środa, 14 października 2015

Ap 5,5
I mówi do mnie jeden ze Starców: Przestań płakać ! Oto zwyciężył Lew z pokolenia Judy. Odrośl Dawida.
Opowiadałem moim uczniom o sztuce mykeńskiej, zatrzymując się trochę dłużej nad kompleksem architektury zamkowej do której prowadziła słynna „Lwia Brama”. Słoneczne lwy stanowiące najbardziej reprezentacyjną część miasta, które trzymają kolumnę słońca i stanowią nie tylko wyraz boskiej mocy, ale nade wszystko są znakiem opieki bożej. Postacie lwów wykute w skale odsyłają nas do chrześcijańskiej i o wiele bardziej głębokiej symboliki, tego szlachetnego zwierzęcia. Zwierzę to można interpretować w dwóch wariantach- dobrym bądź złym. Pragnę skupić uwagę czytelników na tych najbardziej pozytywnych i szlachetnych cechach króla zwierząt. Samego Boga porównywano z lwem, gdy objawiał On swoją karzącą sprawiedliwość (zob. Oz 5,14; Am 3,8; Syr 28,23) albo stawał w obronie ludu wybranego (Iz 31,4). Gdy umierający Jakub przepowiedział swoim dwunastu synom przyszłość ich potomstwa, oglądał Judę, przodka Chrystusa, pod postacią lwa: „Judo młody lwie, na zdobyczy róść będziesz, mój synu…” (Rdz 49,9). Apokalipsa nawiązuje do tego tekstu. Jeden z dwudziestu czterech Starców głosi królewską godność, potęgę i moc Tego, który jako jedyny jest godzien otworzyć księgę tajemnych wyroków Boga i złamać jej siedem pieczęci. Symbolika „Lwa z pokolenia Judy” rozbrzmiewa w pieśni Ezechiela, w której żali się ów mąż nad władcami Izraela. W średniowiecznym dziele zwanym Fizjologusem, pierwszym omawianym zwierzęciem jest „król zwierząt”. O wiele bardziej interesująca jest wykładnia symboliczna związana z tym szlachetnym zwierzęciem. Lew ogonem zaciera swoje ślady- po zejściu na ziemię, stąd Jezus tak ukrył swoją Boskość, że nie został rozpoznany przez ludzi. Jest jeszcze inna opowieść, niezwykle wymowna i niosąca głębokie pokłady duchowego przesłania. Chociaż lew śpi, to jednak jego oczy czuwają- pozostają otwarte. Podobnie zasnęło w śmierci krzyżowej ciało Chrystusa, ale Jego Bóstwo czuwało po prawicy Ojca, gdyż „nie zdrzemnie się ani nie zaśnie Ten, który czuwa nad Izraelem” (Ps 121, 4). Średniowieczne źródło wskazuje na jeszcze inny aspekt duchowy. Kiedy bowiem lwica rodzi swoje młode martwe. Według innej wersji śpią one po urodzeniu jak nieżywe przez trzy dni. Trzeciego dnia przychodzi jednak ojciec- lew i chucha na nie, albo ryczy tak głośno, że ziemia drży w posadach, i małe budzą się natychmiast do życia. „Tak też Bóg i Ojciec wszystkiego obudził Pierworodnego, naszego Pana, Jezusa Chrystusa, przed całym stworzeniem, aby ocalił zbłąkany rodzaj ludzki”. Głos ryczącego lwa był dla chrześcijan zawsze symbolem głosu Chrystusa wzywającego umarłych do zmartwychwstania. W słynnej powieści C.S. Lewisa pt. „Opowieści z Narnii”, zostaje w sposób zawoalowany przekazany teologiczny obraz Chrystusa jako lwa o imieniu Aslan. „Lewis bronił chrześcijańskiej wiary, uczył nie mówiąc wprost. Prawdę zamykał w wymyślonych przez siebie obrazach ułatwiających czytelnikowi spotkanie Boga. Zgodnie z podstawową cechą mitu, który nie ma stanowić jakiejkolwiek alegorii dla jego twórcy, ale być źródłem wielu tychże dla odbiorcy”. Aslan w Narnii jest obrazem opiekuńczego i zatroskanego o swoje dzieci Boga. Obraz zaczarowanej krainy i obecność w niej młodych bohaterów zderzających się z różnymi wyborami i perypetiami, zostaje ściśle związana z twórczą i duchowo płodną obecnością Aslana. On staje się ich cichym Towarzyszem drogi, przemożnym obrońcą, a nade wszystko wiernym przyjacielem. Tak wymalowany słowami obraz Boga, utkany z bajkowych narracji stanowi mądrą katechezę, dzięki której wiara może być fascynującą przygodą. Pobyt w tajemniczym miejscu, staje się mądrą lekcją zaufania Bogu, dziecięcą artykulacją miłości- przez którą kształtuje się osobowość odważnego chrześcijanina. Przesłanie jest proste; od dziecięcego poznania- trochę naiwnego, przechodzi się do dojrzałego człowieka który w duchu fascynacji pragnie ukierunkowywać swoje życie ku Bogu, a nade wszystko przeżywać je w Nim. „Moja najmilsza- powiedział Aslan łagodnie- ty i twój brat już nigdy nie wrócicie do Narnii… Jesteście już dorośli- rzekł Aslan- i musicie teraz zacząć przybliżać się bardziej do waszego świata. Tu nie chodzi o Narnię, wiesz przecież… Tu chodzi o CIEBIE. Nie spotkamy CIEBIE. A jak mamy żyć, nigdy już Ciebie nie spotykając ? Ależ spotkasz mnie jeszcze, kochanie- powiedział Aslan. Jestem- rzekł Aslan- ale mam inne imię (Chrystus !). Musicie mnie rozpoznać pod innym imieniem. Właśnie dlatego zaprowadzono was do Narnii. Przez to, że poznaliście mnie trochę tutaj, będziecie mogli poznać mnie lepiej tam”.
 
 
 
 

wtorek, 13 października 2015

Rz 1,16-25
Bracia. Ja nie wstydzę się Ewangelii, jest bowiem ona mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego, najpierw dla Żyda, potem dla Greka. W niej bowiem objawia się sprawiedliwość Boża, która od wiary wychodzi i ku wierze prowadzi, jak jest napisane: „Sprawiedliwy zaś z wiary żyć będzie”.
Można z całą pewnością stwierdzić, że Ewangelia stanowi najbardziej wyrazistą wykładnię wiary. Wszystko to, co Kościół przez wieki głosił stanowiło odniesienie do słów Chrystusa- „Dobra Nowina”- opowieść o zbawieniu każdego człowieka. Paradoksalne jest to, iż Europa która wyrosła na fundamencie Ewangelii, teraz zbyt łatwo i pochopnie próbuje uczynić ją reliktem pobożnej przeszłości- słowem zdezawuowanym, najlepiej zalegającym zakurzone pułki kościelnych bibliotek. Co się takiego stało współczesnemu człowiekowi. W jakim momencie zagubił wiarę w mądrość Ewangelii ? Kultura, a wraz z nią nowoczesny światopogląd, wylansowały obraz człowieka, które stoi w centrum wszystkich wydarzeń, uzurpując sobie pierwszeństwo do wszelko rozumianych autorytetów. Ludzkość ze swoją płytką mądrością, pozorną witalnością i wzdętym niczym brzuch żarłoka egoizmem, stała się śmieszna i karykaturalna. W tym multikulturalnym świecie schowano pokarm do lodówki, zastępując go syntetycznym suplementem bezwartościowego i krótko terminowego „produktu”. Na rogach wielkomiejskich ulic sprzedaje się nachalnie „mądrość świata”, w której nie ma miejsca na szczęście człowieka; jedynie tani popyt na miałką paplaninę. Bardzo szybko młode pokolenie hipokrytów i cwaniaków, zapomniało że to, Bóg wyprowadził człowieka ze stanu natury, ku głębi jakim jest świat. To pierwszy protoplasta Adam, zagubiony w rajskim Edenie, dzięki boskim prerogatywom nadawał imiona stworzeniom, czyniąc tym samym z siebie „istotę wolną i uprzywilejowaną”- przekształcając świat natury w kulturę. Z dzikiej małpy z kokosem w dłoni, stał się miarą wszystkich rzeczy- koroną stworzenia- „wolnym od jakichkolwiek uwarunkowań, stając się sobą przez działanie” i pomysł Boga. Nie wykarmiła nas mitologiczna wilczyca historii, ale hojna dłoń Boga, z której otrzymaliśmy cały splendor dostojeństwa i blasku. Człowiek refleksyjny, kochający, twórczy, zdolny do przekraczania siebie… szybujący niczym ptak ponad łańcuchem ewolucji. Z ust Boga staliśmy się…, On nas wypowiedział i obdarował wolnością. To takie żałosne, jak szybko zapomnieliśmy o naszym obdarowaniu… Święty Paweł staje naprzeciw świata i krzyczy, ile mu tylko sił starczy, że Słowo które głosi jest mocą Bożą- fundamentem i sensem jego życia. Jego pełnia życia.., perspektywa myślenia, działania a nade wszystko kochania; zakorzeniona jest w zdumiewający sposób w Ewangelii. Jakby chciał każdemu z nas uświadomić wartość naszej egzystencji- we wnętrzu człowieka „Słowo ma stać się ciałem”. Każdy z nas ma stać się żywą Ewangelią, przeobrazić się w Chrystusa nauczającego i pochylającego się nad roztrzaskanym i pozbawionym duchowości wycinkiem świata. Bóg zechciał, by Słowo stało się Ciałem, jedynym żywym przybytkiem, w którym jego słowa brzmią naprawdę jak słowa życia, których nie są wstanie zastąpić najbardziej kuszące protezy szczęścia. Ewangelia stanowi czyste złoto duchowości, drogocenną perłę zakopaną w ziemi, list miłosny, którego autorem jest zakochany bez granic w człowieku Bóg. „Wszyscy stajemy dziś przed wielkim wyzwaniem, którym jest dawanie wiarygodnego świadectwa Ewangelii, Dobrej Nowinie Jezusa Chrystusa.”  Nie pozwól aby twoje usta zamilkły…, bowiem sprawiedliwy z wiary żyć będzie ! Ten realizm chwili przybiera postać pokory, orientacji życia ku Bogu, które „pulsuje” słowem życia i „tym, cośmy słyszeli, cośmy oczyma naszymi widzieli, cośmy oglądali i czego ręce nasze dotykały” (1J 1,11). Kościół tych, którzy zostają pozbawieni głosu, zakrzyczeni, staje się ludem Słowa przepełnionego duchem proroctwa i odwagi, aby manifestować wielkie sprawy Boga. Chrześcijanie dzisiaj stają niczym Apostoł Paweł na areopagu miast, wobec ołtarzy poświęconych nieznanym (fałszywym) bogom i zostają przynagleni do głoszenia orędzia wiary, nadziei i miłości- których szerokość oraz głębokość staje się propozycją wobec ludzkiego wyboru „być czy nie być”.
 

poniedziałek, 12 października 2015

Łk 11,29-32
Gdy tłumy się gromadziły, Jezus zaczął mówić: „To plemię jest plemieniem przewrotnym. Żąda znaku, ale żaden znak nie będzie mu dany, prócz znaku Jonasza. Jak bowiem Jonasz był znakiem dla mieszkańców Niniwy, tak będzie Syn Człowieczy dla tego plemienia. Królowa z Południa powstanie na sądzie przeciw ludziom tego plemienia i potępi ich; ponieważ ona przybyła z krańców ziemi słuchać mądrości Salomona, a oto tu jest coś więcej niż Salomon. Ludzie z Niniwy powstaną na sądzie przeciw temu plemieniu i potępią je; ponieważ oni dzięki nawoływaniu Jonasza się nawrócili, a oto tu jest coś więcej niż Jonasz”.
Na samym początku pragnę przeprosić moich stałych czytelników, iż w czwartek i piątek nie było umieszczonych rozważań. Byłem w podróży, a docelowym miejscem była wizyta i wykłady w Seminarium Duchownym dla naszych kleryków. Mam nadzieję, że moja absencja na blogu przyczyniła się choć trochę dla pożytku duchowego moich studentów. Jak to zwykle mawiam sobie i innym; potrzebna jest kultura serca a wraz z nią, kultura umysłu. Dzisiaj Ewangelia mówi nam o przewrotnym plemieniu, oczekującym na jakiś szczególny znak. Aby człowiek mógł uchwycić jakiś znak od Boga, trzeba być na niego przygotowanym; musi najpierw w nim samym dokonać się nawrócenie, duchowa interioryzacja. Nie można przez zabrudzone „okulary” zobaczyć skrawka świata Boga. Dlatego potrzebny był prorok Jonasz, aby wstrząsnąć Niniwą. Jonasz na początku swojej misji przeżywał straszne dylematy, paraliżował go lęk; do tego stopnia, iż próbował zdezerterować od przynaglenia Bożego. To zmaganie stało się namacalnym doświadczeniem Jonasza- uciekający od powierzonej misji, wrzucony w otchłań morza, a w ostatecznym – krańcowym momencie wypluty przez ogromną rybę. Dopiero wtedy posłuchał, opamiętał się i zdobył się na odwagę stania się narzędziem w rękach Boga. To co był słabe w Proroku, zostaje przekute na cnotę męstwa. „Jest to cnota, przy której człowiek nie polega już na własnych siłach, lecz pokłada nadzieję w Bożej pomocy. W ten sposób przezwycięża w sobie wszelkie obawy lęku”. Później to usłyszą uczniowie od Pana „Nie bójcie się tego, co macie mówić- Duch Święty będzie mówił za was”. Święty Jan Klimak pisał o strachu następująco: „Strach zakłada niedostatek wiary… niedostatek ufności w Bogu. Dusza pozostaje w niewoli strachu, polega bowiem tylko na sobie, a więc lęka się każdego drgania listka i każdego cienia. Ludzie bojaźliwi czasami odchodzą wręcz od zmysłów”. Ale w Ewangelii wybrzmiewa jeszcze postać innego Jonasza- Chrystusa- pozbawionego lęku, pełnego odwagi i determinacji Bożego Syna. On przychodząc dotyka rzeczywistości, mocą swojego boskiego autorytetu. Jego głos poruszy najtwardsze i najbardziej skamieniałe szczeliny ludzkich serc.  Sąd ostateczny będzie tak niewyobrażalną manifestacja mocy-  słowa Syna Człowieczego będą powiewem i niewyobrażalną eksplozją, jakby uderzenia błyskawic; będzie niczym „Lew” który rykiem wzbudza do życia małe lwiątka.

niedziela, 11 października 2015

Mk 10, 17-30
Gdy Jezus wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: „Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Jezus mu rzekł: „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: «Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę»”. On Mu rzekł: „Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości”. Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: „Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną”. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości.
W tym pytającym człowieku może siebie odnaleźć każdy z nas. Wielu chrześcijan na początku przejawia dobrą wolę zrobienia czegoś szczególnego ze swoim życiem, ale kiedy przychodzi co do czego, nie potrafią zmienić profilu swojego życia- brakuje im radykalizmu porzucenia własnych schematów myślenia, a nawet planów życiowych. Na początku jest entuzjazm, a później rozgoryczenie, brak motywacji ku innemu życiu. Porzucić wszystko i pójść za Jezusem ! Dla wielu tak rozumiana transformacją swojego życia, jest jak wdrapanie się  na najwyższy szczyt bez zabezpieczeń. Wezwanie do pozostawienia swoich zabezpieczeń materialnych może zaskoczyć niejednego. Człowiek chciałby coś tam pozostawić dla siebie, na czarną godzinę- a Pan mówi: zostaw to, nie martw się o swoje życie… Przy interpretacji zachowania tego poszukującego innego życia człowieka, warto napomnieć o pewnej mentalności żydowskiej. Dla Żydów człowiek który był uposażony w różnorakie dobra, postrzegany był jako ktoś na kim spoczywa Boże błogosławieństwo. Stąd nie dziwmy się wewnętrznej szamotanie tego człowieka- porzucić wszystko, naprawdę wszystko ? Odpowiedź dla niego jest szokująca, ponieważ podważa religijność opartą na podwójnym zysku. Jezusowi chodzi o porzucenie tak rozumianego myślenia, zmianę kierunku i pójścia w całkiem nową przygodę- bez niczego. „To prawda, czasami zdarza się nam ryzykować większą sumę. Jednak w grze, którą jest życie, nie chcemy ryzykować wszystkiego”. Lęk jest tak paraliżujący, iż wielu nie potrafi zaufać Bogu. Nie bójmy się zaryzykować !

czwartek, 8 października 2015

Jednym z głównych tematów malowideł wczesnochrześcijańskich jest scena ukazująca trzech odważnych młodzieńców, skazanych na śmierć w piecu ognistym. Ten jakże wymowny w swoim przekazie obraz stanowi przetransponowanie biblijnego opisu starotestamentalnych męczenników, który możemy odnaleźć w Księdze Daniela. Dla odległych nam w czasie wyznawców Chrystusa, tenże obraz stanowił wyrazisty przekaz wierności wierze do końca. Młodzieńcy są orantami wznoszącymi swe modlitwy do Boga, który jako jedyny może ich wybawić z dramatycznej sytuacji. Tak dramatycznie opowiedziana malarskim językiem narracja, niesie budujące przesłanie dla nas współczesnych chrześcijan. To głoszenie kerygmatu-gdzie przesłaniem jest ostateczne zwycięstwo dobra nad złem; przejście ze śmierci do życia- bowiem Tym, który daje moc do zwycięstwa jest Chrystus- Zbawca. Zobaczmy jak zachowują się bohaterowie tej opowieści, będąc w centrum największego niebezpieczeństwa śmierci, wśród płomieni ognia, ich życie staje się jednym wielkim uwielbieniem- tanecznym korowodem zakochanych w Bogu „szaleńców”.  Ogień nie tylko ich nie dotknął swymi płomieniami, ale wydawał im się nawet jakby powiewem chłodnego wiatru. Na ochłodę w wielu wyobrażeniach na malowidłach pojawia się gołębica z gałązką oliwną- symbol nadziei, pokoju wewnętrznego, zapewnienia , iż ta gehenna zakończy się zwycięstwem cierpiących. W późniejszych kompozycjach dodaje się niekiedy, jako wyraz asystencji i opieki Bożej, motyw ręki Boga (manus Dei) albo postać „czwartego” męża, którego dostrzegł Nabuchodonozor między trzema młodzieńcami i w którym upatrywali myśliciele  chrześcijańscy Syna Bożego- Logosa wcielonego, przychodzącego aby podtrzymać swoich przyjaciół w udręce.  „czy nie wrzuciliśmy trzech związanych mężów do ognia ? Lecz widzę czterech mężów rozwiązanych, przechadzających się pośród ognia i nie dzieje się nim nic złego; wygląd czwartego przypomina anioła” (Dn 3,24-25). Ten soteriologiczny element stanowił przesłanie o odwadze wiary, którą powinien mieć każdy chrześcijanin. „Takie znaczenie ma dla nas Jezus nasz Zbawiciel. To On zawsze idzie obok nas kiedy jesteśmy u kresu sił, to On jest z nami w rozżarzonym piecu- jakim jest dzisiejszy świat. Do każdego z nas, w chwili największej samotności czy próby, adresowane są słowa: Nie jesteś sam; masz towarzysza”.  W sytuacjach najbardziej ekstremalnych, stanowiących moment naszego wyboru wiary, nad przepaścią utraty życia- przychodzi Chrystus, który jest jak powie Kabasilas: „Bardziej przyjazny niż jakikolwiek przyjaciel, bardziej kochający niż jakikolwiek ojciec, bardziej częścią nas niż nasze własne członki, bardziej nam potrzebny niż nasze własne serce”. Taki jest Bóg- zakochany w ugodzonych miłością wyznawcach. Tak skonstruowane w swoim mistagogicznym przekazie malowidło, miało umocnić postawę wewnętrzną, usunąć strach i zawierzyć się nadziei. Malowidło przekazywało naukę o zbawieniu- młodzieńcy są typem zmartwychwstania, proklamacją wiary w życie wieczne. Jesteśmy częścią tej opowieści, jako odpowiadający na miłość Jezusa, lub odrzucający ją w sposób jednoznaczny. Dzisiejszy święty to człowiek jak wszyscy, ale całe jego istnienie jest kwestią życia lub śmierci, z którą zwraca się on do świata. Wiara powinna wyzwalać nas z paraliżującego strachu przed światem; strachu przed wojną, ekspansywnym islamem, strachu przed chorobami nowotworowymi, czy w końcu przed śmiercią. Chrześcijanin się tym różni od innych, że wie iż jest ktoś, kto może wyprowadzić go ze śmierci. „W wielkości swoich wyznawców i męczenników chrześcijaństwo jest mesjaniczne, rewolucyjne, wybuchowe. Ewangelia wzywa do gwałtu, który pozwoli zdobyć Królestwo i odmieni starą postać świata, czyniąc ją novissima”. Ostatecznie jakże pocieszające wydają się słowa Chrystusa, skierowane do każdego z nas: „Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą…”

oprócz chleba, potrzeba nade wszystko miłości...

Łk 11,5-13
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Ktoś z was, mając przyjaciela, pójdzie do niego o północy i powie mu: «Przyjacielu, użycz mi trzy chleby, bo mój przyjaciel przybył do mnie z drogi, a nie mam co mu podać». Lecz tamten odpowie z wewnątrz: «Nie naprzykrzaj mi się. Drzwi są już zamknięte i moje dzieci leżą ze mną w łóżku. Nie mogę wstać i dać tobie». Mówię wam: Chociażby nie wstał i nie dał z tego powodu, że jest jego przyjacielem, to z powodu jego natręctwa wstanie i da mu, ile potrzebuje. I ja wam powiadam: Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka, znajdzie, a kołaczącemu otworzą. Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? Lub też gdy prosi o jajko, czy poda mu skorpiona? Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”.
Człowiekiem trzeba się nieustannie stawać, a nade wszystko dorastać do wymiaru miłości. Człowieczeństwo wymaga dojrzałości, troski, zadbania o ten sektor naszej komunikacji z innymi ludźmi. Pewnie tym stwierdzeniem nie odkrywam nieznanego lądu, ale raczej wskazuję na aspekt ciągłego poznawania siebie i chęci rzeźbienia swojego życia, aby potrafiło się wypowiedzieć w konkretnych czynach miłości względem drugiego człowieka. Wiele mówi się o absolutnej bezinteresowności, choć zdaje się, iż do wielu szlachetnych czynów podwieszony jest niewidzialny ciężarek podnoszący dźwignie ku jakiemuś ludzkiemu „ja”- które się karmi sobą (pycha). Ktoś kiedyś stwierdził, że w egoizmie, miłości siebie samego, każda cnota tonie jak w morzu. W Ewangelii nie ma jakiegoś niepotrzebnego gdybania, ideał człowieczego życia jest jasno określony. Jest tam powiedziane, że mamy miłować bliźniego jak siebie samego (por. Mt 22,39), nie zaś że go mamy miłować zamiast siebie, dobrze czynić jemu, a sobie nie. Jeśli zatem miłość bliźniego nie ma polegać jedynie na wzniosłych słowach, jeśli ma znaleźć wypowiedź w uczynkach, to musi być uporządkowana. Należy zatem znaleźć właściwą relację między własnymi interesami a służbą innym- choć wcale nie jest to łatwe. Czasami mówiąc ewangelicznie, nie chce się poderwać w nocy z łóżka i zatroszczyć się o potrzebującego pomocy człowieka. Postawa miłości- miłosierdzia wymaga jakiejś osobistej rewizji serca, opróżnienia ze swojego karmiącego się sobą „Ja”. Miłosiernym jest ten który widzi dalej, niż tylko czubek własnego nosa, skrzętnie zagarniając wszelkie profity dla siebie. Miłosiernym i zdolnym do wstania w nocy, udzielenia pomocy strudzonemu i głodnemu bratu, jest ten kto ma „miłe serce”. Dlatego autorzy duchowi definiują miłosierdzie jak współczucie z cudzą niedolą, smutek nad nią. Współczucie staje się wyrazem jedności międzyludzkiej- czasami cichej, na pierwszy rzut oka niezauważalnej, w której dokonuje się podniesienie zagmatwanego świata drugiego człowieka ku Bogu. Przez ludzką nędzę przebija się cichy głos pragnącego miłości i współczucia Chrystusa: „Byłem głodny, a daliście mi jeść… Wszystko, czego uczyniliście  jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.”

środa, 7 października 2015

Łk 1,26-38
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: „Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca”… Na to rzekła Maryja: „Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”. Wtedy odszedł od Niej anioł.
Przeżywamy miesiąc październik który w sposób szczególny poświęcony jest Maryi; naszą codzienność przenika modlitwa różańcowa, a wraz z nią kontemplacja wydarzeń z życia Jezusa i Maryi. Przesuwając paciorki różańca przemierzamy duchową drogę wiary od wypełnionego ciepłem domu w Nazarecie- dzieciństwo i wzrastanie Chrystusa, następnie tajemnice światła- chrzest Pana, Przemienienie i Eucharystię, a wraz z nim nasze duchowe narodziny. Prostota tej modlitwy, a jednocześnie jakże trudna umiejętność pozostawienia wszystkich myśli za sobą, sprawiają, że ta modlitwa szlifuje naszą umiejętność stawania w obecności Boga. Nie tylko w codziennym zabieganiu musimy wykraść sobie chwilę czasu na modlitwę, ale różaniec włożony w kieszeń kurtki czy płaszcza, stanowi dla nas motywację do wejścia w dialog z Bogiem. Dialog medytatywny, pozornie monotonny, ale w konsekwencji niezwykle owocny. Z Maryją- Niewiastą modlitwy wydarzenia ewangeliczne, uobecniają się w naszym życiu, nie tylko je wspominamy ale stajemy się częścią tych narracji, ponieważ w nich odnajdujemy nasze zmagania. Matka Bolesna pokazuje nam jak trwać pod krzyżem, kiedy przychodzi pokusa ucieczki, udręczenia, schowania się w bezpieczne miejsce. Jesteśmy „Pietą” trzymającą ciało zmiażdżonego cierpieniem Bożego Syna. Modlitwa pozwala nam wejść w przestrzeń nadziei, aby uchwycić sens naszego życia i przechodzenia na drugą stronę (może dlatego tak często kiedy umierają nasi bliscy, oplatamy ich dłonie różańcem- to nie tylko dewocyjny atrybut, talizman, czy dekoracyjny rekwizyt- to klucz do innego wymiaru życia „porta fidei”- którą otwiera dla swoich dzieci Maryja). Tylko nadzieja zrodzona z trudu i modlitwy, pozwala uchwycić światło życia wiecznego, naszego przebudzenia ze śmierci i zmartwychwstania- „życia po życiu”.  Różaniec był trudnym tematem ikonografii. W nawiązaniu do historii, a także liczby wypowiadanych nieustannie wezwań „Zdrowaś Maryjo”, modlitwę różańcową nazwano Psałterzem Najświętszej Maryi Panny. Odmawianie Ave Maria traktowano jako prezent, złożenie róży dla Bogurodzicy- stąd określenie różaniec od róży. Michał Anioł w scenie Sądu Ostatecznego pokazuje, jak zbawiony „wciąga” do nieba innych za pomocą dużego różańca; upatruje się w tym aluzję do działania i ogromnej skuteczności tej modlitwy. Pragnę zakończyć słowami Andre Frossarda: „Ziarna różańca to ziarna zboża z plonu, który zbiera się gdzie indziej. Ta natarczywa modlitwa, oparta na powtarzaniu tych samych słów, jest zbliżona do języka uwielbienia, tak drogiego mistykom. Istnieje zresztą bardzo prosty sposób, aby zabezpieczyć tę modlitwę przed mechanizmem: odmówcie pierwszy paciorek za jakąś osobę; zaraz pojawi się w waszej pamięci inna, potem będzie ich dziesięć, dwadzieścia, a wtedy różaniec wyda wam się nie za długi, ale za krótki. Przekonacie się, że wasz bliźni bardzo potrzebuje modlitwy”.