wtorek, 4 listopada 2014


Od zarania wieków Chrystus cierpi we wszystkich, którzy są Jego. Jest On bowiem Początkiem i Końcem, ukrytym w Prawie, a objawiającym się w Ewangelii. Jest Panem przedziwnym zawsze- cierpiącym i triumfującym- w świętych swoich. W Ablu był On zabity przez brata, w Noem wyśmiany przez syna, w Abrahamie wygnańcem z ojczyzny, w Izaaku złożony na ofiarę, w Jakubie był sługą, w Józefie sprzedany, w Mojżeszu narażony i do ucieczki zmuszony, w prorokach Go kamieniowano i mordowano, w Apostołach prześladowano… w męczennikach zadawano Mu rozliczne udręki i ustawicznie na śmierć wydawano. Zawsze więc, i teraz także, choroby nasze On znosił i boleści brał na siebie. Zaiste, On to jest zawsze człowiekiem za nas okrytym ranami i umiejącym znosić niemoc, której bez Niego nie możemy i nie umiemy znieść. On to, powtarzam, za nas i w nas znosi złość świata, ażeby ja zniszczyć znosząc i moc udoskonalić w słabości. I w tobie również znosi on zniewagi, i w tobie nienawidzi Go świat. (św. Paulin z Noli)




Łk 14,25-33


Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem…Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem».


Chrześcijaństwo jest naprawdę trudne… wielu jest święcie przekonanych iż można być katolikiem i ślizgać się po powierzchni, do tego wewnętrzne wdrukowanie; że tak jest dobrze i nawet poprawnie. Chrześcijaństwo przyjęte, przetrawione, jest naprawdę wymagające. „Tym, co może istnieć naprzód w różnych stopniach doskonałości- w życiu wiarą, nadzieją i miłością, jest tajemnica oddania własnej wolności do dyspozycji wolności Boga”. To odczytanie swojego życia w cieniu Krzyża. Ktoś zapyta: dlaczego trzeba udźwignąć ciężar krzyża ? Na tak sformułowane pytanie nasuwa się jedno stwierdzenie. Ponieważ Chrystus z przyjęcia na siebie ciężaru krzyża wyprowadził zwycięstwo. Kiedy coś wydaje nam się bezsensowne, warto o tym pomyśleć, wtedy szybko mija zwątpienie i rezygnacja. W godzinie krzyża Jezusa dokonało się uprzątnięcie całego zbrukanego grzechem świata, zostało zło spalone w akcie największej miłości… cierpiącej Miłości. Jako ludzie wierzący nie możemy zawieść, jesteśmy opieczętowani stygmatami tego wydarzenia- tajemnicy Bożej Miłości. Czasami kiedy jest nam ciężko, trzeba spojrzeć na Maryję która była obecna pod krzyżem „tam gdzie zakończył się moment Wcielenia Boga i zaczął się Kościół”- Jego Ciało- członki, każdy z nas. Przecież On umarł za nas grzeszników, ponieważ okazaliśmy się bezsilni (Rz 5,6).  „Wiara jest mozaiką złożoną z wątpliwości”, ale w te niewytłumaczalne, w pytania bez odpowiedzi, w bezsilność zrozumienia wchodzi misterium Boga- Człowieka rozpiętego na krzyżu jak orzeł i słowa które padają z góry, paraliżujące serce: „Wykonało się”- to inaczej „tylko ciebie kocham człowieku”. Uczeń to ten który odnalazł swoją drogę upadków i powstań, który zaryzykował porzuceniem tego co pieczołowicie przez długi czas budował, to wspinaczka na szczyt aby ukrzyżować w sobie starego człowieka i odnaleźć nowego. Prawdziwy uczeń kształtuje się w cieniu krzyża.

poniedziałek, 3 listopada 2014


Słudzy ci wyszli na drogi i sprowadzili wszystkich, których napotkali: złych i dobrych. I sala zapełniła się biesiadnikami. Przez drogi należy rozumieć nauki i błędy pogan. Lecz z nich wszystkich przybyli na ucztę weselną, to znaczy: uwierzyli w Chrystusa i już przez samą ilość biesiadników otwarcie ukazuje, że w tych królewskich zaślubinach wyobrażony jest obecny Kościół, w którym źli ucztują razem z dobrymi. (Będą Czcigodny)




Łk 14,15-24


Gdy Jezus siedział przy stole, jeden ze współbiesiadników rzekł do Niego: „Szczęśliwy ten, kto będzie ucztował w królestwie Bożym”. Jezus mu odpowiedział: „Pewien człowiek wyprawił wielką ucztę i zaprosił wielu. Kiedy nadszedł czas uczty, posłał swego sługę, aby powiedział zaproszonym: «Przyjdźcie, bo już wszystko jest gotowe». Wtedy zaczęli się wszyscy jednomyślnie wymawiać. Pierwszy kazał mu powiedzieć: «Kupiłem pole, muszę wyjść, aby je obejrzeć; proszę cię, uważaj mnie za usprawiedliwionego». Drugi rzekł: «Kupiłem pięć par wołów i idę je wypróbować; proszę cię, uważaj mnie za usprawiedliwionego». Jeszcze inny rzekł: «Poślubiłem żonę i dlatego nie mogę przyjść» Sługa powrócił i oznajmił to swemu panu. Wtedy rozgniewany gospodarz nakazał słudze: «Wyjdź co prędzej na ulice i zaułki miasta i wprowadź tu ubogich, ułomnych, niewidomych i chromych». Sługa oznajmił: «Panie, stało się, jak rozkazałeś, a jeszcze jest miejsce». Na to pan rzekł do sługi: «Wyjdź na drogi i między opłotki i zmuszaj do wejścia, aby mój dom był zapełniony. Albowiem powiadani wam: Żaden z owych ludzi, którzy byli zaproszeni, nie skosztuje mojej uczty»”.


Mam takie odczucie iż człowiek współczesny nie chce naprzykrzać się Bogu. Lubimy się wymawiać… kiedy ktoś od nas oczekuje zajęcia pewnego stanowiska, zrealizowania ambitnego projektu, podjęcia wyzwania, to często jest zwrot na piętach i rezygnacja. Wielu zakłada że im nie wyjdzie..na starcie tracąc motywację. Ewangelia mówi nam o rozesłanych zaproszeniach na ucztę weselną, która jest wymownym symbolem celebracji radości, poczucia więzi z innymi, bliskości oraz wzajemnego obdarowania. Zaskakująca wydaje się odmowa zaproszonych gości. To wyraz obojętności, obcości, a nawet pogardy. Czujemy to dobrze że w złym tonie jest zignorować zaproszenie. Nie wiem dlaczego uprzywilejowani posiadający szczególne względy nie chcieli przekonać się o wystawności owej uczty. Bóg zlekceważony daje człowiekowi wolność. Jak ma ktoś przyjść i być niewolnikiem, to niech wcale nie przychodzi, ponieważ może mu coś stanąć w gardle. „Przypowieść przeciwstawia pracę i świętowanie, konieczność i wolność, konkretną rzeczywistość i nieoczekiwaną możliwość, stratę i zyskanie czasu… Przypowieść wskazuje że istnieją dwa zasadnicze modele interpretacji własnego życia. Obok tego normalnego istnieje też nowy sposób widzenia samego siebie”. To obraz nas samych, adresatów słów Chrystusa. Możemy się zaprzeć i zlekceważyć wezwanie błahymi wymówkami lub zdobędziemy się na odwagę bycia innym człowiekiem, pełnym umiejętności przekraczania swoich ograniczeń, albo umrzemy ze zgryzoty lub tchórzostwa. Boję się że chrześcijanie się czują za dobrze, za bardzo się zadomowili. Wygodne kapciuchy i szablonowe życie mogą przesłonić nam bliskość Boga. A kiedy ktoś dokona wstrząsu naszego życia, pojawia się milion wytłumaczeń aby usprawiedliwić swoje „nie”. Jakże różne są ludzkie reakcje na Chrystusową ofertę zbawienia. Ile w człowieku jest wewnętrznych kontrastów, napięć… Ale kiedy sami czegoś potrzebujemy od Boga i tego nie otrzymujemy to zachowujemy się jak kapryśne dziecko. Spróbujmy czasami przejść poza własnymi roszczeniami, aby nie stracić jedynej szansy. Jeśli  zmarnujemy taką okazję przez swoją zarozumiałość to Pan wyjdzie na opłotki i pozbiera z ulicy prostaczków, którzy będą potrafili docenić wielki gest zbawiającego Boga.


 


Kościół bogaty można rozumieć jeszcze inaczej - jako Kościół triumfujący, jako Kościół dygnitarzy kościelnych jeżdżących dobrymi samochodami, mających wytworne rezydencje, wyjeżdżających na luksusowe wakacje. To jest Kościół, którego symbolem jest barok, Kościół lubujący się w godnościach, kontaktujący się z wybranymi, a nie z "plebsem", stroniący od ludzi ulicy.  W przeciwieństwie do niego, Kościół ubogi jest Kościołem duchowieństwa mającego na co dzień kontakt z narkotykami, alkoholizmem, rozwodami, bijatykami, kradzieżami i oszustwami - z całą nędzą ludzką; a jednocześnie - z uczciwością, prostotą, serdecznością i chęcią pomagania ludziom.  ( Ks. Mieczysław Maliński )


 

niedziela, 2 listopada 2014

Łk 14,12-14
Jezus powiedział do przywódcy faryzeuszów, który Go zaprosił : „Gdy wydajesz obiad albo wieczerzę, nie zapraszaj swoich przyjaciół ani braci, ani krewnych, ani zamożnych sąsiadów, aby cię i oni nawzajem nie zaprosili, i miałbyś odpłatę. Lecz kiedy urządzasz przyjęcie, zaproś ubogich, ułomnych, chromych i niewidomych. A będziesz szczęśliwy, ponieważ nie mają czym się tobie odwdzięczyć; odpłatę bowiem otrzymasz przy zmartwychwstaniu sprawiedliwych”.
Strasznie kłopotliwy jest dla mnie ten fragment Ewangelii. Osobiście zawsze bałem się aby nie pomylić Kościoła z jakąś programowo działającą instytucją charytatywną zbierającą punkty w rankingu pomocowym. Z drugiej strony bez praktycznej miłości wyrażonej w czynie, wyciągniętej i pomocnej dłoni wobec najbardziej biednych i zaskoczonych przez ciężar życia, wydaje się być najbardziej wiarygodna w czynach miłości postawa chrześcijan. Znam takiego duszpasterza który rozdaje biednym chleb, a oni tylko dlatego że mają wsparcie materialne przychodzą do niego do kościoła. To strasznie smutne, przychodzą nie dlatego że chcą spotkać Jezusa i wziąć sprawy w swoje ręce, ale najeść się do sytości i dalej płynąć z prądem.  Chrześcijaństwo powinno być wrażliwe na problemy świata, powinno mieć otwarte oczy na potrzeby nieradzących sobie życiowo braci. Służba miłosierdzia musi wyrastać z żywego spotkania z Bogiem. To trudna umiejętność dostrzeżenia w twarzy biednego czy ułomnego człowieka oblicza Boga który stał się głodnym Bratem wszystkich. „Pan nasz Jezus Chrystus aby uczynić nas tym, czym jest On sam, z powodu Swej bezgranicznej miłości uczynił siebie tym, czym jesteśmy my”. Należy być rozrzutnym w miłości…nigdy na tym nic nie stracimy, a raczej zyskamy wszystko.




J 14,1-6


Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przybędę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”. Odezwał się do Niego Tomasz: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”.


Od pewnego czasu w medialnym dialogu na temat szarej egzystencji ludzi pojawia się ciągle powracające pytanie na fali społecznego rozgoryczenia: „jak żyć”. Mimo ogólnodostępnej kampanii informacyjnej, iż Polakom żyje się coraz lepiej, nowocześniej i cudowniej, przebija się przez powłokę medialnego optymizmu trudne życie wielu ludzi… trud codziennego zmagania się z życiem, walki z miesiąca na miesiąc aby jakoś przeżyć. Może warto na chwile podnieść się z tego dołka i wnieść się ku bardziej filozoficznemu pytaniu, równie mocno nurtującemu serca ludzi: „Jak myśleć o śmierci”? Czy przemijanie, odchodzenie jest jeszcze częścią naszego życia ? Już starożytni ludzie wyposażeni w mądrość powracali do żywego i brzemiennego w skutkach stwierdzenia iż „filozofia to sztuka umierania”. Zmagamy się z rzeczywistością aby uświadomić sobie iż na chwilę tutaj jesteśmy. Zmieniamy perony w ciągłym oczekiwaniu na pociąg w podróż niewiadomą. Dzisiaj jadąc z siostrą samochodem podjęliśmy mały dyskurs o życiu i śmierci, wspominała mi o swoim znajomym który w podręcznym kalendarzu ma pieczołowicie zaplanowany każdy dzień aż do 2018 roku. Uśmiałem się bardzo, stwierdzając że osobiście nie wiem ile mi zostało życia, co będzie za dzień, tydzień…, co mnie może zaskoczyć jeszcze. Dzisiaj kiedy odwiedzamy cmentarze, zatrzymujemy się przy grobach naszych bliskich, nie możemy nie zauważyć tej rzeczywistości przechodzenia w cień, efemeryczności naszego życia. Nie chodzi o paraliżujące myślenie o ewentualnej chorobie, nieszczęściu spadającym od tak, czy szybkiej śmierci. Trzy dni temu chowałem mężczyznę, miał trzydzieści lat, pełen sukcesu: świetnie rozkręcił interes, wraz z narzeczoną myśleli intensywnie o ślubie i załatwianiu spraw związanych z weselem. Nastąpił wylew i człowieka nie ma wśród przechodniów. Śmierć jest nieunikniona. „Tak wiele razy przechodzimy obok cmentarza, że w końcu tam lądujemy”. Nie zawsze na ten moment właściwie się przygotujemy, wychodząc do pracy, wsiadając do samochodu, wypijając poranną kawę, możemy zostawić tylko po sobie ślady swojej obecności. Czasami zostają po innych tylko wspomnienia i odciśnięte usta na filiżance kawy. Rilke serwuje nam piękną i mądrą modlitwę: „Panie, daj każdemu śmierć wyrosłą z jego własnego życia”. Jako chrześcijanie celebrujemy życie w perspektywie paschalnej, głębokiej wiary w zmartwychwstanie. To rodzi nadzieję, z takim poczuciem ostatecznego sensu życie smakuje inaczej, śmierć okazuje się potulną przyjaciółką. Kiedyś Chrystus zbudzi każdego z nas i powie donośnie: „Zbudź się o śpiący i powstań”.