piątek, 8 lipca 2016

Oz 14, 2-10
Uleczę ich niewierność, szczodrze obdarzę ich miłością, bo gniew mój odwrócił się od nich. Stanę się jakby rosą dla Izraela, tak że rozkwitnie jak lilia i jak topola zapuści korzenie. Rozwiną się jego latorośle, będzie wspaniały jak drzewo oliwne, woń jego będzie jak woń Libanu. I wrócą znowu, by usiąść w mym cieniu, i zboża uprawiać będą, winnice sadzić, których sława będzie tak wielka, jak wina libańskiego.  

Biblia potrafi uruchomić w czytelniku sferę myślenia symbolicznego; tak bardzo dzisiaj wykluczoną z przeżywania świata oraz opisywania nagłych i zaskakujących wrażeń. Dla człowieka biblijnego poznanie symboliczne, nie miało tylko na celu zakrywania, czy poznawczego komplikowania oglądu świata, ale nade wszystko dotarcie do głębszych pokładów rozumienia Bożego planu, pomysłu, czy projektu. „Stanę się jakby rosą dla Izraela, tak że rozkwitnie jak lilia…” To nie jest tylko pięknie zestawiona ze słów metafora opiewająca wzniosłe działanie Boga. Symbol opadającej na ziemię rosy, ewokuje cały szereg pozytywnych znaczeń. Rosa to materia łaski- użyźniająca pustynię i na powrót przywracająca puls życia. Kiedy rosa spada na suchą, przepaloną glebę- sprawia, że rozkwita rajski ogród. J.E. Cirlot napisał: „Pierwotnym najoczywistszym sensem deszczu jest zapłodnienie, związane z życiem i z ogólną symboliką wód. Ponadto- zresztą w kontekście tego samego związku- ma też sens oczyszczenia, nie tylko z racji znaczenia wody jako substancji powszechnej…, ale również dlatego, że woda deszczowa spada z nieba. Z tej przyczyny spokrewnia się ze światłem, co tłumaczy fakt, że w wielu mitologiach deszcz uważany jest za symbol oddziaływania niebiańskich „wpływów duchowych na ziemię”. Symbol biblijnej rosy, odsyła zatem do czegoś o wiele głębszego- do udzielającego się stworzeniu łaski Boga. Dlatego w kulturze semickiej obraz spadającego z nieba deszczu był zawsze obrazem błogosławieństwa Bożego. Wyrażają to słowa psalmów, które pełne duchowych ozdobników opiewają chwałę udzielającego życia Boga. „On niebo okrywa chmurami, deszcz przygotowuje dla ziemi i sprawia, że góry wypuszczają trawę” (Ps 147,8). Prorok Ozeasz wykrzyczy o tęsknocie za Tym, który nadchodzi- przyodziany w siły natury: „Dołóżmy starań, aby poznać Pana; Jego przyjście jest pewne jak świt poranka, jak wczesny deszcz przychodzi on do nas, jak deszcz późny, co nasyca ziemię” (Oz 6,3). W chrześcijańskim odgadywaniu ukrytych znaczeń, rosa- oznacza również życiodajne działanie Ducha Świętego, „jak ożywczy deszcz, Duchu Święty przyjdź”, wyśpiewuje Kościół jako wspólnota epikletyczna. Towarzyszy temu działaniu postawa otwartości i uwielbienia. „Jedynie zachwyt może ogarnąć nieogarnioną moc”- powie św. Maksym Wyznawca. Egzystencja Chrystusa, jak również życie każdego chrześcijanina staje się byciem w Duchu Świętym i odkrywaniem zdumiewającej i opiekuńczej troski Boga Ojca. Rosa- Trzeci ze Wspólnoty Osób, który zstępuje w głębię naszego serca, użyźniając i uobecniając wewnętrzne życie Boże. „Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze !” (Ga 4,6). Duch jest Bogiem ukrytym, Bogiem wewnętrznym, bardziej głębokim niż ukryta głębia. „Tchnienie tegoż Ducha ożywia wszystko, gdyby Go bowiem (Ojciec) zatrzymał tylko dla siebie, wszystko by zginęło. A ty, człowiecze mówisz o Nim, Jego Duchem oddychasz i znasz Go” (Teofil z Aleksandrii). W czasie sprawowanej liturgii chrześcijańskiej, w rycie zachodnim kapłan recytując drugą modlitwę eucharystyczną, przyzywa Ducha następującymi słowami błagania: „Uświęć te dary mocą (rosą) swojego Ducha…” Modlitwa nad darami eucharystycznymi i nad zebraną wspólnotą wierzących wyraża pragnienie, aby Duch Święty przeistoczył ich w Tego, którego za chwilę w Komunii będą spożywać. Zamykam to rozważanie słowami przemierzającego pustynię życia wędrowca, jakim był Exupery: „Wodo, nie masz ani smaku, ani koloru, ani zapachu. Nie można Ciebie opisać. Piję się Ciebie, nie znając Ciebie. Nie jesteś niezbędną do życia: jesteś samym życiem… Jesteś największym bogactwem, jakie istnieje na ziemi”.

czwartek, 7 lipca 2016

Mt 10, 7-15
Jezus powiedział do swoich apostołów: «Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie w drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski. Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli zaś nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was.


W tym wezwaniu „Idźcie i głoście. Bliskie jest królestwo niebieskie”- zawiera się cała esensja dynamizmu chrześcijańskiego przepowiadania. Pierwszymi głosicielami Ewangelii, którzy oznajmili ją światu, byli prości rybacy z Galilei. To ich przepowiadanie- kerygmat- trafiało najpierw do najniższych warstw społecznych, a następnie przenikało do wyżyn intelektualnych, przeobrażając kulturę siłą proklamowanego słowa. „Kiedy rodzi się chrześcijaństwo- stwierdził L. Bouyer- filozofie greckie zamieniają się w filozofie religijne”. Mądrość ludzka zostaje zapłodniona Dobrą Nowiną. Ustępuje kult rozumu, przed nauką Krzyża, która będąc głupstwem- staje się agorą spotkania zagubionych w świecie ludzi. Wyrażają to słowa św. Pawła, przesycone mądrością Bożą i fascynującym entuzjazmem realizowanej misji: „ Tak też i ja przyszedłszy do was, bracia, nie przybyłem, aby błyszczeć słowem i mądrością (miał na myśli filozofię antyczną) ale głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego… A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej” (1Kor 2,1-5). Wiara, jako ufne posłuszeństwo wobec Słowa, które ma moc przekształcać, modelować subtelnie życie człowieka. Prostota i ubóstwo apostoła, nakreślone przez Chrystusa, stanowią źródło skuteczności ewangelizacyjnej i wewnętrznej dyspozycyjności, której przejawem są świadczone na zewnątrz znaki i cuda. Jako współcześni heroldowie wiary i siły ewangelicznego świadectwa, jesteśmy zobowiązani do wyjścia na zewnątrz- wchodząc do domów tych, których wiara obumarła lub została zgaszona. Wszyscy jesteśmy, jak pisał Norwid „kapłanami bezwiednymi i niedojrzałymi”, ale Chrystus uzdalnia nas do działania, uskrzydla do wskazania innym sensu i źródła życia: „Kto będzie pił wodę, którą ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki”(J4,12). „Troska o cały świat, który tylko człowiek, wciągając w orbitę własnej nieśmiertelności, może ocalić, to przecież uczestnictwo w kapłańskiej funkcji Zbawiciela, naszego Boga” (J. Pasierb). Trzeba zatem opuścić wygodne i stabilne przestrzenie, powędrować ku przygodzie wiary- niczym anonimowy Pielgrzym z rosyjskich opowieści. Zanieść światu radość, dobroć i miłość Jezusa. Do takiego działania przynagla nas modlitwa wstawiennicza, którą Kościół modli się w czasie celebracji Eucharystii: „Umocnij swój lud Chlebem życia i Kielichem zbawienia; uczyń nas doskonałymi w wierze i miłości… Otwórz nasze oczy na cierpienia braci; oświeć nas światłem swego słowa, abyśmy pocieszali utrudzonych i uciśnionych, spraw abyśmy z radością podejmowali posługę wobec ubogich i cierpiących. Niech Twój Kościół będzie żywym  świadectwem prawdy i wolności, sprawiedliwości i pokoju, aby wszyscy ludzie otworzyli się na nadzieję nowego świata”.
 

środa, 6 lipca 2016

Mt 10, 1-7
Jezus przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości… Tych to Dwunastu wysłał Jezus i dał im takie wskazania: «Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie».

Co to znaczy ewangelizować ? Tak postawione pytanie jest pokłosiem dzisiejszej Ewangelii. Czy nasze działanie oznacza to samo, co przejawiało się w działaniu posłanych apostołów ? Wydaje się, że zmieniły się warunki zewnętrzne głoszenia i dawania świadectwa. Człowiek do którego adresowana jest Dobra Nowina pozostaje pozornie tym samym odbiorcą, ale kontekst cywilizacyjny, kulturowy uległ zasadniczej zmianie. Kiedy pierwsi chrześcijanie głosili Słowo Życia, świat był wobec nich w opozycji; ale skuteczność i siła oddziaływania była o wiele większa. Nie było narzędzi uskuteczniających ewangelizację, ale ludzkie serca były niczym sucha spragniona wody gleba. Ci, którzy przyjęli chrześcijaństwo przeżywali je niezwykle radykalnie, biorąc odpowiedzialność za Kościół i kształt własnego życia duchowego. Dzisiaj rozumienie tego procesu, działania, świadectwa, jest o wiele bardziej pojemnościowe. „Ewangelizowanie wcale nie oznacza czynienia ze wszystkich ludzi- chrześcijan, czy przyprowadzania do Kościoła wszystkich ochrzczonych, szczególnie tych, którzy kiedyś przychodzili i z czasem przestali. Jezus przemówił w Nazarecie, w Korozain i w Betsaidzie, gdzie Jego słowo nie zostało wysłuchane, co wcale nie pomniejsza wartości samego ewangelizowania, bowiem nie oznacza ono osiągnięcia natychmiastowych rezultatów w formie nawrócenia, czy przemiany serc. Ewangelizować oznacza przede wszystkim głosić Dobrą Nowinę słowem i czynem, urzeczywistniać przesłanie tak, aby każdy, kto tego pragnie, mógł zrozumieć Ewangelię w jej oryginalnej i najbardziej autentycznej formie i rozważyć jej treść do głębi. Potem pozostaje tylko podjęcie osobistej decyzji: przyjąć Ewangelię, by nią żyć, czy odrzucić”- pisał C.Martini. To ukazanie w różnych wymiarach własnego życia- treści, których nie można odnaleźć w szarej codzienności. Poszukiwanie Królestwa Bożego- jako konsekwencja postulatu Chrystusa. Trzeba znaleźć w otaczającej rzeczywistości- „wieczność w czasie, absolut w tym, co względne”. To nic innego jak przechodzenie od tego, co materialne- zawłaszczające dla siebie, do wewnętrznego człowieka- duchowego, na którego twarzy wypisuje się opromienione światłością oblicze Boga-człowieka. Zaprzeczeniem tej postawy jest ospałość, bierność, jałowość, wypalenie, stagnacja… „Absurdem jest modlić się rano, a resztę dnia spędzać jak barbarzyńca”(A. Carrel). Ewangelizacja wymaga przebudzenia i dojrzałego człowieczeństwa przepełnionego niewiarygodnym optymizmem. Nikt nie będzie słuchał smutnych, zakwaszonych i zmęczonych życiem ludzi. Świat będzie nasłuchiwał z podziwem świadków, których rozpiera entuzjazm bycia przyjaciółmi Boga i ludzi. „Wiara jest stanem najwyższego zatroskania” (P.Tilich). Zatroskanie o zagubionych, wątpiących, pretensjonalnych, poranionych i zmarginalizowanych- tych, których postawa, wygląd i słowa odstraszają. Do takich ludzi może się zbliżyć tylko ktoś, kto posiada prawdziwą wiarę. Zakończę pięknymi słowami Bruno Forte: „Wierzyć to utracić wszystko, by odnaleźć wszystko na innym poziomie: kto wierzy, nie posiada gotowych odpowiedzi, lecz może żyć i przekazywać pokój świadomości bycia nieskończenie kochanym przez Boga”. W tych słowach zawiera się najpełniejszy sens słowa: ewangelizować !

wtorek, 5 lipca 2016

Mt 9, 32-38
Przyprowadzono do Jezusa opętanego niemowę. Po wyrzuceniu złego ducha niemy odzyskał mowę, a tłumy pełne podziwu wołały: «Jeszcze się nigdy nic podobnego nie pojawiło w Izraelu!» Lecz faryzeusze mówili: «Wyrzuca złe duchy mocą ich przywódcy». Tak Jezus obchodził wszystkie miasta i wioski. Nauczał w tamtejszych synagogach, głosił Ewangelię o królestwie i leczył wszystkie choroby i wszystkie słabości. A widząc tłumy, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce niemające pasterza. Wtedy rzekł do swych uczniów: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało. Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo».

Ludzie wierzący doskonale wiedzą, że istnieje „ewangelia” czułego spojrzenia i dotyku Boga, który uzdrawia i wychodzi naprzeciw niedostatkom człowieka. Taka świadomość wyzwala nadzieję i poczucie sensu; pozwala przezwyciężyć bezradność i niemoc, której paraliżującym źródłem jest doświadczenie choroby. „Jest to po prostu bezinteresowne radowanie się tym, że Bóg istnieje i rozjaśnia wszystko swym światłem, i ogarnia wszystko miłością”. Czy pozwalamy Bogu, aby pozwolił nam odzyskać sprawność fizyczną, czy duchową ? Sequeri pisał: „Dotykamy wszystkiego i nic nas już nie może dotknąć”- a szczególnie delikatna dłoń Chrystusa. Często człowiek boi się tego dotyku uzdrowienia. Lęk przed orientacją własnego życia ku Bogu. Wdzięczność, która jest naturalną wypadkową obdarowania łaską. Najbardziej boimy się uzdrowienia wewnętrznego, ponieważ taka zmiana zakłada całkowite przemeblowanie życia. „Żyjemy w epoce niesłychanego napięcia nerwowego. Według współczesnej medycyny, większość chorób organizmu ma źródło w psychicznym nieuporządkowaniu. Tragedia współczesnego człowieka polega na tym, że znajduje się pod wpływem zasad, których nie zna lub boi się poznać” (P. Evdokimov). A co dopiero z chorobami duszy, z grzechem który niczym pasożyt toczy serce człowieka ? „Czy to nie smutne, że większość ludzi musi zachorować, by zdać sobie sprawę z cudowności życia ?”- mówił J. Gaarder. Kiedy dusza tonie w cierpieniu, to ból promieniuje na ciało. Chrystus przynosi lekarstwo na wszelkie choroby duszy i ciała. Balsam Jego miłości rozlewa się na ropiejące miejsca, zasklepiając je i czyniąc na powrót zdrowymi. „W życiu chrześcijanina nie chodzi o uzdrowienie, ale o odnowienie. Celem nie jest łaska uzdrowienia, ale życie w Duchu. Można nawet powiedzieć, że tu na ziemi nigdy nie zostaniemy do końca uzdrowieni, ani całkowicie wyzwoleni… Dar uzdrowienia związany jest z poznaniem prawdy o sobie, wyzwoleniem z grzechu i przyjęciem zbawienia. Uczniowie poszli za Jezusem z miłości do Niego, ale większość ludzi prosiła jedynie o uzdrowienie i odchodziła, gdy tylko otrzymywała to, o co prosiła”- napisał w książce „Porzucić swoją przeszłość” Brat Remi. Człowiek potrzebuje uzdrowienia, czasami przemierzy pół świata, aby odnaleźć miejsce wytchnienia i duchowej lecznicy. Chrystus stawia każdemu z nas pytanie: „Chcesz być zdrowy ? Oto wyzdrowiałeś; już  nigdy nie grzesz, aby ci się coś gorszego nie stało” (J 5, 7;14).

poniedziałek, 4 lipca 2016

Mt 9, 18-26
Gdy Jezus mówił do uczniów, oto przyszedł do Niego pewien zwierzchnik synagogi i oddając Mu pokłon, prosił: «Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i połóż na nią rękę, a żyć będzie». Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim… Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: «Odsuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi». A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy.

Nagła i niespodziewana śmierć jest przeżyciem ogromnie traumatycznym, szczególnie dla rodziców którzy stracili swoje ukochane dziecko. Bezsilność wobec choroby i śmierci, połączona z mnóstwem niezręcznych pytań bez natychmiastowych odpowiedzi. Koniec wiąże się z początkiem; pytanie „Dokąd idziemy ?” odsyła  z powrotem do pytania „Skąd przychodzimy ?” Nasza kultura jest nieoswojona ze śmiercią, wykluczająca ją z codziennego języka i spychająca do betonowych ścian hospicjów na obrzeżach miast. Na śmierć nie chce się spoglądać, jest niczym nieprzyjemny intruz. Tylko w filmach akcji i groteskowym kinie grozy, śmierć zostaje spłycona i pokazana jako tragikomiczna farsa. Ludzie, nie chcą myśleć o śmierci z lęku przed nią. Jak bardzo łatwo można poddać się zbiorowej histerii. Kiedy Chrystus przyszedł do domu Jaira, wszyscy byli przekonani, że to już koniec- dziewczyna odeszła. Zawodzili i zaczęli myśleć o organizacji pogrzebu, a dziewczyna została przez Chrystusa wybudzona ze snu śmierci. Jak pisał Klemens Aleksandryjski: Chrystus wskrzesił ją swą mocą, „zniszczył potęgę śmiertelności i przemienił ciało z myślą o jego niezniszczalności”. Chrześcijanie w czasie każdej niedzielnej Eucharystii wypowiadają słowa Credo: „Oczekuję wskrzeszenia umarłych”. Ile w tym wyznaniu jest nadziei. Czy to tylko słowa bezrefleksyjnie recytowane przez liturgiczny kolektyw ? Co się stało ze sztuką dobrego umierania ? „Wybitni ludzie ducha spali w trumnach niczym w łożach małżeńskich i wyrażali braterską zażyłość ze śmiercią, będącą po prostu ostatecznym przejściem- paschą”. Święty Franciszek, czy Serafin z Sarowa potrafili tak zażyle zaprzyjaźnić się ze śmiercią, iż stawała się ona oswojona i pozbawiona paraliżującego lęku. Głosili radosne umieranie, opromienione światłem Zmartwychwstałego Chrystusa. Śmierć i życie jako obfite dary Boże. Człowiek przyjmując z pogodną radością swoją śmierć, staje się jej kreatorem- wolnym stworzeniem, które przechodząc przez ciemny tunel dochodzi do wiekuistej światłości Boga (przebudza się ze snu do życia w Bogu). W malarstwie Hieronima Boscha wejście w empireum namalowane jest jako korytarz w kształcie tunelu, przez który aniołowie prowadzą zmartwychwstałych z mroku do światła. Wszystko jawi się niczym sen na jawie, ale ostatecznym miejsce wędrówki staje się opromienione blaskiem światła oblicze Chrystusa. W śmierć trzeba wejść w jak rozkoszny sen, z nadzieją wybudzenia po drugiej stronie. „Zbudź się o śpiący i powstań z martwych a zajaśnieje ci, Chrystus”  
 

niedziela, 3 lipca 2016

Łk 10, 1-9
Jezus wyznaczył jeszcze innych siedemdziesięciu dwu uczniów i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie! Oto posyłam was jak owce między wilki. Nie noście z sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Gdy wejdziecie do jakiegoś domu, najpierw mówcie: Pokój temu domowi. Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co będą mieli: bo zasługuje robotnik na swoją zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiegoś miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: Przybliżyło się do was królestwo Boże».

Ewangelizacja- słowo, które stało się dla teologów i obserwatorów chrześcijaństwa słowem kluczem. Dzisiaj mniej dyskutuje się o zagmatwanych problemach natury dogmatycznej, czy wszczyna akademickie polemiki udowadniając racjonalnemu światu jak wiele możemy powiedzieć o Bogu. Nowość świadectwa polega na wyjściu z izolacji i poczucia intelektualnej wyższości. Kościół nie ma być okopanym bastionem chroniącym resztki dawnej kultury i czekającym na „krzyżowców”. Mamy do czynienia z nową kulturą ewangelicznej obecności. Chrześcijanie, chyba jak nigdy dotąd zajęli się misją głoszenia Ewangelii i opowiadania o swojej wierze w sposób autentyczny, przystępny, niezwykle atrakcyjny. W tym przepowiadaniu jest coraz mniej moralizowania, a więcej miejsca na uwydatnianie duchowego piękna. Piękno, które poczyna się w człowieku nawróconym, przemienionym, obdarowanym za darmo miłosierdziem. Nastąpiło jakieś odryglowanie szczelnie zamkniętych drzwi. Wielkość chrześcijaństwa uaktywnia się wtedy, kiedy jest atakowane, bezradne i prześladowane- przyparte do muru. W sytuacji zagrożenia kultury europejskiej, zmasowanymi atakami obcych systemów religijnych, miałkich i efemerycznych zamienników, oraz rozrzedzonych recept na szczęście; nastąpiło jakieś tąpnięcie. Lepiej późno, niż wcale. Każdy ochrzczony zostaje zaciągnięty- niczym rekrut do podjęcia misji ewangelizacyjnej. Już nie wystarczy iść po dwóch, trzeba odciskać doświadczenie żywej wiary całymi wspólnotami. Każdy chrześcijanin w miejscu pracy, powinien wgryzać się w społeczne ciało i głosić kerygmat- słowa największe i najbardziej podnoszące ku górze. „Iść jak owce między wilki”, bez strachu, czy poczucia kompleksów. Święty Jan Chryzostom zauważył, że potrzebne jest przekonanie, „że dopóki jesteśmy owcami, zwyciężamy. Jeśli staniemy się wilkami, zostaniemy pokonani, ponieważ zabraknie nam wówczas pomocy Pasterza, który pasie owce, a nie wilki”. Misja ewangelizacji nie potrzebuje wielkich środków, czy nakładów finansowych. Potrzebuje ludzi o szerokich horyzontach i pojemnych sercach. Ludzi, którzy noszą w sobie przekonanie, „że w ich sercu znajduje się Chrystus i jeśli tylko będą potrafili powierzyć się Chrystusowi, On będzie chronił ich serca” (M. Kabasilas). Do realizacji tego zadania potrzebni są ludzie odważni, bezinteresowni, kreatywni i potrafiący w chwili próby pozostać na właściwym miejscu. Duża część chrześcijan w Europie żyje jak lunatycy, przemierzając własną przygodę wiary po omacku, bez zadziwienia, zakochania i gwałtowności, której od nich każdego dnia oczekuje Chrystus. Wielu z naszych braci paraliżuje totalny lęk. Strach bierze górę nad zdrowym rozsądkiem i siłą, która jest każdemu dana od Boga. Kościół, nie może przestać głosić radosnej wieści, a każdy ochrzczony, nie może chować się za fasadą bylejakości i bierności. „Idziesz ulicą i jesteś bardziej zajęty, ale w jakimś momencie przypominasz sobie, ze Bóg istnieje, że Bóg cię kocha, że Chrystus jest obecny w głębi twojej istoty i w taki sposób, powoli, twoje serce się budzi”. Od takich impulsów zaczyna się odkrycie własnej misji. Przekonanie, że to właśnie ja jestem Bogu potrzebny. Wielu duchowych przewodników chrześcijaństwa wzywa do podjęcia zadania. „Kościół jest wezwany do tego, aby wyszedł na zewnątrz i skierował swe kroki na peryferie. Nie tylko te geograficzne, ale także egzystencjalne: peryferie tajemnicy grzechu, bólu, niesprawiedliwości, ignorancji; peryferie wszystkich rodzajów biedy”(Papież Franciszek). Ewangelia musi przeniknąć struktury świata, ale za nim się to dokona musi rozgrzać do czerwoności serca posłanych świadków. A zatem trzeba wyruszyć w drogę. Iść przed siebie, niczym zwycięski wojownik- który wie, że nie od niego zależy przebieg bitwy, ale od Tego, w którym uobecnia się triumf Królestwa Bożego.

piątek, 1 lipca 2016

Mt 9, 9-13
Jezus, wychodząc z Kafarnaum, ujrzał człowieka imieniem Mateusz, siedzącego na komorze celnej, i rzekł do niego: «Pójdź za Mną!» A on wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i zasiadło wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: «Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?» On, usłyszawszy to, rzekł: «Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”. Bo nie przyszedłem, aby powołać sprawiedliwych, ale grzeszników».

Jeżeli malarstwo może przejąć rolę komentarza do Ewangelii, to jedno z najbliższych mojemu sercu przedstawień św. Mateusza wymalował genialny artysta Caravaggio. I wcale nie myślę o obrazie powołania celnika, który jest powszechnie znany i był wielokrotnie przeze mnie komentowany, ale o pierwszym obrazie wykonanym dla kościoła świętej Lugigi dei Francseci w Rzymie. Wykonany obraz przez młodego malarza, stał się powodem skandalu w kościelnych środowiskach i podzielił estetów na zwolenników oraz przeciwników dzieła. Kościelny salon był tak poruszony realizmem tego dzieła, że mało niedoszło do linczu samego artysty. „Sztuka jest po to, by niepokoić”, pisał G. Braque. Tu już się nie tylko rozchodziło o sam niepokój, ale o święte oburzenie. Skąd tyle wrzawy, niepokoju, szarpaniny, poruszenia intelektualnych elit ? Zadanie zlecone malarzowi było pozornie proste. Miał przedstawić świętego w trakcie pisania Ewangelii. Aby zaakcentować element charyzmatyczny tej czynności, nad natchnionym pisarzem miał unosić się anioł przynoszący natchnienie i szeptający mu do ucha święte słowa. Artysta przystąpił do dzieła. „Caravaggio był bezkompromisowym artystą, obdarzonym bogatą wyobraźnią…, usilnie myślał, jak to musiało wyglądać, gdy podstarzały, spracowany biedak, prosty celnik, nagle musiał usiąść i napisać księgę. I namalował świętego Mateusza z łysą głową, zakurzonymi stopami, niezręcznie przytrzymującego ogromną księgę, marszczącego brew z wysiłku przy pisaniu, do którego był nienawykły”(E. Gombrich). Obraz kiedy miał być umieszczony w ołtarzu kościoła, został odrzucony i szybko ukryty przed oczami ludzi. Rozczarowany krytyką, artysta musiał jeszcze raz przystąpić do malowania. Otrzymał ścisłe wytyczne i przedstawił Chrystusowego ewangelistę niczym antycznego mędrca, pełnego hieratyczności, splendoru, siły intelektu… duchowej witalności. Zamiast prostego, urobionego po pachy ucznia, powstał sofista- atleta intelektu. Dobrze wyczuwamy, że to przedstawienie zafałszowało prawdę, ale odpowiadało gustom nabrzmiałej od wyszukanych i monumentalnych form epoki. Prostota i wierność hagiograficznemu obiektywizmowi, ustąpiła pod naciskiem przepychu, megalomanii i patetycznej pobożności. Czasami trzeba dobrze przecierać oczy, kiedy przyjdzie nam ochota na oglądanie sztuki z wysokiej półki. To, co najbardziej głębokie zostaje ukryte przed oczami ciekawskich konsumentów piękna. Tajemnica powołania jest w samym środku serca człowieka. Duchowe piękno chrześcijaństwa przekracza ramy kultury, dostrzega człowieka- grzesznika, który dotknięty łaską Boga, staje się zakochanym szaleńcem przemierzającym ścieżkę życia w taki sposób, jakby po raz kolejny się narodził. W osobie Mateusza można odkryć własną, osobistą drogę powołania, ewangelicznej pracy, kruszącej w świecie ciemności kłamstwa i odbierającej siłę złu.