czwartek, 12 lutego 2015

Mk 7,24-30
Jezus udał się w okolice Tyru i Sydonu. Wstąpił do pewnego domu i chciał, żeby nikt o tym nie wiedział, lecz nie mógł pozostać w ukryciu. Wnet bowiem usłyszała o Nim kobieta, której córeczka była opętana przez ducha nieczystego. Przyszła, upadła Mu do nóg, a była to poganka, Syrofenicjanka rodem, i prosiła Go, żeby złego ducha wyrzucił z jej córki. Odrzekł jej: „Pozwól wpierw nasycić się dzieciom; bo niedobrze jest wziąć chleb dzieciom i rzucić psom”. Ona Mu odparła: „Tak, Panie, lecz i szczenięta pod stołem jadają z okruszyn dzieci”. On jej rzekł: „Przez wzgląd na te słowa idź, zły duch opuścił twoją córkę”. Gdy wróciła do domu, zastała dziecko leżące na łóżku, a zły duch wyszedł.
 Mamy dwie kobiety, przyrównane przez szorstki język Chrystusa do psów. Dlaczego tak mocne słowa…, poniewierające kobiecą godność ? Zanim spróbujemy odpowiedzieć sobie na tak postawione pytanie, trzeba przyjrzeć się pewnym uwarunkowaniom, zakorzenionym w mentalności żydowskiej. Nam się psy najczęściej kojarzą z wiernością, oddaniem, przyjaźnią wobec człowieka. Biblia często widziała w psie, negatywne, pogardliwe i złe cechy. Używano określenia „pies” jako wyzwiska, epitetu i wiązano to zwierzę z ludźmi bezbożnymi, ogarniętymi nienawiścią, żądzą krwi, brakiem moralności, seksualnym rozpasaniem. „Jak pies do wymiotów powraca, tak głupi powtarza swoje szaleństwa” (Prz 26,11). Św. Paweł swoich „żydujących” przeciwników również nazywa „psami” (Flp 3,2). Nawet Apokalipsa św. Jana mówiąc o tych, którzy nie mogą wejść do Królestwa Bożego wspomina o psach: „Na zewnątrz są psy, guślarze, rozpustnicy, zabójcy, bałwochwalcy i każdy, kto kłamstwo kocha i nim żyje” (Ap 22,15). Dlaczego robię taki obszerny wstęp odwołujący się do negatywnego obrazu psa. Do Jezusa przychodzi Syrofenicjanka, kobieta której córka była opętana przez ducha nieczystego. Syrofenicjanie byli bowiem ludźmi zdemoralizowanymi w przekonaniu Żydów, posądzano ich wiele aktów nieczystych, uprawiali bowiem orgie seksualne przywdziewając skóry zwierzęce, byli ludźmi których traktowano jak kundle. Kobieta która przychodzi do Jezusa jest  grzesznicą. Pan nie chce uzdrowić jej dziecka ponieważ kiedy to uczyni ta dziewczynka jak stanie się dorosłą osobą powieli schemat życia matki, stanie się taką samą moralnie zepsutą osobą. Jezus wskazuje iż, choroba tej matki, jej stan ducha w którym się znajduje jest o wiele bardziej niebezpieczny niż zniewolenie duchowe jej córki A nawet więcej dręczenie córeczki jest skutkiem rozwiązłego życia matki. Cała ta sytuacja rodzinna musi być poddana duchowemu uzdrowieniu. Ta niewiasta to zrozumiała i przyjęła wtedy łaskę uzdrowienia. Bóg dokonuje uzdrowienia, przez wzgląd na  jej wiarę. On jej rzekł: „Przez wzgląd na te słowa idź, zły duch opuścił twoją córkę”. Gdy wróciła do domu, zastała dziecko leżące na łóżku, a zły duch wyszedł." Pan uzdrowił dziecko, a jednocześnie przywrócił do nowego, lepszego życia jej matkę. Potrzebny był tej kobiecie taki wstrząs. Czasami Bóg może nas wyzwać od psów, ale tylko dlatego, abyśmy zrozumieli, że dzieje się w naszym życiu coś nie tak, abyśmy poczuli miłość, oraz to, że  jesteśmy dla Niego ważni. Czasami trzeba zdobyć się na odwagę modlitwy, która będzie skomleniem szczeniaka poruszającym serce Boga.
 
 

środa, 11 lutego 2015


Mk 7,14-23

Jezus przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: „Słuchajcie Mnie wszyscy i zrozumiejcie. Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. Gdy się oddalił od tłumu i wszedł do domu, uczniowie pytali Go o to przysłowie. Odpowiedział im: „I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka i na zewnątrz się wydala”. Tak uznał wszystkie potrawy za czyste. I mówił dalej: „Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym”.

Chrystus doskonale potrafić sondować człowieka, a szczególnie wyraźnie widzi obszary ludzkiego wnętrza. Bóg swoim przenikliwym spojrzeniem dostrzega to wszystko, co chcielibyśmy zakamuflować przed innymi, czego się wstydzimy…, a co może zdyskwalifikować nasz przyzwoity wizerunek. Dostojewski wielki znawca i wędrowiec po obszarach ciemnych stron człowieczej duszy, napisał jakże stawiające nas w pionie słowa: „Gdyby nasze myśli wydawały zapach – szczególnie myśli o bliźnich – wokół niejednej osoby unosiłby się obrzydliwy smród”. Powraca freudowska ciekawość, prowadząca do podświadomości, źródła irracjonalnych myśli, ukrytych pragnień i niepojętych dla rozumu przestrzeni. W snach, marzeniach, wyobraźni i sztuce bariery te są obalane przez ingerencję tych tłumionych elementów; wydostają się wtedy na powierzchnię i ukazują mroczne, ukryte aspekty ludzkiego życia. Dostrzega te wewnętrzne napięcia św. Paweł, dokonując teologicznej introspekcji. Apostoł odkrywa irracjonalną otchłań, prawo członków, prawo ciała, ukryte wnętrzności, które sprzeciwiają się prawu myślenia, rozumu. Dostrzegamy tu pewne napięcie, w którym wola człowieka, staje się bezsilna. „Nie rozumiem bowiem tego, co czynię, bo nie czynię tego, co chcę, ale to czego nienawidzę” (Rz 7,15). Jezus powie, iż z wnętrza człowieka- serca, siedliska uczuć, wychodzą wszelkie nieprawości. Serce oznacza, w przeciwieństwie do tego, co tylko zewnętrzne, całego człowieka wewnętrznego, wraz pulsującym i dającym o sobie znać sumieniem. Musiał mocno przejąć się tym stwierdzeniem Chrystusa, artysta nieprzeciętny, pełen fantazji i szokującej wypowiedzi malarskiej, Hieronim Bosch (ok. 1460-1560). Artysta w swoich obrazach odsłania wewnętrzny świat człowieka, pełen barwnej fantazji, penetrujących serce lęków, fantasmagoryjnych wizji, prowadzących do ukazania jakiejś nie do końca racjonalnie możliwej do zinterpretowania wielopłaszczyznowości ludzkiej duszy. Nieokiełznana wyobraźnia jest najmocniejszą i najbardziej swoistą stroną sztuki Boscha. Stwarza on świat snu, gorączkowej halucynacji. Ten świat wydobyty na zewnątrz jest przeniknięty ironią, zamyśleniem nad ludzkim losem, jak również tęsknotą za doskonałością przedzierającą się przez zalewające mroki duszy. Artysta w sposób genialny posługuje się symbolicznym widzeniem świata, zanurzonego w średniowiecznej dualistycznej koncepcji rozpięcia ludzkiego życia, między dobrem a złem, pokusą a dochodzeniem do stanu łaski, piekłem a drogą ku niebu. To stanowi wizualną panoramę ludzkiego wnętrza, wraz ze wszystkim odcieniami. Z wnętrza człowieka wychodzą złe rzeczy: głupota…nieczystość itd. Człowiek jest powołany do tego, aby odkrywać w sobie wewnętrzną wolność od tak rozumianych mroków. Zachowanie czujności... Dochodzenie do doskonałości dokonuje się w autorefleksji nas swoim wnętrzem, szukaniem wolności od grzechu, współpracą z łaską. To nic innego jak wewnętrzna walka. „Trwajcie w wolności”- wzywa każdego z nas św. Paweł, ten sam który zdemistyfikował złe pragnienia. Wolność przynosi dar i możliwość czynienia dobra. „Wszystko w świecie dostarcza motywów i okazji, jednak źródłem aktu jest serce człowieka, jego najgłębsze „ja”.

wtorek, 10 lutego 2015

Mk 7,1-13
U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. I zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nieumytymi rękami. Faryzeusze bowiem i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli sobie rąk nie obmyją, rozluźniając pięść. I gdy wrócą z rynku, nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, jak obmywanie kubków, dzbanków, naczyń miedzianych. Zapytali Go więc faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?” Odpowiedział im: „Słusznie prorok Izajasz powiedział o was obłudnikach, jak jest napisane: «Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad, podanych przez ludzi». Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji, dokonujecie obmywania dzbanków i kubków. I wiele innych podobnych rzeczy czynicie”. I mówił do nich: „Umiecie dobrze uchylać przykazanie Boże, aby swoją tradycję zachować.  
Temat „nieczystych rąk” może być wyartykułowany również w dzisiejszej rzeczywistości Kościoła jako przestroga. Boję się chrześcijaństwa napuszonego, moralizatorskiego, wypełnionego nakazami i zakazami, artykułowanymi w klimacie bezduszności oraz aroganckiej hipokryzji, w której zbyt łatwo można zagubić człowieka. Poszukuję siebie w chrześcijaństwie które jest bardziej misteryjne niż jurydyczne, dotykające tajemnicy, niż osadzające człowieka na granicy suchych pewników i wypłowiałych recept na świętość. Chrześcijaństwo przynoszące miłość zbawiającą a nie ekskomunikujące w imię litery prawa. Chrześcijaństwo głoszące z odwagą zwycięstwo dobra nad złem, życia nad śmiercią, przebaczenia i miłosierdzia, zbawienia a nie potępienia, czy zatracenia człowieka w otchłani wiecznego piekła. Chrystus Pan był daleki od faryzeizmu, wielokrotnie kontestował i przeciwstawiał się sztuczności oraz fałszywej pobożności. Często odejście od Boga może się częściej przydarzyć tym „sprawiedliwym” wykonawcom katalogu przyzwoitości i wszelkich przepisów torujących drogę ku doskonałości. Pobożni „kanoniści” wierzą, że są blisko Boga, często jednak w całej rubrycystyce programu nieskazitelności, wewnętrznie się od Niego oddalają, może nawet jeszcze bardziej niż ci, którzy otwarcie i świadomie zagubili w sobie życie wewnętrzne i stoją nad przepaścią swojego religijnego i egzystencjalnego „być, czy nie być”. „W tych ostatnich jak pisał- o. Odo Casel, pozostaje bowiem często nieświadoma tęsknota za Bogiem; wszelkie ich wątpliwości, negowanie istnienia Boga, nawet bluźnierstwa- są nierzadko potajemną „miłością w nienawiści”; nie mogą sobie poradzić z problemem Boga. Natomiast ci pozornie pobożni bywają całkiem ślepi. Wierzą, że posiedli Boga przez swoje zapewnienia i osiągnięcia, ale serca ich nie są skierowane ku Bogu, lecz ku samym sobie”. Często myślenie Boga, jest dalekie od naszego myślenia, działania, płytkich osądów czy duchowego diagnozowania. Przypominają mi się słowa Tyrella: „Dopiero co narodzone niemowlę z pewnością wie tyle samo o świecie i jego drogach, co najmądrzejsi z nas mogą wiedzieć o drogach Boga, którego władnie obejmuje niebo i ziemię, czas i wieczność”. Nie zachowujmy się jak faryzeusze z Ewangelii, szafując łatwymi prawdami, zakurzoną kazuistyką, próbując wkopiować innych w swój schemat. Każdy z nas ma swoją drogę ku Bogu. Na tej drodze odkrywając, że On nieustannie się do nas przybliża, a jednocześnie się oddala, usuwając niejako w cień. Odkrywamy Jego cudowne spojrzenie w ciemnych tajemnicach naszych nieprawości, grzechów i próżnego "ja". Jak również spotykamy Go, powstając z naszych upadków, więzów stygmatyzujących naszą duszę, doświadczając drugiego chrztu przez wylane strumieniami łzy pokuty. Piękne i głębokie w swojej treści wybrzmiewają w tym miejscu słowa średniowiecznego teologa Mikołaja Kabasilasa: „Bóg…, jest bardziej przyjazny niż jakikolwiek przyjaciel, bardziej sprawiedliwy niż jakikolwiek władca, bardziej kochający niż jakikolwiek ojciec…, bardziej nam potrzebny niż nasze własne serce”.

poniedziałek, 9 lutego 2015


Ja bowiem wiem i wierzę, że nawet po swoim zmartwychwstaniu Jezus był w ciele. A kiedy przyszedł do Piotra z towarzyszami, powiedział do nich: „Weźcie, dotknijcie mnie i zobaczcie, że nie jestem bezcielesnym demonem”. I natychmiast dotknęli Go i uwierzyli, trzymając się mocno Jego ciała i ducha. Dlatego też śmiercią wzgardzili i okazali się ponad śmierć wyżsi.

Ignacy z Antiochii  
Mk 6,53-56
Gdy Jezus i uczniowie Jego się przeprawili, przypłynęli do ziemi Genezaret i przybili do brzegu. Skoro wysiedli z łodzi, zaraz Go poznano. Ludzie biegali po całej owej okolicy i zaczęli znosić na noszach chorych, tam gdzie, jak słyszeli, przebywa. I gdziekolwiek wchodził do wsi, do miast czy do osad, kładli chorych na otwartych miejscach i prosili Go, żeby choć frędzli u Jego płaszcza mogli się dotknąć. A wszyscy, którzy się Go dotknęli, odzyskiwali zdrowie.
Ewangelia kontynuuje refleksję dotyczącą osoby Jezusa jako Uzdrowiciela. Entuzjazm tłumów które widziały znaki i cuda czynione przez ręce Mistrza, wydaje się jak najbardziej na miejscu. Teraz to już Pan nie będzie miał spokoju, będzie miał mnóstwo pracy. Cudowne uzdrowienia zawsze przyciągały i przyciągają do dzisiaj ciekawskich, jak również tych, którzy potrzebują wsparcia. Tłumy ludzi przekonane o wyjątkowości Jego osoby będą przybywały zewsząd, aby zaradził ich nieszczęściu. Mamy tutaj dwa bardzo charakterystyczne elementy dzięki którym może dokonać się uzdrowienie. Trzeba być przyprowadzonym do Jezusa. Pamiętamy jak w innym miejscu Ewangelii nawet przez dach na marach spuszczano chorego, aby mógł zostać uzdrowionym. Do Pana człowiek musi być przyprowadzony, przyniesiony…, nie wbrew własnej woli, bo rodzina czy przyjaciele tak chcą. Ale ma być, ten ktoś przyprowadzony, ponieważ sam chory wyraża takie pragnienie. (WIARA) Druga sprawa, to dotknięcie się choćby kawałka szaty Jezusa. Dotknąć się Boga, inaczej całkowicie przylgnąć swoim człowieczeństwem do Tajemnicy, która jest niewypowiedziana, absolutna, stawiająca wobec nieskończonego miłosierdzia. Przyprowadzić brata lub siostrę, którzy chorują i postawić ich przed Jezusem. Każdy kto się dotknął Pana odzyskiwał zdrowie. Czy brakuje nam wiary, że tak może być ? Czy współcześnie Jezus nie uzdrawia ? Tyle razy przechodzi przez nasze życie i bliskich których kochamy, i dotyka łaską uzdrowienia. Wielu tego, nie potrafi dostrzec. Czasami cierpienie które przeżywamy, może okazać się źródłem niezwykłej łaski i siły. Pamiętam jak kiedyś przyszedłem do domu w którym leżał sparaliżowany młody chłopak- miał kilkanaście lat. Przydarzył mu się wypadek, w czasie zabawy z kolegami, skoczył do wody i doznał bardzo poważnej kontuzji kręgosłupa., co w konsekwencji skazało go na kalectwo. Jego mama ze łzami w oczach prosiła mnie: „niech ksiądz pójdzie do niego i powie mu, że będzie chodził”. W życiu nie ma łatwych rozwiązań. Nie mogłem tego zrobić. Dobrze wiedzieliśmy oboje, że będzie to raczej niemożliwe. Chłopak był zrozpaczony, leżał na łóżku płacząc do ściany. Wiedziałem że nie mogę wprowadzić go w kłamstwo. Położyłem na jego głowę dłonie i modliłem się, prosząc Pana Jezusa aby dał mu siłę w przyjęciu tego krzyża, aby pozwolił jego rodzinie ponieść to doświadczenie. A jeśli tylko jest taka Jego wola, żeby uzdrowił. To bardzo trudne doświadczenia, ale one pokazują że nie zawsze chodzi tylko o uzdrowienie ciała. Czasami może chodzić o coś więcej. Doświadczenie osoby chorej w rodzinie może stać się powodem do nawrócenia, innego spojrzenia na życie, zamyślenia nad sobą. Przez łzy i trudne sytuacje, zawsze przychodzi to prawdziwe, namacalne spotkanie z Bożą Miłością. Czasami w przypływie niemocy i bezradności, należy przyprowadzić drugą osobę do Jezusa. „We współcierpieniu Boga z ludźmi kryje się Jego przemożna i zwycięska obecność. Dzięki niej przemienia On cierpienie i przezwycięża je. Daje ludziom nadzieję… Niezaprzeczalny wydaje się związek pomiędzy miłością a cierpieniem. Aby okazać największą miłość ludziom, Bóg wybrał drogę cierpienia. Jest to jeden z najbardziej podstawowych wymiarów odkupienia, która zespala miłość i cierpienie.” Wielu ludzi załamuje się pod ciężarem cierpienia i tragedii z powodu losu swoich bliskich. To jest wielka próba, ale siłę do zmagania z nieszczęściem, poczuciem ogromnego żalu, można odnaleźć w perspektywie wiary- dotknięcia Jezusa. Cokolwiek wtedy się wydarzy, będzie to przeżyte wraz z Nim.

niedziela, 8 lutego 2015

Mk 1,29-39
Jezus po wyjściu z synagogi przyszedł z Jakubem i Janem do domu Szymona i Andrzeja. Teściowa zaś Szymona leżała w gorączce. Zaraz powiedzieli Mu o niej. On zbliżył się do niej i ująwszy ją za rękę podniósł. Gorączka ją opuściła i usługiwała im. Z nastaniem wieczora, gdy słońce zaszło, przynosili do Niego wszystkich chorych i opętanych; i całe miasto było zebrane u drzwi. Uzdrowił wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami i wiele złych duchów wyrzucił, lecz nie pozwalał złym duchom mówić, ponieważ wiedziały, kim On jest. Nad ranem, gdy jeszcze było ciemno, wstał, wyszedł i udał się na miejsce pustynne, i tam się modlił. Pośpieszył za Nim Szymon z towarzyszami, a gdy Go znaleźli, powiedzieli Mu: „Wszyscy Cię szukają”. Lecz On rzekł do nich: „Pójdźmy gdzie indziej, do sąsiednich miejscowości, abym i tam mógł nauczać, bo na to wyszedłem”. I chodził po całej Galilei, nauczając w ich synagogach i wyrzucając złe duchy.
Kiedy uważnie wczytamy się w dzisiejszą Ewangelię to uświadomimy sobie bardzo ważną sprawę. W Chrystusie i przez Chrystusa dokonuje się zbawienie człowieka. Jego nauczanie zostaje potwierdzone konkretnym działaniem. Spojrzenie…, wypowiedziane słowo…, uczyniony gest… przynosi uzdrowienie z chorób i uwalnia od sideł demona. Ewangelista Marek pragnie zaakcentować, iż słowo Jezusa jest skuteczne, wypełnione łaską. Słowo które przemienia się w czyn przynoszący wolność dla każdego zniewolonego i zmiażdżonego pręgierzem grzechu człowieka. Przez Jego słowo coś się wydarza- uobecnia się twórcze działanie miłosierdzia. Bóg uzdrawia…, ponieważ kocha człowieka. Miłością Jezus egzorcyzmuje świat od poczucia lęku i niewoli. Zły robi wszystko aby utrzymać człowieka w poczuciu lęku, chce napełnić serca paraliżującym poczuciem pustki, bezsensu i braku nadziei. To szatański jęk którym zostaje spętana świadomość, który od zawsze rozbrzmiewa tak samo; podszept depczący ludzką wolność, wydobywający się skowyt spętanego łańcuchami przegranego który w poczuciu klęski krzyczy: jesteś nikim…, Bóg Ciebie nie kocha…, możesz być większy niż twój Pan. Możesz mieć wszystko, tylko porzuć złudzenie że jesteś kochany… Takie kłamstwo próbuje zasiać w sercu zagubionego człowieka. Chce osierocić nas,  zniekształcić prawdziwą i najdelikatniejszą cząstkę prawdy która zawiera się w poczuciu tego, iż jesteśmy kochani. Gdyby Bóg przestał nas kochać, to tak naprawdę przestalibyśmy istnieć. Kocha każdego człowieka, dlatego przynosi lekarstwo jakim jest miłosierna miłość Ojca. Musimy uświadomić sobie jedną i najważniejszą prawdę, która rodzi się z zaufania. Nasza wolność wewnętrzna rodzi się z poczucia że jesteśmy kochani, oraz faktu iż nieprzyjaciel człowieka jest jednocześnie wrogiem Boga. Tu jest walka, duchowe napięcie, wojowanie, o którym często mówi św. Paweł. Wróg jest wspólny. Bóg wie, co ma począć z czcią oddawaną Jego świętości, jeśli naruszona jest Jego własność. Człowiek jest sprawą Boga. Na dowód tego jak Chrystus uzdrawia przywołam pewną historię. Kiedyś modliłem się za strasznie pogubioną i poranioną dziewczynę. Miała zimny dom, zamiast miłości rodzice serwowali jej cierpienie, utwierdzali w poczuciu że jest nikim- zwykłym śmieciem, który pojawił się w ich życiu przez przypadek. Jej doświadczenia były dramatyczne; wykorzystywana seksualnie przez ojca, poniewierana przez wiele lat. Zdobyła się na odwagę wyzwolić się za takiego życia. Kiedy uciekła z domu rodzinnego w poszukiwaniu lepszego życia, przeszła przez różne sekty które zamiast jej pomóc to sformatowały jej umysł i jeszcze bardziej pogłębiły wszystkie problemy. Miała myśli samobójcze, nie widząc dalszego sensu życia. Bóg przez różne sytuacje sprawił, że odważyła się przyjść na spotkanie gdzie w małej grupie posługiwaliśmy modlitwą wstawienniczą. Kiedy modliłem się nad nią, prosząc aby Jezus uzdrowił historię jej życia, dochodziło do dziwnych sytuacji. Kładąc dłonie na głowie myślałem, że głowa tej młodej kobiety eksploduje. Trzeba było bardzo wielu spotkań które pozwoliłyby aby mogła ona odzyskać wewnętrzne uzdrowienie. Najtrudniejsze było przebaczenie swoim najbliższym, zwłaszcza ojcu. Nie potrafiła wypowiedzieć tego przebaczenia, blokując tym samym uzdrawiającą łaskę Jezusa. Kiedy już po długim czasie wspólnych modlitw, przeprowadzonej rewizji życia, wypowiedziała przebaczenie…, Bóg dotknął jej serca, uwolnił ją z przeszywającego serce bólu, lęku i pragnienia zemsty. On dał jej nowe życie…, zrozumiała że jest kochana i chciana na nowo. Zdumiewający jest Chrystus w swoim działaniu. Chwała Panu !

sobota, 7 lutego 2015






Mk 6,30-34


Po swojej pracy apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: „Pójdźcie wy sami osobno na miejsce pustynne i wypocznijcie nieco”. Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na miejsce pustynne osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich uprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum i zdjęła Go litość nad nimi; byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać.


Entuzjazm apostoła z dobrze wykonanej pracy, znamy to uczucie kiedy nam coś się uda dobrze zrobić, jak sprawy ważne pójdą po naszej myśli. Satysfakcja z dokonanego dobra… Ważne jest to, że Chrystus nie zatrzymuje uczniów w tej euforii szczęścia z powodu dokonywanych przez ich usta i dłonie znaków działania łaski, ale odsyła ich na pustynię. Jakby chciał pokazać, iż skuteczne owoce dobrze przeprowadzonej misji ewangelizacyjnej, dokonują się tylko wtedy kiedy na pustyni człowiek zaczerpnie ze spotkania z Bogiem. „Kto idzie na pustynię, ten nie szuka tam chleba, lecz niesie w sobie głód za czymś większym”. Siła apostoła rodzi się z dotykania tajemnicy miłości Boga. Miał rację św. Hieronim mówiąc: „Pustynia miłuje ludzi nagich”- wymaga ogołocenia, aby później mogło się dokonywać przemienianie świata mocą Jezusa. Musisz ogołocić się z siebie samego, z twej woli, z twych programów, z własnych punktów widzenia, wiary we własne możliwości i różnorakich argumentacji które pozwalają teologicznie szybować i być rzutkim w słowie. Jezus odsyła apostołów na pustynie, nie tylko aby wypoczęli, nabrali sił, ale aby tam nauczycieli się ogałacać serce z pychy łatwego sukcesu, aby uczynili swoje życie pokornie składanym darem. Tylko w całkowitym ogołoceniu można spotkać Boga, odrzucić wszystko co zubaża, dołuje, przygniata i wydaje się nie do przejścia. W historii chrześcijaństwa bardzo wielu wybitnych ludzi ducha, przed rozpoczęciem ważnego zadania udawało się na pustynię. Odchodzili w miejsca ciszy, aby lepiej rozumieć świat do które za chwilkę mają wejść z ogniem słowa. Stawali w bliskości Boga, aby serce opróżnić z błazenady, udawania i poklasku. Na pustyni człowiek dopiero staje się w pełni obecny, obecny dla Boga, siebie oraz innych. Tam dojrzewa się do pracy w pocie czoła dla Królestwa Bożego.