wtorek, 7 lipca 2015

Rdz 32,23-33
Jakub wstał w nocy i zabrawszy obie swe żony, dwie ich niewolnice i jedenaścioro dzieci, przeprawił się przez bród potoku Jabbok. A gdy ich przeprawił przez ten potok, przeniósł również na drugi brzeg to, co posiadał. Gdy zaś wrócił i został sam jeden, ktoś zmagał się z nim aż do wschodu jutrzenki, a widząc, że nie może go pokonać, dotknął jego stawu biodrowego i wywichnął Jakubowi ten staw podczas zmagania się z nim. A wreszcie rzekł: „Puść mnie, bo już wschodzi zorza!” Jakub odpowiedział: „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!” Wtedy tamten go zapytał: „Jakie masz imię?” On zaś rzekł: „Jakub”. Powiedział: „Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi, i zwyciężyłeś”. Potem Jakub rzekł: „Powiedz mi, proszę, jakie jest twe imię?” Ale on odpowiedział: „Czemu pytasz mnie o imię?” I pobłogosławił go na owym miejscu. Jakub dał temu miejscu nazwę Penuel, mówiąc: „Mimo że widziałem Boga twarzą w twarz, jednak ocaliłem me życie”. Słońce już wschodziło, gdy Jakub przechodził przez Penuel, utykając na nogę, został bowiem porażony w staw biodrowy, w to właśnie ścięgno.



Człowiek który mocował się z Bogiem; wyjątkowo będę dzisiaj pisał o postaci Jakuba ze Starego Testamentu. Po swoim dziadku Abrahamie i ojcu Izaaku Jakub jest trzecim wielkim patriarchą którego historia jest nie tylko niesamowicie interesująca, ale nade wszystko ucząca odważnego przeżywania wiary. W sztuce chrześcijańskiej postać Jakuba była eksplorowana bardzo często; najczęściej zostaje przedstawiony jako postać kluczowa historii zbawienia między przodkami Chrystusa.  Sceny z jego życia inspirowane Księgą Rodzaju, stanowiły inspirację dla dekoracji wczesnochrześcijańskich; np. mozaiki w Santa Maria Maggiore w Rzymie (V w.). Historia Jakuba jest na tyle fascynująca, iż mogłaby stanowić kanwę do nakręcenia filmu akcji. Fabułę można streścić w kilku ważnych epizodach. Bliźniaczy brat Jakuba, Ezaw, wraca wyczerpany z polowania i oddaje Jakubowi przywilej pierworództwa w zamian za gotowaną soczewicę. Następnie matka Jakuba, Rebeka, pomaga zdobyć podstępem swojemu umiłowanemu synowi błogosławieństwo, owija owczą skórą dłonie i twarz Jakuba, aby ten jak najbardziej przypominał zarośniętego brata Ezawa. Ojciec wprowadzony w błąd błogosławi synowi, myśląc iż ten który przed nim stoi jest jego pierworodnym synem.  Następnie Jakub ucieka przed gniewem Ezawa do brata Rebeki, Labana. W trakcie swej podróży we śnie widzi drabinę sięgającą do nieba oraz anioły wspinające się po niej i schodzące w dół i słyszy głos Boga, który obiecuje błogosławieństwo dla Jakuba i jego potomków. Kamień na którym Jakub złożył głowę podczas spoczynku, poświęca on jako ołtarz i nazywa to miejsce Betel –„Dom Boży”. Następnie Jakub dociera do studni, gdzie spotyka piękną córkę Labana, Rachelę; zakochuje się od pierwsze wejrzenia. Przez wiele lat gorliwie służąc swojemu wujowi, będzie zabiegał o serce swej ukochanej. Po wielu latach powraca do rodzinnych stron, aby spotkać się i pojednać z Ezawem. W nocy przed spotkaniem, Jakub spotyka anioła Bożego, walczy z nim, trzyma go aż do rana. „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz” i otrzymuje w końcu swoje błogosławieństwo. „Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i z ludźmi i zwyciężyłeś”. Walka Jakuba z aniołem należy do najczęściej przedstawianych scen w sztuce. Dzięki tej scenie pojawiła się możliwość przedstawienia bezpośredniego spotkania człowieka z Bogiem oraz skuteczności żarliwej modlitwy. Skutkiem tego mocowania się z aniołem, jest kontuzja stawu biodrowego. To symboliczna część ciała, w tradycji żydowskiej biodra, uważano za siedlisko mocy rozrodczych człowieka. I dla tego Bóg dał Jakubowi taką obietnicę: „Niechaj powstanie z ciebie naród i wiele innych narodów i niech królowie wyjdą z twych lędźwi”.  Wychodzić z bioder mężczyzny- to znaczy dać początek nowemu potomstwu, lub inaczej mówiąc- być przez mężczyznę zrodzonym. Scenę samej walki Jakuba z Bogiem, niezwykle realistycznie oddał za pomocą pędzla Rembrandt. W 1659 roku namalował dwa dzieła, do których tematy czerpał z Biblii.   Tak powstał wspaniały obraz pt. „Walka Jakuba z aniołem”. Scena miała charakter dydaktyczny, uświadamiając odbiorcom- iż bojowaniem jest życie człowieka, a po trudach przychodzi dar błogosławieństwa. Poucza nas o tym Apostoł Paweł: „Stańcie do walki przepasawszy biodra wasze prawdą, oblókłszy pancerz, którym jest sprawiedliwość” (Ef 6,14).
 

poniedziałek, 6 lipca 2015

Mt 9,18-26
Gdy Jezus mówił, pewien zwierzchnik synagogi przyszedł do Niego i oddając pokłon, prosił: „Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i włóż na nią rękę, a żyć będzie”. Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim… Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: „Usuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi”. A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy.
Kiedy zastanawiałem się nad dzisiejszym tekstem Ewangelii, przypomniała mi się pewna historia, która wydarzyła się u początku mojego kapłaństwa. Kilka dni poświęceniach kapłańskich, przyszło do mnie małżeństwo z siedmioletnim synkiem; długo rozmawialiśmy, okazało się, iż rodzice posłali swoje dziecko z myślą o edukacji w nowej szkole na kontrolne badania lekarskie. Wszystko wydawało się, że jest w porządku, ale morfologia wykazała iż chłopiec ma nowotwór krwi. To był dla nich dramat, w jednym momencie świat im się zawalił na głowę. Przyjście do księdza, było dla nich jedną z dróg poszukiwania wsparcia, ratunku… Nie wiedziałem co i w jaki sposób mam im powiedzieć; stałem zdruzgotany i sparaliżowany tak trudną sytuacją. Wszystkie płytkie pocieszenia duchowe nie były nawet na miejscu, schowałem je głęboko w sobie i czekałem na pomoc w wysoka. Zwyczajnie z nimi byłem, cierpliwie słuchając wypowiadanych przez łzy słów. Zapytałem czy mogę położyć dłonie na głowie chłopca i chwilę się pomodlić. Po chwili modlitewnej ciszy, udzieliłem im błogosławieństwa, przytuliłem i odjechali. Nie wiem jak się potoczyły losy tego dziecka i jego rodziców. Jedyne co było pocieszające, to spokój z którym wrócili do domu. Jestem przekonany, że Bóg dotknął ich życia, bez względu na wszystko. Brzmią mi w uszach słowa Jezusa: „Dziewczynka nie umarła, tylko śpi”. Bóg bierze w swoje dłonie najbardziej trudną sytuację naszego życia, nadaje jej sens; szczególnie wtedy kiedy wszystko wydaje się przegraną i odczytywane jest w kategoriach kary, niesprawiedliwości, czy opuszczenia. Bóg potrafi zbudzić ze „snu” swoje ukochane dziecko. Wszyscy jesteśmy dziećmi których w pewnym momencie dotknie spojrzenie i podniesie niewidzialna dłoń. Wyraża to w prostych  słowach tekst modlitwy eucharystycznej dla dzieci: „Ojcze, ty zawsze pamiętasz o ludziach i jesteś blisko nas. Ty posłałeś swojego ukochanego Syna, Pana Jezusa. On przyszedł, aby   zbawić wszystkich ludzi. Uzdrawiał chorych, przebaczał grzesznikom, przyjmował i błogosławił dzieci, wszystkim ukazywał Twoja miłość. Dziękujemy Ci za to, Ojcze, i wołamy: Tobie chwała na wieki !”.

niedziela, 5 lipca 2015


Mk 6,1-6

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze. A wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Ewangelia mówi nam dzisiaj o rzeczywistości wiary, przeżywanej tak osobiście jako wybór dokonujący się w sercu każdego z nas. Wierzyć to tyle co zgodzić się na pomysły Boga. Wiara jako akt całej ludzkiej osoby; zaproszenie Jezusa, aby przenikał całą rozległość i głębokość naszego życia. Dynamika wiary jest ściśle związana z naszą osobistą relacją do Chrystusa. Dobrze to ujął Goethe: „Wiara jest miłością do tego, co niewidoczne; ufnością w to, co niemożliwe”. Dzisiejszym słuchaczom Mistrza zabrakło jednego i drugiego elementu. Zaryglowali wszystkie dostępne wejścia do swojego życia.  Kiedy Pan przychodzi w swoje rodzinne strony, spotyka się na początku ze zdziwieniem ludzi, a później z bardzo szybkim odrzuceniem i brakiem wiary. „Prorok jest lekceważony w swojej ojczyźnie, a lekarz nie uzdrawia znanych mu osób”- mówi starożytne przysłowie. Mamy tu również echo słów które zapisał św. Jan Ewangelista: „Przyszedł do swojej własności, a swoi Go nie przyjęli” (J 1,11). Możemy się irytować niedowiarstwem współziomków Jezusa, ale my często jesteśmy do nich podobni. Oni nie musieli jeszcze wszystkiego rozumieć; może ich serca i umysły nie były na tyle gotowe, aby przyjąć przepowiadanie i znaki które czynił Bóg-Człowiek. My jesteśmy w innej sytuacji; poznaliśmy Pana, otrzymaliśmy pierwociny wiary, głoszono nam kerygmat. Pomimo tak wielkiego potencjału i trudu innych ludzi zaangażowanych w nasz Duchowy wzrost, wielu jest wątpiących, ignorujących Boga. „Korzeniem niedowiarstwa jest niezdolność przyjęcia objawienia się Boga w codzienności”- pisał Fabris. Potrzeba na nowo odkrywać świeżość wiary, przez codzienny wybór Chrystusa. Należy każdego dnia w pokornej modlitwie prośby wołać: Panie zaradź memu niedowiarstwu…, przemień moje serce, daj mi poczuć Twoją obecność. Otwórzmy drzwi naszych serc na Chrystusa, który pragnie wypełniać szczeliny naszych wątpliwości, podnosić na duchu, umacniać miłość. „Akt wiary pozwala wejść, niczym przez otwarte okno, światłu Chrystusa, w nasze dusze i wznosi w nas Jego duchową obecność”- pisał Paweł VI. Dopiero po jakimś czasie przekonamy się, że Pan jest w nas i pośród nas, a to poczucie zrodzi odpowiedzialne i mężne wyznanie- „Już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”.

 

 

 

sobota, 4 lipca 2015

Mt 9,14-17

Uczniowie Jana podeszli do Jezusa i zapytali: „Dlaczego my i faryzeusze dużo pościmy, Twoi zaś uczniowie nie poszczą?” Jezus im rzekł: „Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy będą pościć.


Wielu chrześcijan żyje dzisiaj jakby zabrano im Chrystusa; kiedy pisze słowo "zabrano", mam na myśli pewne postawy, dla mnie osobiście negatywne i naganne zarazem. A tymczasem Chrystus jest nieustannie blisko, sam na o tym zapewnił- "Jestem z wami przez wszystkie dni...", tylko wielu ludzi jest tak przenikniętych krótkowzrocznością, często traci Boga z horyzontu swojego widzenia. Świat dzisiaj zrobi wszystko, co w jego mocy abyśmy myśleli w taki sposób, jakby Boga nie było, jakby On sam nie interesował się naszym życiem. Wszystko stało się relatywne i względne, od kultury po sposób uprawiania teologii; erozja tak implementowana dotyka również sfery duchowości. Dzisiaj każdy atak na chrześcijaństwo i jego zasady moralne, jest atakiem na żywą obecność Oblubieńca, pośród swojej Oblubienicy Kościoła. Chrześcijanie nie mogą się zbyt łatwo poddawać, mają być piewcami obecności działającego w rzeczywistości życia Zbawiciela. Odważni i pewni skuteczności misji, do której zostali wezwani na mocy chrztu. Św. Piotr umacnia nas w postawie świadectwa i uwielbienia: "Wy zaś jesteście wybranym plemieniem, królewskim kapłaństwem, narodem świętym, ludem Bogu na własność przeznaczonym, abyście ogłaszali dzieła potęgi Tego, który was wezwał z ciemności do przedziwnego swojego światła" (1P 2,9). 

piątek, 3 lipca 2015

J 20,24-29
Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: „Widzieliśmy Pana”. Ale on rzekł do nich: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: „Pokój wam!” Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Tomasz Mu odpowiedział: „Pan mój i Bóg mój!” Powiedział mu Jezus: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.
Po wielu latach powróciłem do lektury kapitalnej książki, która wywarła przeogromny wpływ na moje życie duchowe; „Najlepsze pomysły Pana Boga”, o. Fio Mascarenhasa. Czytam ją z nową świeżością i z kolekcją mnóstwa doświadczeń których wcześniej nie posiadałem. Kilka razy przeczytałem sobie jedno zdanie, treść trafnie koresponduje z przesłaniem które pragnie nam przekazać postać św. Tomasza Apostoła. „Wielu chrześcijan woli jednak pozostawać w niepokonanej ignorancji, kiedy uparcie nie pozwalają, by Ewangelia prawdziwie ich nawróciła”. Dlaczego łączę to zdanie z osobą Tomasza Apostoła ? Dzisiaj tego najbardziej rozpoznawalnego apostoła wspomina kalendarz liturgiczny. Tomasz, zwany także Didymos- bliźniak, należał do ścisłego grona uczniów Chrystusa. Według tradycji zbudowanej na przekazie Ojców Kościoła; Apostoł miał głosić Ewangelię najpierw Partom (obecny Iran), a później miał udać się do Indii, gdzie rzekomo miał ponieść śmierć męczeńską w miejscowości Calamina. Jako miejsce pochówku męczennika podawano przedmieście dzisiejszego Madrasu- Mailapur. Później doczesne szczątki ucznia Chrystusa wędrowały po różnych miejscach; od Edessy po Ortonę w Italii. To postać wyjątkowa i stanowiąca najpopularniejszy przyczynek do refleksji kaznodziejskich. Często przypisujemy mu niedowiarstwo, sceptycyzm; ale tak naprawdę, on sam nigdy nie był ignorantem. To człowiek odważnej wiary, do tego stopnia, iż nie potrafił poskromić swojej ciekawości zobaczenia, dotknięcia… To uczeń dociekliwy, podążający za prawdą, siłujący się ze sobą, aby zgłębić tajemnicę osoby Żywego Pana. Jest trochę jak Jakub który mocował się z Bogiem, aby Ten pobłogosławił mu. Kiedyś się zastanawiałem dlaczego Pan Jezus po zmartwychwstaniu zachował rany; po co te znamiona cierpienia..., po co, takie wyraziste ślady, skoro zatriumfowało życie, rozpacz i nienawiść zostały pokonane. Później po długim czasie doszedłem do wniosku, iż te rany na rękach, nogach i boku były potrzebne abyśmy nigdy nie mieli wątpliwości w miłość Boga do nas, prawda o tym że Chrystus przyjął całe cierpienie w swojej cielesności. Jezus mnie kocha ! Dla nas Jego rany są chwalebne, "w Jego ranach jest nasze zdrowie". Przez stygmaty przychodzi życie, łaska i błogosławieństwo. Tak samo dobrze iż w krajobrazie uczniów pojawia się Tomasz, który chce się przekonać, zobaczyć, dotknąć. W nim odkrywam czasami swój sceptycyzm, ciekawość, swoistą pewność która będzie chciała mnie zabezpieczyć przez pomyłką. Przychodzę do Jezusa, aby włożyć palec w miejsce gwoździ, aby zobaczyć otwarty bok, aby choć kropla Jego Boskiej Krwi spadł w sam środek mojego wnętrza. Chce dorównać Tomaszowi w wierze ! Nie uważam apostoła Tomasza za niedowiarka, to absurdalne i nie na miejscu tak o nim myśleć. Przecież  kiedy  Jezus przychodzi do Tomasza, ten rezygnuje nagle z wszelkich roszczeń i daje prawdziwą, wielką odpowiedź: „Pan mój i Bóg mój !” To odpowiedź człowieka przemienionego przez obecność Pana. Myślę o Nim, jako o człowieku wyróżnionym, na swój sposób odważnym, uprzywilejowanym. Tomasz włożył palec w rany Jezusa, dotknął cielesności (mięsistości ran w których pulsowało życie), pamiątki miłości.

czwartek, 2 lipca 2015

Mt 9,1-8
Jezus wsiadł do łodzi, przeprawił się z powrotem i przyszedł do swego miasta. I oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: „Ufaj, synu, odpuszczają ci się twoje grzechy”. Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: „On bluźni”. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: „Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem jest łatwiej powiedzieć: «Odpuszczają ci się twoje grzechy», czy też powiedzieć: «Wstań i chodź» ? Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów”, rzekł do paralityka: „Wstań, weź swoje łoże i idź do domu”. On wstał i poszedł do domu. A tłumy ogarnął lęk na ten widok i wielbiły Boga, który takiej mocy udzielił ludziom.
Kiedy wejdziemy w internet, i uważnie zaczniemy śledzić informacje ze świata i o świecie; to pierwsze wrażenie nasuwa się samo-  rzeczywistość która cierpi na swoisty paraliż. Świat widziany jako jeden wielki „paralityk” z Ewangelii, potrzebujący uzdrowienia. Konflikty społeczne, dyskryminacja, bezrobocie, terroryzm, napięcia ekonomiczne, wyścig zbrojeń…, jednym słowem zamęt- paraliż ogólnoludzki. Wszystko strasznie kipi, a najgorsze jest to, że nie wiadomo jaka będzie przyszłość. W tym całym niestabilnym świecie, stoi zachwiany i zagubiony człowiek, sparaliżowany pustką i lękiem. Niepewność wypisana jest na twarzach wielu ludzi. W Ewangelii Pan przychodzi aby przezwyciężyć narastający kryzys, wyprowadzić człowieka z paraliżu duszy i ciała; odsłania to, co ukryte- ludzki grzech który zostaje przebaczony. Pamiętajmy o ty iż w świadomości religijnej Żydów tylko Bóg może odpuszczać grzechy, tylko On ma taką władzę i nikt nie może jej uzurpować sobie. „Czemu nurtują te myśli w waszych sercach? Cóż jest łatwiej powiedzieć do paralityka: »Odpuszczają ci się twoje grzechy«, czy też powiedzieć: »Wstań, weź swoje łoże i chodź?«. Otóż, żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów – rzekł do paralityka: Mówię ci: Wstań, weź swoje łoże i idź do domu!” Jezus odpuszcza mu grzechy, wcale nie chodzi o to, aby pokazać że chory jest tak strasznym grzesznikiem..., ale dla obserwatorów choroba była konsekwencją grzechu, już o tym mówiłem. Dzisiaj człowiek współczesny najbardziej potrzebuje przebaczenia sobie samemu,  drugiemu bratu i siostrze, usłyszenia słów przynoszących wolność-  idź Bóg wybacza, Jego miłość uzdrawia."Panie dziękuję Ci za uzdrowienie mojej duszy. Jestem nerwowy, porywczy, niecierpliwy i podatny na zranienia, ponieważ nadal odczuwam przywiązanie do grzechu. Zgubne przyzwyczajenia pozostawiły blizny i rany. Chciałbym nauczyć się miłości bliźniego i ufności, którą utraciłem wskutek różnych bolesnych doświadczeń. Jezu, oczyść moją podświadomość. Spraw bym przyjął światło prawdy, które na zawsze rozproszy ciemności mojej duszy. Mocą Twej łaski uzdrów  moje przywiązanie do dóbr materialnych, które rodzi niepokój. Oczyść mnie i spraw, aby moja dusza zwróciła się do Ciebie. Uzdrów mnie ze skłonności do wątpienia w Słowo Boże. Błagam wyzwól mnie z traumatycznych wspomnień życiowych klęsk i niezrealizowanych marzeń. Uwolnij od ciemności wewnętrznych i opatrz rany, które wyparłem ze świadomości. Spraw bym cieszył się Bożym pokojem. Amen"
 
 

środa, 1 lipca 2015

Mt 8,28-34
Gdy Jezus przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków, wybiegli Mu naprzeciw dwaj opętani, którzy wyszli z grobów, bardzo dzicy, tak że nikt nie mógł przejść tą drogą. Zaczęli krzyczeć: „Czego chcesz od nas, Jezusie, Synu Boży? Przyszedłeś tu przed czasem dręczyć nas?” A opodal nich pasła się duża trzoda świń. Złe duchy prosiły Go: „Jeżeli nas wyrzucasz, to poślij nas w tę trzodę świń”. Rzekł do nich: „Idźcie”. Wyszły więc i weszły w świnie. I naraz cała trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i zginęła w falach. Pasterze zaś uciekli i przyszedłszy do miasta rozpowiedzieli wszystko, a także zdarzenie z opętanymi. Wtedy całe miasto wyszło na spotkanie Jezusa; a gdy Go ujrzeli, prosili, żeby odszedł z ich granic.
Wczoraj czytaliśmy w Ewangelii jak Chrystus ujarzmił burzę, poskromił przelewające się przez łódź fale wody, uspokoił rozszalałe żywioły, zdołał uspokoić zalęknione serca uczniów. Czytam dzisiejszy epizod jak świetnie podany news; w tym opisie wszystko jest tak nieprawdopodobne, nawet trochę tragikomiczne według dzisiejszych standardów. Wejdźmy w sam środek tego wydarzenia, wczujmy się w położenie Gadareńczyków. W ich okolicy wydarzyło się coś tak bardzo zaskakującego. Biegną nad jezioro, wcale nie po to, aby oddać rekreacji, ale ich wzrok zostaje dotknięty dwoma obrazami. Z jednej strony trzoda potopionych świń, które do nich nie należały, a z drugiej dwóch opętanych ludzi, którzy w jednym momencie stali się normalni- wolni od irracjonalnych zachowań. A pośrodku tego wszystkiego stoi Chrystus dotknięty dylematem dokonania wyboru: trzoda świń lub dwóch potrzebujących uwolnienia ludzi. Bilans jest klarowny- o dwóch ludzi normalnych więcej, o stado świń mniej. W świetle przesłanek ekonomicznych ta decyzja to czyste szaleństwo; człowiek którego te świnie są własnością będzie klepał biedę do końca życia. „Trzeba jednak zapłacić jakąś cenę za „wyzwolenie” dwóch ludzi. Chrystus żąda tej zapłaty od Gadareńczyków. Żąda by w swych sercach uznali, że człowiek jest ważniejszy do świń.” To nie jest prosta transakcja biznesowa. Przecież świnie to dobra lokata na dobrze zaplanowaną przyszłość; a tu w grę wchodzą takie straty. Chrystus również od nas żąda jasnego wyboru. Na jednej szali człowiek. Na drugiej wszystkie zabezpieczenia i finansowe wentyle bezpieczeństwa. Zgoda na obecność Chrystusa zależy od wahań tej wagi. Pewnie pomocą w tej refleksji będzie dobrze postawione pytanie. Czy potrafię postawić drugiego człowieka na pierwszym miejscu ? Przed moimi sprytnymi kalkulacjami, korzyściami, reputacją, zyskiem, za cenę utraty przywilejów i profitów ? Osobiście boję się takich ludzi którzy przechodzą przez życie zgodnie z zaprogramowaną nawigacją, którzy w imię świętego spokoju udają, że nie widzą innych; ponieważ konfrontacja z bliźnim mogłaby wywołać jakieś zaangażowanie. Chrześcijanin to człowiek dla którego bliźni jest darem, a „świnie” mają któreś tam miejsce w życiu.