niedziela, 17 lipca 2016



Łk 10, 38-42

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa. Marta zaś uwijała się około rozmaitych posług. A stanąwszy przy Nim, rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła». A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona».


Chrystus często korzystał z gościnności różnych ludzi, wśród rodzin które nawiedzał szczególnym miejscem była Betania- dom przyjaciela Łazarza i dwóch sióstr Marty i Marii. Tam z pewnością odpoczywał i czuł się bardzo swobodnie; nie był skrepowany konwenansami, etykietą, czy określonym rytuałem gościnności. Był wśród swoich najbliższych przyjaciół. Dzisiejsza sytuacja opisana w Ewangelii, jest bardzo edukacyjna dla każdego chrześcijanina. Nie tylko opowiada o postawie gościnności, ale o postawie wnętrza. W postawie dwóch sióstr Marty i Marii Kościół próbował odkrywać dwie diametralnie różne postawy stawania naprzeciwko Boga. W Marcie dostrzegano twórczą aktywność Kościoła; dynamizm proklamowania Ewangelii. Maria jest odzwierciedleniem postawy kontemplacji, cichego i subtelnego bycia naprzeciw Boga. Pewnie myślimy, że to jakiś paradoks. Z jednej strony chrześcijanin ma być dynamicznie obecny w świecie, a z drugiej powinien potrafić przejść z łatwością w stan zatrzymania się, wycofania poza sprawy którymi na co dzień żyje. „Nie jest nam trudno rozpoznać się w Marcie, która troszczy się i niepokoi o wiele rzeczy. Być może nawet mamy pretensje do Marii, która według nas wybrała wygodniejszą rolę. Dla Chrystusa jest to jednak „lepsza cząstka”. Polega ona na słuchaniu, kontemplacji, adoracji, zachwycie”. Potrzebę zasłuchania i bezruchu w życiu duchowym, dobrze rozumieli wybitni ludzie ducha. Merton pisał: „Kontemplacji powinno się zawsze pragnąć, życie czynne natomiast- akceptować, choć nigdy nie poszukiwać”. Oczywiście myślał w sposób szczególny o mnichach, ale z łatwością można tę myśl przenieść na życie ludzi świeckich, żyjących w zgiełku miasta. Dzisiejszemu człowiekowi, bardziej niż powszedniego chleba, brakuje zatrzymania w drodze, odpoczynku, wytchnienia, ukrycia się przed światem który jest tak bardzo absorbujący, że wnętrze zostaje przygniecione naporem nic nieznaczących substytutów, wszechobecnego hałasu i pustki, której niczym nie można wypełnić. Tylko postawa Marii pozwala na rewitalizację własnego życia duchowego. Pewien średniowieczny mistyk napisał takie słowa: „Człowiek wewnętrzny wchodzi w siebie w prosty sposób, ponad wszelką aktywnością i wszystkimi wartościami, by oddać się prostemu wpatrywaniu w miłość owocującą. Tam spotka się Boga.” Wczoraj spacerowałem z rodziną po zatłoczonym mieście Hamburgu. Przesyt wszystkiego, na każdym rogu ulicy jakieś imprezy, tłumy ludzi zewsząd, tak iż ciężko się było przepychać. Dowiedzieliśmy się, że za kilka godzin odbędzie się jakaś parada, dlatego tak liczne tłumy przemierzały do centrum miasta. Żeby chwilę odpocząć od tego zgiełku i napierającego tłumu, weszliśmy do kościoła św. Piotra. W protestanckim kościele (ewangelicko-augsburskim) trwało piękne czuwanie modlitewne w duchu Taize. Wystawione były ikony spowite blaskiem mnóstwa świec; schola śpiewała kanony, a przypadkowi przechodnie siedzieli w ławkach- rozpływając się w cudowności tej chwili. Przez chwilę pooddychaliśmy Bogiem. Następnie wszedłem do bocznej kaplicy, gdzie przed ikoną Chrystusa Pantokratora modliła się młoda chrześcijanka z Syrii. Dotykając ikonę dłonią, następnie podchodziła do swoich dzieci i kładąc na ich głowy oraz twarze dłoń- błogosławiła je. Stałem wpatrzony w tę kobietę i jej dzieci. Pomyślałem sobie, że czyni najpiękniejszą liturgię miłości w sercu zatłoczonego miasta. To najpiękniejszy przykład harmonii dwóch postaw Marii i  Marty. Zatrzymanie się przy Chrystusie i za chwilę wyjście w zatłoczony świat z tajemnicą Jego obecności i miłości. Lepsza cząstka należy do tego, kto zauważa obecność Boga. Wówczas zaś milczenie mówi więcej niż słowa, czy najszlachetniejsze działania.

piątek, 15 lipca 2016

Mt 12, 1-8
Pewnego razu Jezus przechodził w szabat pośród zbóż. Uczniowie Jego, odczuwając głód, zaczęli zrywać kłosy i jeść ziarna. Gdy to ujrzeli faryzeusze, rzekli Mu: «Oto twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat». A On im odpowiedział: «Czy nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy poczuł głód, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie było wolno jeść ani jemu, ani jego towarzyszom, lecz tylko kapłanom? Albo nie czytaliście w Prawie, że w dzień szabatu kapłani naruszają w świątyni spoczynek szabatu, a są bez winy? Oto powiadam wam: Tu jest coś większego niż świątynia. Gdybyście zrozumieli, co znaczy: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”, nie potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest Panem szabatu».

Scena łuskania ziaren przez uczniów w drodze, jest dla czytających ten fragment niezwykle normalną. Zwyczajna czynność wędrowców, którzy przechodząc naprzeciw dojrzałego łanu zboża, wyłuskując ziarna próbują się posilić w drodze. Dla ortodoksyjnych Żydów, strażników prawa Szabatu, nawet tak prozaiczna czynność może urosnąć do wielkiego przestępstwa religijnego. Szabat jest świętym, czasem bezruchu- nie wykonuje się nic, to czas odpoczynku i kontemplacji dzieła stworzenia. „Przez sześć dni w tygodniu duch jest samotny, zlekceważony, opuszczony, zapomniany. Pracujący w napięciu, osaczony kłopotami, usidlony niepokojem człowiek nie dba o nieziemskie piękno. Duch jednak czeka na człowieka, aby się z nim połączyć. I wtedy nadchodzi dzień szósty. Niepokój i napięcie ustępują przed podniecenie, które poprzedza wielkie wydarzenie… (nadchodzi Szabat) I świat staje się miejscem odpoczynku. Czas pojawia się jak przewodnik i wznosi nasze umysły ponad zwykłe myśli. Ludzie gromadzą się, aby powitać cud siódmego dnia, kiedy szabat rozpościera swoja obecność ponad polami, w naszych domach, w naszych sercach. Jest to chwila zmartwychwstania uśpionego czasu w naszych duszach”- pisał żydowski filozof Abraham Heschel. Ten długi cytat w całej pełni oddaje atmosferę tego dnia. Dzięki temu komentarzowi, rozumiemy religijny zgrzyt pomiędzy Chrystusem i Jego uczniami, a przywiązanymi do tradycji Żydami. To napięcie nasila się z powodu niezrozumienia tego, kim tak naprawdę jest Chrystus. To On jest Panem Szabatu ! Samo to stwierdzenie jest kompletnie niezrozumiałe dla „sprawiedliwych”, a nawet może zakrawać na bluźnierstwo. „Tu jest coś większego niż świątynia”- Największy Przybytek Chwały i Świętości, stoi naprzeciw nich, ale oni nie są wstanie przedrzeć się przez zasłonę prawdy. Shekina spoczywa na Jehoszua. Mądrość Talmudu będzie napominać: „A gdy się będziecie modlić, pamiętajcie, przed kim stoicie”. Tajemniczy Wędrowiec prowadzący uczniów, jest Tym przed którym ozłocone pola zginają swoje pędy, a słońce udzielając swego blasku, pamięta że Jego dłonie kształtowały świat i na Jego obraz został uczyniony pierwszy człowiek. „Wyśpiewuj, Córko Syjońska ! Podnieś radosny okrzyk Izraelu ! Ciesz się i wesel z całego serca, Córo Jeruzalem ! Pan jest pośród ciebie… On zbawi, uniesie się weselem nad tobą, odnowi swą miłość, wzniesie okrzyk radosny…” (So 3,14-18).  

czwartek, 14 lipca 2016

Mt 11, 28-30
Jezus przemówił tymi słowami: «Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie».

Przeglądając album z arcydziełami malarstwa polskiego, natrafiłem na przesycony na wskroś pierwiastkiem duchowym obraz Józefa Brandta pt. Modlitwa na stepie. (ok. 1890). Wiele razy powracałem do tego obrazu, dostrzegając w nim opowieść o duszy prostego ludu, który przychodzi do Chrystusa- osuwa się na kolana, powierzając się wstawiennictwu Jego Matki. Zresztą obraz ma przypisanych jeszcze kilka innych tytułów, akcentujących szczególną rolę Maryi: Matka Boska Ormiańska lub Matka Boska Poczajewska. Najprawdopodobniej obraz nawiązuje do legendy o cudownym obrazie przechowywanym w katedrze ormiańskiej w Kamieńcu Podolskim, wywiezionym przez wiernych 1672 w obliczu zbliżającej się nawały tureckiej." Z jednej strony to ilustracja bolesnej historii Ukrainy, a z drugiej postawy ludu który w obliczu zagrożenia pada w największej postawie pokory przed cudowną ikoną Matki i prosi o wybawienie. Mieczysław Treter w Przewodniku po Muzeum imienia książąt Lubomirskich we Lwowie, opowiada o samym obrazie, jak również o wyproszonym cudzie. Naraz na stepie stanęły woły I niepodobna ich było zmusić do dalszej drogi. Uznano wtem wolę Bożą; wszyscy co towarzyszyli obrazowi, przyklękli i poczęli śpiewać pieśni przy świetle kaganków. Tę właśnie chwilę obrał sobie artysta na temat obrazu. Artysta uchwycił z wielką duchową wrażliwością, nostalgiczną chwilę modlitwy ludu. Oświetlony blaskiem księżyca step, przeszywający wszystko duchowy spokój w  którym można usłyszeć cicho szeptaną modlitwę. Maryja łaskawie opiekująca się Bogiem- małym Dzieckiem, zwraca się ku ludziom pocieszając ich serca i zbiera ich łzy niedoli. Bogurodzica wyraża całe piękno ziemi, które łączy się z pięknem Boga. Z ikony emanuje światło, ogniskując na sobie każde ludzkie spojrzenie. Bo trysną zdroje wód na pustyni- wykrzyczy prorok Izajasz- i strumienie na stepie; spieczona ziemia zmieni się w pojezierze, spragniony kraj w krynice wód...(Iz 25,6-7). To symboliczne słowa tak pięknie korespondujące z ludzkim błaganiem o przywrócenie spokoju, harmonii, normalności życia. W Maryi kontemplujemy tę samą tajemnicę jako biegnącą od człowieka do Boga- od każdego człowieka spragnionego łaski i przyjmującego ją bez oporu(P. Floreński). Wybrzmiewa z tym obrazem jedna z modlitw Kościoła Wschodniego: Ale Ty, Matko daj nam siłę według naszej gorliwości, ponieważ Nie mamy poza Tobą żadnej opieki, o Pani świata, Pocieszenie i Obrono wiernych.   
 
 
 

środa, 13 lipca 2016

Mt 11, 25-27
W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić».

Przepraszam moich stałych czytelników za tymczasową absencję, zwyczajnie miałem przez dwa dni utrudniony dostęp do internetu. Czasami takie momenty oderwania od tego „okna na świat” są potrzebne, a nawet konieczne dla higieny fizycznej i duchowej. Dzisiaj Ewangelia mówi o prostaczkach. Zawsze się boję kiedy chrześcijaństwo obrasta w piórka wygodnictwa, nonszalancji, intelektualnej wyższości, czy religijnego przywództwa. Pan mądrość Ewangelii położył na sercach prostaczków- ludzi o bardzo pojemnych wnętrzach, a zarazem zachowujących prostotę niczym spragnione czegoś nowego dziecko. „Biada ciekawskim, którzy podstępnie chcą przejrzeć Boże tajemnice”- mówił św. Grzegorz z Nazjanzu. Słowo Boże zasiane w sercu Kościoła wymaga środowiska ludzi charyzmatycznych i rozkochanych do szaleństwa w Chrystusie. Bez wątpienia takimi prostaczkami, a zarazem atletami ducha w historii Kościoła byli Ojcowie Pustyni. Nomadzi ducha przemierzający pustynię, aby narodzić się jako mnisi- to znaczy Ci, którzy pragną zawrzeć cały świat w Bogu. Prostaczkowie żyjący radykalnie słowami Chrystusa, niezdolni do posługiwania się abstrakcyjnymi ideami, a na poziomie życia duchowego obdarzeni geniuszem wnikania w ludzkie serca i stawania naprzeciw świętości, która dla nich była tak oczywista jak powietrze którym oddychali. „Tajemnica pogody ducha ojców i ich radości, zwycięskiej wobec licznych pokus i boleści świata, tkwiła w ufności jaką pokładali w Panu”.Ojcowie Pustyni pozostawili dla nas współczesnych piękny skarbiec duchowych myśli. Pragnę was nakarmić taką jedną budującą sentencją: „Abba Mojżesz zapytał ojca Sylwana: „Czy może człowiek każdego dnia na nowo się nawracać ?” „Jeśli jest gorliwy”, odpowiedział abba Sylwan, „może każdej godziny nawracać się na nowo”.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Dz 4,32-35
Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wszyscy oni mieli wielką łaskę. 

Dzieje Apostolskie stanowią znakomite źródło w rozumieniu pierwotnego chrześcijaństwa. Mamy do czynienia z pewnym słownym reportażem, dzięki któremu możemy przyjrzeć się  życiu wspólnoty wierzących. Pierwszym najbardziej fundamentalnym elementem rzucającym się w oczy, jest troska o jedność. Wspólnota w której następuje troska o dystrybucję darów duchowych i materialnych. Wzajemna i solidarna pomoc względem najbardziej potrzebujących pomocy, wsłuchana w natchnienia Ducha Świętego. Sakrament jedności… Dotykamy tutaj niezwykle ważnego zagadnienia jakim jest jedność Kościoła i tym samym życia sakramentalnego, czyli charyzmatycznej przestrzeni w której dokonuje się wymiana duchowych darów w Mistycznym Ciele Kościoła. „Wielki Sakrament Kościoła jest sakramentem wspólnoty, który w jedności z Bogiem, a także z całą zbawioną ludzkością, Kościołem- zagarniając materię tego świata, która przestaje stawiać opór człowiekowi, ale staje się przejrzystością w ogniu obecności Boga, daje odpuszczenie grzechów, to znaczy wewnętrzną harmonię ludzkiej osobie. W istocie greckie słowo „koinonia” oznacza jednocześnie Komunię eucharystyczną i wspólnotę z Kościołem”- pisał ks. J. Klinger. Chrześcijanie powinni na powrót uświadomić sobie, że Kościół, to „Misterium Komunii”. Tą komunię i pulsowanie miłości odnajdujemy w Trójcy Świętej- Wspólnocie Osób- najdoskonalszym wzorcu jedności. „Kościół jest więc komunią i to komunią w najwyższym stopniu, to znaczy poszanowaniem różnorodności i zarazem jednością w Chrystusie. Kościół jest komunią, a równocześnie ma stawać się komunią, bo czasami się od niej oddala” (O. Clement). W pełni zgadzam się z poglądem bp. Grzegorza Rysia, który mówiąc o odkrywaniu jedności pomiędzy chrześcijanami, wskazuj najpierw na odnowienie jedności z Chrystusem, a dopiero później wspomina o poszukiwaniu wspólnej płaszczyzny porozumienia. Miał rację o. Danielou, kiedy pisał, że Kościół to zdarzenie- wyraz nieodwołalnego daru Boga w świecie który jest naznaczony grzechem.  Podzielone kościoły- niczym rozdarta szata Chrystusa, winny z wrażliwością i pokorą wsłuchać się w to, co Duch mówi do Kościoła (jako całości), pozwalając zasklepiać się ranom doktrynalnych sporów i historycznych uprzedzeń. „Kościół jest jednością. To znaczy, że nie zadowala się On zyskiem i posiadaniem każdego z nas z osobna, jako poddanych, rozproszonych i rozdrobnionych, ale chce, by to samo związanie i przymierze, jakie tutaj zawarł z nami, łączyły również i nas jednych z drugimi we wspólną społeczność; abyśmy pod władzą Jego imienia stanowili rodzaj ciała duchowego, coś na kształt państwa…” (J. Perron). Zakończę to rozważanie piękną modlitwą o dar jedności, brata Rogera z Taize: „Chryste, daj nam w każdej chwili ku Tobie kierować wzrok. Tak często zapominamy, że Ty w nas mieszkasz, że Ty się w nas modlisz, że Ty w nas miłujesz. Twój cud w nas to Twoje zaufanie i Twoje przebaczenie, zawsze nam dane w tej jednej komunii, która nazywa się Kościołem”.

niedziela, 10 lipca 2016

Łk 10, 25-37
Powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Jezusa na próbę, zapytał: «Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu odpowiedział: «Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?» On rzekł: «Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego». Jezus rzekł do niego: «Dobrze odpowiedziałeś. To czyń, a będziesz żył». Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: «A kto jest moim bliźnim?»…  

Chrystus wychodząc naprzeciw dociekliwości uczonego w Prawie, posługuje się przypowieścią o miłosiernym Samarytaninie. „Nie przedstawia definicji bliźniego, ponieważ definicja pozostawia poza sobą coś lub kogoś. Chrystus chce natomiast zostawić otwarte drzwi. Nie tyle chodzi Mu o uspokojenie sumienia, co o jego przebudzenie”(A.Pronzato). Pan chce wprowadzić niepokój w serce swojego słuchacza, dokonać wstrząsu. Bliźnim nie jest ten, który został przeze mnie zauważony, wybrany i obdarowany dobrem. Bliźnim jest każdy człowiek- bez względu na pochodzenie, wyznawaną  religię, czy światopogląd. To spotkanie człowieka z człowiekiem, bez jakichkolwiek uprzedzeń, czy stereotypów. Człowiek stojący naprzeciw mnie- często anonimowy, bezimienny, jest obiektem mojego dobra. To nie jest jednostronna wymiana darów; mamy tu obopólne obdarowanie. Samarytanin z przypowieści jest ucieleśnieniem dobra. Dając miłosierdzie sam je otrzymuje w sposób zwielokrotniony. To ikona troskliwego Boga, pochylającego się nad poranionym człowiekiem. Chrześcijaństwo to zauważenie drugiego człowieka w potrzebie, naśladowanie miłosiernego Chrystusa z bliska. „W swoim właściwym i pełnym kształcie miłosierdzie objawia się jako dowartościowanie, jako podnoszenie w górę, jako wydobywanie dobra spod nawarstwień zła, które jest w świecie i człowieku”- pisał Jan Paweł II. Takie działanie jest potwierdzeniem ewangelicznej zasady, którą wygłosił Chrystus na Górze Błogosławieństw: „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią”. Kościół, jak również każdy chrześcijanin musi przejąć się tą katechezą miłości i wcielić ją w życie. Twarz poranionego, porzuconego człowieka na ulicy, jest jednocześnie twarzą Boga proszącego o miłość. „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Patriarcha Bartłomiej w jednym z przemówień mówiąc korzeniach cywilizacji europejskiej i współczesnej duchowości Kościoła w kontekście sekularyzacji życia, przypomniał o postawie ludzkiej miłości: „Nieszczęście jednych dotyczy nas wszystkich. Na pytanie: „Kto jest moim bliźnim ?” Chrystus odpowiada przypowieścią o dobrym Samarytaninie. Odwraca pytanie, które nie brzmi już: „Kto jest moim bliźnim ?” lecz: Kto okazuje się bliźnim drugiego człowieka, rannego, którego trzeba opatrzyć i zapewnić mu schronienie ? Dziś nie ma ważniejszego nad to pytania… Czy jesteśmy bliźnimi opuszczonych dzieci w Los Angeles, w Londynie, w Sankt Petersburgu ? Natomiast w Afryce Południowej prawie wszyscy potrafili okazać się bliźnimi jedni drugich. „Idź i ty czyń podobnie !” Każdy człowiek jest naszym bliźnim”. Tak samo każdego chrześcijanina poznaje się po postawie gotowości wychodzenia naprzeciw nędzy drugiego człowieka. Twarzą chrześcijaństwa jest praktyczna miłość, obecna nie w teorii, lecz w działaniu. Jeżeli oczekujemy łatwej odpowiedzi na pytanie kim jest nasz bliźni, to możemy się szybko rozczarować. Może lepiej zamiast rozbijać się o tego typu pytania, samemu wyjść na drogę i stać się bliźnim napotkanych ludzi. Widzisz ofiarę wypadku, człowiek bezdomnego śmierdzącego i odrzucającego, głodne dziecko. Wyjść naprzeciw tego człowieka. Znać Chrystusa, to znać człowieka. Kochać Chrystusa, to kochać drugiego człowieka.

sobota, 9 lipca 2016

Mt 10, 28-33
Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież bez woli Ojca waszego żaden z nich nie spadnie na ziemię. U was zaś policzone są nawet wszystkie włosy na głowie. Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli. Do każdego więc, kto się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie».

Jednym z największych leków człowieka, jest paraliżujący lęk przed utratą własnego życia. Lęk przed śmiercią, która może zaskoczyć znienacka i przerwać bicie naszego ziemskiego zegara. Zapach śmierci i ceremoniał przejścia, został przesunięty na peryferia życia. Dzisiaj zakłady pogrzebowe kompleksowo odprowadzają zmarłych na cmentarze, aby rodzinna nie musiała przeżywać traumy oglądania, czy żegnania swoich bliskich zmarłych. „Obecnie śmierć jest z naszych obyczajów tak wymazana, że z trudem ją sobie wyobrażamy i pojmujemy. Dawna postawa, kiedy śmierć była jednocześnie bliska, swojska i pomniejszona, słabiej odczuwana, zbyt kontrastuje z naszą postawą, kiedy budzi taki strach, że nie śmiemy już wymówić jej imienia” (P.Aries). Człowiek był oswojony z umieraniem i zaglądaniem śmierci w oczy. Tylko męczeństwo z nasilającą się obecnością w historii, pozwala na powrót przywrócić utracony sens życia i umierania. Widok pozbawionych życia braci i sióstr w wierze, uruchamia wewnątrz inną perspektywę widzenia i odczuwania. W starożytności chrześcijańskiej i średniowieczu, ludzie chcieli być blisko cmentarza- w bliskości grobów męczenników i wcale nie przejmowali się widokiem pogrzebów czy sąsiedztwem zbiorowych mogił, które wypełniano coraz to nowymi ciałami wyznawców. W okresie paschalnym chrześcijanie wędrowali procesyjnie lub indywidualnie w miejsca pamięci, aby ogłosić złożonym w grobach zwycięstwo Chrystusa nad grzechem i śmiercią. Wszystko było okraszone radością i wszechobecnym poczuciem życia, gdzie istnienie śmierci zostało prawie zniwelowane, zapomniane. Śmierć poniosła swoją klęskę- trzeba mieć wystarczająco dużo wiary, żeby nakarmić się tak sformułowaną- chrześcijańską nadzieją. Miał rację Tołstoj mówiąc: „Jeśli boisz się czegoś, wiedz, ze przyczyna twego strachu tkwi nie poza tobą, lecz w tobie”. Rodzi się pokusa, aby zapytać o to, który chrześcijanin- Europejczyk myśli o męczeństwie; samo słowo męczennik zdaje się być nie bardzo atrakcyjną konstrukcją słowną, a co dopiero być przekutym w etos poświecenia siebie dla większej sprawy. A Biblia stawia niezwykle jasno przed nami te sprawy: „Patrz ! Kładę dziś przed tobą życie  i szczęście, śmierć i nieszczęście… Wybierajcie więc” (Pwt 30,15.19). Czy to nie wybór własnego losu ? Chcąc, czy tego nie chcąc, nasze życie jest rozpostarte pomiędzy efemerycznością chwili w której się obecnie znajdujemy, a śmiercią ( na którą nie możemy sobie teraz pozwolić i wypychamy ją z naszej świadomości). Co robi Chrystus spoglądając nas nasze życie ? Próbuje wyzwolić nas z lęku przed: przemijaniem, natychmiastowa utratą życia, niewyobrażalnym cierpieniem. Uczy zaakceptować moment przejścia. Bóg jest perswazyjny. Próbuje nam wmówić, że jesteśmy dla Niego ważniejsi, niż wszystko inne w tym ulotnym świecie. Mam świadomość, że to stwierdzenie może w niejednym czytającym dokonać jakiejś wewnętrznej rewolucji. „Tęsknota niewierzącego za Bogiem, może okazać się nieskoczenie głębsza niż wszelkie zadowolenie wierzącego” (J. Rostand). Dlaczego ? Ponieważ ktoś nie koniecznie wierzący odkryję Boga jako Życie, a człowieka jako zanurzonego w Życiu. Człowiek wierzący, nie może się bać stracić swego życia. Często, nie jest to batalia o nasze profanum- zachowanie tego, kim jesteśmy i co posiadamy. To walka o wieczność z lękiem i złym duchem, który próbuje odebrać nam nadzieję i pozbawić marzeń o mieszkaniu przygotowanym w niebie. Nie dajmy się zwieść. Na Sądzie Ostatecznym Chrystus rozpozna twarze swoich wiernych przyjaciół- często opieczętowanych stygmatami cierpienia i krwi. Chrystus obalił pułapki zastawione przez największego przeciwnika: lęk i śmierć. „Zmienił śmierć w sen oczekiwania i przebudził żywych”.