czwartek, 8 października 2015

oprócz chleba, potrzeba nade wszystko miłości...

Łk 11,5-13
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: «Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przybył do mnie z drogi, a nie mam co mu podać». Lecz tamten odpowie z wewnątrz: «Nie naprzykrzaj mi się. Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie». Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. I ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajdzie, a kołaczącemu otworzą. Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”.
Człowiekiem trzeba się nieustannie stawać, a nade wszystko dorastać do wymiaru miłości. Człowieczeństwo wymaga dojrzałości, troski, zadbania o ten sektor naszej komunikacji z innymi ludźmi. Pewnie tym stwierdzeniem nie odkrywam nieznanego lądu, ale raczej wskazuję na aspekt ciągłego poznawania siebie i chęci rzeźbienia swojego życia, aby potrafiło się wypowiedzieć w konkretnych czynach miłości względem drugiego człowieka. Wiele mówi się o absolutnej bezinteresowności, choć zdaje się, iż do wielu szlachetnych czynów podwieszony jest niewidzialny ciężarek podnoszący dźwignie ku jakiemuś ludzkiemu „ja”- które się karmi sobą (pycha). Ktoś kiedyś stwierdził, że w egoizmie, miłości siebie samego, każda cnota tonie jak w morzu. W Ewangelii nie ma jakiegoś niepotrzebnego gdybania, ideał człowieczego życia jest jasno określony. Jest tam powiedziane, że mamy miłować bliźniego jak siebie samego (por. Mt 22,39), nie zaś że go mamy miłować zamiast siebie, dobrze czynić jemu, a sobie nie. Jeśli zatem miłość bliźniego nie ma polegać jedynie na wzniosłych słowach, jeśli ma znaleźć wypowiedź w uczynkach, to musi być uporządkowana. Należy zatem znaleźć właściwą relację między własnymi interesami a służbą innym- choć wcale nie jest to łatwe. Czasami mówiąc ewangelicznie, nie chce się poderwać w nocy z łóżka i zatroszczyć się o potrzebującego pomocy człowieka. Postawa miłości- miłosierdzia wymaga jakiejś osobistej rewizji serca, opróżnienia ze swojego karmiącego się sobą „Ja”. Miłosiernym jest ten który widzi dalej, niż tylko czubek własnego nosa, skrzętnie zagarniając wszelkie profity dla siebie. Miłosiernym i zdolnym do wstania w nocy, udzielenia pomocy strudzonemu i głodnemu bratu, jest ten kto ma „miłe serce”. Dlatego autorzy duchowi definiują miłosierdzie jak współczucie z cudzą niedolą, smutek nad nią. Współczucie staje się wyrazem jedności międzyludzkiej- czasami cichej, na pierwszy rzut oka niezauważalnej, w której dokonuje się podniesienie zagmatwanego świata drugiego człowieka ku Bogu. Przez ludzką nędzę przebija się cichy głos pragnącego miłości i współczucia Chrystusa: „Byłem głodny, a daliście mi jeść… Wszystko, czego uczyniliście  jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.”

środa, 7 października 2015

Łk 1,26-38
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”… Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”. Wtedy odszedł od Niej anioł.
Przeżywamy miesiąc październik który w sposób szczególny poświęcony jest Maryi; naszą codzienność przenika modlitwa różańcowa, a wraz z nią kontemplacja wydarzeń z życia Jezusa i Maryi. Przesuwając paciorki różańca przemierzamy duchową drogę wiary od wypełnionego ciepłem domu w Nazarecie- dzieciństwo i wzrastanie Chrystusa, następnie tajemnice światła- chrzest Pana, Przemienienie i Eucharystię, a wraz z nim nasze duchowe narodziny. Prostota tej modlitwy, a jednocześnie jakże trudna umiejętność pozostawienia wszystkich myśli za sobą, sprawiają, że ta modlitwa szlifuje naszą umiejętność stawania w obecności Boga. Nie tylko w codziennym zabieganiu musimy wykraść sobie chwilę czasu na modlitwę, ale różaniec włożony w kieszeń kurtki czy płaszcza, stanowi dla nas motywację do wejścia w dialog z Bogiem. Dialog medytatywny, pozornie monotonny, ale w konsekwencji niezwykle owocny. Z Maryją- Niewiastą modlitwy wydarzenia ewangeliczne, uobecniają się w naszym życiu, nie tylko je wspominamy ale stajemy się częścią tych narracji, ponieważ w nich odnajdujemy nasze zmagania. Matka Bolesna pokazuje nam jak trwać pod krzyżem, kiedy przychodzi pokusa ucieczki, udręczenia, schowania się w bezpieczne miejsce. Jesteśmy „Pietą” trzymającą ciało zmiażdżonego cierpieniem Bożego Syna. Modlitwa pozwala nam wejść w przestrzeń nadziei, aby uchwycić sens naszego życia i przechodzenia na drugą stronę (może dlatego tak często kiedy umierają nasi bliscy, oplatamy ich dłonie różańcem- to nie tylko dewocyjny atrybut, talizman, czy dekoracyjny rekwizyt- to klucz do innego wymiaru życia „porta fidei”- którą otwiera dla swoich dzieci Maryja). Tylko nadzieja zrodzona z trudu i modlitwy, pozwala uchwycić światło życia wiecznego, naszego przebudzenia ze śmierci i zmartwychwstania- „życia po życiu”.  Różaniec był trudnym tematem ikonografii. W nawiązaniu do historii, a także liczby wypowiadanych nieustannie wezwań „Zdrowaś Maryjo”, modlitwę różańcową nazwano Psałterzem Najświętszej Maryi Panny. Odmawianie Ave Maria traktowano jako prezent, złożenie róży dla Bogurodzicy- stąd określenie różaniec od róży. Michał Anioł w scenie Sądu Ostatecznego pokazuje, jak zbawiony „wciąga” do nieba innych za pomocą dużego różańca; upatruje się w tym aluzję do działania i ogromnej skuteczności tej modlitwy. Pragnę zakończyć słowami Andre Frossarda: „Ziarna różańca to ziarna zboża z plonu, który zbiera się gdzie indziej. Ta natarczywa modlitwa, oparta na powtarzaniu tych samych słów, jest zbliżona do języka uwielbienia, tak drogiego mistykom. Istnieje zresztą bardzo prosty sposób, aby zabezpieczyć tę modlitwę przed mechanizmem: odmówcie pierwszy paciorek za jakąś osobę; zaraz pojawi się w waszej pamięci inna, potem będzie ich dziesięć, dwadzieścia, a wtedy różaniec wyda wam się nie za długi, ale za krótki. Przekonacie się, że wasz bliźni bardzo potrzebuje modlitwy”.
 
 
 
 
 

wtorek, 6 października 2015

Łk 10,38-42
Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: „Panie, czy ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”. A Pan jej odpowiedział: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”.
W Ewangelii jest mowa o przyjaciołach Chrystusa- Łazarzu i dwóch siostrach Marcie i Marii. W tych dwóch niewiastach egzegeza wielu mądrych teologów dostrzegała dwa nurty przeżywania wiary- zdolność do kontemplacji i aktywność ewangelizacyjną- mistyka i dynamika duchowego życia. Te dwie postawy stanowiły niezwykle płodne przestrzenie do doświadczenia wiary. Bardzo często same Kościoły identyfikowano z tymi ewangelicznymi postaciami cudownych kobiet. Kościół Wschodni przyrównywano więc do zasłuchanej i zapatrzonej w Chrystusa Marii, przeciwstawiając go Kościołowi Zachodniemu, Marcie zabieganej i zakrzątanej, aby wszystko był jak należy. Zdaje się, iż współczesnemu człowiekowi potrzeba dzisiaj bardziej, takiego świętego bezruchu- trwania w bliskości Boga. Człowiek zagubił zdolność do podziwu, kontemplacji czy zdumienia. Życie przeżywa się tak bardzo wrażeniowo- „intensywnie”, iż z tego co duchowe pozostaje niewiele. Zagubienie i dezorientacja w życiu, stanowi efekt braku symbolicznego myślenia i mistyki. Zatrzymanie i pozwolenie sobie na wejście w bezruch i ciszę, dla wielu ludzi wydaje się zwyczajnie niemożliwe. Wielu jest zaskoczonych kiedy podpowiadam im, aby zatrzymali zegarki, weszli w ciszę- opróżnili swój umysł od niepotrzebnych myśli. Takie ryzyko jest jak najbardziej wskazane, aby w pewnym momencie nie stać się bytem wykolejonym, wypalonym i przygnębionym wszystkim. Św. Jan Damasceński napisał mądre słowa: „Kontemplacja jest zapowiedzią nieba”, albo na co jedno wychodzi, powrotem do raju, w którym człowiek czuł się stabilnie, żył w błogostanie przebywania bliskości Boga- Przyjaciela. Zatracenie tego świata, pozbawiło człowieka niewyobrażalnej harmonii, bycia partnerem Stwórcy. Kontemplacja jest również zdolnością słuchania- „wiara rodzi się ze słuchania”. Bóg nie przychodzi w zgiełku świata, ale w ciszy- subtelnie, delikatnie, przenikając nasze wnętrze niczym strumyk wody żłobiący skałę. Kiedy spróbujemy wejść w kontemplację, wtedy całkowicie inaczej zadziałają nasze zmysły wzroku i słuchu. W konsekwencji świat wrogi, zakrzyczany i niestabilny, stanie się przestrzenią objawienia Boga. Chrześcijanie bardzo często cytują Psalm 35,10: „W Twej światłości oglądamy światłość”. Maria siedząca u stóp Mistrza uchwyciła ten moment; światło poruszyło jej rozum, ogień ogarnął serce, a oczy zatrzymały się na widzialnym obrazie Wcielonego Słowa. „Życie w światłości do Boże życie w człowieku”. Rośnie stopniowo i w takiej mierze, w jakiej postępuje oświecenie, wychodząc od prostej wiary i od chrztu. Człowiek, zanim dostąpi widzenia Boga, zostaje najpierw wezwany do życia w wierze, w przeświadczeniu o istnieniu rzeczywistości których jeszcze nie może kontemplować, ale które kształtują się w nim i odkrywają w takiej mierze, w jakiej wzrasta jego bycie dzieckiem w zawierzeniu Ojcu. Dusza Marii był przeniknięta światłem, wzrok tak mocno zatrzymał się na Jezusie, iż pretensje jej siostry o pomoc przy stole były poza nią. Spróbujmy być mistykami, nawet jeśli inni będą nam stać nad głową i coś od nas chcieć.

poniedziałek, 5 października 2015

Łk 10,25-37
Oto powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Jezusa na próbę, zapytał: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Jezus mu odpowiedział: „Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?” On rzekł: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. Jezus rzekł do niego: „Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył”. Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: „A kto jest moim bliźnim?” Jezus nawiązując do tego rzekł: „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: «Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał». Któryż z tych trzech okazał się według twego zdania bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?” On odpowiedział: „Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: „Idź i ty czyń podobnie”.
Wydaje się, że uczony w Piśmie oczekiwał na jednoznaczną odpowiedź w której Chrystus wskaże mu określoną grupę ludzi, której będzie można wyświadczyć miłosierdzie. Pułapka wielu ludzi polega na tym, iż myślą że bliźnim jest tylko ten który na pierwszy rzut oka potrzebuje pomocy- „bezpieczny rejestr adresów ludzi, w stosunku do których bez większego ryzyka można otworzyć serce”. Jezus odwraca pytanie: „Któryż z tych trzech okazał się według twego zdania, bliźnim tego który wpadł w ręce zbójców ?” Tutaj nie potrzeba jakiegoś główkowania, tylko umiejętności posługiwania się sercem- bowiem w centrum naszego życia powinien być każdy człowiek potrzebujący zrozumienia, zauważony, otoczony miłością. Tu nie ma miejsca na selekcję, czy doraźną akcję charytatywną dla jakieś zawężonej gruby, tylko po to, aby podbić swoją charytatywną punktację. Wszelka aktywność wobec braci i sióstr stanowi odzwierciedlenie bezinteresownej miłości Chrystusa- której narzędziem jest każdy chrześcijanin. Każdy człowiek ma prawo do mojej miłości; nawet taki który leży śmierdzący na ulicy i wszyscy mijają go wielkim łukiem. Jego smród, a może czasami agresja, nie mogą zatrzymać strumienia miłości który przepływa przez nas od Jezusa. Dystans i strach wobec poranionych i będących na marginesie życia ludzi, zatrzymuje miłość- która jak się często okazuje, stanowi jedyne lekarstwo na połamany człowieczy los. Odkryć w sobie wrażliwego, zdolnego do współodczuwania z innymi ludźmi Samarytanina. Jezus mówi do każdego z nas: „Idź, i ty czyń podobnie !”. Miłość dająca siebie, wskrzeszająca na nowo do życia, będąca owocem dojrzałego człowieczeństwa przenikniętego życiem wewnętrznym. Tak sobie myślę, że chrześcijaństwo jej mniej moralizatorskie, a bardziej przeniknięte postawą wychodzenia ku bliźniemu. Bardzo ważne jest aby chodzić po ziemi. Często czujemy, że nakaz „kochać wszystkich” może oznaczać, iż nie kochamy nikogo. Ale miłość zwrócona tylko do jednej kategorii, jednej części, miłość z góry wykluczająca innych, nie jest prawdziwą miłością. Sztuka rozdawnictwa miłosierdzia polega na rezygnacji z siebie przy jednoczesnym uchwyceniu w perspektywie wzroku drugiego człowieka- bliźni którego stawia przede mną Bóg. Nie musimy czekać na sytuacje ekstremalne, w których będziemy musieli dać wiele od siebie, widząc człowieka pobitego i pozostawionego przy drodze. Szansa do urzeczywistniania miłości stoi przy naszej drodze- każdego dnia. Tak naprawdę to sam Chrystus jest prawdziwym Samarytaninem, który opatruje rany, stawia człowieka na nogi, przywraca ludzkie oblicze. Poprzez widzialny gest Samarytanina Chrystus staje się „obrazem Boga niewidzialnego”- Miłośnika człowieka- Przyjaciela. W Jego spojrzeniu pełnym miłości, odczytujemy naszą postawę wiary, pochylenia się nad człowiekiem- stracenia czasu, pieniędzy i siebie- to wszystko dzieje się dlatego- aby miłość była kochana. Jedynym wiarygodnym obliczem chrześcijaństwa jest miłość rozdana dla innych. 

niedziela, 4 października 2015

 Mk 10,2-16
Faryzeusze przystąpili do Jezusa i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając zapytał ich: „Co wam nakazał Mojżesz?” Oni rzekli: „Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić”. Wówczas Jezus rzekł do nich: „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg «stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem». A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”. W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to. Powiedział im: „Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo”.
Faryzeusze zachowują się wobec Chrystusa jak żmije, szukają odsłoniętego miejsca  które można ukąsić. Roztrząsanie kazusów moralnych, tropienie międzyludzkich zachowań stanowiło pewien rodzaj rabinackiego skrzywienia. W samym judaizmie rozwód był często praktykowany. Dyskusja dotyczyła natomiast powodów, które go usprawiedliwiały. Spektrum powodów było skrupulatnie określone przez purystów moralności. Czasami to były banały codziennego życia: żona która przypaliła obiad mężowi, naruszanie pewnego etosu obyczajowości- kobieta bez welonu na twarzy, aż do najbardziej budzącego publiczne zgorszenie czynu jakim było cudzołóstwo. Jezus wychodzi poza legalizm uczonych, przekracza ich nadętą kazuistykę i wskazuje na pierwotny zapis w kontekście początku stworzenia. Pan wskazuje na relację kobiety i mężczyzny jako czegoś komplementarnego, widzianego oczami Boga nie jako fuzja, ale misterium osób złączone w miłości której źródłem jest Bóg. „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela !” Według Ewangelii nierząd niszczy rzeczywistość małżeństwa, niszczy mistyczną istotę relacji dwóch osób- które tak naprawdę nie są już pojedynczymi osobami, ale jednym ciałem. Dla wielu Ojców Kościoła materią sakramentu małżeństwa jest miłość- tak rozumianą koncepcję przyjmują Kościoły Wschodnie w odróżnieniu od łacińskiego pojmowania materii jako zgody na wspólnotę życia, wyrażona zewnętrznie i przyjętą przez nupturientów. Pisze jeden z teologów wschodnich: „Cudzołóstwo świadczy o tym, że z materii sakramentu nic już nie zostało, a rozwód to tylko stwierdzenie braku, zniweczenia, zniszczenia miłości oraz uznanie nieistnienia małżeństwa…”, dlatego, Kościół Wschodni dopuszcza  ponowne zawarcie małżeństwa, wychodząc naprzeciw ludzkim dramatom. Myślę, że te intuicje które stanowią stałą praktykę wielu kościołów, podejmie również synod poświęcony rodzinie który rozpoczyna się w Rzymie.

piątek, 2 października 2015

Mt 18,1-5.10
W tym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: „Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?” On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie”.
Wielokrotnie i na różne sposoby przez tłoczący się oraz pełen nachalności tłum, potrafiły prześliznąć się małe dzieci; dla ludzi stojących w ścisku i oczekujących „ekscytujących duchowo fajerwerków”, kompletnie niezauważone. Szwendanie w miejsca które zabraniają dorośli są częstą domeną małych, ciekawskich buntowników. Dzieci najbardziej sprytne, kreatywne, przemykające ponad strapieniami świata dorosłych. Czytamy w Ewangelii, jak to kobiety przyprowadziły do Jezusa dzieci, aby je pobłogosławił. To taki naturalny odruch matek, aby ich ukochane pociechy mogły być blisko osoby z której emanuje ciepło, miłość, bezpieczeństwo i wrażliwość na dziecięcą bezpardonowość. Dziecko zawsze skupia na sobie, ogniskuje w sobie uwagę wszystkich. „Prostota i ufność duszy dziecięcej jest obrazem zawierzenia człowieka swemu Boskiemu Ojcu (samo słowo hebrajskie emuna- wiara- nie oznacza wiary w jakąś abstrakcyjną prawdę, lecz zaufanie, wierność Bogu. Od tego słowa pochodzi amen- „to prawda”). Oto dlaczego Jezus lubił to dziecięce słowo: Abba.”  
 

czwartek, 1 października 2015

Łk 10,1-12
Spośród swoich uczniów wyznaczył Pan jeszcze innych, siedemdziesięciu dwóch, i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście ze sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: «Pokój temu domowi». Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają; bo zasługuje robotnik na swą zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: «Przybliżyło się do was królestwo Boże».
Siedemdziesięciu mężczyzn- liczba robiąca wrażenie, choć naiwnie niepoprawna, co do jakości- przynajmniej w moim odczuciu. Posłani aby głosić Ewangelię. Wczoraj wieczorem udałem się na spacer ulicami Szczecina, na jednym z peryferyjnych zakamarków, spotkałem grupę chrześcijan- jakiejś denominacji protestanckiej wymykającej się sformalizowanej instytucji, głosili świadectwa; mówili niezwykle żarliwie i przekonująco, o tym jak wielkie rzeczy Bóg uczynił w ich życiu. ( rewir miasta w którym przesiaduje mnóstwo ludzi o wątpliwej reputacji, jeden z najbiedniejszych rejonów, a zarazem najbardziej odpowiedni do przepowiadania o Jezusie). Podszedłem do jednego z liderów tej grupy, przedstawiłem się życzliwie, wymieniliśmy myśli na temat nowej ewangelizacji i jedności chrześcijan. Jakże budujące są takie spontaniczne, pełne duchowego natężenia spotkania z ludźmi, którzy nie tyle szukają Boga, co raczej pragną dawać Go innym. Tak mi się wydaje, że chrześcijaństwo pozbawione charyzmatycznej spontaniczności, staje się zastygłe, obumarłe i bezpłodne. Jakże jest potrzebne świadectwo naszego życia…, naszego zakochania w Bogu. Wykrzyczenia tego innym… To jest nieporadna ludzka doksologia, w której dokonuje się absolutne uwielbienie Boga- jako Wspólnoty Miłości, do której zostaje zaproszony każdy człowiek- bez wyjątku. Tak sobie myślę, iż współczesną katedrą z której ma rozbrzmiewać Słowo Boże jest zatłoczona, wypełniona przemykającymi ludźmi ulica. Wielu z nich nie przyjdzie już do świątyń, nie ma odwagi przekroczyć murowanych portali. Pozostaje jedynie ulica, której bramą będą skrzyżowania, a ławkami brukowane chodniki na których odciskają się anonimowe ślady butów. Ołtarzem z którego będzie można posilić się żywym Bogiem, niech będzie rozświetlony nadzieją posłaniec- człowiek który zobaczył, doświadczył, dotknął się i uwierzył. Ulica- Kościół. Jaki skandal ! Tylko tam można znaleźć człowieka, sforsować jego bariery buntu, izolacji, obojętności czy narosłych uprzedzeń. Na ulicy Jezus podnosił z rynsztoka ludzi którym nikt nie miał nic do zaoferowania, których mijano obojętnie i traktowano z obrzydzeniem. Kościół to ulica, gdzie roznosi się smród ludzkich narzekań i bolączek, gdzie głodne, zasmarkane dzieci wyczekują lepszego jutra. Ulica to jednocześnie dom i globalna wioska, przez którą przetaczają się miliony ludzkich myśli i technicznie przekazywanych informacji. W końcu ulica to wielkie mrowisko w którym Bóg potrafi dostrzec kogoś tak małego jak ja czy ty. Przestrzeń która staje się chrześcijańską walką o wolność każdego dziecka. Kiedy na ulicy pojawi się chrześcijanin, którego twarz jaśnieje obecnością Boga- czy to nie przemienia świata choćby na chwilę ? Współczesny apostoł nie może być prelegentem czy propagandzistą wiary. Żeby pociągnąć innych, zaintrygować, poruszyć zastygłe serca- powinien być świadkiem. Żeby świadczyć o Chrystusie, trzeba być zjednoczonym z Nim. Błogosławię każdemu bratu i siostrze, którzy mają odwagę zrezygnować z wygodnych pieleszy i wyjść na ulice, aby podjąć etat Chrystusowego robotnika.