z Ewangelii "Weźcie moje jarzmo na siebie". Nie dosyć że dzisiejszemu człowiekowi jest tak ciężko, to jeszcze Pan przydaje nam dodatkowych ciężarów. Zamiast ująć nam tych trosk, podnieść na duchu, pokrzepić w drodze, to słyszymy o wzięciu Jego ciężaru...jakiś paradoks. Kiedy w życiu wielu ludzi sypie się życie z powodu zmęczenia, nerwowości, depresji i ciągłego doganiania innych, często pozostawania w tyle... a tu kolejny ciężar. Jest tylko jeden bardzo ważny i pełen nadziei aspekt słów Chrystusa. Przyjęcie ciężaru życia, doświadczenie krzyża codziennych wyzwań nie pozostaje tylko naszym doświadczeniem. Bóg idzie z nami w drodze, nie ma takiego doświadczenia którego nie podjąłby wraz z nami. Nie jesteśmy osamotnieni  i pozbawieni łaski, przyjęcie ciężaru staje się drogą naszego osobistego uświęcenia. Nie zapominajmy jednak, że jest również naszą drogą: "Ja jestem drogą". Przyjmując Go w darze Eucharystii, posilamy się na naszą trudną wędrówkę. Droga staje się naszym posiłkiem, lekarstwem na nasze zmęczenie, balsamem na spracowane ciało... na skołatane serce i potrzaskane nerwy. Bóg czasami fizyczni nie daje nam spokoju, wyrywa nas z odpoczynku, podrywa do drogi, budzi z uśpienia...tylko po to, abyśmy zechcieli wejść na drogę...Nam jedynie pozostaje się poderwać mimo poczucia braku sensu i zwykłej krótkowzroczności. On nas pokrzepi i umocni, dopiero po jakimś czasie przekonamy się, że to co wydawało się niemożliwe stało się źródłem duchowego wzrostu, a wtedy zmęczenie minie i pozostanie radość.  Jak twierdził francuski filozof Leon Bloy, "Radość stanie się "nieomylnym znakiem Bożej obecności".




czwartek, 3 lipca 2014




J 20,24-29

Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: „Widzieliśmy Pana”.

Ale on rzekł do nich: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego
w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”.

A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: „Pokój wam!”

Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”.

Tomasz Mu odpowiedział: „Pan mój i Bóg mój!”

Powiedział mu Jezus: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

Za każdym razem kiedy czytam ten fragment Ewangelii, ogarnia mnie zazdrość że Tomaszowi było dane tak namacalnie doświadczyć zmartwychwstałej cielesności Jezusa. Pewnie jestem jakoś obarczony współczesną chęcią poznania: dotknięcia, zobaczenia, przekonania się racjonalnie na wszystkie możliwe sposoby że to jest On. To taka haptyczna wiara...chciałbym dotknąć, może nie tyle włożyć palec w przebite dłonie i bok, bo to wydaje się mało "atrakcyjne" ale materialnie przekonać się o obecności Kogoś, kto wymyka się jakiejkolwiek percepcji.  Chrystus przewidział kiedyś ten moment mojej ciekawości, empiryczności tajemnicy jaką jest obecność. Stąd powracają słowa Mistrza pełne otuchy: Błogosławieni ,którzy nie widzieli, a uwierzyli. Słowa o podobnym przesłaniu, pisał również św. Piotr adresując je do pierwszych wspólnot chrześcijańskich w diasporze: Wy, choć nie widzieliście Go, miłujecie Go. Teraz wierzcie w Niego, choć nie widzicie. Chodzi tu o miłość do Boga która rodzi się nie z cielesnego poznania (oczu ciała czy dotyku dłoni, zapachu), ale z poznania serca (kardiognoza). To serce staje się przestrzenią spotkania z Bogiem, umiłowania i wzrostu wiary. Nie chodzi o argumenty, dowody czy przesłanki które niesie wiedza, pewnie bardzo pomocna. Chodzi o serce bijące...które jak naczynie pozwala się napełnić łaską, a wtedy to już nie trzeba stawiać pytań ani kolekcjonować dowodów. Pewność to Miłość.


poniedziałek, 30 czerwca 2014








Słowa Zachodu potrzebują słów Wschodu, aby Słowo Boże coraz lepiej ukazywało swe niezgłębione bogactwa” - Jan Paweł II


Tę prawdę wyraża sztuka niezwykła jaką jest Ikona, której ojczyzną jest chrześcijański Wschód. To więcej niż obraz wyrażający prawdy wiary, to więcej niż przedstawienie Chrystusa, Jego Matki czy Świętych, to teologia wypisana za pomocą linii, kolorów, symboli które odsłaniają przemienioną rzeczywistość do której zmierzamy tu, na ziemi.
Ikona to okno na Królestwo Boże, to spoglądanie na świat harmonii, piękna zdolnego zbawić świat. Święty Paweł dobrze formułuje chrystologiczną podstawę ikony: „Chrystus jest obrazem niewidzialnego Boga”. Oznacza to że widzialne człowieczeństwo Chrystusa jest ikoną Jego niewidzialnego Bóstwa, że jest Widzialnym Niewidzialnego”. Ikona Jezusa Chrystusa jawi się jako obraz Boga i człowieka jednocześnie, ikona pełnego Chrystusa- Boga-Człowieka.
Dlatego, zdaniem ojców Kościoła, ikony są przepełnione łaską i świętością ze względu na przyznane im miano świętych. Ikona jest uświęconym imieniem Boga oraz imionami osób pozostających w Jego bliskości, czyli świętych, i z tego powodu otrzymuje łaskę Ducha Świętego.
Poza tym, przytaczając słowa św. Bazylego Wielkiego, Sobór stwierdza, że cześć oddawana wizerunkowi przechodzi na jego pierwowzór i ten kto czci obraz, czci osobę tego, kogo on przedstawia.
Tak więc ikony służą jako pośrednik między osobą wyobrażoną a modlącym się ludem, jednocząc ich w łasce. W świątyni podczas liturgii, zgromadzenie wiernych przez ikonę i modlitwę liturgiczną wchodzi w łączność z Kościołem niebieskim, aby wraz z nim tworzyć jedność. W tej wspaniałej symfonii każdy wierny, patrząc na ikony widzi starszych towarzyszy, patriarchów, apostołów, męczenników, świętych – jako istoty prawdziwie obecne. Uczestniczy z Nimi wszystkimi w Tajemnicy, będąc współuczestnikiem liturgii aniołów, śpiewa:
„W Twoich świętych ikonach kontemplujemy niebieski przybytek i radujemy się radością czystą...”
Jerzy Nowosielski powiedział: „Zaistnienie ikony w Kościele zachodnim jest niesłychanie ważne, gdyż przywraca Kościołowi duchowość katolicką. Mówię katolicką w etymologicznym rozumieniu tego słowa. Ikona przywraca Kościołowi jego powszechność, tę duchowość kościoła, jaka była dlań charakterystyczna w pierwszym tysiącleciu”
Takim człowiekiem którego Bóg postawił na mojej drodze życia jest Andrzej Binkowski- artysta plastyk, twórca wielu ikon, mój wspaniały przyjaciel. Było dane nam spotkać się przed kilku laty w Pile, ja zakochany w teologii ikony i sofiologii rosyjskiej, On świeżo "nawrócony" i zafascynowany pięknem sztuki prawosławnej, dwie dusze o podobnych fascynacjach poznawczych. Pomyślałem iż warto o tym doświadczeniu napisać, wyrazić dar wdzięczności wobec osoby którego twórczość stała się przestrzenią do pogłębienia mojej osobistej wiary, podjęcia dyskursu który wpisał się  tak płodnie w budowanie pewnej spójnej wizji sztuki sakralnej. Jak powiedział Trubieckoj "Ikona to kolorowa kontemplacja Boga", rzeczywiście i autentycznie może człowieka pociągnąć, zachwycić i unieść ku kontemplacji innej rzeczywistości...poderwać oczy i serce ku poznaniu, które zacznie wybiegać ku transcendencji. Właściwie zawsze naszym wspólnym marzeniem było przywrócić Kościołowi Zachodniemu utraconą przed wiekami tradycję Ikony jako obrazu kanonicznego i dogmatycznego, tworzącego wraz liturgią wydarzenie spotkania z Bogiem. Przeczytałem przed wielu laty słowa Jana Pawła II które skierował do artystów, wydają się niezwykle trafne w kontekście Andrzeja Binkowskiego, jego talentu, twórczości, bogatej i wrażliwej osobowości. "Ten, kto wierzy, kto kocha, kto ma nadzieję, w chrześcijańskim rozumieniu tego słowa, wkracza w nowy świat. Tak samo jednak ten, kto z pasją uprawia sztukę, do której upodobanie i talent dał mu Bóg. Człowiek taki nie poszukuje korzyści osobistych; nie liczy tylko na własne siły. Pozwala, by rozwijało się w jego sercu to, co w nim samym najlepsze, w nim- człowieku wolnym, wykształconym i bezinteresownym [...] Sztuka nie tylko pozwala uczestniczyć w tajemnicy człowieka, którego chce przywołać, przedstawić, odmalować, ale tworzy więzi pomiędzy wszystkimi ludźmi, którzy tę sztukę uprawiają, którzy ją kontemplują lub którzy się nią cieszą". Dziękuję Andrzeju za sztukę...porywającą serce, otwierającą na piękno które dotyka Piękna Boga. Tylko tak rozumiana i uprawiana sztuka staje się eschatologią- tęsknotą za Niebem, spełnieniem wszystkiego w Bogu. W świecie w którym manifestuje się kicz, wulgarność i brzydota, ikona odsłania rzeczywistość już nie z tego świata, przeobrażoną światłością którą wypisuje niewidzialna dłoń Boga.


 


 

sobota, 28 czerwca 2014


Mt 16,13-19

Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: „Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego?” A oni odpowiedzieli: „Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków”. Jezus zapytał ich: „A wy za kogo Mnie uważacie?”. Odpowiedział Szymon Piotr: „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego”. Na to Jezus mu rzekł: „Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. Albowiem ciało i krew nie objawiły ci tego, lecz Ojciec mój, który jest w niebie. Otóż i Ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr Opoka, i na tej opoce zbuduję mój Kościół, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego: cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie”.

 

Dwóch wielkich świętych Apostołów Piotr i Paweł. Dwa fundamenty, wsporniki kolegium uczniów których Chrystus powołał do głoszenia Ewangelii. Słów kilka o wielkim Rybaku. Św. Piotr pochodził z Betsaidy, miejscowości położonej nad jeziorem Genezaret. Jak podaje Ewangelia był bratem św. Andrzeja Apostoła (J 1,40), który go też przyprowadził do Pana Jezusa. Piotr to postać pełna kontrastów, wewnętrznej walki, wadzenia się ze sobą… To do jego łodzi wszedł Pan i rzekł aby wypłynęli na głębie i zarzucili ponownie sieci. Mimo iż całą noc łowili ryby, byli wykończeni i do tego nic nie złowili. Ale na słowa Mistrza wypłynął jeszcze raz… zdumiał się cudownym połowem, to był zwrot w życiu profesjonalnego rybaka. I słowa które jak echo będą powracały do Piotra przez całe życie: „Nie bój się odtąd ludzi będziesz łowił”. To wydarzenie zmieniło jego życie, rozpostarło nowe horyzonty, otworzyło serce na przygodę której zwroty akcji mogą stanowić fabułę, w której to odnajdzie się wielu współczesnych ludzi ze swoją czasami zagmatwaną historią życia. Piotr to uczeń który przeszedł wszystkie napięcia wewnętrzne, od fascynacji osobą Jezusa, po gwałtowność którą niejednokrotnie wyrażał swoim pełnym ekspresji temperamentem i siłą, po tragiczne w skutkach zaparcie się Mistrza, skołatane z bólu serce i spadające jak wodospad łzy. Piotr od końca zaufał Bogu, podniesiony z upadku, wzmocniony łaską, odpowiada z nową jakością na miłość po raz kolejny-już jako dojrzały pasterz odpowiedzialny za powierzoną sobie trzodę. To pytanie Pana po zmartwychwstaniu trzykrotne: Czy kochasz Mnie ?I pełna napięcia i  wzruszenia odpowiedź: Panie Ty wiesz że Cię kocham… znasz moje serce, wiesz jaki naprawdę jestem. Potwierdza to wyznanie męczeńską śmiercią, utożsamiając się z Miłością Ukrzyżowaną. Najstarsze źródła tradycji wskazywały jako miejsce męczeńskiej śmierci Piotra ogrody cesarskie, które rodzina Augusta Oktawiana założyła na brzegu Tybru, naprzeciw właściwego miasta, pod nazwą ager vaticanus. W tym miejscu cesarz August, Kaligula i Neron założyli stadiony i cyrki ku uciesze obywateli. Około 330 roku cesarz Konstantyn Wielki postawił na tym miejscu śmierci Apostoła, bazylikę która była wielokrotnie przebudowywana, dzisiaj świadectwem pamięci jest konfesja pod którą znajduje się grób Biskupa Rzymu.

Jak wszyscy dobrze wiemy przed bazyliką świętego Piotra, stoją dwa imponujące posągi Apostołów Piotra i Pawła. Są oni łatwo rozpoznawalni poprzez swoje atrybuty: klucze w rękach Piotra i miecz w rękach Pawła. Również na głównym portalu bazyliki świętego Pawła za Murami są wspólnie przedstawione sceny z życia i męczeństwa tych dwóch filarów Kościoła. Chrześcijańska tradycja zawsze łączyła Piotra i Pawła: rzeczywiście razem reprezentują oni całą Ewangelię Chrystusa. Zaś w Rzymie ich więź jako braci w wierze nabrała szczególnego znaczenia. Istotnie wspólnota chrześcijańska tego Miasta uważała ich jako rodzaj przeciwstawienia wobec mitycznych Romulusa i Remusa, braci bliźniaków, którym przypisywano założenie Rzymu. Można by również pomyśleć o innej zbieżności przeciwieństw, również jeśli idzie o kwestię braterstwa: podczas gdy pierwsza biblijna para braci ukazuje nam skutek grzechu, z powodu którego Kain zabija Abla, to Piotr i Paweł, choć bardzo po ludzku różnią się od siebie i pomimo, że w ich relacji nie brakowało konfliktów, urzeczywistnili nowy sposób bycia braćmi, przeżywany według Ewangelii, sposób autentyczny, który stał się możliwy właśnie przez działającą w nich łaskę Chrystusowej Ewangelii. Jedynie pójście za Jezusem prowadzi do nowego braterstwa: to jest właśnie pierwsze fundamentalne orędzie, jakie dzisiejsza uroczystość przekazuje każdemu z nas i którego znaczenie znajduje również odzwierciedlenie w poszukiwaniu owej pełnej komunii, której pragną Patriarcha ekumeniczny i Biskup Rzymu, a także wszyscy chrześcijanie. W wysłuchanym przed chwilą fragmencie Ewangelii świętego Mateusza, Piotr składa swoje wyznanie wiary w Jezusa, uznając w Nim Mesjasza i Syna Bożego. Czyni to także w imieniu pozostałych Apostołów. W odpowiedzi, Pan objawia misję, jaką zamierza jemu powierzyć, to znaczy, że będzie “opoką”, “skałą”, widzialnym fundamentem, na którym wybudowany jest cały duchowy gmach Kościoła (por. Mt 16,16-19). W jaki jednak sposób Piotr jest skałą? Jak powinien on wypełniać tę prerogatywę, której rzecz jasna nie otrzymał dla siebie? Relacja ewangelisty Mateusza mówi nam przede wszystkim, że uznanie tożsamości Jezusa wypowiedziane przez Szymona w imieniu Dwunastu nie pochodzi z “ciała i krwi”, to znaczy z jego ludzkich zdolności, lecz ze szczególnego objawienia Boga Ojca. Natomiast wkrótce po tym, gdy Jezus zapowiada swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie, Szymon Piotr reaguje właśnie wychodząc od “ciała i krwi”: “począł robić Mu wyrzuty… Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie”(16,22). Jezus zaś z kolei odpowiedział: “Zejdź Mi z oczu, szatanie! Jesteś Mi zawadą…” (w. 23). Uczeń, który na mocy Bożego daru może się stać mocną skałą, ukazuje siebie przez to, kim jest w swojej ludzkiej słabości: kamieniem na drodze, kamieniem o który można się potknąć – po grecku skandalon. Ujawnia się tutaj wyraźnie napięcie istniejące między darem, który pochodzi od Boga a ludzkimi możliwościami. W tej scenie między Jezusem a Szymonem Piotrem, widzimy w pewien sposób zapowiedź dramatu historii samego papiestwa, charakteryzującej się właśnie jednoczesną obecnością tych dwóch elementów: z jednej strony dzięki światłu i mocy pochodzących z wysoka papiestwo jest fundamentem Kościoła pielgrzymującego w czasie, z drugiej zaś, na przestrzeni wieków wyłania się także słabość ludzi, którą może jedynie przekształcić otwarcie na działanie Boga.                                                                                                  fragment homilii Benedykta XVI na Uroczystość św. Piotra i Pawła )