wtorek, 7 lutego 2017


Ps 8, 4-5. 6-7. 8-9  
Gdy patrzę na Twe niebo, dzieło palców Twoich,
na księżyc i gwiazdy, które Ty utwierdziłeś:
Czym jest człowiek, że o nim pamiętasz,
czym syn człowieczy, że troszczysz się o niego?
Uczyniłeś go niewiele mniejszym od aniołów,
uwieńczyłeś go czcią i chwałą.
Obdarzyłeś go władzą nad dziełami rąk Twoich,
wszystko złożyłeś pod jego stopy:
Jeżeli bacznie szukamy źródła antropologii to powinniśmy wejść odważnie w świat Biblii. Zamyślenie Psalmisty jest również naszym, mozolnym, choć niepozbawionym wewnętrznej satysfakcji namysłem- pełnym podziwu, zachwytu, zdumienia, kontemplacji… Bowiem w stworzonym z ziemi człowieku, najpełniej odbija się Oblicze Boga. Wczesnochrześcijański myśliciel Tertulian pisał o tym, że Bóg według pewnego wzorca ukształtował człowieka. Stwórca był niczym Artysta w swoim atelier, zajęty tworzeniem, „spoglądał na Chrystusa- człowieka, na Chrystusa, który pewnego dnia miał stać się tym, czym był ten muł ziemi i to ciało”. W tym błyskotliwym konglomeracie teologicznych obrazów odkrywamy nieprawdopodobną zależność pomiędzy tajemnicą Stworzenia i Wcielenia. Można te dwa ważne terminy zszyć jednym nieporadnym słowem: uobecnienie. „Twoją chwałą Chryste jest człowiek, którego uczyniłeś jakby aniołem i piewcą Twego promieniowania”- powie św. Grzegorz z Nyssy. Czy świadomość tego stanu rzeczy nie jest fascynująca ? Stąd wydobywa się uwielbienie Boga przechodzące przez spękane i nieporadnie artykułujące słowa usta człowieka. Miał rację Bierdiajew mówiąc o zrodzeniu człowieka w Bogu jako procesie wyjątkowym i teogonicznym. Człowiek pomyślany i wydobyty z materii świata; obdarzony rozumem, miłością i zdolnością przekraczania siebie, aż po granice własnej niemożności. Istota wyłoniona z miłości Osób- Odwiecznej Rady rozrzutnie skraplającej miłość, przekraczając tym samym swoją własną kolektywną transcendencję. „Wszystko zostało stworzone przez Ojca, za pośrednictwem Syna w Duchu Świętym, i wszystko w tym samym Duchu Świętym, za pośrednictwem Syna, jest wezwane do powrotu do Ojca- pisał Bruno Forte- Trójca Święta jest początkiem i Ojczyzną stworzenia, godnym czci i transcendentnym „łonem” stworzenia, miłością, w której wszystko istnieje, i dla której wszystko jest wezwane, by działać…” Ta świadomość i jednocześnie ludzkie uwielbienie wyraża język eucharystycznej celebracji, w której to człowiek- kapłan wraz pateną podnosi obleczoną w materię Świętość, to co niebiańskie i ziemskie- boskie i ludzkie przedstawia mówiąc: „Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie, Tobie, Boże, Ojcze wszechmogący, w jedności Ducha Świętego wszelka cześć i chwała przez wszystkie wieki wieków. Amen”

poniedziałek, 6 lutego 2017

Ps 104  

Jak liczne są dzieła Twoje, Panie!
Ty wszystko mądrze uczyniłeś,
ziemia jest pełna Twoich stworzeń.
Błogosław, duszo moja, Pana.

Psalmista zatrzymuje nas w akcie podziwu nad światem, który wyszedł z pod dłoni Boga i w którym odcisnęła się wieczna pieczęć miłości Stwórcy. „Bóg stwarza zaś samą myślą, która staje się dziełem”(św. Jan z Damaszku). Ten, który zapragnął świata uczynił go z niczego- „ex nihilo”, jako odbicie mądrości i miłości- jest to Boża ekonomia urzeczywistniona w działaniu. W tekście Liturgii św. Jana Chryzostoma, słyszymy: „Ty z niebytu powołałeś nas do istnienia”. Jednym słowem Bóg zapragnął człowieka i świata, aby w sercu stworzenia stanąć jako Miłość. Bóg bez wątpienia odwiecznie myślał o świecie i czekał na odpowiedni „moment”, aby urzeczywistnić wielkie dzieło swojej miłości. „Jak zrozumieć Boży stosunek do świata, który stworzył ?- pyta K. Ware- Zaiste, dlaczego Bóg w ogóle stworzył ? (próbuje udzielić tej odpowiedzi w następujący sposób) Bożą motywacją w stworzeniu stanowi Jego miłość. Zamiast twierdzić, że stworzył On świat z niebytu, powinniśmy raczej powiedzieć, że stworzył go z Siebie Samego, to jest z miłości. Powinniśmy myśleć nie o Bogu- Wytwórcy czy Bogu- Rzemieślniku, lecz o Bogu który kocha. Stworzenie jest nie tylko aktem Jego wolnej woli, co Jego wolnej miłości.” Kochać to znaczy udzielać miłości, dzielić się nią. On wychodzi z siebie ku stworzeniu obdarowując je pełnią łaski. Jakże przeciwstawny jest ten obraz Boga, jaki przez wieki rysowała kultura a szczególnie drobiazgowa sztuka, postrzegając Boga jako wielkiego Geometrę- Wielkiego Architekta Wszechświata. Średniowieczne miniatury pokazywały Go jako zajętego dziełem stworzenia, z cyrklem w dłoni, oddzielającego światło od ciemności, lądy od wody, zazieleniającego ziemię i staranie wyrysowującego człowieka nad którym rozpościera się sklepienie niebiańskiej świątyni. „Gdyż wszystko to, co zostało stworzone przez Boga w różnych naturach, razem uczestniczy w człowieku jak w tyglu, by ukształtować w nim jedną doskonałość- na podobieństwo harmonii skomponowanej z różnych dźwięków” (św. Maksym Wyznawca). Bóg rozpala się miłością do człowieka ofiarowując mu nawet więcej niż jest wstanie zrozumieć i przyjąć. Dlatego człowiek jest „produktem finalnym”- na wskroś doskonałym, przemyślanym w którym zogniskowała się miłość Stwarzającego. „Człowiek został stworzony na końcu, by mógł wkroczyć w świat jak król do swego pałacu”- powiedzą trafnie Ojcowie Kościoła. Fascynująca historia stworzenia u samych początków opisu, jest introitem do opowieści o człowieku który wszedł w barwny świat rajskiego i pierwszego domu- edenicznego Kościoła. „Kościół jest życiem Boga w ludziach”(A. Chomiakow). Można odwrócić to stwierdzenie i śmiało powiedzieć, że Kościół to ludzkość uczestnicząca w życiu nieustannie stwarzającego Boga. Chyba brakuje słów, aby to wszystko pojąć… Cud pulsującego Życia !

niedziela, 5 lutego 2017

Mt 5, 13-16

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie».

Chrześcijanie od samego początku dobrze zrozumieli słowa Chrystusa. Ich najważniejszym zadaniem było świadectwo wiary, które miało nadać światu smak- niczym sól dodawana do potraw w kuchni, oraz mieli być lampą rozświetlającą nasilające się ciemności. Jezus wskazuje wszystkim wierzącym w przeszłości i teraźniejszości sens ich misji- mają być mocą przemieniającą świat. Chrześcijaństwo bierne, słabe, zalęknione i pozbawione smaku, wchodzi w stan obumarcia i wejścia w niepamięć. Chrześcijanie muszą nieść świat na swoich ramionach, podtrzymywać go oddechem modlitwy; zapalając światła nadziei tam, gdzie zdaje się wszystko ledwo tlić lub zostało wypalone. „Religia powinna być siłą przemieniającą życie człowieka w jego świecie. Kościół nie może zadowolić się wejściem na scenę wówczas, gdy inne odcisnęły już swój ślad na współczesnym życiu. Powinien być stale silny, aby przyczynić się do kształtowania życia” (J. Gomez). Dzisiaj tyle się mówi na płaszczyźnie psychologii o modelowaniu własnego życia, rzeczywistości nas otaczającej, o wykorzystaniu potencjału drzemiącego w ludziach. Człowiek wierzący ma modelować egzystencję w taki sposób, aby nie stracić z oczu obrazu Przemienionego Pana. Parafrazując słowa św. Pawła „My wszyscy z odsłoniętą twarzą wpatrujemy się w jasność Pańską, która jest na obliczu Chrystusa” (2 Kor 3,18). Dlatego całe pokolenia chrześcijan umieszczały w kopułach i apsydach świątyń ikonę Chrystusa Pantokratora, trzymającego księgę Ewangelii otwartą na słowach: „Ja jestem Światłością świata”. Ten obraz nasycał ich duszę i wzrok odwagą do wkraczania dumnie w świat- w rzeczywistość często wrogą i naznaczoną pełnym perfidii i kłamstwa działaniem księcia ciemności. Dlatego Kościół krocząc wśród cieni z podniesioną głową do góry, śpiewał: „Niech Twoja światłość jaśnieje na twarzach Twoich świętych”.  Posolone Ogniem z wysoka całe rzesze świadków wiary uchylały niewidzialną zasłonę, ukazując cudowny i skąpany w świetle świat Boga. „Ten, kto jest ze Mną jest ogniem”- głosił wczesnochrześcijański apokryf. „Chrystianizm to życie w Chrystusie, nie nakazy, a życie, ogień, tworzenie, oświecenie- mówił patriarcha Atenagoras- Poprzez ufność odmienia się serce i tak powoli życie Zmartwychwstałego wlewa się w nas”.  Według Ojców Kościoła, ochrzczeni, odziani w białe tuniki, okrywają się świetlistymi szatami Chrystusa- himatia foteina- takimi, jakie On ukazał podczas swego Przemienienia i w jakie był spowity, kiedy zstąpił triumfalnie do otchłani wyprowadzając zranioną przez grzech ludzkość. Każdy człowiek może stać solą i lampą- konserwując świat w miłości i rozświetlając właściwe do pokonania ścieżki. Kiedy zaczniemy świecić światłem Chrystusa, wtedy inni przyjdą do nas; będą chcieli być blisko naszego życia- ich twarze rozpromieni blask prawdy. „Widziałem jak ludzie szarzy, brudni i brzydcy- niczym stare szlachetne kamienie, z których zdejmie się warstwę kurzu i którym daje się przez chwilę poleżeć w żywym cieple wnętrza dłoni- nagle rozbłyskują promieniami światła” (P. Evdokimov). To zachęta dla każdego z nas, aby nie stracić własnego życia na zasklepianiu się w lęku i gaszeniu świateł. Trzeba się lękać chrześcijaństwa które przestało płonąć. Wiara ma być ogniem trawiącym zło. Solą konserwującą i zachowującą świat, czyniąc go na powrót miejscem przebywania Boga.

sobota, 4 lutego 2017

Mk 6, 30-34

Apostołowie zebrali się u Jezusa i opowiedzieli Mu wszystko, co zdziałali i czego nauczali. A On rzekł do nich: «Pójdźcie wy sami osobno na pustkowie i wypocznijcie nieco». Tak wielu bowiem przychodziło i odchodziło, że nawet na posiłek nie mieli czasu. Odpłynęli więc łodzią na pustkowie, osobno. Lecz widziano ich odpływających. Wielu zauważyło to i zbiegli się tam pieszo ze wszystkich miast, a nawet ich wyprzedzili. Gdy Jezus wysiadł, ujrzał wielki tłum. Zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce nie mające pasterza. I zaczął ich nauczać o wielu sprawach.

Misja ewangelizacyjna której podjęli się uczniowie wobec tłumów udała się bezbłędnie. Uczniowie są z siebie zadowoleni i pełni młodzieńczej euforii dzielą się z Chrystusem sukcesami. Co robi Mistrz ? Widząc ich entuzjazm szybko sprowadza ich na ziemię i wysyła  na pustkowie. Mają odpocząć od zgiełku i wejść w życie modlitwy- aby móc apostolskie działanie przeżywać jeszcze intensywniej. Uczniowie chcieliby jeszcze bardziej działać- widzą owoce swojej posługi- to nakręca ich jeszcze mocniej, a Chrystus studzi ten zapał posyłając ich w przestrzeń milczenia, bycia ze sobą i z Bogiem. „Módl się o to, abyś umiał się modlić”- pisał M. Gogol. Człowiek po każdej aktywności powinien odnaleźć duchową przestrzeń do regeneracji sił. Miejsce, w którym usłyszy się bicie własnego serca i szept pustyni zapowiadający delikatne muśnięcie wiatru. Być może na tym etapie uczniowie nie byli wstanie pojąć intencji Jezusa, ale po wielu wiekach całe rzesze charyzmatycznych mężczyzn i kobiet wywracających świat do góry nogami, będzie doskonale widziało, że ich siła promieniuje z kontemplacji Jezusa na pustyni. Święty Serafin z Sarowa mówił: „Aby otrzymać i odczuć w sercu światło Chrystusa, trzeba się- na ile to tylko możliwe- oddalić od wszystkich rzeczy widzialnych”. Ta asceza ma prowadzić do wyciszenia serca, jest sztuką panowania nad sobą; wejściem w bezradność i ogołocenie. „Jeśli przywiążemy swą nadzieję, choćby jednym tylko włosem, do jakiegoś własnego dzieła- pisze św. Teofan Zatwornik- to już zawróciliśmy z właściwej drogi… Otworzyć się na łaskę to uznać się za pustego, to wiedzieć, że sam Pan może, może i chce wypełnić tę pustkę”. Wyczuwamy jakieś paradoks w dzisiejszej Ewangelii; z jednej strony szlachetne działanie- poświęcenie i marnowanie czasu dla ważnej sprawy, a z drugiej strony- oddalenie, wycofanie, wejście milczenie. Jest w tym jakiś zakryty sens, a symbioza tych dwóch rzeczywistości wyrasta z pomysłu Boga. Istnieje zatem niezrozumiała do końca dialektyka między działaniem a kontemplacją. Kontemplacja jest „oglądaniem Boga”, a działanie jest „dawaniem Boga”. Człowiek jest zatem powołanym do intymnej-mistycznej bliskości z Bogiem, a zarazem odczuwa przynaglenie do wyjścia na zewnątrz, w zgiełk świata- czyniąc go miejscem epifanicznym, na wskroś eklezjalnym, przedsmakiem Nieba.

piątek, 3 lutego 2017

Ps 27, 8-9

Będę szukał oblicza Twego, Panie.
Nie zakrywaj przede mną swojej twarzy,
nie odtrącaj w gniewie Twego sługi.
Ty jesteś moją pomocą, więc mnie nie odrzucaj.

Ten fragment Psalmu jakoś naturalnie odsyła moją percepcję ku rozlicznym „portretom” Chrystusa. Myślę to o licznych ikonach ukazujących Acheiropoiete- oblicze nie uczynione ludzką ręką, którego odpowiednikiem łacińskim było non manufactum, a słowiańskim nierukotworiennyj. To jeden z wielu tajemniczych obrazów kultowych które przez wieki przechowywało chrześcijaństwo w pamięci i malarskiej posłudze pędzla. „Obraz taki powstawał albo za sprawą cudu dokonanego przez niebo, albo przez bezpośredni związek z ciałem tego, kogo przedstawiał. W ten sposób odcisk stał się relikwią kontaktową.” (H. Belting). Najprościej mówiąc, Chrystus sam z siebie miał wolę aby pozostawić swój obraz- Oblicze. Nie będę w tym miejscu przywoływał mnóstwa narosłych legend które towarzyszyły zaistnieniu świętych wizerunków Chrystusa, ale pragnę skupić się na osobie sportretowanej. Towarzyszy mi głębokie przeświadczenie, że Chrystus odbił cudownie na chuście swoje oblicze. Dla chrześcijaństwa obraz jest konkretnym dowodem na podstawowy dogmat wcielenia Boga w człowieka, które powtórzyło się w ziemskiej materii płótna. Według przekazu Ojców Kościoła, sam Bóg w swej miłości do człowieka dostarczył widzialnego dowodu swej inkarnacji w postaci cudownego wizerunku, a tym samym uprawomocnił wykonywanie obrazów. Ewagriusz w swojej refleksji o historii kościoła określa prawdziwy portret Chrystusa z Edessy „wizerunkiem uczynionym przez Boga”- theographos typos. Stąd do dziś istnieje w świadomości Kościoła przekonanie o cudownym Obliczu Chrystusa- uobecnionym pięknie Boga. W ten sposób istnienie Świętego Oblicza niejako poświadcza historyczne istnienie Tego, który za życia pozostawił odcisk swego ciała, utrwalając w przekonaniu wierzących prawdę o tym, że On jest z nimi „przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Nie musimy daleko szukać, w naszej bliskości jest ciągle do końca niezrozumiała i fascynująca tkanina z odciśniętym w trójwymiarze ciałem umęczonego mężczyzny. „Wyrafinowane metody badawcze pozwalają odkryć ślady oblicza na słynnym Całunie Turyńskim, którego tajemnica nie została rozwiązana pomimo prób ustalenia jego pochodzenia przy pomocy węgla C 14. Trudno jest kwestionować głębokie podobieństwo oblicza z całunu i obrazu Acheiropoiete. Jest to zależność dziwna i zdumiewająca” (M. Quenot). Miał rację prawosławny teolog Olivier Clement pisząc: „Ikona więc, poprzez sztukę powściągliwie „przemieniającą”, stawia przed nami osobową obecność na obraz Chrystusa, stającą się jakby sakramentem Boskiego Piękna. Ta obecność zaprasza nas do komunii”. Piękne Oblicze- rozświetlone boską światłością, które w Synu ma formę ludzkiej twarzy. „Przez Chrystusa cała nasza natura zostaje naprawiona ponieważ przedstawia On jako figura to czym my naprawdę jesteśmy”(św. Grzegorz z Nyssy). Tylko w taki sposób jesteśmy w nas samych rozpoznać twarz i spojrzenie Bogaczłowieka. „Ikona to jest antropologia, to jest teologia ciała ludzkiego”- przekonywał wielokrotnie Nowosielski. Nie można w pełni zrozumieć siebie bez odniesieniu do uobecnionego Piękna. Twarz Boga jaśnieje na twarzach profanów. „Człowiek ma wartość absolutną- mówił Lubac- ponieważ jego twarz oświetla promień padający z Oblicza Boga; ponieważ oddycha już wiecznością..” Człowiek nie powinien się lękać poznania Boga i słów zlepionych w modlitwę: Daj mi zobaczyć Twoją Twarz !

czwartek, 2 lutego 2017

Łk 2,22-40

Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”. A Jego ojciec i matka dziwili się temu, co o Nim mówiono. Symeon zaś błogosławił ich i rzekł do Maryi, Matki Jego: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą. A Twoją duszę miecz przeniknie, aby na jaw wyszły zamysły serc wielu”…

Święto obchodzone drugiego lutego wprowadza nas w dwie ważne tajemnice: spotkanie z Symeonem i Ofiarowanie w Świątyni Jerozolimskiej. Te dwie narracje są ze sobą powiązane w sposób nierozłączny; wyrażają prawdę o tym, że Bóg przychodzi do człowieka, a człowiek spotyka Boga. Dla mnie osobiście to Święto Światła- Syn Człowieczy „Bóg z Boga. Światłość ze Światłości” zstępuje w życie ludzi i rozszerza granice „Miejsca Najświętszego”, uobecniając się w całej pełni poznania. „Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli…” Mam taki swój własny rytuał tego dnia w czasie Eucharystii. Na początku liturgii, zanim nastąpi przewidziany obrzęd błogosławienia świec, zapalam na ołtarzu świecznik siedmioramienny. To mój symboliczny ryt stanięcia naprzeciw Tego, który jest Światłością świata. Czyż liturgia nie jest zstępowaniem światłości ? Miał rację św. Grzegorz z Nyssy mówiąc: „Zbliżając się do światła dusza staje się światłością”. Ofiarowanie to początek rozszerzającej się na człowieka i świat światłości. Jej eksplozją będzie późniejsze Przemienienie i Zmartwychwstanie. „Światłość Zmartwychwstania będzie spowijać Kościół- jak pisał o. Bułgakow- a radość paschalna i zwycięstwo nad śmiercią będzie go wypełniać”. Ten blask wieczności zapowiadał pokorny Symeon- człowiek oczekiwania i nadziei. „Duch Święty objawił mu, że nie umrze, zanim nie zobaczy Mesjasza Pańskiego”. Duch Święty rozświetlił jego zmysły, obdarował natchnieniem i wyreżyserował spotkanie, które stało się Epifanią ! „Poprzez Ducha Świętego poznajemy Chrystusa, Syna Bożego a przez Syna kontemplujemy Ojca” (św. Jan z Damaszku). Dlatego Święto Ofiarowania jest zarazem Świętem Objawienia, teofanią Słowa, które stało się ciałem; jest teofanią czterdziestego dnia. Ten podniosły fakt staje się źródłem do uwielbienia Boga; naszą radością spotkania: „My także radujemy się ze spotkania ze Zbawicielem”- wyśpiewuje podniośle kapłan w prefacji. „Jak Bogurodzica, Dziewica niepokalana, niosła w swoich ramionach Światło prawdziwe idąc na spotkanie tych, którzy pozostawali jeszcze w mroku śmierci, tak też i my oświeceni jego promieniami i trzymając w reku widoczny dla wszystkich płomień pośpieszajmy naprzeciw tego, który jest prawdziwym światłem…” (św. Sofroniusz). My jesteśmy w gronie uprzywilejowanych na których twarzach i duszach lśni blask obecności Pana. Stąd w tym dniu chrześcijanie przynoszą świece; pod tym symbolem wyraża się niezwykle istotna prawda: „Człowiek mający oświecenie osiąga wieczne szczyty, już na ziemi wszystko staje się cudem” (św. Grzegorz Palamas). Procesja ze świecami ma również swoją historyczną genezę. Papież Sergiusz I, kierując się zmysłem wiary, ustanowił, że Eucharystia sprawowana w Rzymie w bazylice Santa Maria Maggiore zostanie poprzedzona procesją, która będzie wychodziła z Forum Romanum. Procesja przechodziła uliczkami Rzymu, a wierni w rękach nieśli zapalone świecie woskowe- gromnice. „W X wieku na terenie Niemiec obchody tego święta rozpoczynały się błogosławieniem świec, a w wielu krajach święto przyjęło poetycką nazwę Matki Bożej Gromnicznej” (P. Rouillard). Ze Świętem Ofiarowania związany jest cały szereg pobożnych i przenikniętych prostą pobożnością ludu obyczajów. Pobłogosławioną w kościele świece przechowywano w domu, obchodzono z nią pola, zagrody, stodoły. Wylewano krople wosku na groby zmarłych, czy zatrzymywano się na chwilę przy pasiekach, aby pszczoły każdego roku wyrabiały ów szlachetny materiał. Świece umieszczano w domu wysoko na szafie lub na domowych ołtarzyku przy świętych ikonach czy dewocyjnych obrazach. Zapalano ją w chwilach niebezpieczeństw, podczas burzy, pożarów, choroby, wojny czy śmierci. Wkładano ją w dłonie zmarłego- niczym zaopatrując go w ostatnią drogę. Wszystkie te gesty świadczyły o tym, że człowiek nosił w sobie potrzebę bliskości Boga. Wszystko to stanowiło tęsknotę za życiem wiecznym, którego ślady odkrywało się już tu na ziemi. Miał rację Bierdiajew: „Człowiek niesie w sobie zupełnie odmienny świat, niezrozumiały do końca dla kogoś drugiego”. Ten człowieczy świat ostatecznie zostanie rozjaśniony w pełni ostatecznego spotkania z Chrystusem- spowitym blaskiem nowego eonu. Lux lucis et fons luminis Diem dies illuminas !

środa, 1 lutego 2017

Mk 6, 1-6

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy zaś nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze; a wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: «Skąd to u Niego? I co to za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce! Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?» I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: «Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony». I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Miejsca związane z dzieciństwem i dorastaniem odkrywa się z biegiem czasu inaczej. Powrotom do rodzinnego domu zawsze towarzyszy atmosfera święta; rozpamiętywania ważnych momentów w których to najbardziej banalne chwile przynoszą radość. Pewnie z takim samym bagażem emocji powracał Chrystus w swoje rodzinne strony; rozpamiętywał miejsca i sytuacje w swojej pamięci, przywoływał twarze bliskich mu osób. Te pogodne uczucia w jednym momencie zostają zmącone przez ludzkie i pełne opozycji lekceważenie. Jan pisał, że „nawet Jego bracia nie wierzyli w Niego”(J 7,15). Co za afront ze strony najbliższych. Jednym słowem uważali Go za szaleńca podszywającego się pod kogoś kim nie jest. Jednak Jego roszczeniom, by uznano Go za Mesjasza, przeciwstawiają pogardliwą odmowę. „Do Chrystusa zmierza wszystko w Starym Prawie” (Meliton z Sardes), ale oni nie byli wstanie wyjść poza szablon powszechnego myślenia i spróbować choćby założyć, że Ten który do nich przemawia jest kimś więcej niż synem cieśli. „Stworzyli w sobie pewien wizerunek Boga i jeżeli objawia się tak, jak oni chcą, to dobrze. W przeciwnym razie, odrzucają Go. Ich Bogiem był bożek i woleli sobie zachować bożka”. Złość połączona z płytką, fanatyczną wiarą przybiera na sile i rodzi agresję; jak się czegoś lub kogoś nie rozumie to najprościej chwycić za kamienie i rozwiązać problem po swojemu. Dlatego Go wypędzają i wyraźnie artykułują, że już więcej Go tu nie chcą. Jezus przechodzi między nimi, jest smutny, wygnany, ale nie uważa tej sytuacji jako porażki. To mądra lekcja w której wyraża się prawa, iż „nie rzuca się pereł pod wieprze”. Historia to opowieść o ludziach przyjmujących i odrzucających Boga. Będzie musiało upłynąć jeszcze wiele czasu, żeby ludzie o zatwardziałych sercach przybliżyli się do prawdy o Chrystusie. Dopiero jednak chrześcijaństwo pozwoliło w całym kształcie poznać osobę Pana. „Jeśli Chrystus jest Synem Boga i jeśli przyoblekliście się w Chrystusa- pisze św. J. Chryzostom- jeśli macie w sobie Syna i przeobraziliście się w Niego przez podobieństwo, to jesteście w pewnym sensie z Jego gatunku, a Jego pokrewieństwo z Ojcem stało się waszym. Nie masz już Żyda, ani poganina, niewolnika, ani wolnego, mężczyzny ani niewiasty. Wszyscy staliście się jedno w Jezusie Chrystusie”. Zatem życie chrześcijanina jest upodobnieniem się do Niego, uczestniczeniem w Jego życiu; a dokonuje się to najpierw przez poznanie i miłość. „Złączywszy nas w ten sposób ze sobą, tworząc we wszystkim jedno z nami, czyni swoim wszystko co jest nasze”(św. Grzegorz z Nyssy). Rozpoznać, ukochać i pójść z Nim !