środa, 15 lutego 2017

Mk 8, 22-26

Jezus i uczniowie przyszli do Betsaidy. Tam przyprowadzili Mu niewidomego i prosili, żeby się go dotknął. On ujął niewidomego za rękę i wyprowadził go poza wieś. Zwilżył mu oczy śliną, położył na niego ręce i zapytał: «Czy coś widzisz?» A gdy ten przejrzał, powiedział: «Widzę ludzi, bo gdy chodzą, dostrzegam ich niby drzewa». Potem znowu położył ręce na jego oczy. I przejrzał on zupełnie, i został uzdrowiony; wszystko widział teraz jasno i wyraźnie…

Dla niewidomego z Betsaidy dzień spotkania z Chrystusem jest darem; nawet czymś znacznie więcej- ofiarowanym życiem na nowo. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do sprawności naszego wzroku, że nie jesteśmy wstanie wyobrazić sobie, iż można nie widzieć ludzi i rzeczy wokół nas do których istnienia przywykliśmy. Żyjemy w świecie wszechobecnego obrazu. Już Gombrich pisał: Nasz wiek jest epoką obrazów. Jesteśmy bombardowani obrazami od rana do wieczora. Otwierając gazetę przy śniadaniu, widzimy w dziale aktualności fotografię mężczyzn i kobiet, a kiedy unosimy wzrok znad dziennika, nasze spojrzenie trafia na obrazki na płatkach śniadaniowych. Przychodzi poczta i z każdej koperty wyjmujemy foldery przedstawiające zachwycające pejzaże, opalające dziewczęta zachęcające do wakacyjnej wyprawy, bądź folder ukazujący elegancki garnitur- kuszący by go przymierzyć. Kiedy wyjdziemy z domu, przechodzimy obok billboardów, starających się zatrzymać nasze spojrzenie i wzbudzić ochotę na papierosa, łyk napoju lub coś do zjedzenia.” Nasze spojrzenie jest zawłaszczone przez rozdygotany świat rzeczy. Czasami jest dobrze na chwile utracić wzrok. Poczuć się wolnym od tych krępujących spojrzenie bodźców i być choć raz zdezorientowanym. Mój znajomy miał poważne problemy ze wzrokiem. Po usilnych błaganiach żony wybrał się do specjalisty i ten stwierdził, że ma poważne schorzenie wzroku- co w konsekwencji może prowadzić do ślepoty. Po miesiącu przeszedł operację na jaskrę i po zdjęciu bandaży, ku własnemu zaskoczeniu, zobaczył świat w innych kolorach i kształtach. Kiedy się z nim spotkałem to stwierdził, iż teraz rozumie, co miałem na myśli kiedy próbowałem mu cierpliwie opowiadać o pełnym intensywności barw i przeżyć malarstwie impresjonistycznym. Miał rację Chrystus, kiedy mówił, że „światłem ciała jest oko”. Możemy doświadczać tak ogromnej ferii barw w świecie który nas otacza, ale jeśli nie posiadasz wzroku, wszystkie twoje członki zostają jakby przesycone ciemnością i poczuciem bezsensu. Wzrok również może być narażony na niebezpieczeństwo; bezwiednie zagarniający każdy kontur, kształt, obraz… asymilując dobro i zło. Trzeba ogromnej dyscypliny spojrzenia- oczu otwartych na zbawienie. Na stu ludzi doskonale widzących, tak naprawdę tylko kilku potrafi widzieć znacznie dalej i głębiej. Widzi dalej, niż czubek własnego nosa. Miał rację francuski pisarz i lotnik Exupery: „Nieważne jest w moich oczach, czy człowiek będzie mniej czy więcej posiadał. Ważne, jest, czy będzie mniej czy bardziej człowiekiem”.

wtorek, 14 lutego 2017


Łk 10,1-9
Spośród swoich uczniów wyznaczył Pan jeszcze innych, siedemdziesięciu dwóch, i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: «Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście ze sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: «Pokój temu domowi!» Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was…
W kalendarzu liturgicznym Kościoła Rzymskiego przypada dzisiaj święto Apostołów Słowian i jednocześnie patronów Europy- dwóch świętych braci Cyryla i Metodego. Warto zatrzymać się nad ich życiem- trzeźwo oceniając ich zasługi, odrywając je od historycznych sporów między Rzymem a Konstantynopolem. Każdy z kościołów odwołując się do źródeł historycznych, będzie budował własną narrację, lekkomyślnie adaptując dzieło wielkich misjonarzy. Chciałbym w moim rozważaniu wznieść się ponad spory konfesyjne i zobaczyć ich dzieło, jako coś naprawdę w pełni ekumenicznego i przenikniętego duchem Ewangelii. Nie można zaprzeczyć temu, że święci Bracia próbowali budować eklezjalny pomost między tradycją bizantyjskiego Wschodu, a rzymskim- papieskim Zachodem. Pochodzili z Salonik, miasta greckiego, leżącego pośród osad zamieszkiwanych przez ludność mówiącą w IX wieku po słowiańsku. Cyryl i Metody należeli do niezwykle światłych ludzi; wychowali się w tradycji intelektualnej Konstantynopola. Promieniowała na nich błyskotliwość i pobożność patriarchy Focjusza, jak również pulsowała w nich  mądrość Ojców Kościoła. Cechowała ich dyscyplina intelektu, jak również ogromna- ludzka wrażliwość serca. Ich pobożność i ewangelizacyjna świadomość nabierała kształtów poprzez życie monastyczne, a później ukonkretniła się w sposób niezwykle dynamiczny w pracy misjonarskiej. „Prawdziwa działalność obu braci rozpoczęła się w 863 roku, kiedy to wyruszyli na Morawy. Udali się tam w odpowiedzi na zaproszenie księcia tych ziem Rościsława, który prosił o chrześcijańskich misjonarzy zdolnych nauczać jego lud w jego własnym języku i sprawować nabożeństwa po słowiańsku. Słowiańskie nabożeństwo wymagało słowiańskiego tekstu Pisma Świętego i słowiańskich ksiąg liturgicznych… Na wstępie musieli opracować odpowiedni alfabet. W swych przekładach posłużyli się odmianą języka słowiańskiego, którą znali z dzieciństwa- dialektem macedońskim, używanym przez Słowian w rejonie Salonik. W ten sposób dialekt macedońskich Słowian stał się językiem starocerkiewnosłowiańskim, który dzisiaj pozostaje językiem liturgicznym rosyjskiego i niektórych słowiańskich Kościołów prawosławnych” (K. Ware). Było to nie lada wyzwanie i przysporzyło to gorliwym apostołom wielu problemów. „Bracia misjonarze wśród Morawian zaczęli odnosić wielki sukces ewangelizacyjny. Książęta, wielmoże i prosty lud- wszyscy przyjmowali chrzest, zaczęto fundować kościoły. Duchowieństwo frankońskie zaniepokoiło się i zaczęło oskarżać Cyryla i Metodego o herezję. Twierdzono, że w chrześcijańskich nabożeństwach można prawowicie używać tylko trzech języków: łacińskiego, greckiego i hebrajskiego, bo w tych językach ułożony była napis na krzyżu Zbawiciela” (N. Ziernov). Dla nas współczesnych ten problem zdaje się być banalnym, ale w tamtych czasach sprawa stanęła na ostrzu noża. Bracia udali się do Rzymu, aby bronić swojej sprawy, gdzie następca papieża Mikołaja, Hadrian, okazał im gościnność i zrozumienie. „Ewangelia słowiańska została złożona na ołtarzu w Bazylice Santa Maria Maggiore i słowiańską liturgię odprawiono w wielu rzymskich kościołach. Misja słowiańska zaczynała się pod znakiem podwójnego błogosławieństwa- Bizancjum i Rzymu- i zdawała się mieć zapewnioną przyszłość.” (A. Schmemann). Upłynęło trochę czasu, a Bracia musieli się znowu zmierzyć z niezrozumieniem wielu środowisk kościelnych; nasilał się nacisk duchowieństwa germańskiego na Morawach, próbując wykorzenić dzieło słowiańskie i zastąpić je łacińskim, ściśle podporządkowanym metropolii w Regensburgu. Cyryl zmarł w Rzymie w roku 869, lecz brata jego wyświęcił  papież na arcybiskupa Sirmium i obdarzył go samodzielna jurysdykcją nad Morawami i Panomią, zachowującą jeszcze tradycję słowiańską. W drodze do swej diecezji Metody został pojmany i osadzony w więzieniu za sprawą arcybiskupa Salzburga. Rzym znowu otoczył opieką Metodego, a jego biskupstwo zostało podporządkowane Rzymowi. Zamiast zacieśniać się braterskie stosunki, eskalowały się nowe problemy i podejrzliwość. Metody wielokrotnie był jeszcze oskarżany i stawiany przed sądami. Zmarł w 885 roku w poczuciu niezrealizowanego do końca dzieła. Próba urzeczywistnienia słowiańskiego Kościoła zakończyła się fiaskiem, a zainteresowanie i próba odnowienia obrządku słowiańskiego powróci dopiero po wielu wiekach- i zdaje się odrobinę za późno. Z ich płodnej i pełnej zawirowań misji ewangelizacyjnej skorzystało wiele krajów, takich jak: Bułgaria, Serbia i pośrednio Ruś. Byłoby wielkim błędem przypisywanie tego wielkiego dzieła świętych Cyryla i Metodego tylko prawosławiu. Choćby sama liturgia słowiańska tzn. Liturgia św. Piotra- nigdy nie była grecką (bizantyjską), ani łacińską- stanowiła duchową syntezę tych dwóch niezwykle pięknie przenikających się tradycji. Obrządek słowiański przeszedł w niepamięć wraz z tekstami liturgicznymi, które nie sposób zrekonstruować, czy obiektywnie zbadać. „Obrządek bowiem- jak widzieliśmy nie był czymś sztywnym- pisał ks. J. Klinger- Na osobną uwagę zasługuje również fakt, że Liturgia św. Piotra nie była tylko kompilacją liturgii bizantyjskiej i rzymskiej, ale zawierała w swych częściach wschodnich także modlitwy innych liturgii, na przykład Jakuba i Marka”. To świadczy o pewnym uniwersalizmie, jak również niezwykle twórczej adaptacji. Te wszystkie podejmowane działania były przeniknięte duchem profetycznym i charyzmatycznym- głęboką intuicją Kościoła- a nade wszystko odczytywaniem jego aktualnych potrzeb. „Natchniona intuicja Braci Sołuńskich miała swoje źródło w przeżyciu tajemnicy Zesłania Ducha Świętego. Dlatego właśnie kryła w sobie coś rewolucyjnego, niezrozumiałego wręcz dla uniformistycznej mentalności zachodniej IX w. Aby docenić wielkość tego dzieła, trzeba było jedenastu wieków dojrzewania świadomości eklezjologicznej w Kościele Zachodnim, gotowych wreszcie do uznania obydwu braci za współpatronów chrześcijańskiej Europy. Ich dziedzictwo zostało dotknięte losami podzielonego chrześcijaństwa. Dopiero dzisiaj odżywa, a oni sami stają się żywymi wzorcami spotkania kultur i tradycji w jednym Kościele”- przypominał ks. W. Hryniewicz. Chyba godną przypomnienia jest również osobna encyklika Slavorum Apostoli, wydana przez papieża Jana Pawła II upamiętniająca tysiącletnią rocznicę dzieła ewangelizacji świętych Cyryla i Metodego. Pragnę passusem tej encykliki zakończyć moją refleksję: „Jedność jest spotkaniem w prawdzie i miłości, które są darem Ducha Świętego. Cyryl i Metody, poprzez osobowość i dokonane dzieło, są postaciami, które budzą a nowo we wszystkich chrześcijanach wielką tęsknotę za zjednoczeniem i jednością między dwoma siostrzanymi Kościołami wschodnim i zachodnim… Być chrześcijaninem w naszych czasach oznacza być twórcą komunii w Kościele i w społeczeństwie. Służą temu celowi: otwartość ducha ku braciom, wzajemne zrozumienie, gotowość współpracy na drodze wspaniałomyślnej wymiany dóbr kulturowych i duchowych”.

niedziela, 12 lutego 2017

1 Kor 2, 6-10

Bracia: Głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata ani władców tego świata, zresztą przemijających. Lecz głosimy tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej, tę, której nie pojął żaden z władców tego świata; gdyby ją bowiem pojęli, nie ukrzyżowaliby Pana chwały; lecz właśnie nauczamy, jak zostało napisane: «Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują». Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha. Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego.

Chrześcijańska ars vivendi, zawiera się w  poszukiwaniu i przeżywaniu mądrości Bożej. Jest to również pełna pokory i prostoty droga człowieka wiary. „Nie ma innego sposobu poznania Boga jak przez życie w Nim”- mówił św. Symeon Nowy Teolog. Mądrość nie z tego świata o której wspomina Apostoł Paweł jest odkrywaniem tajemnicy miłości, która najpełniej uobecniła się w Krzyżu Chrystusa. Syn Człowieczy jest uobecnioną Miłością i Mądrością; przyjmowaną lub odrzucaną przez ludzi. Tylko Miłość wymagająca- Zbawiciel sprawia, że rozumiemy wszystko tak jak należy. Poznajemy, nie według standardów tego świata, ale według zamysłu Boga. „Syn Boży przez swoje ukrzyżowanie pozostawił we wszechświecie odcisk w kształcie krzyża, pieczętując w pewien sposób cały świat znakiem krzyża”(św. Ireneusz z Lyonu). Ten odciśnięty znak poskramia ludzką- na wskroś prometejską pokusę poznania. Mądrość tryskająca z Krzyża, nie może być porównywana z ludzką ułomną i pełną spychających się przesłanek wiedzą. Jeden z pierwszych apologetów chrześcijańskich pisał o innym rodzaju poznania, poznaniu które jest owocem wiary i modlitwy: „Ponieważ chrześcijanie rozpoznają dobroć Boga dla nas, z ich powodu ukazują się wspaniałości, jakie istnieją w świecie”. Ci, którzy szukają w chrześcijaństwie jakiejś skomplikowanej filozofii, aby rozkoszować się zdobywaniem wyżyn intelektu- mogą się mocno rozczarować. Iluż to entuzjastów intelektualnego chrześcijaństwa zabłądziło w drodze, dosięgła ich pycha rozumu, rozmijając się na skrzyżowaniu życia z jedyną godną dyscypliny umysłu odwieczną Sofią. Mądrość do której przybliża się człowiek wiary, okupiona jest poświęceniem, niemożnością zrozumienia, wejściem w niepoznanie. Człowiek chcący zastąpić wiarę poznaniem, może jedynie błąkać się po omacku. Wcale nie chodzi oto, aby pójść w jakiś skrajny fideizm, czy odrzucić charyzmat nauki i poszukiwań teologicznych. Chodzi o zachowanie ostrożności i pokory; dziecięca i prostoduszna małość wobec wielkiej „wiedzy” Boga, którą odsłania spokojnie- jakby fragmentarycznie. Parafrazując Hemingwaya, można zbankrutować duchowo na dwa sposoby- stopniowo i natychmiast. „Człowiek jest logikos, stworzonym logosem- pisał O. Clement- który ma zbierać jako kapłan i król logoi, rzeczy, aby je ofiarować w twórczym rozlaniu się łaski Logosowi niestworzonemu. W każdym bycie i w każdej rzeczy powinien odkrywać dziewicze miejsce sofianiczności, bo z niego wytryska boska Mądrość”. Chodzi mianowicie o błogosławiony trud przybliżania się do odkrywania Bożego sensu i pomysłu. Mądrość Krzyża, jak również poznanie siebie i otaczającego świata umożliwia dynamizująca wszystko obecność Ducha Świętego. „Każdy ma być przestrzenią Ducha, miejscem w którym jest On obecny i działa przez różnorodność swoich darów. Inicjatywa i pierwszeństwo należą zawsze do niego”- pisał ks. W. Hryniewicz. Duch Święty jest wielkim Mistagogiem mądrości życia, przybliżania i rozumienia dzieła Chrystusa. Rysuje przed nami horyzonty świata przepełnionego Bogiem- fascynującego i przekraczającego nasze ludzkie i najbardziej śmiałe wyobrażenia. „Osoba Ducha ukryta jest zarówno w Chrystusie, którego czyni On ustawicznie obecnym pośród ludzi, jak i w tych ludziach, którym udziela samego siebie i swoich darów”. Duch Święty urzeczywistnia w sposób najbardziej pełny zamysł Bożej Mądrości względem każdego z nas; przygotowuje nas na świat w którym wszystko to, co ludzkie- choćby najbardziej szlachetne, będzie niczym w porównaniu z dobrami Nieba. Na koniec tego rozważania przytaczam mądre pouczenie św. Serafina z Sarowa: „Rozdawaj dary łaski Ducha Świętego potrzebującym. Bierz przykład z zapalonej świecy, która sama świeci płonąc ziemskim ogniem i zapala- nie gasząc własnego blasku- inne świece, aby świeciły wszystkim na innych miejscach. Jeżeli taka jest właściwość ognia ziemskiego, to cóż powiedzieć o ogniu łaski Najświętszego Ducha Bożego ? Bogactwa ziemskie przy rozdawaniu maleją. Natomiast niebieskie bogactwo łaski jedynie powiększa się w tym, kto je rozdaje”.

 

sobota, 11 lutego 2017

Mk 8, 1-10


W owym czasie, gdy znowu wielki tłum był z Jezusem i nie mieli co jeść, przywołał do siebie uczniów i rzekł im: «Żal Mi tego tłumu, bo już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść.
I jeśli ich puszczę zgłodniałych do domu, zasłabną w drodze, bo niektórzy z nich przyszli
z daleka». Odpowiedzieli uczniowie: «Jakże tu na pustkowiu będzie mógł ktoś nakarmić ich chlebem?» Zapytał ich: «Ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem». I polecił tłumowi usiąść na ziemi. A wziąwszy siedem chlebów, odmówił dziękczynienie, połamał i dawał uczniom, aby je podawali. I podali tłumowi. Mieli też kilka rybek. I nad tymi odmówił błogosławieństwo, i polecił je rozdać. Jedli do syta, a pozostałych ułomków zebrali siedem koszów. Było zaś około czterech tysięcy ludzi. Potem ich odprawił.  


Betlejem miasto na którego peryferiach narodził się Zbawiciel- po hebrajsku oznacza tyle, co Bet Lehem- Dom Chleba. Chrystus jako już dorosły mężczyzna, dokona najbardziej tajemniczego wyznania, które zostanie w pełni zrozumiane przez Apostołów, dopiero przez wydarzenie Wieczernika i Pięćdziesiątnicy. „Jam jest chleb żywy, który z nieba zstąpił… Chlebem, który ja dam, jest Ciało moje za życie świata”. Bóg przychodzi na świat w ubóstwie, aby później pozostawić siebie w najbardziej kruchej materii świata. Stanie się Eucharystią- chlebem- łamanym i rozdrabnianym na kawałki, aby nasycić dusze wierzących. Starożytny Kościół przywiązywał do rytu łamania chleba jeszcze większą wagę, niż dzisiaj. Kiedyś do celebracji używano dużych i starannie wypiekanych bochenków chleba; takie mace można zobaczyć jeszcze w syryjskiej liturgii. Gdy od średniowiecza zaczęliśmy celebrować na chlebie przaśnym- bardzo cienkim i słabo widocznym w małych komunikantach, jakoś naturalnie zatraciło się wizualne uczestniczenie w przełamywaniu. Tylko kapłan przed przyjęciem Ciała Chrystusa, przełamuje dużą hostię i jej cząstkę wpuszcza do kielicha. Gest przełamywania był symbolem tego, że spożywając Eucharystię, mamy udział w Ciele Chrystusa. Wchodzimy w komunię z wcieloną Miłością, a tym samym uświadamiamy sobie najbardziej fundamentalną prawdę, że bez miłości do braci i sióstr, nie mamy relacji z Bogiem. W tekstach opisujących dzieje pierwotnego Kościoła, odnajdziemy ten najbardziej głęboki rys duchowości uczniów, wypływający z pożywania Komunii. „Uczniowie trwali we wspólnocie, w łamaniu chleba i w modlitwach”- czytamy w Dziejach Apostolskich. To łamanie, jest niczym innym jak rozdawnictwem swojego życia w miłości i dla miłości- ze względu na Chrystusa. Święty Ambroży w jednej ze swoich katechez pisał: „Woda służy do chrztu, Krew jest napojem, Duch daje zmartwychwstanie. Jeden bowiem Chrystus jest dla nas nadzieją, wiarą i miłością: nadzieją w zmartwychwstaniu, wiarą w obmyciu, miłością w sakramencie”. MIŁOŚĆ W SAKRAMENCIE !  Miłość, która została położona w łonie Maryi, a później na sianku; teraz zostaje złożona na patenie, jako wypieczony z ludzkiego trudu Chleb. Kiedyś każde naczynie, które służyło eucharystycznej rezerwacji, musiało być specjalnie włączone do liturgii, przez przeznaczoną na tę okoliczność modlitwę konsekracji. Jest taka zachowana piękna modlitwa w sakramentarzu z czasów merowińskich, której treść jest niezwykle wymowna: „Wszechmogący Boże… napełnij nasze dłonie bogactwem Twego błogosławieństwa, aby przez nasze błogosławieństwo to naczynie zostało uświęcone i stało się dzięki łasce Ducha Świętego- nowym grobem Ciała Chrystusa”. Chciałoby się przetransponować treść tej modlitwy na płaszczyznę naszego wnętrza i powiedzieć w modlitewnym uniesieniu: Boże napełnij nasze dłonie bogactwem Twego błogosławieństwa, aby nasze serce, uświęcone łaską Ducha Świętego, stało się miejscem uobecnienia- Twojego Narodzenia i Zmartwychwstania.

piątek, 10 lutego 2017

Mk 7, 31-37

Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok, z dala od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka; a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: «Effatha», to znaczy: Otwórz się. Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I przepełnieni zdumieniem mówili: «Dobrze wszystko uczynił. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę».

Chrystus jest nieprawdopodobny i całkowicie nieprzewidywalny w swoim działaniu. Opis cudu zawiera niespotykany motyw fizyczny (sensoryczny). Włożenie palców w uszy jest niestandardową czynnością, a dotknięcie śliną języka, przekracza jakiekolwiek nasze wyobrażenie, nie mówiąc o świadomości przyzwolenia. Pomijając zatem całą sferę higieniczną trzeba przyznać, że Bóg jest niezwykle skuteczny w swoim działaniu. Użył śliny do celów leczniczych, a głuchoniemy odzyskał mowę i zaczął słyszeć. Po raz kolejny zaistnieniu cudu towarzyszy dotyk i materia. Guardini w książce pt. Znaki święte, pisał: „Czy słowo mówione nie wydaje się niekiedy czymś prostackim wobec cichej, tyle wyrażającej wymowy ręki ? Ręka jest najbardziej uduchowioną częścią naszego ciała…” Chrystus na dłoni miesza ślinę i dłonią nakłada ją na chore ciało człowieka. „Serce i oczy to pośrednicy ciała”, mówi mądrość żydowska. Ale dłonie to narzędzie Boga, na nich On niesie świat, człowieka; nimi otwiera oczy niewidomych i uszy niesłyszących. Liturgię miłosierdzia czynią dłonie. Może dlatego ten obrzęd w starożytności chrześcijańskiej przeszedł do rytów związanych z katechumenatem, a później towarzyszących udzielaniu sakramentu chrztu. O dotykaniu śliną uszu i nozdrzy wspominają najstarsze księgi liturgiczne, jak również Ojcowie Kościoła. „Ślina symbolizuje nam mądrość otrzymaną z ust Odkupiciela w Boskich słowach. Ślina spływa przecież z głowy do ust. Gdy zatem tą mądrością, którą jest On sam, zostaje dotknięty nasz język, natychmiast staje się zdolny do głoszenia Ewangelii”- przekonywał w swojej homilii św. Grzegorz Wielki. Zatem dotykanie śliną uszu i nozdrzy neofity ma oznaczać otwarcie tych zmysłów na Boga.  Święty Ambroży nazywa ten ryt misterium aperationis- tajemnica otwarcia i wsłuchania się w całej pełni w rozbrzmiewający od tej pory głos Boga- accipere verbum, czyniący chrześcijanina uprzywilejowanym członkiem Mistycznego Ciała Chrystusa. „Uzdrowienie jest sakramentem…- pisał o. A. Schmemann- Kościół przychodzi wprowadzić człowieka w miłość, światło i życie Chrystusa”. Ten akt wymaga tylko jednego- otwartości ze strony człowieka. Effatha !

czwartek, 9 lutego 2017

Ps 128,3
Małżonka twoja jak płodny szczep winny
w zaciszu twego domu.
Synowie twoi jak oliwne gałązki
dokoła twego stołu.



Czy taki idealny na wskroś poetycki obraz zacisza domowego we współczesnych świecie jeszcze istnieje ? Prowokuje nas Biblia tym idealnym i pełnym harmonii obrazem rodziny. Miejsce zacisznego i szczelnie utkanego miłością ludzką domu, zajęło wyobrażenie domu jako „przedsionka”- „przedpokoju”, „poczekalni”- który przebiega się w zadyszce. W wielu europejskich miastach trudno usłyszeć krzyk dziecka, nie mówiąc już o domowej krzątaninie spowijającej prozę codziennego życia. Dom stał się noclegownią- tymczasowym i przygodnym miejscem pobytu, a płodzenie dzieci stało się niechcianym produktem konsumowania miłości. Zagubiliśmy się mocno w naszym pojmowaniu szczęścia. Rozmydliło się nasze pojmowanie miłości, rodziny. Wszystko stało się tak banalnie i spłaszczone, że słowa dzisiejszego psalmu mogą u niektórych co najwyżej wywołać prześmiewczy uśmiech. A z drugiej strony towarzyszy mi wewnętrzne przeświadczenie, że każdy z nas tęskni za takim zacisznym domem; miejscem ludzkiej a zarazem duchowej płodności. Przestrzenią ludzkiej komunii, wzajemnego obdarowania i zatrzymania się w pośród szalonego pędu świata. Miał rację mądry Pascal: „Twój dom może ci zastąpić cały świat. Ale cały świat nigdy nie zastąpi ci domu”. Brakuje nam takiego miejsca, podświadomie za nim tęsknimy, szczególnie wtedy kiedy próbujemy szukać zamienników, które pozwolą nam w połowie drogi poczuć się kochanymi. „Dla człowieka, podobnie jak dla ptaka, świat ma wiele miejsc, gdzie można odpocząć, ale gniazdo jest jedno”(O. Holmes). Ta refleksja skądinąd ważna przesuwa nasze spojrzenie na obecność małżeństwa. Wspólnota miłości- kreatywna, owocująca, dynamizująca w sposób najpełniejszy miłość. Niewątpliwie najbardziej uderzające w małżeństwie, a potencjalnie także najbardziej uświęcające jest to, że wyłączna i w swej istocie jedyna miłość, jaką ono zakłada, spontaniczne jest nastawiona na otwarcie. Małżonkowie kiedy zostają rodzicami ich dom przeobraża się w „winnicę”, znajdują się w takiej sytuacji, że ich miłość musi siłą rzeczy przekształcać się coraz wyraźniej we wspólne wyrzeczenie. Zatracając się w miłości i względem siebie- będą najpełniej owocować- wydawać życie. Kochać i wiecznie trwać rymują się w jednym dziele, jakim jest ludzkie życie. Pomyślmy twórczo o domu, zatęsknijmy za nim, zdajmy się na Bożą intuicję. W jakimś stopniu my kreujemy rzeczywistość i jesteśmy wstanie zatrzymać się w miejscu gdzie będzie nam ciepło i wygodnie- niczym w matczynym łonie. Ostatecznie miejsce do którego zdążamy też będzie domem- sublimacją najpełniejszej ojcowskiej i macierzyńskiej miłości Boga.


 

środa, 8 lutego 2017

Ps 104, 1-2

Błogosław, duszo moja, Pana,
Boże mój, Panie, Ty jesteś bardzo wielki!
Odziany w majestat i piękno,
światłem okryty jak płaszczem.

Świat w którym żyjemy w jakimś stopniu cierpi na brak jasności. Nie chodzi to energię słoneczną, czy światło, które bez przerwy zostaje emitowane dzięki transmisji prądu. Nie chodzi tu o światłość w sensie wyrażenia poetyckiego, czy metafory. Myślę o braku wewnętrznego światła; emanującego w procesie przybliżania się człowieka do Boga. Olśniewający jest opis Psalmisty. Ujmuje Boga w słowach- symbolach, przekraczających zwyczajną kategorię opisu. „Wielkość”, „Piękno”, „Majestat”, „Światło”. Utożsamia on Boga ze światłością- ubiera Go w „świetlisty kostium” i akcentuje prostotę Jego istoty. Przejrzystość światła, jego niezmącony blask, energetyczność, nie dopuszcza żadnego pierwiastka obcego, nic nie jest wstanie zmącić tego wyobrażenia. „Święty przychodzi z góry… Majestat Jego okrywa niebiosa, a ziemia pełna jest chwały. Wspaniałość Jego podobna do światła, promienie z rąk Jego tryskają” (Ha 3,3-4). Taka wizja może sparaliżować człowieka, spowodować fizyczne zastygnięcie, a nawet ślepotę. Czyż cała mistyka nie jest drogą przez ciemność ku światłości ? Światło które wytryskuje od objawiającego się Boga, nie tylko po to udziela światła, by rozjaśniać ciemność, ale by przeobrazić noc w dzień. Pierwsze słowa Biblii: „Niechaj się stanie światłość”, stanowią również końcowy akord historii świata: „I już nocy nie będzie. A nie potrzeba im światła lampy ani światła słońca, bo Pan Bóg będzie święcił nad nimi” (Ap 22,5). „Bóg nie jest widowiskiem. Kontemplacja Boga jest bardziej ukryta, przesłonięta, zbijająca z tropu. On się w jakimś stopniu odsłania…, dzięki przekraczaniu, które w rozdarcie wprowadza pokój”(J. Paliard). Pojawienie się Boga rozświetla wszystko nowym blaskiem. Dlatego liturgia bizantyjska w modlitwie w ciągu dnia woła: „Chwała Tobie, który objawiłeś nam Światłość”. To już nie jest pełne euforii święto świateł, ale święto światła które spowija Ciało Zmartwychwstałego Pana ukazującego się ludzkim oczom. Jestem wśród was- „Światłość ze Światłości”. Boskie światło przekracza zmysły i rozum. Jest niematerialne i nie ma w sobie nic, co mogłoby zmysłowo zagarnąć oczy. Dlatego św. Symeon Nowy Teolog nazywa je „niewidzialnym ogniem” zarazem kładąc silny akcent na jego widzialność. „Światłość Boża staje się zasadą naszej świadomości- pisał W. Łosski- w niej poznajemy Boga i poznajemy samych siebie. Bada ono głębie bytu, który osiąga zjednoczenie z Bogiem, staje się dla niego sądem Bożym przed sądem ostatecznym”. Można postawić ważne pytanie: czemu tak często jesteśmy daleko od tego światła ? Z pomocą w zrozumieniu tego problemu pomogły mi słowa Antoniego Blooma, wprawdzie dotyczące życia modlitwy, ale śmiało można je przenieść na grunt „duchowego oświecenia”. On pisze następująco: „Dzieje się tak, ponieważ sami sobie mamy tak mało do zaofiarowania, co by było strawą dla myśli, uczucia i życia. Jeśli przypatrzysz się swemu życiu uważnie, wkrótce odkryjesz, że niemal nigdy nie żyjemy od wnętrza w kierunku na zewnątrz; zamiast tego odpowiadamy na pobudki, na podniety. Innymi słowy żyjemy odbijając coś, reagując na coś… Jak rzadko potrafimy żyć po prostu czerpiąc z głębi i bogactwa, które, jak zakładamy, są wewnątrz nas”. Bóg nas rozświetla niejako od środka, przenikając światłem wszystkie struktury naszego człowieczeństwa. Odziany w światło Chrystus, czyni nas napełnionymi światłem- przebóstwionymi, podniesionymi do poziomu rzeczywistości przemienionej.  Urzeczywistnia się to, o czym mówił św. Grzegorz Palamas: „Twoja dusza przyjąwszy łaskę rozbłyśnie cała podobna do samego Boga”.