niedziela, 23 listopada 2014




Łk 21,1-4


Gdy Jezus podniósł oczy, zobaczył, jak bogaci wrzucali swe ofiary do skarbony. Zobaczył też, jak uboga jakaś wdowa wrzuciła tam dwa pieniążki. I rzekł: „Prawdziwie powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła więcej niż wszyscy inni. Wszyscy bowiem wrzucali na ofiarę z tego, co im zbywało; ta zaś z niedostatku swego wrzuciła wszystko, co miała na utrzymanie”.


Kościół wielokrotnie się przekonuje że największym jego skarbem są ludzie ubodzy. Uboga wdowa staje się reprezentantką tych wszystkich anonimowych dobroczyńców którzy potrafią często mimo trudnej sytuacji materialnej ofiarować wiele albo wszystko. Tan bardzo wzruszająca scena z Ewangelii rozgrywa się w świątynnym dziedzińcu dla kobiet. Wokół muru umieszczonych było trzynaście pojemników w formie odwróconego lejka tzw. trąb, do nich ludzie wrzucali swoje datki. Kobieta wrzuca dwie najmniejsze monety, odpowiednik jednego grosza, czyli jedną czwartą rzymskiego asa. To był bardzo mała suma. Jezus wskazuje powód, dla którego kobieta ta jest bardziej szczodra od wszystkich innych: inni dawali z tego co im zbywało. Wdowa zaś wzięła ze swego niedostatku, ze swojej biedy- nędzy. Schweizer świetnie oddaje przesłanie tej perykopy: „Ta niewielka opowieść wychwala zatem cichą, całkowicie spontaniczną ofiarę, której człowiek nie wystawia na widok publiczny, lecz pozostawiając wszelkie zabezpieczenia, oddaje się całkowicie Bożemu miłosierdziu. Jest ona odpowiednim zakończeniem działalności Jezusa w świątyni”. Pan kończy dysputy w świątyni w sposób zaskakujący. Nie dokonuje interpretacji Tory, lecz zatrzymuje się nad postawą bidnej wdowy, wskazując na wielką ofiarność. Dwie monety które wpadają do skarbony to symbol, one nie wydają wielkiego dźwięku, ale ich wartość przewyższa wszelkie bogactwa. Jezus zaprasza nas do takiej czytelnej postawy… bez czynienia ofiarności na pokaz, aby każdy uczył się dawać to, co ma. Chrześcijaństwo to naśladowanie wielkiego gestu miłości. Moje życie ma być darem dla innych. Skoro powołaniem chrześcijanina jest objawianie światu miłości Boga, to praktycznym wyrazem tego głoszenia jest materialny wymiar ofiary- dbać o potrzeby Kościoła- mojego Domu w którym mam czuć się dobrze, w którym urzeczywistnia się miłość Boża i człowiecza.

Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: "Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego (...). Bo byłem głodny, a daliście mi jeść; (...) byłem przybyszem, a przyjęliście mnie..." Mt 25, 31-46

Przeżywamy dzisiaj Uroczystość Chrystusa Króla, czas szczególny zamykający kolejny z płynących nurtów życia liturgicznego. Ewangelia ponosi naszą wyobraźnię ku wydarzeniom które są przed nami, tajemnica Sądu Ostatecznego i losu każdego człowieka. Każdy uważnie czytający dzisiejsze słowo zauważy, iż Sędzią jest Chrystus- Interpretator dziejów historii, Król czasu zmierzającego od punktu A do Q. Wszystko w rytmie upływu chwil które odmierzają nasze zegarki zmierza od Boga i w Nim znajduje spełnienie. Jezus będzie dokonywał sądu nad światem, ale tak naprawdę to pierwszy sąd dokonała już grzeszna ludzkość nad Nim. Sędzia jest Tym, którego uwięziono, skazano, opluto, wyszydzono i wystawiono na pośmiewisko- ten sąd był parodią i grzechem nad Jedynym Sprawiedliwym. Ale On zniósł wszystko dobrowolnie jako posłuszny woli Ojca, przyjmując to jako bycie wydanym światu. Wszystko to było przewidziane już w decyzji Ojca, jeszcze przed założeniem świata, jako spontaniczny czyn Boga, który z miłości oddaje umiłowanego Syna za życie świata (J 3,16). Sędzia jest od założenia świata zabitym Barankiem (Ap 13,8). Sędzia ukazał swoją wielkość w bezsilności wobec manifestacji zła, poddał się cierpieniu, aby z krzyża wypowiedzieć miłość. W perspektywie wiary krzyż jest już jednak początkiem uwielbienia. Jest haniebnym miejscem kaźni, ale też tronem. "Bóg króluje z drzewa życia"- krzyż jest sądem nad światem. Teraz następuję odwrócenie ról, Jezus przychodzi w triumfie chwały- jako Zwycięzca, przed nim staną narody i będzie oddzielał jednych ludzi od drugich. "Decydujące oddzielenie nie dokona się na podstawie tytułów, zasług, przywilejów, znajomości", czy fałszywie rozumianej ortodoksji. Niektórzy są tak pewni siebie w kolejce na sąd jakby już z góry wiedzieli że będą mieli jakieś gratyfikacje z racji swojego "nieskalanego" życia. Chrystus chce nam uświadomić, że wielkie, decydujące "oddzielenie" dokona się na podstawie miłości i miłosierdzia. Znam takich ludzi którzy gdyby mogli to w imię świętości i swojej świetlanej reputacji innych osadziliby jak skazańców w otchłaniach piekła. Dzięki Bogu że to Pan będzie oceniał nasze życie. Każdego rozpozna i wezwie po imieniu. Nie bójmy się Bóg nie potrzebuje nośników na których będzie zapisywał każdy szczegół naszego życia. On wie wszystko...i rozpozna nas jako swoich przyjaciół po postawie miłości.

piątek, 21 listopada 2014




Łk 19,45-48


Jezus wszedł do świątyni i zaczął wyrzucać sprzedających w niej. Mówił do nich: „Napisane jest: «Mój dom będzie domem modlitwy», a wy uczyniliście z niego jaskinię zbójców”. I nauczał codziennie w świątyni. Lecz arcykapłani i uczeni w Piśmie oraz przywódcy ludu czyhali na Jego życie. Tylko nie wiedzieli, co by mogli uczynić, cały lud bowiem słuchał Go z zapartym tchem.


Pan postanowił zrobić porządek w Świątyni Jerozolimskiej. Wywołał takie zamieszanie że nie obyło się bez użycia bicza. Wydaje nam się pewnie trochę skandaliczne zachowanie Jezusa, ale miara się przebrała, wydaje się iż nie było bardziej wysublimowanej formy interwencji. Stragany latały w powietrzu, jedno wielkie pobojowisko. Tylko zwierzęta ofiarne trzymane na uwięzi poczuły się na chwilę wyzwolone od pręgierza nieuchronnego bycia złożonym w ofierze. Pan oczyścił dom Ojca z pieniędzy z kapłanów i całej wierchuszki robiącej z miejsca świętego jakiś dewocyjny bazar. Jezus ma prawo siekać biczem ludzką głupotę, zachłanność oraz bezbożność. Wydaje się iż wielu ludzi chciałoby wyrwać mu ten bicz i posłużyć się nim dla swoich własnych celów. Tylko On ma prawo wymierzać sprawiedliwość, tylko Jego słowo ma przecinać ludzkie serce, otwierać rany, aby przez ich ból, dokonywać uzdrowienia. To jest również bicz który śwista nad chrześcijaństwem, pobudzając do wielkiego rachunku sumienia. Pewien kapłan do jednego z czasopism napisał pełne troski i odpowiedzialności za Kościół słowa: „Chcę kościoła biednego, bez złota, srebra, konta, bez wystawnego sprzętu, bez kosztownych ozdób. Pragnę Kościoła , który rozdaje wszystko co otrzymuje. Nie jestem ekscentrykiem, nie jestem księdzem lewicowym. Jestem młodym sługą Pana, który chciałby odczuwać Jego bliskość i który pragnąłby, by tę bliskość odczuwało tylu nieszczęśliwych żyjących na świecie. Chorych nie tylko na nędzę, ale na zwątpienie, niedowiarstwo, na samotność i smutek. Ileż serc powróciłoby do Boga, gdyby widziało przykład Kościoła biednego, rzeczywiście biednego, bez półśrodków…” Chyba zapomnieliśmy że Chrystus był prawdziwie ubogim bratem wszystkich i pragnął Kościoła ubogiego, transparentnego którego sercem jest człowiek, a szczególnie ten najbardziej potrzebujący- bezradny. Kiedy przeczytałem po raz pierwszy słowa tego młodego księdza, to pomyślałem że za głoszenie takich poglądów, nie jeden kościelny dostojnik wysłałby go na leczenie psychiatryczne. Życie wielu pasterzy urąga przesłaniu które Jezus pozostawił. Nie jestem buntownikiem czy kontestatorem realiów współczesnego Kościoła. To wynika z ogromnej troski o wiarygodność o przekazanie prawdziwego oblicza Jezusa. Bardzo mi się podoba to co czyni Papież Franciszek w swojej prostocie, zatrzymaniu przy człowieku, umiejętności zauważenia ludzkich życiowych problemów. Być przy człowieku, wejść w skomplikowane sytuacje życia, nosić wspólnie brzemiona. Być ubogim pośród ubogich… Czasami trzeba wyjść z domu i wejść w ludzką nędzę, w barakach i śmierdzących dzielnicach nędzarzy, prostytutek, handlarzy narkotyków, cwaniaków i ludzi skazanych na społeczną izolację, można zobaczyć jaśniejące oblicze Boga. Dobrze napisał o kościelnych salonach o. Congar: „Pewne przejawy prestiżu, tytuły, insygnia, przepych, sposób bycia czy ubierania się, abstrakcyjny i napuszony słownik, wszystko to składa się na struktury alienacji”. Wystarczy wejść na fora internetowe i poczytać jakie ludzie noszą w swoich sercach pragnienia chrześcijaństwa. Może potrzebna jest akcja porządkowa na wzór tej Jezusowej, aby odnaleźć Kościół jako piękną oblubienicę stroją w cnoty, a nie w świecidełka. Bogatą depozytem Ewangelii, a nie zabezpieczeniem finansowym wielu korporacji pod szyldem Domu Boga.

środa, 19 listopada 2014




Łk 19,41-44


Gdy Jezus był już blisko Jerozolimy, na widok miasta zapłakał nad nim i rzekł: „O gdybyś i ty poznało w ten dzień to, co służy pokojowi. Ale teraz zostało to zakryte przed twoimi oczami. Bo przyjdą na ciebie dni, gdy twoi nieprzyjaciele otoczą cię wałem, obiegną cię i ścisną zewsząd. Powalą na ziemię ciebie i twoje dzieci z tobą i nie zostawią w tobie kamienia na kamieniu za to, żeś nie rozpoznało czasu twojego nawiedzenia”.


Kiedy pierwszy raz przeczytałem ten fragment Ewangelii uświadomiłem sobie jeden niezwykle smutny choć trochę antropomorfizujący wniosek; Bóg nieustannie „płacze” nad świętym miastem Jeruzalem. Wyraźna staje się postawa Jezusa z dzisiejszej lektury w kontekście trudnej przeszłości Świętego Miasta, jak również współczesnych wydarzeń które okazują się równie dramatyczne. Dzieci jednego Boga od wieków budują wzajemnie wrogą wobec siebie postawę. Zamiast budować pokój, szukać jedności i wzajemnego dialogu, coraz mocnej eskaluje się przemoc. W kontekście mordu na Żydach modlących się w synagodze, widać jak łatwo można zaprzeczyć temu co najpiękniejsze w religii. Moja siostra mieszkająca w Niemczech często mi powtarza z taki niepokojem: „Zobaczysz przyjdzie czas gdy w Europie chrześcijanie będą się bali wejść do swoich kościołów. Będziesz odprawiał Mszę w piwnicy (ukryciu) z obawy przed utratą swojego życia i bliskich ci osób. Staniesz się świadkiem prześladowania jakiego jeszcze historia nie widziała”. Jezus dzisiaj płacze nad obojętnością chrześcijan na zło…, wylewa zły z powodu tego, iż brakuje nam wiary która mogłaby przemieniać zamęt świata, stagnacja która jak tama zatrzymuje pragnienie pokoju. Niebezpieczeństwo które wcześniej czy później doświadczymy będzie miało dwa nurty: jeden z wewnątrz (teraz się dokonuje duchowa erozja), od nas samych, zrodzony z obojętności i oziębłości, a drugi z zewnątrz od złych ludzi, którzy w imię najświętszych wartości (skrajny fanatyzm-fundamentalizm) będą siali nienawiść i strach. Kiedyś pewien obserwator chrześcijaństwa powiedział strasznie cierpkie słowa: „Jaką wspaniałą rzeczą byłoby chrześcijaństwo, gdyby nie istnieli chrześcijanie”. A katolik Bruce Marsahall stwierdza krytycznie: „Nasza religia jest prawdziwa, ale nasz sposób praktykowania jej sprawia, że wydaje się tak fałszywa…” Na to wszystko wpływa miernota, sprowadzanie chrześcijaństwa do wymiarów strachu i zwykłego tchórzostwa, nieustanne umniejszanie roli Jezusa, działania wielu ludzi ochrzczonych, które sprzeniewierzają się artykułom Credo. To ospałość i myślenie o wierze tylko jako o zabezpieczeniu sobie polisy na życie wieczne, totalna nieumiejętność życia Ewangelią- to wszystko sprawia że wiara traci smak, nie przemienia życia innych ludzi, a nawet staje się fikcją. Potrzeba jakiejś wewnętrznej motywacji, dynamiki stawania się odważnym, wychodzenia z kokonu przestraszonego wyzwaniami życia pisklaka. Trzeba tak jak św. Paweł spróbować podjąć trud „Nie mówię, że już to osiągnąłem i już stałem się doskonałym, lecz pędzę, abym też to zdobył, bo i sam zostałem zdobyty przez Chrystusa Jezusa”. W byciu zdobytym leży oddanie, w pędzeniu zadane które należy dobrze wypełnić. Dlatego Apostoł mówi dalej z większym przekonaniem co do swojej misji: „Bracia, ja nie sądzę o sobie samym, że już zdobyłem, ale to jedno czynię: zapominając o tym, co za mną, a wytężając siły ku temu, co przede mną”. Potrzeba autentycznego charyzmatycznego przebudzenia z obojętności. Trzeba powiedzieć w wielu sytuacjach stanowcze: nie zgadzam się na zło, na świat bez pokoju w ludzkich sercach, nie zgadzam się na profanowanie świętych dla mnie wartości… Można być naprawdę sfrustrowanym i zdołowanym pod pręgierzem świata. Wszystkich za wszystko trzeba przepraszać, być poprawnym i tolerancyjnym, ale na Ukrzyżowanego Boga chrześcijan można pluć i Nim pogardzać. Historia często się powtarza, na początku świata Bóg zapłakał nad grzechem Adama pierwszego protoplasty ludzkości, uronił łzy nad tym jak zaczął posługiwać się wolną wolą. Pierwszy człowiek utracił Raj. Oby Pan nie musiał płakać nad nami, bo wtedy my utopimy się w oceanie własnych łez.

wtorek, 18 listopada 2014







Ap 4,1-11


Ja, Jan, ujrzałem oto drzwi otwarte w niebie, a głos, ów pierwszy, jaki usłyszałem, jak gdyby trąby mówiącej ze mną, powiedział: „Wstąp tutaj, a to ci ukażę, co potem musi się stać”. Doznałem natychmiast zachwycenia: A oto w niebie stał tron i na tronie ktoś siedział. A Siedzący był podobny z wyglądu do jaspisu i do krwawnika, a tęcza dokoła tronu podobna z wyglądu do szmaragdu. Dokoła tronu dwadzieścia cztery trony, a na tronach dwudziestu czterech siedzących Starców, odzianych w białe szaty, a na ich głowach złote wieńce. A z tronu wychodzą błyskawice i głosy, i grzmoty, i płonie przed tronem siedem lamp ognistych, które są siedmiu Duchami Boga. Przed tronem niby szklane morze podobne do kryształu, a w środku tronu i dokoła tronu cztery Zwierzęta pełne oczu z przodu i z tyłu: Zwierzę pierwsze podobne do lwa, Zwierzę drugie podobne do wołu, Zwierzę trzecie mające twarz jak gdyby ludzką i Zwierzę czwarte podobne do orła w locie. Cztery Zwierzęta, a każde z nich ma po sześć skrzydeł, dokoła i wewnątrz są pełne oczu i spoczynku nie mają, mówiąc dniem i nocą: „Święty, Święty, Święty, Pan Bóg wszechmogący, Który był i Który jest, i Który przychodzi”. A ilekroć Zwierzęta oddadzą chwałę i cześć, i dziękczynienie Siedzącemu na tronie, Żyjącemu na wieki wieków, upada dwudziestu czterech Starców przed Siedzącym na tronie i oddaje pokłon Żyjącemu na wieki wieków, i rzuca przed tronem wieńce swe, mówiąc: „Godzien jesteś, Panie i Boże nasz, odebrać chwałę i cześć, i moc, boś Ty stworzył wszystko, a dzięki Twej woli istniało i zostało stworzone”.


Przedstawienie zasiadającego na tronie Pana jest częstym motywem który był eksplorowany w sztuce średniowiecznej. Chrystus w typie Maiestatis Domini, jest pełną nadziei i spokoju katechezą obrazem, skierowaną dla poszukujących odpowiedzi na pytania dotyczące ostatecznego przeznaczenia człowieka i świata. Przebóstwiony Logos-Odwieczne Słowo, Interpretator historii, przychodzący triumfalnie do swojej własności. Tak jak przedstawiano Go w portalach katedr gotyckich, czy łukach  monumentalnych bazylik. W owe dni, po tym ucisku, słońce się zaćmi i księżyc nie da swego blasku. Gwiazdy będą spadać z nieba i moce na niebie zostaną wstrząśnięte. Wówczas ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego na obłokach z wielką mocą i chwałą. (Mk 13,24-27). Sędzia zasiada na tęczy, która była znakiem pojednania i przymierza Bogiem. W Apokalipsie obraz tęczy pojawia się nad tronem Boga. Kiedy różnobarwny wieniec z promieni światła wokół tronu Bożego jest przedstawiony jako szmaragd (Ap 4,3) wyeksponowanie tego koloru ma zachęcić do pokładania nadziei w miłosierdziu Bożym. Wielu Ojców Kościoła widziało w przenikających się kolorach tęczy symbolikę Trójcy Świętej. Postać Chrystusa otoczona została mandorlą, utkaną ze światłości będącą wyrazem chwały Bożej i odpowiednikiem starotestamentalnej Shekiny- prawdziwej obecności Quadosh. Mamy tu do czynienia z misterium tremendum, święte drżenie wobec obecności Boga. Wszystko tu staje się partycypacją w światłości najbardziej Świętego. Jego światłość jest już światłością Paruzji. Obraz wskazuje na eschatologiczne wypełnienie czasu, jest więc promieniem Ósmego Dnia, świadectwem rozpoczętego eschatonu. Oddają to napięcie przyjścia z właściwą dla siebie przenikliwością liturgiczne teksty jutrzni: Już Pan się zbliża pełen majestatu. Razem ze światłem wschodzącym na niebie. A Jego chwała słońcu jest podobna swoją jasnością. Promienie mocy z Jego rąk tryskają, ziemia truchleje i chwieją się góry; nad narodami chce dokonać sądu Bóg sprawiedliwy. Z Jego ust wychodzą miecze sprawiedliwości, atrybuty władzy odwołujące się do  sfery duchowej (eklezjalnej) i świeckiej. Mówi o tym również Paweł Apostoł: Jest ona bowiem dla ciebie narzędziem Boga do wymierzania sprawiedliwej kary temu, który czyni źle (Rz 13,4). Miecz Boży przenika do ludzkich głębi i dokonuje podziału, w  wyniku którego ujawnia się to, co zostało dane przez Boga jako dar, a co nie zostało przyjęte i nie przyniosło owocu; ujawnia się również pustka powstała pod wpływem odrzucenia miłości i tragiczna różność między obrazem-wezwaniem a podobieństwem odpowiedzią. Do tego towarzyszące przychodzącemu do swojej własności postacie zoomorficzne. Wymienione przykłady dają możliwość oglądu niebiańskich bytów w kontekście Syna Człowieczego. Władza Chrystusa bowiem przejawia się przez wydarzenia zbawcze takie jak Ukrzyżowanie, Zmartwychwstanie czy Wniebowstąpienie, stanowiące ewangeliczną retrospekcję nowotestamentalnej historii zbawienia której centralnym i kulminacyjnym motywem będzie Maiestatis Domini. To przedstawienie Chrystusa nadaje historii wymiar transcendentny; ręce Boga niosą los wszystkich ludzi. Mówi o tym święty Piotr: On jest cierpliwy w stosunku do was. Nie chce bowiem niektórych zgubić (…). Skoro to wszystko w ten sposób ulegnie zagładzie, to jakimi winniście być wy w świętym postępowaniu i pobożności, gdy oczekujecie i staracie się przyśpieszyć przyjście dnia Bożego (2P 3,9.11-12). Gdyż dzień ten jest nie tylko celem, nie tylko końcem historii, ten Dzień jest pleromą tajemnicy Boga. Towarzyszą Chrystusowi symbole ewangelistów ( anioł- św. Mateusz, byk- św. Łukasz,  lew- św. Marek, orzeł- św. Jan ) wywodzi się ten motyw z Apokalipsy, odwołanie do opisu czterech strażników Bożego tronu. Jednocześnie są zapowiedzią idei mesjańskich mówiących o przyjściu Zbawiciela. Jednocześnie tetramorfy stanowią odwołanie do starotestamentalnej kontemplacji Boga, opisanej dość enigmatycznie przez proroka Ezechiela: Pośrodku było coś podobnego do czterech Istot żyjących. Oto ich wygląd: miały one postać człowieka. Każda z nich miała po cztery twarze i po cztery skrzydła. Nogi ich były proste, stopy ich zaś były podobne do stóp cielca; lśniły jak brąz wygładzony. Miały one pod skrzydłami ręce ludzkie po swych czterech bokach. Oblicza owych czterech istot-skrzydła ich mianowicie przylegały wzajemnie do siebie- nie odwracały się, gdy one szły; każda szła prosto przed siebie. Oblicza ich miały wygląd: każda z czterech istot miała z prawej strony oblicze człowieka i oblicze lwa, z lewej zaś strony każda z czterech miała oblicze cielca i oblicze orła. (Ez 1, 5-10). To wszystko co ilustruje nam Apokalipsa stanowi zapowiedź wydarzenia jedynego w swoim rodzaju. Nawet sama lektura tego fragmentu jakoś nas całkowicie przekracza i w sposób ograniczony możemy to pojąć intelektem. Możemy poczuć wielki respekt wobec takiego przybycia Boga- który jest Królem. W tej majestatycznej scenerii ma się dokonać sąd nad światem, nad życiem każdego człowieka. Dla wielu będzie to dzień niesamowitego zachwytu, szczęścia. Inni poczują trwogę przeszywający ból który będzie zapowiedzią odtrącenia, jako odpowiedź na dokonane w przeszłości odtrącenie Boga ze strony człowieka. Pozostaje nam tylko nadzieja na wielkie miłosierdzie przychodzącego Pana. Wtedy wszystko będzie odkryte, zostaniemy przywołani po imieniu- sąd najbardziej sprawiedliwy ze wszystkich. Tak jak przez całą historię pragnął On unieść człowieka – umiłowane stworzenie ku Sobie. Tak teraz człowiek będzie musiał dokonać autoprezentacji siebie. Według Rahnera, osoba jest „samo posiadaniem” i „możliwością patrzenia na siebie”, to odnosi się do stanięcia w prawdzie przed sobą, jak również przed Największą Prawdą. Zakończę krótką modlitwą. Panie pozwól nam każdego dnia przechadzać się w światłości Twojej prawdy. Pozwól nam z poczuciem dziecięcej ufności oczekiwać dnia Twojego uwielbienia. Marana tha ! Przyjdź Panie !


 

Anima forma corporis




Człowiek jest istotą cielesną, ciało staje się reprezentacją tego, co ukryte… duchowe… misteryjne, wymykające się prostej czy jednoznacznej próbie interpretacji czy powierzchownego opisu. Augustyn pisał że „człowiek to dusza w ciele”. Nie chodzi wcale o rozumienie ciała jako platońskiego więzienia dla duszy, ale jako cielesnego sposobu wypowiadania tego co, na zewnątrz przeżywamy duchowo. Najprościej to można zrozumieć tym, że świat naszej głębi wewnętrznej wypowiada się na zewnątrz przez język naszego ciała. Żyjemy dzięki ciału. Za pomocą ciała życie wyraża się w widzialnej rzeczywistości i wkracza w relacje. Dzięki cielesności następuje kondensacja najgłębszych emocji. Belting powie że ciało jest medium- obrazem, nośnikiem znaków, kodów kulturowych, symboli. Podejmował to zagadnienie Guardini: „Symboliczna relacja zachodzi najpierw między ciałem i duszą. Ludzkie ciało jest analogią duszy w porządku widzialno- cielesnym. Gdyby się zechciało wyrazić widzialnie i cieleśnie to, czym jest dusza w porządku duchowym, doszłoby się wówczas do stanu ludzkiego ciała. To właśnie wyraża najgłębiej formuła: Anima forma corporis. W ciele wyraża się dusza na sposób cielesny jako w swym żywym symbolu”. To co w rozumieniu Guardiniego jest mianem „duszy”, dla teologów wschodnich jest rozumiane jako „serce” – siedlisko uczuć i centrum duchowe „ja”. Jako mające życie, wypowiada się natomiast przez cielesność człowieka na zewnątrz, aby wejść w osobową relację. To bardzo proste kiedy wypowiadamy komuś miłość, mówię o tych najbardziej podstawowych relacjach, człowiek – człowiek, to sygnalizując stany które w nas się dzieją wskazujemy na serce „patrz jak ciebie kocham…, jak mi bije serce”. Częstotliwość fizycznych uderzeń „mięśnia” staje się kodem dla tego drugiego „Ja” i przeobraża się w akt afirmacji. Następuje werbalizacja miłosnego dialogu na sposób ciała. W liturgii- ciało zostaje włączone w akt uwielbienia Boga. Przez ową liturgiczność- czyli włączenie ciała w modlitwę, zostaje wypowiedziane ostateczne przeznaczenie ludzkiej cielesności: „ciało ma być zdolne do zmartwychwstania”. Jak napisze Ratzinger „Wejść w akcję Boga tak, aby można było z Nim współdziałać”- to dokonuje się w liturgii (sakralizacja języka naszego ciała) jak również poza nią. „Nasza dusza powinna stać się cielesna, a ciało duchowe”, dokonuje się spirytualizacja tego co materialne, ograniczone, haptyczne. Ciało wyraża przez pewien określony rytuał doświadczenie intymnego spotkania się z miłością, łaską, niewypowiedzianą tajemnicą. To jest jak chwytanie Boga za dłoń i wędrowanie w radosnym uniesieniu. Tak jak zakochany chłopak w dziewczynie chwyta ją za dłoń, wyraża gestem to, co jego serce nie jest wstanie pomieścić. Euforia doznań dokonuje się przez pewne zrytualizowanie chwili. „Rytuały to takie symboliczne czynności, które określają relację człowieka do otaczającej go rzeczywistości, Bez niej człowiek nie byłby zdolny do wyrażania siebie i niezdolny do rozumienia innych. Przecież dziewczyna chce nie tylko usłyszeć „kocham cię”, chce to „kocham cię” zobaczyć. To wyznanie musi przełożyć się na język gestu, na rytuał”. Bardzo ważny jest nasz codzienny rytuał w którym wypowiadamy Bogu co tak naprawdę czujemy. Dawid biblijny król tańcząc nago wyraził uwielbienie i błogosławieństwo Bogu. Przez rytuał (znak krzyża, przyjęcie całkiem innej postawy ciała niż ta która stanowi część składową naszych codziennych obowiązków, uklęknięcie, leżenie krzyżem, ręce wzniesione uniesione, oczy wpatrzone do góry, bicie się w piersi itd.) wyraża się nasza miłość do Boga. Pewnie wielu sobie nawet nie uświadamia że w ten skodyfikowany sposób dotykamy wymiaru transcendencji. Kiedy spożywamy w czasie Eucharystii Chrystusa pod postaciami chleba i wina, to Jego człowieczeństwo spotyka się z naszym człowieczeństwem, a przez to z Jego Bóstwem. Cudowna wymian miłości… zjednoczenie, komunia osób- którą teologia określi jako „synergia”- jako współdziałanie. „To zjednoczenie dwóch działań: energii boskiej- nieskończonej, i ludzkiej ograniczonej ludzką małością.” Jest taka piękna scena w filmie „Miasto aniołów” jak zagubiony i jednocześnie zakochany w kobiecie anioł próbuje udowodnić jej istnienie innego, duchowego świata, obecności Boga. Stojąc w holu bibliotecznym chwyta ją za dłoń, każe jej zamknąć oczy i opisać owo doznanie. Co czujesz ? Dotyk – odpowiada. Skąd wiesz ? Ponieważ czuję. Była to próba ucieleśnienia stanu duchowego który jest poza, a jednocześnie staje się obecny. Włączmy nasze ciało w modlitwę, zaktywizujmy cielesność, odkryjmy w sobie naturę anioła który za pomocą skrzydeł może wznieść się wyżej. Niech język ciała stanie się modlitwą.

poniedziałek, 17 listopada 2014




Łk 19,1-10


Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy widząc to, szemrali: „Do grzesznika poszedł w gościnę”. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. Na to Jezus rzekł do niego: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło”.


Czy jest w nas pragnienie spotkania Jezusa ? Przecież każdy człowiek gdzieś wewnętrznie i podświadomie tęskni do spotkania z Bogiem „face to face”. Im więcej tajemniczości i cudowności tym bardziej jest pociągające poznawczo. Naprawdę człowiek jest ciekawski, przez to pragnienie poznania jest nawet gotowy na zrobienie czegoś głupiego, od choćby wdrapanie się na drzewo. Każdy z nas ma swoją sykomorę na której wypatrzył nas Bóg. Gdzie powinieneś być, a gdzie teraz jesteś ? Wielu jest takich którzy chcą zapomnieć o tym momencie, ponieważ przyjecie Jezusa do swojego życia wymaga ogromnego trudu. Często obojętność i zlekceważenie staję się drogą ucieczki. To prawda można życie wypełnić przyjemnościami, idolami, aby zagłuszyć w sobie prawdę… ale to tylko powierzchowne zabiegi prowadzące w duchową pustkę. Dobrze to zrozumiał bohater z dzisiejszej Ewangelii. Zobaczyć… przekonać się, doświadczyć Osoby, o której wiele słyszałem. Zacheusz -celnik, konfident, w powszechnym przekonaniu społeczny pasożyt jest ciekawy osoby Jezusa. Wiele o Nim słyszał, spektakularne cuda, które fama niosła od miasta do miasta. Zacheusz był ciekawy i chciał zobaczyć tego owianego sławą Cudotwórcę. Wdrapał się na sykomorę bo był zakompleksionym pokurczem aby wśród cisnącego tłumu wypaczyć uzdrowiciela. Nagle Chrystus zatrzymał się, spojrzał mu w oczy i wszystko od tego momentu się w jego życiu zmieniło. "Chrystus przerywa mu widowisko i proponuje coś, co nie było przewidziane w programie terapeutycznej dramaturgii, tego scenariusz nie przewidywał. Wydobywa go z ukrycia. "zejdź prędko". Pewnie po raz pierwszy ktoś każe temu zadufanemu w sobie człowiekowi coś zrobić, do jeszcze tak groteskowego. Już widzę jak schodzi z tego drzewa zdziwiony i lekko zakłopotany, a ludzie wybałuszają oczy, śmiejąc się z niego oraz czekając na reprymendę ze strony Pana. Celnik wykonuje gest, który mógłby stać się tematem dla wielu lokalnych brukowców. Dobrze że wtedy nie było monitoringu, bo stałby się jedną z najbardziej humorystycznych postaci lokalnej elity komorniczej. Odważnie znosi wrzaski i kpiny. Zacheusz zostaje wyleczony z cwaniactwa, egoizmu, chęci zawłaszczenia innymi, pazerności na pieniądze, leczenia kosztem innych swoich kompleksów. Spotykają się dwie osoby, dwa spojrzenia które zmieniają to wydarzenie w nawrócenie i eksplozję miłości przeobrażającą serce człowieka.  Jezus może i do mnie powiedzieć: „Zejdź prędko. Idź moimi śladami, a zaprowadzę cię do mojego domu. Znasz go już: to jest twój dom”. Ludzie nie rozumieją. Oburzają się. „A wszyscy widząc to szemrali: do grzesznika poszedł w gościnę”. Co ja bym zrobił gdyby Pan teraz przyszedł do mojego domu, „ekskomunikowanego” przyjaciela ? Gdyby wybrał twój dom na miejsce przeobrażenia życia. Czy byłby to dom człowieka pragnącego nawrócenia ? Sam nie wiem…, nie wiem czy moje serce byłoby zdolne pomieścić tak wielką łaskę. W każdym razie faktem jest, że „zbawienie stało się udziałem domu Zacheusza”, i może być udziałem każdego kto ma odwagę zejść z sykomory. Dom grzesznika stał się domem Pana. Dom złodzieja i krętacza stał się kościołem w którym dokonał się sakrament pojednania. Od tego momentu nawrócony grzesznik zaczął rozdawać swój majątek tym których skrzywdził, rozdał wszystko i wtedy poczuł się autentycznie wolny i szczęśliwy. On znalazł zbawienie- sens życia- szczęście !